Subskrybuj kanał RSS bloga Okiem Jadwigi Subskrybuj kanał RSS z komentarzami do wszystkich wpisów bloga Okiem Jadwigi

Wpisy oznaczone ‘„Pochody donikąd”’

W chwili gdy jakiś rozszalały automobilista (czytaj psychol!) wjeżdża na sopocką ulicę Monte Cassino oraz molo – rozpędzonym samochodem, raniąc po drodze wiele osób –   warto przypomnieć jak wyglądał przed sześćdziesięciu  laty, spokojny i bezpieczny spacer sopockim „Monciakiem w Perle Bałtyku”. Bez karetek pogotowia, rannych i policji (której zresztą brakowało, w tym mieście).

Pisze o tamtych dawnych czasach  Zbigniew Adrjański, w „Pochodach donikąd”, książce która w znacznym stopniu dotyczy dawnego Sopotu:

Edward Czerny za kulisami Opery Leśnej

Edward Czerny za kulisami Opery Leśnej

Nowa książka Zbigniewa Adrjańskiego dotyczy kultury i obyczajów, rozrywki i estrady, pieśni i piosenki – w czasach PRL-u. Jest to ciekawy opis tej epoki (1944/1989), nie pozbawiony wielu osobistych refleksji i wspomnień. A przy okazji ciekawe „tworzywo” teatralne na widowisko w stylu np. „Z biegiem lat – A. Wajdy”, wystawianym kiedyś w Teatrze Starym w Krakowie. Z tym, że widowisko takie odbywać  się powinno tym razem, w dawnym Sopocie, z pierwszych lat powojennych. Kto wie? Może właśnie na dawnym „Monciaku!”, który wtedy jeszcze  nazywa się  ulicą Rokossowskiego . Trwa tu „towarzyskie corso” z cyklu „Sopot latem”. Albo „Perła Bałtyku” – latem, gdzie od kawiarni „Złoty Ul” – aż do końca mola, rozgrywa się szereg działań teatralnych i parateatralnych, performerskich i estradowych. Towarzystwo, które wówczas przybywa do Sopotu, stanowi tzw. przekrój ówczesnego PRL-u.

Są tu: robotnicy, chłopi (często po raz pierwszy nad morzem) , tzw. inteligencja pracująca, mnóstwo tak zwanej prywatnej inicjatywy, wycieczki szkolne i  wycieczki z zakładów pracy. Są i popularni aktorzy sceny polskiej, przybyli na nadmorskie wywczasy i letnie chałtury. Dominują aktorzy tak zwanych  „spalonych teatrów”  z Warszawy („aktor spalonego teatru”  to określenie już powojenne ) i gwiazdy przedwojennego kina: Adolf Dymsza otworzył właśnie popularny „Bar pod Kotwicą” – naprzeciwko  lodziarni  „U Włocha”, który cieszy się ogromnym powodzeniem, ale popularny komik nie bardzo się tym swoim barem przejmuje. Zajmuje się raczej witaniem  znajomych aktorów idących „Monciakiem”. Lubi też bywać w kinie Polonia, które służy za salę do występów estradowych.

Zygmunt Karasiński i legendarne "fosforyzowane skrzypce"

Zygmunt Karasiński i legendarne „fosforyzowane skrzypce”

Występuje tam słynna orkiestra Zygmunta Karasińskiego z programem „1000 taktów jazzu” . Z orkiestrą występuje Zbigniew Kurtycz, w charakterystycznych batle-dresie, jakie noszą byli żołnierze Andersa.  Ulubiony popis pana Dodka (Adolfa Dymszy) polega na tym,  że gdy maestro  Karasiński, gra na tle czarnego okotarowania  sceny, na tak zwanych „nafosforyzowanych skrzypcach”, Dymsza, siedzący  na widowni  zrywa się nagle z miejsca i z głośnym komentarzem:  „Paganini to on nie jest – wychodzi z sali! Za nim wychodzi Karol Hanusz i obaj z Dymszą udają się do baru „Pod  Kotwicą”. Obecność w Sopocie Karola Hanusza, oznacza, że już tu jest (lub wkrótce pojawi się w Sopocie!) Ludwik Sempoliński, który rywalizuje z Hanuszem o względy sopockiej widowni. Obaj „mistrzowie sceny polskiej” nie lubią się bardzo! O tym wie, cały Sopot. Ich przypadkowe spotkania np. na sopockim molo zamieniają się w  pantomimę, kunsztownie manifestowanej niechęci. Sempoliński, udaje, że nie widzi  Hanusza. Ten przechylony przez poręcz  mola udaje, że śledzi jakieś rybki morskie albo karmi łabędzie? Kiedy wreszcie sytuacja staje się nie do zniesienia, trzeba ruszyć z miejsca oraz iść dalej – Sempoliński nagle promieniuje uśmiechem i woła  dostrzegając „śmiertelnego wroga”:

– Dobry wieczór: panie Karolu. I wymachuje wytwornym słomkowym kapeluszem.

Na to Hanusz :

– Dobry wieczór Panie Ludwiku i szczerzy w uśmiechu garnitur nowo-wstawionych zębów, wymachując jednocześnie takim samym kapeluszem.

Po czym idą dalej, nie podając  sobie rąk.

Zespół" Hawajskie Gitary" J. Ławrynowicza w Sopocie

Zespół” Hawajskie Gitary” J. Ławrynowicza w Sopocie

Wspaniałe są również przemarsze, w drodze na korty tenisowe, Miry Ziemińskiej albo Stefci Górskiej. Gra się tam akurat „Duby smalone”, na specjalnie zbudowanej w tym celu estradzie. Już nie pamiętam co gra z okazji kanikuły : Tetatr Letni w Sopocie, który akurat prowadzi Aleksander Gasowski. Większość imprez sopockiego lata, organizuje niezmordowany Tymoteusz Ortym,  wynajmując do tej pracy stosownych pomocników. Z naszej „budy” u Chrobrego, praktykuje u niego , jako pomocnik Ortyma – nasz kolego Zdzisio Siewruk. W kawiarni „Cyganeria” naprzeciwko obecnego Domu Zdrojowego  odbywają się koncerty orkiestry Władysława Hermana albo Jerzego  Milnera, z którym śpiewają siostry Bielskie. W Grand Hotelu koncertuje orkiestra braci Łopatowskich z Łodzi, na zmianę z Kazimierzem Turewiczem. Kazimierz Obrembski z siedemnasto-osobowym  big bandem , nie ma już gdzie się pomieścić i koncertuje w tzw.  „Ujeżdżalni Końskiej”  na ulicy Chopina. Akurat  zjeżdża się do Sopotu  Stanisław Mikołajczyk – którego trębacze z bigband-u Kazimierza Obrembskiego witają dźwiękami piosenki :

Stefan Rachoń na scenie "Opery Leśnej"

Stefan Rachoń na scenie „Opery Leśnej”

„Żołnierz drogą maszerował” . Ten srebrzysty dźwięk trąbek słychać aż przed kościołem „Gwiazda Morza”, gdzie akurat przemawia Kazimierz Jędrychowski, żeby głosować trzy razy „tak”.  W kościele „Gwiazda Morza” modli się też demonstracyjnie Bolesław Bierut, w towarzystwie niemieckiego jeszcze biskupa ordynariusza diecezji gdańskiej, Spletta. Chór kościelny śpiewa demonstracyjnie: „ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”. Ulicą Monte Cassino idzie sławny  „parasolnik” wydzierając się na całe gardło „parasole do reperacji”. Towarzyszy mu gawiedź miejska, która przerabia ten okrzyk na bardzo brzydko brzmiące:  „pierdzisole do reperacji”. Dorożką od dworca jedzie sławny hipnotyzer i czarno mistrz z Krakowa (vide „Zaczarowana dorożka” – K .I. Gałczyńskiego)  Ben Ali: Prawdziwe nazwisko: Alojzy Mścichowski . Zapowiadacze sławnego magika zapraszają na „seans hipnozy oraz czarnej i białej magii”, w kinie Polonia, zaraz po występach orkiestry Zygmunta Karasińskiego, Na występy te przychodzi zresztą ze swoją świtą generał Karol Świerczewski. Skąd inąd znany jako generał Walter i „człowiek który kulom się nie kłaniał”. Ben Ali hipnotyzuje pół sali w kinie Polonia, ogłaszając, że „jesteśmy na Saharze i temperatura sięga  45° Celsjusza. Generał Walter i jego świta zaczynają rozbierać się  do bielizny. Ktoś z ochrony wstrzymuje jednak  ten  seans hipnozy, w obawie przed zahipnotyzowaniem  bohatera „wojny domowej w Hiszpanii”.,tak, że zostanie na scenie w samych kalesonach.

Walery Jastrzębiec Rudnicki twórca ZAiKS-u i ZASP-u na spacerze w Sopocie

Walery Jastrzębiec Rudnicki twórca ZAiKS-u i ZASP-u na spacerze w Sopocie

Takie to były wydarzenia sopockiego lata, na długo jeszcze przed otwarciem w roku 1962 sopockich festiwali w Operze Leśnej, która miała być oknem na świat polskiej piosenki. Ale bursztynowe słowiki  przyznawane na tym festiwalu  dla najlepszych utworów , nie latały zbyt daleko ani zbyt wysoko.

 

Zresztą występy artystyczne w Operze Leśnej  w Sopocie i historia powojenna tej opery wymaga specjalnego opisu.

 

 

autor tekstu Zbigniew Adrjański

 

W latach mojej wczesnej młodości wydarzeniem na skalę roku był udział w pochodzie pierwszomajowym. Od połowy kwietnia w domu trwały przygotowania, a to sprawdzanie czy mamy odpowiednie buty, a to sprawdzano, czy odświętna sukieneczka jeszcze pasuje, a sandałki czy dobre, najczęściej okazywało się, że sukieneczka jest niestety przykrótka a z sandałek wystają nam paluchy, jako żywo, no i tak się absolutnie nie da iść. I ten sam problem pojawiał się w przypadku butów mojego młodszego brata, który w żaden sposób nie mógł wcisnąć dobrej jeszcze trzy miesiące temu pary. Teraz następowało to, co najgorsze.

Przewodnia Siła w naszej rodzinie – mama – zabierała nas na upiorną wędrówkę po sklepach. Mierzyliśmy ileś par butów, buciorów, bucisków, zanim usłyszeliśmy stanowczy głos: tak, te właśnie weźmiemy. „ Te” nie zawsze najładniejsze, ale na pewno mocne ( tak „na oko” wyglądały) były pięknie pakowane w gazety. Tylko po przyjściu do domu czasami okazywało się, że już są za małe, a przecież w sklepie były dobre! Powrót do sklepu, krzyki, że nie te buty nam zapakowano, bo tamte były absolutnie dobre, i nareszcie spoceni, zmęczeni krzykami i mierzeniem okropnych buciorów wracaliśmy do domu. Ufffffffff!

Wyszykowani w nowe buty i skarpetki, ja, prawie siedmioletnia dama, dodatkowo w nową krótką sukienkę, a moi „panowie” lat 4: brat Zbyszek i jego najserdeczniejszy przyjaciel Stefanek, w krótkie spodenki i nowe sweterki wydziergane nocami przez mamę, z włosami wymytymi na tę okazję i spłukanymi octem (dla nadania im miękkości), z własnoręcznie zrobionymi w przedszkolu chorągiewkami, o 8 rano wychodziliśmy przy dźwiękach orkiestry dętej MZK z Woli na sławetny pochód.

Oczywiście, nasze pochody można nazwać oglądaniem pochodu i zwracaniem uwagi na te piękne biało-czerwone flagi, które gdzieniegdzie sprzedawano na skrzyżowaniach ulic. Wszystkie inne szturmówki i flagi, dźwigali pracownicy różnych fabryk, zakładów pracy czy ministerstw, były im dostarczane przez te zakłady, ale o tym dowiedziałam się już znacznie później.

Nasz pochód zaczynał się na pl. Dzierżyńskiego, dzisiaj to pl. Bankowy, i kończył po przejściu przed główną trybuną znajdująca się pod darem narodu ZSRR dla narodu polskiego – Pałacem Kultury im. Józefa Stalina. Wystrojona w nowa sukienkę, warkocze długie  do pasa, miałam przewiązane czerwonymi kokardami lub białą i czerwoną, a na czubku głowy była przypięta ogromna kokarda „motyl” widoczna chyba z kilku kilometrów. Sprawa najważniejsza polegała na tym, że ta kokarda stercząca na czubku głowy za żadne pieniądze nie mogła się przekrzywić, a tym bardziej przewrócić.

Cały czas była kontrolowana przez ojca i wyśmiewających się ze mnie Zbyszka i Stefana. Moi mali przyjaciele, siedząc na barkach swych ojców przed główną trybuną krzyczeli to, co wszyscy, jednak im wychodziło to znacznie lepiej, ponieważ wszyscy krzyczeli: „Hurra Bierut”, tylko oni wtedy jeszcze nie mówili rrrrrrrr, i wychodziło to mniej więcej tak „Huuuuuuuja Biejuuuuut, Huuuuuuuujjjjjjja Biejuuuuut…”.

Nie wiedziałam, dlaczego ojciec Stefanka i nasz ojciec tak szybko zmykali sprzed trybuny głównej, na której stali jacyś „mili” panowie i kiwali do nas rękami… A my, zafascynowani swoimi chorągiewkami i perspektywą zakupu waty cukrowej po tak pięknym przemarszu z solennymi okrzykami, od których bolało nas gardło, darliśmy się jak najęci, huuuuuurrrrrrrrra Bierrrrrrrrut!

Tylko Franek i mój ojciec byli bardzo speszeni. Dlaczego? Wtedy tego naprawdę nie wiedziałam. Takie pochody pamiętam, bo były one dla nas wielką radością i zabawą, dopiero wiele lat później mój kochany tato wytłumaczył mi dokładnie, jak to naprawdę wtedy było, no i nie powiem, trochę to wyglądało inaczej niż nasze dziecięce wspomnienia. Po pochodzie wszyscy zaczynali nerwowo szukać miejsc, w których sprzedawano różne dobre produkty, takie jak pyszna kiełbasa, pachnąca już z wielkiej odległości oraz szynka! Jakieś pierniki, watę cukrową, piwo, a może nawet i alkohol? Tego nie wiem. Pamiętam bigos i grochówkę na MDM- ie., które chyba sprzedawali żołnierze z takich ogromnych (wtedy tak to widziałam) kotłów. I do tego dodawano czarny chleb, dla mnie ten właśnie chleb był najpyszniejszy.

Po tak trudnym dniu wracaliśmy spacerkiem do domu, gdzie nasza Siła Przewodnia czekała z obiadem, ale kto by tam jadł jakiś rosół, skoro my jedliśmy takie pyszności, grochówkę, bigos i do tego taki najlepszy na świecie chleb, którego mama nigdy nam nie kupowała, zupełnie nie wiem, dlaczego?

Takie wspomnienia z najdawniejszych pochodów pierwszomajowych pozostały mi w pamięci. Ale były to lata 50.-60. W liceum pochód był obowiązkowy i nie było żadnego wytłumaczenia, ani nie obowiązywało żadne zwolnienie. Obowiązek uczniowski, koniec kropka. Ostatni raz na pochodzie byłam w 1964 roku, w okresie naszych matur. Nawet dostałam jakąś flagę i musiałam z nią maszerować. Po zdaniu matury nigdy więcej nie byłam na pochodzie pierwszomajowym. Studiowałam na AWF i w każdą sobotę i niedzielę odbywały się gdzieś w Polsce jakieś zawody, a że byłam związana z judo jako sędzina, to właśnie judo było moim excuse.  A inni? Jak wspominali swoje pochody donikąd?

Oto wspomnienia Mego starszego Przyjaciela pana Zbigniewa Adrjańskiego, który tamte czasy opisał w książce pod tytułem „Pochody donikąd”:

Maszerujemy w pochodzie

(wspomnienie)

„…Pieśni pierwszomajowe nadawano długo przed pochodem, czasem w wigilię 1 Maja, w czasie której organizowano uroczystą akademię, i później, już przed samym pochodem, z rozwieszonych w mieście głośników, potężnych gigantofonów czy domowych skrzynek radiowych, podłączonych do radiowęzła.

Te domowe skrzynki, nazywane „kołchoźnikami”, robiły tzw. pierwszomajową atmosferę. Wzywały „stań razem z nami, dotrzymaj kroku”. Zapewniały, że „ani góry wysokie, ani morza szerokie nie wstrzymają pochodu przyjaźni”. Krzyczały: „Tara-bam, tara-bam- wróg nie wydrze pieśni nam”. Przyjemnie było nawet posłuchać, jak taki mały domowy kołchoźnik pracuje! W zwykłe dni kołchoźniki nie szczędziły nam agitacji i propagandy (złośliwcy twierdzili, że jest w nich podsłuch!). Ale w majowe święto ta mała szara skrzynka była tak rewolucyjnie zapieniona, że aż dygotała od okrzyków, pieśni i haseł – niczym gotujący się imbryk…

W akademiku przy placu Narutowicza, gdzie „waletowałem” przez kilka tygodni, nadaremnie poszukujący mieszkania studenci zakładali się ze sobą: spadnie kołchoźnik ze ściany czy nie spadnie? Właśnie na placu Czerwonym w Moskwie ruszyła defilada, poprzedzająca pierwszomajowy pochód. Rozbrzmiewało głośne „urrrra”- i kołchoźnik spadł ze ściany rozbijając się w drzazgi!

Jeszcze gorzej było na ulicach Warszawy. Straszliwie ryczały ogromnej mocy gigantofony. Pochód niby to maszerował z pieśnią na ustach, ale było to udawanie, bo śpiewać nie można było! Śpiewanie w ogóle nie miało sensu, ponieważ wszystko i wszystkich zagłuszały gigantofony! Co sprytniejsi lub gorliwsi poruszali zatem ustami jak wyłowione z wody karpie, udając, że śpiewają, dziś to nazywamy podkładaniem głosu, czyli tzw. playbackiem, wówczas nie znaliśmy tego określenia.

Były to zaledwie początki telewizji. Przebieg pochodu transmitowany był głównie w Radiu Polskim i przez radiowęzły. Nawet, jeśli ktoś chciał przekrzyczeć wszystkich dookoła i śpiewać rewolucyjne pieśni – nie mógł, bo im bliżej trybuny honorowej podchodził pochód – tym głośniej wrzeszczał spiker. Albo nawet cały sztab pierwszomajowych spikerów, znanych aktorów, z którymi konkurować nie było sposobu. Siedzieli oni gdzieś wysoko, na specjalnie zbudowanym rusztowaniu (nosiło ono nazwę studia pierwszomajowego) i wznosili różne okrzyki, informując przy tym, kto idzie w pochodzie. Ile procent normy wykonał…, czym się zasłużył dla socjalistycznej ojczyzny. Czytano także rozmaite zobowiązania, meldunki i telegramy, recytowano wiersze rewolucyjnych poetów. Nad przebiegiem pochodu czuwały oczywiście różne sztaby, komitety, służby i organy bezpieczeństwa. Były specjalne kordony, strefy ochronne, straże i zabezpieczenia.

Wszystko starannie planowano! Okrzyki, kwiaty i wiwaty. Hasła, transparenty i portrety przywódców. Kolory i odcienie majowego święta, czy bardzo czerwone, rewolucyjne czy biało-czerwone? A może lekko „zaczerwienione”? Ustalano nawet, komu dać na trybunie honorowej wielki bukiet, a komu skromne goździki. Komu podać dziecko do uścisków, całowania.

Mój znajomy, który pracował w Biurze Ochrony Rządu, twierdził, że dzieci podawane do uścisków i ucałowania przez przywódców partii były wcześniej starannie myte i dezynfekowane. Wszelka improwizacja mogła się źle skończyć. Kiedyś mój kolega z roku, gorliwy zetempowiec, wyczekał na jakąś sekundę ciszy i na widok kukły amerykańskiego prezydenta, którą niesiono w pochodzie, wrzasnął: „Precz z Trumanem!”. Szef klakierów miał w tym samym czasie i w tej samej sekundzie zapisany okrzyk „Niech żyje” – na cześć jakiegoś przywódcy. Wrzasnął, więc swoja kwestię i wyszło „Niech żyje Truman!”. Ale na tym nie koniec, bo ktoś poinformował stojącego obok Bieruta ministra Bermana, że krzyknięto „Precz z Bermanem”. Rzeczywiście mój kolega trochę seplenił i można było pomyśleć, ze chodzi o Bermana, a nie o Trumana. Za rogiem trybuny honorowej czekał na nas kordon smutnych panów w jednakowych płaszczach z gabardyny, które fasowali tajniacy. Inni studenci tańczyli na Mariensztacie ze swoimi dziewczynami murarskie poleczki i walczyki, kupowali w ciężarówkach „Społem” specjalnie przygotowane na ten dzień parówki i cytryny, a my musieliśmy się tłumaczyć na Cyryla i Metodego, czy nasz kolega krzyknął „Precz z Bermanem”, czy „Precz z Trumanem”? I dlaczego w ogóle krzyczał nieproszony?. Nawet, jeżeli to robił z rewolucyjnych pobudek…”

Takie to były te nasze „Pochody Donikąd”, pochody pierwszomajowe moje i brata oraz jego przyjaciela, a także pana Zbyszka Adrjańskiego i jego kolegów studentów.

 

Pozdrawiam serdecznie z okazji 1 Maja

Wasza Jadwiga

 

 

Niech żyje bal!

Życie kochanie, trwa tyle, co taniec. Piękna piosenka o życiu, śmierci i przemijaniu.

http://www.youtube.com/watch?v=MaM8_Lbg2vk

Już za dwie godziny Sylwester! Niektórzy z nas wybierają się na bale, inni na prywatki, dyskoteki lub też na spotkania w małym gronie zaprzyjaźnionych ze sobą osób, albo na place w miastach, gdzie organizowane są występy najpopularniejszych polskich wykonawców.

Pamiętam mój pierwszy bal w hotelu MDM, ówczesnej jednej z najlepszych restauracji w Warszawie. Po sławetnym stwierdzeniu, no, bo ja nie mam, co na siebie włożyć, z uskładanych zaskórniaków udało mi się kupić piękny materiał brokat w kolorze dukatowego złota przetykanego zielenią. Kolor tego wykwintnego materiału, jak również krój, pamiętam do dzisiaj. Zaprzyjaźniona ze mną sąsiadka pani Stenia uszyła mi sukienkę bardzo prostą, a zarazem bardzo elegancką. Jaką? Zwykłą sukienkę typu „koszulka” na cieniutkich ramiączkach, jedyną ozdoba była z przodu na wysokości biustu przymarszczona pliska. Panie będą wiedziały, o co chodzi, natomiast panowie… Niestety takie szczegóły damskiej garderoby nie są do opanowania przez panów. Sorry, chyba, że są oni związani z damskim krawiectwem, lub wielką modą. Wracamy do sukni. Pani Stenia była moją czarodziejką przez wiele lat, a przywożone przeze mnie z zza granicy Burdy stanowiły naszą wykładnię mody i modeli. Wystrojona w piękna sukienkę, buciki od szewca posiadającego również sklep na ul. Rutkowskiego, pana Radolińskiego, udałam się na bal, mój pierwszy bal.

http://www.youtube.com/watch?v=M9Y3duYpC9Y

Byliśmy na tym balu grupą kilkunastu osób z mojej ówczesnej uczelni. To „wyjście” chyba nie zrobiło na osiemnastoletniej, czy też dziewiętnastoletniej dziewczynie należytego wrażenia, skoro bardziej pamiętam sukienkę aniżeli zabawę i tańce. Pamiętam za to chłopaka, który mi towarzyszył i koniecznie chciał się ze mną ożenić, ale nic z tego nie wyszło. Może, dlatego, że znaliśmy się zbyt krótko lub nie bardzo wierzyliśmy w siebie? Po latach wydaje mi się, że pan miał lekko w czubie, gdy wygłaszał swoje do mnie przemowy i dlatego później, po wytrzeźwieniu do ślubu nie doszło. I tak oto być może przeszła mi pierwsza z szans na męża!? Któż to wie? Następne moje bale odbywały się w klubach studenckich. W „Stodole” czy u „Medyków”. A prawdziwy bal, jaki doskonale pamiętam to bal w Hotelu „Bristol”. Wtedy byłam trzydziestoletnią kobietą i bawiliśmy się razem z przyjaciółmi ,a do domu wracaliśmy dorożką! To był bal, śnieg padał, a my popijaliśmy szampana ekstra drogiego, ekstra marki „Sowietskoje szampanskoje”, ale wtedy nikt nie zawracał sobie głowy marką. Byliśmy młodzi, śmieliśmy się, byliśmy pijani od muzyki, pewnie też i lekko podchmieleni zakochani i szczęśliwi i nawet nam nie zniszczył humoru kelner, który przyniósł  na godzinę 24.00 zamówionego przez nas szampana i otwierał go…. korkociągiem! ponieważ inaczej francuska butelka szampana nie dawała się za żadne pieniądze otworzyć. Nie powiem, butelka tego szampana wtedy kosztowała około 800 zł, co było zawrotną ceną, ale w końcu przy płaceniu rachunku ogłosiliśmy protest, może pierwszy w Warszawie, i za skwaśniałego szampana(!)  nie zapłaciliśmy,  twierdząc ponadto, że z winy obsługi, nie mogliśmy wznieść toastu szampanem na powitanie nowego roku. Na wielu balach później bawiliśmy się, a będąc żoną Andrzeja bywało, że w jeden wieczór byliśmy i na dwóch balach. Bawiliśmy się i bawimy teraz, w myśl zasady, kto się nie bawi, ten się starzeje, a starzejemy się, dlatego, że się nie bawimy. Tytuł mojego wpisu dotyczy zaś pięknej piosenki o życiu, śmierci i przemijaniu, którą skomponował Seweryn Krajewski, a słowa napisała Agnieszka Osiecka, zaś wykonała perfekcyjnie koleżanka z roku z AWF Warszawa pani Maryla Rodowicz.

Odwołam się tutaj też do książki pana Zbigniewa Adrjańskiego „Pochody Donikąd”, który pod tytułem „Niech żyje bal” napisał tak, cyt.: „… Literatura przedmiotu jest tu niezwykle bogata. ”Bal w Operze” – J. Tuwima, „Bal u Salomona”- K.I. Gałczyńskiego. A przede wszystkim „Bal u Senatora”- A. Mickiewicza w III części Dziadów. W prozie mamy przepiękne opisy tańców i balowych zwyczajów: u Deotymy, czyli Jadwigi Łuszczewskiej („Panienka z okienka”), W. Gąsiorowskiego („Pani Walewska”), W. Gomulickiego („Miecz i łokieć), E. Orzeszkowej („Nad Niemnem”), S. Żeromskiego („Popioły”) i wielu innych. A jest jeszcze Leon Schiller ze swoimi inscenizacjami widowisk szlacheckich. Są piosenki ułańskie z okresu powstania listopadowego – słowem jest, w czym wybierać! Mistrzem balowego tematu jest chyba Julian Tuwim, nie tylko ze względu na wspomniany już: „Bal w Operze”, ale i liczne melorecytacje oraz wiersze i piosenki w tym stylu. Wspaniałe są np. ”Melodie Warszawy”- J. Tuwima, które kiedyś wykonywała Hanka Ordonówna. Po wojnie, w jednym z pierwszych programów Piwnicy pod Baranami pojawił się tekst „Grand valse brillante” według J. Tuwima, do którego to tekstu muzykę napisał Zygmunt Konieczny. Ten utwór wykonywał Mieczysław Święcicki. A później genialnie interpretowała Ewa Demarczyk. Słynny konferansjer i założyciel „Piwnicy pod Baranami” Piotr Skrzynecki tak o tym powiedział, „Kiedy walca Koniecznego śpiewał Święcicki – słowa wtedy się zgadzały, ale piosenka nie bardzo mu wychodziła. Potem zaczęła ją śpiewać Ewa Demarczyk i teraz słowa się nie zgadzają, ale piosenka jakoś wychodzi”. Jeszcze wcześniej, przed Ewą Demarczyk pięknie o dawnych balach, rautach, maskaradach, redutach opowiada w swoich piosenkach Ludwik Sempoliński. A niekiedy i … Mieczysław Fogg! Słucha ich publiczność, która nigdy nie była na prawdziwym wytwornym balu. Na zabawy chodzi się na Mariensztat lub MDM. Albo na imprezy taneczne organizowane przez Rady Zakładowe, w siermiężno-partyjnym stylu. Po wielu latach pojawia się kilka ładnych piosenek o balu, głównie za sprawą Agnieszki Osieckiej- „Mój pierwszy bal” (muz. Franciszki Leszczyńskiej), którą tak pięknie interpretowała Kalina Jędrusik.

I dramatycznie zaśpiewany przez Marylę Rodowicz „Niech żyje bal” (muz. Seweryna Krajewskiego). Z tym, że ten utwór jest nie tylko o balu. Jest przede wszystkim o życiu, śmierci i przemijaniu…”

Bo czyż każdy bal Sylwestrowy jest do powtórzenia? Oczywiście, że nie. Kolejny bal, będzie dotyczył kolejnego nowego roku, a my? A my będziemy znowu o rok starsi!

Moi Mili i Kochani,

Wszystkim Wam Życzę Najlepszego, Najzdrowszego, Najwspanialszego Roku 2011!

DOSIEGO ROKU!

Wasza Jadwiga

Content Protected Using Blog Protector By: PcDrome.