Subskrybuj kanał RSS bloga Okiem Jadwigi Subskrybuj kanał RSS z komentarzami do wszystkich wpisów bloga Okiem Jadwigi

Archiwum miesiąca lipiec 2011

Do szkoły podstawowej chodziłam na  ul. Elektoralną12/14. Była to Szkoła Podstawowa Nr  59, która w roku 1970 połączyła się ze Szkołą Podstawową 220, która aktualnie mieści się w „nowym budynku” tysiąclatce oddanej do użytku w roku 1960, przu ul. Jana Pawła II pod numerem 26 a .Przed II wojną światową w budynku tym  przy ul.Elektoralnej 12/14  mieścił się Szpital  Św. Ducha.   Szpital św. Ducha powstał jako przytułek dla najuboższych w 1442 roku przy kościele św. Marcina przy ul. Piwnej. Założyła go księżna Anna Holszańska. Przez wiele lat mieścił się w obrębie murów starego miasta jako jeden z punktów systemu obronnego Starej Warszawy.  Szpital w latach 1859 – 1861 funkcjonował w nowo wzniesionym budynku przy ul. Elektoralnej w miejsce manufaktury karoc i powozów Tomasza Dangla. Projekt wykonał Józef Orłowski. Szpital był budynkiem renesansowym  i pierwszym warszawskim szpitalem z wolno stojącymi pawilonami. Od tego czasu aż do II wojny światowej był jednym z najnowocześniejszych szpitali w Warszawie. 25 września 1939 został zbombardowany, a ofiarami byli zarówno pacjenci jak i personel medyczny. Ponownie został zniszczony podczas powstania warszawskiego.

Szpital miał szczęście do ludzi, przed wojna klinikę chorób wewnętrznych prowadził czeski lekarz Vilema Dusan Lambl, zaś asystentem jego był Samuel Goldflam. Vilema Dusan Lambl badał pasożyty jelitowe, które powodowały chorobę żołądka i jelitową, określił je i zostały nazwane od jego imienia Lamblia intestinalis, następnie zmieniono nazwę na giardia lamblia (Giardia od nazwiska kolejnego uczonego, który też nad nimi pracował ) teraz używane są obydwie nazwy łacińskie czyli Lamblia intestinalis i giardia lamblia, popularnie zwane są lambliaza.

Drugim wielkim człowiekiem pracującym w tym szpitalu był Samuel Goldflam, który  był  asystentem Dusana Lambla, lekarzem, znakomitym neurologiem. W 1869 roku ukończył warszawskie gimnazjum. Od 1870 do 1875 studiował na wydziale lekarskim Cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego. W 1875 uzyskał dyplom lekarza i zaczął pracę w klinice chorób wewnętrznych w Szpitalu Św. Ducha. Od 1876 do 1883 pracował jako asystent I Katedry i Kliniki Terapeutycznej Cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego.] Był ulubionym asystentem profesora, cenionym także przez studentów, ponieważ chętnie objaśniał mało zrozumiałe komentarze profesora, Lambl bardzo słabo mówił po rosyjsku, po polsku prawie wcale. Na obchodach Lambl zwykle kończył wizytę u pacjenta poleceniem „Gospodin Goldflam, zapiszytie jemu czto nibud” („Panie Goldflam, zapisz pan mu cokolwiek”). W 1878 został etatowym ordynatorem. W tym czasie przyjmował też pacjentów w bezpłatnej poliklinice przy ul. Długiej.  W roku 1882 Goldflam wyjechał do Berlina i Paryża na dalsze studia, po powrocie objął swoje stanowisku w szpitalu Lambla. W Warszawie otworzył bezpłatną poliklinikę chorób wewnętrznych i neurologicznych dla niezamożnych chorych w swoim mieszkaniu przy ul. Granicznej 10. W trzech pokojach, z pomocą kilku młodych wolontariuszy, prowadził ją na własny koszt przez prawie cztery dekady (od 1883 do 1922 r. Uczniami i współpracownikami Goldflama w jego poliklinice byli   Zygmunt Bychowski, Henryk Higier, Dine, Samuel Meyerson, Feliks Winawer, Aleksander Tumpowski,  Maurycy Urstein, Zygmunt Srebrny, Natalia Lichtenbaum Szpilfogiel i inni.  Od 1922 do 1932 był wolontariuszem na oddziale neurologicznym Szpitala na Czystem (ul. Młynarska). Był organizatorem  Warszawskiego Towarzystwa Lekarskiego, jednym z założycieli Warszawskiego Towarzystwa Neurologicznego i pierwszym jego prezesem (1921-1923), członkiem czynnym Towarzystwa Naukowego Warszawskiego (1908), członkiem honorowym Lubelskiego Towarzystwa Lekarskiego (1905), członkiem honorowym Polskiego Towarzystwa Medycyny Społecznej., współtwórcą  „Warszawskiego Czasopisma Lekarskiego. Członek komitetu redakcyjnego i gremium wydawniczego „Neurologii Polskiej” od początku wydawania w 1910 do 1917. VI tom „Neurologii Polskiej” (1922) był poświęcony Goldflamowi, z okazji jego 70. urodzin.

Wielkim przyjacielem Goldfama, a także wieloletnim współpracownikiem, i pacjentem był Edward Flatau, który uważał Goldflama za nestora polskiej neurologii. W 1929 roku pisał do Rileya, sekretarza komitetu organizacyjnego I Międzynarodowego Kongresu Neurologicznego – „jako przedstawiciel polskiego komitetu wyrażam swoje zdziwienie i żal, że żaden z wiceprezydentów kongresu, ani żaden z honorowych członków … nie jest z Polski. Polscy neurolodzy nie ustawali w swoich wysiłkach dla nauki w czasie wszystkich lat zależności politycznej a ich praca zintensyfikowała się od czasu uzyskania niezależności … Nie widzę powodu, żeby wymieniać wszystkich ważnych dla nauki, ale nie mogę pominąć nestora polskiej neurologii – S. Goldflama, twórcę miastenii, który także nie został uwzględniony.”  Goldflam nie założył rodziny. Był wielkim społecznikiem , współpracował z Januszem Korczakiem, a w latach 1906-1926 był współzałożycielem i dyrektorem Kliniki dla Nerwowo i Psychicznie Chorych „Zofiówka” w Otwocku. Był też współzałożycielem Towarzystwa Przyjaciół Dzieci. Aby pokazać pełen obraz tego niezwyczajnego człowieka należy wspomnieć również, że był wielkim mecenasem sztuki. Był znawcą muzyki klasycznej Wagnera i Beethovena, stałym bywalcem Filharmonii Warszawskiej.

„(…) był jednym z najlepszych znawców i miłośników Beethovena. Nie zabrakło go nigdy na żadnym koncercie symfonicznym w Warszawskiej Filharmonii. W końcowych rzędach parteru, tuż przy przejściu, z daleka widoczna była charakterystyczna głowa Goldflama, który z przymkniętymi powiekami chłonął piękno muzyki. Wielu wybitnych artystów pierwsze swe kroki na niwie malarstwa, rzeźby i muzyki jemu zawdzięcza. W swoim prywatnym gabinecie przy ul. Granicznej 10 w Warszawie, otoczony pięknymi rzeźbami i cennymi obrazami, wśród stosu książek, pozostawiał Goldflam niezatarte wrażenie na każdym, kto miał zaszczyt zetknąć się z nim bliżej”.

Goldflam należał do Żydowskiego Towarzystwa Krzewienia Sztuk Pięknych, którego był jednym z założycieli. Pomagał w karierze wielu artystów, m.in. Artura Rubinsteina, który w swoich wspomnieniach opisał go kilkukrotnie. Rubinstein wspominał: „Jego ogromna biblioteka i rodzaj książek jakie się w niej znajdowały, świadczyły, że doktor Goldflam to człowiek wszechstronnie oczytany. Rozmowa z nim była nad wyraz interesująca. Poruszaliśmy wszystkie możliwe tematy, ciesząc się, ilekroć znajdowaliśmy kwestie do dyskusji”. W 1900 roku Goldflam napisał list polecający do Emanuela Mendla dla Władysława Reymonta, który cierpiał na neurastenię pourazową po wypadku kolejowym. Swoją kolekcję obrazów  przekazał Uniwersytetowi Hebrajskiemu wraz z biblioteką, natomiast pianino Mignon i zbiór nut zapisał Państwowemu Konserwatorium Muzycznemu w Warszawie. W dorobku naukowym Goldflama znajduje się sto prac naukowych a najlepiej znanymi są prace na temat miastenii i chromania przestankowego.

A wracając do Szpitala Św. Ducha i jego wybitnych pracowników, to w 1881 r. kierownikiem pracowni chemiczno-bakteriologicznej oraz ordynatorem oddziału chorób wewnętrznych Szpitala św. Ducha, został Leon Nencki. Leon Piotr Nencki urodził się w roku 1848  w Boczkach, na ziemi sieradzkiej, lekarz, chemik, bakteriolog i propagator higieny społecznej. Ojciec był prawnikiem właścicielem Sikucina, Kobyli Miejskiej, Boczek i Bruss.Leon Nencki uczył się w Rządowym Gimnazjum w Piotrkowie Trybunalskim, a następnie w Gimnazjum Filologicznym w Kaliszu, w 1866 r  uzyskał maturę. Tego samego roku wstąpił na Wydział Lekarski Szkoły Głównej w  Warszawie. W 1872 roku wyjechał na uniwersytet w Bernie, gdzie złożył egzaminy lekarskie. W swojej pracy doktorskiej Ueber das Verhalten einiger aromatischer Verbinungen im Thierkőrper, której promotorem był  jego brat Marceli Nencki. Po otrzymaniu doktoratu, między uzupełniał swe wykształcenie na uniwersytetach w Wiedniu, Paryżu i Londynie, powrócił do Warszawy w roku 1877, gdzie  po nostryfikacji dyplomu podjął praktykę lekarską. W  1881 r. został mianowany kierownikiem pracowni chemiczno-bakteriologicznej w Szpitalu Św. Ducha w Warszawie, a następnie ordynatorem oddziału chorób wewnętrznych tamże. Interesował się polepszeniem warunków higieny szpitali i mieszkań. Przedstawiał na posiedzeniach czasopisma Przegląd Techniczny najnowocześniejsze przyrządy do  dezynfekcji. Od roku  185 r.. był współredaktorem i współwłaścicielem Gazety Lekarskiej. W 1895 r. został mianowany honorowym członkiem Międzynarodowego Towarzystwa Higienicznego z siedzibą w Brukseli. Opublikował około 60 prac naukowych w różnych czasopismach polskich i zagranicznych. Nie założył rodziny. Zmarł nagle,  22 maja 1904 roku  w Warszawie w wieku 55 lat, 3 lata po śmierci swego brata Marcelego. Został pochowany na Cmentarzu ewangelicko reformowanym w Warszawie. Uważam, że te trzy nazwiska ludzi wybitnych powinny być znane nam wszystkim, dlatego wspominam o nich.

Nie do wiary, że wszyscy oni pracowali w tym samym Szpitalu Św. Ducha, w budynku w którym wiele lat później przyszło mi pobierać nauki w ramach szkoły podstawowej? Jak można było się uczyć w tej szkole nie odnosząc sukcesów w nauce? No odpowiedzcie?  jak?   W szkole podstawowej nr 220 poznałam Renię, która chodziła do tej właśnie szkoły od pierwszej klasy to znaczy od roku 1952, natomiast ja rozpoczęłam naukę w roku 1954, ze względu na przeprowadzkę z ul. Wolskiej 42  na ul.Swierczewskiego 113.  Siedziałyśmy razem w jednej ławce, moja przyjaciółka,Renia od lat mieszka w Indonezji na wyspie Jawa. Nasza przyjaźń przetrwała już pięćdziesiąt osiem lat. Jak mocne więzy połączyły nas, na dobre i na złe które utrwaliły naszą przyjaźń pomimo odległości siedemnastu tysięcy kilometrów, bo  choć Renia jest daleko ode mnie kontakt z nią trwa i ciągle wydaje się nam, że to było tak niedawno, dopiero rozstałyśmy się a od naszego ostatniego spotkania  minęło już sześć lat. Renia zawsze pomagała wszystkim polskim zawodnikom badmintona, którzy jeździli do centrum szkoleniowego w  Jakarcie, szkolić swoje umiejętności w tej trudnejdyscyplinie olimpijskiej. A ja jako Prezes Polskiego Związku Badmintona byłam spokojna, o opiekę nad moimi najlepszymi zawodnikami.( Katarzyna Krasowska olimpijka, Dariusz Zięba, jeden z najlepszych technicznie wyszkolonych  polskich zawodników).  Do naszej klasy VII a, chodziłyśmy wraz z następującymi koleżankami i kolegami (wymieniam ich nazwiska z pamięci oraz oczywiście wg listy z naszego dziennika szkolnego: Anna Dmowska, Hanna Łuszcz, Renata Gawlińska, Józef Gołubowicz, Ewa Graj,  Ryszard Grossman, Wanda Morawska, Jadwiga Mazanek, Zofia (Karina) Tabor. Nauczycielką wychowawczynią była pani Rogalowa (niestety imienia nie pamiętam), natomiast pani Boduchowa uczyła nas biologii i geografii. Niestety nie pamiętam nazwisk pozostałych nauczycieli ani też dyrektora szkoły. VII klasę ukończyliśmy w roku 1959.

W naszej szkole pracowali świetni przedwojenni nauczyciele, dla których słowa miały ogromne znaczenie a szczególnie te najwartościowsze, ojczyzna, przyjaźń, szacunek dla drugiej osoby, umiejętność porozumienia w najtrudniejszych momentach. Pamiętam jak dziś naszą matematyczkę, starszą panią, która była jednocześnie wychowawcą klasy. Ile trudnych godzin spędziła z nami tłumacząc najtrudniejsze dla nas i czasami abstrakcyjne tematy związane z życiem w dorosłym świecie. Nasze kontakty koleżeńskie z lat „podstawówki” trwają do dzisiaj, sama się czasami zastanawiam jak to możliwe? Tyle lat minęło, moje koleżanki rozsypały się po świecie, Beata, Renata, Karina, Ala, Wanda, Rysiek,  a nasze kontakty są jeszcze silniejsze. Dlaczego? Może fakt dobrych duchów mądrych ludzi, którzy w tych samych murach ratowali innych miał wpływ na nas? Może tak, może nie… ale wierząc w to, że  tak wybitne duchy, po salach naszych się przemieszczały… wszystko jest możliwe, to genius loci tego miejsca. Ale wracając do Szpitala… i jego historii podczas II wojny światowej.

W czasie wojny dr Czubalski, ówczesny dyrektor szpitala, zorganizował oddział urologiczny. Będąc dyrektorem szpitala Św. Ducha (który został przeniesiony na teren Szpitala Ujazdowskiego), ewakuował go z płonącej stolicy w dniu 15 sierpnia 1944 do Konstancina pod Warszawą, wynosząc osobiście chorych niezdolnych do poruszania się o własnych siłach. Jesienią 1946 roku wraz z oddziałem urologicznym powrócił do Warszawy, gdzie szpital Św. Ducha zajął pomieszczenie po szpitalu Starozakonnym na Czystem. Szpital św. Ducha został przemianowany na Szpital Miejski nr 1. Na dziedzińcu szpitalnym położono tablicę o następującej treści:

Ufundowany w XV wieku przez księżną Annę Mazowiecką Szpital pod wezwaniem św. Ducha, z istniejących szpitali warszawskich, był najstarszy i miał kolejno swoje siedziby przy ulicach: Piwnej, Przyrynek, Konwiktorskiej, od 1861 przy Elektoralnej 12, gdzie barbarzyńsko został zniszczony dnia 25 IX 1939 roku podczas oblężenia Warszawy. W roku 1946 przeniesiony z Konstancina do Warszawy i odbudowany tu na terenie dawnego Szpitala Żydowskiego.

Szpital wielokrotnie przenoszono: najpierw znajdował się przy ul. Piwnej, potem na Przyrynku, ul. Konwiktorskiej i ul. Elektoralnej, ostatecznie, w 1946 r. szpital został przeniesiony do budynków przy ul. Dworskiej  na terenie szpitala Wolskiego przy ul. Młynarskiej (Szpital Zakaźny nr 1). Po wojnie w roku 1953, budynek przy ul. Elektoralnej 12  został odbudowany  z przeznaczeniem na Dom Kultury. Najpierw znajdowały się w nim Związki Zawodowe, później Warszawski Ośrodek Kultury. W latach 1950 – 1960  Szkoła Podstawowa, w której właśnie pobierałam nauki.

Obecnie znajduje się tu Zespół Szkół Specjalnych, zaś Szkoła Podstawowa nr 220 została przeniesiona do Szkoły Tysiąclecia przy ul. Jana Pawła II nr 26 a ,za Halą Mirowską. Ciekawostką też jest, że moja wnuczka rozpoczynała swoją edukację również w tej szkole ale 59 lat później, ot perpetuum mobile!  Tyle historii o mojej a właściwie naszej Szkole Podstawowej nr 220, oraz związanej z nią historii Szpitala św. Ducha, w którym pracowały wybitne osoby, lekarze, o których nie bardzo wiemy a tym bardziej o nich nie pamiętamy. Przywołałam je dzisiaj w moich wspomnieniach ponieważ czas jest uroczysty i okres świętowania Powstania Warszawskiego, a szpital odegrał w tamtych latach swoją bohaterską rolę!

Życzę wszystkim dobrej pogody może w końcu bez deszczu!

Wasza Jadwiga

podaje link do SP nr 220 w Warszawie przy ul. Jana Pawła II nr 26 a

http://www.sp220.pl/

Muranów

Po opublikowaniu moich wspomnień o ul. Młynarskiej, Wolskiej, Lesznie Świerczewskiego i Solidarności napisał do mnie mój szkolny kolega Mirek. Razem chodziliśmy do Liceum przy  ul. Smoczej 6. Jego list załączam w całości:

Jadziu,

Wywołany przez Ciebie na blogu temat Leszno i okolice nastroił mnie wspomnieniowo. Kiedy spytano starszą panią, co jej się podobało w komunizmie, odpowiedziała „to, że byłam młoda”. Ja też tak sobie myślę, że gdyby mnie ktoś spytał, dlaczego kocham Muranów, powiedziałbym „to dzielnica mojej młodości”. To oczywiście najprawdziwsza prawda, ale nie cała. Nie ma obowiązku miłowania dzielnicy młodości. Gdy się zastanawiam po latach, co mi tak się podobało na tym Muranowie, to odpowiedź narzuca się sama – genius loci tego miejsca, ten specyficzny klimat związany, np. z jego skalą, tam wszystko było w zasięgu ręki: szkoła, kościół, sklep, czytelnia, biblioteka, księgarnia, koledzy, podwórka, na których latem grało się w piłkę, a zimą jeździło na łyżwach. Z tą skalą Muranowa wiąże się bardzo ważny fakt, a mianowicie wysokość domów mieszkalnych, na ogół były to domy czteropiętrowe lub niewiele wyższe. Domy te miały podwórka, na których bawiły się dzieci i dokazywała młodzież. Ta skala osiedla to pierwsza refleksja kogoś, kto od czterdziestu lat mieszka w osiedlu molochu, pełnym wysokościowców, z przestrzeniami zamiast podwórek, z jakąś dziwną pustką zamiast atmosfery integrującej mieszkańców. I tu kolejna specyfika Muranowa: więzi sąsiedzkie czy szerzej, jak mówią socjologowie więzi społeczne. W tych stosunkowo niewielkich domach, piszę to z perspektywy ulicy Nowolipki, na której mieszkałem przez lat dwadzieścia, wszyscy się znali, rozmawiali ze sobą, pomagali, jak było potrzeba, a do najbliższych sąsiadów zwracało się ciociu i wujku. I znów porównanie, mieszkam w wielkim bloku od czterdziestu lat i nie mam pojęcia, kto mieszka obok. Nigdy nie byłem u nikogo „z wizytą” i nawet nie czuję się z tego powodu nieszczęśliwy. Czasami się zastanawiam, odwiedzając mamę na Muranowie, czy to moje dobre samopoczucie nie wynika z układu przestrzennego, całej tej urbanistyki osiedla, które tworzy zwartą część miasta zamiast rozrzuconych, niemających niczego wspólnego bloków. Czy to nie zwarte kwartały dzielnic stanowią ten urok Odessy, Lwowa, Krakowa, Pragi, Wiednia, Budapesztu, Lubliany? Chociaż ten cały komunizm nie był specjalnie ludzki, szczególnie dla tych, którzy nie wykazywali dość entuzjazmu, to Muranów był, jak mi się wydaje skrojony „na ludzką skalę”. Zresztą to socrealistyczne budownictwo ma swoją estetykę i było kiedyś symbolem przyzwoicie wykonanej pracy, co i dziś widać na wyremontowanym MDM-ie. Byłem niedawno w Nowej Hucie i mogłem podziwiać zwartość i logikę przestrzenną tej dzielnicy – robi wrażenie. Zresztą cały rozmach tego budownictwa i organizację przestrzeni najlepiej widać w Mińsku Białoruskim. Wracając do mojego Muranowa sprzed lat, to moją najbliższą przestrzeń tworzyły ulice Nowolipki, Nowolipie, Smocza, Dzielna, Żelazna, Świerczewskiego. Na Nowolipkach mieszkałem przy kościele św. Augustyna pod numerem dwudziestym drugim. Najbardziej utkwił mi w pamięci tzw. „cud na Nowolipkach”. Któregoś wieczoru sąsiadka, czyli ciocia, przyniosła sensacyjną wiadomość, że wieża kościoła się świeci i widać Matkę Boską. Rzuciliśmy się na balkon, rzeczywiście wieża się świeciła, a przy odrobinie wyobraźni można było dostrzec nawet i Matkę Boską. Wkrótce wieść o cudzie obiegła Warszawę, a potem i całą Polskę, i zaczęły się pielgrzymki, modły, śpiewy. W pewnym momencie przestało to być zabawne, gdyż tłumy blokowały wieczorem dostęp do domu. Po jakimś czasie tzw. milicja obywatelska próbowała jakoś to opanować, zamknęli ulicę, pamiętam, że ciągle musiałem pokazywać legitymację szkolną, żeby dostać się do domu. Podobno skorzystali na cudzie kieszonkowcy, a jakiś pijak mamrotał „nie ma cudów, to musi być cud”. Po jakimś czasie więżę pomalowano czarną farbą i cud się zakończył ku zmartwieniu kieszonkowców i uldze mieszkańców. Przed wojną Nowolipki rozsławiła Pola Gojawiczyńska, swoją książką „Dziewczęta z Nowolipek” po wojnie cud. Teren wokół kościoła był dobrym miejscem zabaw, jak również idealnym miejscem do strzelania z klucza. Na Nowolipie biegałem przez rok do drugiej klasy podstawówki, gdyż nasza szkoła, późniejszy nasz Traugutt, była jeszcze w budowie i do nowej szkoły na Smoczą poszedłem do trzeciej klasy podstawówki i „wyszedłem” po maturze. Kierownikiem szkoły na Nowolipiu był pan Sergiusz Miecielica, który potem uczył jęz. rosyjskiego na Smoczej. Miejscem, które często odwiedzałem była księgarnia na rogu wtedy Marchlewskiego i Świerczewskiego, była duża, dobrze zaopatrzona i kupowałem tam również książki naukowe. Kupiłem tam kiedyś dla tzw. jaj kilkanaście tomów dzieł Stalina, bodaj po złotówce za tom. Dziś to ozdoba kolekcji kiczu razem z Czapajewem i Rasskazami o Leninie. Zresztą „klasycy” byli w tamtych czasach w obfitości w każdej księgarni. Kolejne „kultowe” miejsce to biblioteka i czytelnia na rogu Świerczewskiego i Żelaznej. Od Nowolipia schodziło się schodami z kwadratową fontanną i czterema żabkami na każdym rogu fontanny. Dwie z tych Żabek są w minimarkecie na miejscu fontanny, co z pozostałymi dwoma – nie wiadomo. Kończę, bo można by tak pisać i pisać. Chyba jest racja w stwierdzeniu, że stara miłość nie rdzewieje. Moja miłość do Muranowa trwa.

Pozdrowienia

Mirek”

PS. Podobno jest jakieś Towarzystwo Miłośników Muranowa założone przez rodowitą krakowiankę.

Co więcej można dowiedzieć się o ulicy Nowolipki?  Powstała ona w roku, 1624 jako droga biegnąca od ulicy Nalewek –obecnie Bohaterów Getta, na gruntach posiadłości brygidek zwanych wówczas Nowe Lipie. Ponieważ powstała, jako droga narolna, była słabo zabudowana, a jeżeli to domy były drewniane, zaś otaczały je ogrody i nieoficjalnie nazywano ją Ogrodniki. Nazwa Nowolipki została oficjalnie zatwierdzona w roku 1770, wtedy Nowolipki zostały uregulowane i przedłużono je aż do ul. Wolność. W roku 1770 u zbiegu ulic znajdował się magazyn karowy, czyli remiza wozów wywożących nieczystości projektu St. Zawadzkiego lub Jakuba Fontany. Na ul. Nowolipie 7 pobudowany pałac Konstancji Hilzenowej – żony wojewody mińskiego Jana Augustyna Hylzena, a po roku 1784 wzniesiono też pałacyk Jana Poltza- późniejszym właścicielem został Stanisław Sołtyk. W okresie Królestwa Kongresowego początkowy odcinek ul. Nowolipie uzyskał reprezentacyjny charakter późno klasycystyczny, magazyn karowy przebudowano na koszary Gwardii Artylerii Konnej, a po roku 1795 pałac Hilzenów przeszedł na własność ministra spraw wewnętrznych Księstwa Warszawskiego Tadeusza Mostowskiego. Rok 1824 to kolejna przebudowa Pałacu Mostowskiego przez Antonio Corazziego (posiada on w Warszawie swoją ulicę, która mieści się na tyłach srebrnego wieżowca łącząc go z ul. Bielańską).Pałac Mostowskiego został przebudowany na siedzibę Komisji Spraw Wewnętrznych i Duchowych. W roku 1835 na terenie dawnego magazynu karowego i koszar Gwardii Artylerii Konnej znajdował się IV Oddział Straży Ogniowej. W roku 1840-43 pod numerem 11/15 powstał gmach II Gimnazjum Miejskiego mieszczący też Instytut Szlachecki (przeniesiony później na ul. Wiejską). Pałacyk Sołtyka mieścił w tym czasie Dyrekcję Ubezpieczeń i Oszczędności, później mieścił się tam meczet (po roku 1860), a w 1868 r wydawnictwo i drukarnię Józefa Ungra z redakcjami takich tytułów jak Tygodnik Ilustrowany i Wędrowiec. O ile o Wędrowcu nie znalazłam jeszcze fascynujących informacji, to Tygodnik Ilustrowany jest ze wszech miar wart opisania, gdyż publikowali w nim swoja twórczość tacy autorzy jak: Henryk Sienkiewicz, Maria Konopnicka, Władysław Reymont, że wymienię tylko tych najsławniejszych, zaś redaktorem naczelnym był Wojciech Grochowski, późniejszy założyciel pierwszego w Warszawie Technikum – Kolejowego mającego swoją siedzibę w tym samym miejscu do dnia dzisiejszego (najpierw ul. Very Kostrzewy, obecnie Bohaterów Warszawy). Wojciechowi Grochowskiemu z racji Jego zasług dla Warszawy należy się oddzielny wpis, który zostanie przeze mnie przygotowany po zebraniu większej ilości materiałów.

W 1860 r pojawiły się na ul. Nowolipki latarnie gazowe, zaś w 1863 roku przedłużono ul. Karmelicką do ul. Nowolipki. W latach późniejszych powstało wiele kamienic, ale miały one przeznaczenie raczej spekulacyjne a wygląd tandetny. Domy stawiane przy ul. Nowolipki miały wygląd lepszy, ale mieszkania za fasadami tych domów były w dalszym ciągu ciasne i małe zasiedlone głównie przez uboga ludność żydowską.  Dopiero na przełomie wieków XIX i XX zaczęto budować kamienice w stylu neogotyckim, które wybijały się swoja urodą ponad przeciętność. I tak u zbiegu ul. Smoczej 51 powstała taka kamienica dla Eugeniusza Torzewskiego z fasadą z czerwonej cegły z narożną wieżyczką nakryta hełmem. Podobne kamienice mieściły się pod numerami 41 i 43, które oprócz ornamentyki późnobarokowej posiadały znaczne partie obłożone licową cegłą, w kolorach białym i żółtym.

Tyle dzisiaj o ul. Nowolipki, o kościele Św. Augustyna i cudach na Nowolipkach napiszę w kolejnym poście.

Życzę wszystkim dobrego kolejnego wakacyjnego tygodnia ze znacznie lepszą pogodą

Wasza Jadwiga

Do napisania tego postu sprowokowały mnie wypowiedzi czterdziestolatek na jednym z blogów, który systematycznie odwiedzam. Być może odpowiedzią na utyskiwania młodych kobiet zresztą „luksusowo biednych” będzie ostatnio przeczytana przeze mnie książka Stephanie Dolgoff pt.: „Przypadki 40-latki” z podtytułem „Moje życie (tuż) po drugiej stronie młodości” wydanej przez Wydawnictwo „Mirador” w roku 2011.

Wiem, wiem moją czterdziestkę jakiś czas temu skończyłam i mogę powiedzieć, że po drugiej stronie młodości tkwię od dawna, faceci już dawno na mój widok lubieżnie nie gwiżdżą, a producenci kremów przeciwzmarszczkowych kierują coraz więcej reklam dla mojej kategorii wiekowej zamiast reklam pięknych i najmodniejszych dżinsów w rozmiarze ileś tam!  Zdałam sobie sprawę, że dawno, ale to już dawno przekroczyłam tę cienką niewidzialną linię kobiety dawniej! (Dawniej ważyłam o 20 kg mniej, a dziś? Dawniej mój tyłek wzbudzał zachwyt a dziś? Dawniej nosiłam szpilki na 12 cm obcasie, dzisiaj wolę wygodne sandałki. Dawniej potrafiłam się głodzić, aby zadać szyku w nowej super obcisłej spódniczce).

Autorka tę cienką niewidzialna linię, gdzie nie jest już tą młodą dziewczyną, którą była Dawniej właśnie przekroczyła. Za sobą ma szalone lata, ale nie weszła jeszcze w fazę i terytorium uderzeń gorąca. Przypadki 40-latki to szalone i mądre obserwacje Dolgoff na temat okresu przejściowego. Pokazują, że stawanie się kobietą kategorii „Dawniej” (dawniej byłam laską w spódniczce mini, kurteczce skórzanej, pełen rock and roll) ma ogromne znaczenie, jeśli się na nie zwróci uwagę i jest niesamowicie śmieszne, nawet, jeśli się tego nie chce. Od mody po przyjaźnie, piękno, postrzeganie własnego ciała, seks małżeński i poszukiwanie partnera, po macierzyństwo i opiekę nad rodzicami – Dolgoff odkrywa pozytywne strony bycia starszą niż lat dwadzieścia kilka, mimo, że pewne rzeczy, które kiedyś wydawały się tak strasznie w życiu ważne, muszą podzielić los kaset magnetofonowych. Ta szalenie śmieszna, zabawna i inspirująca książka, udawania, że kiedy pozwolisz sobie na śmiech z tego, co odchodzi, życie stanie się bogatsze, radośniejsze i bardziej satysfakcjonujące. Bo czyż stawanie się starszą nie oznacza, że stajesz się lepszą?

Dlatego choć okres czterdziestolatki mam już od jakiegoś chyba dłuższego czasu za sobą sięgnęłam po tę zabawną książkę, która wzbudziła tak wiele wspomnień, które miały miejsce, gdy byłam sama kobietą kategorii Dawniej, walcząca z tymi samymi problemami, dążąca do coraz nowych wyzwań, które później okazały się wcale nie najważniejsze, do posiadania coraz to nowych rzeczy typu kolejne nowe buty, spódnica, bluzka, aby później dojść do wniosku, że posiadanie nie jest ważne, ważnym stały się zupełnie inne rzeczy. A czy teraz młode kobiety biegnące przez życie za tym, co da im szczęście czasami nie wpadają w takie same pułapki jak ja, gdy byłam kobietą Dawniej? Czy kolejne wysokie stanowisko, kolejna wygrana sprawa, kolejny większy przypływ gotówki, kolejne większe zeznanie podatkowe, kolejny narzeczony, kolejny ekscytujący wyjazd za granicę, kolejny ekscytujący wyjazd integracyjny to jest właśnie to, do czego zmierzamy, o czym marzymy? Warto się już dziś nad tym zastanowić, aby za kolejne dwadzieścia lat nie stwierdzić, że biegłyśmy niepotrzebnie, bo to, co miałyśmy nam w rzeczywistości zupełnie wystarczało, a tak straciłyśmy kilkanaście lat w pogoni za niczym….  Posłuchajcie czy nie tak samo myśleliście kiedyś:

„..Któregoś ranka, kiedy stałam w samej bieliźnie przed szafą bijąc się z myślami, co by tu na siebie włożyć, podczas gdy moje dzieci były coraz bardziej spóźnione do szkoły, doznałam olśnienia. Nie mam pojęcia, dlaczego tej podstawowej prawdzie zajęło tyle lat, zanim przeniknęła przez moją grubą czaszkę… Ale taka jestem szczęśliwa, że w końcu jestem w posiadaniu tej wiedzy, że po prostu muszę się nią z wami podzielić, na wszelki wypadek, gdybyście jeszcze nie słyszały tej dobrej nowiny. Gotowe? Lepiej usiądźcie. To duża rzecz. To zadaniem ubrania jest pasować na ciebie.

Nie jest twoim zadaniem wpasowywanie się w ubranie.

Co więcej, tak było zawsze, ale jakoś nikomu się nie chciało mi o tym powiedzieć, choć zużywałam nieproporcjonalną ilość mego mentalnego kapitału, by wykombinować, w jaki sposób stać się mniejsza. Tak, oczywiście, że byłam świadoma tego, iż ubrania produkowane są w różnych rozmiarach, co mogło sugerować, że pewne zróżnicowanie w wielkości ciał jest akceptowane, a nawet normalne. A jednak jak wiele młodych kobiet, działałam w fałszywym mniemaniu, iż mam sobie tylko przypisany rozmiar, który był zwykle mniej więcej o dwa numery mniejszy niż moje ciało. Moim pełnoetatowym zadaniem było zaś postarać się, by to ciało pasowało do „mojego” rozmiaru. Nawet nie chcecie wiedzieć, co robiłam, usiłując ten cel osiągnąć. A przez cały ten czas mogłam po prostu kupować większe ciuchy. Pewnie, że nie wyglądałabym w nich tak szczupło, jak mogłabym wyglądać, gdybym kiedyś nosiła mój wyimaginowany rozmiar, którego i tak nigdy nie osiągnęłam. Skoro jednak jestem „jakimś” rozmiarem, a nie mogę latać na golasa, to czy nie powinnam nosić najładniejszych ubrań, jakie znajdę, które pasują na moje prawdziwe ciało? Oczywiście, że odpowiedź brzmi „tak”! Ale znam je dopiero teraz, kiedy jestem Dawniej i nie działam zgodnie z wcześniejszymi okrutnymi założeniami. Nie kupuję już rzeczy, co, do których mam nadzieję, że kiedyś w nie wejdę. Ten dzień to dzień dzisiejszy. Czas to czas obecny. Byłam już szczupła i nieszczęśliwa, oraz grubsza i szczęśliwa. Sama sobie wielokrotnie udowodniłam, że jedno nie ma zbyt wiele wspólnego z drugim, pomimo tych wszystkich reklam, które głoszą: „Straciłam na wadze i teraz mój mąż mnie kocha”, a które widzisz na wszystkich produktach dietetycznych. Noszę ubrania, które na mnie pasują, cholera. I czuje się w nich, no cóż, jakbym znowu mogła oddychać…”

Przytoczyłam tutaj urywek książki, gdyż nie mogłam przepisać całej książki, gdyż jest ona właśnie w tym stylu napisane, poruszając różne tematy takie jak sex przed małżeński a później małżeński. Jest też wiele innych, a każdy z nich jest zakończony pointą dotyczącą rozpatrywanego tematu. Polecam te książką wszystkim czterdziestolatkom, kobietom określanym mianem Dawniej, bo jeżeli dopadają ciebie stresy to wiedz, że dotyczy to nie tylko ciebie, ale wszystkich kobiet, które dawniej były laskami a teraz są mamusiami, żonami i szefowymi różnych działów czy firm. Polecam!

Książka znakomita na wakacje!

Wasza Jadwiga

Content Protected Using Blog Protector By: PcDrome.