Subskrybuj kanał RSS bloga Okiem Jadwigi Subskrybuj kanał RSS z komentarzami do wszystkich wpisów bloga Okiem Jadwigi

Wpisy oznaczone ‘Podróż do miasta świateł’

Małgosia

Małgorzata Gutowska-Adamczyk, Targi Międzynarodowe w Krakowie, fot. Damian Klamka

Małgorzata Gutowska-Adamczyk, Targi Międzynarodowe w Krakowie, fot. Damian Klamka

O Małgosi pisałam na moim blogu już kilka razy. Tutaj znajdziecie linki do postów, zapraszam do ich przeczytania, aby odświeżyć sobie pamięć, bądź przypomnieć istotne momenty naszego spotkania w sieci.

http://www.okiemjadwigi.pl/niespodzianka/; http://www.okiemjadwigi.pl/wierze-w-sile-kobiet/;

http://www.okiemjadwigi.pl/wierze-w-sile-kobiet-cz-ii/

Od pierwszej chwili naszej znajomości obydwie miałyśmy wrażenie, że łączy nas jakaś tajemna siła, w miłości pewnie nazywałaby się chemią, u nas w naszej znajomości nazywamy ją przeznaczeniem. Bo przecież, wiecie już, że wszystko w naszym życiu dzieje się po coś. Nie da się ukryć, że polubiłyśmy się i to bardzo. Częste wspólne picie porannej „kawki”, jazda po zakupy, czy też dyskusje dwóch zapalonych ogrodniczek na tematy kwiatów i krzewów, wreszcie zakupy w Gospodarstwie Ogrodniczym Jacka Wiśniewskiego juniora w Góraszce spowodowały pogłębienie naszej znajomości. Podczas tych wypadów miałam okazję lepiej poznać Małgosię Gutowską- Adamczyk, autorkę wielu powieści, o których wcześniej pisałam (znajdziecie je w linkach powyżej).

Efektem znajomości i przyjaźni było też wielkie wyróżnienie, które mnie spotkało. Miałam okazję przeczytać przed drukiem fragmenty najnowszej powieści historycznej tej autorki: „Fortuna i namiętności” tom I „Klątwa”. Przyznam, że czytałam je z wypiekami na twarzy! Ale spotkało mnie jeszcze jedno szczególne doświadczenie. Mam możliwość obserwowania codziennego trudu pracy pisarza, autora powieści, które od pierwszej strony czytamy „jednym tchem”.  I powiem wam uczciwie, że abyśmy mogli czytać powieść, która płynie, autor potrzebuje setek godzin na tworzenie. Bo, że jest to trud tworzenia teraz już wiem doskonale.

Z Małgosią rozmawiamy bardzo często, nie tylko o sprawach dotyczących nowej powieści, tej aktualnie pisanej, ale również tej, która już jest w wydawnictwie, o jej dalszym ciągu, o tym, co w kolejnych tomach będzie się działo. Wiem, jak wiele czasu musi spędzić nad różnymi książkami historycznymi, aby bezbłędnie oddać tło epoki, w której umieściła akcję. Wiem również ile godzin spędza na poszukiwaniu lektur z tamtego okresu czasu, poznałam też wirtualnie pewnego doktora historii, który jest jej konsultantem. Ten wysiłek jest niezbędny, abyśmy  jako czytelnicy nie mieli wątpliwości, że postacie i wydarzenia są prawdopodobne.

Małgorzata Gutowska-Adamczyk fot. Robert Gutowski

Małgorzata Gutowska-Adamczyk fot. Robert Gutowski

Moje standardowe pytanie, niezbyt lubiane przez Małgosię:

– Ile stron dziś napisałaś?

– Jak to pół strony?

– Napisałam trzy, ale po przeczytaniu sprułam.

– Uhhhm, no dobrze.

Lub innym razem:- Napisałam stronę, ale przełomową, bo już wiem teraz, co będzie dalej, ułożyło mi się wszystko w jakąś logiczną całość przynajmniej do końca tego rozdziału..”.

I tak, co rano, przez kilka miesięcy wyglądały nasz „kawowe” rozmowy telefoniczne. Od lipca, kiedy  „Fortuna” została złożona w wydawnictwie, rozmawiamy na całkiem inny temat, dotyczący czasów Peerelu, gdyż kolejna opowieść będzie osadzona właśnie w tym okresie, można powiedzieć naszej wspólnej rzeczywistości.

Cieszę się na powieść z tamtych czasów, niektórzy mówią burych i ponurych, ale przecież my wtedy byłyśmy młode (mówię o sobie, bo Małgosia była bardzo, bardzo młoda, po prostu dziecko!), pełne sił twórczych i apetytu na życie, i to nic, że ubrane buro, prawie wszystkie według jednej sztampy,  umiałyśmy się cieszyć z niczego, z oranżady kapslowanej, cukierków wystanych przez nasze mamy Mieszanki Wedlowskiej z czekoladkami Bajecznym i Pierrotem na czele. Wszystko inne było nieistotne.

Dlaczego o tym napisałam?  Ponieważ mam możliwość obserwowania pracy jednej z najpopularniejszych autorek. Pisarki, która mieszka tuż obok, w Aninie. Chcę przedstawić wam zupełnie nieoficjalnie osobę, z którą spotykam się prawie codziennie, bez makijażu, bez wizytowych sukien, kobietę ciężko pracującą na swój sukces.

Osobę, dla której po pierwsze, drugie i trzecie, liczy się przede wszystkim rodzina, jej mąż Wojtuś ( jak o Nim zawsze mówi) oraz dwaj synowie Maciek i Piotr, którzy już prawie wyfrunęli z domu, jednak dla Małgosi są tu i teraz obecni zawsze i ileż razy słyszę podczas rozmowy, wiesz, przepraszam, właśnie przyszedł Piotruś, muszę mu przygotować coś smacznego, pa, pa, pa.

Piotruś jest kompozytorem, przygotowuje się do rozpoczęcia studiów za granicą, ale zanim to nastąpi musi nie tylko skomponować wiele utworów, musi także uporać się z niezliczoną ilością papierów, które trzeba złożyć w uczelni i jej przepastnych biurach. Tak, więc mama i tato są tutaj bezcennymi konsultantami.

Małgosia Gutowska-Adamczyk fot. Magda Galiczek

Małgosia Gutowska-Adamczyk fot. Magda Galiczek

Maciej jako stand-up’er jest gościem w domu, gdyż jego zawód wymaga częstych wyjazdów.  Dla nich Małgosia zawsze pozostaje przede wszystkim mamą, nie pisarką wielu powieści.  Na jednym ze spotkań, na które jeżdżę, usłyszałam, że Maciek udzielając wywiadu odpowiedział na pytanie: „Jak to jest być synem sławnej mamy: „… mamę kochałem zawsze, ale dopiero niedawno ją polubiłem”. No, bo jak lubić mamę, która od godziny osiemnastej jest już niedostępna dla rodziny, bo ten czas jest tylko przeznaczony dla niej, dla jej bohaterów i tak aż do północy? Tym niemniej mogę powiedzieć jedno, nie ma nic droższego, co Małgosia mogłaby postawić ponad rodzinę, żadna książka, powieść czy scenariusz nie jest dla niej tak ważna, jak ważna jest rodzina, z której czerpie siłę.

O Jej mężu Wojtusiu tak napisałam w marcu br.  http://www.okiemjadwigi.pl/aninianin/

W życiu liczą się również mama i tato Małgosi, siostra Urszula i siostrzenice. W Mińsku Mazowieckim są jej korzenie, tutaj była sławetna cukiernia, bohaterka książki „Cukiernia Pod Amorem”, tutaj jej ciocia tę cukiernię prowadziła i o niej powstał ten bestseller.  Nie jest moim zamiarem gloryfikować bohaterkę mojego postu. Chcę tylko przybliżyć wam osobę, która wtargnęła jak huragan w moje życie, choć sama jest drobną eteryczną blondynką, z poczuciem humoru, wielkim dystansem do siebie, która kocha swoje psy Neskę czarnego sznaucera i Milkę golden retrievera. Chodzi z nimi trzy razy dziennie na długie spacery, a uważni Aninianinie mogą zaobserwować tę drobną kobietę idącą z sukami na spacer. Sunie są zawsze na smyczach, a Małgosia ma torebki na prezenty, jakie na tych spacerach jej dziewczyny robią zostawiając  na trawnikach. Wszystko jest wyzbierane.

O jeszcze jednym chcę napisać, o podejściu do znajomych i o przyjaciołach bliższych czy dalszych. Małgosia należy do osób z kategorii „pomocni ludzie”. Niech tylko usłyszy, że komuś, coś się dzieje, ktoś zachorował lub potrzebuje jakiejkolwiek pomocy, natychmiast jest telefon, natychmiast jest oferta pomocy, natychmiast kombinuje co może zrobić. Bo wiesz, przecież ja jej/jego nie mogę tak zostawić, nie dałoby mi to spać dzisiejszej nocy, no wiesz ja muszę zadzwonić i tu i tu, no, bo jak to tak? Bez pomocy zostawić? Nie, nie mogę. Taka jest i już, i za to ją cenię chyba najbardziej. Za bezinteresowność, za otwarcie na ludzi, za chęć niesienia pomocy, za to, że jest taka normalna.

Znacie mnie już pięć lat, tak w tym roku mija pięć lat mojego blogowania, dlatego wiecie, że nie  zachwycam się wszystkimi jak leci, lubię i cenię ludzi, którzy swoją ciężką pracą osiągnęli sukces. Tych bardzo często przedstawiam na łamach tego bloga, wyrażając im mój szacunek, a wam

Małgosia Gutowska-Adamczyk fot. Robert Gutowski

Małgosia Gutowska-Adamczyk fot. Robert Gutowski

pokazuję osoby warte poznania, nie w otoczeniu sceny, spotkań autorskich, świateł, kwiatów i poklasku zasłużenie zbieranego. Ale o wiele ciekawsze jest to, czego o nich nie wiemy: codzienne życie bez świateł, sceny, aplauzu i makijażu. Dopiero wtedy człowiek pokazuje, jaki jest naprawdę.

A teraz NIESPODZIANKA! Z okazji pięciu lat mojego blogowania pięć osób, które skomentują wpis, zostanie wybranych przez Małgosię Gutowską Adamczyk i w nagrodę otrzyma jej książki.

Jeżeli zainteresowałam was Moją Przyjaciółką Małgorzatą Gutowską-Adamczyk jestem szczęśliwa, zapraszam wszystkich do zabawy. Termin rozstrzygnięcia konkursu mija w dniu 28 listopada 2014 r. Chciałabym, aby nagrody dotarły do was na Św. Mikołaja. Powodzenia!

 

 

 

Tajemnice Prowincji

Tajemnice Prowincji Joanna Jurgała Jureczka

Tajemnice Prowincji
Joanna Jurgała Jureczka

Panią Joannę Jurgałę-Jureczkę poznałam kilka miesięcy temu. Spotkałyśmy się u Małgosi, która zaprosiła mnie na szybką kawę podczas wizyty Joasi. Wiesz jest u mnie młoda autorka dopiero, co wydanej książki o Zofii Kossak. Joanna przyjechała w sprawach książki tej i kolejnej, która ma się niebawem ukazać. Właśnie pijemy kawę, przyjdź, poznacie się. Takiej okazji nie mogłam zaprzepaścić. Za chwilę siedziałyśmy w kuchni popijając espresso, radośnie gadając. Dla mnie najpiękniejszym pomieszczeniem w każdym domu jest kuchnia! Tutaj odbywają się najmilsze rozmowy zawsze i z każdym.

Oczywiście rozmawiałyśmy nie tylko o wydanych książkach, ale też i o pomysłach na następne. Jak to kobiety rozmowa dotyczyła też dzieci, jako że Joanna jest żoną Krzysztofa i mamą Michała, Marcina i Magdaleny. Mieszkają na Śląsku Cieszyńskim.

Joanna Jurgała Jureczka uczyła się w Cieszynie, zaś filologię polską ukończyła na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach, w roku 1999 uzyskała stopień doktora nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa. Praca doktorska napisana pod kierunkiem prof. zw. dr hab. Krystyny Heskiej-Kwaśniewicz nosiła tytuł: Oswajanie „nieznanego kraju”. Śląsk w życiu i twórczości Zofii Kossak. Sama o sobie mówi, ze jest naukowcem, jednak popełnione książki potwierdzają jej talent pisarki.

Pracowała, jako polonistka w cieszyńskich szkołach średnich, była dziennikarką „Gościa Niedzielnego” i współpracowała z innymi redakcjami czasopism o zasięgu regionalnym i ogólnopolskim.

W Górkach Wielkich pracowała w Muzeum Zofii Kossak-Szatkowskiej, prowadząc badania nad biografią i twórczością Zofii Kossak a także literatów związanych ze Śląskiem Cieszyńskim. Wykładała literaturę chrześcijańską i

Małgorzata Gutowska- Adamczyk i Joanna Jurgała- Jureczka

Małgorzata Gutowska- Adamczyk i Joanna Jurgała- Jureczka

regionalną, bierze udział w sesjach naukowych, panelach dyskusyjnych, wygłasza prelekcje, najczęściej w formie prezentacji multimedialnych, prowadzi spotkania z pisarzami. Współpracowała z autorami filmów dokumentalnych na temat Zofii Kossak (m. in. „Errata do biografii”).

Jest autorką licznych artykułów a także publikacji, głównie o charakterze naukowym i popularnonaukowym a także książek, m. in. Oswajanie „nieznanego kraju”. Śląsk w życiu i twórczości Zofii Kossak, Dzieło jej życia. Opowieść o Zofii Kossak, Zofii Kossak dom utracony i odnaleziony, Historie zwyczaje i nadzwyczajne, czyli znani literaci na Śląsku Cieszyńskim, Skrzat opowiada o beskidzkich skarbach, Gdzieś na końcu świata.

Tyle informacji o Joannie znalazłam w Internecie.

W kontaktach bezpośrednich pani Joanna wydała mi się bezpośrednią, miłą, skromną osobą, która wielkim szacunkiem darzy Małgosię Gutowską- Adamczyk wspaniałą autorkę wielu książek dla młodzieży a także powieści „Cukiernia Pod Amorem” oraz „Podróży Do Miasta Świateł”. Siedziałyśmy pijąc kawę, jedząc orzeszki laskowe, migdały a także częstując jabłkami psy Neskę i Milkę, które towarzyszyły naszemu spotkaniu „w kuchni”. Rozmawiałyśmy a czas nieubłaganie płynął. Tyle pytań zostało niezadanych a przecież wiedziałam, że napiszę o Joannie, aby przybliżyć wam, autorkę książek w tym „Tajemnic Prowincji”, która w czerwcu 2014 ukazała się nakładem Wydawnictwa „ZYSK i S-KA”.

Joanna Jurgała Jureczka

Joanna Jurgała Jureczka

„Tajemnica Prowincji” to opowieść pełna tajemnic, które śledzimy zagłębiając się w lekturę, poznajemy rodzinny świat głównej bohaterki Joanny, oczekującej na intratną posadę w Krakowie,  staje się na rok kustoszem Muzeum Hrabiny Doenhoff, mieszczącego się w Domu Leśniczego przy niszczejącym Pałacu. Justyna Skotnicka, podejmuje również tymczasową opiekę nad dwoma synami swojej siostry. Trudna sytuacja finansowa rodziny wymusza na siostrze i jej mężu konieczność podjęcia pracy w Niemczech, co jest związane z rocznym kontraktem. Justyna, nowa pani kustosz w Muzeum, staje się opiekunką dwóch młodych ludzi nastoletniego Maćka i pierwszoklasisty Kuby. Obydwaj mają wspaniałe poczucie humoru. Czytając te fragmenty książki, w których  są głównymi bohaterami, widzę dwóch inteligentnych młodych ludzi, którzy mogą być super dziećmi w każdej rodzinie a mnie wydaje się, że autorka znakomicie podgląda własnych synów i ich życie codzienne. Oczywiście młodzi nie są aniołkami, ale żywymi ludźmi, z własnymi pomysłami na życie, z którymi ciotka Justyna musi sobie poradzić.

Powieść rozgrywa się w Brzozowie, rodzinnym miasteczku Justyny, która przyjechała tylko na chwilę, na rok. Toczące się sprawy zarówno w pracy oraz w domu, nawiązujący się bliski kontakt z siostrzeńcami, zacieśniające się powiązania z poszczególnymi osobami, mieszkańcami

Joanna Jurgałą Jureczka spotkanie z czytelnikami w Skoczowie

Joanna Jurgałą Jureczka spotkanie z czytelnikami w Skoczowie

Brzozowa, zmieniające pory roku stanowią czas na zastanowienie, czego tak na prawdę pragnie Justyna. Zraniona przez pierwszą miłość, stara się odnaleźć w pracy, chociaż jej mama, burmistrz Brzozowa, chce pomóc  w kryzysowej sytuacji, poznając ją z Rafałem. Czy z tej znajomości rozwinie się wielka miłość? Czy hrabia reprezentujący rodzinę Doenhoff wpłynie na zmianę w życiu Justyny?

Czytając tę powieść dwa razy, zwracałam uwagę na coraz to nowe postaci, które pojawiały się w książce. Podobała mi się Helena Stępniowa, sprzątaczka zatrudniona w Muzeum, bez której nic nie ma prawa się zdarzyć, bowiem jak nikt zna wszystkich w okolicy. Podobały mi się również wtrącane opowieści o Kossakach, którzy na Śląsku Cieszyńskim przebywali, o Witkacym, który w latach trzydziestych był ich gościem, o tym, że rysował portrety młodych mieszkańców pałacu i o tym, jak jeden z tych portretów odnajduje się w rupieciach i papierach na strychu Muzeum, aby nagle zginąć. W związku z tak zawiązaną akcją nie może obyć się bez śledztwa, które przyniesie niespodziewane rozwiązanie.

Tyle mogę napisać, a jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej, koniecznie sięgnijcie po tę miłą książkę.  Zapraszam do przeczytania urywku z książki „Tajemnice Prowincji”, który dla was wybrałam:

Joanna podczas spotkania

Joanna podczas spotkania

„… Już tu są! – ekscytował się dyrektor Janik.

–  Kto?

– Jak to, kto? Oni. Prawnuk hrabiny i jego kuzynka. Rozmawiałem z nimi przez telefon. Bedą u mnie za godzinę. Przyjechali z Wiednia, ale on, zdaje się, na stałe mieszka w Szwajcarii czy Francji. Nie wiem. Akcent miał francuski.

-Chyba przed chwila ich spotkałam. Dlaczego się pan tak denerwuje?

-Przecież mówiłem!- Zniecierpliwił się.-Chcą odzyskać majątek, no a teraz maja ochotę na nasze muzeum. Musi pani cos zrobić!

-porządkuje zbiory, jak się umówiliśmy. Nawet pan nie ma pojęcia, jak przez te lata wszystko zostało zaniedbane. Nie ma porządnych spisów i katalogów, na strychu i w piwnicy walają się zakurzone papiery, dokumenty. Bóg wie, co jeszcze.

– Pani doktor, porządki są mało, że tak powiem, spektakularne.

-Zorganizowałam lekcje muzealne, robię promocję, bywam w szkołach, mam tam prezentacje, wykłady. Jest sporo zwiedzających.

-O! To, to – ucieszył się dyrektor, przesiadając z zabytkowej kanapy na krzesło, z powodzeniem udające osiemnastowieczny mebel.  -A może jakiś rozgłos medialny? -zaproponował nieśmiało -Wywiady, spotkania. Może konferencja prasowa.

-Konferencja?- zdziwiłam się.- Nie ma mowy. Czym ją uzasadnimy? Lekcjami muzealnymi? Przecież tu nic nadzwyczajnego się nie dzieje!

Zmartwił się wyraźnie, ale zapewniłam go, że nie ma podstaw obalenia testamentu hrabiny. Zbiory są nadal własnością skarbu państwa i nie musi obawiać się spotkania z prawnukiem i prawnuczką Franciszki Doenhoff. Powinien udawać, że bardzo się cieszy z ich przyjazdu.

*

Na progu Domku Leśniczego czekała Stępniowa. Skrzyżowała ręce na obfitym biuście i oświadczyła, że, jeżeli Rychu jeszcze tydzień będzie porządkował strych, nie ręczy za siebie. Może nawet złoży wypowiedzenie.

-Co ja pocznę bez pani, pani Heleno?- zapytałam uśmiechając się, co ją ostatecznie wyprowadziło z równowagi.

-Pani kierowniczka sobie żartuje ze mnie, a ja schody muszę wycierać trzy razy w ciągu dnia! Żeby jeszcze uważał pijak jeden, ale on na prawo i lewo rozsypuje kurz i śmieci, znosząc te stare graty.

-Przecież go pani lubiła-przypomniałam, ale zobaczywszy jej pełen wyrzutu wzrok, zapewniłam nieszczerze: – Na pewno coś da się zrobić…”

Zachęcam do przeczytania książki, która jest miłą lekturą dla każdego!

Wasza Jadwiga

 

 

 

 

Wywiad: z  Małgorzatą Gutowską Adamczyk rozmawia Justyna Gul  

Edouard Manet (1832-1883- Olimpija 1863 naga kobieta  Victorine Meurent

Edouard Manet (1832-1883- Olimpija 1863 naga kobieta Victorine Meurent

Pisze pani o paryskim Salonie, powstaniu impresjonizmu, zatem nie sposób nie zapytać o tych wielkich, którzy ujmują panią za serce-Degas? Cassat? Boudin?

Boudina bardzo lubię, te jego sceny plażowe, to niebo podczas zachodu słońca, mogłabym oglądać godzinami i nim jeszcze dostałam od Wydawnictwa „Nasza Księgarnia” projekt okładki, miałam jeden z jego obrazów na pulpicie komputera. Bardzo jestem przywiązana do Maneta. Może nawet nie tak do jego obrazów (niech mi to wybaczy!), co do życia, jakie wiódł. Było to modelowe życie malarza. Z czułością myślę o walce, jaką toczył o swoje dzieło, i jak umarł, nie doczekawszy się uznania tych, na których mu najbardziej zależało- członków Akademii, czyli tak zwanych Zielonych Fraków. Podziwiam kobiety malarki, które podążały za swym powołaniem, nie zważając na to, że ktoś okrzyknie je dziwaczkami. Niektóre, jak Louise Abbema, zyskały nawet rozgłos. Bardzo lubię wszystkich malarzy „paryskich”, a zwłaszcza tych, którzy malowali Montmartre tamtych czasów, wioskę zawieszoną nad Paryżem, gdzie chodziło się na potańcówki. To oni byli moimi przewodnikami,

Edouard Manet (1832-1883) Śniadanie na trawie 1863 obraz wystawiony w Salonie Odrzuconych

Edouard Manet (1832-1883) Śniadanie na trawie 1863 obraz wystawiony w Salonie Odrzuconych

pokazywali mi miasto, jakim było a jakiego próżno by dziś szukać. Wśród nich mamy Corota, Van Gogha, Utrilla, Caillebotte’a, ale również mniej znanych Berauda, Steina, Cortesa. Nie sposób wymienić wszystkich.

Le Chic Parisien, – czym jest dla pani ów szyk paryski? To moda? Styl bycia?

To styl bycia. Paryżankom zazdrościmy wyczucia smaku, stylu, może być bycia w centrum wydarzeń, tu, gdzie rodzi się moda. Paryż wart jest mszy. Pamiętam jak bardzo starałam się dobrze ubrać, kiedy jechałam tam w 1988 roku, jak zależało mi, by nie wyróżniać się na ulicy, być, choć odrobinę paryżanką.

Tworząc Cukiernię Pod Amorem, przeczuwała pani, że wykorzysta w nowej książce nie tylko znane czytelnikowi miejsca, lecz także epizodyczną przecież postać z sagi?

Pomysł narodził się później. Podobnie jak czytelniczki nie miałam ochoty opuszczać Gutowa, szukałam, więc jakiegoś pretekstu, aby tam jeszcze wrócić. Zakończenie sagi w 1995 roku pozwalało mi zajrzeć na scenę wydarzeń, choćby tylko po to, aby dopowiedzieć czytelnikom, co zostało pozostawione ich

zdjęcia pani Małgorzaty Gutowskiej Adamczyk wykonane do poszczególnych winiet Jej książek

zdjęcia pani Małgorzaty Gutowskiej Adamczyk wykonane do poszczególnych winiet Jej książek

wyobraźni. A wycieczka do Paryża?  Cóż, która z nas o niej nie marzy…

Ta olbrzymia wiedza o Paryżu z tamtych czasów to wynik do miłości do kraju? Owoc długich poszukiwań? Podróży do Francji? Jak zbierała pani materiały, by móc oddać ducha tamtej epoki?

Francuska kultura niezmiennie mnie fascynuje, podróż odbyłam tylko jedną, nieco ponad dwutygodniowy pobyt w Paryżu zawdzięczam mężowi, który mnie tam zaprosił za zaoszczędzone ze stypendium ministerialnego pieniądze. Poszukiwania materiałów odbywały się na bieżąco, pomagała mi w nich czytelniczka Cukierni pod Amorem, z którą nawiązałam kontakt w sieci, Marta Orzeszyna. Jest z wykształcenia romanistką, wielką fanka kultury francuskiej i przez dziesięć lat mieszkała w Paryżu. Ona też robi kwerendy, jako ze czas nagli, a moja francuszczyzna nie jest dość biegła. Bez jej pomocy powieść nie byłaby tak doprawiona ciekawymi szczegółami, za co jej składam wielkie podziękowanie!

W Cukierni Pod Amorem każde słowo przesycone jest zapachem i smakiem wspaniałych wypieków. Również w podróży do miasta świateł  cukier dedyk 001mamy nie tylko francuskie dania, lecz także znakomita kuchnię w hotelu w Zajerzycach, no i oczywiście apetyczne jagodzianki z Gutowa. Czy popularna autorka, która, na co dzień ma mnóstwo obowiązków związanych z promocją tytułów, spotkaniami, która pisze jednocześnie kolejne książki, sporo czasu poświęca na zajmowanie się domem? Kiedy czyta się pani książki, odnosi się wrażenie, że jedzenie jest dla pani ważne, jako pewien symbol-ciepła? Rodziny? Kultury?

Właśnie tak rozumiem jego rolę, jest częścią naszej kultury i jedną z wielkich, obok czytania, moich przyjemności. Lubię gotować i piec, zresztą jestem do tego zmuszona, jako pełnoetatowa pani domu, a najprzyjemniejsze są dla mnie momenty, kiedy mówię do starszego syna: ”chyba cos mi nie wyszło”, a on z czułością komentuje: „Tobie zawsze wychodzi”. Moi domownicy lubią moją kuchnię, co sprawia mi niezmiennie taka sama radość.

Mówiąc o Paryżu, mieście świateł, ale tez i mieście miłości, nie uniknie Pani pytania o miłość. Przy okazji promocji powieści dla młodzieży Wystarczy, że jesteś stwierdziła pani ze miłość nie jest lukrowanym obrazkiem i wymaga pracy obojga partnerów. W Cukierni Pod Amorem czy Podróży do miasta świateł dostajemy podobny obraz. Jak to, zatem z ta miłością jest? Czy pani ma dla swoich czytelników receptę na udany związek albo szalona miłość? A może to jest to samo?

Bardzoróz a 1 2 001 bym chciała mieć taka receptę i na pewno bym się nią hojnie dzieliła. Niestety, coś takiego nie istnieje. Szalona miłość trwa kilka dni, tygodni, miesięcy, żywi się oddaleniem, niemożliwością, sprzyjają jej wszelkie zakazy i tabu. Kiedy te nie obowiązują i wkracza codzienność, miłość dość szybko się ulatnia. Powstają swary, bo ludziom rzadko udaje się ustalić priorytety w związku. Dochodzi czasem brak równowagi w obowiązkach, niedopasowanie seksualne i dramat gotowy. Udany związek to symetryczna budowla, dzieło obojga partnerów. Czasem wychodzi im krzywa wieża, która oby nie runęła. Szalona miłość zdarza się nie tylko w powieściach, również w życiu, i jest wielka siłą, burzą, która nas unosi. Gdy niebo się rozpogodzi, odnajdujemy się na spokojnym morzu lub na dnie…

Bardzo pani dziękuję za poświęcony czas i ten spacer ku miastu świateł.

Dziękuję za rozmowę i zapraszam wszystkie czytelniczki na spotkanie z Różą z Wolskich!

 

Content Protected Using Blog Protector By: PcDrome.