Subskrybuj kanał RSS bloga Okiem Jadwigi Subskrybuj kanał RSS z komentarzami do wszystkich wpisów bloga Okiem Jadwigi

Indonezja Koen i Renata cz 2

Autor: Jadwiga. 18 komentarzy.

A teraz kilka słów o Indonezji i jej stolicy Dżakarcie. Dżakarta zajmuje obszar 661 km kwadratowych. To największe miasto Indonezji, obecnie aglomeracja liczy 18,2 mln ludzi, w roku 1989 liczyła 12,4 mln. Dżakarta zmieniała swoją nazwę kilkakrotnie. Nazywała się Sunda Kelapa (397-1527), Jayakarta (1527 – 1619), Batavia (1619 – 1942) oraz Djakarta (1942 – 1972). Jest położona w południowo-zachodniej części Indonezji i w północno-zachodniej części wyspy Jawa. Dżakarta jest kulturalnym, gospodarczym i politycznym centrum kraju. Jest dwunastym największym miastem na świecie pod względem ludności  i stała się ważnym portem handlowym Królestwa Sunda. Miasto powstało w IV wieku głównie, jako stolica kolonii Holenderskich Indii Wschodnich. Zostało przemianowane na Jakartę w 1942 r. podczas japońskiej okupacji Jawy. Po zdobyciu niepodległości po II wojnie światowej, Dżakarta stała się stolicą kraju. W Dżakarcie są dwa czynne porty lotnicze: Soekarno-Hatta i Halim Perdanakusuma oraz nieużywany już Kemayoran. W 1527 r. miasto znalazło się pod kontrolą sułtanatu Bantam (wówczas zmieniono jego nazwę na Djakartę). Pod koniec XVI w. na Jawie pojawili się Holendrzy. W 1619 r. Holendrzy pod dowództwem Jana Pieterszoona Coena zdobyli miasto i założyli na jego terenie twierdzę Batavia, która stała się główną siedzibą holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej i kolonii holenderskiej Indii Wschodnich, nazywane też Djakarta. Silne trzęsienie ziemi zniszczyło miasto w 1699 r. Po kilku latach w rękach brytyjskich w 1814 r. Batavia powróciła w ręce Holendrów. W okresie 1942-1945 Dżakarta znajdowała się pod okupacją wojsk japońskich. Po II wojnie światowej, mimo ogłoszenia niepodległości, miasto zostało zajęte przez Holandię i dopiero w 1949 r. Dżakarta powróciła do niepodległej Indonezji, jako jej stolica.

W tym właśnie mieście przyszło nam grać Sudirman Cup – I Drużynowe Mistrzostwa Świata. Do zawodów zgłoszono 28 drużyn, Polska grała w grupie 4 i zajęła w końcowej klasyfikacji 18 miejsce. Rezultaty meczy grupy 4 były następujące: Szkocja- RFN 3-2, Szkocja- Australia 4-1, Szkocja- Polska 4-1, Australia-RFN 3-2, Australia-Polska 3-2, RFN-Polska 3-2. Tytuł mistrzowski zdobyła Indonezja wygrywając mecz z Koreą 3-2, która tym samym zdobyła medal srebrny. Trzecie miejsce zdobyły Chiny, a czwarte Dania. Być może niektórzy z was powiedzą: eee tam, po co było jechać na mistrzostwa na drugi koniec świata? Czy tylko po to, aby przegrać mecze i zająć 18.  miejsce? Otóż są państwo w błędzie. Na zawody trzeba było pojechać, po pierwsze, dlatego, że Międzynarodowa Federacja Badmintona przyznawała każdemu Związkowi tak zwany grant – pewną sumę pieniędzy na opłacenie kosztów pobytu ekipy. Po drugie Azja – Indonezja to swoistego rodzaju mekka dla zawodników badmintona. Ponadto jak szkolić młodych ambitnych ludzi, którzy poświęcają swój wolny czas, pracują ponad siły po 8 godzin dziennie, aby zdobyć mistrzostwo sportowe i na koniec powiedzieć, przepraszamy, ale na mistrzostwa świata nie jedziemy z braku pieniędzy. Wielu zawodników w takiej sytuacji powiedziałoby: dziękujemy, to my już nie będziemy grali w badmintona skoro na główne zawody w roku nie możemy pojechać. Badminton w roku 1989 w Polsce dynamicznie się rozwijał. Przyjechał do Polski pierwszy chiński trener Zhou Jun Ling, stworzono pierwszy Ośrodek Przygotowań Olimpijskich w Olsztynie.  Mieliśmy ot tak po prostu powiedzieć, że nie, że nie umieliśmy załatwić pieniędzy na wyjazd? Nie, nie, nie. Ogromnym wysiłkiem, rozmowami w GKKFiS, PKOL, przekonaliśmy wszystkich, że należy nas wysłać tym bardziej, że pokrywaliśmy tylko koszty przelotu w złotówkach, natomiast koszty pobytu miały być pokryte przez Międzynarodowa Federacje Badmintona (IBF) a GKKFiS pożyczył nam tylko na chwilę gotówkę w dolarach. Ufff! Było ciężko, ale się udało. W tak trudnych czasach pokonanie wszelkich przeszkód powodowało wzrost zaufania zawodników, klubów i okręgów do osób zarządzających Związkiem, ale nie tylko. Przed nami był rok 1992 i możliwość udziału zawodników w Igrzyskach Olimpijskich w Barcelonie. Jeżeli  nie wzięlibyśmy udziału w mistrzostwach świata to, czy moglibyśmy marzyć o igrzyskach, o kwalifikacjach do nich? W tym miejscu należy dodać, że te państwa, które nie startowały w mistrzostwach świata, na kolejnych rozgrywanych w roku 1991 w Danii musiały startować z ostatnich pozycji. Ten drobny punkt w regulaminie mistrzostw spowodował nasz ogromny wysiłek, aby wziąć udział w zawodach w Indonezji. Wydaje mi się, że teraz po tych wyjaśnieniach już wiecie, dlaczego start w mistrzostwach świata był tak ważny dla naszych zawodników. Związek Badmintona został założony w roku 1977, przez kilka lat budowaliśmy struktury organizacyjne, kluby, okręgi, szkoliliśmy trenerów, instruktorów oraz sędziów. Jednocześnie sprowadzaliśmy do Polski szkoleniowców ze Szwecji, Niemiec, Danii, Anglii, aby pracowali na zgrupowaniach z kadrą narodową Polski, aby szkolili naszych instruktorów i trenerów. Aby móc wystartować w mistrzostwach Europy czy świata trzeba było dysponować reprezentacją składającą się, z co najmniej 4 mężczyzn i co najmniej 4 kobiet. Wyszkolenie zawodnika trwa około 8 lat, stąd konieczność wożenia najlepszych po świecie, ułatwianie im startów w bardzo silnych turniejach tak, aby wiedzieli, do czego dążymy, a dążyliśmy do startu w Igrzyskach Olimpijskich. Udział  w zawodach to też nauka, oglądanie najlepszych, podglądanie w jaki sposób chodzą po boisku, jak atakują lotkę, jakie zwody wykonują, jak wygląda zagrywka mistrzów. Badminton był pokazową grą w Seulu w roku 1988. Tam polskich zawodników nie było, turniej był pokazowy i za zaproszeniami dla najlepszych z najlepszych – nasz badminton był dopiero w powijakach.  Natomiast Barcelona była naszą wielką ambicją, gdyż Związek, który nie ma swoich reprezentantów na Igrzyskach Olimpijskich nie liczy się w świecie sportu wcale. A my wszyscy tak bardzo pragnęliśmy sukcesu. Małego, malutkiego, ale jednak. Od tego przecież zależały dalsze losy całej dyscypliny, oraz ilość otrzymanych pieniędzy w każdym następnym roku. Przed Igrzyskami było to bardzo ważne. Ale wróćmy do naszej Indonezji, do Dżakarty i do meczy tam rozgrywanych. Po jednym z meczy podszedł do mnie Roger Johansson – Szwed, który odpowiadał na tych zawodach za badania antydopingowe. – Jadwiga – mówi, proszę oto protokół dla zawodniczki. W ciągu godziny macie się zgłosić do mnie w celu pobrania moczu do badania. Ok, nie ma problemu, będziemy. Na badania idzie zawsze trener, ale ponieważ Ryszard obsługuje mecz, poza tym wybrano dziewczynę idziemy we dwie. Pokój, stół, Roger, ja i moja zawodniczka oraz członkini Komisji Antydopingowej. Rozpoczyna się procedura, nazwisko, imię, wiek, państwo, itp. Odpowiedzi są protokołowane, ja służę za tłumacza. W pewnym momencie pada rutynowe pytanie: Czy w ostatnim czasie brała pani jakieś leki. Ja pewna swego zadaję pytanie zawodniczce  i słyszę natychmiastową odpowiedź: Tak, brałam. Kiedy? – pada następne pytanie. Odpowiedź – W samolocie w trakcie lotu do Indonezji. Ja w dalszym ciągu tłumaczę pytania i odpowiedzi, choć stół zaczyna mi wirować, a krzesło zaczyna się chwiać pode mną. Ale co mogę zrobić? Moja pokerowa twarz tylko dziwnie zszarzała. Roger w dalszym ciągu zadaje kolejne pytania: Ok, dobrze. A jakie to były lekarstwa? Bądź też lekarstwo? Odpowiedź pada natychmiast – To ten proszek od bólu głowy, taki z krzyżykiem (takie proszki można było kupić w każdym kiosku Ruchu). I dodatkowe tłumaczenie: Bardzo bolała mnie głowa w samolocie, wiec wzięłam jeden. Moja twarz z szarej nabrała czerwonego koloru. Syczącym szeptem zadałam pytanie: Jak to jest możliwe? A Roger spokojnie: Czy otrzymałaś instrukcje o środkach zakazanych? Odpowiedź: Tak. Czy się z nią zapoznałaś? Odpowiedź: Tak. Czy wiesz, że środki przeciwbólowe są umieszczone, jako pozycja nr 1 na liście leków zakazanych. Odpowiedź: Tak. Tu głos mojej dziewczyny załamał się i uderzyła w płacz.  Widząc, co się dzieje, przepraszam za nią i spokojnie proszę Rogera o kontynuowanie procedury. Przechodzimy do kabin, gdzie należy oddać mocz do pojemników w obecności członka komisji i mojej. Chodzi o to, aby wykluczyć możliwość zamiany próbek. Nie wiem, czy wszyscy sobie zdają sprawę z tego, że po ciężkim wysiłku, czy przy ogromnym stresie, zrobienie siusiu jest rzeczą bardzo trudną. Podaję butlę z wodą, ale stres robi swoje. Po dwóch godzinach nareszcie coś nam się udaje i obie próbki są zamknięte, zabezpieczone, sprawdzone przez mnie i zawodniczkę i zaplombowane. W specjalnym pojemniku polecą do  Perth w Australii do autoryzowanego przez MKOL laboratorium. Wynik ma być przesłany do Komisji w Dżakarcie w ciągu 7 dni. Rozpoczyna się najgorsze siedem dni w moim życiu. Siedem dni horroru, czekania na wynik próbki. Nie tylko mojego horroru. Przede wszystkim osobistej tragedii mojej zawodniczki. Wracamy na halę, a ja proszę, aby nie mówiła nic nikomu. Teraz nikomu nie pomoże dodatkowa hiobowa wieść, że cała drużyna znalazła się w trudnej sytuacji.  Oczywiście Andrzej i Rysiek otrzymują dokładne sprawozdanie z przebiegu badania. Decydujemy, że tu na hali absolutnie nie ma tematu. Musimy zebrać myśli i zastanowić się, co robimy dalej. Myśli, które mi przelatują przez głowę są porażające. Nie dość, że skompromitujemy się na oczach całego świata, to także obciążą nas w Polsce za głupotę i bezmyślność. A dziennikarze? No ci to sobie na nas użyją. Już widzę te wielkie nagłówki w gazetach. A Urząd? No tak, oni każą nam zwrócić pieniądze za przelot ekipy. Skąd ja wezmę tyle pieniędzy? Mało tego, mogą zdyskwalifikować nam jedną z najlepszych naszych zawodniczek. Mało tego, pewnie wyrzucą mnie z pracy. Mało tego, pewnie Rysiek pożegna się z pracą. Mało tego, mało tego, mało tego… Cholera, budzę się mokra nie tylko od upału, ale też od natłoku mar sennych! W nocy nie śpię. Myśli fruwają tak, że słyszę je jak wirują w upiornym nocnym tańcu. Jak my wytrzymamy te siedem dni? Jak ona wytrzyma te siedem dni i siedem nocy? Dni to jeszcze jakoś – hala, treningi, zawody, gry, treningi, masaże, czynności rutynowe, jak to na zawodach. Nieeee! Dość! Głupie myśli przyciągają głupie rozwiązania. Nie, nie, nie i jeszcze raz nie! Tyle pracy na nic? Taki wysiłek zmarnowany bez sensu. A może, a może, ale co może? Nie wyjdzie? Nie wykryją w laboratorium w Perth? O czym ja myślę? Chyba zgłupiałam. Przecież to jest wszystko jakiś sen. Jakiś koszmarny sen w upale, w tropiku, na hali gdzie temperatura dochodzi do +48 stopni. Mam zwidy i omamy, cholera, co ja zrobię?…

Cdn.

komentarzy 18 do wpisu “Indonezja Koen i Renata cz 2”

  1. Ciotka Pleciuga

    Droga Jadziu! Przerywasz swoją sensacyjną opowieść w najbardziej podniecającym momencie. Chyba będę miała kłopoty z zaśnięciem. Proszę Cię i błagam! Napisz jak najprędzej dalszy ciąg tych wspomnień bo nie wytrzymam z ciekawości.
    Acha! Byłabym zapomniała dodać, że te ślubne zdjątka są cudowne.
    Pozdrawiam nockowo! 🙂

  2. Jadwiga

    Ciotko Pleciugo,
    życie stwarza nam takie sytuacje o jakich nie mamy pojęcia a sytuacja była wtedy bardzo trudna, zobaczymy co dalej
    j

  3. Beata

    Dłużej czekać nie będę! Zrobię awanturę! 🙂

  4. Jadwiga

    Beato,
    zobacz ile osób to obchodzi, wcale i nikogo, więc trochę poczekam może ich przybędzie?
    Dam Ci znać kochana jak już następny odcinek będzie, dziękuję za książki, Grzergorz dostarczył.
    pozdrawiam
    j

  5. Ania T.

    Już się nie moge doczekać kolejnej częśći!!!
    Ps. Nie mogłam umieścić komentarza pod poprzednim wpisem, chciałam wtedy napisać, że podziwiam Pani niezwykłą pamięć.

    Pozdrawiam serdecznie Ania T.

  6. Jadwiga

    Pani Aniu,
    to wszystko nie działo się tak dawno, trochę notatek z kazdej podróży mam, nie wiem po co je robiłam, moich zawodników znam od wczesnych lat ich młodości, a z każdym conajmnie dekadę pracowałam, wiem o nich i ich kłopotach wszystko, co nie znaczy, ze będę to upubliczniać, szanuję ich bo oni bardzo ciężko pracowali a ja chciałam im dorównać w tej ciężkiej pracy i chciałam aby wiedzieli, że moga na mnie liczyć, jak ja na nich. A później oni odchodzili zakładali rodziny, dzieci a kontakt jest do dzisiaj,no i przychodzili ich następcy i sytuacja się powtarzała, i tak wiele razy, ale to poniekąd były moje dzieci, powierzone mi przez ich rodziny, razem lecieliśmy w nieznane, wiec trzeba było organizować dodatkową opiekę dla nich, bo splendor był nasz, a i porażka była nasza, wszystko było nasze.
    Pozdrawiam

  7. Beata

    Jadziu, tak to czasem jest z tym pisaniem w eterze, że nie każdy zostawi po sobie ślad, ale ludzie czytają. Czasem więcej, czasem mniej, ale czytają. Ja wychodzę z założenia, że piszę dla siebie a jak nawet jedną osobę zaciekawi to już misja spełniona! Poza tym, to co już napisałaś, to zbieraj i zaczynaj wklejać do Podróży z lotką.

  8. Jadwiga

    Beato,
    właśnie zdrukowałam wszystkie moje zapiski i komentarze w tym właśnie celu, bo wzięłam pod uwagę Twoje sugestie
    pozdrawiam
    j

  9. Monika

    Jak poczytałam to się doedukowałam. A właściwie poznałam kawałek Indonezji od dobrej strony.Właśnie zobaczyłam przyjemną i sentymentalną stronę tego zakątka świata i to dzięki tobie. A przy okazji dowiedziałam się czegoś o sporcie. Pozdrawiam.

  10. zośka

    no dalej:)))

  11. TOMEK

    Pani Jadwigo,
    jak ja lubię Panią czytać. Tym bardziej, że spojrzenie na swport mamy bardzo podobne. Mimo że nigdy działaczem sportowym nie byłem, a najbardziej interesuje mnie sport amatorski…

    Pozdrawiam gorąco

  12. Jadwiga

    Moniko,
    w następnym odcinku też będzie ciekawie, a Indonezja jest na tylu tysiacach wysp, ze właściwie już nikt ich nie umie policzyć skoro 6000 jest niezamieszkałych,
    serdecznie pozdrawiam
    j

  13. Jadwiga

    Zośko,
    już niedługo, będzie, już, już
    pozdrawiam
    j

  14. Jadwiga

    Panie Tomku,
    pan robi to co pan kocha, ja też tak robię, zawsze w każdej sytuacji, stąd nasze wspólne myślenie o sprawach sportu.
    Pozdrawiam
    j

  15. Yrsa

    No nie , jak w serialach , przerywasz w kulminacyjnym momencie

    Ciekawe rzeczy opisujesz , oglądając igrzyska czy zawody , my zwykli kibice nie mamy pojęcia o zawiłościach związanych z wyjazdami , procedurami , finansach i zależnościach .
    Zawsze myślałam ,że sportowcy trenują , startują , zdobywają medale , albo nie i już , a to wszystko trochę pokręcone .
    Pozdrawiam , życzę miłego weekendu , ja niestety spędzam weekend w pracy , ale będę zaglądać wieczorami na cd.-Yrsa

  16. Jadwiga

    Yrso,
    bo sport tylko z ekranu telewizora wyglada kolorowo, pięknie, młodo, wszyscy mimo zmęczenia się uśmiechają, tak wygląda to teraz, w przeszłości około 20 lat wstecz czyli bardzo niedawno wyglądało to w ten właśnie sposób w jaki opisałam, i tylko od twojej pomysłowości, zaradności, przewidywania zależało czy osiagniesz zaplanowane z trenerami cele. Zawodnicy i tak mieli trudno, bo sprzętu było brak, a my nie mieliśmy lotek, które nawet w pewnym momencie zaczęliśmy produkować sami w Zakładzie Działalności Gospodarczej” Lotka” w Teresinie k Warszawy, i wcale nie mało tam robiliśmy bo w ciagu 3,5 roku zabezpieczyliśmy potrzeby kadry i klubów i tylko dzięki temu badminton w latach transformacji nie padł na twarz, ale o tym będą kolejne wpisy.
    pozdrawiam
    j

  17. Andrzej

    Toż to klasyczny kryminał! Z tym. że policjant jakoś bardziej w nerwach niż podejrzany… Kiedy cd? Pozdrawiam.

  18. Jadwiga

    Andrzeju,
    policjant? myśle, że ze wzgledu na wkład pracy myśmy mieli wtedy zbyt dużo do stracenia, a moja cholerna wyobraźnia podpowiadał mi rozwiązania trudne do akceptacji , ja widziałam wszystko w najgorszych barwach wojennych…
    Pozdrawiam
    j

Zostaw odpowiedź

XHTML: Możesz używać następujące tagi: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Content Protected Using Blog Protector By: PcDrome.