Subskrybuj kanał RSS bloga Okiem Jadwigi Subskrybuj kanał RSS z komentarzami do wszystkich wpisów bloga Okiem Jadwigi

Archiwum kategorii ‘Wspomnienia’

Lech Terpiłowski w swojej przedmowie do płyty Pani Lucyny Arskiej „Na Cygańską Nutę” tak napisał: „…Obserwując dzisiaj jak z dnia na dzień Cyganie podlegają procesom asymilacji, stając się społecznością osiadłą i stateczną, aż trudno sobie wyobrazić, że kiedyś byli uosobieniem rozwichrzonych wędrowników. Ech, gdzie te czasy, gdzie niegdysiejsze romanse cygańskie… Któregoś dnia przyjdzie nam chyba uwierzyć piosence, że istotnie – prawdziwych Cyganów już nie ma. Że pozostała jedynie barwna legenda i zachowane w piosence już tylko, kolorowe rekwizytorium cygańszczyzny. Z jej taborami, ogniskami, wróżbiarstwem i fantastycznymi opowieściami o napawających dreszczem zwyczajach i obyczajach tej nacji, stanowiącej niegdyś jakże wdzięczny temat dla autorów powieści odcinkowych w gazetach: bez bogatego panicza, porwanego dziecka przez Cyganów, powieść taka była nieważna.

Przecież nie tylko bulwar żył z folkloru cygańskiego. Karmili odbiorców egzotyką taborową także i twórcy cieszący się estymą w narodzie. Sama tylko „Chata za wsią” Kraszewskiego posłużyła za kanwę libretta operowego paru kompozytorom, w tym Noskowskiemu i samemu Ignacemu Paderewskiemu („Manru”). Dusznym dramatom sekundował na scenie operetkowej Straussowski „Baron Cygański”, a w biedermeierowskich salonikach panienki z dobrych domów wygrywały na fortepianach smętne romanse cygańskie: te oryginalne, którym wdzięku szczególnego przydawał Aleksander Wertyński, i te produkowane seryjnie w teatrzykach lat międzywojennych przez niezmordowaną Zofię Bajkowską dla Stanisława Ratolda, Karola Hanusza i słynnej naszej grand romansistki, Serafiny Talarico.

Ale to już wszystko brzmi, jak opowieści zza światów. Póki, więc jeszcze folklor cygański do reszty nie roztopił się w magmie kultury bieżącej – korzystajmy z okazji posłuchania starych romansów z nowymi słowami. Śpiewa je z nieukrywanym sentymentem i upodobaniem gatunku, LUCYNA ARSKA. I choć śpiewa bardzo różne piosenki, koncertując w kraju i poza granicami (Paryż, Bruksela, Amsterdam, Kanada, USA), najlepiej czuje się w repertuarze romansowym, gdzie sentymenty, nastrój zadumy i sekretne cygańskie smutki panują, gdzie tamburino podzwania i pod wtór skrzypiec „marzenie dzwoneczkiem ucieka”… Chwytajmy je, więc, póki jeszcze uchwytne, póki „Oczy czarne” mają ten swój nieodgadniony blask nad przeboju kilku epok…”

http://w127.wrzuta.pl/audio/36pqNSnIkWs/05_sciezka_5 Oczy czarne

Czytając wywiady z Lucyna Arską znalazłam takie oto stwierdzenie:

„… Przylgnęła do pani etykietka jedynej w Polsce wykonawczyni romansów cygańskich, specjalistki w tym gatunku muzyki. Nie czuje się pani zaszufladkowana? Oto odpowiedź pani Lucyny: „…Zdaję sobie sprawę, że były ku temu powody, na moich płytach ukazywały się głównie romanse cygańskie, przeważnie z nimi jeździłam na występy zagraniczne wreszcie na koncertach w Polsce proszono mnie o taki repertuar. Nie dziwię się nawet, bo są to lubiane piosenki, a w Paryżu, na przykład, niezmiennie za nimi szaleją. Jest to jednak zaledwie część mojego repertuaru. Niemniej mogę powiedzieć, że przez cały czas nie wychodzę z kręgu pieśni i piosenek do tak zwanego kameralnego słuchania, gdzie ważna jest melodia i tekst, a nie rytm i nasilenie dźwięku. Ale wracając do romansów nigdy nie usiłuję udawać „prawdziwej” cyganki, śpiewam je od siebie.

http://w127.wrzuta.pl/audio/4F1EsRSlgYE/12_sciezka_12 Całuj

http://w127.wrzuta.pl/audio/4TH9Flg00J2/10_sciezka_10 Furtka

Pierwsze występy po ukończeniu szkoły miałam w Lublinie w Teatrze im. Juliusza Osterwy, tytuł przedstawienia „Warszawska Piosenka” w reżyserii Jerzego Rakowieckiego i Mariana Jonkajtysa, autorem przedstawienia był mój mąż Zbigniew Adrjański, kierownictwo muzyczne spektaklu sprawował Zbigniew Rymarz.  Z Lublina dostałam angaż do Wrocławia występowałam z Wojciechem Dzieduszyckim i w Teatrze Rozmaitości. Później występowałam we wszystkich Estradach jeżdżąc po całej Polsce, następnie w variette „Wiosenne Perypetie”, które to przedstawienie było połączone trochę z cyrkiem ( zresztą brały dwa miśki, a jeden z nich w auli w Krakowie, nawet raz uciekł treserowi w stronę publiczności, ale nikomu nic się nie stało).

W tym czasie PAGART i niezmordowany Władysław Jakubowski organizował w Warszawie przeglądy dla impresariów z całego świata, ja już wtedy śpiewałam cygańskie piosenki i romanse i tak między innymi dostałam angaż i zaczęły się wojaże zagraniczne, trwające po kilka miesięcy, nagrałam też płytę, później następną długogrającą „Na Cygańską Nutę”, dużo tekstów napisał dla mnie mój mąż, który pisał pod różnymi pseudonimami jak Marta Bellan, Jacek Podkomorzy i Zbigniew Szczęsny. Zresztą dzięki temu dysponowałam dużym repertuarem w skład, którego wchodziły ballady, romanse, piosenki warszawskie.

Przygotowaliśmy razem z mężem piosenki Marleny Dietrich z filmu „Błękitny Anioł” z jej wielkim przebojem: „ Ja jestem tylko na to żeby kochać mnie i to się dobrze wie, i nic więcej”, który wykonywałam wzorując się, ale krótko, na tej artystce (stąd moje blond włosy). Występowałam w USA i Kanadzie wyjechaliśmy na wielkie tournée z panem Mieczysławem Foggiem.W programie  jubileuszowym„Sentymentalny Pan” z okazji 50- lecia pracy artystycznej pana Mieczysława.  W widowisku występowali: Lucyna Arska,  Ewa Ulasińska,  Karol Stępkowski, Wiktor Śmigielski i gościnnie zaproszony autor „Czerwonych maków” Feliks Konarski  (Ref-Ren).Trzecie moje tournee amerykańskie odbyłam w reprezentacyjnym programie Pagartu i Jana Wojewódki „Pod polskim niebem, do którego scenariusz napisał Zbigniew Adrjański, tam występowałam z Agnieszką Fitkau-Perepeczko, Markiem Perepeczko, Martą Bochenek,Kazimierzem Wichniarzem, Ryszardem Adrjańskim i Zbyszkiem Rymarzem. Program reżyserował Marian Pysznik.

W moim repertuarze były też piosenki wojskowe, stąd nie można mnie zaszufladkować tylko do repertuaru romansów cygańskich. Pracowałam jeżdżąc i występując po całym świecie, z jednym wyjątkiem nigdy nie byłam w ZSRR, choć byłam we wszystkich państwach bloku wschodniego, w USA, w Kanadzie, a nawet w Japonii, w Europie zachodniej, to jakoś do ZSRR nie dojechałam a szkoda, ponieważ Rosjanie mają wybitnych wykonawców romansów cygańskich, tylko, że wtedy nie wypuszczali ich za granicę.

W Warszawie długo występowałam w „Podwieczorku przy mikrofonie”, spotkałam wielu aktorów, jak wiadomo wtedy mówiło się, że aktorzy tam trochę chałturzyli, jednak mogę powiedzieć, że ja bardzo się przykładałam do tych występów wychodząc z założenia, że jak cię widzą tak cię piszą. Byłam zawsze uczesana, ( o co było nietrudno, ponieważ moje włosy z natury się kręcą), ale też zawsze ubrana w strój najchętniej uszyty własnoręcznie przeze mnie. (O tych strojach, o szyciu, robieniu na szydełku i haftach napiszę w oddzielnym opowiadaniu, jak również za pozwoleniem pani Lucyny sfotografuję wszystkie suknie przygotowane przez nią na scenę). Dla mnie wskazówką, a także moim cicerone w zakresie estradowego emploi była Dalida, którą poznałam, była wytworna w każdym calu i bardzo zadbana.

Spośród artystów najmilej wspominam Kalinę Jędrusik przyjaźniłyśmy się bardzo, Barbarę Rylską, kiedyś dawno śpiewałyśmy w duecie występując na studenckich  balach. Spotykałam się prywatnie i na scenie z Panią Hanką Bielicką, (która brała mnie do swoich programów) bo bardzo mnie  lubiła. Koncertowałam z Marią Koterbską, Lidią Korsakówną, Kazimierzem Brusikiewiczem, Januszem Gniatkowskim, Urszulą Dudziak, Anną German,  Wojciechem Dzieduszyckim, Emilem Karewiczem i Wojciechem Siemionem.

A wracając do miłych wspomnień roku 1962, studenci teatrzyku Rudy Kot w Gdańsku, zorganizowali konkurs piosenki, ja byłam wtedy jeszcze w szkole, ale pojechałam i brałam udział w czterech czy pięciu rundach eliminacji, to było śmieszne jak sobie dzisiaj pomyślę, bo ja wygrałam zajmując I miejsce, II miejsce zajął Czesław Wydrzycki wtedy po tym konkursie dopiero zaczął używać pseudonimu Niemen, a III miejsce zajął Piotr Szczepanik..”, nota bene jury pracowało pod przewodnictwem Franciszka Walickiego, ojca chrzestnego wielu kolorowych zespołów polskiego rocka…”

Pani Lucyna opowiada o sobie o swoim zamiłowaniu do wsi, do przyrody, o ich przenosinach na wieś, które miały dwa etapy, najpierw do Puszczy Białej, a później na wieś mazowiecką. Dzisiaj państwo Adrjańscy  mieszkają w uroczym miejscu na wsi pod Warszawą, gdzie pani Lucyna swego czasu prowadziła gospodarstwo rolne. „Początkowo ludzie na wsi byli nieufni, z czasem polubiliśmy się i stąd wzięła się moja praca społeczna na rzecz mojej wsi. A problemów jak w każdej społeczności wiejskiej mamy dużo, zresztą bliskość Warszawy jest pozorna, a problemy poważne”. Na zakończenie pani Lucyna pokazuje mi wydawnictwo – Lucyna Arska przypomina, Romanse Cygańskie, w środku znajduję taką oto dedykację:

Ten skromny zresztą wybór romansów cygańskich, z mojego repertuaru, zamieszczonych w tym albumie, dedykuje przede wszystkim – moim wspaniałym autorom, kompozytorom i muzykom, z którymi współpracuję: Z. Kaszkurowi, Cz. Lubczy- Seniuchowi, W. Sieradzkiej Z. Rymarzowi, A. Seroczyńskiemu i L. Kozłowskiemu, który nagrał ze mną specjalna płytę pt. „Romanse i niuanse”- Lucyny Arskiej. A także znakomitym partnerom i śpiewakom, z którymi w repertuarze romansów cygańskich występowałam na scenie: M. Kawskiemu, J. Giżewskiemu, P. Thorowi, B. Krzywickiemu. Zanim do tego doszło wiele zawdzięczam profesorom: W. Wermińskiej, W. Brzezińskiemu, H. Skarżance, A. Janowskiej, K. Łubieńskiej i Ludwikowi Sempolińskiemu, który na egzaminie dla aktorów estradowych orzekł powinna pani śpiewać romanse cygańskie. Tak jak kiedyś Niuta Bolska, Iza Kremer i Serafina Talarico, zadumał się głęboko, wspominając widocznie dawne gwiazdy warszawskich kabaretów i café chantanów. Nie powiedziałam wtedy prof. Sempolińskiemu, na tym egzaminie aktorskim, że znam wiele pieśni i romansów cygańskich od Mojej Matki, Ciotek, Kuzynek. Im także należą się w tym miejscu specjalne wspomnienia. Ale najwięcej w dziedzinie romansów zawdzięczam

Mojemu Kochanemu Mężowi i Wiernemu Przyjacielowi na mojej artystycznej drodze, który dla mnie stworzył wiele specjalnych tekstów, programów i kabaretów z cygańską piosenką. Sam zresztą jak chce, to śpiewa te pieśni najlepiej na świecie. Tylko, że nie chce!

Tobie Zbyszku, dziękuję najbardziej!

Lucyna

Tak moi drodzy, w ten sposób pani Lucyna podziękowała swoim Bliskim i Najbliższym za lata współpracy, za tysiące kilometrów przejechane po świecie, za piękna muzykę i wspaniałe teksty tworzone dla niej.

A ja zapraszam wszystkich do jeszcze jednego spotkania z panią Lucyną, tym razem będzie o sukniach, strojach i o tworzeniu magii  scenicznego emploi.

Wasza Jadwiga

Dzisiaj przedstawię Państwu niezwykłą osobę, piosenkarkę popularną w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, laureatkę konkursów i Radiowych Giełd Piosenek, o których pisałam w dn. 28.01 i 31.01.2011 r., śpiewającą ciepłym altem o niepokojącym i zmysłowym brzmieniu, kobietę o wielkiej urodzie, którą pan Ludwik Sempoliński namówił do wykonywania cygańskich i salonowych romansów. Pani Lucyna jest absolwentką Liceum Sztuk Plastycznych i PŚSM w Warszawie.  Dlaczego chcę wam przedstawić panią Lucynę? Ano, dlatego, że poznałyśmy się pewnego zimnego dnia w ZAIKS-ie, na benefisie Jej męża Zbigniewa Adrjańskiego (wpis z tego wydarzenia nosi datę 19 listopada 2010).Ponadto szukając materiałów w sieci znalazłam skąpe informacje dotyczące Lucyny ARSKIEJ. Wydaje mi się, że ze względu na urodę głosu i piękną aparycję Lucyna powinna być zaprezentowana szerszej publiczności. Poparciem tych słów niech będzie wpis na jednym z blogów muzycznych, dotyczący płyty winylowej pod tytułem „Na cygańska nutę”: „..Trafiłem przypadkowo na ten winyl, przygarnąłem, gdyż bladego pojęcia nie miałem, że taki w ogóle był. http://polskieplytywinylowe.blogspot.com/2010/03/lucyna-arska-1978-na-cyganska-nute.htm1 Winyl zatytułowany „Na cygańską nutę”, ale dość mocno podlany klimatem „rosyjskich romansów”. Piosenki bardzo dobre, wpadły mi w ucho od pierwszego posłuchania. W tle przygrywa orkiestra, więc ładnie to zagrane i zaaranżowane. Pani zjawiskowa! Powiem tak, trochę lepiej ten winyl gra niż wygląda okładka (sfatygowana), ale tylko trochę. Może kiedyś trafię na lepszy egzemplarz, póki co, do posłuchania to, co jest. Myślę, że warto. Kim była Lucyna Arska?

Pytanie w sieci postawione pozostało do dnia dzisiejszego bez odpowiedzi. I właśnie na to pytanie ja postanowiłam odpowiedzieć, ponieważ miałam możliwość spotkać się z panią Lucyną Arską- Adrjańską. Z Lucyną i Jej mężem spotkaliśmy się  jakiś czas temu ( ja i ślubny) w Centrum Olimpijskim, gdyż ten budynek znajduje się po drodze do domu państwa Adrjańskich. W rozmowie przyznali się, że  ilekroć przejeżdżają tędy, tyle razy budynek budzi ich zachwyt. Wiedząc o ich upodobaniu do budynku PKOL, a jednocześnie zamiłowaniu do dobrej kuchni, wymyśliłam właśnie Centrum na nasze kolejne spotkanie, gdyż pierwsze odbyło się w ich klimatycznym domu. Lucyna tak, jak obiecała przyniosła swoje wycinki z gazet, zdjęcia, płyty, programy występów. Spędziliśmy kilka godzin razem, najpierw zwiedzając Centrum Olimpijskie wraz z Muzeum Sportu (co gorąco polecam wszystkim, tym, którzy tam jeszcze nie byli), a później siedząc w przytulnej restauracji Moonsfera z widokiem na panoramę Warszawy, rozmawialiśmy na tematy występów, recitali, wyjazdów do wielu ciekawych krajów oraz o pracy z wieloma wspaniałymi artystami. W  jednym z wywiadów z roku 1987 Lucyna tak odpowiadała pytającemu ją dziennikarzowi o udział w wielkich festiwalach piosenek: „… prawdę mówiąc, nie nadaję się na wielkie festiwale. Jestem raczej piosenkarką w kameralnym stylu i nastroju. Źle się czuję na wielkiej estradzie, po której można jeździć czołgiem…” I dalej na pytanie dziennikarza – „Ma pani przecież duży, piękny głos altowy, którym pani pięknie operuje”, „Ale paraliżuje mnie trema. Te wszystkie orkiestry, fanfary jupitery, wejścia i zejścia konferansjerów. Słowem: ceremoniał […] Na moje recitale przychodzi publiczność stateczna, w stylu retro. A jeśli trafiają się młodzi, to są to zakochani. Moja pierwsza płyta długogrająca nosi świadomie przekorny tytuł: ”Romanse i niuanse”. Nie śpiewam bowiem cygańskich pieśni taborowych. Nie naśladuję zbytnio chyba śpiewających cyganów i sama nie udaję przy tym cyganki… Po prostu śpiewam piosenki „z epoki, której już nie ma”. Jestem niepoprawną romantyczką, a rodowód cygańskich romansów nie zawsze jest cygański. Raczej rosyjsko-mołdawsko-węgierski. Romans cygański został wytopiony w tyglu z muzyką, do którego wrzucono różne rytmy, melodie. Węgierskiego czardasza i rumuńską horę. Oszalałą zawadiacką czastuszkę i rosyjską pieśń ludową…”. Na ten temat można długo mówić.

Sama o sobie opowiada: Moja przygoda z romansami cygańskimi zaczęła się dawno. Moja mama pochodziła z Jekaterynosławia (Dniepropietrowska) nad Dnieprem vis a vis ujścia Samary w Rosji. Pochodziła z rodziny Czajkowskich, bardzo pięknie śpiewała. Pochodzę z bardzo muzykalnej rodziny. W domu śpiewała mama i siostry. Wystarczyło, że zebrały się trzy osoby i już powstawał chórek trzygłosowy. Romansów cygańskich nauczyła mnie mama, miała je w swym repertuarze. Ojciec był pilotem. Latał w PLL LOT, nie było go bardzo często w domu, a mama tęskniąc śpiewała właśnie te romanse i ja je od niej dostałam, bo żeby śpiewać romanse trzeba śpiewać je sercem.

Naukę śpiewu pogłębiałam na wydziale estradowo-piosenkarskim, u sławnych mistrzów śpiewu Wandy Wermińskiej i Wacława Brzezińskiego. Moimi wykładowcami byli też: Aniela Świderska, żona Bronisława Pawlika, który często przychodził do nas na zajęcia, Wacław Brzeziński, który przed wojną wraz z Mieczysławem Foggiem śpiewał w Chórze Dana, Hanka Skarżanka, Alina Janowska, Karolina Łubieńska aktorka (świetna przedwojenna pływaczka, przepłynęła dystans z Sopotu na Hel), Aniela Świderska, prof. Ludwik Sempoliński, Nata Lerska, Juliusz Sztatler. Uczono nas piosenki, dykcji, interpretacji piosenki, harmonii muzycznej, solfeżu, fortepianu, instrumentów, pozwalających poznać stronę muzyczną danego utworu. Dyplom zdawałam przed Komisją Egzaminacyjna dla Aktorów, której przewodniczącym był  prof. Aleksandrem Bardinim, a członkami prof. Kazimierz Rudzki i  prof. Ludwik Sempoliński, za namową którego zaczęłam śpiewać romanse. To właśnie pan Sempoliński słysząc mnie i widząc  namówił  na śpiewanie tego gatunku piosenek, widząc we mnie  następczynię przedwojennej diwy śpiewającej romanse pani Serafiny Talarico oraz Niuty Bolskiej. Dał mi kilka starych romansów, których nikt nie znał i tak w nie wsiąkłam. http://w140.wrzuta.pl/audio/6fRhnTol0Zv/06_sciezka_6

DRAGO śpiewa Lucyna Arska  , muz. K.Ananiew tekst Marta Bellan

http://w140.wrzuta.pl/audio/7p0jWOluYxf/01_sciezka_1

Romans przy ognisku śpiewa Lucyna Arska , muz. L.Kozłowski tekst Marta Bellan

Pani Lucyna opowiada o sobie, że jest urodzonym Skorpionem, a ludzie spod tego znaku są wszechstronni, toteż potrafi posługiwać się młotkiem, pędzlem, siekierą tzn. w razie potrzeby wbija gwóźdź, maluje pokój. Ma dyplom szkoły pielęgniarskiej Akademii Medycznej w Gdańsku i dyplom kartografa.  Jest aktorką estradową, która prowadziła gospodarstwo rolne. Na ziemi szóstej klasy otrzymywała 35 kwintale zboża z hektara. Do punktu skupu odwoziła najczystsze zboże. W swoim gospodarstwie rolnym hodowała kaczki, kury, indyki, gęsi, kozę. Pewnego razu przez pół roku wraz z czterema królikami karmiła cztery zajączki. Gdy podrosły, poszły w pole. Całą zimę przechowywała dziką kaczkę, która pofrunęła wiosną. Dwa lata temu po podwórku biegało dwanaście psów. Teraz trzyma psa i przybłędę,  czarnego kota na szczęście.

O sobie mówi: lubię haftować, rysować, robić na drutach na szydełku. Niektórzy mówią, że robótki to dla starej daty osób, wiekowych. Ja miałam dwadzieścia lat, jak się tym zajmowałam. Nieraz jadąc na koncert w autokarze dziergałam, haftowałam. Sama projektowałam suknie i szyłam je. Podczas wyjść na scenę otrzymywałam olbrzymie brawa. Oryginalne kreacje publiczność od razu zauważała.

W szkole, do której uczęszczali  wraz ze mną  Łucja Prus, Regina Pisarek, Stenia Kozłowska, M.Nowak, Anna Prucnal, Elżbieta Jodłowska,  zostałam chyba „przeuczona”. Śpiewałam za dużo piosenek w różnych stylach, rytmach i gatunkach. Nagrywałam zresztą ze znanymi orkiestrami: E. Czernym, P. Figlem, A. Mundkowskim, L. Bogdanowiczem. Miałam nawet przeboje i szlagiery (np. słynne „Orzeszki w czekoladzie”, „Powtórz mi”, „Lunatycy”, ”Nigdy więcej”, „Nie zawiodło mnie przeczucie”). Wygrywałam Giełdy piosenek i konkursy. Ale instynktownie czułam, że wszystko to, nie jest  moje, własne, choć technicznie, czyli aktorsko i wokalnie wykonywane  poprawnie. Po prostu trzeba było czasu, doświadczeń, licznych występów na estradach, żeby dojść do własnego stylu. Mam swoje ukochane mniej znane piosenki i piosneczki, lub wcale nieznane, które śpiewam najchętniej. („Ikony, ikony”, „Malowany czas” „Rzekę”, „Uliczkę do serca”).

http://w393.wrzuta.pl/film/7dU6naVDvMk/vts_01_1 (Malowany Czas)

Lucyna udzielając tego wywiadu występowała jednocześnie w trzech widowiskach Stołecznej Estrady „Pieśni  sercu bliskie” w reżyserii Zbigniewa  Adrjańskiego,  „W ogródku Eldorado” w reżyserii Zbigniewa Rymarza, w  „Warszawskiej Piosence” w reżyserii Zbigniewa Adrjańskiego. Przez długi czas śpiewała w kawiarni „Nowy Świat” w kabarecie „Szerszeń”  w reżyserii Ludwika Klekowa (na pięterku). Występowała również w kabarecie „Kalejdoskop” w Hotelu Victoria z takimi aktorami jak Janusz Gajos, Krzysztof Piasecki, Krzysztof Jaroszyński, Tadeusz Drozda, Irena Karel, Alina Janowska , Krzysztof Daukszewicz, Elżbieta Zającówna, Maciej Zembaty, Anna Jantar.

Niewiele osób wie, że pani Lucyna mieszkając pod Warszawą działała społecznie będąc przewodniczącą Rady Sołeckiej, Koła Gospodyń Wiejskich, Komisji Rewizyjnej Kółek Rolniczych. No cóż Kobieta, która żadnej pracy się nie boi i nigdy się nie bała.

Siedząc w restauracji mogłyśmy rozmawiać długo, Lucyna opowiadała i widziałam w niej skromną osobę, która o swoim śpiewaniu mówi z fascynacją w głosie, o występach, spotkaniach z innymi wykonawcami znanymi ludźmi jak: Mieczysław Fogg, Ewa Ulasińska, Karol Stępkowski, Wiktor Śmigielski, Anna Jantar, Lidia Wysocka, Teresa Terka, Adam Zwierz, Agnieszka Fitkau Perepeczko, Sława Przybylska, Alina Janowska, Kazimierz Wichniarz, Jadwiga Land, Marek Perepeczko, Zbyszek Rymarz, Marta Bochenek,  jednak największą fascynacją w Jej życiu jest Jej mąż, znany nam wszystkim pan Zbigniew Adrjański, o którym pisałam wielokrotnie na łamach tego blogu. Zbyszek pisał piękne teksty do romansów i ballad do istniejącej już muzyki ludowej. W swojej żonie znalazł najlepszego i najpiękniejszego wykonawcę. Nie wszyscy wiedzą, że Marta Bellan, Jacek Podkomorzy czy Zbigniew Szczęsny to pseudonimy pana Adrjańskiego. Ponadto był reżyserem wielu spektakli rozrywkowych. Ponieważ ten wpis dotyczy Lucyny stąd proszę moich czytelników o wybaczenie, o Zbyszku możecie przeczytać wpisy z dni 30.04.2010, 19.11.2010, 2021.04.2011, oraz z  25.01, 27.01, 28.01, 30.01, 1.02 i 2.02.2010. Zapraszam!

Lucynka znalazła dla mnie jeszcze jeden wywiad z roku 1998, w którym Tadeusz Matulewicz napisał: „…W Polsce międzywojennej romanse cygańskie wykonywała Niuta Bolska właściwie Józefa Olesińska, aktorka występująca w teatrzykach rewiowych, kabaretach i scenach operetkowych. Obdarzona pięknym głosem –napisał Ludwik Sempolińskim – i jeszcze piękniejszą urodą w krótkim czasie stała się muzą „Sfinksa”. Drugą znakomitą odtwórczynią cygańskich romansów była Olga Kamieńska obdarowana przez naturę aksamitnym, o niskim brzmieniu głosem. Inteligentną interpretacją w krótkim czasie zdobyła popularność najpierw w „Feminie” a później w „Małym Qui pro Quo”, gdzie występowała wraz z Mirą Zimińską, Dymszą, Olszą i Boguckim. W romansach cygańskich specjalizowała się też Serafina Talarico, występująca w „Mirażu”, pieśniarka o niskim miłym głosie.

Lucyna Arska kontynuuje tradycje gatunku w najlepszym tego słowa znaczeniu. Stworzyła swój niepowtarzalny styl poetycki, łącząc w całość romantykę, liryzm i ekspresję. Jej repertuar nie ogranicza się do romansów, jest bogaty. Są w nim pieśni i piosenki retro z przedwojennych teatrzyków i kabaretów, ballady warszawskiej ulicy, utwory na wszelkiego rodzaju okazje.  Ta wszechstronność wynika z jej wykształcenia. Arska wzięła udział w pierwszej premierze Giełdy Piosenki Autorów i Kompozytorów wraz z Łucją Prus, Stenią Kozłowską i Lilianą Urbańską. Jej artystyczna kariera zaczęła się błyskawicznie. Podbiła słuchaczy głosem, urodą, wdziękiem. Rozpoczęła koncerty na estradzie, nagrania w radiu. Stała się jedną z popularniejszych piosenkarek w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Jeździła z recitalami po kraju. Została wielokrotną laureatką konkursów piosenkarskich i Radiowych Giełd Piosenek. Uczestniczyła w licznych występach zagranicznych w krajach Europy wschodniej  z wyjątkiem ZSRR oraz w Belgii, Holandii, Francji, Kanadzie i USA. Występowała z Mieczysławem Foggiem w rewii pod tytułem „Sentymentalny Pan” i programie jubileuszowym Mistrza. W sumie wzięła udział w ponad dwóch tysiącach imprez i koncertów  estradowych. Nagrała wiele piosenek dla Programu III PR i Telewizji oraz dwie płyty długogrające.

Cdn.

W spotkaniu z Lucyną Arską Adrjańską  i Zbigniewem Adrjańskim

Uczestniczyła i przygotowała wpis

Wasza Jadwiga

Mojemu Ojcu

Budowę Zajezdni autobusowej Inflancka R-5 rozpoczęto w latach trzydziestych XX wieku, jednak z powodu wybuchu II Wojny Światowej zajezdnię ukończono w roku 1948. Przez wiele lat była najważniejszą zajezdnią autobusową w Warszawie i jako jedyna posiadała pełne wyposażenie zaplecza technicznego. I właśnie w tej Zajezdni autobusowej znalazł zatrudnienie, po powrocie z przymusowych robót w Niemczech, mój Tata. Został przeszkolony i zatrudniony, jako kierowca autobusów w Miejskich Zakładach Autobusowych R-5 i przepracował tam 40 lat jeżdżąc codziennie swoimi ukochanymi autobusami na różnych liniach. W ówczesnych czasach MZA Inflancka obsługiwała linie autobusowe północnych rejonów miasta i były to linie: 103, 110, 112, 116, 121, 122, 148,166,171, 175, 201,208,357,416,422,432,490, A, A bis, E, M. Ja i mój brat bardzo lubiliśmy nasze wycieczki po Warszawie, kiedy to Mama wydawała polecenie, oto masz tutaj wałówkę dla Taty, idźcie na pl. Dzierżyńskiego (obecnie pl. Bankowy), tam macie poczekać na przystanku na autobus Taty, wałówkę proszę oddać, tu jest termos z herbatą, i jak chcecie zrobić jeden kurs to możecie, ale pamiętajcie, tylko jeden kurs! No właśnie z tym było najgorzej, bo jeden kurs w zależności od długości trasy trwał i 1,5 godziny, a my uwielbialiśmy jeździć po Warszawie. Stąd nasze eskapady były raczej nieprzewidywalne. Czasami zdarzało się (szczególnie rano) w niedzielę przejechać i dwa i trzy kursy, bo było fajnie a z okien autobusu Warszawa jawiła się, jako ogromna metropolia. Poza tym Tata był wspaniałym kierowcą przewodnikiem po Warszawie. O każdym mijanym ciekawym budynku opowiadał. Snuł opowieści o przedwojennych czasach, gdy sam biegał po Warszawie, aż do wybuchu II wojny. Jakie te opowiadania były ciekawe! Poza tym właśnie podczas naszych „wycieczek” obserwowaliśmy pracę kierowcy autobusowego. W związku z tym mój sześcioletni brat chciał być raz strażakiem, a raz „tramwajarzem”, a ja niestety „marynarką”. Chyba tylko, dlatego, że „…marynarz po morzach pływa…”, a mnie wtedy wydawało się, że skoro ten marynarz po morzach pływa to wszędzie może wypłynąć i to jest taka duża frajda, jak jeżdżenie autobusem po Warszawie. Więc „marynarka” tak było ustalone, takie było moje życiowe przeznaczenie i taki cel w życiu. Długo chciałam być „marynarką”, aż do chwili, kiedy dostałam w prezencie strój marynarski i codziennie musiałam w nim chodzić, wszędzie! Przez kilka lat z rzędu „marynarka” w stroju marynarskim pozbywała się tego munduru galowego, wieszając go na trzepaku, ponieważ pod sukienką miałam zawsze strój gimnastyczny, na wszelki wypadek, który składał się z koszulki białej gimnastycznej porozciąganej (od codziennego prania) we wszystkie strony oraz granatowych majtek niby spodenek. Taki strój obowiązywał na lekcjach wf w szkole i w takim codziennie paradowałam nosząc mój strój marynarza, co po morzach pływa. Marzenie o byciu „marynarką” trwało dopóki dopóty nie wyrosłam ze swojego stroju marynarskiego. Wtedy raz na zawsze porzuciłam swoje marzenie o pokonywaniu mórz i oceanów. Skutecznie do dzisiaj! I muszę przyznać, że dobrze się stało, gdyż w roku 1980 płynąc promem z Hoek van Holland do Harwich połowę drogi spędziłam z głową między nogami, a raczej w toalecie, torsje miałam dalej niż widziałam i na samo wspomnienie moich marzeń robiło mi się w dwójnasób niedobrze.

Początkowo Tata jeździł autobusami przestarzałymi, Chaussonami, których zdjęcia przedstawiam tutaj. Zrobiłam je w Warszawie przy. ul. Ostrobramskiej, gdzie znajduje się jedna z istniejących jeszcze Zajezdni autobusowych. Chaussony sprowadzono z Francji. Był to dar Paryża dla prawie nieistniejącej Warszawy. Z opowiadań wiem, że pojazdy te nie posiadały wspomagania i tylko ten zrozumie trud pracy kierowcy w końcu lat czterdziestych, początku pięćdziesiątych, kto jeździł samochodem bez wspomagania, a trzeba tu podkreślić, że za kółkiem kierowcy spędzali dziewięć, a często i dziesięć godzin. Ryk silnika znajdującego się pod przykrywą w autobusie był okropny. O rozmowie nie było mowy, ale ten wynalazek bardzo się sprawdzał podczas jazdy, gdy co bardziej pomysłowi kierowcy kładli pod maską pęto kiełbasy zwyczajnej i po przyjeździe na pętlę autobusową jedli ją na gorąco. Proszę sobie wyobrazić ten zapach podczas jazdy, każdy bar wysiadał! Po kilkunastu latach Warszawa – Zajezdnia Inflancka otrzymała w 1979 r nowe wyposażenie i były to autobusy Jelcze – pamiętacie? Pewnie, kto by tych autobusów nie pamiętał, długo jeszcze jeździły po naszych drogach w ramach taboru PKS, a i czasami jeszcze teraz pewnie widać je na naszych polskich drogach. Z notatek mojego ojca wynika, że Ikarusy dostarczono w roku 1979, ale w międzyczasie też Zajezdnia Inflancka posiadała Berliety. Nie wiem, jaka jest czy była różnica pomiędzy tymi autobusami, ale z opowiadań mojego ojca wynikało, że najgorzej wspomina pierwsze Ikarusy. Dlaczego? Nie wiem. Wiem tylko jedno, w Zajezdni Inflancka tabor zmieniał się i to bardzo. Były pojedyncze egzemplarze w ramach eksperymentów taborowych i pojawiały się krótkie serie nietypowych autobusów jak Neoplan, Ikarus 405, eksperymentalne Jelcze i inne. Eksperymenty miały odpowiedzieć na pytanie, który autobus będzie najlepszy w wyposażeniu Zajezdni dla Warszawy. Dzisiaj na ulicach Warszawy królują autobusy niskopodłogowe, Neoplany, Solarisy Urbino, zresztą na oko bardzo piękne, a jakie są w eksploatacji tego nie wiem, ponieważ mój Tata w roku 1983 przeszedł na emeryturę po 42 latach pracy. Tydzień temu jadąc z moim staruszkiem na wycieczkę po Warszawie, szczególnie zwracał uwagę na autobusy i tramwaje. Od mojej wnuczki dowiedziałam się, że te piękne tramwaje nazywane są dżdżownicami, wyglądają wspaniale, a autobusy niskopodłogowe, ciche i wygodne. Ech czasy…!

Ale wróćmy do moich wspomnień i do roku 1964. Mam niespełna dziewiętnaście lat i oto w domu pojawił się pierwszy telewizor „Neptun”. Jaka to była radość, dodatkowa gratyfikacja za dobrą jazdę, oszczędności ogumienia i nie wiem dokładnie, czego jeszcze umożliwiła nabycie ostatniego cudu techniki, telewizora. Tak było w domu, a w pracy?

W tym samym roku 1964 powstały Miejskie Zakłady Komunikacyjne – zakład transportowy w Warszawie obsługujący transport zbiorowy w latach 1964 – 1994.  1 Marca 1994 roku uznano, że najlepszą formą organizacyjną będzie rozbicie całego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego na Tramwaje Warszawskie, Miejskie Zakłady Autobusowe w Warszawie, do obsługi linii autobusowych oraz Spółdzielnię Usług Socjalnych, jako organ zarządzający i odpowiadający za przejęte dawne ośrodki wypoczynkowe MZK Warszawa w Międzywodziu, Mrzeżynie, Rybitwach, Karpaczu, Łazach, i Warszawie (hotele Suseł i Wisełka). W roku 1992 powstał Zarząd Transportu Miejskiego sprawujący funkcję kontrolno – zarządzające z ramienia miasta oraz prowadzący dystrybucje biletów i kontrolę.

Tramwaje Warszawskie Sp. z o.o. zajęła się prowadzeniem komunikacji tramwajowej na terenie miasta Warszawy. Powstała w wyniku podziału majątku MZK, później w roku 2003 została przekształcona w jednoosobową spółkę pod nazwą Tramwaje Warszawskie Sp. z o.o. Siedzibą jej był mój ukochany „Pałac Błękitny” mieszczący się przy ul. Senatorskiej 37 w Warszawie. Dlaczego ukochany? Bo po pierwsze jest piękny, a po drugie w roku 1965 rozpoczęłam tam swoją pierwszą pracę w dziale kadr MZK, jako stażystka, ale o tym i innych moich doświadczeniach zawodowych będzie, kiedy indziej. Dzisiaj tematem jest warszawski transport oczami mojego ojca. Niestety w roku 2005 Tramwaje Warszawskie przeniosły się do swoich budynków na ul. Siedmiogrodzką 20, a „Pałac Błękitny – Zamoyskich” stoi i czeka na kapitalny remont oraz przywrócenie mu należnego blasku. Łza się w oku kręci, gdy ostatnio robiąc zdjęcia patrzyłam na to moje „cudo”. Pałac Zamoyskich lub Pałac Błękitny wziął nazwę od koloru dachu, jakim pokryto pałac w roku 1807.

W roku 1726 Pałac należał do Stefana Potockiego, który podarował go Królowi. Król August II przebudował Pałac w stylu rokoko i w prezencie podarował go Annie Orzelskiej – swojej córce. Anna Orzelska piękność nad pięknościami, nawet dzisiaj mogłaby stawać w szranki najpiękniejszej kobiety. Jej portret w pięknej sukni (pozycja stojąca, aby uwydatnić piękno sukni) możemy zobaczyć w galerii obrazów w Wilanowie. Anna Orzelska podarowała w roku 1730  ten pałac z powrotem ojcu – królowi, a ten podarował go Marii Zofii z Sieniawskich Denhoffowej, wdowie po wojewodzie połockim i hetmanie polnym litewskim Stanisławie. Zofia Denhoffowa, wyszła za mąż w roku 1731 za Augusta Czartoryskiego i pałac długie lata był własnością rodu Czartoryskich. W 1811 roku Zofia, córka Adama Kazimierza i Izabeli z Flemingów Czartoryskich wyszła za mąż za Stanisława Zamojskiego. W latach 1811 – 1944 w Pałacu mieszkali Zamoyscy, którzy zainicjowali przebudowę pałacu w stylu klasycystycznym. Do 1939 roku w pałacu znajdowała się wspaniała biblioteka Zamoyskich słynna Biblioteka Ordynacji Zamoyskiej oraz zbiory artystyczne. Wybuch II wojny światowej zniszczył częściowo pałac, a ocalałe pozostałości zbiorów bibliotecznych, a także cennych przedmiotów Niemcy wywieźli, niektóre rzeczy po prostu spłonęły. Po wojnie w latach 1948 – 1950 Pałac został odbudowany, nie ma już dobudowanej oficyny, nie ma wielu budynków pomocniczych, które stanowiły dodatkową zabudowę i mieściły się na obecnej przestrzeni części placu Bankowego aż do końca usytuowanego tu hotelu Saskiego, patrząc od Pałacu Błękitnego. Obecnie Pałac posiada korpus zasadniczy i dobudowaną w późniejszych latach oficynę, w której przez wiele lat mieściło się Towarzystwo Przyjaźni Polsko Chińskiej. W roku, 1965 gdy zaczynałam tam pracę pałac był siedzibą Miejskich Zakładów Komunikacyjnych, zaś później Zarządu Transportu Miejskiego.  Dzisiaj Pałac czeka na swoje odnowienie i mam nadzieję, że Warszawa zyska jeszcze jeden piękny historyczny budynek.

Ale wróćmy jeszcze na chwilę do Zajezdni Inflancka i roku 1959. Czasy powojenne i bardzo trudne. Jeszcze nie odbudowaliśmy Warszawy po zniszczeniach wojennych, jeszcze nie wyszliśmy na prostą po wszystkich zawieruchach politycznych. Stąd na zakładach pracy spoczywał dodatkowo obowiązek objęcia opieką dzieci pracowników. Dlatego też mogliśmy wyjeżdżać na wakacje nad morze do Międzywodzia, czy Mrzeżyna, lub do Rybitwy czy też do Karpacza. Korzystałam z tych dobrodziejstw pełną gębą. Stąd moje wspomnienia wspaniałych kolonii w Międzywodziu. Pamiętam, że ostatni raz byłam na koloniach w Redęcinie, mając całe 16 la. Czy dzisiaj byłoby to możliwe? Pewnie nie, bo kto w tak poważnym wieku jedzie na kolonie, no, kto?  Pamiętam jeszcze jeden bardzo ważny epizod w moim życiu, epizod.. hm..? Trwał on całe 10 lat więc nazywać go epizodem nie można. Moja mama bardzo chciała abym grała na pianinie, no może fortepianie, ale jak do mieszkanka 28 m 2 wstawić taki sprzęt? Trzeba byłoby wyprowadzić się z niego z całą rodziną. Rada rodzinna postanowiła wysłać mnie na lekcje muzyki i tak od siódmego roku życia grałam na mandolinie w DKD (Dom Kultury Dziecka) mającym siedzibę w Warszawie na Kole (dzielnica Wola), zaś po przeprowadzce na Młynów (ul. Świerczewskiego obecna Solidarności) przeniesiona zostałam do pana W. Bochenka, który uczył muzyki w MZA Warszawa ul. Inflancka 3. Jako dziewięcioletnia dziewczyna zaczęłam grę na skrzypcach, co było bardzo praktyczne, gdyż nie wymagało wyprowadzenia Rodziny do lokalu zastępczego (tak jak by to było w przypadku wniesienia pianina lub fortepianu) oraz maestro Władysław Bochenek namówił mnie do gry na gitarze i trąbce, tak, tak, trąbce? Biedni moi sąsiedzi. Sądzili, że moje etiudy ćwiczone godzinami na skrzypcach ukoją ich stargane życiem nerwy, niestety jak bardzo się mylili. Jeszcze gitarę wytrzymywali, bo pięknie zawodziła, miała strojenie hiszpańskie oraz cudny wzmacniacz, ciężki jak cholera (osobiście go dźwigałam a ważył 5 kg), ale jak już tę gitarę zespoliłam z wzmacniaczem ton wydobywany był zachwycający. A moje ćwiczenia? Początki były raczej trudne, moje wprawki, moje etiudy, moje gamy, akordy, które musiałam umieć na przemian ze skrzypcami i trąbką… Proszę sobie to wyobrazić, nie moje godziny spędzane nad doskonaleniem gry, ale naszych sąsiadów mieszkających pod numerem 13, chyba ten numer mieszkania ich naznaczył, że ciągle słyszeli trą la lala lala i tak w kółko, albo gitara albo trąbka, albo skrzypce. A ja? Ja bardzo się starałam, ale przecież nie byłam urodzonym mistrzem tych instrumentów, ćwiczyłam, bo matka za ścianą bardzo tych moich wprawek pilnowała i wiecie, co? Jak ja tych ćwiczeń nienawidziłam, mnie dusza się rwała na podwórko, na trzepak, do chłopaków, aby pograć w szmaciankę, ale nie, moja karząca ręka sprawiedliwości pilnowała tych 3 godzin ćwiczeń. Dzisiaj z rozrzewnieniem wspominam tamte czasy, tamte ćwiczenia, tamte wprawki, a do tego jeszcze próby z orkiestrą, jakie odbywały się o 17.00  Dwa razy w tygodniu na ul. Bródnowskiej 22 w prywatnym mieszkaniu pana Bochenka. Tam dopiero był kocioł, tam była kakofonia dźwięków, a tamto mieszkanie wcale nie było większe od naszego, bardzo podobne a zbieraliśmy się w nim, ja (gitara i trąbka) Józek (perkusja) Max fortepian, Janusz saksofon, Elżbieta saksofon altowy i pan Bochenek też saksofon. Próba trwała około 1,5 godziny, po czym zmienialiśmy instrumenty i kolejne 1,5 godziny trwała próba akordeonistów. Pamiętam również wielki przebój tamtych czasów Petit fleur  http://www.youtube.com/watch?v=M9Gmmu2ligI&feature=related w wykonaniu Sandor Benko na klarnecie, i jhttp://www.youtube.com/watch?v=7VcPtsuy9wU&feature=related jeszcze Petite fleur w wykonaniu na akordeonie , a ja wygrywałam na  trąbce, no nie powiem, podczas moich występów, podczas przygrywania do tańca wiele razy proszono o zagranie a młoda solistka grała a i owszem za pieniądze!  Tak, tak pamiętam to jak dziś, choć od tamtych czasów minęło już pięćdziesiąt lat. Jakie wspaniałe wspomnienia, nasze wyjazdy na tzw.: „Łączność miasta ze wsią”, występy estradowe, oczywiście moje solówki, bo w orkiestrze miałam jeszcze jedną rolę, deklamowałam, lub nieudolnie podśpiewywałam refreny, refrenistka chansonistka, hihihi. Dzisiaj mogę powiedzieć jedno, nie zostałam gwiazdą rockową, nie zostałam nijaką piosenkarką, za to mogę stwierdzić, że poprzez ten epizod moja młodość była zupełnie inna, poznałam świat muzyki, świat wielkich nazwisk kompozytorów, inny zaczarowany świat nut tonów i półtonów, ćwierćtonów, synkop, ósemek, świat zaczarowany, którego poznanie czyni człowieka lepszym. Wcale, ale to wcale nie żałują tamtych dziesięciu lat spędzonych na ćwiczeniach, dzisiaj za to wiem o muzyce więcej. I choć moje życie później z muzyką miało niewiele wspólnego, cieszę się, że pewnego dnia zostałam zaprowadzona na lekcję muzyki. I właśnie ta muzyka, ten zespół, a właściwie dwa zespoły (graliśmy podwieczorki taneczne, przygrywaliśmy do tańca pracownikom MZA, występowaliśmy z różnych okazji na estradach Warszawy i w tym wszystkim ja wielka artystka w wieku piętnastu, a może siedemnastu czy dziewiętnastu lat) działały w ramach MZA Zajezdnia Inflancka. Było, minęło i miło wspominać. Nasza Zajezdnia zakończyła swoją działalność w roku 2003 wtedy, gdy miasto sprzedało Budimex’owi tereny Inflanckiej po pięć tysięcy złotych za metr kwadratowy, kolejną ziemię w roku 2005 i w 2006 r pozostałą część za niespotykaną kwotę trzynastu tysięcy sześciuset złotych za metr kwadratowy. Hale zostały zburzone i w miejscu tym powstało osiedle apartamentowców o nazwie „Inflancka”. I to tyle, co pozostało po Zajezdni MZA „Inflancka” i tyle  wspomnień mojego taty i moich dotyczących naszego życia.

Wasza Jadwiga

Content Protected Using Blog Protector By: PcDrome.