Subskrybuj kanał RSS bloga Okiem Jadwigi Subskrybuj kanał RSS z komentarzami do wszystkich wpisów bloga Okiem Jadwigi

Burzliwe życie tancerki

Autor: Jadwiga. 46 komentarzy.

Moją odskocznią od problemów dnia codziennego zawsze były książki, i im większe problemy miałam do rozwiązania, tym więcej książek pochłaniałam. I tak jest do dzisiaj. Tak się składa, że problemy, które muszę rozwiązywać w ciągu dnia, odżywają na nowo w nocy i żyją sobie swoim własnym życiem i na nic moje tłumaczenia, że już wszystko załatwione, nie ma się, co stresować, one po prostu krążą w mojej głowie jakby chciały pokazać, kto tu jest silniejszy, a często stawiają znaki zapytania, uważasz, że wszystko załatwiłaś, że to rozwiązanie sprawy było najlepsze z możliwych? Wtedy lekarstwem na skołataną głowę staje się książka, która zajmuje mnie przez kilka godzin, dopóki, dopóty nie osiągnę wewnętrznego spokoju. Moja przyjaciółka Jola pożyczyła mi  książkę napisaną przez Krystynę Mazurówną, wybitną tancerkę, legendę polskiego tańca, gwiazdę lat sześćdziesiątych. Pani Krystyna była solistką Teatru Wielkiego, Operetki Warszawskiej, była partnerką wybitnego tancerza i choreografa Witolda Grucy.  Była i do dzisiaj jest osobą szokującą i ekscentryczną. Co to znaczy zrozumieją tylko ci z nas, którzy dorastali w upiornych latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku. Przypomnę tylko, że sklepy świeciły głównie pustkami, ciuchy zdobywało się na bazarze w Rembertowie lub z paczek przesyłanych zza granicy, kolorowe bluzki, spódniczki czy piękne i wielce drogocenne rzeczy wisiały w sklepach Komisu, ( kto pamięta takie sklepy na ul. Brackiej, al. Jerozolimskich, na ul. Grójeckiej, ul. Rutkowskiego ,ul. Chmielnej czy Nowym Świecie. Przedsmak wielkiego świata, kolorowych szmatek możliwych do zdobycia za wielkie pieniądze. I tylko nielicznym udawało się je nabyć, tylko nieliczni mogli je zdobyć, gdyż wtedy wszystko się zdobywało, a w sklepach PEWEX-u i Baltony kupowaliśmy tylko za bony lub prawdziwe dolary. Tam zaś było prawie wszystko, nie tylko ubrania,  kosmetyki i artykuły spożywcze, ale także pralki, samochody, sprzęt elektroniczny video, telewizory, radia. Wspominam o tych sklepach gdyż minęło od tamtych czasów 50 lat i nie wszyscy pamiętają o tych luksusowych sklepach dlawybranych. Dlaczego dla wybranych?  Dlatego, że w nich właśnie kupować można było za twardą walutę, a tę mogliśmy mieć tylko, jako wynagrodzenie wypłacane w dewizach za np. występy za granicą, lub zaoszczędzone na wyjazdach służbowych.

Przekraczając granicę wypełnialiśmy deklaracje celne, wpisywaliśmy sumę waluty, i otrzymywaliśmy potwierdzenie, że waluta została oficjalne wwieziona do Kraju. Za tą właśnie walutę mogliśmy w sposób oficjalny dokonywać zakupów. Oczywiście pod bankami czy też wymienionymi sklepami stali handlarze walutą tak zwani cinkciarze ( od słowa change money), u których można było dokonać stosownej transakcji, jeżeli ktoś był desperatem i musiał takiego zakupu dokonać, bo za walutę kupowaliśmy w tych sklepach również lekarstwa.

Krystyna Mazurówna w owych czasach jawiła nam się, jako kolorowy ptak sceny polskiej, widać ją było wszędzie, w telewizji również.

O tańcu marzyła od zawsze, w wieku trzech lat miała jasno sprecyzowany cel w życiu: taniec oraz troje dzieci Kacper, Melchior i Baltazar, tak się mieli  nazywać, zgodnie z trzema królami, o których opowiadano jej w domu. W rzeczywistości, znacznie później urodziła Kacpra ze związku nieformalnego z Krzysztofem Teodorem Toeplitzem, oraz Baltazara i Ernestynkę, z drugiego oficjalnego małżeństwa z francuskim mężem- gitarzystą Piou ( pierwszym oficjalnym mężem Pani Krystyny był Tadeusz Pluciński, o którym niewiele dobrego napisała). Ernestynka obdarowała panią Krystynę wnuczkiem i dopiero ten otrzymał na drugie imię Melchior, a więc realizacja planu udała się w kolejnym pokoleniu. Ale wróćmy do tańca.

Pani Krystyna, wielki talent, w szkole baletowej pracowała bardzo ciężko, ale też chciała jak najszybciej ją skończyć, w związku z tym w Liceum zrobiła dwie klasy w jeden rok, zdając maturę w wieku 17 lat.  Swój pośpiech tłumaczyła tym, że kariera tancerki trwa do trzydziestki a czasami do czterdziestu lat. Ech gdyby wtedy wiedziała, ile lat będzie tańczyła… Nie wiem, czy oglądaliście program „Dzień Dobry TVN”, w którym nasza Krysia wystąpiła w charakterze gościa zaproszonego przez Marcina Prokopa i Dorotę Wellman.Oto w studio usiadła pani, z fryzurą jak rajski ptak, ubrana przy tym awangardowo, a na zakończenie choreografka audycji telewizyjnej  „You Can Dance” zaprezentowała swój popisowy numer, z tańca Kankan, czyli wysoki wyskok i lądowanie w szpagacie z pięknym okrzykiem na ustach jak to jest praktykowane w Kankanie. Trzeba jednak podkreślić, że audycja ta miała miejsce miesiąc temu a pani Krysia właśnie skończyła lat 73!!!

Krystyna Mazurówna porzuciła Teatr Wielki  i zaangażowała się do Polskiego Zespołu Tańca, pod dyrekcją Palińskiego, w którym to zespole tańczył Witold Gruca, świetny pomysłowy tancerz i choreograf, wystawiano małe formy baletowe, nie tylko klasyczne a repertuar często się zmieniał. I tak Krystyna została na wiele lat partnerką Grucy. Gruca zresztą przygotował kilka innych duetów- groteskowych, współczesnych i klasycznych.

Wyjazdy zagraniczne, najpierw w 1959 roku do  Paryża, Helsinek ,i znowu Paryż, Monte Carlo, berlińska telewizja, następnie ZSRR, ( ale przedtem z niewiadomych przyczyn rozwiązano Polski Zespół Tańca a tancerzy wcielono z powrotem do opery).Do ZSRR wyjechała grupa między innymi z Jurkiem Połomskim, Jadwigą Prolińską, Zdzisławem Słowińskim, Stanisławą Kowalczyk Muszyńską, Łucją Prus. I tak się to kręciło. Kolejnymi wyzwaniami w Polsce były układy choreograficzne, które opracowywała dla wielu teatrów.

Następnym wspaniałym partnerem Krystyny Mazurówny był Gerard Wilk, tancerz, który dopiero, co ukończył szkołę baletową., dobrze zbudowany, dość masywny. Jednak właśnie on zachwycił naszą tancerkę i stał się jej partnerem.  Początkowo tańczyli układy Grucy później tylko Mazurówny. W międzyczasie powstała grupa baletowa Fantom(w roku 1965), która była angażowana przez Estradę. Tańczyli wszędzie, czy to w Młocinach, lub na bielańskiej estradzie, tańczyli na Międzynarodowym Festiwalu Jazzowym w Pradze. I tu właśnie  poszło im fantastycznie, inni zaś powiedzieliby, że za dobrze i wtedy zaczęły się schody. Sypnęły się propozycje kontraktów z całego świata, a oni skromnie wrócili do Polski. Kto wyjeżdżał służbowo za granicę ten wie, że w Peerelu można było dostać paszport na konkretny wyjazd i biada temu, kto go nie zdał do biura paszportowego w określonym terminie, mógł się na całe lata pożegnać z wyjazdami. A właśnie te wyjazdy stanowiły o zarobkach, o możliwości kupna samochodu czy mieszkania.  

Czytając książkę Krystyny Mazurówny –„Burzliwe życie tancerki” przesuwały mi się przed oczyma znajome obrazy, biura paszportowe, zdobywanie wiz, wystawanie pod ambasadami, kolejki, zapisy, Pewex, Baltona, a nawet Pałac Mostowskich. Tak ten szczegół też nie ominął gwiazdy, bo pani Krystyna już wtedy w latach 1965-1968 była gwiazdą.   Była wyjątkowym talentem, dlatego też dostała dwukrotnie stypendium Ministerstwa Kultury i Sztuki i studiowała taniec nowoczesny i balet jazzowy w Paryżu u prof. Gene Robinsona. Ale były to lata okrutne dla ludzi wybitnie zdolnych, którzy mieli odwagę pokazać coś nowego, nowoczesny taniec do muzyki jazzowej. Jej tancerze zwolnili się z opery warszawskiej aby móc występować w jej zespole. Ponieważ Fantom odniósł sukces, młodzi mężczyźni  dostali powołania do wojska, a tancerze, którzy nie mają  możliwości ćwiczenia baletu po dwóch latach pobytu w wojsku nie mieli po co wracać na scenę. Niestety, otrzymywali oni  tylko jednorazowe zgody na występy lub ćwiczenia, zawsze dostawali do towarzystwa dwie osoby i jeździli do mieszkania Krystyny aby ćwiczyć układy, lub tworzyć nowe. Wszyscy mówili jej nie raz i nie dwa pani Krysiu – głową pani muru nie przebije, ale jeżeli zdecyduje się pani wreszcie na opuszczenie Polski, następnego dnia zwalniamy chłopaków z wojska, wracają potulnie do opery i po krzyku!

I wyjechała do Paryża u szczytu popularności, jesienią roku 1968, zniknęła z ekranu, sceny z Polski. W Paryżu założyła własny Ballet Mazurówna, tańczyła z Josephine Baker, była solistką Casino de Paris, ale też i szatniarką, bileterką, kierownikiem budowy a przez długie lata w jej ukochanym Casino de Paris prowadziła bufet..

Mężczyźni kochali się w niej na zabój, a i ona kochała ich  naprawdę. Jej życie było i jest jedną wielką przygodą. Wychowała troje dzieci, wciąż pracuje – tworzy w Polsce choreografię do programu You Can Dance- „Po prostu tańcz”, planuje, podróżuje. Nadal tańczy, walczy, nie odpuszcza…i od czterdziestu lat mieszka w Paryżu.

Dlatego postanowiłam napisać o tej Kobiecie dzisiaj 73 letniej ( nie ukrywa swojego wieku), pełnej pasji, radości, jasno określonych celów, marzeń i ich realizacji. Jest pięknym przykładem aktywnej, wciąż bardzo interesującej zadbanej, umalowanej z ekstrawagancką fryzurą kobiety, która w każdej sytuacji umie sobie poradzić. Pani Krystyno chapeu bas!

Książkę przeczytałam w ciągu jednej nocy i pomyślałam sobie, skoro Ona dała radę w trudniejszych czasach to ja dzisiaj też mogę pokonać samą siebie, moje słabości, oraz podejmę te najtrudniejsze decyzje właśnie teraz. Bo nic nam nie jest dane na zawsze, musimy mierzyć się z życiem i od nas tylko zależy czy damy radę. Ja dam!

Wasza Jadwiga

ps. nie miałam żadnych zdjęć pani Krystyny, zeskanowałam więc kilka z książki, i oto dzisiaj po opublikowaniu wpisu otrzymałam email od Janka Rozmarynowskiego, najlepszego fotografa jakiego znam, który napisał, że w roku 1966 fotografował panią Krystynę Mazurównę w Jej domu na Starym Mieście i jeżeli chcę, to On pozawala mi wykorzystać te zdjęcia do wpisu. Janku bardzo dziękuję ubogaciłeś ten wpis, a Twoja wielkoduszność mnie powaliła.Przyjmij moje najserdeczniejsze podziękowanie, prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie, i to jest najprawdziwsza prawda.

j

Pióro

Autor: Jadwiga. 47 komentarzy.

Kilka dni temu w przerwie pomiędzy jedna a drugą wizytą w szpitalu zadzwonił telefon, Pani Jadwiga?  Tak, o jak fajnie a może Pani do nas wpaść, mam niespodziankę, oczywiście wpadnę, ale nie wiem, kiedy….  No, bo wiesz, wiem, wiem, wszystko wiem. To dobrze.       

W końcu dotarłam do dziewczyn, ale Moniki nie zastałam a Ania miała urlop. Eee tam, nie szkodzi, dziewczyny też muszą odpocząć w końcu czas świąteczny, bo przecież rzecz cała działa się jeszcze przed Trzema Królami, wtedy gdy ja z obłędem w oczach odmierzałam czas pomiędzy szpitalem, domem, szpitalem domem lub na odwrót, można powiedzieć swoje życie przeniosłam do szpitala.  

Odebrałam swoją przesyłkę, kilka dni temu, i otworzyłam ją dopiero w domu.  A tam w pięknie opakowanej paczuszce z napisem Swarowski leżało sobie pióro z tysiącem a może mniej lub nawet więcej kryształków.  Pomyłka jakaś czy co? Pomyślałam i zadzwoniłam, ale co nagle to po diable. Dopiero za kilka dni dowiedziałam się, że pióro otrzymałam w prezencie od mojej Firmy Emporia Telekom prosto z Austrii, jako wyraz podziękowania za moje pisanie. Hmmmm….

Nie powiem, miło mi się zrobiło na duszy, bo nic tak nie cieszy jak odrobina życzliwości płynąca od ludzi, których w dodatku „prawie” wcale nie znam.

Po powrocie Moniki z urlopu zadzwoniłam ponownie i dowiedziałam się, że choć ludzie z  Emporii nie znają języka polskiego, to uznali, że wpisy, które umieszczam na blogu uzyskują takie ilości komentarzy, że Oni tam w dalekiej Austrii a właściwie w Linzu bardzo się cieszą, ponieważ jestem jedyną blogerką ambasadorką marki,  która pisze bloga cieszącego się takim zainteresowaniem. A przecież  Firma istnieje w takich państwach jak Niemcy, Austria, Szwajcaria i  innych. No nie powiem poczułam się tak jak kot , który właśnie dostał kawałek pysznej spyrki.

A Monika dalej opowiadała o ostatniej wizycie w Austrii, o konferencji dotyczącej mediów i o tym, że swoją prezentację oparła o pokazanie  kilku slajdów z mojego bloga, stwierdzając na zakończenie, że nie ma  ludzi starych, i pomimo  ilości lat jakie  przeżyliśmy  ciągle mamy coś do zaproponowania ludziom młodszym  a nawet można zaimponować swoją aktywnością  Firmie produkującej telefony właśnie dla nas dla ludzi 50+ tak jak to robi  Emporia Telekom.  I właśnie to stwierdzenie ucieszyło mnie najbardziej!

 Wasza Jadwiga

Powrót Taty

Autor: Jadwiga. 68 komentarzy.

Nigdy nie pisałam na blogu na temat polityki, służby zdrowia, rządu, różnych bieżących wydarzeń, jak również nie komentowałam i nie komentuję  życia publicznego. Uważam, że od tego są inne blogi, portale społecznościowe, gazety, jak również newsy w wiadomościach, nie wiem czy prawdziwe i rzetelne, ale są. Jednym słowem nie prowadzę bloga polityczno – społecznościowego, ale w życiu jak to w życiu bywa często trzeba uczynić wyjątek i mam zamiar po raz pierwszy to zrobić. Na jaką okoliczność? Na okoliczność wydarzeń zdrowotnych związanych z moim Ojcem. Ot, krótkie opisanie stanu rzeczy, ponieważ sama pomimo ukończenia szkół wielorakich, nijak nie mogę pojąć pewnych spraw. Może przy Waszej pomocy staną się one bardziej klarowne dla mnie.

Jak wiecie od kilku miesięcy miałam wiele zmartwień związanych ze stanem zdrowia mojego Ojca, częste zawroty głowy, utraty przytomności, (ostatnio w drugi dzień świąt), zdarzały się również dni, kiedy nie bardzo kojarzył, w nocy wstawał, ubierał się i był gotów o drugiej czekać do rana na śniadanie, lub też dzwonił przez intercom, co z tym śniadaniem i dlaczego nie przychodzę. Oczywiście leciałam na skrzydłach wyrwana z głębokiego snu, pełna obaw, ale jak trzeba to mus. Po wyjaśnieniu, która to jest godzina, czy warto wstawać tak wcześnie, układałam mojego staruszka do snu, wracałam do siebie, i noc była z głowy, bo o ile On słodko zasypiał, ja raczej nie.  Wtedy książki były dla mnie ratunkiem, oraz czytanie Waszych blogów.

I proszę nie myśleć, że przechodziliśmy ze ślubnym nad tymi zdarzeniami do porządku dziennego, o nie! Po każdym zdarzeniu utraty przytomności ślubny jechał do ZOZ zamawiał wizytę domową, pani doktor pierwszego konfliktu lub inna doktor przychodziły, osłuchiwały, sprawdzały ciśnienie, zlecały badania krwi i moczu ( szczególnie to ostatnie badanie było zupełnie proste do wykonania, ze względu na ciągłe używanie pampersów). Ostatnie wyniki badania krwi nie były dobre, szczególnie dotyczyło to kreatyniny i mocznika, (prawie dwukrotne przekroczenie norm), jednak lekarz pierwszego konfliktu stwierdzał, że wyniki badań są stosowne do wieku (87 lat). Nie jestem lekarzem, nie byłam i nie będę, jednak normy obowiązujące są po to, aby badania oscylowały w ich okolicach a nie były drastycznie przekraczane ( na mój rozum, no, ale mój rozum, jest tylko moim rozumem, a uczeni ludzie mają przecież swój uczony rozum). Przyjmowałam ocenę medyczną stanu zdrowia mego Ojca, zamartwiałam się, podawałam lekarstwa ( i to dużo!) policzyłam 8 na sztuki plus witaminy rano, oraz 8 wieczorem plus witaminy. Pomimo tego leczenia, Ojciec padał i obijał się, czarne siniaki zauważałam tylko wtedy, gdy go kąpałam, ponieważ ze strachu, bądź z troski o mnie nie przyznawał się do utrat przytomności ( w końcu wyznał, że bardzo bał się szpitala, i tego, że z niego już nie wróci). Rozumiem to Jego podejście do sprawy. 

Ostatnia utrata przytomności miała miejsce rano 3 stycznia, w momencie, kiedy przygotowywałam śniadanie, a Ojciec po porannych oblucjach kończył ubieranie. Byłam sama w domu, na niczyją pomoc nie mogłam liczyć, ale też sytuacja wydała mi się groźna. Ciężki oddech, oczy w nienaturalnej pozycji, szarość na twarzy i brak kontaktu mówiły mi, że dzieje się coś złego. Pogotowie „R” przyjechało po 5 minutach z pełnym oprzyrządowanie ratującym życie, lekarz pogotowia stwierdził ciężką bradykardię, tętno 31, ciśnienie nie pamiętam już dokładnie, ale chyba 180/ 100 stan krytyczny. Zaordynował zabranie chorego do szpitala, a ja w tym samym czasie wydzwoniłam ślubnego, aby wrócił do domu. Donajbliższego Szpitala ( ale  nie do Instytutu Kardiologii) dojechaliśmy w kilka minut, Izba Przyjęć, szybka reakcja lekarza dyżurnego i po pół godziny Ojciec leżał na Intensywnej Terapii Kardiologicznej monitorowany przez komputer. Ufff!  Pierwszy raz w życiu w szpitalu.

Prowadzący lekarz poprosiła abym została przy Ojcu gdyż ten czuł się zagubiony i ciągle powtarzał moje imię, Jadzia, Jadzia, gdzie jest Jadzia. Byłam, byłam, jestem…

Diagnozę wstępną postawiono po uzyskaniu pierwszych badań EKG i krwi. Nie będę zanudzała szczegółowymi wynikami powiem tylko tyle, ze kreatynina wynosiła162 – norma zaś wynosi do 110 a mocznik 17,6 przy normie do 6,4. Nie wymądrzam się, nie dyskutuję, nie…

Decyzja lekarki brzmiała, przygotowujemy pacjenta do wszczepienia stymulatora jutro rano, z powodu bloku AV II i III stopnia. Ponadto jest nadciśnienie tętnicze (to wiedziałam) niewydolność serca NYHA II cokolwiek to znaczy, przewlekła choroba nerek stadium 3-niedokrwistość (no tego nie wiedziałam), żylaki kończyn dolnych –pierwszy raz słyszę!

Znaczy to wszystko określono w trzy- cztery godziny po wykonaniu badań? No to gdzie ja chodziłam, gdzie ja byłam dotychczas, to, co za badania wykonywano? Takie i jeszcze inne myśli, wcale niezgodne z miłością bliźniego przelatywały mi przez głowę.

Ojciec przerażony szpitalem, ja przerażona stanem zdrowia Ojca, ślubny przerażony nami…

Po południu cała Rodzina była w szpitalu, wszyscy pełniliśmy dyżur, gdyż lekarka nie ukrywała stanu chorego!  A ja zachodziłam w głowę, pytania latały odpowiedzi nie znajdowałam, znaczy ojciec pod opieką lekarza pierwszego konfliktu, badany, analizy wykonywane, czyli brak, czego? Właściwej diagnozy? Staranności lekarskiej? Jaki błąd popełniłam? Kto popełnił błąd, znaczy stary, znaczy stosownie do wieku, znaczy, co?

Następnego dnia wszczepiono stymulator (dwujamowy przedsionkowo- komorowy w którym to układzie stymuluje sie zarówno prawy przedsionek, jak i prawą komorę. Do takiej stymulacji potrzeba dwóch elektrod. Jedna umieszczona jest w prawym przedsionku, druga – w prawej komorze). Ten dzień i następny był trudny dla pacjenta i dla nas, nie wszyscy dobrze znoszą „głupiego jasia”, Tato na pewno nie, konieczne unieruchomienie ramienia po wszczepieniu stymulatora, i chęć pacjenta do natychmiastowego opuszczenia szpitala nijak ze sobą nie współgrały. Ja, ślubny, córka, zięć i synowa mieliśmy pełne ręce roboty, aby pacjenta unieruchomić. Udało się!

Późnym wieczorem opuszczaliśmy szpital, następny dzień, następne badania, konsultacje i wyniki. W piątek po kolejnych badaniach przewieziono ojca na salę ogólną. Dotrwał do środy, codziennie przechodząc kolejne badania a ja przychodząc do ojca dwa lub trzy razy dziennie.  Ostatnie wyniki z dnia 11 stycznia oprócz innych wynikówmorfologii pokazują: kreatynina 102, norma 54-110!, mocznik 10,7 norma 2,5-6,4.

Lekarz prowadzący zdecydował wypisać pacjenta do domu, kontrola stymulatora za dwa tygodnie. Należy zabrać ze sobą: dowód osobisty, skierowanie stałe od lekarza rodzinnego(!) do pracowni kontroli stymulatorów, odcinek emerytury, ksero karty informacyjnej.

Ciekawe, co ja usłyszę od lekarza rodzinnego pierwszego konfliktu, do którego idę w poniedziałek?

Wasza Jadwiga

Content Protected Using Blog Protector By: PcDrome.