Subskrybuj kanał RSS bloga Okiem Jadwigi Subskrybuj kanał RSS z komentarzami do wszystkich wpisów bloga Okiem Jadwigi

Wpisy oznaczone ‘Warszawa’

Mała Jadzia na skrzydle samolotu U nas zaczął się gorący okres przedświąteczny. Mieszkanie wypucowane, okna umyte, firanki uprane. Jutro czeka mnie sprzątanie w domu Pradziadków. Prababcia ( w szpitalu ale ma wyjść w środę) nic nie mówi ale wiem, że czeka i tylko spogląda na mnie, jakby chciała powiedzieć: „do roboty dziewczyno, do roboty, ja w twoim wieku to na 20 grudnia miałam już dom wysprzątany, bo następnego dnia sprzątać nie było można i nigdy nie sprzątano. 21 grudnia to w tym roku dzień 85. urodzin Pradziadka Szczepana. W tym dniu można było tylko przyjechać z życzeniami i kwiatami na kawę lub herbatę. Tego dnia kto mógł, przyjeżdżał choćby na chwilę. W tym roku 21 grudnia wypada w poniedziałek, więc wszyscy wpadną choćby na chwilkę w niedzielę (jako, że okres przedświąteczny), bo to ostatnie godziny przygotowań, zakupów, upominków, ale tradycji musi stać się zadość.

Pradziadek jest warszawiakiem z dziada, pradziada. Kocha Warszawę miłością wielką i jedyną – nie licząc w tych rachunkach absolutnie Prababci – Jego wielkiej miłości młodzieńczej. To właśnie mój tata pokazywał mi Warszawę, uczył mnie historii miasta, opowiadając o niej wszystko co wiedział, o każdym budynku, a zaczął od razu po powrocie do Warszawy z przymusowych robót. Gdy miałam dwa-trzy lata nosił mnie na barana – pierwsze zdjęcia tych eskapad mam, gdy siedzę na skrzydle samolotu w Muzeum Wojska Polskiego – rok chyba 1947. Następnie jako dużą (5-6 letnią) dziewczynkę prowadzał na spacer – tego wymagała najwyższa sił przywódcza w naszej Rodzinie – Prababcia – każdego dnia co najmniej 1,5 godzinny spacer lub dłużej. W ten sposób przedreptałam bodaj całą Warszawę, zawsze zadając rezolutne pytania: a dlaczego taka duża, a dlaczego zniszczona, a dlaczego, no powiedz dlaczego? Nie było mowy o tym, aby pytanie pozostało bez odpowiedzi. Pytałam i pytałam aż uznałam, że tatko już mi wszystko opowiedział, ale czy tak było naprawdę? Nie wiem. Wiem tylko, że nasze spacery były długie i męczące, a każdy powrót kończył się jazdą na barana. W ten sam sposób byłam wprowadzana na wszystkie imprezy sportowe – najczęściej do Hali Mirowskiej, gdzie wówczas polska szkoła boksu odnosiła sukcesy. Ja tego nie rozumiałam, ale jak gąbka nasiąkałam emocjami z imprez sportowych. Ojciec pracował jako kierowca autobusów, stąd nasze wycieczki były urozmaicone, szczególnie wtedy, gdy mama zabierała nas z bratem na spotkanie z tatą (donosiliśmy mu herbatę i kanapki). Wtedy można się było przejechać autobusem po Warszawie, a trwało to i trwało, ku naszej uciesze, bo z okien autobusu było widać wszystkich i wszystko. Jaka radość, gdy jechało się Chaussonem (takie autobusy otrzymała Warszawa od Francuzów), następnie były nasze Jelcze, Ikarusy sprowadzane z Węgier. Coraz to nowsze i lepsze, tak mówił tata, a myśmy mu wierzyli absolutnie! I tak po tej swojej Warszawie przez 43 lata przejechał wiele setek tysięcy, a może nawet i milionów kilometrów, za co otrzymał odznaczenie Prezydenta m.st. Warszawy „Warszawską Syrenkę”,  a za bezwypadkową jazdę odznaczenia: brązowe, srebrne i złote „Zasłużonego Kierowcy”.

Dzisiaj, po wielu latach wiem, że to On nauczył mnie Warszawy, to dzięki niemu znam ją i pokochałam.Teraz to ja wożę swojego „Staruszka”, pokazuję mu tę Jego Warszawę, Śródmieście, nowe estakady przy ul. Czerniakowskiej, trasę Siekierkowską z  nowym mostem. Ostatnio, to chyba było na początku listopada, wracając z cmentarzy przejechaliśmy przez Warszawę wolno, a ja tak jak  kiedyś zadawałam mu pytania – no a teraz gdzie jesteśmy, a teraz? Poznawał, tylko od czasu do czasu pociągał nosem. Na koniec zaś powiedział: Wiesz, to naprawdę niesłychane jak wypiękniała ta nasza Warszawa! Wiem, że każdy wyjazd z domu traktuje jako ciąg dalszy naszych pieszych spacerów, tylko teraz On jest siwy jak gołąbek, marnie chodzi i czasami ma kłopoty z pamięcią. Nigdy jednak, gdy chodzi o poszczególne dzielnice Jego Warszawy. To zadziwiające! Najbardziej ukochał Stare Miasto z kolumną Zygmunta, Plac Teatralny, Ogród Saski, ul. Kamienne Schodki, Brzozową, Świętojańską z Katedrą Św. Jana. Most Poniatowskiego, obecnie zburzony Stadion X-lecia (pewnie dlatego, że wygraliśmy na nim mecz Polska-USA w lekkiej atletyce) w miejscu, gdzie teraz rośnie Stadion Narodowy, Al. Jerozolimskie, MDM, al. Ujazdowskie, Belweder, ul. Sobieskiego poprzez Sadybę  aż do Wilanowa.

21 grudnia przed nami – będzie tort, świeczki, „sto lat” a może i więcej i cała rodzina znów razem. Niestety kilku osób zabraknie, odeszły na zawsze – z mojej i męża rodziny. Nie będzie też na urodzinach miłości Jego życia: Kaziuni, Prababci Kazi, aktualnie leżącej w szpitalu. Ale będzie cała rodzina, Ci, którzy przyjadą, będą znów życzliwi, pogodni, choć zagonieni i czasami codziennością zmęczeni.

Przecież to ostatnie chwile przed tymi cudnymi świętami Bożego Narodzenia! Razem z dziewczynami lepiąc pierogi ustaliłyśmy wigilijno-świąteczne menu. W tym roku o dziwo będą znów: śledzie z cebulką w oleju, śledzie pod pierzynką, pierożki z kapustą i grzybami, barszczyk czerwony, zupa grzybowa z łazankami własnej roboty, ryba faszerowana z rodzynkami, śledzie kresowe – zwane śledziami Joli, sałatka z selera z ananasem i jabłkami w sosie curry, sola pod beszamelem, kapusta z grzybami i obowiązkowo bułeczki drożdżowe babci Broni – pieczone dzień przed Wigilią. A dla tych, którzy dotrwają do końca  i zostanie im choć trochę miejsca w brzuchach będą słodkości: litewskie śliżyki, tort makowy, ciasto norweskie – nazywane tak przez dzieci, bo przypomina im śnieg i mróz, ale jest ono jak najbardziej polskie, choć przepis przyjechał z Norwegii, sernik i kompot z suszonych owoców. Dzieci jak zwykle same przygotują naleśniki z serem i bakaliami z polewą czekoladową, gdyż ze wszystkich ryb ta właśnie potrawa jest przez nich najwyżej ceniona. Do słodkości podam nalewkę z pigwy – oczywiście mojej roboty, a do śledzi i ryb po kieliszku zimnej wódki.

Śliżyki to: mak zalany wrzątkiem – wodą lub mlekiem, odstawiony na kilka godzin, odcedzony i zmielony dwukrotnie, do którego dodaję bakalie według uznania, skórkę pomarańczową, zmielone orzechy, roztopione masło i miód, a na końcu 0,5 l śmietany 18%.

Do wyrobionej masy wkładam ciasteczka krucho-drożdżowe (piekę je na zakończenie wypieku bułek, wykorzystując trochę odłożonego ciasta: dodaję do niego masło, cukier, i trochę mąki. Wyrabiam, formuję wałeczek i kroję jak kopytka. Piekę 8 minut w piekarniku na złoty kolor).

Podaję również przepis na pyszną surówkę z selera z ananasem i jabłkami:

1 cały seler, 4 jabłka, 1 świeży ananas, 1 puszka z ananasami odsączonymi z syropu, 2 łyżeczki curry, 5- 7 dużych łyżek majonezu, do smaku  torebka cukru waniliowego.

Seler obieram, trę na tarce z dużymi oczkami (można w malakserze), obieram jabłka i też ucieram na tarce jarzynowej, obieram ananasa – ucinam wierzchołek i dół, odcinam skórę tnąc od góry do dołu (ananasa opieram o deskę, aby się nie skaleczyć). Kroję na cztery części, wycinam łykowaty środek, kroję w paski a następnie drobno. Odsączam ananasa w puszcze, kroję drobno, dodaję do surówki. Do tego cukier waniliowy, majonez i curry, wszystko mieszam, wstawiam do lodówki, aby się wymieszały smaki.

Ustaliłyśmy z dziewczynami, że o 24.00 tradycyjnie, całą rodziną idziemy na Pasterkę do naszego Kościoła.

Smacznego!

Wasza Jadwiga

Content Protected Using Blog Protector By: PcDrome.