Subskrybuj kanał RSS bloga Okiem Jadwigi Subskrybuj kanał RSS z komentarzami do wszystkich wpisów bloga Okiem Jadwigi

Rysiek, Andrzej, ja8 stycznia 1986 r.  

Budzenie niechcący organizuje nam Zosia. Przyszła po suszarkę. O 9.15 wychodzimy z hotelu, zabierając bagaże. Śniadanie składa się z ciasta biszkoptowego, racuszków z miodem, omletu z szynką, mleka i kawy. Jedziemy do parku Rejon Kwiatów i Strumieni. Rozciąga się tam ładny widok na góry o tej samej nazwie. Po zwiedzaniu parku przychodzi czas na pożegnalny obiad z władzami Quiyang. Czekamy w sali odpoczynku: cztery kanapy, 9 foteli, wszystko w kolorze khaki, przystrojone serwetkami. Popijamy herbatę jaśminową. Z Ryśkiem omawiamy sprawę upominków na przyszłoroczne Mistrzostwa Europy. W kwietniu 1987 r. mamy je zorganizować w Warszawie. Wymyślamy pulowerki w kolorze czerwonym z napisem „badminton”. A może jednak z gackiem? To nasza związkowa maskotka zaprojektowana przez projektanta S. Niedźwiedzkiego. Rozmawiamy o lotach, jakie czekają nas jeszcze w Chinach. Poproszono nas, abyśmy po raz ostatni zatańczyli z zawodnikami i zawodniczkami chińskimi. Taka nauka tańca bardzo przypadła im do gustu. Nasi są też zainteresowani, więc atmosfera jest sympatyczna. Tańczymy w pełnym słońcu, przy muzyce płynącej z radiomagnetofonów zamontowanych w samochodach, taśmy są nasze. Przyjeżdża pożegnanie Quiyangprzewodniczący Komitetu Badmintona, idziemy razem na obiad. Jak zwykle toast za przyjaźń. Podano przekąski: orzeszki, czarne jajo, miniaturowe rybki: sion, mątwa, bidi, miniaturowe frytki, czarną kurę cygna na ostro, kiełbasę słodką, pędy podobne do pora, rybę lijna (podobną do karpia), ryż, makaron i zupę. Uczymy się czegoś nowego – otóż czarne pałeczki służą do podawania innym. Tylko gospodarze mogą nakładać potrawy. Ciekawostka sportowa: pan przewodniczący był mistrzem świata w tenisie stołowym. Startował w zawodach w latach: 1961, 1963, 1965. Wtedy był taki zwyczaj, że mistrzowie świata byli nominowani na najwyższe stanowiska w sporcie. Wznosimy toasty kampei, bambei, małtai i piwem. My z Ryśkiem nieodmiennie to samo. Na zakończenie upominki – wyroby z korka w szklanej witrynce z podwójnym znakiem szczęścia (upominek ten do dzisiaj stoi w Polskim Związku Badmintona, aby szczęście naszego związku nie opuszczało). Każdy otrzymuje piękny album z kolorowymi zdjęciami. Pożegnanie bardzo miłe. My też wręczamy upominki, a później całą ekipą polsko-chińską udajemy się na lotnisko. Krótka odprawa na lotnisku, przejście przez bramkę. Jurek dzwoni wszystkim, co ma, wraca kilka razy, w końcu idziemy do samolotu. Pożegnaniom nie ma końca, jeszcze ze schodów machamy do siebie. Żegnaj Qijyang, żegnaj Guizhou. Smutno, że odlatujemy od tych niezwykle serdecznych ludzi, którzy bardzo chcieli nas ugościć i przychylali nam nieba, a mandarynek każdy z nas zjadł chyba po 20 kilogramów w czasie tego krótkiego pobytu. Lecimy Iłem 18, lot trwa półtorej godziny. Lądowanie około godz. 17.30 i od razu wpadamy w ramiona całej chińskiej ekipy z Czangdu, zawodników i organizatorów. Bagaże jadą osobno i spotykamy się z nimi dopiero w hotelu o standardzie naszej Victorii. Ale, ale przecież nie powiedziałam, że Czangdu jest stolicą prowincji Syczuan, która liczy 100 mln mieszkańców. Jest to najbogatsza prowincja w tym czasie w Chinach i rzeczywiście to ekipa polskawidać. Choć jest styczeń, wszędzie zielono na polach, zbiory sałaty i kapusty, nie widać lepianek tylko bloki, domy, szerokie jezdnie. Widać, że ludziom wiedzie się lepiej. Mieszkamy w najlepszym hotelu w mieście. Wszędzie znajdują się lampy z regulacją natężenia światła (dla nas nowość). Do poszczególnych drzwi dzwonimy gongiem, piękne zasłony, zegary elektroniczne, dywany i piękne łazienki wyłożone beżowym marmurem z ogromnymi lustrami i kompletem pięknych beżowych ręczników. W dobie naszego obskurantyzmu jawi nam się to wyposażenie, jako bardzo ekskluzywne i czujemy się w związku z tym bardzo wyróżnieni. Po prostu wielki świat, na który ani zawodników, ani nas nigdy nie było stać. Nasze wyjazdy na zawody organizowałam w sposób najtańszy, przejazdy pociągami, hotele minimalnie wyposażone, aby tylko było łóżko, jakaś łazienka i tyle. A tu taki luksus! Zwyczajem azjatyckim pan prezydent zawsze przodem, potem ja jako druga ważna osoba w delegacji – jakoś muszę to przeżyć – nie zawsze tak jest, ale tu obowiązuje protokół dyplomatyczny, ok. Omawiamy program naszego pobytu. Oczywiście na pierwszy ogień idzie to, o czym marzyliśmy – obiad powitalny! Jeszcze nie zdążyliśmy strawić obiadu pożegnalnego, a tu taka niespodzianka! Kolacja powitalna o godz. 20.00. Jola śmieje się do nas, bo właśnie o tym rozmawialiśmy podczas lotu. Mieszkam razem z Bożenką Siemieniec. Korzystam z jej uprzejmości i prasujemy sobie spódnice i bluzki na wieczorną uroczystość. Szybki prysznic, zmiany garderoby i gotowi jesteśmy na spotkanie z chińskimi władzami sportowymi i administracyjnymi oraz pyszną syczuańską kuchnią. Oto menu obiadu powitalnego:

Przekąski: wołowina, rybki, kapusta pekińska (sparzona, polana sosem troszkę kwaśnym i troszkę ostrym), bambus z warzywami korzeniowymi, orzeszki smażone z ziarnem sezamowym, paski kurczaka, drzewo (potrawa skomponowana w kształcie z drzewa), szpinak, zając na ostro, makaron na ostro – specjalność kuchni Czangdu, bardzo dobre jajka gołębie, szparagi, pierożki, zupa z bambusa i kurczaka, kaczka w pięciu smakach, wołowina na ciepło, ryba, paszteciki mięsno-warzywne, bambus z nadzieniem, sezamki (nie jadłam ich, bo poszłam po proporczyki), ryba na ostro, pierożki w słodkiej zupie, kartofle na ostro, zupa z kapustą, pomarańcze. W przerwie przyjęcia otrzymujemy starca zdrowia pięknie wyhaftowanego na jedwabiu, a zawodnicy otrzymują w prezencie szaliki z pandą. Nasi zawodnicy siedzą przy trzech okrągłych stołach razem z reprezentacją Syczuanu. Pan przewodniczący Związku Badmintona tej prowincji zjada obiad w czapce, a co mu nie smakuje, wyrzuca na podłogę. Hmmmmmmmm, muszę ważać, aby nie spadł mi kawałek nielubianej potrawy na spódnicę. O 22.00 koniec przyjemności, idziemy do pokojów. Po takim smakowitym obiedzie wieczornym w pokoju biorę raphacholin i boldaloinę, bo bez tego nie byłoby możliwe dobre trawienie. Wszystko pyszne, tylko ile można zjeść jednego dnia? Siedzę i piszę, porządkuję notatki. O 7.00 rano telefon, pora wstawać, u nas 24.00, a ja nie mogę się przestawić na miejscowy czas.  

9 stycznia 1986 r.  

Śniadanie o 7.30 – czysto chińskie, omlet z grzybami, zupa ryżowa gotowana na wodzie, ostre paseczki mięsa z papryką, kaczka, kapusta z mięsem, bułki na parze, ciastka sezamowe, kawa, herbata. Trochę jemy – tak przez grzeczność. Pochłaniam ze trzy kawy, zawodnicy rozmawiają o czekającym treningu, na który wyruszamy bezpośrednio po śniadaniu.  Trening o 8.30 – ćwiczymy razem z zawodnikami chińskimi. Na Sali bardzo zimno, od 0 do 3 stopni. Hala oczywiście nie nieogrzewana. Naciągi lecą jeden po drugim, czeka nas ogrom pracy w hotelu z ich naprawą. Dla wyjaśnienia podaję, że rakietka do badmintona jest mocno naciągnięta w zależności od typu budowy zawodnika oraz w jakiej grze występuje. Jeżeli na sali jest zimno, uderzenie lotki powoduje bardzo szybko zerwanie jednej lub dwóch żyłek naciągu, stąd konieczność reperacji. Każdy zawodnik ma swoje przyrządy do naciągania i nigdy się z nimi nie rozstaje. (Dzisiaj na zawodach wystarczy rakietkę oddać do serwisu i za dwie godziny jest pięknie naciągnięta, w dodatku jak podasz siłę, z jaką należy naciągnąć to tak będzie naciągnięta a każdy zawodnik ma od 7 do 9 rakietek. Wtedy mieliśmy dwie-trzy i też bardzo się cieszyliśmy, że posiadamy aż tyle, a nie jedną dla każdego zawodnika). Trening trwa, Jurek robi notatki i rysunki, my zaś z Jolą, która tak naprawdę nazywa się Szi Pin czyli pokój światu, idziemy do miasta.   Osobny temat to kierowcy i rowery na ulicy. Każdy jeździ jak chce, każdy ma swoje własne przepisy i wymusza ich respektowanie przez innych. Nie powiem, jest to karkołomne zdanie. Ciągłe linie są namalowane, aby jeździć po nich w każda stronę, jazda wieczorna jest najlepsza, jeździmy samochodami na światłach postojowych, aby w razie czego włączyć długie, gdyby się okazało, że nie za bardzo widzimy i pełne oślepienie jadących z naprzeciwka. Każdy trąbi, kakofonia dźwięków łączy się w ton wielkiej, ulicznej, rozhasanej orkiestry. Z hotelu na halę jedziemy 20 minut. Hala jest wybudowana na terenie garnizonu, więc wszędzie, nawet w wc jest czyściutko, pachnąco wraz z ręcznikami. Shi Pin podaje przewidywaną naszą trasę po Chinach, która obejmuje: Pekin – Quijang: 1600 km, Quijang – Chengdu: 800 km, Chengdu – Wuhan: 1887 km, Wuhan – Changsha: 358 km, Changsha – Pekin: 1587 km. Razem: 6232 km.  

pandy i myTrening kończymy przed pierwszą, aby jak najszybciej przyjechać na obiad, ponieważ po obiedzie mamy jechać do zoo zobaczyć pandy. Oglądanie pand to nie lada atrakcja. Z reporterskiej ciekawości notuję dania obiadowe, a więc: orzeszki, korzenie, szpinak, ostro-słodki kurczak, bambus, wołowina, zupa ze szpinakiem, ryż smażony, rozmaitości cebuli pekińskiej z mięsem, bułki na parze, piwo i cola. Wyjazd do zoo następuje bezpośrednio po obiedzie. Pandy żyją tylko w  prowincji Syczuan. Ogród zoologiczny jest bardzo ciekawy ze wględu na ilość i różne gatunki ptaków oraz pandy. Kupujemy maskotki, każdy dla kogoś z rodziny, są to o dziwo miśki panda…. Odjeżdżamy, aby za chwilę wylądować w manufakturze bambusowej, gdzie z nitek bambusa robione są różne rzeczy, takie jak maty na ścianę, pałeczki, bambusowe obrusy. Wpadamy jeszcze na krótko do domu towarowego, gdzie wszyscy zaopatrują się w chińskie buty wykonane ze sztruksu na gumowej podeszwie. Są bardzo dobre do chodzenia po hali, nogi w nich po każdej solidnej porcji treningu znakomicie odpoczywają.  W międzyczasie Shi Pin podaje mi przepis na orzeszki ziemne prażone na patelni (w ten sam sposób można prażyć pestki słonecznika). Cały czas podjada orzeszki, budząc tym samym  moje zainteresowanie, stąd mam ten właśnie przepis.  

Składniki: olej i patelnia oraz orzeszki ziemne.

Wykonanie – rozgrzewamy patelnię, sypiemy orzeszki i mieszamy, aby się nie przypaliły, odstawiamy, aby wystygło i oto cała robota, proste, a jakie smaczne i zdrowe.  Shi Pin – Jola podaje mi również przepis na orzeszki słodko-ostre: Do gotującej się wody dodajemy przyprawę 5 smaków (można dostać już w supermarketach), wkładamy orzeszki na 5 minut do wody, po obgotowaniu wyjmujemy partiami na sitko. W małej miseczce przygotowujemy sól, cukier, troszkę wody, dodajemy papryczki ostre drobno posiekane (bez pestek), przekładamy na patelnię, smażymy, dodajemy orzeszki i „prażymy”, gdy orzeszki są mokre, zwiększamy ogień do wyparowania wody, następnie zmniejszamy i prażymy uważając, aby nie spalić.  

Już 23.00. Bożenka śpi, a ja piszę, robię notatki i cieszę się, że nasza reprezentacja jest taka dojrzała w zachowaniu i wypowiedziach. To miłe i znacznie ułatwia nam wspólne życie. Rano pobudka o 7.00. Pół godziny później śniadanie i na trening. Jutro o 19.00 gramy mecz. Zobaczymy, co będzie. Dzisiaj Bronek na treningu wygrał dwa pojedynki. Jesteśmy bardzo szczęśliwi, to znaczy, że można wygrywać z Chińczykami. Są silni, to fakt, ale przecież też są zawodnikami, nie są maszynami do odbijania lotek. To pierwsze jaskółki zwiastujące wiosnę, a to znaczy, że nasza praca nie idzie na marne, że wiemy już, choć trochę, na czym polega ich trening, że być może kiedyś…  Czangdu   leży na wysokości 2400 m n.p.m. – wysoko. Na takich wysokościach trenują nasi lekkoatleci w Fount Romeu. Rysiek zarządza na jutro śniadanie kontynentalne. Zamawiam u Joli, u której dodatkowo wymieniam dolary na Juany. Zawodnicy proszą o zrobienie im zakupów: butów, serwetek i innych drobiazgów. Na ulicy obserwuję kobiety i stwierdzam, że moda wszędzie jest podobna. Swetry, spodnie, kurtki i zielone płaszcze z brązowymi kołnierzami, czy ładne to? Raczej nie, za to ciepłe i wygodne. No i wszędzie rowery, bardzo dużo rowerów. Treningi pochłaniają nam lwią część czasu, ale nikt się nie skarży, przecież przyjechaliśmy się uczyć, uczyć, uczyć no i chcemy coś z tego zabrać ze sobą do domu, dlatego drugi trener notuje, bo kamery jeszcze się nie dorobiliśmy. Atmosfera w Czangdu daleka jest od serdeczności Quiyng. Jest równo i sztywno, jakby to powiedzieli zawodnicy: jest decha. Jesteśmy w Chinach, w stolicy najbogatszej prowincji. Po cichu rozmawiam z Jolą, że marzę o odwiedzeniu lekarza medycyny naturalnej. Okazuje się, że nie jest to wcale skomplikowany temat i po godzinie siedzę przed wiekowym staruszkiem. Dobrze, że Jola jest tłumaczką. Po badaniach okazuje się, że jestem chora i powinnam używać chińskich ziół. Pewnie wie, co mówi, choć ja nie czuję żadnej choroby. W aptece, takiej sprzed wieków, wykupujemy nasze lekarstwa, a wygląda to tak, jak na jakimś filmie z okresu średniowiecza. Pani otwiera jakąś szkatułkę i wybiera trzy sztuki czegoś, następnie bierze z półki coś i do tego czegoś dokłada, z kolejnego słoja coś następnego, aż robi się sterta, wtedy stwierdza, że to już wszystko, instruuje Jolę jak się tego używa i koniec. W międzyczasie robimy też króciutki rekonesans, co i gdzie można kupić, aby nikt nie tracił cennego czasu. Poznaliśmy miejsca, gdzie przywieziemy zawodników, aby kupili drobne upominki do domów.  Wracamy na halę i do hotelu na kolację, ponieważ gramy mecz. Kolacja jest zamówiona na godzinę 17.00. Podają nam ryż, zupę ze szpinakiem, warzywa korzeniowe, ostre potrawy, zapiekane krewetki, ogórki gotowane z rybą (nie smakują mi), bambus z rybą, bardzo ostre mięsko, rybę smażoną w cieście, colę dla zawodników i herbatę dla Zosi Żółtańskiej. W ogóle dzisiaj Zosia zaczęła narzekać na ból gardła, denerwuje się, bo albo minie po płukaniu, albo będziemy szukać lekarza, albo… albo… i tak to sobie trwa.  O 18.15 odjazd z hotelu na halę. Krótka rozmowa zawodników z trenerem kadry Ryśkiem Borkiem, ustalamy wejście i kolejność gier i zaczyna się otwarcie, poprawne, bez tej szczypty serca, jaka była w Quiyang. Mecz gramy w następujących zestawieniach:

Gra pojedyncza mężczyzn:
Grzegorz Olchowik – XU Xino Lin    8/15, 0/15
Jacek Hankiewicz – Zi Jian                8/15, 3/15

Gra pojedyncza kobiet:      
Bożena Siemieniec – Yan Jian           11/2, 11/12, 11/6
Ewa Wilman- Rusznica Yu               0/11, 0/11

Gra podwójna mężczyzn:     
Olchowik/Hankiewicz –Wa Chi Sin/ Hu Xino Lin 1/15, 8/15
Piotr Czekal/Brunon Rduch – Li Jan/Zhey Mao  15/18,15/17

Gra podwójna kobiet:          
Siemieniec/ Żółtańska –Liang You /Chang Hang Yu 6/15, 4/15

Chiny – Polska 7:1. Po raz pierwszy w historii naszej dyscypliny Polka wygrywa mecz z Chinką. Radość wielka, a ja tracę na rzecz Bożenki moją żółtą koszulkę Victora. Wiele lat później, bedąc na Hali Arena Ursynów w Warszawie podczas Drużynowych Mistrzostw Europy. rozmawiam z Bożeną o naszej chińskiej przygodzie. Ona wspomina: a pamięta pani tę żółtą koszulkę Victora, którą dostałam od pani za wygrany mecz z Chinką? Oczywiście, koszulkę mam do dzisiaj, jest moim talizmanem, jest sprana, kolor już nie ten, ale jest zawsze ze mną. Mój Boże…  Po zakończonym meczu o 22.30 idziemy jeszcze na szybką kolację, na której serwują nam: ostrą potrawę (nie znam jej nazwy), pierożki, rybę w sosie pomidorowym, mięso z patyczkami (też nie wiem, co to?), Potrawę z płatków mięsa na ostro, szpinak z krewetkami, zupę warzywną, bambus i mięso z sezamem. Chyba po pierwszej idziemy spać. Pakujemy się szybciutko, prysznic, bo jutro pobudka o 7.40 i wyjazd do Wuhan.   

Cdn.

Kasia przesłała nam IV i ostatnią część dotyczącą jej pobytu na  Sycylii, którą  zamieszczam poniżej:

Syrakuzy - Tiempo di ApolloKolejnym wartym odwiedzenia punktem na mapie Sycylii są Syrakuzy, południowo-wschodnia stolica wyspy. Niegdyś najważniejsza metropolia w Europie, dziś wabi turystów niezwykłymi starożytnymi zabytkami. Architektura okresu hellenistycznego, wczesnego chrześcijaństwa, renesansu i baroku pojawia się tutaj na jednej ulicy.

Zwiedzanie zaczynamy od Ortygii, starówki położonej na wyspie. To tutaj znajdują się najważniejsze zabytki oraz średniowieczne i barokowe rezydencje i pałace. Tiempo di Apollo zbudowana w VII lub na początku VI w. p.n.e. to jedna z pierwszych na Sycylii wielkich świątyń doryckich, Fonte Aretusa w Syrakuzachmijamy ją ruszając w głąb Ortygii. Ruszamy w kierunku Fonte Aretusa, źródła słodkiej wody, w której pluskają się kaczki i ryby. Według legendy jest to źródło, w które bogini Artemida zamieniła nimfę Aretuzę uciekającą przed zalotami rzecznego boga Alfejosa. Niestety chytry plan nimfy spalił na panewce, gdyż bóg zmienił się w rzekę i na zawsze połączył swoje wody ze źródłem. Inne podania mówią, że co roku wody źródła barwiły się na czerwono, gdy składano ofiary w sanktuarium Olimpii. Jak w każdym sycylijskim mieście, także w Syrakuzach, głównym punktem zwiedzania jest Piazza del Duomo. Tutaj historia wielkiej katedry Duomo sięga czasów starożytnych – w 530 r. p.n.e. Grecy zbudowali w tym miejscu świątynię na cześć Ateny. Obecny, barokowy kształt świątyni to owoc przebudowy po trzęsieniu ziemi w 1693 r. Wnętrze Duomo jest dużo bardziej ascetyczne i w dużej mierze są to pozostałości starożytnej świątyni.

Jedziemy do Parco Archeologico della Neapolis w Syrakuzach, gdzie oglądamy Teatro Greco z V w. p.n.e. i kamieniołom z grotą Ucho Dionizjusza. Legenda głosi, że Dionizjusz umieszczał w grocie więźniów i wrogów, gdyż dzięki niezwykłej akustyce mógł podsłuchiwać ich knowania wygłaszane nawet najcichszym szeptem. W Amfiteatro Romano, kolejnym punkcie wycieczki, mieszkańcy Syrakuz oddawali się krwawym uciechom. Ich pozostałością jest między innymi prostokątny otwór na krew i wnętrzności. Również Ara di Ierone II, pozostałości po 200-metrowym ołtarzu, gdzie składano ponoć ofiary z 450 byków, przyprawia o dreszcz na plecach. Zamiłowanie do krwawych uciech u starożytnych zawsze mnie zastanawiało. Grobowce PantalicaNarzekamy na naszą kulturę rozrywkową pełną ogłupiających reality shows, ale to chyba dobrze, że ucywilizowaliśmy się na tyle, że bawią nas takie uciechy i nie potrzebujemy już oddawać się krwawej uczcie dla oczu w amfiteatrach.

Ruszamy mrocznym tropem do Pantalicy, największej nekropolii Sycylii. 5 tysięcy grobowców wykutych w skałach robi piorunujące wrażenie. Miejsce zaliczone do Listy Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego UNESCO zachwyca nie tylko atmosferą powagi i skupienia, ale i dzikością otaczającej je przyrody. W grobowcach znajdywano szczątki pierwszych mieszkańców tego terenu, Sykulów z XIII-X w. p.n.e., greckich kolonistów od VIII w. p.n.e., ale i Syrakuzan, którzy chronili się tu uciekając przed barbarzyńcami. Spacerujemy wąwozem w otoczeniu grobowców dość krótko, gdyż zaczyna się zmierzchać, a przebywanie tu po ciemku, to już nie na moje nerwy.  

Ceramika z CaltagironeNasza ostatnia, krótka, bo trwająca pół dnia wycieczka, tonie w strugach deszczu. Jedziemy długą, krętą, wąską drogą nad wąwozami do Caltagirone, stolicy sycylijskiej, ręcznie malowanej i zdobionej porcelany. Kiedy dojeżdżamy zaczyna lać, więc w ekspresowym tempie udaje się nam zobaczyć słynne schody La Scala prowadzące do kościoła Santa Maria del Monte. Każdy ze 142 schodów ozdobiony jest ręcznie malowanymi, ceramicznymi płytkami, spośród których każda przedstawia co innego. Są zwierzęta: papugi, słonie, ryby, zające i przeróżne stwory rodem z baśni, są też statki, damy, Arabowie czy rycerskie sceny walki. Warto wybrać się tu 24 i 25 lipca, kiedy schody oświetlają tysiące papierowych lampionów na cześć dnia św. Jakuba. My znikamy w jednym z otaczających schody warsztatów ceramicznych, gdzie spędzamy godzinę (tu nie leje!) wybierając najpiękniejsze cacuszka dla siebie i dla mam. Biegnąc do samochodu wpadamy do małej knajpki na pyszne słone wypieki a la pizza. Jedziemy dalej w poszukiwaniu słońca, tym razem chcemy na dłużej wpaść do Modicy, która słynie z najpyszniejszej na całej wyspie czekolady, wytwarzanej jeszcze według metod odkrytych przez Azteków. Jakie jest nasze zdziwienie, gdy po całej dwugodzinnej drodze, gdzie nie spada na nasz samochód ani kropla deszczu, docieramy do ociekającej wodą Modicy. Oglądamy część zabytków z samochodu, bo nie pomyśleliśmy o parasolu.

Modica jest więc obok Ragusy, świątyń w Agrigento, romantycznego Erice czy Montreale kolejnym punktem na mapie Sycylii, którego nie udało się nam zobaczyć i do którego warto będzie tu wrócić w przyszłości. Następnym razem koniecznie musimy wybrać się też na Wyspy Liparyjskie i zażyć kąpieli błotnej na wyspie Wulcano czy też opalić się na plaży u podnóża Stromboli. Sycylia kryje jeszcze cuda na co najmniej dwa kolejne dwutygodniowe wypady! Może za rok…

Od pewnego czasu używam nowego telefonu komórkowego emporiaELEGANCE, który ostatnio pojawił się na polskim rynku. Telefon ten jest bardzo prosty w obsłudze, a jednocześnie elegancki, można powiedzieć emporiaELEGANCEszykowny i stylowy. Jakby „skrojony” na moją miarę: elegancki i estetyczny, zgodny ze współczesnymi trendami wzornictwa. Dzisiaj, będąc w lecznicy dla zwierząt, zadzwoniła do mnie Ania, ponieważ mój dzwonek jest ustawiony na 5. poziom głośności, słychać go było donośnie, a i melodia jest świetna, ponieważ jest to fragment Wilhelma Tella. Telefon wzbudził zainteresowanie osób, które go zobaczyły i zaczęło się wypytywanie, a gdzie kupiłam taki ładny i elegancki aparat, ile kosztuje, zarówno klienci lecznicy, jak i lekarze stwierdzili, że może on być świetnym prezentem dla osoby, która ukończyła 50 lat i potrzebuje większego wyświetlacza z dużą czcionką i łatwo wyczuwalnych klawiszy. Poza tym musiałam odpowiedzieć u jakich operatorów można go kupić (u wszystkich czterech największych w Polsce: Plus, Era, Play i Orange). Duże zainteresowanie wywołał wyświetlacz OLED – to organiczne diody elektroluminescencyjne, które cechuje duża jasność przy mocnym kontraście, co znakomicie ułatwia czytanie smsów bez potrzeby korzystania z okularów. Ponadto emporiaELEGANCE ma duże, łatwo wyczuwalne klawisze oraz szeroki wyświetlacz z czytelnymi literami. Bardzo łatwa jest obsługa telefonu,  nie wymaga instrukcji, a blokada klawiszy oraz przełączanie na funkcję sms odbywają się poprzez boczne przyciski. Na pytanie jednego z lekarzy, dotyczące tego aparatu w zakresie fotografii czy połączenia z Internetem, odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że nie ma w nim takich opcji, bo i po co. Telefonu używam do odbierania rozmów, a także do rozmów z najbliższymi oraz do wysyłania smsów, więc nie potrzebuję dodatkowych gadżetów, w których lubują się ludzie bardzo młodzi. Ja używam swojej prostej w obsłudze komórki do komunikowania się z bliskimi, a nie po to, by imponować innym ilością funkcji w moim aparacie. Bardzo się ucieszyłam z rozmowy z klientami oraz lekarzami z mojej kliniki weterynaryjnej, gdyż oni też stwierdzili, że właściwie od telefonu wymagają podstawowych funkcji. 

Po zakończeniu dyskusji na temat mojego nowego telefonu emporiaELEGANCE mogliśmy przejść do sprawy zasadniczej, jaką było czyszczenie uszu mojej nowej kotki psotki Nuriny.

O tym poinformowała Was Wasza Jadwiga

Pełnia lata

Autor: Jadwiga. Komentarze (23).

Burza i dwie godziny deszczu schłodziły temperaturę do 24 stopni. Nareszcie! Po prawie trzech tygodniach wielkich upałów i temperaturach dochodzących do 40 stopni ochłodzenie przyniosło nam wszystkim ulgę. Oskar i Glen czyli Pat i PataszonNasze zwierzaki: owczarek niemiecki Oskar, Jack Russel Terrier – Glen, i koty Zara i Nurina ogłosiły strajk i nie chciały wychodzić na dwór chyba, że o piątej rano, więc cóż miałam zrobić? Potulnie wstawałam i wychodziłam z kubkiem kawy w ręku i całym zwierzyńcem. Radość była ogromna, ponieważ moje towarzystwo bardzo im odpowiadało, szczególnie o piątej rano, tylko, że piąta rano nie jest moją ulubioną godziną. Ale co się nie Kot Zararobi dla zwierzaków? Jeżeli nie jest to to, co tygrysy lubią najbardziej, starajmy się przynajmniej zobaczyć w tym piękno. I zobaczyłam. Wschód słońca, różnorodne odgłosy ptaków, nawoływanie synogarlic, stukot dzięcioła leczącego jedną z naszych sosen oraz wiewiórki ganiające się wokół pnia dębu. Niby nic nadzwyczajnego, ale wstający dzień jest pełen magii i pojawiającego się życia po upalnej nocy. Te chwile dawały radość nie tylko psom i kotom, ale też mnie, siedzącej na tarasie i słuchającej kwiat liliowcanadzwyczajnego koncertu. W ogrodzie kwitną już lilie, liliowce, floksy, dziewanny i rudbekie, a na tarasie pelargonie. Lilia (Lilium L.) jest rodzajem byliny cebulowej z rodziny liliowatych, obejmującej około 75 gatunków. Wiele to znane rośliny ozdobne.  Zapylane są przez motyle dzienne i nocne oraz inne owady. Lilie, ze względu na swą urodę, są pięknie opisane, ja podałam na jej temat podstawową informację. Starożytni Grecy wierzyli, że lilia powstała z kropel Lilia tygrysiamleka, które uroniła bogini Hera. Nazywali ją leirion, od przymiotnika leiros (delikatny, cienki, wrażliwy). Przypisywane są jej nawet magiczne właściwości. Od niepamiętnych czasów lilia symbolizuje chwałę, królewskość i majestat. Niezwykły kształt kwiatów lilii znalazł swoje stałe miejsce w sztuce ludowej, jako motyw zdobniczy czy w symbolice chrześcijańskiej – jako oznaka czystości i niewinności. Lilia stanowi też wzór heraldyczny. Liliowce (Liliales Perleb), rośliny zielne należące do klasy Liliowce najładniej się prezentuja posadzone w kępachjednoliściennych. Są to głównie rośliny wieloletnie, wytwarzające zwykle kłącza, bulwy lub cebule. Promieniste, rzadziej grzbieciste, często duże i efektownie zabarwione. Kwiat to 2 okółki po 3 listki. Kwiaty są owadopylne – owady przywabiane są przez barwny okwiat i zbierają nektar produkowany przez miodniki umieszczone w zalążni słupka.

floks wiechowatyFloks wiechowaty, lub płomyk wiechowaty (Phlox paniculata) to bylina z rodziny wielosiłowatych. W stanie dzikim występuje w części Ameryki Północnej. W Polsce rozpowszechniony w uprawach, niestety niekiedy dziczejący. Jest to roślina ozdobna, uprawiana ze względu na swoje piękne i pachnące kwiaty. U nas w ogrodzie floksy rosną na rabacie i nie są cięte do wazonów, ponieważ stoją tylko dwa lub trzy dni, natomiast na rabacie potrafią kwitnąć kilka tygodni. W zależności od odmiany, floksy kwitną od lipca do sierpnia, a nawet nieco dłużej, jeżeli w czerwcu je lekko przytniemy, wtedy rozkrzewiają się i dłuższe kwitnienie jest zapewnione. floksyFloksy wiążą się z moimi wspomnieniami rodzinnymi z wakacji pod Opatowem. W ogrodzie mojej ukochanej babci kwitły różnobarwne floksy. Kolorowy zawrót mojej małej głowy. Wydawało mi się, że ogród w zasadzie składa się z samych floksów, bo ich kępy były w ogródku i było ich tak dużo! Kolory? Purpurowe, różowe, jasnoróżowe przechodzące prawie w biel, ciemnokarminowe, kardynalskie. A kiedy wieczorem cała nasza rodzina siadała na ławkach przed domem, przy stole wykonanym przez ojca, my musieliśmy wypić mleko z wieczornego udoju (osobiście bardzo tego rytuału nie lubiłam, ponieważ mleka nie znoszę), ale lilie i floksynagrodą była atmosfera ciszy i przedwieczornego spokoju, a także upojnego zapachu floksów. Jakież było moje zdziwienie wiele lat później, gdy znowu odwiedziłam rodzinne strony i zobaczyłam tamten nasz przed ogródek, który nie był taki wielki, wcale to a wcale. Ale w dalszym ciągu kwitły ukochane floksy mojej Babci. Dzisiaj nie ma Babci, nie ma jej floksów, pozostały słodkie wspomnienia małej dziewczynki i floksy, które posadziłam sama w moim ogrodzie. Siedząc przy porannej kawie często wracam do moich wspomnień z rodzinnego domu, a Babcia moja ukochana, (która zmarła w roku 1978) zawsze  tym wspomnieniom towarzyszy.

dziewanna i floksyKolejną rośliną, która jest związana z moimi dziewczęcymi wspomnieniami jest dziewanna, która rosła na wsi przy drodze. Z daleka widać było jej sztywne łodygi skierowane w górę z kwiatkami żółtozłocistymi. Dziewanna jest rośliną dochodzącą do dwóch metrów wysokości pokrytą biało-żółtymi włoskami. Rośnie na piaszczystych, słonecznych miejscach, na skrajach lasów, przydrożach i łąkach. Jako roślina dwuletnia, w pierwszym roku wypuszcza liście — duże, szerokie, gęsto owłosione. W drugim roku wytwarza kwiatostany. Kwiaty są kwitnąca dziewannazłocistożółte, osadzone po kilka na górnej części łodygi. Cała roślina wydziela przyjemny, miodowy zapach. U nas w ogrodzie wysiewa się sama, i w zasadzie rośnie tam gdzie chce, najczęściej jednak w miejscu słonecznym, przed tarasem. Dziewannę można uprawiać w ogrodzie. Lubi miejsca słoneczne, suche, udaje się na każdej glebie, jednak lepiej uprawiać ją na ziemi żyznej, gdyż tylko wtedy dobrze się rozrasta. Nasiona wysiewa się na powierzchnię ziemi, lekko ją potem ugniatając. Czy wiecie, że jest takie powiedzenie: tam gdzie rośnie dziewanna posagu nie ma panna! Może i tak było kiedyś, ale dzisiaj wracamy do natury, do wiejskich klimatów i posiadanie dziewanny w ogrodzie już nie jest objawem zubożenia rodziny. Nieprawdaż?

pelargonieW tym roku taras został obsadzony pelargoniami w kolorze makowym, trochę to dziwnie brzmi, ale jak mam nazwać ten kolor ognistej czerwieni jak nie makowy? Pierwsze kwiaty były dorodne, ale wszyscy pamiętamy maj i czerwiec. Deszcze, deszcze, deszcze. Moje pelargonie przekwitły i koniec. Liście owszem były, ale kwiatów na lekarstwo. I tu się przyznam, że podlewając pelargonie oczywiście dodawałam nawóz, ale nie tyle ile powinnam była. Stąd po korekcie, po wzmocnionym nawożeniu pelargonie odwdzięczają się pięknymi kwiatami.

różeBardzo wcześnie zakwitły moje róże. Bardzo je lubię, ale one nie bardzo lubią mnie, a może miejsca, które im wybrałam. Nasz ogród został stworzony przeze mnie na działce leśnej. Ziemia tu jest marna, prawie piach i musiałam nawieźć w ciągu wielu lat ponad 86 ton czarnoziemu. Kto taki ogród ma, to wie, o czym mówię. Siermiężna praca, upór i miłość do kwiatów dawały mi siły do wykonania tej gigantycznej różeroboty. Udało się. Tylko róże jakoś nie chcą się zadomowić na stałe pomimo oprysków, nawożenia, dopieszczania a nawet gróźb, że w końcu je wykopię i tyle będzie. W tym roku zakwitły wysokopienne i nie powiem, były śliczne, ale deszcze skróciły im żywot, bo nawet nie wiem czy kwitły tydzień, czy też dwa.

Za to nawłoć, czyli polska mimoza, rośnie ze zdwojoną siłą i jak tak dalej będzie na rabacie lilii królewskiej królować będzie ta polna i przydrożna roślina. O swoich wspomnieniach, psach i kotach a także przygodzie z ogrodem opowiadała

Wasza Jadwiga

Wakacje w Canterbury

Autor: Jadwiga. Komentarze (12).

Wakacje, wakacje, wakacje, znowu są wakacje (piosenka Big Cyca), u nas wakacje trwają, jeździmy w najróżniejsze rejony świata, i zwiedzamy. U mnie też trwa sezon wakacyjny, więc skorzystam znowu z listu, tym razem Beaty, która wyjechała na kilka dni szukać natchnienia, pięknych miejsc, wschodów i zachodów słońca i tego wszystkiego, co na wakacjach znajdujemy, atmosfery, pocztówkowych widoków i miejsc, gdzie możemy pomarzyć i nasza wyobraźnia pracuje na pełnych obrotach. Ja takie magiczne miejsca znajdowałam w Szkocji np. wzgórze i punkt widokowy Waltera Scotta, zachodnie wybrzeże czy piękne jeziora szkockie, w których przeglądają się chmury i są one okolone z rzadka urokliwymi domami. Beata napisała do nas z Canterbury, a ja jak zwykle zamieszczam wakacyjną  korespondencję:  

Canterbury Canterbury w hrabstwie Kent zawsze kojarzyło mi się raczej negatywnie, bo ze śmiercią Tomasza Becketa. Jako że wyobraźni mi nie brak, to oczyma duszy widziałam ociekający krwią miecz uniesiony przez siepaczy Henryka II nad głową arcybiskupa konającego w mękach przy ołtarzu katedry. Zadarł on z angielskim królem, podobnie jak nasz nieszczęsny biskup Stanisław niecałe sto lat wcześniej z Bolesławem II. Królom, jak i biskupom, nie wyszło takie posunięcie na zdrowie; Stanisław i CanterburyTomasz zostali natychmiast ogłoszeni męczennikami i świętymi oraz z przepychem pochowani w katedrach. Henryk II musiał się ukajać i wysłać 200 rycerzy na wojnę świętą. Bolesławowi II nie udało się wykręcić sianem i musiał chyżo zmykać z kraju i spędzić resztę życia w klasztorze w Ossiach na terenie obecnej Austrii, bodajże. Dywaguję jednakże od głównego tematu, to jest uroku Canterbury. Już z oddali widać piękną wieżę katedry zbudowaną w okresie późnego gotyku w stylu perpendykularnym. Dla mniej obeznanych z architekturą, styl perpendykularny charakteryzuje się wielkimi oknami, bogatymi podziałami ścian i spektakularnymi wachlarzowymi sklepieniami. Katedra została wpisana na listę światowego dziedzictwa kulturalnego UNESCO, podobnie jak najstarszy zachowany w Anglii kościół parafialny św. CanterburyMarcina, założony przez Świętego Augustyna, który przybył do Anglii w roku 597. Trzecim dziedzictwem kultury UNESCO w tym mieście są ruiny wczesnośredniowiecznego opactwa, zbudowanego również przez Augustyna; zostało ono zniszczone w okresie reformacji, ale nie przeszkadzało to w masowym odwiedzaniu tego miejsca przez pielgrzymów w poprzednich stuleciach, a współcześnie przez turystów. Na uwagę zasługują również ruiny zamku, co prawda zostały z okazałej budowli właściwie tylko ściany i parę korytarzy, ale w słoneczny dzień zamek osadzony przy starych murach miasta kusi i co wytrwalsi wdrapują się na drugie piętro, żeby popatrzeć z wysokości na podwórzec. Średniowieczne ulice miasta słyną z uroczo pochylonych ze starości domów, jak chociażby ten z 1180 roku – szpital dla biednych księży, z 1190 dla Canterburybiednych pielgrzymów czy też trochę późniejszy z 1500 roku, The Weavers, w którym obecnie mieści się sympatyczna restauracja. Całe stare miasto otaczają mury, a obok nich romantycznie wije się rzeka Stour, po której można się za parę groszy przejechać większą lub mniejszą łódeczką. Przy jednej z miejskich wież, West Gate Tower, roztaczają się śliczne ogrody pełne kolorowych kwiatów, z fascynującym, ponad 200-letnim platanem o przeogromnym pniu. W jego cieniu można usiąść, odpocząć, popatrzeć na płaskodenne łódeczki z turystami przepływające w pobliżu czy tez nakarmić kaczki niecierpliwie czekające na otwarcie torebki z chlebem. W czasie moich bliższych i dalszych podróży zawsze staram się wypatrzeć polskie akcenty: tutaj takowe też były. Wielkim wydarzeniem był w tym roku festiwal muzyki współczesnej z utworami polskich kompozytorów. Katedra była wspaniałym tłem dla „Pasji Św. Łukasza” Krzysztofa Pendereckiego pod jego batutą i dusza rosła, jak po zakończeniu owacje trwały przez 10 minut!  Na zakończenie mojej opowiastki, zagadka: w „Opowieściach z Canterbury” Chaucera, tych pięknych wierszowanych historyjkach, którymi pielgrzymi umilali sobie drogę z Londynu do Canterbury, jaka jest odpowiedź na pytanie żony z Bath:, „Co kobiety kochają najbardziej”? Miłego przypominania lektury szkolnej, a uroki tego miasta niech ukażą zdjęcia.

Pozdrowienia dla Wszystkich

Beata

Liderki Sportu

Autor: Jadwiga. Komentarze (22).

Seminarium szkoleniowe

Uczestniczyłam w uczestniczki seminarium, pierwszy rząd druga z lewej.E.Radziszewska, autorka  drugi rząd pierwsza z prawej w czerwonym żakiecieseminarium szkoleniowym „Liderki Sportu”, które odbyło się w Centrum Olimpijskim Polskiego Komitetu Olimpijskiego w Warszawie przy ul. Gdyńskie Wybrzeże 4. Seminarium zostało zorganizowane przez Ministerstwo Sportu oraz  Pełnomocnika Rządu do Spraw Równego Traktowania. Brały w nim udział kobiety działające w sporcie: między innymi Monika Maciejewska olimpijka trener szermierki i Otylia JędrzejczakOtylia Jędrzejczak, Monika Maciejewska, Alicja Rutecka, Anna Lewczuk, Anna Wasilewska, menadżerki sportu, przedstawicielki polskich związków sportowych, a także osoby zaproszone: Ryszard Stachurski – Sekretarz Stanu w Ministerstwie Sportu,
Andrzej Kraśnicki – Prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego,
Elżbieta Radziszewska – Pełnomocnik Rządu ds. Równego Traktowania,
Urszula Jankowska – radca generalny w Ministerstwie Sportu i Turystyki,
Andrzej Person – senator,
Beata Bublewicz – posłanka na Sejm Rzeczpospolitej Polskiej, Wiceprzewodnicząca Komisji Kultury Fizycznej i Sportu,
Adam Krzesiński – sekretarz generalny polskiego Komitetu Olimpijskiego,
Anna Budzanowska – dyrektor Departamentu Sportu Kwalifikowanego i Młodzieżowego,
Prof. Ewa Kozdroń – AWF Warszawa,
Dr Joanna Sobiecka – AWF Kraków,
Dorota Idzi – przewodnicząca Komisji Sportu Kobiet,
Agnieszka Olejkowska – rzecznik prasowy PZPN.

Elżbieta Radziszewska (z prawej) i prof. Ewa Kozdroń AWF WarszawaZ przyjemnością chciałabym odnotować wystąpienie pani Elżbiety Radziszewskiej – Pełnomocnika Rządu ds. Równego Traktowania, która na zadania w sporcie, zarządzanie i liderki sportu, popatrzyła przez pryzmat równego traktowania kobiet i mężczyzn (a także przez pryzmat walki z rasizmem, szkoleń i awansów, zatrudnienia płci, orientacji Otylia Jedrzejczak pozdrowienia dla czytelników bloga www.okiemjadwigi.plseksualnej, religii, wieku, niepełnosprawności, rasy). Podkreśliła, że od roku 1919 w Polsce wybierałyśmy i mogłyśmy być wybierane, że Polska jest drugim na świecie państwem, które ma dwuizbowy parlament, starszy jest tylko parlament Anglii. Poinformowała, że 30.04.2008 r. powołano pełnomocnika rządu ds. równego traktowania, aby zasada równego traktowania była respektowana. Unia Europejska ma swoje Sportsmenka - Kobietą sukcesu, pod redakcją naukową Jadwigi Kłodeckiej Różalskiejwymogi i Polska musi się do tego dostosować. Ponadto przekazała, że trwają prace dotyczące niezależnego od rządu publicznego organu, którego zadaniem byłoby dawanie rządowi zaleceń dotyczących respektowania prawa w tym zakresie, a także udzielanie pomocy prawnej i wsparcie dla osób dyskryminowanych. Takim organem ma być Rzecznik Praw Obywatelskich z prof. Ireną Lipowicz na czele (niebawem zostanie powołana). W swoim wystąpieniu pani Radziszewska pokazała również, że w sporcie nie ma zasad równego traktowania, o czym świadczyć może na przykład ilość kobiet – prezesów w polskich związkach sportowych.

I tu nasuwa mi się osobista dygresja. W roku 1991 zostałam wybrana prezesem Polskiego Związku Badmintona. Byłam pierwszą kobietą – prezesem w polskim sporcie. Pamiętamy trudne czasy lat dziewięćdziesiątych i transformacji, jaką wszyscy przechodziliśmy, w tym także polski sport. Doskonale pamiętam wrzesień roku 1991 i pismo, które otrzymałam z ministerstwa. W związku z trudną sytuacją finansową państwa i rządu oraz dziurą budżetową, Polski Związek Badmintona musiał oddać do budżetu 47% dotacji przyznanej na rok 1991. Pismo otrzymaliśmy we wrześniu, czyli w naszym przypadku zrealizowaliśmy 80% budżetu na rok 1991. Na nic zdały się tłumaczenia, pisma, odwołania, staliśmy na straconej pozycji i nie było dyskusji. Zresztą wszystkie związki sportowe musiały oddać część przyznanych pieniędzy. Proszę sobie wyobrazić, jakich sztuk dokonywaliśmy, aby zrealizować szkolenia dla zawodników, aby nie przerwać przygotowań do najważniejszych imprez, jakimi w roku 1992 były m.in. Igrzyska Olimpijskie w Barcelonie. Zakwalifikowaliśmy WTEDY 5 KOBIET i 1 MĘŻCZYZNĘ. Międzynarodowe mistrzostwa Polski, które wtedy odbywały się w Płocku, zostały zorganizowane, i proszę mnie nie pytać, jakim wysiłkiem i nakładem sił i środków. Długi, które zaciągnęliśmy u naszych kontrahentów spłacaliśmy do września 1992 r., ale wszystkie akcje szkoleniowe seniorów, starty polskich zawodników zostały zrealizowane zgodnie z planem. Starty w zaplanowanych turniejach kwalifikujących do IO Barcelona 1992 – a  trzeba było wystartować w co najmniej 10 wielkich turniejach międzynarodowych, punktowanych, a punkty te zliczane razem dawały miejsce na listach światowych Międzynarodowej Federacji badmintona IBF, realizowaliśmy bądź to na koszt klubów, bądź na koszt własny związku, z odroczonymi terminami  płatności. To były bardzo trudne chwile dla nowego prezesa – kobiety, która musiała sobie ze wszystkim poradzić. I poradziła!  Byłam wówczas jedyną kobietą na takim stanowisku i nie mogłam pokazać, że się boję, obawiam, że nie dam rady, (oczywiście, że się bałam, oczywiście, że nocami nie spałam, ale o tym wiedzieliśmy tylko ja i mój mąż) dałam radę, znajdowałam różnego rodzaju rzeczy niemożliwe, które stawały się możliwymi i wyszliśmy z badmintonem na prostą, wzięliśmy udział w Igrzyskach Olimpijskich w badmintonie Barcelona 1992 i Polska po raz pierwszy na tych zawodach zajęła 9. miejsce w grze podwójnej kobiet. Bożena Siemieniec i Wioletta Wilk były zdobywczyniami tej pozycji. Dopiero trzy lata później związek jeździecki wybrał kobietę na stanowisko prezesa (zajmowała je tylko rok lub półtora). Na damskiego prezesa zdecydował się też związek łuczniczy – Justyna piastowała tę funkcję przez jedną kadencję, natomiast prezesem w Polskim Związku Lekkiej Atletyki w latach 1997-2009 była pani Irena Szewińska, ale to było 6 długich lat po tym, jak ja prezesowałam mojemu związkowi. Pracowałam jako prezes Polskiego Związku Badmintona  od 1991 do stycznia 2005 roku. Poprzez tę dygresję chciałam pokazać, jak nas, kobiet, na pozycjach liderek w sporcie jest mało. Obecnie żaden związek sportowy nie ma chyba kobiety prezesa.

Wracając do seminarium:konferencja liderki sportu E.Radziszewska

Pani Elżbieta Radziszewska stwierdziła, że aby osiągnąć poważne stanowisko w zarządzaniu w sporcie musimy mieć pasję. To prawda, zgadzam się z panią całkowicie. Tylko dzięki pasji, ukochaniu sportu, codziennemu współzawodnictwu z mężczyznami osiągnęłam sukces, wytrwałam i doszłam do wyznaczonego przeze mnie celu.

konferencja liderki sportu Urszula JankowskaUla Jankowska, radca generalny w Ministerstwie Sportu zapoznała nas z działaniami ministerstwa w tym zakresie, jak również poinformowała nas o kongresie, jaki odbył się w dniach 20-23 maja tego roku w Sydney: Kobiety i Sport/weź udział/pomyśl/zmień, w którym uczestniczyło 460 osób z 60 państw. Polska została wyróżniona i głośno było o naszej inicjatywie dotyczącej najlepszych zawodniczek posiadających stypendia sportowe. Gdy zawodniczki zachodzą w ciążę i rodzą dziecko, mają szansę powrotu do wielkiego wyczynu poprzez uregulowania prawne (2005 r.) – w dalszym ciągu otrzymują stypendia sportowe i mogą wrócić do swojej dyscypliny sportowej oraz do wielkiej formy, gwarantującej im uzyskanie kolejnych świetnych wyników sportowych, dzięki tej pomocy.

konferencja liderki sportu Ewa RutkowskaCiekawe były również dwie prezentacje: Ewy Rutkowskiej i Doroty Bregin, reprezentujących Grupę Doradczą Równości Płci o tematach “Polityka równości a sektor sportowy” oraz “Możliwości rozwiązań równościowych w sektorze sportu”. Mottem wykładu pani Ewy Rutkowskiej był wyjątek z deklaracji z Brighton w sprawie kobiet w sporcie z roku 1994: ”… Mimo wzrostu udziału kobiet w sporcie, który miał miejsce w ostatnich latach, oraz pomimo zwiększania szans uczestnictwa w wydarzeniach sportowych o randze krajowej i międzynarodowej, zjawiskom tym nie towarzyszył wzrost udziału kobiet w zakresie podejmowania decyzji i sprawowania funkcji kierowniczych w sporcie. Kobiety są zdecydowanie słabo reprezentowane wśród kadry zarządzającej, trenerów i urzędników, w szczególności wyższych szczebli. Dopóki brak będzie kobiet na stanowiskach kierowniczych i decyzyjnych oraz brak będzie kobiecych wzorców w sporcie, postulat równych szans dla kobiet i dziewcząt nie będzie możliwy do zrealizowania”. Minęło 16 lat od ustanowienia tej deklaracji, i nie bardzo w to wierzę, że się coś zmieniło. Wiemy, że zmiany te są wynikiem ciągłego, długiego procesu, którego efekty będzie można ocenić w ciągu kilku lat.

konferencja liderki sportu A.ZagórskaBardzo mi się podobała prezentacja przedstawiona przez dr Adrianę Zagórską na temat „Technika „skutecznie” jako element  budowania siebie”. Pani Adriana przedstawiła kilka możliwych do zastosowania technik. Aby być skutecznym i móc realizować siebie, należy zachować poniższe zasady: ciało, umysł, duch. Powiedziała w swym wystąpieniu, że myślenie jest czynnością umysłową, mózg zaś jest ślepym narządem, który przetwarza wszystko, co mu zostanie przesłane. Człowiek reaguje na wyobrażenia, a ciało odpowiada na to, co mózg sobie wyobraża. Czym zatem jest technika „skutecznie”?  Jest to zbiór technik psychologicznych wspierających pewność siebie i poczucie własnej skuteczności.  Pewność siebie to wiara, że możesz osiągnąć sukces, wykonać to co zamierzasz, wiara w swój potencjał, a pewność siebie rozwija pozytywne emocje, ułatwia koncentrację, wpływa na formułowanie celów, zwiększa wysiłek wkładany w działanie, wpływa na strategię „grać aby wygrać”. Własna skuteczność “self efficacy” – poczucie własnej kompetencji, która pozwoli na  efektywne radzenie sobie z różnymi stresującymi sytuacjami, jest to nasze przekonanie, że możemy skutecznie działać dla osiągnięcia celu. Niski poziom własnej skuteczności związany jest z lękiem, poczuciem bezradności, nasileniem smutku i przygnębienia. Pani dr Adriana Zagórska wprowadzała nas w te i inne aspekty pewności siebie, skuteczności, energii życiowej, a także stresu i paliwa do życia w formach diety, ruchu, snu, czasu wolnego, planów i marzeń, spełnień życiowych, kultury i duchowości. Były to sprawy jakby proste, o których na co dzień nie myślimy, ale one wpływają na nasze działania. Bardzo dobra psychologiczna strona w technikach skuteczności, z punktu widzenia naukowego w psychologii. Wykład bardzo ciekawy, zmuszający do pewnych przemyśleń. Na zakończenie odbył się panel dyskusyjny “Jakimi metodami należy promować i rozwijać sport kobiet?”. Dyskusja trwała godzinę i wzięły w niej udział prawie wszystkie uczestniczki spotkania. Konferencja konferencja liderki sportu dr psychologii Jadwiga Kłodecka-Różalskaciekawa, potrzebna, świetnie moderowana przez dr psychologii Jadwigę Kłodecką-Różalską. Jestem bardzo zadowolona, że brałam udział w tym wydarzeniu. Wszystkim osobom, które miały swoje prezentacje serdecznie dziękujemy za ich przekazanie.

A ja chciałabym dodatkowo podziękować pani Uli Jankowskiej, która była dobrym duchem tego seminarium.

Sprawozdawca – uczestnik

Wasza Jadwiga                                                                                                                  Honorowy Prezes
Polskiego Związku Badmintona

 

Jubileusz „Rozmaryna”

Autor: Jadwiga. Komentarze (6).

Jan Rozmarynowski urodził się w roku 1940 w Warszawie na Woli. Od młodych lat interesował się fotografią, pJan Rozmarynowski z Waldemarem Baszanowskimrzeszedł całą drogę w swoim fachu, począwszy od laboranta, skończywszy na mistrzu obiektywu. Pasją Jego życia była kulturystyka, zakładał Ośrodek Ćwiczeń „Herkules”, był też zawodnikiem w podnoszeniu ciężarów. W środowisku znał wszystkich i wszyscy znali Jego. W warszawskim klubie podnoszenia ciężarów „Hades” na AWF poznał trenera, dr. Augustyna Dziedzica i jego wychowanków: Waldemara Baszanowskiego, Norberta Ozimka, Zygmunta Smalcerza oraz przyjaciela Henryka Jasiaka (dziennikarza, autora książek). Kulturystyka i podnoszenie ciężarów, atmosfera, snobistyczna moda na kult pięknego, rzeźbionego ciała  jawiły się w dobie socjalizmu, siermiężnej szarości obowiązującej dookoła, jako nowy, odbiegający wręcz od rzeczywistości, modny styl życia. Pracował w „Sporcie dla wszystkich”, „Dysku Olimpijskim”, „Wiadomościach Sportowych”. Choć związany przede wszystkim z podnoszeniem ciężarów, które kiedyś z racji wyników sportowych za czasów prezesa Janusza Przedpełskiego i trenera kadry narodowej Klemensa Rogulskiego, było sportem narodowym traktowanym na równiz lekką atletyką i boksem (w czasach świetności), Jan Rozmarynowski fotografował sport, różne dyscypliny sportowe, w tym również mój ukochany badminton. Janek, bo tak Go nazywam, obchodzi właśnie 70-lecie swoich urodzin, niedługo będzie obchodził 50-lecie pracy z aparatem w dłoni.

Drogi Jubilacie!

Serdeczne życzenia pomyślności i zdrowia, pogody ducha, jaką zawsze prezentujesz, uśmiechu na co dzień, radości twórczej, wszystkiego najlepszego Życzy Tobie z okazji Twojego Jubileuszu, 

Jadwiga

U stóp Etny

Autor: Jadwiga. Komentarze (12).

Ludowo przystrojony wózKatania jest jednym z miast, które najbardziej ucierpiały po wielkim wybuchu Etny w 1669 r., jako, że leży u samych stóp groźnego wulkanu. Od miasta do Etny prowadzi nawet droga, najdłuższa na Sycylii i zbudowana z lawy Via Etnea. Wiele budynków w Katanii również powstało z materiałów wyrzucanych przez wulkan, dlatego niektóre z nich wyglądają jak lekko przykurzone, a dominujące barwy to szarości, brązy i beże. Pomimo tego Katania wita nas burzą kolorów. Jest sobota rano i na głównym placu właśnie odbywa się przejazd wozów ciągniętych przez kolorowo przystrojone konie. Na każdym wozie wystrojona w ludowe szaty orkiestra gra ludowe melodie. Każda orkiestra gra swoją piosenkę, więc po wjeździe kilkunastu wozów na plac słychać jedną wielką kakofonię. Uciekamy do Duomo – ogromnej katedry pod wezwaniem św. Agaty, patronki miasta. Zbudowano ją na ruinach term Achillesa w latach 1078-93. Trzęsienie ziemi w 1693 r. zniszczyło ją prawie doszczętnie. Po zwiedzeniu katedry przystajemy na chwilę pod wielką fontanną przedstawiającą wykonanego z Słoń Liotrolawy wulkanicznej słonia Liotro z egipskim obeliskiem na grzbiecie. Słoń ten jest symbolem Katanii i ma chronić miasto przed wybuchami Etny.

Kolejny przystanek to słynna katańska pescheria – targ rybny. Tłumy kłębią się przy stoiskach z rybami i skorupiakami. Wiadra maleńkich ośmiorniczek. Wielkie połacie ryby-szpady, gigantyczne tuńczyki, kałamarnice, góry krewetek. Aby zachęcić do zakupów sprzedawcy, którzy przed chwilą o własnych siłach wydzierali morzu jego skarby (widać to po ogorzałych twarzach i marynarskich czapkach) przekrzykują się nawzajem lub śpiewają piosenki zachwalające towar. Zapach jest nieco mniej miły niż widok, dlatego szybko idziemy dalej.

Zwiedzamy niedokończony kościół San Nicolo, największy na Sycylii, a później udajemy się na poszukiwanie ruin rzymskiego amfiteatru. Długo Pescheria w Kataniichodzimy w kółko i jakoś nie możemy ich znaleźć. Okazuje się, że wejście do ruin jest przez drzwi z ulicy, zupełnie jakby wchodziło się do sklepu. Ruiny Teatro Romano kryją całkiem dobrze zachowany Odeon, gdzie występowali muzycy i recytowano wiersze. Większość widowni mieszczącej pierwotnie aż 7 tys. widzów i przejścia podziemne również cieszą oko współczesnych turystów. Zahaczamy też o Zamek Ursino, gdzie zwiedzamy wystawę stałą i wystawy czasowe.

Teatr grecki w TaorminieOpuszczamy piękną Katanię i udajemy się do jeszcze piękniejszej Taorminy. Jest to jedna z najstarszych osad na wyspie. Jej początki sięgają 735 r. p.n.e., kiedy to pochodzący z Aten Teokles założył w okolicy pierwszą grecką kolonię – Naxos. Później Naxos zostało przeniesione na górę Tauro, gdzie obecnie znajduje się Taormina. Tutaj sceneria przypomina romantyczne filmy. Małe uliczki, piękne kamienice i zapierający dech w piersiach widok – z jednej strony daleko w dole morze i rezerwat naturalny na wyspie Isola Bella, a z drugiej strony ośnieżona Etna. Kręcimy się po uliczkach, wdychamy bogatą atmosferę (dużo tu luksusowych samochodów, luksusowych turystów i bardzo drogich pamiątek), jemy granitę i trafiamy do ruin greckiego teatru z epoki hellenistycznej, później przebudowanego przez Rzymian. Urok Torminy na przestrzeni wieków przyciągał największych tego świata. Przyjeżdżali tu: Greta Garbo, Marlena Dietrich, Dali, Goethe, Dumas czy Oscar Wilde. Guy de Maupassant napisał:, „Jeśli ktoś, kto będzie mógł spędzić tylko jeden dzień na Sycylii i spytałby cię, co trzeba zobaczyć, odpowiedz bez zastanowienia: Taorminę” (za „Sycylia: plaże, gaje oliwne i antyczne miasta”, Bezdroża, Kraków 2010, s. 88) . W latach 1920-1923 w Taorminie mieszkał również angielski pisarz D. H. Lawrence, autor słynnego „Kochanka Lady Chatterley”.

EtnaTematem kolejnej całodniowej wycieczki staje się Etna. Wyjazd wcześnie rano, po dwóch godzinach jesteśmy u podnóża wulkanu. Krajobraz księżycowy, wszędzie spalone, wyschnięte drzewa, góry zastygłej lawy, roślinność dopiero się odradza. Etna to najwyższy w Europie czynny wulkan. Ostatnia erupcja miała miejsce 6 listopada 2009 r., wybuch z 2001 r. zniszczył stację kolejki linowej (obecnie już odbudowana) i część kompleksu turystycznego Rifugio Sapienza. Według starogreckiego mitu wnętrze wulkanu zamieszkuje uwięziony tam przez Zeusa, stugłowy olbrzym Tyfon. Z jednej strony siła wulkanu jest niszcząca, z drugiej wulkaniczne gleby są wręcz idealne m.in. do hodowli winogron i oliwek. Wulkanolodzy są zdania, że Etna zmienia się ze spokojniejszego wulkanu lawowego w wulkan mniej bezpieczny i mniej przewidywalny – wyrzucający gazy i materiały wulkaniczne. Aktywność Etny jest związana z jej położeniem na styku płyt tektonicznych: europejskiej i afrykańskiej.

Jak dostać się na Etnę? Najlepiej samochodem, wjeżdżając w kierunku Piano Provenzana. W pewnym momencie droga się jednak kończy i na szczyt maszeruje się pieszo lub wjeżdża busami. Piesza wycieczka może potrwać cztery-pięć godzin w jedną stronę, warto, więc zadbać o specjalistyczne buty Księżycowa Etnaz grubymi podeszwami i grube, wiatro odporne ubrania. Słońce świeci, ale temperatura sięga 5 stopni i mniej. Nie można, więc zapomnieć także o posmarowaniu odsłoniętych części ciała kremem z wysokim filtrem (mój mąż niestety zapomniał i po całodniowej wycieczce prezentował się niczym Wielka Stopa po polowaniu na prerii). Niezależnie od wybranego środka transportu wycieczka jest dość męcząca i zajmuje praktycznie cały dzień. Jednak warto zrezygnować z jednego dnia opalania na rzecz bajkowych widoków i dreszczyku emocji na karku.

Pozdrawiam serdecznie z wakacji mojego życia

Kasia

Prognoza pogody zapowiadająca pochmurny dzień skłania nas do zaplanowania całodniowego wypadu na północny wschód wyspy. Jest tyle do zwiedzenia, a dzieli nas z tym regionem ponad 300 km drogi w jedną stronę, musimy więc dokonać selekcji: decydujemy się na odwiedzenie Palermo, salin w okolicach Trapani, Corleone i Cefalu. Jest jeden z ostatnich dni maja. Do Palermo docieramy o 9 rano, termometr w samochodzie pokazuje 33 stopnie w cieniu. Czyli jakieś 8 stopni więcej niż na południu Z lewej La Martonara, z prawej San CataldoSycylii. Palermo nas rozczarowuje, spodziewaliśmy się feeri barw i wielokulturowego rozgardiaszu, a spotykamy smutne, nieco przykurzone i zakorkowane miasto. Postanawiamy więc zwiedzić ekspresowo najważniejsze zabytki. Na parkingu wita nas ciemnoskóry „parkingowy”. Czytaliśmy, że parkingowi są często jednym z najniżej położonych mafijnych ogniw (chociaż mafii jako takiej już podobno na Sycylii nie ma), więc postanawiamy zapłacić. Murzyn słysząc, że jesteśmy z Polski jest wniebowzięty i wyjaśnia nam, że jesteśmy w takim razie jak rodzeństwo, bo Włosi traktują ciemnoskórych i Polaków na równi jako dużo niższą kastę społeczną. Na szczęście przez cały pobyt na Sycylii nie spotykamy się z żadnymi objawami włoskiej dominacji.Biegniemy w stronę zabytków, oglądamy Piazza Pretoria (Palazzo Pretorio pełni funkcję Quattro Canti, Palermo2ratusza) z piękną XVI-wieczną „fontanną wstydu”, nazwaną tak gdyż pruderyjnych mieszkańców Palermo krępowały rzeźby przedstawionych na niej nagich postaci, a także kościoły: San Giuseppe dei Teatini z XVII wieku, San Cataldo, saraceńską kaplicę z XII wieku zwieńczoną czerwonymi kopułami w arabskim stylu i średniowieczny kościół La Martonara sfinansowany w 1143 r. przez normandzkiego admirała, dowódcę floty króla Rogera II, Jerzego z Antiochii. Następnie odwiedzamy plac Quattro Canti (Cztery Rogi), powstałe w 1611 r., barokowe skrzyżowanie, które dzieli na cztery części centrum Palermo. Podziwiamy fasady pałaców zdobione rzeźbami przedstawiającymi pory roku, hiszpańskich królów Sycylii czy patronkę Palermo, św. Rozalię. Idziemy dalej, by zobaczyć okazałą, średniowieczną Cattedrale, światowej klasy normandzki zabytek z XII w. Wizytę w Palermo kończymy zakupami w małym sklepie z pamiątkami, gdzie zaskakuje nas bogactwo produktów z migdałów i pistacji, z których hodowli słynie Sycylia. Kupujemy kilka słoików masła pistacjowego, pistacjowe pesto i sycylijskie ciastka, które z pewnością pokocha mój dziadek. 

Słynne cannoliSycylia nie ma sobie równych jeśli chodzi o ciastka i słodycze. Rozpoczynając od pysznych, jak z resztą w całych Włoszech, lodów (najlepiej kupować je w małych, lokalnych lodziarniach, gdyż coraz więcej sprzedawców ze względu na większy zysk decyduje się na sprzedaż lodów przemysłowych i nie produkuje ich na miejscu, ku rozczarowaniu turystycznych podniebień), przez  wspaniałe przetwory z cytryn i opuncji figowej, cassaty (lodowe torty z dodatkiem kandyzowanych owoców i grubych warstw marcepanu) aż po słynne Wybór słodyczy przyprawiający o zawrót głowycannoli, czyli wypełnione serem ricotta rurki z ciasta. Kosztujemy na Sycylii dwóch rodzajów cannoli: w Noto jemy wersję pikantną oblaną czekoladą (jedna sztuka za bajońskie 3 euro), zaś w Cefalu wersję słodką, ze skórką pomarańczową w środku. Zdecydowanie bardziej przypada mi do gustu ta druga opcja. Zanurzając się w świat sycylijskich słodkości nie można też zapominać o cudach z marcepanu, które można kupić w każdej cukierni i sklepie z pamiątkami. Wybór i precyzja wykonania przyprawiają o zawrót głowy: są marcepanowe maleńkie owoce, warzywa, a nawet różne rodzaje wykonanych z marcepanu mini rybek. Takie marcepanowe cudeńka widzimy drugi raz, za pierwszym razem próbowaliśmy ich dwa lata temu na targu w Nicei. Tym razem chcemy pokazać je również najbliższym, więc kupujemy kilka opakowań do zabrania do domu.

Saliny w okolicach MarsaliWracając jednak do całodniowej wyprawy. Kolejny punkt programu to saliny w okolicach Trapani. Długo ich szukamy, gdyż żaden z przewodników nie podaje dokładnego położenia, a GPS wskazuje inną drogę niż drogowskazy, które z resztą często ustawione są w innych miejscach niż powinny. Wreszcie trafiamy, a saliny okazują się być nie w Trapani, tylko w położonej 30 kilometrów na południe Marsali. Jesteśmy trochę rozczarowani brakiem wielkich gór soli, które obiecywały przewodniki, ale pociesza nas widok starych młynów i mętnej wody o dziwnej barwie. Na Sycylii odchodzi się od pozyskiwania soli z wody morskiej tą metodą – są dziś dużo tańsze i bardziej nowoczesne sposoby. Salina w okolicach Marsali jest już tylko muzeum. 

Castellammare di Golfo - widoki jak marzenie2Jedziemy w stronę Corleone, po drodze zatrzymując się nad Castellammare di Golfo aby podziwiać z wysokich skał piękną panoramę. Droga do Corleone jest fatalna, co nas dziwi – mafia nie zadbała  o dobry dojazd do swojej kolebki? W samym mieście, które jest spokojne i praktycznie puste, nic się nie dzieje, działa tu jedno muzeum „antymafijne” z kolekcją zdjęć oraz kilka knajpek. Przejeżdżamy zatrzymując się tylko na zdjęcia z tablicą z nazwą miasta. Całą drogę do i z Corleone czytam o sycylijskiej mafii. Przez ponad 50 lat Corleone było ulubionym miejscem spotkań przywódców mafii. Wywodzili się stąd m.in. Luciano Leggio, Salvatore Riina i Bernardo Provenzano. Ten ostatni pełnił funkcję Corleone to kolebka sycylijskiej mafii2capo dei tutti capi przez 13 lat,  został schwytany dopiero w 2006 r. Jest winien morderstw dwóch sędziów śledczych walczących z mafią: Giovanniego Falcone i Paolo Borsellino. Obaj zginęli w krótkich odstępach czasu w 1992 r. Pierwszy wraz z żoną i trzema ochroniarzami od wybuchu 500 kg TNT na autostradzie między Palermo a lotniskiem, drugi od bomby umieszczonej w samochodzie. Skąd wywodzi się sycylijska mafia? Jej początki sięgają tyrańskiej władzy na wyspie. Mafiosi uchodzili za obrońców pospólstwa przed tyranami. Wkrótce jednak mafia przestała pełnić swoją pierwotną funkcję stając się elementem struktur władzy i dbając wyłącznie o zyski swoich „rodzin”. To właśnie „rodzina” dowodzona przez dona jest podstawową mafijną jednostką. Obecnie coraz rzadziej słyszy się o mafijnych porachunkach na Sycylii. Ostatni z aresztowanych bossów, Salvatore Leo, uważany za spadkobiercę Provenzana, trafił do aresztu w 2007 r. Jego zrobiony głównie na nieruchomościach i przemyśle budowlanym majątek o wartości 6 miliardów euro przejęło Palermo. Sycylijczycy powoli zapominają o micie dobrego mafiosa, którego uważali za rodzimego Robin Hooda. Nikt już nie ma wątpliwości na czym zarabia mafia, a przyzwolenie społeczne dla jej działań jest coraz mniejsze. 

Katedra w Cefalu2Ostatni przystanek tego długiego dnia to Cefalu. Pada deszcz, a mnie pęka głowa, więc jestem trochę nieszczęśliwa. Na pocieszenie zjadam cannoli, tabletka od bólu głowy zakupiona w lokalnej aptece też robi swoje. Tabletkę kupuje mój mąż, ja mam siłę tylko usiąść na krawężniku obok apteki. Pani w aptece oczywiście nie rozumie po angielsku, a my zostawiliśmy rozmówki w samochodzie, mąż pokazuje więc na głowę i masuje ją w powietrzu rękami, pani wnioskuje, że chce kupić szampon. Druga próba gestykulacji: palec w stronę głowy i znaczące posykiwanie z nutą irytacji i bólu. I sukces! Stajemy się szczęśliwymi właścicielami sycylijskich środków przeciwbólowych. Starcza nam siły na pogapienie się na katedrę i wizytę w starej pralni zbudowanej na rzece. Cefalu jest małe, urocze, tuż po Taorminie najbardziej typowo turystyczne miejsce na Sycylii: mnóstwo sklepów z pamiątkami, kawiarni, restauracji. Małe, romantyczne, kamieniste uliczki. Cudnie. Dzień kończymy w przemiłej pizzerii z tarasem z widokiem na uderzające w skały morze. W Noto jesteśmy przed północą i śpimy już po sekundzie od wejścia do łóżka.

Pozdrawiamy i do następnego spotkania, czeka na nas Etna!

Kasia

cdn

Pod słońcem Sycylii

Autor: Jadwiga. Komentarze (12).

W Warszawie ochłodzenie pogody, to dobrze, gdyż ostatnie dni były bardzo upalne. Chociaż u nas w ogrodzie nie odczuwaliśmy zanadto upałów, jednak wyjazd do miasta, czy choćby zakupy na bazarze były utrudnione przez żar lejący się z nieba. Dzisiaj rano jak zwykle zasiadłam z kawą przy komputerze aby odebrać pocztę oraz poczytać wiadomości ze świata. I oto miła niespodzianka: w skrzynce odbiorczej list od Kasi, córki mojej przyjaciółki. List pełen ciepła, słońca, błękitu oraz historii. Kasia spędza wakacje na Sycylii i obiecała mi, że  przyśle pocztówkę, a tu taka niespodzianka. Zapraszam wszystkich do odbycia wspólnie z Kasią podróży po Sycylii:

Sycylia to największa (25 710 km kwadratowych) wyspa na Morzu Sycylijski triskelionŚródziemnym. Jej symbolem jest triskelion, czyli głowa z trzema nogami, symbolizująca trzy morza oblewające brzegi Sycylii: Śródziemne (południowy zachód), Jońskie (wschód) i Tyrreńskie (północ). Wyspa należy do Włoch, od których jest oddzielona głęboką na 1240 m i szeroką na trzy kilometry Cieśniną Mesyńską (z Regio di Calabria na kontynencie do sycylijskiej Mesyny płynie się promem 20 minut, cena tej krótkiej przyjemności za samochód i dwie dorosłe osoby to aż 29 euro w jedną stronę). 

Stolicą zamieszkanej przez 5 mln osób Sycylii jest położone na północnym zachodzie Palermo (w samym mieście mieszka 675 tys. osób). Palermo to Cieśnina Mesyńska i Mesynarównież największa z dziesięciu prowincji na jakie podzielona jest wyspa (pozostałe to, w kolejności od największej do najmniejszej, Katania, Mesyna, Syrakuzy, Marsala, Gela, Ragusa, Trapani, Vittoria i Caltanissetta). Najwyższy sycylijski szczyt to oczywiście wulkan Etna, który jest jednocześnie najwyższym aktywnym wulkanem Europy i jednym z największych na świecie, mierzący 3323 m n.p.m. Sycylia prezentuje niesamowitą mieszankę kultur starożytnej Grecji i Rzymu (w 241 r. p.n.e. została pierwszą prowincją rzymską). Zabytki z panowania obu wielkich cywilizacji są rozsiane po całej wyspie. Znajdziemy tu także wpływy z panowania arabskiego, szczególnie widoczne w bogatym wyborze słodkości, czy normańskiego, które pozostawiło pyszne średniowieczne katedry i  wreszcie sygnowane przez wielkich sycylijskich architektów barokowe perełki, które zdobią starówkę każdego południowego miasta. Z tak bogatą historią, a jednocześnie wspaniałym klimatem, czystym morzem i pięknymi plażami Sycylia to obowiązkowy punkt na mapie każdego szanującego się turysty. Jeśli chodzi o walory turystyczne, każdy znajdzie tu coś dla siebie. Miłośnikom pięknych widoków, ale okupionych niewielkimi, często skalistymi plażami, z których Cytryn na Sycylii jest tyle, co w Polsce jabłektrzeba wracać pod stromą górę polecam miasto Cefalu i całe północne i północno-wschodnie wybrzeże. Z kolei wielbicielom rozległych, piaszczystych plaż przypadnie do gustu Sycylia południowa, gdzie może zostało odznaczone największą w całych Włoszech ilością niebieskich flag oznaczającą najwyższy poziom czystości. Infrastruktura turystyczna jest niezwykle dobrze rozwinięta. Od pięknych, niebotycznie drogich, pięciogwiazdkowych hoteli w najmodniejszej Taorminie, okupowanych przez Rosjan i ich obficie ozłocone żony, po niedrogie hotele typu B&B (bed&breakfast) czy przyjazne dla portfela i malownicze gospodarstwa agroturystyczne. My wybieramy tę ostatnią opcję, zatrzymując się w pięknej agroturystyce Valle Degli Dei, tuż obok barokowej stolicy Sycylii, miasta Noto. Dolina Bogów, bo tak w tłumaczeniu na język polski nazywa się to miejsce, faktycznie nosi znamiona boskości. Tworzą je pieczołowicie odnowione, w pełni wyposażone wiejskie domki zatopione w cytrynowych gajach na dnie zielonej doliny. Szczególnie z położonego wyżej basenu widok zapiera dech w piersiach – kojąca zmysły zieleń gajów, także pomarańczowych i mandarynkowych, ciągnie się tam aż po horyzont. Niezwykle sympatyczni właściciele, młodziutka Polka i Włoch, są pomocni w każdej kwestii, od wyboru pizzy na kolację i pomocy w zamówieniu jej przez telefon (Sycylijczycy, podobnie jak reszta Włochów, rzadko władają językami obcymi), przez wskazówki w wyborze najlepszego miejsca na plażowanie, po porady dotyczące najsmaczniejszych pamiątek (wyjątkowo smaczne są przetwory rybne sycylijskiej firmy Campisi). Do plaży jest stąd w prostej linii około pięciu kilometrów, dlatego miejsce to można z czystym sercem polecić osobom zmotoryzowanym lub takim, które na miejscu planują wypożyczyć samochód (cena za tydzień to około 250 euro) lub skuter. Zwiedzanie rozpoczynamy właśnie od położonego Noto, perła sycylijskiego barokukilometr od miejsca zakwaterowania Noto. Nie bez powodu jest nazywane barokową stolicą wyspy i w 1996 r. wpisane na listę UNESCO. Położona wzdłuż głównej ulicy Corso Vittorio Emanuele starówka pełna jest wykonanych z wulkanicznego tufu zabytków: do Duomo (katedry) prowadzą szerokie schody, które co wieczór stają się miejscem spotkań lokalnej młodzieży i głośnych dyskusji połączonych z pokazami typowo południowej, bogatej gestykulacji (choć trzeba przyznać, że Sycylijczycy, jak chyba wszyscy wyspiarze świata, charakteryzują się nieco spokojniejszym temperamentem i większym stonowaniem niż rodacy z kontynentu). Także z miodowo-złotego tufu wykonany jest miejski ratusz, czyli Palazzo Ducezio oraz wiele miejskich kościołów. Zarówno Noto, jak i Syrakuzy, Modica czy Ragusa szczycą się pięknymi barokowymi zabytkami, ponieważ całe południe Włoch zostało zrównane z ziemią przez wielkie trzęsienie ziemi, które miało miejsce 11 stycznia 1693 r., a właśnie ten styl architektoniczny dominował w końcu XVII w., kiedy to odbudowywano miasta. 

Z najpiękniejszych plaż w okolicach Noto słynie rezerwat Riserva Naturale di Vendicari obejmujący niezliczone wydmy, mokradła będące siedliskiem Puste plaże w Riserva Naturale di Vendicaristad flamingów (jedno spotkaliśmy na żywo!) i laguny. Piasek ma kolor złota, woda turkusu, a w ostatnim tygodniu maja na plaży jesteśmy tylko my, kolejni ludzie są od nas tak daleko, że widzimy ich jako maleńkie punkciki gdzieś na horyzoncie. Ile pieniędzy płacą ludzie za bycie samemu na takiej pięknej plaży! – ta myśl towarzyszy nam przy każdej nadmorskiej wizycie aż do początku czerwca, kiedy robi się już większy ruch, bo Włosi rozpoczynają sezon turystyczny (Sycylia to jedno z ulubionych miejsc turystycznych Włochów z kontynentu, czemu wcale się nie dziwię – skoro ma się takie cudo na wyciągnięcie ręki, po co zapuszczać się gdziekolwiek indziej). Jednak nawet na początku czerwca jest tu na tyle pusto, że mamy ogromny problem z wyborem najlepszego miejsca na słoneczną i morską kąpiel. W porównaniu z zatłoczoną plażą w Chorwacji, gdzie bitwa trwa o każdy skrawek wolnego kamyczka, jest pusto. Przełom maja i czerwca nie tylko pod względem pustek na plaży i braku tłumu turystów przed największymi atrakcjami sprawia, że późna wiosna to dobry czas na odwiedzenie Sycylii. Jest tak również dlatego, że pogoda sprzyja plażowaniu (nie można liczyć na 100% słonecznych dni, jednak te nieco bardziej pochmurne są idealne do zwiedzania) – jest ciepło, ale nie upalnie i wieje przyjemny wiatr. W lipcu i sierpniu temperatury na Sycylii potrafią przekraczać 40 stopni w cieniu, topi się asfalt, co jest perspektywą raczej odstraszającą nawet dla miłośników opalania ekstremalnego. Wiosną wyspa jest też bardziej zielona: wiele roślin, np. róże, migdały, jeszcze kwitnie, liście mają soczysty kolor, jeszcze nie wypłowiało ich ostre, niemal afrykańskie słońce. I co najważniejsze: w maju zapłacimy 30-50% taniej za noclegi niż np. w drugiej połowie czerwca.  Przesyłam pozdrowienia

Kasia

Cdn.