Subskrybuj kanał RSS bloga Okiem Jadwigi Subskrybuj kanał RSS z komentarzami do wszystkich wpisów bloga Okiem Jadwigi

Archiwum miesiąca sierpień 2013

W.G.: Czy pamięta Pan likwidację getta w Brześciu? 

Z.A.: Likwidacja getta w Brześciu była straszliwym przeżyciem dla małego chłopca, jakim wówczas byłem. Przez kilka dni na obszarze getta trwał przeraźliwy, nieludzki krzyk. Niemcy i ukraińska policja pędzą tysiące Żydów na wysypisko za miastem. Tam słychać salwy i terkot karabinów maszynowych. Ludzie mówią, że ziemia drży od zwłok, które jeszcze poruszają się w tym miejscu. Na opustoszałe domy i ulice rzuca się białoruskie i ukraińskie chłopstwo, wyspecjalizowane zresztą w takich rabunkach. Wyrywają sobie kołdry, pierzyny, meble. Są specjaliści, którzy jeżdżą od miasta do miasta w oczekiwaniu na likwidacje miejscowego getta. Niech nikt mi nie mówi, że tylko chłop polski zachowywał się w czasie holocaustu wyjątkowo okrutnie, bo tak samo zachowywał się chłop białoruski, ukraiński i ruski. Z tym, że wcześniej ten sam chłop wychodził na rzeź polskich panów, podpalał dwory, zabijał rannych żołnierzy KOP-u cofających się przed bolszewikami, rabował zwłoki. Później zresztą też rabował i mordował innych, gdy tylko nadarzyła się okazja. Nie ma co tu nadużywać słów: antysemityzm czy nienawiść do Żydów. To była po prostu zwierzęca chęć mordowania, nasycania się zbrodnią i bogacenia przy okazji. Są na Polesiu wsie, które tak właśnie się bogaciły. Są na Polesiu, Ukrainie i Białorusi wsie, które wychodziły nocą na żer, gdy w pobliżu zdarzyła się jakaś bitwa, katastrofa, nieszczęście, likwidacja getta, powstanie… I w Polsce są takie wsie. Rzecz jasna, żadne to usprawiedliwienie dla zbrodni.            

 W.G.: Dlaczego Pan o tym nie pisze? 

Z.A.: Moje wspomnienia z Polesia są na inny temat. To samo dotyczy „Batiuszki, co ptakiem latał”. Okres mojego dzieciństwa na Polesiu nie był taki „sielski-anielski”. To prawda, ale nie chciałem czy nie mogłem o tym pisać. „Okrutnej” literatury o Polesiu czy w ogóle Kresach Wschodnich nie brakuje. Bardzo dużo jest pamiętników, relacji, wspomnień na temat wojny i stosunków narodowościowych na tym obszarze: polsko-sowieckich, polsko-ukraińskich czy białoruskich, polsko-żydowskich. Mamy sobie wiele do powiedzenia z wszystkich stron, ale ja tu opisuję chyba swego rodzaju „Arkadię” – Polesie, którego już nie ma. Na temat martyrologii Polaków na Kresach Wschodnich napisano w różnych książkach wiele. A przecież nie do końca. Nadal wiele spraw stanowi temat „tabu”. Brak jest dobrej monografii okresu 1939-1989 na Kresach Wschodnich. Zawsze tu naszym historykom coś przeszkadzało. W czasach PRL-u oraz obecnie dla dobrych stosunków z Ukrainą czy Litwą, bo o Białorusi lepiej nie mówić, gotowi jesteśmy wiele poświęcić. Chociaż tam zbytniej wzajemności nie mamy. Nie mamy zresztą Instytutu Kresowego, którego powstanie stale się zapowiada, ale nic z tego nie wychodzi, nie mamy wydawnictwa kresowego, które jest niezbędne! Nie mamy nawet gazety o tej tematyce! 

W.G.: Uważa Pan, że są tematy i sprawy kresowe, o których się nie mówi? 

Z.A.: Tak uważam! W każdym razie „dla świętego spokoju” z sąsiadami na naszych wschodnich granicach mówi się na ten temat bardzo mało. Historia polskich kresów wschodnich, choćby tych okrojonych w latach 1918-1939 tzw. Linią Curzona, jest bardzo mało znana. Późniejsze wydarzenia z lat 1939-1945: okupacja niemiecka i sowiecka, zsyłki na Syberię, wywózki do Rzeszy, mordy, grabieże, rzezie i okrucieństwa, jakich dopuszczali się wobec Polaków Ukraińcy czy Białorusini, są jeszcze mniej znane. Rzadko kto wie, że my – Kresowianie doświadczyliśmy dodatkowo skutków wojny niemiecko-sowieckiej, która miała miejsce w roku 1942. Nie obyło się bez strat ze strony ludności polskiej w wielu miastach i miasteczkach kresowych, bombardowań, ostrzałów artyleryjskich itd. Do tego dzieje konspiracji wschodniej, działalność Armii Krajowej, działalność konspiracyjna harcerstwa polskiego czy innych organizacji niepodległościowych jest też mało znana. Polacy na Kresach byli szczególnie osaczeni czy osamotnieni wśród otaczającej ich ludności ruskiej, białoruskiej litewskiej i ukraińskiej. Polacy niewiele mogli zrobić wobec mordowania ludności żydowskiej. Zaraz po wejściu Niemców na Kresy Wschodnie, w roku 1942, Polacy starali się pomagać Żydom, w czym przeszkadzały donosy wrogo do Polaków nastawionych innych mniejszości narodowych. Można mówić o szczególnie traumatycznych doświadczeniach, jakie były udziałem wszystkich Polaków: młodych i starych, kobiet i dzieci na Kresach Wschodnich. Ale honory i splendory z racji okupacyjnych przeżyć nie zawsze rozdzielane są sprawiedliwie. Nie mówię już o tym, że nie rekompensują tego wszystkiego przesiedlenie Polaków z Kresów Wschodnich na Zachód. Czasem jest to wręcz dodatkowe cierpienie. Moja babcia Stefania zaraz po przyjeździe do, pięknego skąd inąd, Sopotu zmarła! Znałem wielu starych ludzi, którzy zmarli z tęsknoty za swoim domem na Kresach. Starych drzew się nie przesadza.

 W.G.: Osadnicy z Kresów, w tym z Polesia, to chyba temat specjalny? 

Z.A.: Rzeczywiście! To temat wielki! Są sympatyczne obserwacje obyczajowe, choćby w filmie „Sami swoi” A. Mularczyka, ale właściwie brak poważnych wiadomości na temat, jak to wszystko wyglądało? I jak wygląda życie dawnych Zabużan obecnie, po tych wszystkich traumatycznych doświadczeniach. 

W.G.: Dziękuję, Panu, za rozmowę.

 

Rozmowę ze Zbigniewem Adrjańskim prowadzi Weronika Gołębiowska  cz.2

W.G.: Co było tak magicznego w owych Kresach? 

Z.A.: Wszystko! Przyroda, krajobraz, ludność, zabytki, obyczaje… To był jakiś stan zauroczenia tą krainą, rozkochania się w Kresach. Marszałek Józef Piłsudski mówił, że „Polska podobna jest do obwarzanka – wszystko, co wartościowe jest na Kresach, a w środku pusto”. I marszałek miał wiele racji. Kresy to ojczyzna wspaniałych ludzi. Kresy dały Polsce wielkich pisarzy, poetów, polityków, wodzów narodowych i artystów. To ciekawe, że rodzili się oni właśnie na Kresach, jest w tym chyba jakiś Genius loci… W każdy razie: Tadeusz Kościuszko, Adam Mickiewicz, Stanisław Moniuszko, Romuald Traugutt, Eliza Orzeszkowa, Maria Konopnicka, Maria Rodziewiczówna, Melchior Wańkowicz to Kresowianie, a ściślej mówiąc, Poleszucy. Ale tę listę nazwisk można mnożyć jeszcze. A przecież są jeszcze: Lwów, Wilno, Krzemieniec, Podole, Ukraina, Wołyń ze swoim dawnym osadnictwem polskim – ziemie, gdzie narodziło się wielu innych sławnych Polaków, nie tylko artystów i pisarzy, ale np. matematyków ze sławnej szkoły lwowskiej prof. Banacha. Z tym, że Lwów nie był tak prawdę mówiąc miastem kresowym. Ja też wyrosłem w kulcie „Kresów Wschodnich”. Mój ojciec, Stanisław Adrjański, wychowywał się zresztą na dawnych Kresach Wschodnich, jeszcze w mohylowskiej guberni. Tam, chodził do gimnazjum. Wiele zawdzięcza znanej na kresach rodzinie Łaszkiewiczów, kuzynom mojej babci Stefanii, w których majątku się wychował.

W.G.: Czy Pański stosunek do Brześcia nie jest roszczeniowy albo rewizjonistyczny? 

Z.A.: Jaki tam ze mnie rewizjonista albo roszczeniowiec? Nie chcę niczego zabierać Łukaszence. Nie załatwiłem sobie nawet do tej pory swoich roszczeń zabużańskich za dom mojej babci, który tam pozostał. Wspominam tylko moje dzieciństwo w Brześciu nad Bugiem. I Brześć, jaki wtedy był! A że był wtedy miastem polskim, nic na to nie poradzę. Powiem też rzecz dziwną – po wojnie byłem tam naprawdę tylko raz, choć przejeżdżałem tamtędy 17 razy. Po prostu: nie chcę „zmieniać taśmy Brześcia, jaką mam w oczach”. Te lata już nie wrócą, a mego Brześcia już nie ma! Chciałbym tylko odnaleźć jeszcze grób mojego dziadka, Antoniego Adrjańskiego, w Brześciu nad Bugiem na cmentarzu miejskim, jeśli ten cmentarz jeszcze istnieje oraz grób mojego drugiego dziadka, Józefa Grudzińskiego pochowanego w tym samym miejscu. I to chyba wszystko!  

W.G.: Proszę coś jeszcze opowiedzieć o atmosferze domu, w którym się Pan wychowywał i o przeczuciu zbliżającej się wojny.

Z.A.: Rodzice moi prowadzą „dom otwarty”. Są młodzi, sympatyczni, towarzyscy. Jest to prawdziwy dom kresowy. Bywa w nim wiele ciekawych osób, przyjaciół rodziców i znajomych, spośród miejscowej inteligencji. Odwiedzają nas również znajomi z całego Polesia, którzy zajeżdżają w różnych sprawach do Brześcia i przy okazji odwiedzają państwa Adrjańskich. Nie było wtedy takich jak obecnie przedziałów pokoleniowych, więc wśród znajomych moich rodziców zdarzają się prawdziwe „żubry kresowe” pamiętające jeszcze „czasy cara Mikołaja”. Na przysłowiowych „herbatkach” u pani Zosieńki – jak nazywano moja mamę – albo na tzw. „żurfiksach” dyskutowano o ważnych sprawach: o polityce, literaturze, modzie i oczywiście… o zbliżające się wojnie z Niemcami. O czym utwierdzał wszystkich pakt Ribbentrop-Mołotow. Dominował wtedy dość powszechny pogląd, że w razie wojny „czapkami ich nakryjemy”. Ale nie spodziewano się raczej uderzenia sowieckiego na Polskę (17 września 1945), chociaż mój ojciec, który bywał wtedy w licznych rozjazdach przy granicy sowiecko-polskiej, opowiadał, że pińska marynarka wojenna jest w nieustannym pogotowiu, a Korpus Ochrony Pogranicza wyłapuje mnóstwo sowieckich szpiegów przekradających się na terytorium Polesia. W naszym domu jest mnóstwo gazet, które prenumeruje ojciec, ze „Słowem Wileńskim” na czele. Ojciec czyta „Słowo Wileńskie” dla felietonów Stanisława Cata-Mackiewicza. Wszystkie nagłówki tych gazet są niespokojne. Mama preferuj żurnale i modne czasopisma ilustrowane. Ale i one jakoś posmutniały w roku 1939.

            W moim domu są dwa gramofony. Jeden z ogromną zieloną tubą firmy Pathe Marconi, drugi tzw. walizkowy (na korbkę), który zabieramy z mamą na wyprawy kajakiem po Muchawcu. Podczas jednej z takich wypraw nastawiliśmy płytę Mieczysława Fogga z piosenką: „Skrwawione serce zdeptane w tłumie, o poniewierce zapomnieć umie”. Kajak uderzył dziobem o jakiś korzeń. Akurat stał tam gramofon, który zsunął się do wody, zabulgotał i zamilkł. Mama była niepocieszona. Ja również, bo lubiłem te nasze muzyczne wyprawy kajakiem, kiedy „patefończyk”, jak pieszczotliwie mówiła moja mama, przygrywał nam modne przeboje. Krążyliśmy zresztą jeszcze długo w miejscu, gdzie do wody zanurkował nam patefon. Mama mówi, że z dna rzeki chyba jeszcze słychać Fogga. Ale to tylko złudzenie. Wracamy na przystań i do domu, bardzo zmartwieni. W kilka dni później dwóch rosłych tragarzy przydźwigało do domu z dworca kolejowego olbrzymi odbiornik z magicznym okiem marki Telefunken. Jak się okazało, był to prezent ojca dla mamy na 15 maja (imieniny Zofii). Dla mnie też jest specjalna paczuszka z radiem na kryształki! Mam już jedno radio na kryształki zrobione przez Lutka Krasowicza, w pudełku po paście do butów marki Lux. Ale nowe radio na kryształki zrobione jest profesjonalnie – ma specjalną antenę, słuchawki i „zwojnicę”. Słychać nawet na nim Radio Baranowicze i sowieckie Radio Mińsk. Natychmiast przestaje mnie interesować Telefunken, którym cieszą się rodzice. Wchodzę do ogrodu, włażę po drabinie na ogromną lipę, która ma konary nad werandą babci, i tam mam swoje miejsce na słuchanie Radia Baranowicze. Wysoko na konarach owej lipy „radyjko an kryształki” złapało kiedyś nawet transmisję parady wojskowej za pośrednictwem rozgłośni w Mińsku. Nadają wojenne pieśni: „Jeśli zawtra wojna” („Jeśli jutro na wojnę…”) oraz inne utwory. Mam widocznie, po tej audycji, nie tęgą minę, bo do akcji wkracza moja babcia i zabrania słuchania „radia na kryształki” i sowieckich pieśni. W dodatku na konarach drzewa nad dachem, z którego można zlecieć na „łeb i szyję”… 

W.G.: W Pańskich wspomnieniach wiele miejsca zajmuje babcia – Stefania Grudzińska, primo voto Andryańska?

Z.A.: Bo tak pisane jest w wielu dokumentach nasze nazwisko: Andryańscy albo nawet Andryjańscy. Później, w roku 1922, w czasie ucieczki z Rosji sowieckiej przekręcono w dokumentach to nazwisko i tak już zostało. A Grudzińska, to drugie nazwisko, babcia nosiła po drugim mężu, za którego wyszła po 25 latach wdowieństwa, Józefie Grudzińskim, moim drugim dziadku, którego bardzo lubiłem. A w ogóle moja babcia była osobą wspaniałą, córką holenderskiego osadnika i polskiej szlachcianki z okolic Topczewa, Boczek i Andryjanek na Podlasiu. Babcia moja rzeczywiście była osobą niezwykłą, której życie zasługuje na oddzielną książkę. 

W.G.: Co Pan pamięta z września 1939?  

Z.A.: Pamiętam dokładnie wrzesień 1939 roku. Ciężkie naloty niemieckie na miasto i twierdzę w Brześciu. Setki zawieszonych nad miastem niemieckich bombowców. Plotka głosiła, że w twierdzy ukrył się Edward Rydz-Śmigły ze sztabem, dlatego Niemcy bombardowali twierdzę niezwykle zaciekle. W ogrodzie mojej babci żołnierze ustawiają dwa działka obrony przeciwlotniczej i strzelają w stronę nadlatujących niemieckich samolotów. Na wiśni przy płocie zawieszono kawał szyny kolejowej, która pełniła rolę „gongu alarmowego”. W czasie nalotu niemieckich samolotów, a właściwie przed nalotem, na sam odgłos, że nadlatują, walę młotkiem w „gong” i wrzeszczę strasznie: Lotnik! Nalot! Kryj się! To „kryj się” oznacza, że moja rodzina wchodzi do kuchni pod długi dębowy stół babci. Jak bomba trafi w nasz dom, deski zatrzymają się na tym stole i może nas nie przysypie. Tak – mówi ojciec – ale są kłopoty z wykonywaniem tego polecenia. Babcia siedzi na taborecie w ogrodzie, odmawia różaniec i nie chce wracać do kuchni. Sztorcuje lekko załogę działka przeciwlotniczego, która właśnie zniszczyła jej piękny warzywnik  Ojciec pali nerwowo papierosa za papierosem, stoi w progu domu patrząc niespokojnie, co wyrabia jego syn, który wali w „gong” i też nie chce chować się pod stół w kuchni. Ojcu przykro jest, że babcia sztorcuje żołnierzy za podeptane grządki i wykopane stanowiska. Mówi: teraz jest wojna, mamo, nie można się na nich gniewać. Ale babcia na to: wojna wojną, ale po co tu grządki niszczyć! Tym bardziej, że chciałam dla nich zrobić obiad i potrzebne są warzywa.

            Potem jest wejście do Brześcia wojski niemieckich, później sowieckich. Nie od razu zresztą, lecz po trudnych walkach, w których broni się bohatersko twierdza w Brześciu i obrońcy miasta pod dowództwem gen. brygady Konstantego Plisowskiego. Obrońcy twierdzy brzeskiej zresztą nie kapitulują tylko opuszczają ten obiekt tajnymi przejściami. Niemcy wchodzą do twierdzy 17 września, Sowieci – 22 września, na zaproszenie Niemców, którzy ustanowili z nimi granice na Bugu. 23 września 1939 na ulicy Unii Lubelskiej odbywa się triumfalna defilada. Otoczony później ponurą sławą, niemiecki generał, Heinz Guderian i sowiecki kombryg, Siemion Kriwoszein przyjmują tę defiladę z okazji wspólnego rozbioru Polski. Moja rodzina tej ponurej uroczystości nie widzi, bo kilka dni wcześniej usiłowano ewakuować nas specjalnym pociągiem do Rumunii, ale nie dojechaliśmy tam, po drodze bombardowani i ostrzeliwani przez niemieckie meserszmity. Na koniec Sowieci zatrzymali nas na dworcu w Baranowiczach. I tylko cudem udało nam się przedostać z powrotem do Brześcia!      

W.G.: A jak wyglądał przebieg wojny niemiecko-sowieckiej w 1942 roku w Brześciu? 

Z.A.: Pamiętam dokładnie czerwiec 1942 roku. Tej wojny oczekiwaliśmy z dużą nadzieją, że nasza sytuacja, Polaków na Polesiu, trochę się poprawi. Skądże! Było jeszcze gorzej niż za Sowietów. Wart zresztą „pałac Paca i Pac pałaca” – jak mówią na Kresach. Sowieci wywozili nas od dłuższego czasu na Sybir. Wywożono zazwyczaj w nocy całymi ulicami i kwartałami. Zajeżdżały ciężarówki, na które ładowano również sprzęt i dobytek. Potem na dworcu, skąd odchodziły transporty na Sybir, zabierano te wszystkie tranty, lary i penaty… Ładowano ludzi do bydlęcych wagonów, czasem pozwalano tylko na zabranie rzeczy osobistych. Nic więc dziwnego, że w czerwcu 1942 Niemców w Brześciu, którzy bez większego oporu weszli do miasta, przywitaliśmy jak wybawicieli. Sowieci uciekali w ogromnym popłochu, zupełnie zaskoczeni – niektórzy w kalesonach i boso, tak jak zdążyli wyskoczyć z łóżka. Uciekali przede wszystkim oficerowie, urzędnicy sowieccy, funkcjonariusze NKWD, Niemcy strzelali do nich jak do kaczek. Dzielnie broniła się znowu twierdza brzeska – to trzeba przyznać. Broniła się przez wiele tygodni, choć Niemcy byli już w Mińsku i Kijowie. W Brześciu wygłodniała ludność rabowała sklepy, magazyny z żywnością. Rynsztokiem po ulicy Mickiewicza płynęły gruzińskie wina z pobliskiego kasyna oficerskiego. Zrabowano mąkę z dużego młyna na ulicy 11 listopada, pocięto młyńskie pasy skórzane na zelówki. W dawnej sowieckiej dzielnicy oficerskiej założono kwatery dla Niemców. Powstał też burdel pod czerwoną latarnią, w którym zatrudniały się żony sowieckich wojskowych. U mojej babci na stryszku znalazłem zmarzniętego na kość Miszkę,-Tatara, jak go nazywaliśmy, którego matka właśnie tam się zatrudniła, a ten uciekł od niej. Od tej pory stanowiliśmy z Miszką nierozłączną parę przyjaciół i „królów” (za duże słowo – uwaga A.Z.), „szefów gangu” na czarnym rynku w Brześciu nad Bugiem. Oprócz nas istniały zresztą także inne bandy młodzieżowe. Sprzedawaliśmy papierosy i niemieckiego szampana: Nur für Deutsche, który kupowaliśmy od niemieckich żołnierzy. Ja zresztą nie sprzedawałem bezpośrednio, stałem w bramie i trzymałem kasę, to Miszka i pozostali chłopcy biegali po rynku, wrzeszcząc: „Papierosy. Cygaretki, na sztuki i na setki! Komu dać? Komu nie dać? Komu papierosy sprzedać?”. Jednak handel papierosami i szampanem szybko nam się znudził i zabraliśmy się za wymianę przedwojennych srebrnych dziesięciorublówek z marszałkiem Piłsudskim na pistolety, których dostarczali nam włoscy żołnierze. Transporty z Włochami jadącymi na front miały długie postoje na dworcu brzeskim. Włosi za dziesięciorublówki z Piłsudskim gotowi byli sprzedać nawet armatę! Tak zaczynała się moja nowa konspiracyjna przygoda… Ale to już całkiem inna historia.

     Brześć w czasie okupacji niemieckiej to miasto straszne i groźne. Pożary i mordy polskiej ludności. Pijane watahy kozackie w czarnych burkach, podtrzymujące z trudem w czasie przejazdów przez miasto swoich zalanych w sztok esaułów. Są jeszcze jakieś oddziały krymskich Tatarów kolaborujące z Niemcami, którzy gwałcą i mordują. Wędrują bandy młodych kryminalistów z różnych sowieckich poprawczaków, które już nie istnieją, bo zostały przez Niemców rozpędzone. Banda taka, dwieście – trzysta osób, spada na miasto jak szarańcza, tnie na rynku w Brześciu żyletkami, ogałaca stragany i znika. Głód jest wielki. Niemcy zabierają Poleszukom żywność. Wywożą na front. Brześć ratuje się dzięki „skoczkom”, którzy skaczą na transporty z zaopatrzeniem dla wojska. Ryzyko zabawy w „skoczka” jest wielkie, ale ratunek to jedyny, by przeżyć. Chodzę do szkoły różnie – raz jest to szkoła rosyjska, raz – ukraińska. W końcu uciekam ze szkoły ukraińskiej i przystaję do takich „skoczków”.

            Oczywiście, Brześć to wielki teren do działań konspiracyjnych. Działa Związek Walki Zbrojnej i później Armia Krajowa, są jakieś inne jeszcze organizacje podziemne, są ukraińscy i białoruscy nacjonaliści. Nikt nikomu nie wierzy. Więzienie w Brześciu jest przepełnione. Są relacje o torturach. W okolicy mnóstwo obozów dla jeńców sowieckich traktowanych po barbarzyńsku. Codziennie moją ulicą Bema idą tragiczne pochody jeńców do pracy przy torach kolejowych. Zwykle dwóch zdrowych jeńców taszczy w środku trzeciego – tego, który już nie ma siły iść. Jeńcy robią z drzewa jakieś żałosne pajacyki, które wykonują różne fikołki na drucie, chcąc je wymienić na chleb. Ale ludność polska, i moja babcia, rzuca przez płot chleb swoim niedawnym sowieckim prześladowcom bez tych pajacyków, bo po prostu żal na nich patrzeć.

Przedstawiam kolejną rozmowę z panem Zbigniewem Adrjańskim przeprowadzoną tym razem przez panią Weronikę Gołębiowską. Wakacje trwają, niektórzy powiedzieliby jednak, że dobiegają końca, a ja tym razem zaproszę wszystkich  do Brześcia nad Bugiem, tego przedwojennego, w którym  było pięknie, czas jakby stanął w miejscu, że nie wspomnę o atmosferze, posłuchajmy, powspominajmy dajmy się ponieść czarowi Polesia: 

Weronika Gołębiowska: Pierwsza Pańska książka o Polesiu, pt. Wspomnienia z Polesia oraz inne dziwne opowieści, drukowana w odcinkach w miesięczniku „Nie z tej ziemi”, była swego rodzaju pamiętnikiem z Polesia, w którym Pańskie wspomnienia przeplatały się w różnymi opowieściami literackimi.  

Zbigniew Adrjański: Miesięcznik literacki „Nie z tej ziemi” redagował wówczas Adam Hollanek, znakomity pisarz lwowski, z którym się zresztą przyjaźniłem. Redagowałem w tym czasopiśmie kolumnę: „Opowieści nie z tej ziemi”. Wkładałem tam opowieści rodzinne – te, które zapamiętałem oraz te, które – co tu ukrywać – wymyślałem. Adam Hollanek bawił się zresztą moimi opowiastkami, sam był znakomitym twórcą tekstów fantastycznonaukowych, założycielem sławnej już wówczas „Fantastyki”. Inny natomiast lwowski pisarz, Janusz Wasylkowski, mam szczęście do Lwowiaków (uśmiech), zebrał inne moje utwory dotyczące Polesia i złożył z nich książeczkę: O batiuszce, co ptakiem latał, którą wydał w Instytucie Lwowskim w Warszawie.  

W.G.: Nie żal Panu tych rodzinnych opowieści, które nie weszły do zbioru opowiadań o Polesiu? 

Z.A.: Trochę żal, ale moje wspomnienia rodzinne to materiał na wielką sagę rodzinną, obejmującą okres co najmniej kilkudziesięciu ostatnich lat. A do książki O batiuszce… wydawca wybrał sobie tylko kilkanaście moich opowieści. I tyle!  

W.G.: Jakim miastem był przed wojną Brześć nad Bugiem? Jak Pan go wspomina? 

Z.A.: Dla mnie, małego wówczas chłopca, który nie widział przecież wielu innych miast polskich, Brześć był miastem pięknym. Prześlicznie położony, otoczony przez Bug i Muchawiec, schludny i czysty. Brześć palił się w swojej tysiącletniej historii ponad 100 razy. W ogniu płonęło i ginęło całe miasto. Za każdym razem odbudowywano je od nowa. Ostatnio został podpalony umyślnie przez Kozaków w 1918 roku, tuż przed odzyskaniem niepodległości. Po wojnie Brześć miał szerokie ulice, place, park miejski, dzielnice domów zabudowane od nowa. Wojsko, Twierdza w Brześciu, instytucje wojskowe i cywilne, odkąd Brześć nad Bugiem stał się miastem wojewódzkim, miały wielki wpływ na porządek w mieście. Być może określenie „Wenecja Wschodu” to lekka przesada, ale miasto piękniało w oczach. Polacy po 120 latach swego powrotu na tzw. Kresy Wschodnie bardzo zagospodarowali Brześć, zagospodarowali także całe Polesie bez uszczerbku dla przyrody i klimatu tego regionu. Istniał np. bardzo ciekawy, zaakceptowany przez Ligę Narodów w Genewie, plan zagospodarowania Polesia z wykorzystaniem jego naturalnych warunków przyrodniczych. Wszystko to przerwała wojna.

W.G.: A jak wspomina Pan życie artystyczne Polesia?  

Z.A.: Życie artystyczne Brześcia i Polesia to pytanie dla mnie, małego wówczas chłopca, zbyt trudne. Wiem, że w dużym stopniu rozwijał się  np. ruch teatrów amatorskich na Polesiu. Na palcach rąk i nóg nie naliczysz, ilu było sławnych śpiewaków w jednym tylko Brześciu nad Bugiem. Pani Wojtowicz, Pani Andrycz… Ale nie ta Andrycz, słynna do dziś aktorka, ale jej mama, która pięknie śpiewała na różnych wieczorkach towarzyskich. Zdzisław Salamonowicz jako młody aktor pięknie śpiewał w operetkach, które wystawiano w kinoteatrze „Świt”. Moja ciocia, siostra ojca, Władysława Owłoczyńska-Adrjańska była w Brześciu znaną śpiewaczką, chociaż pracowała w Izbie Skarbowej. Michał Sulej, organista w kościele Podwyższenia Pańskiego, prowadził różne zespoły wokalne, a po wojnie był znanym w Warszawie kompozytorem! Przychodził do niego regent chóru cerkiewnego Gradusow, który chciał pograć sobie „kamarinskoje” na organach i grał w rytmie czastuszki np. „Nikołaj dawaj zakurim”, „Nikołaj dawaj zakurim”. „Nikołaj dawaj zakurim”, „Nikołaj dawaj zakurim”. Wtedy w pobliskiej synagodze odzywał się kantor, tenor bohaterski, podobny zresztą do innego kantora z Warszawy, sławnego Mosze Kusewickiego, i śpiewał przepięknie „Wróć do Sorento”. Sam Kusewicki też przyjeżdżał do Brześcia, śpiewał dla Polaków i dla Żydów. Gromadził tłumy na swój przyjazd na dworcu w Brześciu. Jechał dorożką po ulicy Steckiewicza wśród pisków gimnazjalistek z żydowskiego gimnazjum Torbuta. Po przyjeździe do Brześcia Kusewickiego natychmiast pojawiał się Jan Kiepura – sam lub z Martą Egert. Rywalizacja pomiędzy Kusewickim a Kiepurą była „od zawsze”. Kiepura śpiewał z pomostu łączącego dworzec miejski z miastem: „Brunetki, blondynki, ja wszystkie was, dziewczynki, kochać chcę”. Damy w Brześciu farbowały sobie włosy na blond w zakładzie fryzjerskim pani Szmurło na Steckiewicza. Wariował, tradycyjnie już, pomocnik piekarski w zakładzie piekarskim pana Tarło. Ten znał na pamięć repertuar Kiepury i wydzierał się na cały Brześć: „Brunetki, blondynki, …”. Mistrz Kiepura był o te śpiewy trochę zazdrosny. „Czego on tak mordę drze” – mówił niezadowolony. Tym bardziej, że pomocnik piekarski też gromadził tłumy. Na Święto Morza w czerwcu organizowano w Brześciu, na Bugu i Muchawcu, pokazy w rodzaju karnawału weneckiego. Płynęły wieczorem różne pięknie oświetlone statki i stateczki, łodzie, tratwy, pomosty, na których wystawiano różne widowiska. Z Brześcia pochodził także Paweł Prokopieni (właściwie Paweł Prokopiuk), który został później sławnym śpiewakiem i pieśniarzem, jednym z pierwszych wykonawców „Czerwonych maków” w armii gen. Andersa. Na tzw. występy gościnne zjeżdżał często do Brześcia Teatr Wołyński z dyrektorem Aleksandrem Rodziewiczem na czele. Z Warszawy pojawiali się artyści Qui pro Quo i Morskiego Oka, którzy występowali w kinoteatrze „Świt”. Oczywiście, zjeżdżała na występy do Brześcia warszawska „Reduta”. W Brześciu działały także miejscowe teatry, tzw. amatorskie: polski, rosyjski i chyba dwa czy trzy teatry żydowskie. Pamiętam także przyjazdy cyrku Staniewskich oraz występy cyrku „Krona”.  

W.G.: Literatura o Polesiu jest raczej uboga. 

Z.A.: Raczej tak… Wileńszczyzna, Wilno jako miasto, przede wszystkim ma swoją literaturę, legendę, opisy historyczne, wspaniałe postacie filomatów i filaretów na czele zresztą z Poleszukiem, urodzonym w Zaosiu k. Nowogródka, Adamem Mickiewiczem, ma swoje sławne niegdyś Towarzystwo Szubrawców, Uniwersytet Wileński, sławnych Polaków, takich jak Józef Piłsudski. To samo dotyczy Lwowa, jego dziejów, wielkiej literatury i sztuki, a także humoru lwowskiego, który w Polsce słynie dotąd, i piosenek. Na tym tle to Polesie z Brześciem nad Bugiem to ziemia uboga. Melancholijna i smutna, jak opisuje ją Wincenty Pol w „Pieśni o ziemi naszej” lub Józef Ignacy Kraszewski, który z pobliskiej Białej Podlaskiej wybrał się na Polesie jakąś „czuhlajką” i dotarł nawet do Pińska, skąd uciekał potem przed komarami, gdzie pieprz rośnie. Potem jednak napisał rodzaj reportażu „Podróż na Polesie”, która trwała około dwóch tygodni, wyliczył tam dokładnie trudności bytowania w tej krainie. Oskar Kolberg, nasz wspaniały etnograf, który z kosturem w ręku przewędrował jak wiadomo cały kraj i zapisał 25 tomów „Pieśni ludu polskiego”, też właściwie uciekł z Polesia, a jego zbiór pieśni i folkloru z tej krainy jest nader ubogi. To prawda, mieliśmy również innych wspaniałych folklorystów i zbieraczy pieśni, wszyscy oni chętnie odwiedzali Ukrainę, Wołyń, Podole, ale Polesie omijali zazwyczaj szerokim łukiem. Folklorem Polesia zachwycił się później Adam Mickiewicz, który z kultury poleskiej wyrósł. Jego niania była Poleszuczką, prostą zresztą kobietą wiejską, która karmiła przyszłego wieszcza narodu poleskimi bajkami, legendami, wierzeniami i strachami. Dzięki niej w dużym stopniu powstała III część „Dziadów”, nie mówiąc już o „Balladach i romansach”. Ale nie przesadzajmy z tą ubogą kulturą Polesia. A Julian Ursyn Niemcewicz, który mieszkał w odległych o 7 km od Brześcia Skokach. A Maria Konopnicka, która tworzyła na Polesiu? A Eliza Orzeszkowa, Maria Rodziewiczówna (Dewajtis), Krystyna Krahelska, poetka i pieśniarka, która pozowała później Ludwice Nitchowej do rzeźby warszawskiej Syrenki nad Wisłą. Zresztą związki swoje z Polesiem i Pińskiem ma także, zmarły kilka lat temu, Ryszard Kapuściński, znany polski reporter, korespondent wojenny, pisarz. Gdyby żył, miałby już pewnie nagrodę Nobla. Ale o Polesiu napisał mało albo wcale, choć obiecywał. Kapuściński był przez pewien czas moim kolegą akademickim na Uniwersytecie Warszawskim. 

W.G.: Rozmawialiście Panowie wtedy o Polesiu? 

Z.A.: Nie, nigdy! Kapuścińskiego, absolwenta historii, ciągnęło w daleki świat, został korespondentem PAP-u. Mnie zaś ciągnęła wędrówka po polskich wsiach i miasteczkach. Z filologa słowiańskiego zrobiłem się zatem dziennikarzem tygodnika „Nowa Wieś”, reporterem i publicystą na temat wsi polskiej. 

W.G.: Jak wspomina Pan ten okres swojej pracy?  

Z.A.: Okres mojej pracy w „Nowej Wsi” trwał 15 lat i był dla mnie bardzo ważny. Wspominam go z wielkim sentymentem, wspominam moich przyjaciół i kolegów z tej redakcji oraz czytelników czasopisma. Potem był okres współpracy z Polskim Radiem – mam na myśli reportaż wiejski, kontakty z ludźmi, słuchanie polskich losów, kontakt z literaturą ludową, etnografia. To wszystko zaowocowało później w moich pracach. No i jest jeszcze ważny okres mojej współpracy z programem III Polskiego Radia.

W.G.: Ale jednak przez długie lata uchodził Pan za człowieka polskiej estrady i rozrywki, teoretyka i praktyka tego gatunku twórczości. Niewiele wiadomo o Pańskich osiągnięciach w innych dziedzinach kultury. 

Z.A.: No, trzeba by poszperać w różnych dawnych rocznikach prasowych, uzbiera się wtedy dość duży dorobek dziennikarski i literacki z tego okresu. Charakterystyczne, że jako dziennikarz odwiedzałem stale tereny nadbużańskie po tej stronie Bugu oczywiście. Pisałem o białostockich starowierach i tzw. filiponach. Odwiedzałem ich klasztor na Mazurach, interesowałem się historią polskich Tatarów. W Sokółce, Bohonikach byłem z kilkanaście razy, oczywiście interesowały mnie również szlacheckie zaścianki w tych stronach, zapomniane wsie i miasteczka, w których odnajdowałem do swoich reportaży wspaniałych ludzi. Redagowałem nawet dodatek literacki do tygodnika „Nowa Wieś” i specjalne numery tzw. „Jarmarku Sensacji” z dawnym zapomnianym folklorem Podlasia.

W.G.: Czy Pan wierzy w odrębność charakteru kresowego? Inaczej mówiąc, jaki jest Kresowianin?  

Z.A.: Dobre pytanie! Ale raczej należy zapytać, jaki był. Bo prawdziwych kresowiaków (czyli Kresowian!) dziś już nie ma. Może trochę z Kresów jest jeszcze na tzw. Wschodniej Ścianie, na Podlasiu, ale to, co było charakterem Kresowian zanika. Na przykład: wielka gościnność i serdeczność, otwarcie się na innych ludzi, duma z przynależności do wielkiej rodziny kresowej, duma z tego, że było się urzędnikiem państwowym na Kresach, czasem w jakiejś zapadłej dziurze albo też żołnierzem Korpusu Ochrony Pogranicza, albo osadnikiem wojskowym, marynarzem na Prypeci, lekarzem albo nauczycielem wiejskim. To wszystko było służbą dla kraju. Na Kresach wiele osób mieszkało z obowiązku, z poczucia patriotyzmu, bo… Ojczyzna tak chce. Są miejsca przyjemniejsze i ładniejsze na świecie niż to, gdzie mieszkam, ale ojczyzna tak chce…  

W.G.: Nie emigrowano, nie uciekano z Kresów Wschodnich?  

Z.A.: Otóż, proszę sobie wyobrazić, że nie. Nie słyszałem o takich przypadkach. Mój ojciec, Stanisław Adrjański, kiedy został delegowany z Wilna do Brześcia do pracy w Poleskiej Dyrekcji Dróg Wodnych, był człowiekiem najszczęśliwszym na świecie. Miał trudny i ogromny obszar do nadzoru – był inspektorem dróg wodnych na pięć wschodnich województw, które stanowiło ogromne terytorium wielkości Belgii, a może i Belgii z kawałkiem Holandii? Wędrował po tych zapadłych dziurach z ogromną przyjemnością. Gdzieś tam zostało Wilno ze swoimi teatrami i kawiarniami, zabytkami i kulturą, jedno z najpiękniejszych miast w Polsce. A mój ojciec wędrował po różnych Nowogródkach, Nieświeżach, Pińskach i Kobryniach. Opędzał się od komarów i pisał swoją wielka dokumentację Polesia: „Wykaz śródlądowych dróg wschodnich żeglownych i spławnych” (1936). Potem także inne podręczniki dotyczące żeglugi an drogach wodnych, był zresztą Polesiem zafascynowany, podobnie jak i resztą tzw. Kresów Wschodnich.

CDN

 

Content Protected Using Blog Protector By: PcDrome.