Subskrybuj kanał RSS bloga Okiem Jadwigi Subskrybuj kanał RSS z komentarzami do wszystkich wpisów bloga Okiem Jadwigi

Tania

Autor: Jadwiga. 2 komentarze.

zielarka rys TaniaMoja najstarsza wnuczka Tania rozpoczęła w tym roku studia lingwistyczne, kulturoznawstwa Japonii. Od lat wiemy, że ma zdolności do języków obcych, jak również kocha rysować. Wszystkie jej prace, które kiedykolwiek były wykonywane dla mnie, mam skrzętnie poukładane w specjalnej teczce. Zresztą każde dziecko, każdy wnuk, ma swoją teczkę, w której znajdują się laurki i inne drobne przedmioty wykonywane przez dzieciaki na różne okoliczności i okazje.Ostatnio siedząc z Tanią przy herbacie rozmawiałyśmy o jej studiach oraz o tym, jak wygląda alfabet japoński. I cóż się okazało? W japońskim są dwa podstawowe sylabariusze: hiragana i katakana. Hiragana służy do zapisywania wyrazów rodzimych, a katakana do zapisywania wyrazów obcego pochodzenia (angielski, francuski, portugalski, etc). Do tego dochodzi jeszcze kanji, czyli tzw. „krzaczki” zapożyczone z chińskiego w jakimś IV w naszej ery, gdyż Japończycy nie mieli swojego pisma, ale mieli język. Sylabariusz (hiragana) wygląda tak: http://www.japanorama.com/images/hiragana.gif, a katakana tak: http://aozora2006.files.wordpress.com/2008/05/katakana.gif

Wieczorami często zamiast rozmów z Tanią słyszymy z jej pokoju głos MA, MI, MU, ME, MO – Pa,Pi, Pu, Pe, Po Lub coś w tym rodzaju. Teraz, po spojrzeniu na katakanę i hiraganę wiem, dlaczego. Po prostu uczy się sylabariusza.

Zadziwiające są te nasze dzieci i wnuki. Skąd u niej takie zainteresowanie kulturą Japonii, językiem japońskim? Czy to wpływ dziadka Jasia, który był świetnym trenerem judo 9 Dan, a w judo używa się ponad sześciuset słów japońskich na określenie technik judo, które można podzielić następująco: rzuty – Nage Waza, ręczne – Te Waza, rzuty biodrowe – Goshi-Waza i techniki nożne – Ashi-Waza oraz rzuty poświęcenia, gdy sami upadamy na bok – Yoku Sutemi Waza i rzuty poświęcenia, gdzie my spadamy na plecy – Ma Sutemi Waza. Techniki unieruchomień – Katami Waza, podzielone na trzymania – Osaekomi-Waza, duszenia – Shime Waza i dźwignie – Kansetsu-Waza, które zakładane są wyłącznie na staw łokciowy, oraz bardzo rzadko nauczane: Atemi-Waza, czyli atak na wrażliwe miejsca ciała ludzkiego.

Sama znam się na tym, gdyż jestem trenerem II klasy w judo po ukończonej Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie i posiadam czarny pas 3 dan (Sandan). 

Czasami myślę, że opowiadania dziadka Jasia o Japonii, o kulturze, o filozofii w judo, o podejściu do życia według tej filozofii, były ziarnem rzuconym na odpowiedni grunt. Wiedząc, że marzeniem Tani jest Japonistyka przywiozłam jej w roku 2007 z Osaki (gdzie byłam na mistrzostwach świata) i Kyoto filmy opowiadające o kulturze, festiwalach, świątyniach shinto, a także o buddyzmie, gdyż Japończycy chodzą do świątyń shinto, wyznając shintoizm, a po śmierci chowani są zgodnie z zasadami buddyzmu i nie ma to dla nich większego znaczenia, że są to dwa inne wyznania. 

Tania oprócz japońskiego ma też zajęcia z kulturoznawstwa, japońskiej codzienności i historii kultury. Na kulturoznawstwie dyskutują o tekstach znanych antropologów, które czytają w domu, wyrażają swoje poglądy, czy zgadzają się z opinią autora, czy mają może jakieś własne zdanie. Na kulturze japońskiej codzienności uczą się o życiu codziennym w Japonii, o ceremonii herbacianej, sposobie zachowania w pewnych sytuacjach, jak sobie radzić w nowym mieście, o sztuce kulinarnej etc. A historia kultury, to po prostu historia Japonii od czasów starożytnych do teraźniejszości.

Ciekawe, czy nasza dusza artystyczna wytrwa i co przeważy: filozofia dalekiego wschodu, która ją pasjonuje, czy realizm Europy. Ciekawe doświadczenia przed nią i przed nami,całą rodziną, która jej wiernie sekunduje w realizacji marzeń. 

Życząc wszystkim spełnienia marzeń,
Na które nigdy nie jest za późno.

Szczęśliwego Nowego Roku!
Wasza Jadwiga

Podsumowanie roku

Autor: Jadwiga. 6 komentarzy.

We wszystkich mediach trwają analizy mijającego roku 2009. Skoro tak, to nadszedł czas na krótkie spojrzenie na rok 2009 z mojego punktu widzenia. A nie był on łatwy, choć w moich wpisach zupełnie tego nie widać. Jednak każdy z nas ma swoje własne dobre i trudne przeżycia, i ja też. 31.12.2009  Noworoczne ŻyczeniaW marcu obchodziliśmy uroczyście siedemdziesiąte urodziny mojego ukochanego męża Andrzeja. Było przyjęcie w restauracji naszej ulubionej na pl. Grzybowskim, był piękny prezent od całej rodziny i wszyscy obecni. Wspomnienia, gratulacje, sto lat, szampan i tort.

Ja od wielu miesięcy walczę dzielnie z kolanem, a wynikiem tej walki są cztery operacje w ciągu ostatnich trzech lat. Ostatnia w lipcu tego roku. W przeszłości uprawiałam judo i być może kolana były zbyt słabe lub trening za mocny lub jedno i drugie, ponadto drobne kontuzje i urazy doprowadziły do aktualnego stanu. Tak więc mimo ogromnego wysiłku i rehabilitacji – pracy z Krzysztofem, nie uniknęłam tego, czego bałam się najbardziej, kolejnej operacji. Decyzja podjęta została w czerwcu i w tym samym momencie ja podjęłam kolejną: jedziemy z Jolą do Częstochowy na Jasną Górę. Każda z nas ma swoje intencje związane z wizytą u Matki Boskiej Częstochowskiej.

Od wielu lat marzyłam też aby odwiedzić górę Grabarkę, miejsce dla prawosławia święte, tak samo jak dla nas Jasna Góra. Andrzej zdecydował: skoro marzyłaś to pojedziemy. Później nie będziesz mogła bo walka z bólem, uczenie się chodzenia od początku, no i rehabilitacja. Każdy z nas ma wewnętrzną potrzebę rozmowy i modlitwy. W tych trudnych momentach tylko w ten sposób mogłam wyrazić swoją konieczną potrzebę serca.

9.07.2009. Właśnie zaczęła się piękna pogoda. Wychodzę ze szpitala. Uff! To, co wydawało się nie do przebycia kilka dni temu, przeleciało, jakbym to nie ja uczestniczyła odgrywając rolę pierwszoplanową, tylko oglądała spektakl na bis.

2.07. – Dzień operacji – stres pogłębiony tym, co znane, a znane było wszystko, ból, i jego trwanie, i to, co po kolei nastąpi. Proszek, wózek, sala operacyjna. Pamiętam. Oczy skupione, twarze w maskach, mój obłędny strach i śmiech. Takie ufoludki wokół mnie. Później powiedzą, że sama weszłam na stół i byłam tylko lekko stremowana. Lekko?! Obudziłam się na łóżku, nic nie boli, tylko ściany lekko falują i trochę sucho w buzi i ciągłe kołatanie w głowie: już po wszystkim! I znowu sen, i znowu myśli skłębione, nie, zaraz na operację, zaraz zawołają – oczy otwierają się same – pokój, cisza, tylko kroplówka wisząca jak duża łza mrugająca do mnie kropelką sączy jakiś płyn… Udaje mi się zapanować nad niewielką ilością emocji przygłuszonych chemią. Operacja za mną. Nic nie pamiętam, tylko głos lekarza, który poprosił o piłę. Później dowiem się, że w czasie trwania zabiegu wygłosiłam zdanie, które rozbawiło cały obecny personel „Ludzie ja wszystko słyszę!”. Wiem, że ze strachu bardzo prosiłam anestezjologa o wyłączenie mi świadomości na ten trudny czas.

Znowu się obudziłam, jest Andrzej i Jola. Mój kochany Andrzej! Przestraszony, oczy ciemne? Nie mogę dostrzec koloru, bo obydwoje falują razem z salą, jakbyśmy płynęli z Hoek van Holland do Londynu w roku 1981 na Mistrzostwa Europy Juniorów w badmintonie, które odbywały się w Edynburgu. Boże, ile to lat minęło? Otwieram oczy, morza nie ma tylko Jola siedzi przy łóżku i ściska mnie za rękę. Coś się stało. Jej ładna buzia teraz jest bardzo napięta. Dopiero następnego dnia powiedziała mi, ze tak mocno trzymałam jej rękę prosząc, żeby mnie nie zostawiła, że w tej niewygodnej pozycji siedziała ponad dwie godziny! Bojąc się poruszyć. Kochana dziewczyna. Ciekawe skąd w niej tyle czułości i tkliwości, niewysoka, szczupła szatynka z uśmiechem na ustach, po prostu Puchatek, nazywany tak przez wszystkich domowników. Jola – Puchatek, fajnie, jak miło, że jest. Andrzej, mój mąż ukochany ponad wszystko ma w niej teraz oparcie, choć przecież powinno się napisać inaczej, ale nie w sprawach lekarskich, medycznych, szpitalnych – tu jest kruchy jak moje porcelanowe filiżanki. Jola, drobna opoka, wiele lat przepracowała w szpitalu dziecinnym przy ul. Litewskiej w Warszawie. W laboratorium rozpoznawała wszystkie groźne bakterie oraz analizowała dostarczony materiał: krew, posiewy, krzyżówki. Pracowała wiele lat z dziećmi, brała udział w niektórych trudnych operacjach wtedy, gdy trzeba było dokonać pobrania krwi śródoperacyjnie. Powiedziała mi, że największe wrażenie zrobił na niej widok pracującego serca w małym ciałku dziecka podczas operacji. Kochana, ciepła istota.

Gdzie jestem? To wieczór czy rano? Leżę, nie mogąc ustalić co się stało? A niech tam. Dlaczego tak bardzo swędzi mnie nos? Co ja mam na twarzy? Nie mogę się podrapać! Pielęgniarka zabiera mi kolejną pustą butelkę, a skąd tu Agnieszka? Już przyszła, jest i Michał, dlaczego oni tak bardzo się chwieją? Chyba siedzą, a moje łóżko takie rozhasane jak Gabryśka na łące w ogrodzie. Słyszę Agnieszkę: Mamo, dać ci wody? O tak, wody, dużo wody, chłodna, przyjemnie wlewa się do rozchwianego ciała. Coś mówię, ja coś ważnego im mówię, sen… Nie, nie śpię, wjeżdża łóżko z pacjentem, a nad nim głos, pani jest po operacji kręgosłupa, proszę pozwolić przejechać. Cisza, tylko lampka daje nikłe światło, czy to noc? Dzieci, idźcie już, tak bardzo jestem zmęczona, ale ich już nie ma od kilku godzin, tylko moja głowa skołatana. Sąsiadka szepcze cichutko, a może to ja po cichu się modlę?

Lipiec jest dla mnie trudnym miesiącem. Wiele lat temu 21 lipca, w piękny słoneczny dzień, braliśmy ślub z Andrzejem, następnego dnia w południe zadzwoniła Jola, że zmarł Zbyszek – mój brat. Pękł mu tętniak, a mnie serce i wszystko przestało mieć znaczenie, lato, słońce, życie i tylko smutek brzemienny w skutkach. Karolina właśnie skończyła siedem lat i szykowała się do szkoły, Ania dziewiętnaście lat, a Jola – żona Zbyszka, piękna, czterdziestoletnia została sama… Dlaczego, tylko to jedno pytanie ciśnie się na usta po wielekroć. Tyle łez, tyle bólu, tyle strachu, ile żalu? Babcia Kazia – nasza mama, tę śmierć przeżyła najbardziej. Ukrzyżowała siebie i ojca i tak trwa to do dziś!

W maju w Magdalence odbył się ślub Karolinki. Piękna Panna Młoda i poważny Pan Młody. Mój brat byłby dumny, tak jak dumna była Jola, która sama ponosiła trudy dbania o dziewczynki. Cała rodzina zjechała na ślub. Było miło i rodzinnie. Niestety dziadki: Szczepan i Kazia rozchorowali się i nie wzięli udziału w tej uroczystości. Było mi bardzo smutno, przecież to córcia Zbysia wychodziła za mąż, ich ukochana wnuczka. Życie jest strasznie pogmatwane.

Tania w maju zdała maturę, a od września jest studentką i uczy się japońskiego. Ma talent dziewczyna do języków, angielski i francuski, a teraz japoński.

We wrześniu odebrałam telefon z Saskiej Kępy. A może byś wpadła na kawę? Prowadzimy taki fajny projekt, może mogłabyś pomóc? Wpadam. Przegadałyśmy z Moniką i Agnieszką ze cztery godziny – nawet nie wiem, kiedy minął czas. Wspominałyśmy wspólną pracę, ale też omawiałyśmy plany na przyszłość, i tak niespodziewanie dla mnie znów wpadłam w wir zajęć i obowiązków, kołowrót dnia codziennego, pracy, pisania, prowadzenia domu, opieki nad rodzicami, pomocy przy wnukach. Znów potrzebna, znów radośnie uśmiechnięta, a co mi tam kłopoty, a co mi tam stres, dam radę, mama musi wyzdrowieć, a my musimy trwać. Życie po prostu toczy się dalej, nie zawsze łatwo, nie zawsze bezboleśnie, ale zawsze warto dla kogoś żyć.

Wam Wszystkim Najlepszego, Najpiękniejszego, Najzdrowszego, Najszczęśliwszego Nowego Roku 2010 życzy

Wasza Jadwiga

Rudzielec

Autor: Jadwiga. Komentarz (1).

Taki przepis właśnie otrzymałam od Ewuni, która robi znakomite ciasta i nie tylko.

Mam nadzieję, że panie będą mogły przygotować takie właśnie pyszne ciasto na Nowy Rok. Serdecznie polecam, bo jest i pyszne i łatwe w przygotowaniu.

Witam Pani Jadwigo,

Właśnie moja dzidzia zasnęła snem sprawiedliwego więc mogę podrzucić jakiś dobry sprawdzony przepis. Ostatnio zajadaliśmy się ciastem pod niewdzięczną nazwa rudzielec (podobno co rude to wredne), ale w tym przypadku palce lizać.  Życzę smacznego najlepiej smakuje po 3-4 dniach, wcześniej nie za bardzo się kroi więc lepiej poczekać, warto!

Serdecznie pozdrawiam Ewa C

Rudzielec z kaszą manną

Ciasto:
1/2 kg mąki
1 szklanka cukru pudru
2 jajka
2 łyżki miodu
1/2 paczki margaryny
cukier waniliowy
1 łyżeczka sodki (rozpuszczamy w 2 łyżkach wody)

Z podanych składników zagniatamy ciasto, dzielimy na 3 części.
Rozprowadzamy (każdy oddzielnie) na blachę i pieczemy 3 cienkie placki.

Krem:
3/4 l mleka
4 łyżki kaszy manny
1 szklanka cukru pudru
30 dag masła
zapach

Mannę gotujemy na mleku. Masło ucieramy z cukrem pudrem na puszystą masę, dodajemy stopniowo wystudzoną mannę. Można dodać kieliszek wódki.

Polewa:
10 dag masła
4 łyżki wody
4 łyżki cukru
3 łyżki kakao
Rozpuszczamy wszystkie składniki (podgrzewamy).

Pierwszy placek smarujemy dżemem i 1/2 kremu. Drugi tylko kremem. Trzeci placek polewą. Odstawiamy do lodówki. Najlepiej smakuje na 3 dzień.
POLECAM! SMACZNEGO!!!

Content Protected Using Blog Protector By: PcDrome.