Subskrybuj kanał RSS bloga Okiem Jadwigi Subskrybuj kanał RSS z komentarzami do wszystkich wpisów bloga Okiem Jadwigi

Archiwum kategorii ‘Wspomnienia’

3.02.2010 bukiet od dzieciTo było w 1945 roku, w Bleckenstedt w Niemczech, niedaleko, bo 6 km od wielkich zakładów Herman Goering Werke produkujących broń i amunicję dla Niemiec podczas II wojny światowej. Dziś ta sama fabryka nazywa się Zakłady Hutte Werke w Salzgitter, a Bleckenstedt jest częścią Salzgitter. Ówczesna  miejscowość Bleckenstedt  leżała nad kanałem Osnabruck-Hannover łączącym rzekę Elbę, Hamburg z morzem Północnym ale także przez Postdam z Berlinem. Kanał  i zakłady w dniu moich narodzin były piekielnie ostrzeliwane przez wojska alianckie, gdyż właśnie przetaczał się front. Wszyscy znajdowali się w betonowym schronie z wyjątkiem matki, ojca i niemieckiej akuszerki (pomagającej przy porodzie), którzy byli w domu. Bombardowanie trwało nieprzerwanie ponad dwadzieścia godzin, także można powiedzieć, że bombowo i bez komplikacji przyszłam na świat w ciągu niespełna kilku godzin.

Biorąc pod uwagę okoliczności moje życie od urodzenia zapowiadało się ciekawie. Ojciec, warszawianin z krwi i kości, w wieku ukończonych 14 lat a matka, z wsi kieleckiej, w wieku niespełna 16 lat byli wywiezieni do Niemiec na przymusowe roboty – w sumie spędzili w Niemczech każde po 65 miesięcy. Po wojnie nasza rodzina miała papiery wyrobione do Kanady (po zakończeniu wojny ojciec był zatrudniony w Niemczech w UNNRA jako kierowca). Jednak koniec końców postanowili wrócić do Polski, co nastąpiło w roku 1947. Tato pracował jako kierowca w firmie transportowej, matka zajmowała się mną, a następnie bratem Zbyszkiem ur. w  1948 roku. Mieszkaliśmy na Woli na ul. Wolskiej 42 – dziś dom nie istnieje – naprzeciwko zakładów Fotonu, stąd  moje dwie szkoły podstawowe – jedna TPD na Żytniej 40 i druga SP nr 220 przy ulicy Elektoralnej (dziś mieści się tam szkoła dla dzieci specjalnych) po przeprowadzeniu na ul. Świerczewskiego przy obecnym kinie Femina.

I tak mogłaby się ta opowieść snuć poprzez szkoły, które ukończyłam i które chciałam ukończyć, a nie ukończyłam i opowiadałabym tak te moje sześćdziesiąt pięć lat, tylko po co?

Przecież pisanie tego bloga to jest nic innego, jak powracanie do przeszłości, do wspomnień szkolnych, a także do studiów, pracy, to pisanie historii życia oraz opisywanie czasów, w których przyszło nam żyć.

Nasza klasa na wycieczce w Krakowie ja w kurtce zarzuconej na ramionaDlatego to opowiadanie doprowadzę do etapu zakończenia nauki w Liceum im Romualda Traugutta przy ul. Smoczej 6, gdzie zdawałam egzamin maturalny. Wychowawcą naszej klasy był rewelacyjny pedagog Bogumił Pałasz, z wykształcenia historyk, dzięki któremu nasza gromada 32 osób, czyli cała klasa, zdała maturę i wszyscy dostaliśmy się na studia, jak jeden mąż! Mało tego, wszyscy te studia ukończyli. Najwięcej, bo siedem osób ukończyło  Politechnikę Warszawską, trzy Akademie Medyczną, Akademię Sztuk pięknych, pozostali Uniwersytet Warszawski, Wydział Weterynarii SGGW, no i ja jako jedyna Akademię Wychowania Fizycznego jako trener II klasy w judo (czarny pas 3 Dan – Sandan). Mamy kontakt z koleżankami i kolegami z liceum, nawiązaliśmy go dwa lata temu dzięki portalowi Nasza-klasa.pl, a ja byłam moderatorem mojej klasy – mojego rocznika.

Podczas wymiany korespondencji Mirek Markuszewski przesłał nam wycinek z tygodnika Polityka z dnia 1.10.1977 r. z artykułem, który napisał w sprawie idiotycznych przenosin  naszej szkoły ze Smoczej na Miłą. „…Kto tę szkołę przenosił i po jaką cholerę niestety nie pamiętam, ale z daty opublikowania mojego listu wynika, że było to ponad trzydzieści lat  temu i pewnie całe pokolenia, które kończyły szkołę na Miłej nie miały pojęcia, że był kiedyś porządny Traugutt na Smoczej.

A oto treść listu Mirka:

EKSPERYMENTY I EMOCJE

„O roli eksperymentu w szkolnictwie nie trzeba nikogo przekonywać, jednakże stwierdzam z ubolewaniem, że przeszedł bez echa przeprowadzony niedawno eksperyment polegający na zamianie lokali kilku warszawskich szkół. I tak Liceum Plastyczne zostało przeniesione do lokalu liceum Traugutta na Smoczej, a „Traugutt” zajął lokal szkoły na Miłej. Dokąd przeniosła się szkoła z Miłej chwilowo nie wiem, ale wierzę że to nie koniec eksperymentu. Można przecież „Żmichowską” przenieść do „Reytana”, który z powodzeniem może zająć lokal „Batorego”, gdy ten znajdzie miejsce u „Czackiego”. Poza tym, gdyby eksperyment powiódł się w szkolnictwie można spróbować przenieść FSO do huty „Warszawa”, a tę ostatnią wyprowadzić, kto wie, może nawet poza granice Warszawy. Do „Traugutta” na Smoczą lubiłem wpadać, była to moja „kochana stara buda”, w której spędziłem ważny fragment mojego życia i gdzie znałem każdy kąt od piwnicy po strych. Koło szkoły na Miłej przejeżdżałem kilkakrotnie tramwajem, nie jest to jednak moja szkoła i nie ciągnie mnie tam.
Mirosław Markuszewski”.

I jeszcze jedno wspomnienie tego samego autora , pod którym podpisuję się obydwiema rękami:

„…W miarę jak zbliża się termin naszego klasowego spotkania coraz więcej myślę o szkole, o klasie, o nauczycielach. Z perspektywy czasu widzi się wszystko w jaśniejszych barwach, ale zawsze miałem wrażenie, że chodziłem do dobrej szkoły. Dużo zawdzięczam nauczycielom, szczególnie tym, którzy uczyli interesujących mnie przedmiotów, a także naszemu wychowawcy, który w jakimś stopniu ukształtował moje życie. Jednakże najważniejszą rzeczą, z której zdałem sobie sprawę jest to, że po czterdziestu pięciu latach od matury czuję taką samą więź z koleżankami i kolegami z klasy, jak w dniu matury. Musieliśmy być bardzo zgraną i zintegrowaną klasą, jeśli po tylu latach odnosimy się do siebie z taką życzliwością, ciekawością indywidualnych losów i brakiem konfliktów. Zastanawiam się, ile pamiętam i jak postrzegam klasę po tylu latach. Mam pewne wrażenia i spostrzeżenia, którymi chciałbym się podzielić. Ciekaw jestem jak dalece są zgodne lub niezgodne z ówczesną rzeczywistością.

Kiedy przesuwają mi się przed oczami różne obrazy z naszego życia klasowego, to mam wrażenie, że środowisko męskie i żeńskie w klasie było jakby od siebie trochę oddzielone. Dziewczyny były miłe i sympatyczne, ale miały swoje sprawy, trzymały się razem i było mało punktów stycznych między tymi środowiskami, chociaż był wyjątek. Kiedy Jadzia (czyli ja) była z nami w klasie, to miałem wrażenie, jakby wszędzie jej było pełno, jakby zawsze się koło niej coś działo. Zawsze była w centrum, było ją widać i słychać nawet kiedy nie grała na trąbie (grałam na trąbce w zespole jazzowym, dużo i chętnie, szczególnie na różnego rodzaju akademiach, rocznicach z okazji, ku czci, że i ponieważ, a utworem popisowym był Mały Kwiat „Petit fleur”). Na drugim biegunie Iwona – poważna, tajemnicza, nieprzystępna. Z mojego rzędu, pod oknem, Małgosia Bodnar – zawsze z czarującym, ba, zniewalającym uśmiechem, ale rzadko się odzywająca. Podobnie Marysia Tomaszewicz. Druga Małgosia – Kuźniarska – przeciwnie, zawsze ruchliwa, żelazna dyskutantka na wszystkich lekcjach. Basia Zawadzka, cicha, spokojna. Kiedy była pytana przez nauczyciela, robiła zdziwioną minę, jakby mówiła „przecież to wszystko oczywiste”. Ela Janiszewska – nasza klasowa plastyczka i dekoratorka. Żyła we własnym świecie plastyki, w aurze osoby uzdolnionej, szczególnie kiedy wygrała konkurs na plakat związany z rocznicą Powstania Styczniowego. Krysia Brzezińska – zatroskana, zaangażowana, pomocna, zawsze na miejscu, kiedy trzeba było kogoś wspomóc czy pocieszyć. Ewa Siekierska – bardzo rzeczowa i konkretna. Basia Downarowicz – robiła swoje, szkoła była jakby obok niej. Ania Skibniewska – albo się czemuś dziwiła albo coś krytykowała, coś jej w tym szkolnym życiu nie pasowało. Wreszcie klasowe „kumy” – Ala, Wanda, Zocha, Jola, Krysia – zawsze razem, zawsze w swoim towarzystwie, zawsze rozmawiające o swoich sprawach.

Kiedy wspominam kolegów, to jakoś dziwnie układają mi się w głowie trójkami. Pierwsza trójka to klasowi intelektualiści – Andrzej, Krzysztof i Marian. Andrzej, zwany przeze mnie pieszczotliwie Jędrusiem, to wyjątkowa postać. Tęga głowa, ale niespecjalnie tęga postura, stąd te żarty z omijaniem Zielińskiego, żeby czegoś nie połamał. Z drugiej strony zawsze miał swoje odrębne zdanie. Jak wszyscy mówili A, to Jędruś mówił B, ale robił to z takim wdziękiem, że nikomu to nie przeszkadzało. Krzysztof to był taki klasowy sceptyk i racjonalista, u niego wszystko musiało być oparte na rozumie i logice. Dużo nie mówił, ale jak coś powiedział, to od razu sprowadzał dyskusję na ziemię. Pałasz zawsze mówił, że Krzysztof to kandydat na naukowca i sprawdziło się (w roku 2009 został profesorem). Marian to był człowiek renesansowy, znał się chyba na wszystkim. Pasjonat historii, ale równie łatwo mógł też rozprawiać na przykład o fotografii. Zdaje się, że większość zdjęć ze szkoły, które mamy, zawdzięczamy Marianowi. Druga trójka to klasowe „zgrywusy”: Marek Łosakiewicz, Paweł Pałys i Zbyszek Wiśniewski. Mieli poczucie humoru i dużo energii, dzięki czemu w klasie było wesoło i nie można się było nudzić. Z drugiej strony można było odnieść wrażenie, że szkoła im specjalnie nie „leży” i najchętniej chodziliby do niej rzadziej. Spokojni, dobrzy koledzy ze środkowego rzędu to Jurek, Waldek i Kazio, a  przy ścianie Marek Gieruś, Wojtek Jóźwik i Mirek Kucharczyk. Mirek zadziwił wszystkich w maturalnej klasie, kiedy okazało się, że nikt tak nie potrafi tańczyć twista jak on. Trzech kolegów, którzy byli dla mnie trochę tajemniczy to Jarek, Józek i Heniek, jakoś najmniej ich w szkole poznałem. Wreszcie Staś Działa, Zbyszek Kaczmarczyk i Edzio Lilien. Staszek przez trzy lata to był taki Sfinks, robił wrażenie, że musi chodzić do szkoły, więc chodził, ale bez entuzjazmu, dopiero w maturalnej klasie włączył się do dyskusji klasowych i okazało się, że bardzo mądrze mówi. Zbyszek podobnie, z tym, że w maturalnej klasie zainteresował się na poważnie muzyką, co potem zaowocowało graniem w zespole, a dzięki muzyce lepiej się poznaliśmy. Edzio Lilien był jakby trochę zagubiony, wyjątkowo inteligentny, marnował się w szkole, był jakby „oczko wyżej” trochę z innego świata, miał olbrzymią wiedzę, większą niż potrzebna w szkole i ta szkoła go trochę uwierała, jak przyciasny gorset. Miał specyficzne, trochę sarkastyczne poczucie humoru. No i wreszcie ja. Jak siebie widzę? Chyba też byłem spokojny, specjalnie się nie wyróżniałem, poza tym, że grałem na akademiach „ku czci” i  przez to miałem wkład „w budowę”. Działałem w samorządzie, chciałem dobrze, chociaż nie zawsze jest tak, jak się chce. Mam nadzieję, że też jestem postrzegany po latach jako dobry kolega….”.

Takie wspomnienie otrzymałam od Mirka Markuszewskiego – przewodniczącego naszej klasy, którą to funkcję do dziś piastuje. Nawet wtedy, gdy organizujemy swoje półroczne spotkania. Mirek decyduje o wszystkim, po rozpatrzeniu stosownych za i przeciw, my go szanujemy i zawsze podkreślamy, że nikt go z funkcji przewodniczącego dotychczas nie odwołał. W spotkaniach uczestniczy nasz wychowawca Bogumił Pałasz. W tym roku, gdzieś w maju, organizujemy kolejne spotkanie z okazji wiosny. Bo przecież wszyscy maja nadzieję, że wiosna w końcu nadejdzie, no może również nadjechać, ale bez śniegu i mrozu.

I tym optymistycznym akcentem kończę jedno ze wspomnień.

Serdeczności
Wasza Jadwiga

Dzien Babci i Dzien DziadkaDzień Babci i Dzień Dziadka to nieoficjalne święta mające na celu uhonorowanie wszystkich babć i dziadków. W te dni tradycyjnie nasi wnukowie składają życzenia swoim babciom i dziadkom i obdarowują ich kwiatami, laurkami i prezentami, często wykonanymi przez siebie.

W Polsce Dzień Babci to stosunkowo młode święto, gdyż obchodzimy je dopiero od około 30 lat. W innych krajach ten dzień obchodzony jest w innych terminach niż u nas, np. w USA i Kanadzie w pierwsza niedzielę po Labour Day czyli Dniu Pracy i jest on nazwany National Grandparents Day – czyli Narodowe Święto Dziadków (dziadków i babć oczywiście). Dla ciekawości dodam, że święto to zostało zatwierdzone przez Kongres i Prezydenta Jimmiego Cartera, który w 1978 r. podpisał proklamację ustanawiającą pierwszy poniedziałek września  świętem oficjalnym. Dzień Dziadków i Babć ma w USA swój hymn skomponowany przez Johna Prilla i zatytułowany „A song for Grandma and Grandpa”, a symbolem tego dnia jest niezapominajka, jakże jednoznaczny symbol – w języku angielskim ten kwiatuszek tak pięknie się nazywa „forget me not”( nie zapomnij mnie).

Każdy z nas ma swoją ukochaną babcię, dla nas naszą ukochaną była Babcia Maria, która urodziła się w roku 1882 w Niżnym Nowgorodzie jako córka mieszczanina Antoniego Aleksandrowicza Dejczmana, syna uczestnika powstania 1863 roku, i Konstancji Wiktorowny Ihnatowicz. Podstawowe wykształcenie babcia uzyskała w Mariańskim Gimnazjum w Ufie, a następnie uczyła się w szkole żeńskiej w Muromsku, za co otrzymała srebrny medal. Ukończyła też specjalny kurs ósmej klasy dopełniającej (domowe gimnazjum z arytmetyki) w Orenburgu 14.08.1903 roku. Studiowała w Sankt Petersburgu i 6.04.1913 roku ukończyła Sankt Petersburski Żeński Medyczny Instytut z tytułem „Dentysty z wyróżnieniem”. Jednym z wykładowców był  tam Iwan Pietrowicz Pawłow, rosyjski fizjolog, laureat Nagrody Nobla w 1904 roku w dziedzinie medycyny.

Praktykowała w Sankt Petersburskiej Szkole Dentystycznej E.F Wongl – Świderskiej.  Po powrocie w 1921 r. do Warszawy z synem Bronisławem i córką Heleną oraz swoim ojcem Antonim zamieszkali w Aninie. Jej mąż Stanisław wrócił do niepodległej Polski dopiero w 1923 roku. W tym samym roku Komisariat Rządu na miasto stołeczne Warszawę zarejestrował praktykę dentystyczną babci, co umożliwiło jej podjęcie pracy jako dentystka w Gimnazjum męskim Kazimierza Jakuba Kulwiecia w Warszawie, założonym w roku 1918, a usytuowanym przy pl. Trzech Krzyży 8, w kamienicy Naimskich i Jungów.Potem babcia Maria prowadziła prywatną praktykę w Aninie. Babcia aktywnie uczestniczyła w życiu społecznym Anina, organizując spotkania Koła Młodzieży Anińskiej, które odbywały się w domu rodzinnym. O tych spotkaniach wiele osób wspominało podczas pogrzebu babci w roku 1978, który odbył się  na cmentarzu na Glinkach – obecnie Marysin Wawerski. Babcia nasza była osobową otwartą, z poczuciem humoru, młodzi ludzie garnęli się do niej, gdyż nikogo nie oceniała za postępowanie, jednak zawsze umiała dać stosowną  radę i nigdy nie nalegała na konieczność skorzystania z tej rady. Wybór zawsze należał do ciebie. Za to pokochała ją młodzież, za to kochaliśmy ją my, znajdując w niej oparcie, miłość i ciepło. 

Wiele osób zastanawia się, jak to jest z tymi naszymi dziećmi i wnukami. Ja uważam, że nasze dzieci kochamy zupełnie inaczej, rozsądniej, ponieważ sprowadzamy je na ziemię w okresie naszej młodości i staramy się dać im wszystko, co jest możliwe, nie zaniedbując siebie, pamiętając o tym, że pracujemy, awansujemy, zarabiamy, walczymy o swoją pozycję społeczną i zawodową. Natomiast nasze wnuki kochamy miłością bezgraniczną. Dajemy im poczucie bezpieczeństwa, ciepło, dobroć, ocieramy im łzy, tłumaczymy porażki, cieszymy się ich sukcesami, pocieszamy dobrym słowem, przygotowywanymi przysmakami, które im,  naszym wnukom, przygotowujemy.

Czytając niegdyś książkę „Pani sekretarz stanu” wielkiej Pani Polityk Madeleine Albright odnotowałam zdanie (przywołuję je z pamięci ): „…podczas każdego przyjęcia dyplomatycznego z żonami dyplomatów rozmawiałam grzecznościowo na temat ich dzieci lub wnuków, co było koniecznością, ale nie sprawiało mi przyjemności, ale tylko do czasu gdy sama zostałam nimi obdarzona. I teraz proszę państwa stwierdzam autorytatywnie że mając wnuki – mówię tak  po prostu – nie da się o nich nie rozmawiać…”. Tyle Madeleine Albright.

I właśnie w ten Dzień Babci i w następny Dzień Dziadka, nasi najukochańsi przychodzą do nas z kwiatkami, z laurkami, a czasami i z piosenkami, których nauczyli się w przedszkolu lub szkole i śpiewają „…u babci jest słodko, świat pachnie szarlotką…” lub „…Jak macie babcię, to się nie trapcie…”. Żaden prezent nie jest tak piękny, jak laurka wykonana rączką naszej najukochańszej pociechy. Kochamy te nasze wnuki miłością wielką i bezgraniczną, a czasami ślepą, a one starają się nam oddać to w swoich wierszykach, laurkach lub piosenkach.

Wszystkim Babciom i Dziadkom
Życzę Najpiękniejszego
Dnia Babci i Dnia Dziadka!
Życzę Słonecznego Dobrego Dnia!

Wasza Jadwiga

Rodopis Szalewiczów autor Andrzej Szalewicz

Zacytuję Państwu list, który przesłała mi Aldona Kraus.

Dziękuję Aldono,
Twoja Jawdwiga

Jestem pod wielkim wrażeniem napisanego przez Andrzeja Rodopisu Szalewiczów.  Dzieje tego  pięćsetletniego rodu znalazłam wczoraj pod swoją choinką.  Niespodzianka była zupełna. O istnieniu tej książki, wydanej przed rokiem, nic a nic  nie wiedziałam. Boże Narodzenie mamy już za sobą. Popatrz, jest niedziela 17 stycznia  2010 roku. Rano byliśmy w Kościele Środowisk Twórczych na Mszy Świętej za Ks. Jana Twardowskiego,w wigilię czwartej rocznicy Jego śmierci. Potem, niestety jeszcze w jednym kapciu, a w drugim bucie  – czyli ja, tak po twardowsku Ostry Dyżur Poetycki w Teatrze Narodowym. Uczta dla ducha. Na niej dużo Herberta i Twardowskiego, Szymborskiej i cudowne pogody, pogody,  pogody Iwaszkiewicza oraz same aktorskie tuzy.

Późnym popołudniem bal Gabrysi i Stasia w Domu Kultury w Wesołej. O tańcach w moim wykonaniu nie było mowy, choć chciałaby dusza do raju (inne babcie tańczyły). Ja byłam fotoreporterem.

Wieczorem okulistyczna robota, z zadrapanym okiem sąsiada – czyli  tak, jak powinno być i TAKI  PREZENT, i to, wszystko – 17 stycznia. Znamienna data – dziś  i wczoraj. Radości dzisiejsze  i  zamyślenie  nad tamtym 17 stycznia 1945 roku, o którym zawsze myśli się ze smutkiem.

„Wyzwolenie” Warszawy. Lata całe przypominane jako wyzwolenie,  a nie początek  kolejnej okupacji. Wtedy był tak samo jak dziś, i śnieg, i mróz. W ostrzelanym Aninie na długo przed 17 stycznia  stacjonowały radzieckie wojska, które weszły najpierw do  lewobrzeżnej  Warszawy niszczonej przez uciekających Niemców. Warszawa  prawobrzeżna,  po Powstaniu zrównana z ziemią,  nie istniała. Były groby i ruiny.

Ja miałam wtedy zaledwie siedemdziesiąt jeden dni, a mateńka moja, warszawianka z dziada – pradziada, za kilka dni, po tym niby wyzwoleniu, zostawiając mnie w Konstancinie pod opieką cioci Heli – szarytki (mogła to zrobić, bo po okrutnych przeżyciach nie miała pokarmu i karmiono mnie marchwianką), dążyła  czym się dało i dojechała do Ruin Miasta. Przeszła piechotą po zamarzniętej Wiśle na Gocław, na Murmańską, do naszego domu. Stał, nawet nie tak bardzo  poraniony kulami. Stacjonował w nim radziecki lekarz. I mieszkało wojsko. Nie znalazła  nigdzie żadnej wieści ani od matki, ani od męża, ani od reszty rodziny, jedynie zawiadomiła sąsiadów, że żyjemy. Jak opowiadała: Groza  i ból opanowały moje serce. Do domu szłam zastygła niczym Niobe, patrząc na to, co zostało z Ukochanego Miasta. Powrót do Konstancina był jeszcze straszniejszy. Ja,  która zawsze kamieniałam w chwilach złych, teraz płakałam bez przerwy. Płacz osłabiał mnie tak strasznie, odbierał chęć do życia, a trzeba było żyć. Czekałaś taka maleńka, czekał Rysio, mój osiemnaście lat młodszy ode mnie  brat, ukochana praca lekarza i mimo łez –  nadzieja, że rodzina odnajdzie się i Warszawa powstanie z ruin…

Boże! Jak mateńka, tak zawsze delikatna szła przez ruiny i po lodzie Wisły?  

Jadziu! Bardzo cieszę się tym prezentem,  który smakowałam pół nocy. Zapoznałam się zaledwie ze wstępem, obejrzałam wszystkie zdjęcia i oczywiście przeczytałam o jednym z czterech braci  – Stanisławie, synu Adolfa Szalewicza  z IX pokolenia  rodu, zamordowanym  w masakrze wawerskiej.

Za podarek serdecznie  dziękuję. Będę smakować go z radością długo, długo.

Twoje żeberka znalezione obok ksiązki pod choinką posmakujemy z Rodziną dopiero dziś. Chcieliśmy z Serżem zjeść je już nocą, ale wizja obrażonej o to reszty rodziny nakazała nocny post w karnawale.

Całusy dla Ciebie i Andrzeja,
Aldona

Content Protected Using Blog Protector By: PcDrome.