Niedziela po południu. Jedziemy na halę i stąd na Pola Elizejskie. Wiadomo, że nie widząc tłumów na Avenue des Champs Elysees, nie widziałeś Paryża, nie byłeś w Paryżu. Umawiamy się z nasza wnuczką i razem wyruszamy na spacer. Avenue des Champs-Élysées, czyli po polsku: Aleja Pól Elizejskich, potocznie nazywana les Champs Élysées -Pola Elizejskie – reprezentacyjna aleja Paryża, łącząca plac Zgody -Place de la Concorde z placem Charles’a De Gaulle’a -dawniej plac Gwiazdy, Place de l’Etoile z monumentalnym Łukiem Triumfalnym, a dalej z nowoczesną dzielnicą biznesową, La Défense i jej symbolem Grande Arche, Wielkim Łukiem, który stanowi zamknięcie tej Wielkiej Osi. Pola Elizejskie rozciągają się na odcinku trzech kilometrów w VIII dzielnicy, w północno-zachodniej części centralnego Paryża. Pola Elizejskie z licznymi teatrami, restauracjami, kinami i ekskluzywnymi sklepami są miejscem często odwiedzanym przez turystów. W pobliżu znajduje się Pałac Elizejski z ogrodem. Palais de l’Élysée znajduje się w Paryżu przy rue du Faubourg Saint Honoré numer 55, nieopodal Pól Elizejskich i jest obecnie oficjalną rezydencją prezydenta Francji oraz miejscem posiedzeń Rady Ministrów.
Historia pałacu sięga XVIII w. Pałac został zaprojektowany i wybudowany przez architekta Armanda Klaudiusza Mollet i sprzedany hrabiemu Evreux. W chwili śmierci hrabiego w 1753 roku, pałac był jednym z najbardziej
podziwianych w całym Paryżu i dlatego kupił go sam król Ludwik XV Burbon – jako rezydencję dla swojej metresy Madame Pompadour. Jeszcze 400 lat temu ciągnęły się tu pola uprawne. Dzisiaj czynsz za wynajem 100 metrów kwadratowych wynosi 1 milion 250 tysięcy Euro- informacja dla tych, którzy marzą o mieszkaniu na tej najpiękniejszej alei świata (powiedzenie Francuzów).
Nasz spacer zaczęliśmy w pobliżu Łuku Triumfalnego, idąc Aleją w stronę placu de la Concorde- plac Zgody. Cała trasa liczyła około 3 kilometrów, a po lewej i prawej stronie Pól Elizejskich mogliśmy oglądać sklepy, butiki największych domów mody, jak również znanych firm, takich jak na przykład Swatch- (wyraz skompilowany, składający się z dwóch wyrazów: Swiss and watch). Firma istnieje od roku 1982, swoje produkty przedstawiła na rynku szwajcarskim w roku 1983. Ale kto nie zna zegarków marki Swatch? Koncepcja inżynierów była bardzo prosta – mechanizm zegarka ubrany w plastik. Szwajcarzy chcieli w ten sposób odpowiedzieć na japońską produkcję zegarków zalewających świat, marki Citizen i Seiko. Nowoczesna digital
technologia i niska cena przywróciły Szwajcarię ponownie do grona największych producentów zegarków. Zresztą marketing właśnie tej firmy postawił na młodzież i w ten sposób Swatch został na długie lata jednym ze sponsorów Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego i wybitnych zawodników reprezentujących takie dyscypliny jak: piłka plażowa, snowboard, BMX, styl dowolny w motocross, surfing i wiele innych. Zajrzeliśmy więc do tego znanego sklepu, zakupując zegarek z najnowszej kolekcji tej marki. Następnie odwiedziliśmy perfumerię Guerlaine w poszukiwaniu moich ulubionych perfum. Jak się okazało woda kolońska „Parure” produkowana od roku 1961, mimo popularności zakończyła swój marsz przez świat i firma przestała ją produkować. Dotarliśmy do placu de la Concorde i zgodnie udaliśmy się na Avenue de Montigny. To ulica największych butików bardzo znanych marek „Houte Couture”. To właśnie tutaj mają swoje sklepy Gucci, Valentino, Chanel, Prada czy YSL. Paryż – największa aglomeracja miejska Francji, 11 milionowa metropolia, stolica mody, projektantów i kreatorów, a w Paryżu Avenue Montigny, najsłynniejsza ulica butików i eksplozja talentu projektantów i
wirtuozów pracujących w modzie. Najbardziej znani projektanci mody, najlepsze perfumerie, najlepsze marki. Ponad stuletnie tradycje. To wszystko znaleźliśmy na Avenue Montigny w Paryżu: Coco Chanel, Cartier, Salvadore Ferragamo, Valentino, Prada, Gucci – najbardziej znane marki na świecie.
W końcu po wielu godzinach długiego spaceru, zaglądania do mniejszych i większych butików, chłonąc propozycje małych i wielkich krawców mody, postanowiliśmy skapitulować.
Na placu de L’Alma znaleźliśmy piękna restaurację i tam postanowiliśmy zjeść obiad. Zamówiliśmy carpaccio z łososia z rukolą i 
cytryną, jagnięcinę pieczoną w sosie z puree ziemniaczanym oraz rybę o
fascynującej nazwie: „lotte” z warzywami.
Do tego wino i woda.
Ryba Lotte przed podaniem wyglądała tak: ta ryba nazywa sie żabnica, gdybym wiedziała co ja zamówiłam, może zastanowiłabym się i zrezygnowała z tego dania, ale ponieważ nie miałam bladego pojęcia, zjadłam i nawet mi smakowało, a po przyjeździe do domu
zajrzałam do internetu i oto co tam znalazłam: żabnica w całej swej krasie, brrrrrrrrrrr!
Wiemy, że kuchnia francuska jest najlepszą na świecie, wywarła ona wielki wpływ na inne kuchnie, zaś najważniejszą zasadą obowiązującą we Francji jest wysoka, jakość produktów i ich świeżość, co stwarza niesamowite wrażenia smakowe.
Tutaj śniadanie – petit déjeuner składa się z croissanta –rogalika, bagietki, dżemów, serów, kawy lub czekolady podawanych w dużych szerokich filiżankach, aby można było moczyć pieczywo. Obiad déjeuner – jest kilku daniowy i je się go między godziną 12 a 14.00. Najpierw podawane są przystawki, potem danie główne, sery, deser i kawa. Kolacja –diner podawana jest późno, pomiędzy 20 a 22.00, Podawane są ciepłe dania. Do tego zawsze woda, przeważnie nalewana z kranu oraz do obiadu wino, a czasami piwo.
We Francji mamy Auberre-gospody, bistrot-nieduże restauracje z ograniczonym wyborem dań, brasserie – kawiarnie serwujące także tradycyjne dania, cafe – kawiarnie serwujące kawę, herbatę i lekkie posiłki, creperie- naleśnikarnie serwujące różne naleśniki, i restauracje o różnym poziomie, oznaczone zarówno ilością gwiazdek Michelin, jak i nożami, czy ilością widelcy. Jedno jest pewne – gdziekolwik zdecydujemy się jeść, dostaniemy dobry, świeży i smaczny posiłek. Wracajmy do naszego. Podano nam zamówioną przystawkę a było to carpaccio z
łososia – łosoś pokrojony w bardzo cieniutkie plastry z rukolą a także z pyszną pachnącą cytryną. Niby cóż to jest cytryna, u nas w każdym sklepie można dostać, ale ta, którą podano miała zapach drzewa cytrusowego, a w smaku była lekko słodka. Razem niebo w gębie. Kolejne danie to jagnięcina upieczona tak, aby mięsko przy kostce nie było spalone, lecz lekko czerwone. Sama jagnięcina była bardzo miękka. Do tego sos z czerwonym winem i gładkie, delikatne, po prostu jedwabiste puree z ziemniaków. Moja ryba „lotte” to zwykła żabnica. Podano mi tylną jej część – od grzbietu do ogona. Podana w całości, gotowana, a do tego pomidor krojony w plastry, przekładany cukinią i zapieczony krótko w piekarniku, oczywiście cytryna i sos krabowy.
Jeszcze dzisiaj smak tego dania mam na języku.
Po tak smacznym obiedzie postanowiliśmy nie jeść deseru tutaj, lecz w innej cafe, w której oprócz kawy jedliśmy mus czekoladowy i krem caramel. Wróciliśmy do stacji metra na Champs des Elysees i do hotelu.
Byliśmy bardzo zmęczeni, jednak zadowoleni z trasy jaką przebyliśmy oglądając Paryż.
cdn.


O godz. 8.00 autokar zabiera nas do siedziby Francuskiego Komitetu Olimpijskiego, mieszczącego się pod adresem: Maison du sport Francis, 1 avenue de Pierre de Coubertin, 75640 Paris cedex 13 – gdzie o godz.9.00 obrady rozpoczyna doroczne spotkanie delegatów wszystkich narodowych związków badmintona z Europy, czyli: Annual Delegates Meeting European Badminton Confederation. Na Kongres zostali zaproszeni wszyscy dotychczasowi członkowie Rady w tym: Gisela Hoffmann – były sekretarz generalny, Irene Delvai – były dyrektor zawodów, Andrzej Szalewicz – były vice prezydent EBU, Jadwiga Ślawska Szalewicz – były dyrektor marketingu, były dyrektor rozwoju i były vice prezydent BEC, Horst Kullnigg – były dyrektor finansowy (nie mógł przybyć), Torsten Berg – były dyrektor rozwoju, były prezydent BEC, obecny vice prezydent WBF do spraw Europy, a także były pracownik biura – Chris Harvey. Najważniejszym gościem zaproszonym na Kongres był Prezydent Badminton World Federation (Światowej Federacji
Badmintona) dr Kang Young Joong z Korei Płd. oraz vice prezydent BWF Paisan Rangsikitpho USA. Prezydent Francuskiego Związku Badmintona Paul Andre Tramier powitał wszystkich delegatów, którzy reprezentowali 32 narodowe związki badmintona. Następnie głos zabrał prezydent Światowej Federacji Badmintona – dr Kang. Wyraził on swoją wdzięczność działaczom europejskim z Tomem Bacherem oraz Zarządem Europy na czele, którzy doprowadzili do ustabilizowania sytuacji w światowym badmintonie. Życzył wszystkim udanych obrad.
Przedstawiono plan strategii na lata następne, zatwierdzono przedstawiony budżet na rok 2010 i lata następne (prowizorium budżetowe), zatwierdzono nowe przepisy BEC, zatwierdzono nowy regulamin dyscyplinarny BEC, zatwierdzono propozycję Szwedzkiego Związku Badmintona w sprawie dzikich kart na turniejach, a następnie przystąpiono do wyborów władz BEC. Nowym prezydentem BEC został wybrany jednogłośnie przez aklamację Poul-Erik Hoyer. Zgromadzenie wybrało poprzez re-elekcję następujące osoby: Hans Lenkert ze Szwecji ponownie na vice prezydenta BEC, Peter Tarcala Słowacja, ponownie na dyrektora sportowego, Gregory Verpoorten Belgia ponownie na dyrektora rozwoju, Ritchie Campbell Szkocja ponownie na dyrektora finansowego, wybrano audytora – ponownie została wybrana firma KPMG. Następnie poinformowano o sprawach kolejnego kongresu BWF w Kuala Lumpur, w dniu 15 maja 2010.
Badmintona. Jego wystąpienie dotyczyło rezygnacji Toma Bachera -Dania ze stanowiska dotychczasowego prezydenta BEC, na miejsce którego wybrano Poul-Erika Hoyera z Danii. Joao przedstawił historię Toma i jego działalności w badmintonie, jako wybitnego badmintonisty, zawodnika, który siedem razy zdobywał tytuł ALL England champion w latach sześćdziesiątych. Wtedy nie było jeszcze mistrzostw świata i zawody ALL England pełniły tę rolę. Tom był wybitnym zawodnikiem w grze podwójnej mężczyzn. Został wybrany na stanowisko prezydenta BEC w roku 2004, po niespodziewanej rezygnacji Torstena Berga. Dużą rolę w wyborze Toma na stanowisko prezydenta odegrała autorka tego tekstu, które wówczas pełniła w zarządzie funkcję dyrektora rozwoju. Tom Bacher wyprowadził Konfederację z zapaści finansowej na szerokie wody, podpisał kilka znaczących kontraktów sponsorskich, które dały wielką niezależność finansową a także wymienił cały skład zarządu na ludzi młodych. Po prawie 7 latach zdecydował odejść, gdyż stwierdził, że badminton jest sportem ludzi młodych i młodzi powinni nim zarządzać. W swoim końcowym wystąpieniu jednak podkreślił rolę starego zarządu, bez
którego te zmiany nie byłyby możliwe. Wymienił z nazwiska i imienia najbardziej zasłużone osoby: Giselę Hoffmann, Irenę Delvai, Jadwigę Ślawską Szalewicz, Andrzeja Szalewicza.
Coubertina na dalszy ciąg zawodów – finały Mistrzostw Świata w badmintonie. Poniżej podaję wyniki finałów:
Debel kobiet
Galeria „Na Trawiastej” w Aninie zaprosiła nas dzisiaj na wystawę malarstwa księdza Jerzego WOLFFA. Pozwólcie, że przybliżę wszystkim postać księdza Wolffa, osoby legitymującej się niezwykłym wprost życiorysem, powiedziałabym wręcz dramatycznym. Anin miał to szczęście, że ksiądz Jerzy Wolff dwa lata był tutaj wikariuszem i katechetą.W roku 1952 aresztowany został wikary ks. Franciszek Różalski. Ówczesny Proboszcz naszej Parafii ks. Piotr Pieniążek wystąpił do władz kościelnych o przydzielenie nowego wikarego, którym był Jerzy Wolff.
Jego uczniów, Lidki Nowakowskiej z d.Rzepko i Andrzeja Szalewicza). Po dwóch latach, ze względów zdrowotnych, przeniesiony został do Otwocka, następnie zaś do Warszawy i do Lasek, gdzie spędził ostatnie 27 lat.
Pod koniec wojny znaczna część jego prac (głównie rysunki i akwarele) spłonęła. W 1944 roku, po krótkim pobycie w Lublinie, przez kilka miesięcy inwentaryzował zbiory malarstwa w Pałacu Kozłowieckim. W 1945 roku zamieszkał na Saskiej Kępie w Warszawie. W pierwszych latach po wojnie aktywnie uczestniczył w organizowaniu życia artystycznego. Wraz z Janem Cybisem redagował „Głos Plastyków”. Był wiceprezesem Zarządu Głównego ZPAP w latach 1947 – 1948. Latem 1948 roku wyjechał na trzymiesięczne stypendium do Francji. Po powrocie do kraju wstąpił do Seminarium Duchownego w Warszawie. Porzucił malarstwo. W 1952 roku otrzymał święcenia kapłańskie. Był duszpasterzem w Aninie, Otwocku, Warszawie, a od 1958 roku w zakładzie dla Niewidomych w Laskach pod Warszawą. Wiosną 1959 roku, po jedenastoletniej przerwie, wrócił do malarstwa. Od tego czasu brał udział w wystawach w kraju i za granicą. Miał siedem wystaw indywidualnych: w Zachęcie w Warszawie (1959, 1966, 1973, 1981) ; W KMPiK-u w Białymstoku (1971), w Domu Artysty Plastyka w Warszawie (1978); w Muzeum Archidiecezji Warszawskiej (1979). W 1974 otrzymał Nagrodę Krytyki im. C.K. Norwida. W 1979 został laureatem Nagrody Fundacji im. Alfreda Jurzykowskiego w Nowym Jorku. Bibliografia
publikacji Jerzego Wolffa liczy ponad 100 pozycji. Przed wojną pisał m. in. w „Głosie Plastyków”, „Arkadach”, „Prosto z Mostu”, „Ateneum”. W latach czterdziestych publikował m. in. w „Odrodzeniu”, „Zdroju”, „Przeglądzie Artystycznym”, „Problemach”, „Twórczości”, „Nowinach Literackich”. Po 1959 roku zamieszczał teksty o sztuce m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Więzi”, „Znaku”, „Twórczości”, „Tekstach”. Wydał książkę o Aleksandrze Gierymskim (1948), studium o malarstwie Zygmunta Waliszewskiego (1969) i zbiory esejów: „Kształt Piękna” (1973) i „Wybrańcy sztuki” (1982). Kilkanaście jego książek w rękopisach i maszynopisach znajduje się w zbiorach Sekcji Rękopisów Biblioteki Uniwersyteckiej KUL w Lublinie…” Przytoczyłam tu informację dotycząca Jerzego Wolffa, napisaną przez pana Krzysztofa Hrabaszewskiego. Wydaje mi się, że aby poznać lepiej malarza powinno się oddać mu głos, aby sam siebie zaprezentował. Poniżej tekst, w formie listu, do pani Heleny Kuszell, (list znajduje się w Jej posiadaniu) rzeźbiarki, uczennicy Wolffa:
Pytasz o radę odnośnie Twojego „fachu”. Widzisz – fachowcem w sztuce to się zostaje przez wysiłek w codziennej pracy, dającej owoce. Nie ten jest fachowcem, kto skończył akademię, czy jaką inną szkolę artystyczną (w sztuce dyplom jest niczym), ale ten, kto ma coś do powiedzenia, i kto wypowiada się dobrym językiem plastycznym (jeśli jest plastykiem). Wielkie ambicje są bardzo pożyteczne, wielkie ukochania czynią życie bogatym, ale dobrą sztukę robi ten, kto posiadł dobre „rzemiosło”, które zdobywał codzienną, świadomą pracą, nie ma innego środka, niż praca. Ale widzisz, ta praca, ten codzienny wysiłek musi pochodzić z potrzeby wewnętrznej jakiejś całkiem absolutnej – muszę rzeźbić, muszę malować, bo mi to jest potrzebne do życia, jak oddychanie. Jeśli to nie jest konieczne, to widać powołanie jest jakieś inne. Kiedy Bóg polecił mi wstąpić do Seminarium, to tak od razu uczynił, że malowanie przestało być dla mnie koniecznością, a ludzie tak sobie jakoś naiwnie wyobrażają, że ja teraz wrócę do malarstwa (raz, czy parę razy na tydzień). Po co miałbym wracać, skoro malarstwo przestało być dla mnie koniecznością? Ten jest artystą, kto sobie może powiedzieć za św. Pawłem: „biada mi, gdybym nie malował, nie rzeźbił”. Tylko ten. Ten jest artystą, kto swoje dzieło nosi w sobie jak kura jajko, i kto myśli wciąż o tym, by znaleźć odpowiednie miejsce i odpowiedni czas, by to jajko znieść. Można tak to jajko nawet całe lata w sobie nosić, i można czuć, jak ono tam w nas pęcznieje do tego stopnia, że w końcu znosimy je już byle gdzie, byle się tego słodkiego ciężaru pozbyć. (….) X.J.Wolff Anin, 23 XI 1952
wiosennego dnia roku 59, gdy mi w oko wpadł pejzaż z dachem równie kaplicy czerwonawym, jak bliżej, tuż, bliziutko, czerwona cegła w kupę złożona. I z drzewami licznymi, jakich tutaj nie brak, skoro w lesie wszyscy w Laskach siedzimy. A pamiętam tym lepiej, że wciąż mieszkam tu dalej i oglądam codziennie równie dachy kaplicy, jak i drzewa te same. Cegły tylko już dawno wywieziono i ludzi brak też dawnych i miłych. Jak to zwykle, oczywiście, w tym życiu. Tam ich wszystkich jednak pewnie zobaczysz. Co to będzie za radość! Znów się spotkać, rozmawiać! Zaś odnośnie malarstwa, to mnie zafrapowało najbardziej, żem się poczuł tak swobodny, jak dawniej – tak zupełnie, jak gdyby jedenaście lat owe nie liczyły się ani trochę, wcale. Tak, jak gdybym nie przestawał malować.Po tej pierwszej temperce przyszły inne natychmiast – z tego okna, tamtego – bo z każdego z tych okien coś widziałeś ładnego, co kusiło po dawnemu do pracy. Naprzód z okien malowałem, a potem, gdy zrobiło się cieplej, tom wychodził na pejzaż jak za dawnych lat całkiem: czasem z farbą, a czasami z ołówkiem. I znów stałem się malarzem, tak raptem, jak nim kiedyś być przestałem, też raptem. Lecz poczułem się malarzem dopiero w czas „wakacji” w Sobieszewie, nad morzem. Bom się wybrał tam, jak dawniej z farbami, z tekturkami, sztalugą, po to, aby malować z dawnym moim sprzed lat wielu zapałem. No i przywieźć do „domu” plon obfity następnie, bom tam nieraz malował po trzy razy na dobę. Z okien również czasami, ale często w plenerze: niebo, drzewa i domy, i niekiedy też wodę, skoro staw byt niedaleko od domu. A był pejzaż ładny wszędzie, naprawdę. Stąd pławiłem się równie w obserwacjach, jak w pracy, odnajdując siebie znowu dawnego. Już tym razem, mam nadzieję, na „zawsze”! Choć to „zawsze” nie zawsze całkiem było, prawdę mówiąc, jednakie,
skoro tamtej jesieni, po powrocie z Sobieszewa nie mogłem się czas pewien znów zabrać tak jak zwykle, jak trzeba, do sztuki. Był listopad, dość chmurny, jak to zwykle listopad, i to mnie tak do pracy zrażało, żem – pamiętam – się nie mógł wcale zebrać. Dopiero koło grudnia się jakoś odetkało i jużem wtedy zabrał się z pasją do malarstwa z powrotem, mając stale w pamięci mą wiosenną tegoroczną wystawę, która również wpłynęła jednak bardzo na mą pasję, bo skoro kiedyś byłem malarzem, mogę teraz z powrotem nim znów zostać, gdy zechcę. A że chciałem, więc nuże… Trzeba zacząć malować! Malowałem więc pejzaż, stale pejzaż z początku. Z tego okna, tamtego. Od sąsiadów na piętrze. Pejzaż tu jest dość ładny, by mnie sobą zachęcać. Miałem przy tym tradycję w moim życiu w tym sensie. Ilem ja ich napłodził! Przyszedł jednak czas taki, gdy odniosłem wrażenie, że natura to wiele, ale jednak absolutnie nie wszystko. Jeżeli coś ci do głowy malarskiego przychodzi, no to maluj, człowieku, z głowy, a nie z natury tylko, stale, koniecznie. Nosić w sobie pomysły, nie korzystać z nich nigdy, to tak, jakbyś płód nosił miast go zrodzić po ludzku, wydać na świat, by żyło, co się w tobie w jakiś sposób poczęło. Że mi stale do głowy coś przychodzić zaczęło, to był widać znak jakiś: maluj, człeku, coś sobie wyśnił jakby na jawie! Maluj człeku… powiedzieć wiele łatwiej niż czynić. Bo choć we mnie się rodzić tamte rzeczy zaczęły późno bardzo, bo koło sześćdziesiątki,
gdy byłem już „dojrzałym” całkowicie malarzem – tak by mogło w każdym razie się zdawać – to mi wcale nie poszło łatwo owo rodzenie. Doskonale pamiętam jak to było z tą pierwszą moją wizją abstrakcyjną poniekąd – ile było nieprzewidzianych trudności. (…) Jeśli bowiem punktem wyjścia jest wizja – ta wewnętrzna – to do niej tak nie możesz powracać, jak wracasz do pejzażu przed sobą, czy butelki na stole, gdy malujesz przed naturą do „końca”. Kiedy punktem dla cię wyjścia jest wizja, to się ona w czas pracy powolutku, jak gdyby, rozpływa. No i wizję pierwotną zastępuje powoli wizja płótna, obrazu, który trzeba ci tworzyć korzystając z twej wiedzy, na czym obraz w gruncie rzeczy polega. Stąd nie jesteś „kopistą” nigdy wizji pierwotnej, ale twórcą nieustannie obrazu i stąd trzeba ci wciąż korzystać z twej wiedzy artystycznej – inaczej nie podołasz nigdy w życiu zadaniu. Ona będzie ci bowiem przewodnikiem, ta wiedza. Wiedza o tym, czym obraz jest naprawdę, w swej treści literalnie najgłębszej, a więc treści artystycznej, formalnej. Że jest jakąś plastyczną w gruncie rzeczy konstrukcją, „po prostu”. Stąd też owo malowanie „z fantazji” jest wspaniałym doskonałym ćwiczeniem, egzaminem jakowymś ustawicznym z tej wiedzy, jaką w życiu artystycznym nabyłeś. I dlatego tak ogromnie czymś cennym w twoim życiu artystycznym, malarskim. A zarazem jest prawdziwie czymś ważnym niezrywanie całkowite z naturą, która dla nas jest zawsze, bo być musi, koniecznym punktem wyjścia, w jakiś sposób, w malarstwie. Nawet kiedy uprawiasz abstrakcję, to z natury w gruncie rzeczy wychodzisz, skoroś z niej to zaczerpnął pojęcia: równie barwy, jak waloru i linii. A poza tym – co jest ważne niezmiernie, bo stanowi w danym razie fundament twego życia calutkiego artysty – też gry barwnej koloru. Jedno z drugim, wobec tego uprawiaj. Maluj sobie przed naturą, lecz również maluj „z głowy”, jeżeli ci do głowy coś przyjdzie. A przychodzić wciąż będzie, jeśli twoje widzenia punktem wyjścia się staną w powstawaniu kompozycji twoich jakichś malarskich. Wtedy one pomyślą sobie bodaj, że warto tego kogoś zapładniać, skoro dzieci z niego stale się rodzą, kompozycje powstają stale, jedna za drugą. Bo inaczej by one – te widzenia, te wizje – zniechęciły całkowicie się chyba? (…)