Subskrybuj kanał RSS bloga Okiem Jadwigi Subskrybuj kanał RSS z komentarzami do wszystkich wpisów bloga Okiem Jadwigi
netsuke

netsuke

Dzisiaj będzie o Netsuke (根付?), miniaturowych rzeźbach które wyrabiano w Japonii od XV wieku. Rzeźby te  miały swoje przeznaczenie. Pamiętacie wszyscy, że kimono  było i jest pozbawione kieszeni, dlatego potrzebna była mała rzecz,  która służyła do zamocowania sakiewki,  i była jednocześnie ozdobą. Tak powstawały miniaturowe cudeńka,  a każde z nich wyrabiane było przez mistrzów japońskich. Praca nad takim cudeńkiem trwała kilka miesięcy, ale po tym czasie ukazywała się światu przepiękna rzeźba oddająca  myśl i nastrój rzeźbiarza. Netsuke były  wyrabiane z kości słoniowej, kości zwierząt, bursztynu , ceramiki, metalu, zawsze posiadały  liczne zdobienia.  Istnieją trzy rodzaje netsuke: przedstawiające ludzi i zwierzęta -katabori, są one najpopularniejsze, netsuke przypominające  guziki nazywane w języku japońskim manju, oraz podłużne czyli sashi.  Miniaturowe cacka, a może talizmany, nie wiemy do końca. Możemy  się tylko domyślać.

Netsuke,  cacuszka  wielce cenione  przez kolekcjonerów.  Sztuka japońska  była niezwykle popularna w latach pięćdziesiątych  XIX wieku. Zainteresowanie rosło wraz z pozycją i bogactwem ludzi.  Kolekcjonowano wachlarze, szkatułki, parawany, i inne piękne japońskie arcydzieła, w tym i  netsuke.

figurka z kolekcji netsuke

figurka z kolekcji netsuke

Kolekcja dwustu sześćdziesięciu czterech netsuke jest bohaterem książki Edmunda de Waal „Zając o bursztynowych oczach”, o której chciałam wam dzisiaj napisać.  Książka „ The  Hare With Amber Eyes: A Family’s  Century of art And Loss”. Historia bogatego rodu  Ephrussich  ściśle związana jest  z tymi małymi cacuszkami. De Waal napisał ją w roku 2010, pani Elżbieta Jasińska przetłumaczyła  z języka angielskiego i w roku 2013 pozycja została  wydana  przez Wydawnictwo Czarne.

„..Zając o bursztynowych oczach to niezwykła synteza powieści detektywistycznej, rodzinnych wspomnień i wykładu z historii sztuki. Odziedziczywszy po wujecznym dziadku wyjątkowy zbiór 264 maleńkich japońskich figurek, autor rozpoczyna pasjonujące śledztwo. Zgłębiając historię tej szczególnej kolekcji, poznaje dzieje swoich przodków — kilku pokoleń arystokratycznej rodziny Ephrussich. Nurtuje go pytanie, jak to się stało, że z całej ogromnej fortuny właśnie te drobne i kruche przedmioty przetrwały kataklizmy XX wieku…”

Jeżeli lubicie historię sztuki, jeżeli ciekawi jesteście świata, lubicie opowieści rodzinne,   kochacie XIX wiek, dalekie podróże,  to sięgnijcie po

sposób mocowania sakiewki do pasa obi

sposób mocowania sakiewki do pasa obi

tę książkę. Historia rodu zaprowadzi nas do Paryża gdzie przy ulicy Monceau powstają domy bogatej żydowskiej finansjery,  do  Wiednia gdzie będziemy świadkami budowy imperium rodziny Ephrussich, ale również  narodzin antysemityzmu,  Anschluss’ u, będziemy obserwowali wybuch wojny i eksterminacje Żydów.  Pojedziemy też  do powojennego  Tokio , aby być świadkami odrodzenia miasta i państwa. W końcu wylądujemy  na Krymie w Odessie, gdzie wszystko się zaczęło, gdzie zaczęła się historia Rodu Ephrussich, odeskich handlarzy zbożem, rodziny, która  wyemigrowała  i część jej osiadła w Paryżu a  część  w Wiedniu. Nie odwiedzimy tylko Berdyczowa gdzie większość członków rodu się urodziła, wielka to  szkoda, ale i tak będziemy oglądali  dziwiętnastowieczną Europę oczami autora, który dla nas przekopuje  się przez bogate archiwa, tomy gazet o sztuce, a także zapoznaje nas ze wspomnieniami rodzinnymi przytaczanymi przez żyjących  członków rodu.

Edmund de Waal  jest znanym  brytyjskim ceramikiem, znawcą japońskiej ceramiki  opowiada nam losy swojego rodu, wraz z historią kolekcji, którą odziedziczył po swoim przodku. Miniaturowe cudeńka,  są niemymi świadkami ludzkich losów i burzliwych historii.   .

Edmund de Waal ZAJĄC o Bursztynowych Oczach Historia wielkiej rodziny zamknięta w małym przedmiocie

Edmund de Waal ZAJĄC o Bursztynowych Oczach Historia wielkiej rodziny zamknięta w małym przedmiocie

Autor napisał we wstępie:” Nie jest moim zamiarem pisanie rodzinnej sagi, a tym bardziej utrzymanej w nostalgicznym tonie opowieści o Mittleuropie”. A ja myślę, zresztą tak samo jak Jacek Dehnel:”  że de Waal  poległ  na całej linii, bo jego książka wpisuje się w najlepsze tradycja gatunku: oto wielkość i upadek rodu Epfrussich , odeskich handlarzy zbożem  jak z opowiadania Babla, między tym pojawia się pierwowzór Proustowskiego Swanna i uczennica Rilkego, Francja czasów Dreyfusa i nazistowski Wiedeń, nieprzebrane bogactwa i niepowetowane straty, poważni bankierzy i kochliwe elegantki.  To prawda , że w „Zającu o bursztynowych oczach” chodzi o coś więcej, tak jak w  każdej dobrej sadze zawsze  chodzi o coś więcej…”

Oto urywek powieści, niech przemówi do was Edmund de Waal zachęcając do przeczytania książki:

” I oto Charles kupuje wreszcie netsuke. Dwieście sześćdziesiąt cztery sztuki. .. I jeszcze dwieście innych: ogromna kolekcja miniaturowych przedmiotów.

Charles kupił je u Sichela, ale nie pojedynczo po sztuce- jak w wypadku bibelotów z laki, lecz wszystkie naraz, jako niezwykle efektowną kolekcję.

Kiedy je kupił? Wtedy gdy Sichel umieścił je już w gablotach, tak by zainteresowały bogatych kolekcjonerów? Czy wcześniej zaraz po tym jak w wielkiej, wypełnionej trocinami skrzyni (każde netsuke starannie zawinięte w kwadracik jedwabiu) przybyły z Jokohamy do Paryża po czteromiesięcznej podróży? Może nawet osobiście rozwijał te miniaturowe rzeźby z kawałków materiału. Może to właśnie wtedy natrafił na moją ulubioną osiemnastowieczna figurkę z Osaki: zaskoczonego tygrysa z odwróconą głową. Albo netsuke przedstawiające szczury przyłapane na obgryzaniu kawałka ryby. A może to ów zając z bursztynowymi oczami, wyrzeźbiony z zadziwiająco jasnego drewna, tak go zachwycił, że bez wahania kupił wszystkie figurki.

Mogło być jednak i tak, że Sichel realizował zamówienie Charles’a gromadząc je stopniowo, w ciągu kilku lat wspomagany przez jakiegoś obrotnego handlarza skupującego je od zubożałych mieszkańców Kioto, by następnie sprzedać paryskim marszandom. Z uwagą przyglądam

Charles Ephrussi na litografii Jeana  Patricota towarzyszącej nekrologowi Charles'a w "Gazette des Beaux-Arts" 1905

Charles Ephrussi na litografii Jeana Patricota towarzyszącej nekrologowi Charles’a w „Gazette des Beaux-Arts” 1905

się maleńkim figurynkom, Zaledwie kilka z nich zostało wykonanych w pośpiechu z myślą o zachodnich kupcach. Z całą pewnością należy do nich mizdrzący się pucułowaty chłopczyk z maską- jest ordynarny, wykonany byle jak. Większość netsuke powstała przed przybyciem komandora Perry’ego do Japonii., niektóre może nawet sto lat wcześniej. Są wśród nich postaci ludzi i zwierząt, są bohaterowie mitów i erotika; jak przystało na tak obszerny zbiór ich tematyka jest rozległa. Niektóre figurki, być może zgromadzone kiedyś przez kogoś posiadającego odpowiednia wiedzę, sygnowane są znakiem słynnych rzemieślników.

Jak było naprawdę? Czy wstąpiwszy przypadkiem do magazynu Sichela, znalazła wśród jedwabi, drzeworytów i parawanów prawdziwy skarb? Czy była z nim wtedy Louise? A jeśli tak, które z nich pierwsze rzuciło znaczące spojrzenie drugiemu?

Przyjmijmy jednak, że tego dnia nie towarzyszyła ona Chrles’owi. Może zakup był niespodzianką, którą Charles zamierzał się pochwalić, gdy następnym razem kochanka odwiedzi jego apartament?

Jaka była cena, którą ten uroczy młody i rozkapryszony kolekcjoner gotów był zapłacić za kolekcję netsuke?…”

„Książka de Waala, wydana w Wielkiej Brytanii zaledwie parę lat temu, została już przetłumaczona na kilkanaście języków; otrzymała także wiele nagród i wyróżnień, m.in. Nagrodę Literacką Costa 2010 w kategorii „Biografia”, Nagrodę Galaxy 2010 w kategorii „Debiut” i Nagrodę im. Christophera Ondaatjego 2011 przyznawaną przez Brytyjskie Królewskie Towarzystwo Literackie, była także nominowana do Nagrody im. Harolda Hyama Wingate’a 2011 przyznawanej przez „Jewish Quarterly”, Nagrody im. Samuela Johnsona 2011 przyznawanej przez BBC i Nagrody PEN/Ackerley 2011 w kategorii „Wspomnienia”.

Polecam z całego serca, dla mnie była to pasjonująca lektura.

Żyjemy stanowczo za długo

Autor: Jadwiga. 25 komentarzy.
Mój Tato, nasz dziadek i pradziadek

Mój Tato, nasz dziadek i pradziadek

Jak wiecie blog mój nie jest blogiem społeczno- politycznym, nie zajmuję się polityką, nie komentuję takich czy innych postępków panów polityków, choć uważam, że w życiu trzeba być przyzwoitym człowiekiem, szczególnie, gdy wchodzi się na świecznik. Na tym świeczniku wszystko jest lepiej widoczne, łatwiej zajrzeć pod podszewkę każdego człowieka, informacja jest ogólnie dostępna, więc o ukryciu tego czy owego mowy nie ma.

Ponieważ telewizja podaje nam obfite szczegóły z życia wzięte, nie ma co z nią konkurować, a poza tym mamy tysiące blogów, gdzie możemy poczytać opinie bloggerów na tematy dnia codziennego.

Dzisiaj chcę opisać zdarzenia ostatnich dni, jakie miały miejsce w pewnym szpitalu w Warszawie, na oddziale kardiologicznym, na który trafił mój ojciec..

Poprzedni post zamieściłam 13 stycznia 2012 r i można go przeczytać tutaj; http://www.okiemjadwigi.pl/powrot-taty/

Tydzień temu, no może trochę więcej niż tydzień, 16 czerwca napisałam o konieczności przewiezienia ojca do szpitala. Ufna, pełna optymistycznych myśli, pewna, że jest to jedyna droga do usprawnienia i leczenia starszego człowieka jechałam za karetką do szpitala. Po prawie sześciogodzinnych badaniach diagnostycznych ( w tym czasie ojciec leżał w maleńkiej  salce  izby przyjęć  wraz z innymi ciężko chorymi potencjalnymi pacjentami, lekarz dyżurny podjął decyzję –OIOM! Oddział kardiologiczno – wewnętrzny.  Okej. Zawieziony na wózku inwalidzkim, położony i szybko podłączony pod monitoring pracy serca.  Rozpoznanie brzmiało: niewydolność serca, niewydolność nerek.

Na szpital zdecydowałam się tylko dlatego, że nogi były jak balony, a co za tym idzie skóra była za mała, aby wytrzymać, popękała i  porobiły się rany na obu kończynach, twarz również była opuchnięta. W tej sytuacji była to jedyna słuszna decyzja.

Nieco uspokojona, bo to jednak szpital, o którym do tej pory miałam  dobrą opinię. Pomoc została zapewniona.

Stałam nad łóżkiem, i myślałam, że nie zabrałam pampersów, muszę jechać do domu, środki czystości, ręcznik, pojemnik na szczękę, i inne takie duperele, trzeba przywieźć natychmiast. Dobrze, że szpital nie tak daleko od domu, a ja zmotoryzowana. Po piętnastu minutach wszystko było dostarczone.

W głowie kłębiły się myśli, skoro rany na nogach, niewydolność serca, nogi opuchnięte, pewnie podłączą go pod pompę, aby pozbyć się nadmiaru płynu, jak to było w kwietniu 2012, szybko, bezpiecznie bez konieczności długiego leżenia w szpitalu. Przeglądałam epikryzy wypisowe z tamtego okresu i jasno czarno na białym widziałam, jakie procedury zastosowano. Ale ja nie jestem lekarzem, nie mam wpływu na podejmowane decyzje, na OIOMIe są dwie panie doktor, znają się na swoim fachu i to nic, że są bardzo młode! Jedna już prowadziła ojca z dobrym skutkiem. Jednak nieśmiało w rozmowie pytam, czy coś na rozpuszczanie krwi ojciec dostanie, tak, tak kleksan.  OKej. Sama mam problemy z sercem, więc wiem, co to kleksan, jak działa, potencjalne skrzepy w nogach  będą rozpuszczane, będzie zabezpieczony. Około północy uspokojona opuszczam szpital.

Następnego dnia, furosemid podawany dożylnie spełnia swoje zadanie,  kroplówki, ojciec ma cewnik, torba za torbą jest opróżniana, nogi powolutku zaczynają przypominać pierwotny kształt. Robione są badania pomocnicze, jakie? Niestety nie wiem. No cóż nie chcę być upierdliwym opiekunem, więc tylko od czasu do czasu mam kontakt z lekarzem prowadzącym. Miła młoda osoba. Zapewnia, że wszystko jest pod kontrolą,  no i konieczna jest konsultacja dermatologiczna. Dobrze. Ojciec od lat ma ranę na twarzy jest to odmiana raka skóry w tym stadium i w tym wieku niegroźna. Natomiast popękane z wysiękami rany na nogach muszą być obejrzane przez dermatologa.

W niedzielę 22 czerwca dostaję wiadomość, że pacjent wychodzi następnego dnia. Nie ja dostaję wiadomość, ponieważ ojcem opiekuje się pani, to ona zostaje powiadomiona o decyzji. Następnego dnia rozmawiam z prowadzącą  lekarką.

Wydajemy pani pacjenta, będzie leżący, proszę powiedzieć, czy pani sama odbierze czy zamawiamy transport. Leżący pacjent i ja sama? Potrzebny transport.

Pytam, jaki jest stan pacjenta, przecież ma jeszcze cewnik. Nie stawał na nogi, leżał cały czas, czy nie uważa pani, że powinniśmy pozbyć się cewnika, postawić faceta na nogi, zobaczyć jak zareaguje, i dopiero wtedy podjąć decyzję?  Pani doktor nie oponuje i stwierdza, że skoro takie jest moje zdanie to wypis będzie we wtorek, a dzisiaj wyjmiemy cewnik.

Następnego dnia przyjeżdżam do szpitala na umówioną godzinę, aby odebrać wypis, czekam godzinę a może dłużej na sali dziennej, w końcu pytam pielęgniarek czy jest lekarz prowadzący. Nie, wyszła do domu dwie godziny temu (pomimo wyznaczenia mi godziny spotkania). Hmmm myślę sobie, coś tu nie gra….

Pielęgniarki widzą moje zmieszanie  i mówią z troską w głosie, niech się pani nie martwi,  jest stażysta, który współpracuje z panią doktor,więc on wyda pani wypis i recepty.  I rzeczywiście. Miły młody człowiek, który chyba tylko widział ojca, gdy mijał salę chorych, stara się jak może wyjaśnić mi, co i jak.

Ponieważ czekamy na transport umówiony na godzinę dwunastą, przeglądam epikryzę wypisową i z nudów porównuję wykonane badania z rokiem 2012. I cóż widzę?  Na tym wypisie czarno na białym widnieje opis, z jakim schorzeniem chory został przyjęty, dlaczego na OIOM, dlaczego przeniesiony i jakie badania wykonano.

I tutaj pełne zaskoczenie, porównując wykonane badania i ich wyniki okazuje się, że facet z niewydolnością nerek nie ma wykonanego podstawowego badania ogólnego moczu! No tak można powiedzieć widocznie nie było takiej potrzeby, hmmm…. Ale był cewnikowany, mocz był ze świeżą krwią przez trzy dni, gołym okiem widać było kłaczki  krwi, dwa kolejne dni zmiana koloru i w końcu czysty, mocz w worku, ale  najlepsze oko to nie badania laboratoryjne.

W takiej sytuacji przy wskaźniku kreatyniny 167 (norma jest 104) nie ma zlecenia na badanie ogólne moczu, aby stwierdzić, czy jest białko w moczu, krwinki, oraz leukocyty? Nie, to niemożliwe. Ufna jak dziecko, zwracam się do lekarza dyżurnego z prośbą o wydrukowanie badania moczu, ponieważ przy wypisie przez przeoczenie nie wydrukowano wyników. Lekarz dyżurna, sprawdza w systemie i stwierdza, że to badanie ( koszt 10 zł) nie było zlecone, dlatego go nie ma, dlatego go nie dostałam… Czytam wypis dalej, i znowu nie widzę wpisanego kleksanu, o którym rozmawiałam z lekarkami na OIOMIE. Gdyby był podany, zaznaczono by w wypisie.

O 14.30 mamy transport i wydany ojciec wraca do domu.  W epikryzie napisano woda w lewym płucu, chory w dobrym stanie ogólnym.

A ja zastanawiam się, czy człowiek, który ma dziewięćdziesiąt lat nie zasługuje w Polsce na godne leczenie, czy może tylko dla dobra tego państwa pracować czterdzieści pięć lat, jako kierowca autobusowy, czy płacąc miesiąc w miesiąc składki ZUS, nie zasługuje na badania zgodne z procedurą?

Czy ogłupieliśmy? Czy młodzi  pracownicy Narodowego Funduszu Zdrowia ustalając procedury, nie zastanawiają  się, że też będą starzy, i że te procedury obowiązujące dzisiaj w szpitalach wymyślone przez nich , będą ich dotyczyły także? Bo młodość jest krótka a starość długa?!

Z moich prywatnych rozmów jasno wynika, że po siedmiu dniach szpital ma obowiązek wypisać chorego. Przetrzymywanie chorego dłużej grozi nie zapłaceniem szpitalowi za leczenie pacjenta. Gdy stan chorego pogorszy się,  będzie można znowu wezwać karetkę, odczekać na ostrej izbie przyjęć kolejne sześć godzin i znowu być przyjętym do szpitala, za który NFZ znowu zwróci pieniądze. Tylko zadaję sobie pytanie, czy nas wszystkich ludzi stać jest na bezsensowne wydawanie pieniędzy. Znaczy szpital ma zarabiać, znaczy o co chodzi?

Informuję, że ojciec jest teraz pod opieką lekarza pierwszego kontaktu, ( i to znakomitego) który był u niego, czyli kolejna osoba zaangażowana w cykl leczenia.

wisteria alba, już tylko można zapłakać

wisteria alba, już tylko można zapłakać

 

 

A ja sobie myślę, Tatku, nie wiem czy chciałeś, aby tak wyglądała służba zdrowia, opieka nad starymi ludźmi wtedy gdy byłeś młody pełen zapału i  gdy tę naszą Polskę i Twoją ukochaną Warszawę odbudowywałeś po wojnie.

 

Dzisiaj  właśnie  otrzymałeś najlepsze podziękowanie.

Mistrzowski Klub

Autor: Jadwiga. 17 komentarzy.
dr Maria Rotkiewicz

dr Maria Rotkiewicz

Kilka dni temu napisałam post o klubie AZS AWF Warszawa- moim pierwszym wielkim klubie sportowym, w którym zaczynałam swoją przygodę ze sportem. Obiecałam wszystkim krótką notkę dotycząca książki- albumu, którego autorem jest dr Marii Rotkiewicz.  Nie umiem pisać krótkich notek, stąd pozwoliłam sobie na zacytowanie tekstu mojego kolegi Henryka Urbasia, rzecznika prasowego PKOL: „ Dociekliwość i rzetelność dr Marii Rotkiewicz jest znana. Kolejnym jej potwierdzeniem jest właśnie ta, licząca przeszło 350 stron, starannie wydana publikacja. W oparciu o materiały archiwalne przebogaty materiał fotograficzny wyszperany nie tylko w zasobach klubowych, ale i wielu zbiorach prywatnych, wreszcie wspomnienia samych uczestników opisywanych wydarzeń- spod pióra pani Marii wyszła wspaniała monografia sportowej aktywności bielańskiej AWF i jej klubu AZS. Klubu, który wychował i do wysokiej formy reprezentacyjnej doprowadził

od lewej prof. Stanisław Tokarski wielokrotny mistrz w judo, Jadwiga , Waldemar Sikorski b.trener kadry narodowej w judo wszyscy AZS AWF Warszawa

od lewej prof. Stanisław Tokarski wielokrotny mistrz w judo, Jadwiga , Waldemar Sikorski b.trener kadry narodowej w judo wszyscy AZS AWF Warszawa

dziesiątki wybitnych zawodników- późniejszych mistrzów olimpijskich, czempionów Europy i świata. Klubu, w którym przez lata pracowało (zresztą pracuje nadal) niemało najwyższej klasy szkoleniowców. Praca ta prezentuje sięgające jeszcze okresu międzywojennego sportowe tradycje poprzednika AWF, czyli CIWF, a potem kolejne sekcje działające po 1949 roku w ramach uczelnianego klubu AZS, a było ich łącznie -bagatela- aż 29! Zawodnicy, trenerzy i

sekcji judo AZS AWF Warszawa od lewej Roman Kwaterski, Stanisław Tokarski, Włodzimierz Lewin, Antoni Zajkowski srebrny medal IO Monachium 1972, Jadwiga i Waldemar Sikorski trener judo

sekcji judo AZS AWF Warszawa od lewej Roman Kwaterski, Stanisław Tokarski, Włodzimierz Lewin, Antoni Zajkowski srebrny medal IO Monachium 1972, Jadwiga i Waldemar Sikorski trener judo

działacze- o nich wszystkich oraz o wynikach, jakie dzięki wspólnej zgodnej pracy osiągnęli – można w tej książce przeczytać. A przy okazji powspominać, i to z sentymentem, bo taka lektura wyraźnie odmładza.”

Jedną z takich sekcji, zresztą mistrzowskich była sekcja judo, o której napisałam w poście z dnia 30.05.2014 r. http://www.okiemjadwigi.pl/moj-azs-awf-warszawa/. Druga sekcją, z którą ściśle współpracowałam kilka lat później była sekcja szermierki. Z tymi dwiema byłam bardzo związana emocjonalnie a później zawodowo. Obydwie zostawiły trwały ślad na wiele późniejszych lat mojej pracy w sporcie oraz w tworzeniu nowej dyscypliny – badmintona – w Polsce. Bez edukacji w judo, i w szermierce, bez wielu świetnych trenerów, organizatorów, śmiem twierdzić, że nie osiągnęłabym tego, do czego doszliśmy w badmintonie. Do perfekcyjnej organizacji, do wyszkolenia wielu trenerów, do utworzenia ponad stu sześćdziesięciu klubów, ponad czterystu trzydziestu czterech uczniowskich klubów sportowych, dwudziestu dwóch okręgowych związków badmintona. Do końca roku Związek realizował programy kadry olimpijskiej młodzieży i seniorów, juniorów i młodzików, a także program

szermierze: tyłem Zygmunt Składanowski trener AZS Warszawa, Adam Krzesiński dwukrotny medalista olimpijski w szermierce (1992, 1996) Jadwiga

szermierze: tyłem Zygmunt Składanowski trener AZS Warszawa, Adam Krzesiński dwukrotny medalista olimpijski w szermierce (1992, 1996) Jadwiga

uczniowskich klubów sportowych (tworzenie nowych i dostarczanie sprzętu na rozruch, turnieje uczniowskich klubów sportowych i na zakończenie turniej ogólnopolski na podstawie wyników doposażanie uks-ów w dodatkowe lotki piórkowe, doszkalanie nauczycieli, wydawnictwa opracowanie i wydanie i jako osobny program szkoły mistrzostwa sportowego.  Taki mniej więcej stan organizacyjny Polskiego

autorka a pośrodku Barbara Orzechowska trener szermierki

autorka a pośrodku Barbara Orzechowska trener szermierki

Związku Badmintona był w do końca 2004 roku, bowiem 8 stycznia 2005 zakończyłam pracę zawodową w Polskim Związku Badmintona przechodząc na emeryturę. Historia jednego życia zawarta na kartach klubu AZS AWF Warszawa, Polskiego Związku Judo, Głównego Komitetu Kultury Fizycznej i Turystyki, Polskiego Związku Szermierczego i polskiego Związku Badmintona, oraz przez kilka ładnych lat Polskiej Fundacji Olimpijskiej. Wspominam te wszystkie instytucje sportowe, bowiem chce pokazać jak my zawodnicy klubowi, absolwenci AWF trenerzy i działacze dochodziliśmy do swoich małych „mistrzowskich” zadań, wykonywaliśmy je najlepiej jak umieliśmy a wielu z nas dzisiaj jest emerytami. Oczywiście największą ilość stanowili najlepsi i najbardziej utytułowani zawodnicy w różnych dyscyplinach sportowych. Tych mistrzów olimpijskich świata i Europy na stronach książki pojawia się wielu. Każde nazwisko jest warte złotych zgłosek, i o każdym można napisać długa historię, gdyż Akademia Wychowania Fizycznego i jej

Pani dr Maria Rotkiewicz z kolegami z AZS Warszawa

Pani dr Maria Rotkiewicz z kolegami z AZS Warszawa

klub uczelniany AZS Warszawa był i jest kuźnią talentów zawodników, trenerów i działaczy. Dla zobrazowania moich wywodów przytoczę kilka nazwisk moich koleżanek i kolegów z uczelni, z którymi miałam przyjemność pobierać nauki w naszej Alma Mater: Elwira Seroczyńska, Hubert Wagner, Jerzy Kulej, Norbert Ozimek, Danuta Paszczyk, i wielu, wielu innych.

na sali zasiedli znani zawodnicy, trenerzy i działacze AZS AWF Warszawa

na sali zasiedli znani zawodnicy, trenerzy i działacze AZS AWF Warszawa

Wymieniłam tylko tych, z którymi byłam na roku, nie mogę wymienić wszystkich medalistów, gdyż jest ich wielu. I tylko na zakończenie mogę napisać jedno, opisanie ich wszystkich, dołączenie naszych zdjęć, przywołanie wspomnień tych klubowych i osobistych na przestrzeni 60 lat klubu jest godne podziwu! Pani Maria Rotkiewicz pisała tę prace kilka lat, dlatego Jej przede wszystkim należą się nasze gratulacje i serdeczne podziękowania.

A ja powtórzę za panią Prezes Krystyną Lipską-Skład: „… Należy na koniec wyrazić nadzieję, że kolejne edycje historii Klubu AZS-AWF Warszawa nie będą czekały na upływ kolejnych lat i już dzisiaj Zarząd Klubu podejmie wysiłek opisywania kolejnych etapów historii Klubu. Tempus fugit! „

Zdjęcia autorstwa Janka Rozmarynowskiego, któremu serdecznie dziękuję za wyrażenie zgody na ich publikację!

 

 

Content Protected Using Blog Protector By: PcDrome.