Subskrybuj kanał RSS bloga Okiem Jadwigi Subskrybuj kanał RSS z komentarzami do wszystkich wpisów bloga Okiem Jadwigi

Archiwum kategorii ‘Opowiadania’

Pamiętacie taką piosenkę „Gdzie się podziały tamte prywatki” ? Słowa napisał Marek Gaszyński, muzykę skomponował Ryszard Poznakowski, a śpiewał Wojciech Gąssowski.

http://www.youtube.com/watch?v=s2GOFhG2xNk

http://www.youtube.com/watch?v=Fca4eDygR7E&feature=related

Piosenka powstała w latach osiemdziesiątych, a dokładnie w 1986 r, jako podsumowanie szalonych lat sześćdziesiątych, kiedy popularni byli Neil Sedaka, Paul Anka, Cliff Richard. Gdy zamiast na dyskotekę, której nie było, chodziliśmy na prywatki do przyjaciół. Czy wiecie, że w tych słodkich latach sześćdziesiątych jedynym sprzętem do odtwarzania płyt był adapter „Bambino”? Szczęśliwcy, którzy posiadali adapter i choć trochę większą powierzchnię w mieszkaniu zapraszali znajomych na prywatkę. Oczywiście na czas zabawy rodzina była eksmitowana do kina, czasami na dwa lub trzy seanse tego samego filmu. Piosenka „Gdzie się podziały tamte prywatki” napisana przez Marka Gaszyńskiego, znanego ówczesnego playboya, jakbyśmy to dzisiaj określili, powstała na bazie wspomnień klasowych, maturalnej klasy z roku 1958 warszawskiego Liceum Ogólnokształcącego im. Jana Kochanowskiego. Do tego ever greenu muzykę skomponował Ryszard Poznakowski, dodając na początku utwory solówkę męskiego chórku typu bum bum bum (zresztą zaśpiewaną przez kompozytora.) Piosenka został zaśpiewana przez Wojtka Gąssowskiego i tak od pierwszego dnia stała się hitem, hiciorem, na kilkadziesiąt lat. Była również moją ulubioną przez wiele lat, a dzisiaj słucham jej z rozrzewnieniem. W latach sześćdziesiątych wielkim „salonem” stolicy był nieistniejący już basen na „Legii”. (wkleiłam link do wielu starych i późniejszych zdjęć basenu Legii oraz te tuż przed rozbiórką dawnego salonu stolicy!) Ech… życie i moja młodość.

http://www.google.com/search?q=Basen+Legia&hl=pl&rls=com.microsoft:pl:IE-SearchBox&rlz=1I7FTSF_plPL394PL395&prmd=ivns&tbm=isch&tbo=u&source=univ&sa=X&ei=WnjsTemEMMrt-gaeqaXbDw&ved=0CE0QsAQ&biw=1362&bih=562

(Właśnie ostatnio rozebrano sławetny  piętrowy budynek, w którym mieściły się: na parterze szatnie, na piętrze bufet, a na daszku słynne damskie solarium, gdzie wygrzewałyśmy się, opalałyśmy, a także popijałyśmy kawkę i nie tylko, przyniesione z domu niejako na piknik i całodzienny pobyt na basenie. To były czasy! Dzisiaj z Barnabą pływamy na swoich basenach wymieniając się informacjami, kto ile przepłynął, wtedy zaś rano o ósmej spotykałyśmy się na daszku solaryjnym z Elwirą Seroczyńską – srebrną medalistką zimowych Igrzysk Olimpijskich ze Squaw Valley i zanim zległyśmy na swoich kocykach, czy też ręcznikach, odrabiałyśmy swoje 40 -50 słupków, co znaczył jeden słupek? To przepłynięcie basenu w tę i z powrotem na basenie pięćdziesięciometrowym, czyli przepływałyśmy około 80 – 100 basenów, no a potem było już tylko opalanie, a w tle muzyka i Wojciech Gąssowski ze swoimi sławetnymi „Prywatkami”. Sezon na „Legii” rozpoczynał się w dniu 1 maja i wszyscy czekaliśmy na ten magiczny dzień, gdy basen otwierał swoje podwoje. W Warszawie były tylko dwa, przepraszam trzy baseny otwarte a mianowicie: „Warszawianka”, ”Skra” i „Legia”. Z tym, że do dobrego tonu należało bywać zawsze na „Legii”. Pięknie opalone, odświeżone i wypachnione perfumami „Pani Walewska” lub „Być może”, jedynymi, jakie można było kupić w perfumeriach, szłyśmy na nasze prywatki. I wcale nie były to prywatki w domach, no, bo jak można było zorganizować prywatkę w roku 1960 czy w 1964 w wielkim pokoju mającym metraż czternastu lub szesnastu metrów kwadratowych, w którym przebywała cała rodzina, powiększona o dziadków? Dlatego w latach sześćdziesiątych chodziliśmy na zabawy na dechach, które były organizowane w Parku im. Sowińskiego, na rynku Mariensztatu, pod kinem WZ na Woli, a także najsławniejsza ze wszystkich prywatka u Józia, czyli pod Pałacem Kultury i Nauki im. Józefa Stalina. Nikt nigdy inaczej nie mówił, tylko idziemy na prywatkę u Józia i wszystko było jasne i wiadome, a gdy jeszcze szczęście dopisywało w taki dzień bardziej oficjalny w sobotę lub niedzielę, to trafiało się na koncert np. Violetty Villas, lub innej polskiej znanej piosenkarki przed planowaną zabawą. A potem zabawa czy też prywatka na dechach, a do tańca grały zazwyczaj znane zespoły muzyczne. Cytuję z książki Z. Adrjańskiego ”Pochody donikąd”:

Pałac Kultury i Nauki oficjalnie oddany do użytku 21 lipca 1955. Ma 230 metrów wysokości i był w swoim czasie najwyższą budowlą w Warszawie i całej Polsce. Podobno Stalin pytał, czy chcemy, jako dar narodów Związku Radzieckiego dla Polski pałac na wzór podobnych budowli moskiewskich, czy też dzielnice mieszkaniowa, Bierut wybrał pałac, choć bardziej praktycznie myślący Hilary Minc optował za mieszkaniami. PKiN budowała wielotysięczna załoga radzieckich robotników, która miała nawet swoje osiedle mieszkaniowe na Jelonkach.(Fińskie Domki na Jelonkach służą do dzisiaj, jako akademiki studenckie).Powstały też dla nich specjalne kwatery na cmentarzu prawosławnym w Warszawie, gdyż wiele osób w trakcie trwania budowy zmarło, daleko od rodzinnych stron. PKiN nazywano oficjalnie imieniem Józefa Stalina, ale po 1956 o nazwie tej zapomniano. Warszawiacy przyjęli dar Związku Radzieckiego (materiały do budowy pałacu również sprowadzano z ZSRR) z mieszanymi uczuciami. Projekt L.W Rudniewa drażnił warszawiaków. Nazywano go „ruska Grecją”, przyrównywano do „szpikulca w sercu Warszawy” i zżymano się, że w centrum miasta wystawiono mocno nieświeży „architektonicznie tort”, który psuje panoramę miasta, ale w końcu ten radziecki pałac (już bez J.Stalina) polubiono…( w latach osiemdziesiątych mówiono w Warszawie, że ten prezent narodu ZSRR dla Polski musimy spłacać, jak na razie spłaciliśmy dopiero parter…)  PKiN przynosił Warszawie różnego rodzaju pożytki. Nas interesują jednak przede wszystkim związki tego budynku z rozrywką. Mieściła się tu słynna Sala Kongresowa, w której odbywały się ważne koncerty oraz inne imprezy estradowe. Dobrze znana była również restauracja „Kongresowa” (wystawiano tam programy rewiowe), restauracja „Trojka”, kina „Wiedza”, oraz „Przyjaźń”, „Młoda Gwardia”, teatr Klasyczny i Dramatyczny, a iglicę PKiN, wykorzystano do zamontowania nadajników telewizyjnych.

Restauracja kongresowa- restauracja z fontanną, która mieściła się w podziemiach Pałacu Kultury i Nauki, gdzie również prezentowano najlepsze w całym PRL-u programy variette. A nawet coś w rodzaju rewii. Z czasem w restauracji Kongresowa zaczęto prezentować numery rozbierane czyli tak zwany striptiz. Hyr o tym poszedł po całym obozie socjalistycznym. Do Kongresowej zjeżdżały specjalne wycieczki z Moskwy, dalekiej Syberii lub Kaukazu. Każda radziecka delegacja oficjalna chciała być na striptizie w Kongresowej. Rosjanie chcieli jednak, żeby im tej wyprawy do Kongresowej nie zaznaczać w papierach, rachunkach czy innych dokumentach. Kierownik Kongresowej miał więc specjalną pieczątkę z napisem Pałac Kultury i Nauki w Warszawie Restauracja „Trojka”,( która mieściła się obok Kongresowej) i tą pieczątką stemplował niezbędne dokumenty dla radzieckich delegacji. Później jeszcze Kongresowa opanowana została przez przedstawicieli różnych państw arabskich. Rosjanie przenieśli się do innych lokali: Victorii, Kamieniołomów, Adrii. Później jeszcze lokali ze striptizem było wiele, że panie uprawiające ten zawód (początkowo wyłącznie Czeszki, a później dopiero Polki) jechały od lokalu do lokalu, wykonując kilkanaście „rozbieranek” w czasie takich występów. (wspomnienia Zb.Adrjanskiego z książki „Pochody donikąd”).

Pamiętam również rodzinne wizyty u nas w domu w Warszawie i mój upiorny obowiązek, a mianowicie zorganizowanie wycieczki po Warszawie. Do moich zadań specjalnych należało zaprowadzić Rodzinę do ZOO, Muzeum Wojska Polskiego i do Pałacu Kultury na trzydzieste piętro, aby obejrzeć panoramę Warszawy. Pamiętam też, gdy jeden z moich braci ciotecznych oglądając Panoramę ryczał, że nie widzi Pałacu Kultury! I wszystko byłoby dobrze gdybym musiała pokazywać Warszawę raz, albo dwa, ale ja to robiłam zawsze gdy przyjeżdżała rodzina lub inni znajomi, to był mój święty obowiązek. Był czas, że umiałam opowiedzieć na pamięć o zwierzętach w Zoo, nawet bez zaglądania do jakiegokolwiek informatora! Ale to było bardzo dawno temu i choć wtedy Pałac nie był widokiem najpiękniejszym dzisiaj, nikt nie wyobraża sobie Warszawy bez Pałacu, wieczorem zaś gdy jest iluminowany wygląda pięknie!

http://panorama.um.warszawa.pl/

Zapraszam do Warszawy na wycieczkę do ZOO, Muzeum Wojska Polskiego, Powstania Warszawskiego i na trzydzieste piętro Pałacu Kultury i Nauki

Wasza Jadwiga

Jestem zapracowana w ogrodzie i widać to na moim blogu, ponieważ nie mam zbyt dużo czasu na przygotowanie kolejnych wpisów. Tym razem chcę pokazać mój ogród, który wygląda przepięknie. Zrobiłam trochę zdjęć, abyście mogli zobaczyć, co się działo w przyrodzie. Czereśnia majowa, zasadzona przeze mnie wiele lat temu, kwitła pięknie ,a teraz ma owoce. W związku z tym rano około piątej budzi mnie świergot ptaków: sójek, srok, szpaków, gołębi turkawek, wróbelków elemelków, drozdów, rudzików, a od czasu do czasu przychodzą wiewiórki. Tak, nawet sobie nie wyobrażacie jak pięknie wygląda wiewiórka jedząca czeresienki!

Kwitną bajecznie rododendrony fioletowe, karminowe, różowe i łososiowe. No i moja ukochana peonia drzewiasta. Kwitnienie zakończyły tulipany, których w tym roku było już nie setki a tysiące. Gospodarstwo Ogrodnicze pana Jacka Wiśniewskiego w Góraszce, u którego kupuję moje cebule i kwiaty było dumne. Cebulki posadzone na jesieni były piękne i jednorodne, a jak kwitły pokazywałam 4 maja w moim wpisie, kiedy również pokazałam Wam śnieg w ogrodzie. Cebule sprowadzane są z Holandii, a te, które zakupuję, są hodowane u nas, aby wiedzieć jak się sprawują w naszym klimacie. Chyba przez ten śnieg i temperaturę – 5 stopni moje wisterie sinensis, czyli glicynie nie kwitną. Cięłam je na początku marca, ponieważ cały luty temperatury były niesprzyjające cięciu i ciągle zapowiadano mróz. W końcu uzgodniłyśmy z Zosią W., że można ciąć. I wyobraźcie sobie, za kilka dni po tej morderczej pracy (było zimno, a wisteria rośnie dość wysoko nad ziemią, stąd wymagane były prace na wysokościach no i wspinanie na drabinę) był mróz -5 stopni, no raz ok, ale gdy za następne kilka dni pogoda powtórnie sprawiła psikusa wiedziałam, że w tym roku nici z kwiatów i trzeba będzie czekać do przyszłego roku. Zobaczymy!

Na miejsce przekwitłych tulipanów wysadziłam w tym roku ponad pięćset sztuk begonii semperflorens, czyli begonii stale kwitnącej, w kolorach białym i czerwonym. Kupiłam też fuksje,(ułanka, Fuchsia) które wiszą w amplach, ale nie tylko. W tym roku posadziłam również fuksje w skrzynkach i donicach na tarasie. Są piękne, delikatne w kolorze różowym. Jak zwykle w donicach na tarasie rosną zioła rozmaryn i oregano, natomiast lawenda, lubczyk i mięta w ogrodzie. Nie mam typowego warzywniaku, gdyż nasza działka jest leśną i ziemia jest raczej kiepska, pomimo tego, aby ją wzbogacić w zeszłym roku zamówiłam trzy samochody ciężarowe ziemi po 16 ton każdy i nawiozłam większą część. Tym niemniej nie wiem jak to się dzieje, tej nawiezionej czarnej ziemi jakby nie było, jakby wyparowała, a przecież osobiście plantowaliśmy, a była to robota mordercza. Stąd mój ogródek warzywny jest tylko w mojej wyobraźni, ale nie bardzo się tym przejmuję. Nie można mieć wszystkiego! Zioła w donicach wystarczą do bieżącego gotowania.

W tym roku pięknie kwitną bodziszki, czyli geranium w kolorach różowym i niebieskim, chabry i irysy. Ja czekam na hortensje, które odbiły i ciągną się w górę. Czy zakwitną nigdy nie wiem. Są bardzo kapryśne i nawet lekki mróz na wiosnę może im zaszkodzić. Aby nie było tak lekko i łatwo oraz jak w bajce, powiem Wam jedno: moje psy owczarek niemiecki i jack Russell terier postanowiły intensywnie pomagać przy ogrodowych pracach. Każdy pomaga jak umie, a oni kopią nam doły w różnych miejscach i są bardzo z tego rodzaju prac zadowoleni. Ja trochę mniej! Codziennie (prawie) zakopujemy dwa,  trzy doły, siejemy trawę, kładziemy plastikowe siatki i stawiamy donice z czymkolwiek pod warunkiem, że są ciężkie, aby ich nie mogli ruszyć, co oni tam szukają pod ziemią tego nie wiem, może skarby, o których nie mamy pojęcia? A te miny obrażone, gdy do nich przemawiam czułymi słówkami. Przecież oni chcą dobrze, tylko nam się nie podoba ich pomoc!!! Wcale!

W naszym ogrodzie każdy ma swój zakres prac: ja, jako projektant i nadzór budowlany, mój ślubny wykonawca wszystkich pomysłowych prac, wnuczek nadworny ogrodnik odpowiadający za koszenie trawy a Nuśka starająca się ogarnąć psie towarzystwo i dziury po nich zostawione. Cóż z tego, skoro towarzystwo jest rozpuszczone, ale nie można przecież krzyczeć, gdy patrzą na Ciebie takie psie oczy z zapytaniem: no, co ja Ci zrobiłem, no, co? Te parę dziurek, te dwa drapnięcia łapami, o to tyle hałasu?  No, więc nie krzyczymy, za to dwa łobuziaki robią hałas przy furtce, gdy ktokolwiek zadzwoni, wiemy od razu, że ktoś przyszedł, przyjechał, lub jest poczta. Poza tym „chłopaki” bardzo lubią szczekać na nasze koty i tak już jest, że koty wychodząc z domu zawsze sprawdzają czy w okolicy nie ma sprawców zamieszania, aby spokojnie wyjść poza parkan i spotkać się z innymi kotami. Całe szczęście, że nasz sąsiad ma Majkuna, lubi koty, więc nie przegania naszej księżniczki – dachowca burego, a ona bezczelnie wygrzewa się u Niego  na skalniaku, na największym kamieniu. Nie powiem wiele razy jest częstowana puszeczką gourmetu i z tego poczęstunku skwapliwie korzysta, paskuda. W domu ma to samo, ale z autopsji wiem, że u kogoś wszystko znacznie lepiej smakuje, nieprawdaż? Czasami odwiedza nas przyjaciel naszych kocic czarny przystojniak, który jest przyjmowany jak każdy gość, z należytym szacunkiem jak również poczęstunkiem. Drugi Sąsiad ma piękny ogród z wielkim oczkiem wodnym i tam spędza czas nasza młodsza kocica Nulka. Na nic prośby i groźby, kocie panny chodzą swoimi drogami, są indywidualistkami i nikt i nic nie jest w stanie im czegokolwiek zakazać. Na całe szczęście nasi sąsiedzi kochają zwierzęta, sami mają i psy i koty więc doskonale rozumieją wyprawy naszych wędrowniczek. Kiedyś kotki (obie wysterylizowane) miały na szyjach pozakładane obróżki czerwoną i niebieską, ale odkąd starsza zaczepiła się o rozwaloną siatkę w płocie a ja znalazłam jej obróżkę tam właśnie, obróżki zostały zdjęte. Nie powiem były zrobione z gumy, miały doczepione dzwoneczki, aby nie polowały z sukcesami na ptaszki, ale jednak uważam, że jest to niebezpieczne, trudno!  Wracając do naszego ogrodu. Dzisiaj zakupiłam naturalny nawóz granulowany i jutro będzie rozsypany na klombach i wokół tarasu oraz zasilę hortensje, które są tak samo żarłoczne jak datury. Ponieważ lubią wilgoć i kwaśną ziemię muszą dostawać, co najmniej raz w tygodniu nawóz do hortensji, który rozsypuje w ilości 2-4 łyżeczek wokół każdego krzewu.

W tym roku posadziłam dalie, których w moim ogrodzie ostatnio nie było, ale kupiłam je w Góraszce za namową pana Adama, zobaczymy, pokażę je, gdy zaczną kwitnąć w lecie. Osobną jest praca w ogrodzie mojego Taty, gdzie też trzeba było wykonać ogrom prac, ale z nimi też sobie poradziliśmy, tulipany wykopane, wszystko wypielone nowe kwiatki posadzone, pozostaje tylko podlewanie. W przyszłym tygodniu czeka mnie ponowna jazda do Góraszki w celu zakupienia kwiatów do donic, w których wczesną wiosną posadziłam bratki. Dzisiaj bratki, choć jeszcze ładne, to jednak powinny być przesadzone w inne miejscach tak, aby w donicach znowu były kolorowe może pelargonie?  Jeszcze nie wiem, jakie kwiatki wybiorę, bo dopiero patrząc na łany kolorowych kwiatów w ofercie zdecyduję, co jeszcze będzie rosło u nas w ogrodzie. Najgorszym momentem dla mnie w Góraszce jest podjęcie decyzji, ponieważ w tych ilościach właściwie mogłabym mieć wszystkie kwiaty, ale jak już napisałam, nie można mieć wszystkiego, kwiatów też…

Serdecznie wszystkich czytaczy pozdrawiam, życzę wspaniałego nadchodzącego weekendu  i do usłyszenia!

Wasza Jadwiga

Przed świętami często na moim blogu umieszczałam przepisy kulinarne na rozmaite potrawy. Czy zastanawialiście się kiedyś, jak wyglądały przed laty nasze kuchnie, jakie kuchnie były na wsiach, a jak one prezentowały się w miastach. To pytanie nurtowało mnie, dlatego postanowiłam zgłębić ten temat. Oto, co znalazłam. W Warszawskich kamienicach w wieku XVII i XVIII kuchnie dzielono na większe i mniejsze. Kuchnia większa zajmowała centralne miejsce, w której znajdował się komin i ognisko do przygotowywania posiłków. W kamienicach wielorodzinnych użytkowanie tej kuchni było wspólne dla wszystkich rodzin, natomiast w tych kamienicach były dodatkowo też kuchnie mniejsze. Wyposażenie kuchni to rozmaite sprzęty do przygotowywania i spożywania posiłków. W informacjach na ten temat znalazłam tylko sprzęty przedstawiające jakakolwiek wartość, czyli talerze cynowe, miedziane garnki, wyroby ze srebra czary, kielichy, misy, sztućce srebrne a nawet i pozłacane. Wymieniane też są kotły miedziane do gotowania. Osobnymi były kotły do gotowania bielizny do prania, różne i większe i mniejsze, cebrzyki do wody, mosiężne moździerze z tłuczkami, durszlaki, sita, pokrywy do garnków. W niektórych kuchniach znajdowały się też koryta do oprawiania świń po uboju.

Osobnymi były naczynia wchodzące w skład zastawy stołowej takie jak: talerze, półmiski, misy, solniczki, maselniczki, flaszki różnych wielkości do serwowania napojów, kubki, kielichy, czy też konwie i kwarty. W każdym domu były również sztućce – łyżki i noże. Brak było wówczas informacji o widelcach. Nawet u mniej zamożnych mieszczan podczas posiłków stoły nakrywano obrusami. Wśród sreber stołowych przeważały łyżki i kubki. Najwięcej tych przedmiotów należało oczywiście do bogatych kupców i patrycjuszy, po kilka mieli również mniej zamożni mieszczanie (siodlarz, rzeźnik, chirurg, żona kuśnierza). Niestety nie ma zbyt wiele informacji na temat używanych produktów. Jedno jest pewne , że w domowych piwnicach w specjalnych meblach, przechowywano zapasy soli w beczkach, mąkę, kasze, słoninę w połciach, mięso, sadło, kiełbasy, rzadziej nabiał (masło i sery), groch, kiszoną kapustę, gorzałkę i piwo. Co wiemy o spożywanych w tamtych czasach potrawach w miastach? Ano mamy informacje na temat chleba, kasz, jarzyn, krup jęczmiennych, jagł, czyli różnych kasz bardzo popularnych w owych latach, śledzi, olejów, sadła i słoniny. Inne bogatsze produkty takie jak jaja, masło, miodowniki, przyprawy zakupywano na specjalne okazje. W XVII wieku na przykład z okazji stypy kupowano różnego rodzaju mięsa, owoce takie jak limony, cytryny, oliwki, rodzynki. Inaczej wyglądały dania serwowane z okazji uczt w bogatych patrycjuszowskich domach. Podawano tam wiele dań jak choćby obwarzanki, grzanki, biszkopty, pierniki oraz napoje wino, małmazję, wódki cynamonowe lub cytrynowe, używano też importowane przyprawy cynamon, szafran, imbir, goździki.

A jak wyglądały kuchnie na wsi?  Bardzo podobnie z tym, że były one o wiele większe. Wszędzie królowała kuchnia o kilku paleniskach z okapem, w którym było, co najmniej dwa szybry, pomocne do „wyciągania” dymu, czyli innymi słowy mówiąc nasze nowoczesne wyciągi kuchenne. A na kuchniach królowały sagany, piękne czarne osmolone dymem z paleniska, głębokie do wpuszczania w kuchnie dla szybszego gotowania, w środku polewane.  Bardzo często kuchnie wielopaleniskowe były w taki sposób lepione lub budowane z kafli, aby piec chlebowy stanowił jedną konstrukcję. Jedną całość. Nie wiem czy pamiętacie, jak to w bajkach występowały przypiecki? Taki przypiecek to była nadbudowa nad piecem chlebowym, czyli jego górna część. Ponieważ piec chlebowy był duży, przypiecek mógł pomieścić jedną lub nawet dwie dorosłe osoby. W piecach chlebowych pieczono oczywiście chleb, a następnie lżejsze wyroby cukiernicze ciasta i bułki, które nie potrzebowały tak wysokich temperatur. Pamiętam z moich lat bardzo wczesnej młodości, gdy pieczono chleb w takim czarodziejskim piecu babci Katarzyny to sąsiadki ze wsi przychodziły ze swoimi ciastami, aby je upiec. Wtedy kwitła przecież pomoc sąsiedzka i było to bardzo naturalne, że najbliżsi sąsiedzi pomagali sobie w życiu codziennym. Tak samo było w dniach, gdy bito świnie czy wołu. Do dziś na wsi jednym z lepszych zawodów jest zawód masarza, tego, który zawodowo zajmuje się biciem świń i wyrobem pysznych kiszek, salcesonów, kiełbas i innych produktów . Oprócz masarzy wielkim uznaniem cieszyli się bednarze. Technika ręcznego wytwarzania naczyń była tajemnicą każdego bednarza, nie ujawniano jej nawet krewnym. Metody pracy innego rzemieślnika można było poznać tylko analizując materiały i sposób konstrukcji jego wyrobu. Najczęściej naczynie składane było z klepek drewnianych mocowanych obręczami metalowymi. Ten sposób konstrukcji znany był  Słowianom już w III-IV wieku (przed XIV-XV w. zamiast metalowych obręczy stosowano, zwłaszcza na wsi, ściągów z łozy, łyka lub smołowanych powrozów; technologia ta sporadycznie jest stosowana do dzisiaj). Zawód ten kiedyś powszechny, w drugiej połowie XX wieku został prawie zapomniany i znajdował zastosowanie głównie w produkcji przedmiotów do celów dekoracyjnych. Ręczne wyroby bednarzy powracają znowu do łask i służą jak dawniej do przechowywania kiszonej kapusty, ogórków kwaszonych czy innych produktów w związku z rosnącą popularnością produktów typu slow food przechowywanych w sposób tradycyjny. Do tego celu na wsiach były używane specjalne zimne piwnice i spichrze, które znajdowały się w piwnicach domów, gdzie zawsze panował stosowny chłód. Jak inaczej wygląda prowadzenie dzisiejszego gospodarstwa. Nasze kuchnie zamieniły się w niewielkie miniaturowe kuchenki, gdzie przebywanie dwóch osób jest już problemem, natomiast o spiżarniach marzyć nawet nie możemy. Posiadamy za to wspaniałe bajeranckie lodówki i zamrażarki, które w pewnym sensie przejęły rolę tych dawnych spiżarni. A nasze kuchnie z paleniskami? Gazowe, elektryczne, ceramiczne, najnowszej może i nawet czwartej generacji, jak daleko odeszły od tamtych dawnych kuchni z paleniskiem, z ogniem i z naturalnym piecem? Mamy piekarniki do zabudowy, montowane na odpowiedniej wysokości pani domu, tak, aby zanadto się nie schylać, możemy w nich ustawiać, czas, temperaturę, rodzaj pieczenia, posiadamy wiele udogodnień w tym zakresie. A nasze garnki? Coraz to bardziej udoskonalane przez różne znane firmy! I jakże na koniec smutno mi to spuentować, coraz to mniej używane, bo szybkie jedzenie na jednej nodze w przelocie pomiędzy jednym a drugim spotkaniem, bo dzieci w przedszkolu lub szkole, bo praca, praca, praca. A później dziwimy się, że coraz bardziej oddalamy się od siebie, że brak nam więzi rodzinnych, że coraz więcej osób choruje na żołądek, wrażliwe jelito czy inne choroby związane z tym wariackim trybem życia. Nie chcę przez to powiedzieć, że zawsze żyłam spokojnie, nie, absolutnie, ale chcę abyśmy od czasu do czasu zatrzymali się w tym biegu i pomyśleli o sobie i naszej Rodzinie z prawdziwą troską. Życzę wszystkim miłego rodzinnego weekendu, spokojnego celebrowania dwóch wolnych dni wraz z najbliższymi, długich rozmów przy stole o wszystkim o sprawach miłych, ale też i trudnych, z tych drobnych spraw składa się nasze życie i dlatego warto o nich rozmawiać, pozdrawiam

a na zakończenie podam przepis na bardzo dobre szybkie danie, którego czas wykonania od startu do mety wynosi 15 minut, warto więc wypróbować:

Papardale w sosie pomidorowym z papryczkami nadziewanymi serem

Składniki: makaron papardale, garnek 3 litry wody osolonej, 2 opakowania papryczek nadziewanych  serem, 3 puszki pomidorów pelati lub krojonych, 6 ząbków czosnku, ser parmezan, grana padano, lub inny tego typu, świeża bazylia.

Wykonanie: Garnek stawiamy na gazie, do gotującej osolonej wody wrzucamy makaron papardale, który gotujemy około 7-8 minut, aby był al dente.

Sos: W tym samym czasie na patelnię wylewamy oliwę (z papryczek nadziewanych serem, które zalane są oliwą).  Na rozgrzany tłuszcz wrzucamy pokrojony czosnek lekko obsmażamy, wykładamy papryczki, wlewamy pomidory. Podgrzewamy sos dokładnie mieszając.

Odcedzamy makaron, wrzucamy do miski pamiętając, aby dodać wody, w której się gotował tak ze trzy łyżki stołowe, dodajemy sos, pokrojoną bazylię a na wierzch ucieramy na tarce ser parmezan. Potrawa gotowa. A smak? Niebiański, pyszne łatwe danie, nikt nie może wykręcać się, że za trudne do wykonania, jest proste a smak rekompensuje nam cały 15 minutowy wysiłek. Nadziewane papryczki tak zwane anti pasti można dostać w sklepach Biedronki, w Lidlu nazywają się grecką przekąską a w wielkich supermarketach również znajdują się na półkach z serami, polecam. Smacznego!

Wasza Jadwiga

Content Protected Using Blog Protector By: PcDrome.