Subskrybuj kanał RSS bloga Okiem Jadwigi Subskrybuj kanał RSS z komentarzami do wszystkich wpisów bloga Okiem Jadwigi

Pamiętam, gdy byłam mała często w naszym domu mama przygotowywała sałatę parzoną. Ponieważ byłam wyrodnym dzieckiem i nie uznawałam mleka, śmietany i pochodnych, czyli wszystkiego co się z mlekiem wiąże, sałatę parzoną uwielbiałam. Mamy od roku nie ma, odeszła do lepszego świata, a ja zupełnie zapomniałam o mojej ukochanej sałacie. Przecież teraz sos winegret króluje we wszystkich odmianach, więc u mnie na stole sałata z winegret jest wszędobylska, zaś sałata parzona odeszła w siną dal. Dzisiaj rozmawiając z Nuśką przypomniałyśmy sobie, gdy jej dziadek i moja mama przygotowywali bardzo często parzona sałatę. Nie wiem czy będzie Wam smakowała, ale podaję przepis, bo może okazać się, że taką sałatę pamiętacie z dzieciństwa, tylko o niej zapomnieliście tak jak ja.

Sałata parzona

Składniki: główka sałaty masłowej, 150 g słoniny, 2 łyżki octu, 3 łyżki cukru, sól pieprz do smaku, gorąca woda do sparzenia sałaty

Wykonanie: sałatę obieramy, myjemy, wykładamy na sito, rwiemy na mniejsze części, przelewamy gotująca wodą, przekładamy do miski. W tym samym czasie pokrojoną słoninkę smażymy na patelni, po czym polewamy sałatę. Ocet, cukier i szczyptę soli mieszamy z kilkoma łyżkami gorącej wody i wylewamy na sałatę. Całość mieszamy i sałata gotowa do spożycia. Smacznego!

Sałatka z krewetkami i truskawkami

Pamiętacie, moje wspomnienia z Chin? Pisałam wtedy również o potrawach serwowanych nam w poszczególnych Prowincjach. Zupełnie nie wiem jak to się stało, że dopiero kilka dni temu znalazłam w moich notatkach przepis na tę sałatkę, którą podano mi w Hong Kongu, gdy mój przyjaciel Li zaprosił mnie do obrotowej panoramicznej restauracji na wysokości 30 piętra. Pośród wielu dań, które nam serwowano była również ta pyszna sałatka z krewetkami, truskawkami, imbirem oraz listkami mięty. Ja już w Polsce dodałam do niej listki szałwii i melisy. Jest to sałatka z charakterem, a do tego schłodzone biało wino, może być również zimny Champagne, a co!

Składniki: obrane pistacje może być 3 łyżki, truskawki 250 g, krewetki koktajlowe 1 opakowanie (250 g) mrożone, opakowanie makaronu sojowego, kilka listków szałwii, melisy a jeżeli lubicie można dodać mięty. Ponieważ w moim ogrodzie mięty jest dużo, korzystam i dodaję kilka listków świeżo uszczypanej mięty, zapach jest przedni. Do sałatki dodaje również imbir w zalewie, używany do przygotowywania sushi (taki o różowym kolorze w paseczkach), ilość wg uznania.

Sos do sałatki: Sok z cytryny, miód wg uznania ja dodaje 2-3 łyżek miodu gryczanego, utarty na tarce z drobnymi oczkami imbir. Wykonanie: makaron zalewamy wrzątkiem i dalej postępujemy zgodnie z przepisem (ja po odcedzeniu tnę makaron nożyczkami na mniejsze odcinki), wykładam na miskę, dodaję pistacje, truskawki umyte, obrane i przekrojone na pół, dodaje rozmrożone krewetki przelane na sicie gorącą wodą, oraz listki ziół, a także paseczki imbiru i to sporo, aby sałatka miała zdecydowany smak.

Sos mieszam w kubku i polewam sałatkę, pycha! Wstawiam do lodówki na godzinę lub dwie aby była zimna, wtedy jest rewelacyjna!

Danie jest lekkie, delikatne i niezawodne na obecnie trwające upału, ponadto przygotowujemy je w 15 minut.

Ciasto” bzium” z owocami

Podawałam Wam kiedyś przepis na ciasto” bzium”. Dla tych którzy nie doczytali się podaję wersje z truskawkami:

Ciasto „Bzium”

Składniki:

5 jaj, mąka, cukier, masło, 1 łyżeczka proszku do pieczenia.

Jajka pozbawione skorupek ważymy, dodajemy do nich tyle samo cukru ile ważą jajka, ubijamy na puszystą masę, dodajemy tyle samo mąki, razem z łyżeczką proszku do pieczenia, co ważyły jajka i na koniec dodajemy tyle samo masła, co ważyły jajka. Masło rozpuszczamy w garnuszku i wlewamy do masy, ubijając wszystko mikserem. Bziuuuuuum!

I teraz zaczyna się nasze fantazjowanie. Sezon  truskawkowy trwa. Małą tortownicę smarujemy masłem, posypujemy tartą bułką, wlewamy masę, opłukane i obrane  truskawki wysypujemy na ciasto. Wstawiamy do nagrzanego piekarnika i pieczemy w temperaturze 180 stopni 25 min, sprawdzając, aby ciasto było rumiane – metodą patyczka sprawdzamy, aby było w środku dopieczone to znaczy patyczek musi być suchy po wyjęciu z ciasta.

Ciasto „Bzium” jest ciastem bazą dla wszystkich owocowych ciast i sezonowych owoców, takich jak morele, brzoskwinie, śliwki, jabłka (muszą być ochędożone i pokrojone w paseczki), wiśnie, rabarbar, co kto lubi i znajdzie na targu lub we własnym ogrodzie. Można również ciasto podzielić na dwie części i do jednej z nich dodać 2 łyżki kakao, wtedy wyjdzie nam ciasto marmurkowe, gdy wylejemy najpierw jasną część ciasta do tortownicy a następnie część kakaową robiąc widelcem esy floresy. Można go podawać na ciepło z lodami i bitą śmietaną, można podać oprószone cukrem pudrem, polane masą kajmakową, czekoladową, rozpuszczoną nutelą, i czym kto chce, inwencja twórcza pilnie poszukiwana. Ponieważ owoce na straganach zaczęły królować, polecam to proste ciasto, którego wykonanie trwa bziuuuuuuuuum!!!

Wasza Jadwiga

Pamiętacie taką piosenkę „Gdzie się podziały tamte prywatki” ? Słowa napisał Marek Gaszyński, muzykę skomponował Ryszard Poznakowski, a śpiewał Wojciech Gąssowski.

http://www.youtube.com/watch?v=s2GOFhG2xNk

http://www.youtube.com/watch?v=Fca4eDygR7E&feature=related

Piosenka powstała w latach osiemdziesiątych, a dokładnie w 1986 r, jako podsumowanie szalonych lat sześćdziesiątych, kiedy popularni byli Neil Sedaka, Paul Anka, Cliff Richard. Gdy zamiast na dyskotekę, której nie było, chodziliśmy na prywatki do przyjaciół. Czy wiecie, że w tych słodkich latach sześćdziesiątych jedynym sprzętem do odtwarzania płyt był adapter „Bambino”? Szczęśliwcy, którzy posiadali adapter i choć trochę większą powierzchnię w mieszkaniu zapraszali znajomych na prywatkę. Oczywiście na czas zabawy rodzina była eksmitowana do kina, czasami na dwa lub trzy seanse tego samego filmu. Piosenka „Gdzie się podziały tamte prywatki” napisana przez Marka Gaszyńskiego, znanego ówczesnego playboya, jakbyśmy to dzisiaj określili, powstała na bazie wspomnień klasowych, maturalnej klasy z roku 1958 warszawskiego Liceum Ogólnokształcącego im. Jana Kochanowskiego. Do tego ever greenu muzykę skomponował Ryszard Poznakowski, dodając na początku utwory solówkę męskiego chórku typu bum bum bum (zresztą zaśpiewaną przez kompozytora.) Piosenka został zaśpiewana przez Wojtka Gąssowskiego i tak od pierwszego dnia stała się hitem, hiciorem, na kilkadziesiąt lat. Była również moją ulubioną przez wiele lat, a dzisiaj słucham jej z rozrzewnieniem. W latach sześćdziesiątych wielkim „salonem” stolicy był nieistniejący już basen na „Legii”. (wkleiłam link do wielu starych i późniejszych zdjęć basenu Legii oraz te tuż przed rozbiórką dawnego salonu stolicy!) Ech… życie i moja młodość.

http://www.google.com/search?q=Basen+Legia&hl=pl&rls=com.microsoft:pl:IE-SearchBox&rlz=1I7FTSF_plPL394PL395&prmd=ivns&tbm=isch&tbo=u&source=univ&sa=X&ei=WnjsTemEMMrt-gaeqaXbDw&ved=0CE0QsAQ&biw=1362&bih=562

(Właśnie ostatnio rozebrano sławetny  piętrowy budynek, w którym mieściły się: na parterze szatnie, na piętrze bufet, a na daszku słynne damskie solarium, gdzie wygrzewałyśmy się, opalałyśmy, a także popijałyśmy kawkę i nie tylko, przyniesione z domu niejako na piknik i całodzienny pobyt na basenie. To były czasy! Dzisiaj z Barnabą pływamy na swoich basenach wymieniając się informacjami, kto ile przepłynął, wtedy zaś rano o ósmej spotykałyśmy się na daszku solaryjnym z Elwirą Seroczyńską – srebrną medalistką zimowych Igrzysk Olimpijskich ze Squaw Valley i zanim zległyśmy na swoich kocykach, czy też ręcznikach, odrabiałyśmy swoje 40 -50 słupków, co znaczył jeden słupek? To przepłynięcie basenu w tę i z powrotem na basenie pięćdziesięciometrowym, czyli przepływałyśmy około 80 – 100 basenów, no a potem było już tylko opalanie, a w tle muzyka i Wojciech Gąssowski ze swoimi sławetnymi „Prywatkami”. Sezon na „Legii” rozpoczynał się w dniu 1 maja i wszyscy czekaliśmy na ten magiczny dzień, gdy basen otwierał swoje podwoje. W Warszawie były tylko dwa, przepraszam trzy baseny otwarte a mianowicie: „Warszawianka”, ”Skra” i „Legia”. Z tym, że do dobrego tonu należało bywać zawsze na „Legii”. Pięknie opalone, odświeżone i wypachnione perfumami „Pani Walewska” lub „Być może”, jedynymi, jakie można było kupić w perfumeriach, szłyśmy na nasze prywatki. I wcale nie były to prywatki w domach, no, bo jak można było zorganizować prywatkę w roku 1960 czy w 1964 w wielkim pokoju mającym metraż czternastu lub szesnastu metrów kwadratowych, w którym przebywała cała rodzina, powiększona o dziadków? Dlatego w latach sześćdziesiątych chodziliśmy na zabawy na dechach, które były organizowane w Parku im. Sowińskiego, na rynku Mariensztatu, pod kinem WZ na Woli, a także najsławniejsza ze wszystkich prywatka u Józia, czyli pod Pałacem Kultury i Nauki im. Józefa Stalina. Nikt nigdy inaczej nie mówił, tylko idziemy na prywatkę u Józia i wszystko było jasne i wiadome, a gdy jeszcze szczęście dopisywało w taki dzień bardziej oficjalny w sobotę lub niedzielę, to trafiało się na koncert np. Violetty Villas, lub innej polskiej znanej piosenkarki przed planowaną zabawą. A potem zabawa czy też prywatka na dechach, a do tańca grały zazwyczaj znane zespoły muzyczne. Cytuję z książki Z. Adrjańskiego ”Pochody donikąd”:

Pałac Kultury i Nauki oficjalnie oddany do użytku 21 lipca 1955. Ma 230 metrów wysokości i był w swoim czasie najwyższą budowlą w Warszawie i całej Polsce. Podobno Stalin pytał, czy chcemy, jako dar narodów Związku Radzieckiego dla Polski pałac na wzór podobnych budowli moskiewskich, czy też dzielnice mieszkaniowa, Bierut wybrał pałac, choć bardziej praktycznie myślący Hilary Minc optował za mieszkaniami. PKiN budowała wielotysięczna załoga radzieckich robotników, która miała nawet swoje osiedle mieszkaniowe na Jelonkach.(Fińskie Domki na Jelonkach służą do dzisiaj, jako akademiki studenckie).Powstały też dla nich specjalne kwatery na cmentarzu prawosławnym w Warszawie, gdyż wiele osób w trakcie trwania budowy zmarło, daleko od rodzinnych stron. PKiN nazywano oficjalnie imieniem Józefa Stalina, ale po 1956 o nazwie tej zapomniano. Warszawiacy przyjęli dar Związku Radzieckiego (materiały do budowy pałacu również sprowadzano z ZSRR) z mieszanymi uczuciami. Projekt L.W Rudniewa drażnił warszawiaków. Nazywano go „ruska Grecją”, przyrównywano do „szpikulca w sercu Warszawy” i zżymano się, że w centrum miasta wystawiono mocno nieświeży „architektonicznie tort”, który psuje panoramę miasta, ale w końcu ten radziecki pałac (już bez J.Stalina) polubiono…( w latach osiemdziesiątych mówiono w Warszawie, że ten prezent narodu ZSRR dla Polski musimy spłacać, jak na razie spłaciliśmy dopiero parter…)  PKiN przynosił Warszawie różnego rodzaju pożytki. Nas interesują jednak przede wszystkim związki tego budynku z rozrywką. Mieściła się tu słynna Sala Kongresowa, w której odbywały się ważne koncerty oraz inne imprezy estradowe. Dobrze znana była również restauracja „Kongresowa” (wystawiano tam programy rewiowe), restauracja „Trojka”, kina „Wiedza”, oraz „Przyjaźń”, „Młoda Gwardia”, teatr Klasyczny i Dramatyczny, a iglicę PKiN, wykorzystano do zamontowania nadajników telewizyjnych.

Restauracja kongresowa- restauracja z fontanną, która mieściła się w podziemiach Pałacu Kultury i Nauki, gdzie również prezentowano najlepsze w całym PRL-u programy variette. A nawet coś w rodzaju rewii. Z czasem w restauracji Kongresowa zaczęto prezentować numery rozbierane czyli tak zwany striptiz. Hyr o tym poszedł po całym obozie socjalistycznym. Do Kongresowej zjeżdżały specjalne wycieczki z Moskwy, dalekiej Syberii lub Kaukazu. Każda radziecka delegacja oficjalna chciała być na striptizie w Kongresowej. Rosjanie chcieli jednak, żeby im tej wyprawy do Kongresowej nie zaznaczać w papierach, rachunkach czy innych dokumentach. Kierownik Kongresowej miał więc specjalną pieczątkę z napisem Pałac Kultury i Nauki w Warszawie Restauracja „Trojka”,( która mieściła się obok Kongresowej) i tą pieczątką stemplował niezbędne dokumenty dla radzieckich delegacji. Później jeszcze Kongresowa opanowana została przez przedstawicieli różnych państw arabskich. Rosjanie przenieśli się do innych lokali: Victorii, Kamieniołomów, Adrii. Później jeszcze lokali ze striptizem było wiele, że panie uprawiające ten zawód (początkowo wyłącznie Czeszki, a później dopiero Polki) jechały od lokalu do lokalu, wykonując kilkanaście „rozbieranek” w czasie takich występów. (wspomnienia Zb.Adrjanskiego z książki „Pochody donikąd”).

Pamiętam również rodzinne wizyty u nas w domu w Warszawie i mój upiorny obowiązek, a mianowicie zorganizowanie wycieczki po Warszawie. Do moich zadań specjalnych należało zaprowadzić Rodzinę do ZOO, Muzeum Wojska Polskiego i do Pałacu Kultury na trzydzieste piętro, aby obejrzeć panoramę Warszawy. Pamiętam też, gdy jeden z moich braci ciotecznych oglądając Panoramę ryczał, że nie widzi Pałacu Kultury! I wszystko byłoby dobrze gdybym musiała pokazywać Warszawę raz, albo dwa, ale ja to robiłam zawsze gdy przyjeżdżała rodzina lub inni znajomi, to był mój święty obowiązek. Był czas, że umiałam opowiedzieć na pamięć o zwierzętach w Zoo, nawet bez zaglądania do jakiegokolwiek informatora! Ale to było bardzo dawno temu i choć wtedy Pałac nie był widokiem najpiękniejszym dzisiaj, nikt nie wyobraża sobie Warszawy bez Pałacu, wieczorem zaś gdy jest iluminowany wygląda pięknie!

http://panorama.um.warszawa.pl/

Zapraszam do Warszawy na wycieczkę do ZOO, Muzeum Wojska Polskiego, Powstania Warszawskiego i na trzydzieste piętro Pałacu Kultury i Nauki

Wasza Jadwiga

Kolorowy ogród

Autor: Jadwiga. 37 komentarzy.

Jestem zapracowana w ogrodzie i widać to na moim blogu, ponieważ nie mam zbyt dużo czasu na przygotowanie kolejnych wpisów. Tym razem chcę pokazać mój ogród, który wygląda przepięknie. Zrobiłam trochę zdjęć, abyście mogli zobaczyć, co się działo w przyrodzie. Czereśnia majowa, zasadzona przeze mnie wiele lat temu, kwitła pięknie ,a teraz ma owoce. W związku z tym rano około piątej budzi mnie świergot ptaków: sójek, srok, szpaków, gołębi turkawek, wróbelków elemelków, drozdów, rudzików, a od czasu do czasu przychodzą wiewiórki. Tak, nawet sobie nie wyobrażacie jak pięknie wygląda wiewiórka jedząca czeresienki!

Kwitną bajecznie rododendrony fioletowe, karminowe, różowe i łososiowe. No i moja ukochana peonia drzewiasta. Kwitnienie zakończyły tulipany, których w tym roku było już nie setki a tysiące. Gospodarstwo Ogrodnicze pana Jacka Wiśniewskiego w Góraszce, u którego kupuję moje cebule i kwiaty było dumne. Cebulki posadzone na jesieni były piękne i jednorodne, a jak kwitły pokazywałam 4 maja w moim wpisie, kiedy również pokazałam Wam śnieg w ogrodzie. Cebule sprowadzane są z Holandii, a te, które zakupuję, są hodowane u nas, aby wiedzieć jak się sprawują w naszym klimacie. Chyba przez ten śnieg i temperaturę – 5 stopni moje wisterie sinensis, czyli glicynie nie kwitną. Cięłam je na początku marca, ponieważ cały luty temperatury były niesprzyjające cięciu i ciągle zapowiadano mróz. W końcu uzgodniłyśmy z Zosią W., że można ciąć. I wyobraźcie sobie, za kilka dni po tej morderczej pracy (było zimno, a wisteria rośnie dość wysoko nad ziemią, stąd wymagane były prace na wysokościach no i wspinanie na drabinę) był mróz -5 stopni, no raz ok, ale gdy za następne kilka dni pogoda powtórnie sprawiła psikusa wiedziałam, że w tym roku nici z kwiatów i trzeba będzie czekać do przyszłego roku. Zobaczymy!

Na miejsce przekwitłych tulipanów wysadziłam w tym roku ponad pięćset sztuk begonii semperflorens, czyli begonii stale kwitnącej, w kolorach białym i czerwonym. Kupiłam też fuksje,(ułanka, Fuchsia) które wiszą w amplach, ale nie tylko. W tym roku posadziłam również fuksje w skrzynkach i donicach na tarasie. Są piękne, delikatne w kolorze różowym. Jak zwykle w donicach na tarasie rosną zioła rozmaryn i oregano, natomiast lawenda, lubczyk i mięta w ogrodzie. Nie mam typowego warzywniaku, gdyż nasza działka jest leśną i ziemia jest raczej kiepska, pomimo tego, aby ją wzbogacić w zeszłym roku zamówiłam trzy samochody ciężarowe ziemi po 16 ton każdy i nawiozłam większą część. Tym niemniej nie wiem jak to się dzieje, tej nawiezionej czarnej ziemi jakby nie było, jakby wyparowała, a przecież osobiście plantowaliśmy, a była to robota mordercza. Stąd mój ogródek warzywny jest tylko w mojej wyobraźni, ale nie bardzo się tym przejmuję. Nie można mieć wszystkiego! Zioła w donicach wystarczą do bieżącego gotowania.

W tym roku pięknie kwitną bodziszki, czyli geranium w kolorach różowym i niebieskim, chabry i irysy. Ja czekam na hortensje, które odbiły i ciągną się w górę. Czy zakwitną nigdy nie wiem. Są bardzo kapryśne i nawet lekki mróz na wiosnę może im zaszkodzić. Aby nie było tak lekko i łatwo oraz jak w bajce, powiem Wam jedno: moje psy owczarek niemiecki i jack Russell terier postanowiły intensywnie pomagać przy ogrodowych pracach. Każdy pomaga jak umie, a oni kopią nam doły w różnych miejscach i są bardzo z tego rodzaju prac zadowoleni. Ja trochę mniej! Codziennie (prawie) zakopujemy dwa,  trzy doły, siejemy trawę, kładziemy plastikowe siatki i stawiamy donice z czymkolwiek pod warunkiem, że są ciężkie, aby ich nie mogli ruszyć, co oni tam szukają pod ziemią tego nie wiem, może skarby, o których nie mamy pojęcia? A te miny obrażone, gdy do nich przemawiam czułymi słówkami. Przecież oni chcą dobrze, tylko nam się nie podoba ich pomoc!!! Wcale!

W naszym ogrodzie każdy ma swój zakres prac: ja, jako projektant i nadzór budowlany, mój ślubny wykonawca wszystkich pomysłowych prac, wnuczek nadworny ogrodnik odpowiadający za koszenie trawy a Nuśka starająca się ogarnąć psie towarzystwo i dziury po nich zostawione. Cóż z tego, skoro towarzystwo jest rozpuszczone, ale nie można przecież krzyczeć, gdy patrzą na Ciebie takie psie oczy z zapytaniem: no, co ja Ci zrobiłem, no, co? Te parę dziurek, te dwa drapnięcia łapami, o to tyle hałasu?  No, więc nie krzyczymy, za to dwa łobuziaki robią hałas przy furtce, gdy ktokolwiek zadzwoni, wiemy od razu, że ktoś przyszedł, przyjechał, lub jest poczta. Poza tym „chłopaki” bardzo lubią szczekać na nasze koty i tak już jest, że koty wychodząc z domu zawsze sprawdzają czy w okolicy nie ma sprawców zamieszania, aby spokojnie wyjść poza parkan i spotkać się z innymi kotami. Całe szczęście, że nasz sąsiad ma Majkuna, lubi koty, więc nie przegania naszej księżniczki – dachowca burego, a ona bezczelnie wygrzewa się u Niego  na skalniaku, na największym kamieniu. Nie powiem wiele razy jest częstowana puszeczką gourmetu i z tego poczęstunku skwapliwie korzysta, paskuda. W domu ma to samo, ale z autopsji wiem, że u kogoś wszystko znacznie lepiej smakuje, nieprawdaż? Czasami odwiedza nas przyjaciel naszych kocic czarny przystojniak, który jest przyjmowany jak każdy gość, z należytym szacunkiem jak również poczęstunkiem. Drugi Sąsiad ma piękny ogród z wielkim oczkiem wodnym i tam spędza czas nasza młodsza kocica Nulka. Na nic prośby i groźby, kocie panny chodzą swoimi drogami, są indywidualistkami i nikt i nic nie jest w stanie im czegokolwiek zakazać. Na całe szczęście nasi sąsiedzi kochają zwierzęta, sami mają i psy i koty więc doskonale rozumieją wyprawy naszych wędrowniczek. Kiedyś kotki (obie wysterylizowane) miały na szyjach pozakładane obróżki czerwoną i niebieską, ale odkąd starsza zaczepiła się o rozwaloną siatkę w płocie a ja znalazłam jej obróżkę tam właśnie, obróżki zostały zdjęte. Nie powiem były zrobione z gumy, miały doczepione dzwoneczki, aby nie polowały z sukcesami na ptaszki, ale jednak uważam, że jest to niebezpieczne, trudno!  Wracając do naszego ogrodu. Dzisiaj zakupiłam naturalny nawóz granulowany i jutro będzie rozsypany na klombach i wokół tarasu oraz zasilę hortensje, które są tak samo żarłoczne jak datury. Ponieważ lubią wilgoć i kwaśną ziemię muszą dostawać, co najmniej raz w tygodniu nawóz do hortensji, który rozsypuje w ilości 2-4 łyżeczek wokół każdego krzewu.

W tym roku posadziłam dalie, których w moim ogrodzie ostatnio nie było, ale kupiłam je w Góraszce za namową pana Adama, zobaczymy, pokażę je, gdy zaczną kwitnąć w lecie. Osobną jest praca w ogrodzie mojego Taty, gdzie też trzeba było wykonać ogrom prac, ale z nimi też sobie poradziliśmy, tulipany wykopane, wszystko wypielone nowe kwiatki posadzone, pozostaje tylko podlewanie. W przyszłym tygodniu czeka mnie ponowna jazda do Góraszki w celu zakupienia kwiatów do donic, w których wczesną wiosną posadziłam bratki. Dzisiaj bratki, choć jeszcze ładne, to jednak powinny być przesadzone w inne miejscach tak, aby w donicach znowu były kolorowe może pelargonie?  Jeszcze nie wiem, jakie kwiatki wybiorę, bo dopiero patrząc na łany kolorowych kwiatów w ofercie zdecyduję, co jeszcze będzie rosło u nas w ogrodzie. Najgorszym momentem dla mnie w Góraszce jest podjęcie decyzji, ponieważ w tych ilościach właściwie mogłabym mieć wszystkie kwiaty, ale jak już napisałam, nie można mieć wszystkiego, kwiatów też…

Serdecznie wszystkich czytaczy pozdrawiam, życzę wspaniałego nadchodzącego weekendu  i do usłyszenia!

Wasza Jadwiga

Content Protected Using Blog Protector By: PcDrome.