Subskrybuj kanał RSS bloga Okiem Jadwigi Subskrybuj kanał RSS z komentarzami do wszystkich wpisów bloga Okiem Jadwigi

Wpisy oznaczone ‘La Shu Shin’

1 – 17 stycznia 1986 r.   

peonie, chińskie kwiaty szczęściaZ góry panorama miasta Quiyang jest zupełnie inna. Widać tylko ogromne bloki i nowoczesne miasto. Natomiast jadąc przez to miasto, widzisz tylko maleńkie klitki, domki ulepione z gliny, postawione z cegły, maleńkie, takie na jeden pokoik. Przed domem gotuje się w garach, saganach, a ryż w drewnianych stągwiach. Widać mnóstwo maleńkich stołówek pod gołym niebem, takich barów szybkiej obsługi na świeżym powietrzu. Shi Pin mówi, że od 3 lat, po zdefiniowaniu przez partię rewolucji kulturalnej, można prowadzić prywatny handel. Zresztą widać to dokładnie na ulicy. Ogromna ilość sklepików, gdzie handluje się wszystkim. Jeden przy drugim, wąskie i długie. Handel trwa od rana, od godz. 10.00, mniej więcej do dwunastej, pierwszej lub drugiej w nocy. Czynne są też zakłady usługowe: klientka siedzi bez buta, a szewc na poczekaniu go reperuje. W ogóle widoki są różne i czasami nas szokują. Bloki mieszkalne z rurami od tak zwanych „kóz” – rodzaju piecyków używanych tuż po wojnie w Polsce, z których leci dym. Nie ma w tych domach centralnego, więc w razie zimna pali się brykietami w kozach. W związku z takimi rozwiązaniami ciepłowniczymi nie ma mowy o firankach w oknach. Quiyang jest miastem czystym, mimo tych niedogodności. Niestety toalety stanowią wyjątek i dlatego nie będę o nich wspominała… Dziewczyny, widząc rozwiązania w nich panujące, krzyczały, że absolutnie, że nic z tego, a ja na to, że gdzieś indziej może być jeszcze gorzej, że musi być tu, a nie gdzie indziej, i niech patrzą mi w oczy, i damy radę. Dałyśmy!    

od lewej Prezes PZBad, Mistrz Świata w tenisie stołowym i jaWieczorem zapraszają nas na bankiet (reasumujemy dzień: śniadanie, długi trening, obiad, wycieczka, hotel i bankiet). Bankiet w  dwupiętrowej restauracji, na pierwszym piętrze ogromna hala ze stolikami i tu mamy śniadania, teraz zaś idziemy na drugie piętro, do sali gdzie ustawiono kilka okrągłych stołów. Wita nas przewodniczący komitetu kultury fizycznej. Siedzimy przy stole: Andrzej, ja, Rysiek, Shi Pin (Jola), Jurek, trenerka chińska, przewodniczący komitetu badmintona, przewodniczący komitetu kultury fizycznej i jeszcze dwie czy trzy osoby. Najpierw przemówienia, następnie toast wódką małtaj (to nie dla mnie, przełknąć nie mogę, zapach – lepiej nie wąchać). Idzie, ALE TO JEST ten jedyny raz, aby nie urazić gospodarzy. Podają wino, ale ja wiedząc, że mają pyszne piwo, proszę o nie i od tej pory jest ok. W tak zwanym międzyczasie nasz Prezes Andrzej wygłasza toast za przyjaźń, za badminton, za spotkanie i za możliwość nauki badmintona w kraju mistrzów. Do toastu dołączamy upominki, w tym ręcznie haftowany jedwabny proporzec Polskiego Związku Badmintona wykonany przez naszą znajomą p. Panasiuk. Zaczynają serwować potrawy, szybko, bardzo szybko, my zdychamy od tempa. Pierwszy kęs dostaje Andrzej, później ja, Rysiek, Jurek. Potrawy są nakładane przez przewodniczącego Urzędu Kultury Fizycznej Prowincji. Następnie mogą brać pozostali. Rysiek i ja nie pijemy. Do Andrzeja podchodzą goście i każdy chce z nim wypić. Serwowanie potraw trwa, a ja cały czas notuję. Notatnik z piórem mam na kolanach, co wzbudza ogólną radość. Podają potrawy w kolejności serwowania, ale nie jestem dzisiaj pewna czy zdążyłam zanotować wszystkie: ryba sosna, ryba krzyk dziecka (jest pod ochroną), mątwa, żółw pieczony, panda, smażone kartofelki nadziewane cebulką, schab w sosie, sałatka mięsna z bambusami, sałatka ze szpinaku, sałatka z rzodkiewki, kurczak nóżka, grzyby mun, mandarynki, kompot owocowy z ananasami, mandarynkami, li czi, i jakimś białym dobrym owocem, ciasto biszkoptowe – jemy pałeczkami, no i piwo dla „starszyzny”. Zawodnicy pili napoje typu domowa lemoniada. Atmosfera tego spotkania była przyjacielska, a nawet gorąca. Na zakończenie bankietu Jadwiga -pożegnanie w Quijang (trzymam znak szczęsia przechowywany jest w biurze PZBadpoprosiłam, aby starszyzna opróżniła swoje kieliszki i polałam naszą żytnią, i dopiero wtedy lody zostały przełamane, humory znakomite, a my odjeżdżamy w miłej atmosferze. O godzinie 20.15 jesteśmy już w hotelu.  Rozmowa z zawodnikami, którzy nie dali się wciągnąć w wir toastów. Wiedzą, po co przyjechali. Szybko idziemy spać.  

Dwadzieścia minut po północy budzi mnie walenie. W pierwszej chwili myślę, że do drzwi, ale to za oknem, gdzie rozłożył się bazar. Walą w patelnie, miednice, garnki, śpiewają. Mimo tego usypiam i śpię kilka godzin, może to efekt aklimatyzacji, przecież jesteśmy na wysokości ponad 1200 metrów nad poziomem morza. Rano jak zwykle budzi nas Rysiek. Pokojowa przynosi termosy z gorącą wodą. Mój pokój składa się z ogromnego łóżka w sypialni, salonu, kanapy z fotelami, biurka, telewizora, jest kilkanaście kubków z przykrywkami, termosy z gorącą wodą obok, stoi w nich herbata, serwantka z szufladkami, jeszcze jedno biurko i  łazienki. W salonie piękny, chiński, ręcznie tkany dywan, tylko trochę brudny. Nie należy się rozglądać, szybko robię  zamiast herbaty kawę rozpuszczalną, bez której nie wyjeżdżam i wszyscy jedziemy na śniadanie. Dziś jajecznica, makaron z wodą i szpinakiem, kawa, mleko mocno słodzone, placuszki z cukrem. Zawodnicy i ja jemy raczej mało, pozostali pałaszują.  Punktualnie o godzinie 9.00 rozpoczynamy trening. Notatki prowadzi Jurek. Hala ogromna, temperatura w granicach 3 stopni. Zawodnicy spoceni parują jak w łaźni, a ja krzyczę i ciągle powtarzam: załóżcie drugie dresy! Pilnuję, aby się nie poprzeziębiali. Nie przyjechaliśmy tu chorować, lecz po naukę. I teraz już wiem: dla zawodników konieczne są ocieplacze, ale o tym na razie możemy marzyć tylko i wyłącznie. Związek istnieje dopiero 9 lat. Cieszymy się, że mamy dresy reprezentacyjnie i treningowe oraz stroje reprezentacyjne do gry. Trening popołudniowy jest lżejszy od porannego. Zabieram ze sobą skarpety wełniane zrobione przez mamę, tym razem nie marzną mi nogi. Podczas treningu zwiedzamy tę naszą halę sportową. Pod nami, piętro niżej, jest wielka sala gimnastyczna wyposażona we wszystkie przyrządy gimnastyczne, po trzy komplety każdego rodzaju. Ćwiczą dzieci w wieku 5 -7 lat oraz starsze i młodsze dziewczynki. Rozgrzewkę w grupach siedmioosobowych prowadzi jedna z dziewczynek, na oko pięciolatka. Radzi sobie wspaniale! Jestem pod wrażeniem. Chyba tu znajdujemy odpowiedź na pytanie dlaczego oni – Chińczycy – mają takich wspaniałych sportowców. Hmmmm…    Rano, po drodze na halę i podczas drogi powrotnej mijamy pomnik Mao, pod którym tysiące Chińczyków ćwiczą gimnastykę Qi Gong (czyt. czi-kung) – taką dla zdrowia. Odpowiednie oddechy dostosowane do ćwiczenia, odpowiednie stawianie nóg, można ćwiczyć indywidualnie, tak jak ten mężczyzna pod sklepem. Obiad o dwunastej, więc biegiem: zawodnicy prysznic, zmiana ubrań i już w samochodach. Obiad składa się z ryżu sypkiego, kurczaka w sosie pomidorowym, placuszków z rybą, ziemniaków smażonych w kawałeczkach mięsa, grzybków mun i pędów bambusa, cebulek chińskich, marchewki z białą rzodkwią, zupy z makaronem i szpinakiem, grzybków mun i ucha z drzewa specjalnie hodowanego. Uff, pyszne i pięknie podane. Bezpośrednio po obiedzie jedziemy na chwilę do miasta na zakupy we Friendship Store (nasz Pewex). W księgarni kupujemy pocztówki. Tłok wokół nas ogromny i stale rośnie. Europejczycy są tu dużą atrakcją, dlatego miejscowi nawet nas dotykają. Robią kilka zdjęć. Wracamy do hotelu. I znowu pędem na halę. Zabieram skarpety, bez nich jest lodowato. Na hali powieszono na tablicy nasze zdjęcia, jest ich dużo i są bardzo piękne. Notatki z treningu prowadzi Jurek. My zbieramy kartki od zawodników i jedziemy szybciutko do miasta i na pocztę. No i jest fajnie. Tłum wokół  nas gęsty, my idziemy do sklepu i oni Budda Szczęściateż, wszyscy pomagają nam kupować, pomagają wybierać. Wybieram Buddę szczęścia. To taki Budda, który jest gruby, siedzi i sześcioro małych Chińczyków wokół niego, oraz Buddę zdrowia – La Shu Shin. Otwieram torebkę, aby zapłacić i w tym momencie głowy wszystkich pań będących w sklepie pochylają się nad jej zawartością, pewnie jest to bardzo ciekawe, co ja takiego mogę w niej mieć. Oprócz paszportów całej ekipy i pieniędzy Budda Zdrowia La Shu Shinnie mam tam nic. Zapłaciłam i muszę stwierdzić, że obydwaj panowie: Budda szczęścia i Budda La Shu Shin, przetrwali wszystkie moje przeprowadzki, przelot z Chin do Polski i są ze mną do dzisiaj.

cdn.

Content Protected Using Blog Protector By: PcDrome.