Subskrybuj kanał RSS bloga Okiem Jadwigi Subskrybuj kanał RSS z komentarzami do wszystkich wpisów bloga Okiem Jadwigi

Archiwum kategorii ‘Przepisy kulinarne’

przetwory domowe sałatka ogórkowa, dżemy winogronowy, brzoskwiniowy, Trwa sezon ogórkowy. Dzisiaj podam przepisy na ogórki małosolne, które w mojej rodzinie cieszą się wielkim powodzeniem a także na dwie sałatki z ogórkami w roli głównej.  

Ogórki małosolne

 Składniki

 2 kg ogórków „kiszeniaków”,3 litry gotowanej wody wrzącej, 2 łyżki soli, 3 ząbki czosnku, koper do kiszenia ogórków, korzeń chrzanu, 1-2 liście wiśni (ale jak nie ma to nie szkodzi) 

Wykonanie: ogórki myjemy, układamy w glinianym garnku a jak nie ma garnka  to w słoju, wrzucamy czosnek, może być nie obrany, wkładamy chrzan, listki wiśni,. Do dzbanka wlewamy przegotowana wodę (wrzątek) dodajemy 2 łyżki soli, mieszamy aby sól się rozpuściła i zalewamy nasze ogóreczki, dociskamy kamieniem, lub zakręcamy słój zakrętką. Odstawiamy w miejsce ciepłe aby ogórki szybko się zakisiły (po trzech dniach sprawdzamy stan ukiszenia). Przy temperaturach jakie ostatnio panowały w Polsce ogórki małosolne dobre są do spożycia już na  drugi dzień, natomiast gdy jest chłodniej muszą postać dłużej.  Tak samo przygotowuję ogórki kiszone na zimę, kto lubi może dodać gorczycy troszeczkę, i ziele angielskie, jednak dla mnie smak kiszonych ogórków zawsze związany jest z koprem i czosnkiem oraz chrzanem.  

Sałatka ogórkowa wg przepisu cioci Joli  

Składniki

4 kg  świeżych ogórków umyć i pokroić w plastry razem ze skórką, 0,5 kg cebuli obrać i pokroić w talarki, 0,25 kg marchwi obrać i pokroić w paseczki, 0,25 kg pietruszki z natką obrać i pokroić w paseczki, 1 główka czosnku, 1 szklanka octu 10%, 1 szklanka oleju z pestek winogron, 2 płaskie łyżeczki soli, 1 szklanka cukru 

Przygotowane składniki wrzucić do miski i razem wymieszać dokładnie. Sałatkę włożyć do słoików wymytych i wyparzonych (jeżeli myjemy w zmywarce to już proces parzenia możemy pominąć). Do każdego słoika wrzucamy 4 ziarenka pieprzu, 2 ziarenka ziela angielskiego, pozakręcać ale nie do końca ( dokręcimy po pasteryzowaniu). Pasteryzujemy w garnku z woda przez 30 minut. Po tym czasie dokręcamy zakrętki, stawiamy na ściereczce „do góry dnem”. Przyklejamy opis tak byśmy w zimie łatwo rozpoznały co znajduje się w słoiku i jaka była data  wyprodukowania tego właśnie specjału.  Wszystkim , którzy przygotowują przetwory życzę udanych prac oraz znakomitego smaku ich wyrobów. Nie ma to jak własny śliwki w occie i piękna miętadżem czy też sałatka przyniesiona z piwnicy w chłodny zimowy dzień, kiedy wszyscy oczekujemy na słonko, na dłuższe dni i tęsknimy do lata.

Będąc dzisiaj na targu znalazłam piękny świeży czosnek, który na straganie wyglądał raczej mało zachęcająco. Jednak właścicielka namówiła mnie na zakup i miała rację, po obraniu ukazały się świeże piękne ząbki. Proponuję wszystkim przygotowanie czosnku marynowanego wg przepisu cioci Joli.  

Czosnek marynowany   

1 kg dużego świeżego czosnku – obrać, Zalewa: 200 ml wody (niepełna szklanka), 200 ml octu 10% (niepełna szklanka), 1 duża łyżka soli, 2 łyżeczki cukru, 2 ziarenka pieprzu, 5 ziarenek ziela angielskiego, 3 listki laurowe, szczypta cynamonu pół małej łyżeczki.

 Wykonanie:  ząbki czosnku sparzyć na sitku osolonym wrzątkiem, odcedzić, włożyć natychmiast do zimnej wody.

Zalewa : wszystkie podane w przepisie składniki gotujemy z woda i octem, studzimy. Czosnek wkładamy do słoiczków i zalewamy ostudzona zalewą, zakręcamy słoiki. Tak przygotowany czosnek nie psuje się, ma specyficzny smak i kolor. Podajemy do wędlin na talerzyku skropiony oliwą.  

Sałatka szwedzka wg przepisu babci Dziuni  

2 kg ogórków, 0,25 kg marchwi, 0,25 kg cebuli, garść natki pietruszki posiekanej, 20 dkg cukru, 0,5 szklanki oliwy, 0,5 szklanki octu 10%, 2 łyżki soli, liść laurowy, ziele angielskie, goździki.  

Wykonanie: ogórki myjemy i kroimy w plasterki, cebula i marchew obieramy i kroimy w plasterki.  Wszystkie składniki mieszamy w misce. Czekamy aż sałatka puści sok. Wkładamy do słoików, zakręcamy zakrętki i gotujemy w garnku w wodzie 5-10 minut. Sałatka gotowa, ja jeszcze wyjmuję i stawiam słoiki do góry dnem, ale proszę uważać, gdyż są gorące.   

Likier mleczny,  bajkowy!  

nalewki Wszyscy w rodzinie wiedzą, że mleka od małego nienawidzę, ale ten przepis na likier jest pyszny i proszę się nie sugerować nazwą – mleczny! Po wykonaniu zobaczycie, że po mleku nawet marzenia sennego nie ma, ślad ginie. I to jest wg mnie zaleta tego likieru.  

Składniki: 1 litr spirytusu, 1 kg cukru rozpuszczamy w 1 litrze mleka, dodajemy cukier waniliowy, całą cytrynę obieramy ze skórki, kroimy w plastry, 1 szklanka soku pomarańczowego. Podane wyżej składniki wkładamy do słoja na 6 tygodni. Po tym czasie klarowny płyn koloru lekko żółtego lub jak kto woli jasno żółtego ostrożnie zlewamy, zaś ścięte mleko w postaci galarety wyrzucamy, jeżeli nie udało nam się odcedzić płynu bez zmącenia całości przecedzamy przez bibułę filtracyjną lub watę włożoną do lejka.

Likier jest pyszny a z mleka pozostała tylko wielce myląca nazwa, polecam gorąco!  

Dzisiejsze nietypowe przepisy przygotowała

Wasza Jadwiga

ps. Bardzo przepraszam ale od dzisiaj 26.08 do dnia 31.08.2010 wyjeżdżamy ze ślubnym do Paryża na Mistrzostwa Świata w badmintonie, które  w dniach 23 – 29.08.2010 są właśnie tu rozgrywane. Jesteśmy gośćmi Badminton Europe. Spotkamy się natychmiast po powrocie. Obiecuję przywieźć reportaż z pobytu na zawodach, oraz z Paryża, do usłyszenia -Wasza Jadwiga

przetwory domowe dżem brzoskwiniowo nektarynkowyWakacje mają się ku końcowi. Powoli zaczynamy wracać z wojaży, tych bardzo dalekich i tych bardzo bliskich. Skoro tak, może warto pomyśleć o dobrych przetworach domowych, które serwowane rodzinie w miesiącach zimowych będą wspaniałym wspomnieniem lata. 

Stragany targowe oferują nam bogaty wybór nektarynek i brzoskwiń, które możemy kupić za niewielkie pieniądze.  Ja zaś proponuję pyszny i bardzo łatwy do wykonania

Dżem brzoskwiniowo – nektarynkowy wg sposobu cioci Joli

Składniki:  

3 kg brzoskwiń, 2 kg nektarynek ( lub na odwrót), 0,5 kg  cukru

Wykonanie:  

Owoce myjemy, osuszamy, kroimy w plasterki, przesypujemy cukrem, gdy puszczą sok wstawiamy w garnku na kuchnię i dusimy do zagotowania (tak, aby masa zaczęła puszczać bąble). Wyłączamy kuchnię i studzimy. Miksujemy. Odstawiamy do następnego dnia i powtarzamy uważając, aby masa się nie gotowała  (gdyż może się przypalić). Gdy zaczyna puszczać bulki, gorącą masę wkładamy do wymytych słoików, zakrętki smarujemy spirytusem i zamykamy na gorąco, odwracamy słoik „do góry dnem”, stawiamy na ściereczce i czekamy do następnego dnia, aby się dobrze zamknął. Z ilości 5 kg brzoskwiń zmieszanych z nektarynkami otrzymujemy około 8 półlitrowych słoików. Oto bardzo prosty sposób na pyszny dżem brzoskwiniowo- nektarynkowy. U nas z takim dżemem serwowane są naleśniki z serem lub jabłkami, lub z masą orzechową. Podczas zimowych dni naleśniki z dżemem przypomną nam upalne lato, a my będziemy delektować się słońcem zaklętym w przetworach.

Smacznego!  

Buraki z papryką wg przepisu babci Stasi 

Składniki:

3 kg buraków ugotowanych w łupinach, 0,5 kg papryki, 0,5 kg cebuli.  

Zalewa: 

1 szklanka cukru, 1 szklanka octu, 1 szklanka wody, 1 łyżka soli.

Wykonanie

Wszystkie składniki zalewy gotujemy, do gotującej się zalewy wkładamy obraną cebulę i paprykę pokrojone w kostkę, gotujemy 7 minut; dodajemy buraki starte na tarce jarzynowej lub w malakserze o grubych oczkach i gotujemy wszystko 5 minut. Gorącą sałatkę wkładamy do wyparzonych słoików, zalewamy każdy słoik paroma kroplami oleju z pestek winogron, zakręcamy i stawiamy na ściereczce do góry dnem.

przetwory domowe aroniówkaNalewka z aronii wg przepisu babci Stasi 

Składniki:

1,2 kg aronii, 1,5 kg cukru, 5 dkg kwasku cytrynowego, 400 sztuk liści z wiśni, 3 litry wody, 1,5 litra spirytusu. 

Wykonanie  

Aronie, liście i 3 litry wody zagotować 15 minut, nie mieszać, po tym czasie zdjąć z ognia, przecedzić przez sito, wsypać kwasek cytrynowy. Ostudzić i wtedy dopiero dodać spirytus. Im dłużej stoi, tym nalewka jest lepsza, bo nabiera specyficznego smaku, u nas w domu potrzebne są dwa wściekłe wilczury, aby postała choć przez 3 miesiące.

Życzę wszystkim udanych przetworów oraz

Smacznego!

Wasza Jadwiga

moje liliowceJak wiecie lubię gotować i zbieram nie tylko przepisy ale też książki kucharskie. Moje zbieractwo jest jednak ograniczone do przepisów najprostszych, które nie zabierają nam cennego czasu a dom pozostaje we wspomnieniach bliskich na zawsze domem rodzinnym z jego cudownymi zapachami pieczonych ciast, bułek, chleba oraz rosołu gotowanego z okazji specjalnych świąt rodzinnych.  Dzisiaj szukając kolejnego ciekawego przepisu znalazłam właśnie ten, który dawno temu otrzymałam od Pani Hanny Idzikowskiej. Jest to bardzo smaczne ciasto, a jednocześnie proste w wykonaniu.

Składniki

4 budynie o jednakowym smaku (wg mnie najlepsze poziomkowe lub malinowe), 4 jajka, 4 czubate łyżki mąki,1/2 szklanki cukru ( o ile budyń jest słodzony, jeżeli nie, dajemy całą szklankę cukru), 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia, kostka masła.  

Wykonanie

Wszystkie składniki dokładnie mieszamy ( z wyjątkiem masła). Rozpuszczamy masło i wrzące wlewamy, ponownie mieszamy. Ciasto wlewamy na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, pieczemy w gorącym piekarniku około 40 minut.  

Czas przygotowania ciasta 10 minut plus 40 minut pieczenia, oto cały sekret tego pysznego smakołyku.  

Simple cake

4 bags of fruity puddings (budyń), 4 eggs, 4 soons of flour, ½ glass of sugar if pudding is with sugar, if not, full glass of sugar, 1 and a half tea spoon of baking powder, 250 g of butter. Mix all ingredients apart from butter, heat butter in the pan and add to the rest. Bake for 40 minutes.

Ptysie 

Pewnie wszystkie panie znają ten przepis ja jednak podaje go, ponieważ jest bardzo prosty a ptysie wychodzą można powiedzieć koncertowo.  

Zagotowujemy 1 szklankę wody i 100 g masła, dodajemy  1 szklankę mąki, mieszając drewniana łyżką (tylko i wyłącznie drewnianą) tak aby nie było krupek. Studzimy, po ostudzeniu dodajemy 5 całych jaj i całą masę miksujemy 5 minut.  

Blachę wykładamy papierem do pieczenia i wykładamy łyżką porcje ciasta. Pieczemy na złoty kolor w średnio nagrzanym piekarniku.

Ptysie kroimy na pół i nakładamy przygotowaną masę.   

Masa (krem budyniowy)

0,5 l mleka, 3 łyżki mąki ziemniaczanej, 3 łyżki mąki zwykłej (Szymanowskiej)

Zagotowujemy mleko z mąką mieszając, studzimy i do ostudzonego dodajemy masło ca 100g i 1 szklankę cukru pudru, ucieramy,  ja miksuję, dodając zapach. Ja dodaję kilka kropli zapachu  cytrynowego.

Na koniec gotowe ptysie posypujemy cukrem pudrem,deser gotowy.

Boil one glass of water and 100g of butter. Add 1 glass of flour mixing  the mixture with a wooden spoon. Wait till it cools down, add 5 eggs and mix for 5 minutes. Bake in the oven, portions the size of one spoon, until golden. When ready, cut Ptysie in half and fill in with the pudding cream. Pudding cream is made by boiling 0.5 litre of milk and 3 spoons of potato flour. When cooled, add 100g of butter, 1 glass of icing sugar and a few drops of lemon essence. Mix, fill ptysie with the cream and sprinkle with some icing sugar.

Polecam, robota żadna a efekt znakomity.

Życzę smacznego!

Wasza Jadwiga

Rysiek, Andrzej, ja8 stycznia 1986 r.  

Budzenie niechcący organizuje nam Zosia. Przyszła po suszarkę. O 9.15 wychodzimy z hotelu, zabierając bagaże. Śniadanie składa się z ciasta biszkoptowego, racuszków z miodem, omletu z szynką, mleka i kawy. Jedziemy do parku Rejon Kwiatów i Strumieni. Rozciąga się tam ładny widok na góry o tej samej nazwie. Po zwiedzaniu parku przychodzi czas na pożegnalny obiad z władzami Quiyang. Czekamy w sali odpoczynku: cztery kanapy, 9 foteli, wszystko w kolorze khaki, przystrojone serwetkami. Popijamy herbatę jaśminową. Z Ryśkiem omawiamy sprawę upominków na przyszłoroczne Mistrzostwa Europy. W kwietniu 1987 r. mamy je zorganizować w Warszawie. Wymyślamy pulowerki w kolorze czerwonym z napisem „badminton”. A może jednak z gackiem? To nasza związkowa maskotka zaprojektowana przez projektanta S. Niedźwiedzkiego. Rozmawiamy o lotach, jakie czekają nas jeszcze w Chinach. Poproszono nas, abyśmy po raz ostatni zatańczyli z zawodnikami i zawodniczkami chińskimi. Taka nauka tańca bardzo przypadła im do gustu. Nasi są też zainteresowani, więc atmosfera jest sympatyczna. Tańczymy w pełnym słońcu, przy muzyce płynącej z radiomagnetofonów zamontowanych w samochodach, taśmy są nasze. Przyjeżdża pożegnanie Quiyangprzewodniczący Komitetu Badmintona, idziemy razem na obiad. Jak zwykle toast za przyjaźń. Podano przekąski: orzeszki, czarne jajo, miniaturowe rybki: sion, mątwa, bidi, miniaturowe frytki, czarną kurę cygna na ostro, kiełbasę słodką, pędy podobne do pora, rybę lijna (podobną do karpia), ryż, makaron i zupę. Uczymy się czegoś nowego – otóż czarne pałeczki służą do podawania innym. Tylko gospodarze mogą nakładać potrawy. Ciekawostka sportowa: pan przewodniczący był mistrzem świata w tenisie stołowym. Startował w zawodach w latach: 1961, 1963, 1965. Wtedy był taki zwyczaj, że mistrzowie świata byli nominowani na najwyższe stanowiska w sporcie. Wznosimy toasty kampei, bambei, małtai i piwem. My z Ryśkiem nieodmiennie to samo. Na zakończenie upominki – wyroby z korka w szklanej witrynce z podwójnym znakiem szczęścia (upominek ten do dzisiaj stoi w Polskim Związku Badmintona, aby szczęście naszego związku nie opuszczało). Każdy otrzymuje piękny album z kolorowymi zdjęciami. Pożegnanie bardzo miłe. My też wręczamy upominki, a później całą ekipą polsko-chińską udajemy się na lotnisko. Krótka odprawa na lotnisku, przejście przez bramkę. Jurek dzwoni wszystkim, co ma, wraca kilka razy, w końcu idziemy do samolotu. Pożegnaniom nie ma końca, jeszcze ze schodów machamy do siebie. Żegnaj Qijyang, żegnaj Guizhou. Smutno, że odlatujemy od tych niezwykle serdecznych ludzi, którzy bardzo chcieli nas ugościć i przychylali nam nieba, a mandarynek każdy z nas zjadł chyba po 20 kilogramów w czasie tego krótkiego pobytu. Lecimy Iłem 18, lot trwa półtorej godziny. Lądowanie około godz. 17.30 i od razu wpadamy w ramiona całej chińskiej ekipy z Czangdu, zawodników i organizatorów. Bagaże jadą osobno i spotykamy się z nimi dopiero w hotelu o standardzie naszej Victorii. Ale, ale przecież nie powiedziałam, że Czangdu jest stolicą prowincji Syczuan, która liczy 100 mln mieszkańców. Jest to najbogatsza prowincja w tym czasie w Chinach i rzeczywiście to ekipa polskawidać. Choć jest styczeń, wszędzie zielono na polach, zbiory sałaty i kapusty, nie widać lepianek tylko bloki, domy, szerokie jezdnie. Widać, że ludziom wiedzie się lepiej. Mieszkamy w najlepszym hotelu w mieście. Wszędzie znajdują się lampy z regulacją natężenia światła (dla nas nowość). Do poszczególnych drzwi dzwonimy gongiem, piękne zasłony, zegary elektroniczne, dywany i piękne łazienki wyłożone beżowym marmurem z ogromnymi lustrami i kompletem pięknych beżowych ręczników. W dobie naszego obskurantyzmu jawi nam się to wyposażenie, jako bardzo ekskluzywne i czujemy się w związku z tym bardzo wyróżnieni. Po prostu wielki świat, na który ani zawodników, ani nas nigdy nie było stać. Nasze wyjazdy na zawody organizowałam w sposób najtańszy, przejazdy pociągami, hotele minimalnie wyposażone, aby tylko było łóżko, jakaś łazienka i tyle. A tu taki luksus! Zwyczajem azjatyckim pan prezydent zawsze przodem, potem ja jako druga ważna osoba w delegacji – jakoś muszę to przeżyć – nie zawsze tak jest, ale tu obowiązuje protokół dyplomatyczny, ok. Omawiamy program naszego pobytu. Oczywiście na pierwszy ogień idzie to, o czym marzyliśmy – obiad powitalny! Jeszcze nie zdążyliśmy strawić obiadu pożegnalnego, a tu taka niespodzianka! Kolacja powitalna o godz. 20.00. Jola śmieje się do nas, bo właśnie o tym rozmawialiśmy podczas lotu. Mieszkam razem z Bożenką Siemieniec. Korzystam z jej uprzejmości i prasujemy sobie spódnice i bluzki na wieczorną uroczystość. Szybki prysznic, zmiany garderoby i gotowi jesteśmy na spotkanie z chińskimi władzami sportowymi i administracyjnymi oraz pyszną syczuańską kuchnią. Oto menu obiadu powitalnego:

Przekąski: wołowina, rybki, kapusta pekińska (sparzona, polana sosem troszkę kwaśnym i troszkę ostrym), bambus z warzywami korzeniowymi, orzeszki smażone z ziarnem sezamowym, paski kurczaka, drzewo (potrawa skomponowana w kształcie z drzewa), szpinak, zając na ostro, makaron na ostro – specjalność kuchni Czangdu, bardzo dobre jajka gołębie, szparagi, pierożki, zupa z bambusa i kurczaka, kaczka w pięciu smakach, wołowina na ciepło, ryba, paszteciki mięsno-warzywne, bambus z nadzieniem, sezamki (nie jadłam ich, bo poszłam po proporczyki), ryba na ostro, pierożki w słodkiej zupie, kartofle na ostro, zupa z kapustą, pomarańcze. W przerwie przyjęcia otrzymujemy starca zdrowia pięknie wyhaftowanego na jedwabiu, a zawodnicy otrzymują w prezencie szaliki z pandą. Nasi zawodnicy siedzą przy trzech okrągłych stołach razem z reprezentacją Syczuanu. Pan przewodniczący Związku Badmintona tej prowincji zjada obiad w czapce, a co mu nie smakuje, wyrzuca na podłogę. Hmmmmmmmm, muszę ważać, aby nie spadł mi kawałek nielubianej potrawy na spódnicę. O 22.00 koniec przyjemności, idziemy do pokojów. Po takim smakowitym obiedzie wieczornym w pokoju biorę raphacholin i boldaloinę, bo bez tego nie byłoby możliwe dobre trawienie. Wszystko pyszne, tylko ile można zjeść jednego dnia? Siedzę i piszę, porządkuję notatki. O 7.00 rano telefon, pora wstawać, u nas 24.00, a ja nie mogę się przestawić na miejscowy czas.  

9 stycznia 1986 r.  

Śniadanie o 7.30 – czysto chińskie, omlet z grzybami, zupa ryżowa gotowana na wodzie, ostre paseczki mięsa z papryką, kaczka, kapusta z mięsem, bułki na parze, ciastka sezamowe, kawa, herbata. Trochę jemy – tak przez grzeczność. Pochłaniam ze trzy kawy, zawodnicy rozmawiają o czekającym treningu, na który wyruszamy bezpośrednio po śniadaniu.  Trening o 8.30 – ćwiczymy razem z zawodnikami chińskimi. Na Sali bardzo zimno, od 0 do 3 stopni. Hala oczywiście nie nieogrzewana. Naciągi lecą jeden po drugim, czeka nas ogrom pracy w hotelu z ich naprawą. Dla wyjaśnienia podaję, że rakietka do badmintona jest mocno naciągnięta w zależności od typu budowy zawodnika oraz w jakiej grze występuje. Jeżeli na sali jest zimno, uderzenie lotki powoduje bardzo szybko zerwanie jednej lub dwóch żyłek naciągu, stąd konieczność reperacji. Każdy zawodnik ma swoje przyrządy do naciągania i nigdy się z nimi nie rozstaje. (Dzisiaj na zawodach wystarczy rakietkę oddać do serwisu i za dwie godziny jest pięknie naciągnięta, w dodatku jak podasz siłę, z jaką należy naciągnąć to tak będzie naciągnięta a każdy zawodnik ma od 7 do 9 rakietek. Wtedy mieliśmy dwie-trzy i też bardzo się cieszyliśmy, że posiadamy aż tyle, a nie jedną dla każdego zawodnika). Trening trwa, Jurek robi notatki i rysunki, my zaś z Jolą, która tak naprawdę nazywa się Szi Pin czyli pokój światu, idziemy do miasta.   Osobny temat to kierowcy i rowery na ulicy. Każdy jeździ jak chce, każdy ma swoje własne przepisy i wymusza ich respektowanie przez innych. Nie powiem, jest to karkołomne zdanie. Ciągłe linie są namalowane, aby jeździć po nich w każda stronę, jazda wieczorna jest najlepsza, jeździmy samochodami na światłach postojowych, aby w razie czego włączyć długie, gdyby się okazało, że nie za bardzo widzimy i pełne oślepienie jadących z naprzeciwka. Każdy trąbi, kakofonia dźwięków łączy się w ton wielkiej, ulicznej, rozhasanej orkiestry. Z hotelu na halę jedziemy 20 minut. Hala jest wybudowana na terenie garnizonu, więc wszędzie, nawet w wc jest czyściutko, pachnąco wraz z ręcznikami. Shi Pin podaje przewidywaną naszą trasę po Chinach, która obejmuje: Pekin – Quijang: 1600 km, Quijang – Chengdu: 800 km, Chengdu – Wuhan: 1887 km, Wuhan – Changsha: 358 km, Changsha – Pekin: 1587 km. Razem: 6232 km.  

pandy i myTrening kończymy przed pierwszą, aby jak najszybciej przyjechać na obiad, ponieważ po obiedzie mamy jechać do zoo zobaczyć pandy. Oglądanie pand to nie lada atrakcja. Z reporterskiej ciekawości notuję dania obiadowe, a więc: orzeszki, korzenie, szpinak, ostro-słodki kurczak, bambus, wołowina, zupa ze szpinakiem, ryż smażony, rozmaitości cebuli pekińskiej z mięsem, bułki na parze, piwo i cola. Wyjazd do zoo następuje bezpośrednio po obiedzie. Pandy żyją tylko w  prowincji Syczuan. Ogród zoologiczny jest bardzo ciekawy ze wględu na ilość i różne gatunki ptaków oraz pandy. Kupujemy maskotki, każdy dla kogoś z rodziny, są to o dziwo miśki panda…. Odjeżdżamy, aby za chwilę wylądować w manufakturze bambusowej, gdzie z nitek bambusa robione są różne rzeczy, takie jak maty na ścianę, pałeczki, bambusowe obrusy. Wpadamy jeszcze na krótko do domu towarowego, gdzie wszyscy zaopatrują się w chińskie buty wykonane ze sztruksu na gumowej podeszwie. Są bardzo dobre do chodzenia po hali, nogi w nich po każdej solidnej porcji treningu znakomicie odpoczywają.  W międzyczasie Shi Pin podaje mi przepis na orzeszki ziemne prażone na patelni (w ten sam sposób można prażyć pestki słonecznika). Cały czas podjada orzeszki, budząc tym samym  moje zainteresowanie, stąd mam ten właśnie przepis.  

Składniki: olej i patelnia oraz orzeszki ziemne.

Wykonanie – rozgrzewamy patelnię, sypiemy orzeszki i mieszamy, aby się nie przypaliły, odstawiamy, aby wystygło i oto cała robota, proste, a jakie smaczne i zdrowe.  Shi Pin – Jola podaje mi również przepis na orzeszki słodko-ostre: Do gotującej się wody dodajemy przyprawę 5 smaków (można dostać już w supermarketach), wkładamy orzeszki na 5 minut do wody, po obgotowaniu wyjmujemy partiami na sitko. W małej miseczce przygotowujemy sól, cukier, troszkę wody, dodajemy papryczki ostre drobno posiekane (bez pestek), przekładamy na patelnię, smażymy, dodajemy orzeszki i „prażymy”, gdy orzeszki są mokre, zwiększamy ogień do wyparowania wody, następnie zmniejszamy i prażymy uważając, aby nie spalić.  

Już 23.00. Bożenka śpi, a ja piszę, robię notatki i cieszę się, że nasza reprezentacja jest taka dojrzała w zachowaniu i wypowiedziach. To miłe i znacznie ułatwia nam wspólne życie. Rano pobudka o 7.00. Pół godziny później śniadanie i na trening. Jutro o 19.00 gramy mecz. Zobaczymy, co będzie. Dzisiaj Bronek na treningu wygrał dwa pojedynki. Jesteśmy bardzo szczęśliwi, to znaczy, że można wygrywać z Chińczykami. Są silni, to fakt, ale przecież też są zawodnikami, nie są maszynami do odbijania lotek. To pierwsze jaskółki zwiastujące wiosnę, a to znaczy, że nasza praca nie idzie na marne, że wiemy już, choć trochę, na czym polega ich trening, że być może kiedyś…  Czangdu   leży na wysokości 2400 m n.p.m. – wysoko. Na takich wysokościach trenują nasi lekkoatleci w Fount Romeu. Rysiek zarządza na jutro śniadanie kontynentalne. Zamawiam u Joli, u której dodatkowo wymieniam dolary na Juany. Zawodnicy proszą o zrobienie im zakupów: butów, serwetek i innych drobiazgów. Na ulicy obserwuję kobiety i stwierdzam, że moda wszędzie jest podobna. Swetry, spodnie, kurtki i zielone płaszcze z brązowymi kołnierzami, czy ładne to? Raczej nie, za to ciepłe i wygodne. No i wszędzie rowery, bardzo dużo rowerów. Treningi pochłaniają nam lwią część czasu, ale nikt się nie skarży, przecież przyjechaliśmy się uczyć, uczyć, uczyć no i chcemy coś z tego zabrać ze sobą do domu, dlatego drugi trener notuje, bo kamery jeszcze się nie dorobiliśmy. Atmosfera w Czangdu daleka jest od serdeczności Quiyng. Jest równo i sztywno, jakby to powiedzieli zawodnicy: jest decha. Jesteśmy w Chinach, w stolicy najbogatszej prowincji. Po cichu rozmawiam z Jolą, że marzę o odwiedzeniu lekarza medycyny naturalnej. Okazuje się, że nie jest to wcale skomplikowany temat i po godzinie siedzę przed wiekowym staruszkiem. Dobrze, że Jola jest tłumaczką. Po badaniach okazuje się, że jestem chora i powinnam używać chińskich ziół. Pewnie wie, co mówi, choć ja nie czuję żadnej choroby. W aptece, takiej sprzed wieków, wykupujemy nasze lekarstwa, a wygląda to tak, jak na jakimś filmie z okresu średniowiecza. Pani otwiera jakąś szkatułkę i wybiera trzy sztuki czegoś, następnie bierze z półki coś i do tego czegoś dokłada, z kolejnego słoja coś następnego, aż robi się sterta, wtedy stwierdza, że to już wszystko, instruuje Jolę jak się tego używa i koniec. W międzyczasie robimy też króciutki rekonesans, co i gdzie można kupić, aby nikt nie tracił cennego czasu. Poznaliśmy miejsca, gdzie przywieziemy zawodników, aby kupili drobne upominki do domów.  Wracamy na halę i do hotelu na kolację, ponieważ gramy mecz. Kolacja jest zamówiona na godzinę 17.00. Podają nam ryż, zupę ze szpinakiem, warzywa korzeniowe, ostre potrawy, zapiekane krewetki, ogórki gotowane z rybą (nie smakują mi), bambus z rybą, bardzo ostre mięsko, rybę smażoną w cieście, colę dla zawodników i herbatę dla Zosi Żółtańskiej. W ogóle dzisiaj Zosia zaczęła narzekać na ból gardła, denerwuje się, bo albo minie po płukaniu, albo będziemy szukać lekarza, albo… albo… i tak to sobie trwa.  O 18.15 odjazd z hotelu na halę. Krótka rozmowa zawodników z trenerem kadry Ryśkiem Borkiem, ustalamy wejście i kolejność gier i zaczyna się otwarcie, poprawne, bez tej szczypty serca, jaka była w Quiyang. Mecz gramy w następujących zestawieniach:

Gra pojedyncza mężczyzn:
Grzegorz Olchowik – XU Xino Lin    8/15, 0/15
Jacek Hankiewicz – Zi Jian                8/15, 3/15

Gra pojedyncza kobiet:      
Bożena Siemieniec – Yan Jian           11/2, 11/12, 11/6
Ewa Wilman- Rusznica Yu               0/11, 0/11

Gra podwójna mężczyzn:     
Olchowik/Hankiewicz –Wa Chi Sin/ Hu Xino Lin 1/15, 8/15
Piotr Czekal/Brunon Rduch – Li Jan/Zhey Mao  15/18,15/17

Gra podwójna kobiet:          
Siemieniec/ Żółtańska –Liang You /Chang Hang Yu 6/15, 4/15

Chiny – Polska 7:1. Po raz pierwszy w historii naszej dyscypliny Polka wygrywa mecz z Chinką. Radość wielka, a ja tracę na rzecz Bożenki moją żółtą koszulkę Victora. Wiele lat później, bedąc na Hali Arena Ursynów w Warszawie podczas Drużynowych Mistrzostw Europy. rozmawiam z Bożeną o naszej chińskiej przygodzie. Ona wspomina: a pamięta pani tę żółtą koszulkę Victora, którą dostałam od pani za wygrany mecz z Chinką? Oczywiście, koszulkę mam do dzisiaj, jest moim talizmanem, jest sprana, kolor już nie ten, ale jest zawsze ze mną. Mój Boże…  Po zakończonym meczu o 22.30 idziemy jeszcze na szybką kolację, na której serwują nam: ostrą potrawę (nie znam jej nazwy), pierożki, rybę w sosie pomidorowym, mięso z patyczkami (też nie wiem, co to?), Potrawę z płatków mięsa na ostro, szpinak z krewetkami, zupę warzywną, bambus i mięso z sezamem. Chyba po pierwszej idziemy spać. Pakujemy się szybciutko, prysznic, bo jutro pobudka o 7.40 i wyjazd do Wuhan.   

Cdn.

młoda kapusta Jest lato, słońce świeci, ciepło, na straganach królują główki kapusty, warzywa najbardziej znanego w Polsce, a może nawet najbardziej lubianego. Chciałabym podać przepis na młodą kapustę.

Składniki:

1 główka młodej kapusty (jeżeli małe, biorę dwie), cebulka dymka 1 pęczek, 2 pęczki koperku, 0,5 kg boczku wędzonego w kawałku, 2 łyżki masła, łyżka mąki.

Wykonanie:  gotuję wodę w garnku, wrzucam boczek i gotuję tak długo, aż młoda kapustabedzie miękki, kroję kapustę i wrzucam do garnka, gotuję 35 minut. Wyjmuję boczek na deskę , kroję na drobne kawałki, ponownie wkładam do garnka, siekam koperek i cebulkę dymkę, mieszam. Podgotowuję razem około 3 minut. Wrzucam 2 łyżki cukru, sól, pieprz. Do ugotowanej kapusty przygotowuję zasmażkę z masła i mąki, wykładam na kapustę, zagotowuję ciągle mieszając. Kapusta gotowa.

Podaję z młodymi ziemniakami z koperkiem.

Baby cabbage

1 or 2 baby cabbages, 1 small onion bunch, 2 dill bunches, 0.5 kg of smoked bacon, 2 spoons of butter, 1 spoon of flour.  

Boil bacon in the pot of water until soft, cut cabbage and add to the water, cook approx. 35 minutes. Remove bacon, cut into small cubes, put back into the pot, add dill and onion, also thinly cut. Cook 3 minutes. Add 2 spoons of sugar, salt and pepper and spoon of lemon juice. Fry gently butter, add flour, stir and pour into the cabbage. Stir and serve cabbage with potatoes and dill.

Podaję także przepis na chleb z otrąb owsianych:

chlebek owsiany Składniki: 300g otrąb owsianych, 150g otrąb pszennych, 2 jaja, paczka sera chudego 250g, 1/3 paczki drożdży może być ciut więcej, 1 łyżeczka płaska sody oczyszczonej, 0,5 szklanki mleka chudego, sól, pieprz, zioła – ja dodaję zioła prowansalskie , oregano i majeranek (po całej torebce każdej z przypraw).

Wykonanie: 5 minut, pieczenie 40 minut: do miski wlewam mleko, dodaję pokruszone drożdże, sodę oczyszczaną, wrzucam pokruszony ser biały chudy, otręby owsiane i pszenne zmielone w młynku do kawy, dodaję jaja. Wszystko mieszam ręką, aby dokładnie wyrobić. Foremkę pasztetową wykładam papierem do pieczenia, wykładam masę, wstawiam do piekarnika: piekę 20 minut w temperaturze 100 stopni i kolejne 20 minut w temperaturze 180 stopni. Sprawdzam patyczkiem czy chleb jest suchy. Pozostawiam w piekarniku do wystygnięcia.  Chleb jest piękny i pachnący, bardzo smaczny.

Ja robię podwójną porcję, która wystarcza nam na tydzień.

Moja synowa Ewa poleciła mi ten przepis, gdy dowiedziała się, że od kilkunastu dni jestem na diecie. Polecam wszystkim osobom, które chcą się pozbyć kilku kilogramów, a nie wyobrażaja sobie życia bez chleba.

Smacznego!

Wasza Jadwiga

Mirek Markuszewski - w środku, po lewej Krzysiek Turlejski, po prawej Heniek SzatanikOtrzymałam list od mojego kolegi z liceum, które ukończyliśmy wiele lat temu. Mirek był przewodniczącym od pierwszej klasy licealnej, do samego końca pobierania nauki. Po naszym spotkaniu, u mnie na tarasie dwa lata temu, uznaliśmy jednogłośnie, że w dalszym ciągu pełni tę zaszczytną funkcję i nikt mu  nie ma zamiaru jej odbierać. A więc (jakbym słyszała głos p. Janiny Głowackiej-Starzyńskiej – dyrektorki Liceum Ogólnokształcącego nr 45 im. Romualda Traugutta w Warszawie przy ul. Smoczej 6, naszej polonistki: nie zaczyna się zdania, od więc, tyle razy mówiłam! Chyba, że w szczególnym przypadku, i taki ma właśnie miejsce), a więc, otrzymałam list po opublikowaniu wpisu w dniu 21.06. „Ogród zakwitł tęczowymi kolorami” oraz dyskusji, jaka się pod nim wywiązała. Oto list Mirka: 

Jadziu,

Przeczytałem dyskusję o leniwych kluskach i pomyślałem: czy te kobiety nie mają większych zmartwień, a potem przypomniałem sobie, że i ja miałem w swoim czasie kulinarne zmartwienie. Miłe panie udzielają sobie porad, to może i ja się poradzę. Kiedyś spędziłem w Londynie kilka miesięcy na kursie językowym i jak to czasem bywa, zaprzyjaźniłem się z nauczycielką i jej mężem. Byli oni mniej więcej w moim wieku i byli dziećmi polskich Żydów, którym udało się wyjechać z Polski na początku wojny. Urodzili się w Anglii i pamiętali z dzieciństwa, że rodzice rozmawiali po polsku, kiedy nie chcieli, żeby inni wiedzieli, o czym mówią. Znajomość ta była dla mnie nie tylko sympatyczna, ale i owocna, gdyż Suzanne postawiła sobie za punkt honoru nauczyć mnie jak najwięcej, za co do dziś jestem jej wdzięczny. Jednak wszystko ma swój kres (nawet najpiękniejsze nogi gdzieś się kończą – jak mówi stare chińskie przysłowie). Na koniec mojego pobytu Suzanne postanowiła wydać pożegnalne przyjęcie i uprzedziła mnie, że będzie kuchnia żydowska i mam się nastawić na dużą ilość czosnku. Rzeczywiście, poza herbatą wszystko było tak naczosnkowane, że zionąłem czosnkiem jak Smok Wawelski ogniem, ale lubię czosnek i specjalnie mi to nie przeszkadzało. Wśród przysmaków były zapiekane bułeczki z kremem, jakżeby inaczej, czosnkowym. Ten krem, to nie żadem tam krem, to była poezja, to przysłowiowe niebo w gębie, kwintesencja wysublimowanego smaku. Po przyjeździe, a raczej przylocie do domu, poprosiłem żonę, żeby zrobiła taki krem, ale pomimo wertowania żydowskich przepisów i kilku prób nie całkiem to przypominało oryginał. Wreszcie żona powiedziała „znajdź sobie żydówkę i daj mi spokój”. Easier said than done. Skąd ja miałem wziąć Żydówkę? Odpuściłem sobie i krem, i Żydówkę. Przypomniałem sobie o tym czytając dyskusję o leniwych pierogach. Byłem pewien, że jest specyfiką naszych czasów, iż panie młode nic nie umieją, a paniom młodym dalej nic się nie chce. Chyba się myliłem. A więc rzucam hasło – krem czosnkowy. Może któraś z miłych pań zna jakiś ciekawy przepis.

Pozdrowienia

Mirek Markuszewski     

I tak właśnie wyszło szydło z worka, najpierw nasz przewodniczący miał nam za złe nasze dyskusje na temat leniwych, zaś teraz prosi nas o pomoc.

Wychowywałam się razem z dziećmi polskich Żydów, z którymi byłam bardzo zaprzyjaźniona, zresztą moi rodzice też. Niestety rodzina Gołubowiczów musiała wyjechał w roku 1956 do Izraela z biletem w jedną stronę, bez prawa powrotu. Nie rozumiałam zupełnie, o co chodzi, bardzo długo płakaliśmy, ja, Tosiek (a właściwie Józef), mój serdeczny przyjaciel w poważnym wieku 11 lat, mój brat i jego serdeczna przyjaciółka Ewa – piękna dziewczynka lat 8 o zachwycającej urodzie, włosach, postawie. Po latach spotkałyśmy się w Warszawie, gdy ona przyjechała wraz z ojcem zobaczyć Polskę, Warszawę i miejsce gdzie się urodziła i gdzie mieszkała. Wspomnieniom nie było końca, a najważniejszym była nasza rozpacz i wielogodzinny płacz dzieci. Dlaczego oni nam to robią?

No właśnie, ad rem.

Mama Józefa i Ewy gotowała wspaniale, ale nie pamiętam, aby robiła ten wyśmienity sos czosnkowy, który opisał w swym liście Mirek.  Stąd moja prośba do wszystkich pań, pomóżmy Mirkowi, a może my same również znajdziemy to, co najdoskonalsze w naszej kuchni – smak z dzieciństwa, okresu dojrzewania, czy naszych podróży. Zapraszam do poszukiwań.  

Tymczasem nawiązując do tematu czosnku, chciałabym podać przepis na krewetki w sosie czosnkowo-imbirowo – pietruszkowo-kokosowym, które stały się hitem ostatnich czasów w naszym domu. Wykonawcą tego pysznego dania jest mój Mąż, który po raz pierwszy przyrządził je na moje bardzo okrągłe urodziny w lutym tego roku. 

Składniki:

1 kg obranych krewetek (mogą być z ogonkami), 200 ml białego, wytrawnego wina, 2 pęczki natki pietruszki, zamiast natki możemy wziąć dwa pęczki kolendry świeżej, lub kolendrę w doniczkach, korzeń imbiru (tak z 8 cm), 2-3 papryczki chili, 1 cały czosnek (główka), olej z pestek winogron - 4 duże łyżki, 1 puszka mleka kokosowego, 50 g masła, 2 łyżki mąki. 

Wykonanie:

Ja najpierw przygotowuję wszystkie składniki:

Obieram imbir obieraczką do warzyw i drobno kroję, papryczkę rozcinam i wyrzucam pestki, pietruszkę siekam drobno, (tak samo, jeżeli używam świeżej kolendry), obieram czosnek i drobno kroję, krewetki rozmrażam i myję, jeżeli mają na grzbiecie czarny przewód pokarmowy wyjmuję, teraz można dostać w dużych supermarketach krewetki wyczyszczone dokładnie, ja kupuję paczkowane 1 kg – duże „tiger” w sklepie Makro. Na dużej patelni rozgrzewam olej, wrzucam obrany czosnek, smażę uważając, aby nie przypalić, wrzucam papryczkę, podsmażam, do tego wkładam krewetki i smażę około 7 minut, cały czas mieszając drewnianą łyżką, aby krewetki dobrze się obsmażyły. Po tym czasie przekładam krewetki z patelni do miski, pozostawiam na patelni tylko 7 sztuk, przygotowuję sos (a te pozostawione krewetki nadadzą mu odpowiedni smak). Wrzucam imbir, dodaję mleko kokosowe, białe wino i redukuję ilość wody na patelni, inaczej mówiąc gotuję całość na patelni tak, aby sos trochę zgęstniał. Trwa to około 5 minut. Dodaję odłożone krewetki, mieszam wszystko razem. Sprawdzam konsystencję sosu. Nie może być zbyt gęsty, ale też nie może być za rzadki. Na samym końcu dodaję masło obtoczone w mące (tyle ile masło tej mąki zabierze). Ponownie mieszam, danie jest gotowe.

Krewetki podaję z ryżem „Basmati” (ryż uprawiany w Himalajach) ugotowanym na sypko wg przepisu podanego na opakowaniu.

Polecam, danie jest bardzo proste, można wykonać w 25 minut, jest pyszne!

Uwaga: jeżeli ktoś nie lubi krewetek przyprawionych za ostro, zmniejsza ilość papryczek i imbiru, natomiast ci, którzy lubią kuchnię pikantną mogą dodać tych składników więcej.  

Prawns in garlic sauce

I kg of peeled prawns, 200 ml of white dry wine, 2 average-size bunches of parsley or corriander, approx. 8 cm long piece of ginger, 2-3 chilli peppers, one garlic head, grape seed oil, one coconut milk tin, 50g of butter, 2 spoons of flour. 

Peel ginger and cut thinly. Cut  peppers and remove seeds, chop parsley, peel garlic. Heat oil and fry garlic cloves, later on add peppers. Add prawns and fry for 7 minutes stirring all the time. Remove from the frying pan all prawns, but 7. Add ginger, coconut milk and wine and cook until the sauce becomes thicker (approximately 5 minutes). Add to the pan all prawns and butter covered in flour. Stir once;  a meal is ready to serve.

SMACZNEGO!

Wasza Jadwiga

29.05 truskawki Był rok 1987. Wyjechałyśmy razem z córką na wakacje w trasę objazdową po Europie. Najpierw była Austria, następnie Niemcy, Belgia i Holandia aby znów przez Niemcy wrócić do Polski. Przejechałyśmy kilka tysięcy kilometrów podróżując samochodem. Ostatni etap podróży – Niemcy wtedy nazywane RFN.  Zatrzymałyśmy się u moich przyjaciół pod Kolonią. Piękne lato i sezon truskawkowy w pełni. Codziennie podczas śniadania Inga rozmawiając z nami robiła przetwory z truskawek,  ponieważ przepis był bardzo prosty zanotowałam go i teraz podaję, gdyż wszystkie niezbędne składniki można dostać i u nas w każdym super markecie (wtedy było to marzenie ściętej głowy).   

Składniki:  

Truskawki  1 kg (obranych i opłukanych), 1 kg cukru żelującego wg upodobania. 

Ja dodaje cukier żelujący 1: 1 Diamant, ale używamy to co każda pani domu uznaje za dobre dla niej i jej rodziny. (Sa jeszcze inne rodzaje tego samego cukru jak  2:1, 3:1, proszę sprawdzić w sklepie co paniom odpowiada najbardziej, ponieważ tylko od nas samych zależy jakiego cukru użyjemy do naszych przetworów). Podaję kilka informacji o cukrze używanym przeze mnie:  Cukier Diamant 1 : 1 jest produkowany z nie rafinowanego cukru trzcinowego, pochodzącego z wyspy Reunion i dlatego nadaje konfiturom owocowego, intensywnego aromatu, bogatej barwy i wyjątkowego smaku  Nie  zawiera barwników oraz środków konserwujących, więc konfitury uzyskują wyjątkowy, naturalny aromat, a owoce nabierają  głębokiego smaku. Cukier ten idealnie nadaje się do wszystkich owoców. Truskawki obsypuję cukrem żelującym, gotuję wodę, 1,5 – 3szklanek  , dodaję owoce zagotowuję, gotuję tylko  1 minutę lub odrobine dłużej (chodzi o to aby owoce w żadnym razie się nie rozgotowały i pozostały w całości). Zwracam szczególną uwagę na to aby truskawki były całe nie rozgotowane. Gorące truskawki wkładam do wyparzonych słoików i zakręcam ustawiając dnem do góry na ściereczce, do wystudzenia.  

Oto cała sztuka magika. 

Truskawki w żelującym cukru są tak samo dobre jak świeże, zachowują kolor, dla mnie najważniejsze jest aby nie były rozgotowane tylko w całości, wtedy w słoiku wyglądają pięknie,  co ważne tak zrobione owoce nie tracą koloru a smak – sama poezja. Polecam szczególnie dla dzieci w okresie zimowym, gdy na rynku sa tylko mrożonki, wtedy zrobienie budyniu, dodanie pysznej galaretki i nasz maluch ma deser lub szybkie drugie śniadanko.

 W ten sam sposób postępuję z morelami, brzoskwiniami, wiśniami i  czarną porzeczką.  Sposób jest łatwy i prosty, co teraz w dobie pośpiechu jest ważne dla młodych pań domu, a zreszta piękne słoiczki opisane własnoręcznie z kolorowymi czapeczkami przewiązanymi wstążeczką jakże pięknie będą wyglądały na półce w spiżarni.

Mam nadzieję, że w tym roku truskawki pomimo kataklizmów, powodzi i ulewnych deszczy jednak będą dostępne na rynku, a w każdym bądź razie będziemy je mogli kupić na naszym ulubionym targu. Ja od lat kupuję owoce i warzywa na targu Szembeka przy ul. Zamienieckiej w Warszawie  u Eli i Daniela. Towar mają pierwszorzędny, codziennie świeże dostawy i wiem jedno, że owoce pochodzą z dobrego znanego źródła, a to najważniejsze.  

Życzę wszystkim Paniom domu udanych przetworów!

 Serdecznie pozdrawiam

Wasza Jadwiga

26.05 rododendrony i niezapominajki na Dzień MatkiŚwięto jest obchodzone w Polsce, jako wyraz naszego szacunku dla matek. W tym dniu nasze dzieci obdarowują nas laurkami, życzeniami, landrynkami lub drobnymi czekoladkami oraz najsłodszymi życzeniami przekazywanymi w formie wierszyków takich jak ten, który dzisiaj rano usłyszałam od mojej córki:  „… rano wstałam usłyszałam głos ptaszyny, że dzisiaj Dzień Matki!…” Nic się nie zrymowało, ale intencje były słuszne i miłe dla ucha. Najważniejsze to okazanie nam matkom miłości i szacunku za trud włożony w wychowanie naszych pociech. Mogę powiedzieć, że już w starożytności u Greków i Rzymian szacunkiem otaczano matki – boginie, jako symbole płodności i urodzaju. Później w siedemnastowiecznej Anglii zwyczaj wrócił i był znany pod nazwa „niedziela u matki”, co na początku oznaczało wizytę w katedrze a dzień ten był wówczas dniem wolnym od pracy. Matki otrzymywały prezenty: kwiaty i słodycze. Zwyczaj ten przetrwał do wieku XIX, aby ponownie być kultywowanym po II wojnie światowej.

Historia Dnia Matki w USA przedstawiała się nieco inaczej, gdyż w roku 1855 jedna z amerykańskich nauczycielek ogłosiła „Dzień Matczynej Pracy” – była to Ann Maria Reeves Jarvis, później podobny „Dzień Matek dla Pokoju” promowała Julia Wars Howe. W roku 1905 udało się ustanowić Dzień Matki a w roku 1914 Kongres USA ustanowił drugą niedzielę maja Dniem Matki i uznał go za święto narodowe. Tyle historia Dnia Matki wyczytana przeze mnie w Wikipedii.

Z okazji Dnia Matki chcę zaproponować wszystkim i młodszym i starszym dzieciom przepis na pyszne ciasto w naszej rodzinie nazywane ciastem „Bzium”, gdyż wszystko wkłada się do pojemnika i mikserem robi bzium, tak to kiedyś nazwała moja córka i taka nazwa pozostała i wszyscy wiedzą, o co chodzi.

Ciasto „Bzium”

Składniki:

5 jaj, mąka, cukier, masło, 1 łyżeczka proszku do pieczenia.

Jajka pozbawione skorupek ważymy, dodajemy do nich tyle samo cukru ile ważą jajka, ubijamy na puszystą masę, dodajemy tyle samo mąki, razem z łyżeczką proszku do pieczenia, co ważyły jajka, i na koniec dodajemy tyle samo masła, co ważyły jajka. Masło rozpuszczamy w garnuszku i wlewamy do masy, ubijając wszystko mikserem. Bziuuuuuum!

I teraz zaczyna się nasze fantazjowanie. Na Dzień Matki zazwyczaj możemy już kupić truskawki, które po obraniu i opłukaniu oraz wysuszeniu papierowym ręcznikiem wrzucamy do przygotowanej masy.

Małą tortownicę smarujemy masłem, posypujemy tartą bułką, wlewamy masę i wsypujemy truskawki. Wstawiamy do nagrzanego piekarnika i pieczemy w temperaturze 180 stopni ca 25 min, sprawdzając, aby ciasto było rumiane – metodą patyczka sprawdzamy, aby było w środku dopieczone to znaczy patyczek musi być suchy po wyjęciu z ciasta. Ciasto „Bzium” jest ciastem bazą dla wszystkich owocowych ciast i sezonowych owoców, takich jak morele, brzoskwinie, śliwki, jabłka (muszą być ochędożone i pokrojone w paseczki), wiśnie, rabarbar, co kto lubi i znajdzie na targu lub we własnym ogrodzie. Można również ciasto podzielić na dwie części i do jednej z nich dodać 2 łyżki kakao, wtedy wyjdzie nam ciasto marmurkowe, gdy wylejemy najpierw jasną część ciasta do tortownicy a następnie część kakaową robiąc widelcem esy floresy. Można go podawać na ciepło z lodami i bitą śmietaną, można podać oprószone cukrem pudrem, można podać z polewą czekoladową przygotowaną przez siebie:

W rondelku rozpuszczamy czekoladę, jaką kto lubi, dodajemy trochę wody i masła, można dodać dwie krople olejku cytrynowego. Zagotować i polewa gotowa. (Dodanie masła powoduje, ze rozpuszczona czekolada ma konsystencję lejącą i nie zastyga natychmiastowo, jest aksamitna i pyszna).

Podałam przepis, który jest najprostszy i w naszej Rodzinie można powiedzieć funkcjonuje od zawsze. Wiele lat temu, gdy masło było towarem reglamentowanym ( były takie czasy, oj były) zamiast niego używałam margaryny, ale teraz zawsze używam masła, ponieważ ciasto wtedy ma smak maślany i jest pyszne.

Kochane Mamusie!

W tym słodkim Dniu Matki życzę Wam wszystkim samych radosnych chwil, zdrowia, gdyż ono jest nam najbardziej potrzebne do wychowywania naszych Milusińskich, nie zawsze najgrzeczniejszych, nie zawsze uczących się na samych piątkach, nie zawsze subordynowanych, a w wieku dojrzewania i późniejszym wiedzących: wszystko najlepiej i na wszystkie tematy ,że o komputerach nie wspomnę, lepiej od nas matek dinozaurów, kochanych jednak przez nas miłością jedyna, ślepą i bezkrytyczną!

Bądźcie zdrowe i  życzę Wam wszystkiego najlepszego, dużo uśmiechu i laurek

W tym pięknym Dniu Matki!

Wasza Jadwiga

Jest rok 1985 Oxford 

Wyjeżdżam do Oxfordu, aby uczestniczyć w intensywnym kursie naukifog mgła nad Pałacem Blenheim języka angielskiego. Mieszkam w angielskiej rodzinie – Stan Mitchell i Jego Małżonka Jill zaproponowali mi pobyt u siebie w Abingdon. Do Oxfordu mam 40 minut jazdy autobusem. Zajęcia zaczynam o godz. 9.00, ale jestem już w szkole o godz. 8.20. Przesłuchuję taśmę z nagranymi wiadomościami radiowymi stacji BBC 1, jeszcze raz i jeszcze raz. Mark, nasz nauczyciel, zawsze zaczyna lekcję od wiadomości radiowych. Czego dotyczyły, kto prowadził, co zrozumiałeś. Przygotowuję się codziennie bardzo skrupulatnie. Nie mogę sobie pozwolić na brak przygotowania, właśnie ja. Moja grupa składa się z bardzo młodych ludzi. Ja jestem najstarsza, dlatego przykładam się do zajęć, ale oni to rozumieją. Razem śmiejemy się z nas samych, atmosfera bardzo fajna i wiem, że mnie akceptują. Pracujemy 5 dni w tygodniu, ja siedzę  ponadto w bibliotece, a także w laboratorium językowym. Ćwiczę wymowę, mając ponad 6 tysięcy taśm do dyspozycji. Wychodzę ostatnia, często jest już 19.00. Staram się wykorzystać do maksimum mój pobyt na tej uczelni. Tak jest w tygodniu.

Weekendy należą tylko do mnie. Bardzo często moi gospodarze proponują mi wspólny wypad. Zwiedzam w ten sposób razem z nimi Cotswold, Stratford upon Thames, Londyn, York, Warwick, Birmingham, Manchester, oraz wiele ogrodów, w których jestem zakochana. Jednym z miejsc, które zwiedzamy jest Pałac Blenheim. Niestety nie mam aparatu fotograficznego, nie mogę robić zdjęć. Miejsce jest urokliwe, przepiękny pałac i park. Nagrobek Winstona ChurchillaWchodzimy, wykupujemy bilety wstępu i dopiero wtedy orientuję się, że tutaj właśnie, w tym miejscu, urodził się Winston Churchill. Zaskoczenie i wielka radość. Wielki człowiek, mąż stanu, człowiek, który jest mitem w Wielkiej Brytanii tu urodzony! Kupuję książkę o Pałacu Blenheim i zaczynamy zwiedzać. Jestem pod wielkim wrażeniem miejsca i Winstona Churchilla.

Rozmawiając z Beatą, opowiedziałam Jej o tych chwilach spędzonych z moim przyjacielem Stanem Mitchellem właśnie w Blenheim. I oto otrzymuję list od Beaty, a w nim właśnie to opowiadanie. Ponieważ z tym miejscem łączę moje wspaniałe osobiste wspomnienia, przeżycia, które wywołał mój Wielki Przyjaciel Stan (niestety 6 lat temu odszedł od nas na zawsze), pozwalam sobie przedstawić Państwu jedno z najpiękniejszych miejsc w Anglii – Blenheim Palace widziany oczami Beaty.

Blenheim Palace

BlenheimJednym z piękniejszych pałaców w Anglii jest Blenheim Palace, położony w uroczej krainie Cotswolds, w pobliżu Oxfordu, słynącej z urody i wiekowej uczelni. Jako że jedna z moich książek była o Cotswolds, tak więc ten cudowny pałac musiał się znaleźć na jej stronach. W pałacu tym przyszedł na świat w roku 1874 Winston Churchill, którego ojciec był wnukiem 7-go księcia Marlborough. Posiadłość ta sięga wieku XII-go, kiedy to Henryk I zbudował sobie tutaj domek myśliwski i namiętnie polował na jelenie. Namiętnie zajmował się również słynną „Rair Rosamund”, córką Waltera de Clifford. Tutaj też za młodu więziona była przez królową Marię księżniczka Elżbieta. Umówmy się, że słowo „więziona” jest lekko naciągane, ale faktem jest, że jej głowa wisiała niemal na włosku.

Przeskoczmy jednak o parę wieków. Pierwszy książę Marlborough złoił mocno skórę Francuzom w słynnej bitwie pod Blenheim. Wierny naród w nagrodę ufundował mu pałacyk. Architekt John Vanbrugh buduje tę perełkę architektoniczną w latach 1705-1724, a park i ogrody stają się bajką dzięki legendarnemu ogrodnikowi-architektowi, Lancelotowi „Capability” Brownowi.  Tyle historii.

Teraz zaczyna się mój rozdział. Jako, że miejsce na pałac w mojej książce było w części zimowej, byłam leciutko zdenerwowana, bo parki i ogrody zdecydowanie wyglądają lepiej jesienią. Na zimę i śnieg w Anglii, jak wiecie, liczyć nie można, więc musiałam wymyślić coś innego. Żeby Was nie zanudzać fotograficznymi dylematami, krótko powiem, że najlepsze światło jest o poranku lub zachodzie. Ba, ale wtedy wszystko jest zamknięte! Jestem uczulona na prośby o udostępnianie znanych miejsc, po tym jak w mojej ojczyźnie, podczas robienia zdjęć Krakowa, wszędzie słyszałam NIE. Wszystkim wszystko przeszkadzało, musiałam pisać dziesiątki podań i w końcowym rezultacie i tak było NIE. Wystosowałam eleganckie pismo do księcia Marlborough, czy nie mógłby mnie wpuścić do ogrodu o poranku, tłumacząc namiętnie, że światło, że wiekopomne dzieło, że dusza artysty itd. O dziwo za dwa dni książę z uśmiechem na ustach (ten uśmiech to sobie wyobraziłam jedynie, bo odpowiedź była na piśmie) – ależ jak najbardziej, tylko czy mogłabym się wpasować w tydzień taki a taki, to ON MI nie będzie przeszkadzał spacerem, bo jedzie wtedy pograć w golfa w Monako. No, tego to już za wiele. Po pierwsze: on mi nie chce przeszkadzać, a po drugie: w wieku mocno starszym, powyżej osiemdziesiątki i gra w golfa? Szok, ale pozytywny. Wracamy do pałacu. Zawitałam tam jeszcze w porannychBlenheim ciemnościach i trzęsąc się z zimna, czekam na poranne światło, nie mając zresztą nadziei na słoneczko, bo styczeń nie słynie tutaj z dobrej pogody. Mróz jednak ostry, ot tak z minus 5, więc  jest nadzieja na kilka ciekawych ujęć. Weszłam na ogrody i dech mi zaparło. Znad jeziora unosiła się mgła, słoneczko zaczynało wyzierać, a przede mną pasły się dzikie jelenie. Spłoszone moją obecnością uciekły, a ja zabrałam się za robienie zdjęć. Wszystko jak w bajce, spowite mgłą i szronem, a ciepłe światło słoneczne co i rusz odkrywa nowe skarby tego magicznego ogrodu. Jezioro, rzeźby, wodospady, fontanny. Zapomniałam o zimnie, zapomniałam o głodzie. Po dwóch godzinach fotografowania odwróciłam się do mojego ukochanego małżonka, który jest chowu angielskiego (nawet zimą chodzi w koszulach z krótkim rękawkiem i nigdy nie narzeka  na zimno). On cały siny z zimna, natomiast ja, największy na tej wyspie zmarźluch, napompowana adrenaliną przez tak piękne i ulotne widoki, nawet nie zauważyłam, że ręce i nos mi niemal całkowicie odmarzły. Wiecie co moi mili? Kawusia ze sconem to była najpyszniejsza kawusia pod słońcem! No i oczywiście na jedzeniu musi się skończyć, więc dla wyjaśnienia podaje co to za „zwierz” ten scone. To są takie ciasteczka, które się smaruje masełkiem, potem śmietaną o konsystencji niemal masła, a na koniec dodaje truskawkowego dżemiku. Ot tak, ze 3 tysiące kalorii w jednym kęsie, ale co tam!

Przepis na scone’y:

225 g mąki tortowej (samorosnącej)
szczypta soli
55 g masła
25 g cukru
150 ml mleka

Nagrzać piekarnik do 220C/425F/Gas 7. Posmarować brytfankę. Wymieszać mąkę z solą i masłem. Dodać cukru i mleka dla utworzenia miękkiego ciasta. Wyrobić ciasto i ugnieść na grubość około 2 cm. Wyciąć okrągłe ciasteczka o średnicy 5 cm. Posmarować górę ciasteczek odrobiną mleka i piec 12-15 minut.

I tyle
Beata

Dziękujemy serdecznie Beacie za piękne zdjęcia Pałacu Blenheim, za zabranie nas na zwiedzanie parku i opowiadanie oraz za przepis na pyszne ciasteczka scone.

Pozdrawiam wszystkich Polaków w Anglii
Wasza Jadwiga

Wszyscy przeżywaliśmy bardzo ostatnie dni. Pozwólcie mi zatem zaproponować dzisiaj na nadchodzący weekend przepis na pyszne ciasto, nazywane w naszej rodzinie „czekoladowe cudo” , które choć trochę osłodzi gorycz ostatnich bardzo trudnych chwil.

Ciasto biszkoptowe 

Składniki:

12 całych jaj, 2 szklanki cukru, 2,5 szklanki mąki tortowej, 2 łyżeczki proszku do pieczeni, 3 łyżki kakao.  

Miksujemy jajka z cukrem na puszystą, gęstą masę. Dodajemy pozostałe składniki i też miksujemy. Z podanym składników wychodzą nam dwa ciasta biszkoptowe kakaowe. Całe ciasto wylewamy na dwie blachy wyłożone folia aluminiową posmarowaną masłem. Pieczemy jakieś 15 minut na jasnozłoty kolor w temperaturze 170-180 stopni z termoobiegiem,  możemy piec obydwie blachy naraz.

Oba ciasta po upieczeniu i wystygnięciu kroimy wzdłuż na pół. 

Masa (potrzebna do jednego ciasta)

1 duży budyń (taki na ¾ l mleka), ½ l mleka, 1 tabliczka czekolady gorzkiej, 1 kostka masła 20 dag, 4 łyżki cukru.

Wykonanie  

Gotujemy budyń. Do już schłodzonego dodajemy masło, roztapiamy ½ tabliczki gorzkiej czekolady razem z 2 łyżkami stołowymi mleka. Ucieramy razem, aby nie było grudek, następnie dodajemy do masy pokruszone pozostałe pół tabliczki czekolady i mieszamy razem, tak by w masie pozostały kawałeczki czekolady. Przekrojone ciasto smarujemy masą, przykrywamy drugą częścią przekrojonego biszkoptu.  

Całe ciasto smarujemy ½ l śmietany 30% ubitej z dwiema paczkami śmietana fix. 10 dag wiórek kokosowych należy zrumienić lekko na patelni. Wierzch ciasta smarujemy ubitą śmietaną, posypujemy wiórkami kokosowymi zrumienionymi na patelni.  Ciasto jest lekkie, pyszne, nieco kaloryczne, ale przecież robimy je na weekend. Wiosną nasze nabyte świeżo kalorie zostaną zużyte na sport, jazdę na rowerze, pływanie, grę w badmintona lub kopanie ogrodu. 

Polecam, u nas ciasto to jest nazywane „Czekoladowym cudem” ponieważ cudownie rozpuszcza się w ustach.    

Smacznego
Wasza Jadwiga