Subskrybuj kanał RSS bloga Okiem Jadwigi Subskrybuj kanał RSS z komentarzami do wszystkich wpisów bloga Okiem Jadwigi

Archiwum kategorii ‘Wspomnienia’

W marcu zajrzałam na ul. Zaciszną 13 do Yrsy, a tu niespodzianka, zaproszenie –wyzwanie książkowe. Bardzo lubię takie niespodzianki, a ta była memu sercu niezwykle miła. Ale jak to w życiu, 13 marca był kilka tygodni temu. Między tamtą datą a dniem dzisiejszym tak wiele się wydarzyło, a przecież, gdy obiecujemy coś Przyjaciołom to należy dotrzymywać danego słowa. Szczególnie, gdy dotyczy to ostatniej przysługi.  Wiele spraw zatem, otrzymało pierwszeństwo, wiele trzeba było załatwić, dopilnować, a także zorganizować. Wyzwanie książkowe poszło w kąt, zostało odłożone na później, lecz nikt łącznie ze mną nie wiedział na jak długo. I dzisiaj zresztą zupełnie przypadkiem rozmawiając z Aldoną, poetką, moją „siostrą”, uzmysłowiłam sobie, że gdzieś w kącie leży moja obietnica, jaką złożyłam u Yrsy na blogu – książka, którą ostatnio przeczytałam. Dylemat był prawie nie do rozwiązania, ponieważ nie umiem czytać jednej książki, czytam trzy lub cztery prawie na raz. I co tu wybrać, lekkie miłe dla serca i oka oraz ciekawie napisane „Jeżdżąc po cytrynach” Optymista w Andaluzji. Książka napisana przez Chrisa Stewarta, byłego perkusistę grupy rockowej „Genesis” Phila Collinsa (mojego ulubionego zespołu).Chris kupił posiadłość w Hiszpanii i opowiada o zapuszczaniu korzeni na wsi, o integrowaniu się z gospodarzami hiszpańskimi. Książka napisana dowcipnie, interesująco, zabawnie. Świetna lektura, relaksująca, podobno mnóstwo w niej prawdy o Hiszpanach. Zastanawiałam się też czy nie napisać o książce Mariana Zacharskiego pod tytułem „Nazywam się Zacharski”, do przeczytania której namówiła mnie Zośka. Ale postanowiłam o niej napisać oddzielnie, gdyż z jedną z osób  opisanych w tej książce wiążą się moje wspomnienia. W końcu wydawało mi się, że wybrałam książkę Julii Child „Moje życie we Francji”, na podstawie, której nakręcony został film „Julie i Julia”, gdzie rolę Julii Child brawurowo zagrała moja ulubiona aktorka Meryl Streep. Popatrzcie, jedno wyzwanie a tyle dylematów, w końcu podjęłam decyzję, właśnie dzisiaj po rozmowie z Aldoną. Jak wiecie Aldona Kraus jest poetką, lekarzem okulistą, ale od czasu do czasu popełnia prozę, a ja uwielbiam JEJ TWÓRCZOŚĆ. Mam wyjątkowe szczęście do obcowania z ludźmi ciekawymi, ponieważ w ostatnim okresie czasu na blogu wspominałam Rajmunda Paprzycę Niwińskiego, Kazimierza Górskiego, prof. dr hab.inż. Andrzeja Horodeckiego, Zbigniewa Adrjańskiego, a teraz ponownie Aldona Kraus. Jej książkę „O wszystkim i o niczym- Rozmowy z Księdzem Janem Twardowskim” polecam Moim Przyjaciołom. Dlaczego zapytacie? Ano, dlatego, że ksiądz Jan Twardowski jest  Wielkim Poetą. Wszyscy znają Jego twórczość, wiersze, a bilbord z roku 1999?. I właśnie o tym bilbordzie i o przejażdżce z księdzem Janem Twardowskim ulicami Warszawy napisała w swojej książce Aldona, a ja ile razy czytam tę książkę, tyle razy zatrzymuję się zadumana. Dlaczego? Może, dlatego, że miałam to szczęście poznać księdza Jana. Spotykaliśmy się w lipcowy czas u Aldony w domu, gdzie ksiądz Jan spędzał swoje wakacje w Aninie. Może, dlatego, że Jego już nie ma, że odpoczywa na wieki w Świątyni Opatrzności Bożej, tam gdzie teraz powstaje ze zdjęć największy obraz Jana Pawła II. A może dlatego, że był kapłanem wyjątkowym i spotykałam Go na wieczorach poetyckich Aldony?  Dlatego właśnie wybrałam tę książkę i prezentuję ją w Wielkim Tygodniu przed Wielkanocą. Posłuchajcie: Janowe billboardy

„..Grudniowe przedpołudnie 1999 roku było słoneczne i pobielone cienkim śniegiem. Obietnica niezwykłej niespodzianki, na półtorej godziny przed obiadem, udało mi się porwać księdza Jana na przejażdżkę. – Nie pojedziemy naszym ulubionym ślimakiem?- zdziwił się, kiedy wyjeżdżając spod klasztoru, skręciłam w Krakowskie Przedmieście w lewo, zamiast tak jak lubił w prawo i Karową w dół. – Tak naprawdę, to każda strona Królewskiego Traktu jest piękna – mówił, kiedy mijaliśmy księgarnię Bolesława Prusa, Uniwersytet Warszawski, gmach Akademii Sztuk Pięknych i górujący nad wszystkim Kościół Świętego Krzyża. Jedź jeszcze wolniej – poprosił. – Kiedyś ciągle spacerowałem. Dzisiaj i wczoraj – zawsze tu pięknie. Ile tu ludzi! Jechaliśmy tuż obok warszawskiego szpitala dziecięcego, mijając pomnik Kopernika, a w głębi po lewej przy ulicy Karasia Teatr Polski przekreślony tęczą afiszy, zbyt odległych, by je czytać. – Teatr przywołuje wspomnienia wielu wspaniałych sztuk tu granych i wielkich aktorów – dodał. Mijając powoli ulicę Bartoszewicza, wjechaliśmy na Tamkę. Poinformowałam poetę, że na jednym z domów biegnącej ulicy, czeka nas niespodzianka. – Złota kaczka, na pewno ona! – cieszył się jak dziecko. – Niech ksiądz patrzy w lewo i w górę – przerwałam. Tło zawieszonego wysoko na wąskiej bocznej ścianie kamienicy ogromnego bilbordu było czarne. Z czerni patrzyły smutne urokliwe oczy dziewczynki, przyciągające spojrzeniem i bielą twarzyczki.

Zatrzymajmy się – nalegał. Gdy jednak nie było, gdzie zaparkować, włączyłam światła awaryjne, a hamowany stale samochód prawie stał w miejscu. Na szczęście za nami na razie Tamka była pusta. Ksiądz Jan zadzierał głowę wpatrywał się w dziewczynkę i w czarny pas plakatu, na którym wołanie jego serca „spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą” WARSZAWSKIE HOSPICJUM DLA DZIECI, zajmujące się opieką nad nieuleczalnie chorymi, kierowało do milionów ludzi. Zobaczyłam wielkie wzruszenie – jednocześnie bezradność, malujące się na twarzy poety, gdy znanym gestem, błogosławił dziewczynkę z plakatu. Za nami trąbiły samochody, wolno nas wymijały. Ruszyliśmy Tamką w dół ku Wiśle. Jechałam nadal wolno, a przed nami, tuż za skrzyżowaniem z ulica Kruczkowskiego czekała na niego taka sama porcja wzruszenia, a potem i na Ludnej i na Trasie Łazienkowskiej, na Czerniakowskiej, przy Torwarze. Wracaliśmy mostem Poniatowskiego, mijając dawny Stadion Dziesięciolecia. Aleje Jerozolimskie, Marszałkowska, Królewska. Afisze mniejsze i te ogromne były wszędzie. Chora dziewczynka z nadzieją w oczach i prośbą poety, przypomnieniem tego, co tak prawdziwe, że aż niedostrzegane , zagubione w codziennej pogoni. Prośba – rozkaz! Nie wiem, ile po drodze minęliśmy „jego billboardów” tak je natychmiast nazwałam, ale każdemu przesłał krzyżyk. Kiedy wróciliśmy na Krakowskie Przedmieście już w wikariatce mówił, że się  cieszy z tych podpowiedzianych  mu w zakrystii przez penitentkę słów, które umieścił i rozwinął w wierszu dla przyjaciółki – poetki Anny Kamieńskiej. Do modlitewnych intencji doszedł mi pacierz za Warszawskie Hospicjum Dla Dzieci i za księdza Piszącego Wiersze, który  dziś zdawał się być nieprzytomny z radości i wzruszenia. Potem przyszły następne grudnie, które przyniosły nowe billboardy z Janowym hasłem, także ulotki w aptekach, przychodniach, szpitalach, tramwajach, autobusach. Idą następne, a dziś gdy to piszę, Warszawa ubrała się nowymi i wierzę, że będzie tak już zawsze, bo śpieszymy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą obowiązuje do zakończenia świata i jeden dzień dłużej, tak po Twardowsku – zawsze na zawsze.

Tę książeczkę, polecam wszystkim do czytania w każdym czasie, gdy jest mi źle, gdy dobrze, gdy mam głowę zabitą nierozwiązanymi sprawami, gdy cieszę się życiem i nadchodzącą Wiosną gdy martwię się razem z moimi Przyjaciółmi, gdy życie nakłada na mnie najtrudniejsze wyzwania zawsze mam ku czemu się zwrócić, do książki Aldony o księdzu Janie, do rozmów „ O wszystkim i o niczym” do życia zawartego na kartach tej pięknej książeczki. Aldonie serdecznie dziękuje, że zechciała mi podarować ten jedyny w swoim rodzaju egzemplarz, a Wam wszystkim życzę Dobrego Wielkiego Tygodnia, Szczęść Boże! Tak po Twardowsku- zawsze na zawsze.

Wasza Jadwiga

Urodził się w dniu 3 października 1925 r w Warszawie syn Anny Horodeckiej z domu Tereszyńskiej i pułkownika Leona Janusza Horodeckiego herbu Świnka vel Świnicz. Tym herbem pieczętowali się Horodeccy należący do północnej gałęzi rodu. Pochodzili oni z Witebszczyzny, a po represjach rosyjskich mających miejsce po upadku Napoleona zamieszkali ziemię Wileńską i Wilno. Część Rodziny osiadła na Podolu w rejonie Winnicy. Zadecydował o tym rozwój przemysłu na ziemiach należących do Branickich. W roku 1918 wyjechali na zawsze z Rodziną do Warszawy.

Andrzej Horodecki ukończył studia magisterskie na Wydziale Elektrycznym Politechniki Warszawskiej w 1950 roku uzyskując dyplom nauk technicznych i inżyniera elektryka. Praca dyplomowa dotyczyła elektrycznych silników asynchronicznych na dużą liczbę włączeń. Promotorem pracy był prof. J. Lando. Studiując na Politechnice będąc na trzecim roku jednocześnie podjął studia matematyczne na Wydziale Matematyczno-Fizycznym Uniwersytetu Warszawskiego, zaliczył do roku 1951 trzy lata z czteroletnich studiów, ponieważ w tym samym roku rozpoczął pracę zawodową.  Stopień doktora nauk technicznych uzyskał w 1963 r. na Wydziale Elektrycznym Politechniki Warszawskiej. Tematem pracy była analiza pracy układu napędu elektrycznego z silnikiem asynchronicznym zasilanym przez wzmacniacze magnetyczne. Promotorem rozprawy był profesor J. Lando. Tytuł naukowy profesora nadzwyczajnego otrzymał w 1987 r., a w roku 1992 został powołany przez Ministra Edukacji Narodowej na stanowisko profesora zwyczajnego w Politechnice Lubelskiej. Tak przedstawia się kariera naukowa Pana Profesora. Zawodowo Pan Profesor związany był 29 lat z Politechniką Warszawską z Katedrami: Napędów Elektrycznych, jako asystent, wykładowca, st. wykładowca, w Instytucie Sterowania i Elektroniki Przemysłowej, jako st. wykładowca. Jednocześnie pracował w Katedrze Matematyki i w Katedrze Napędów Elektrycznych, a także w Instytucie Elektrotechniki w latach 1951 -2001 początkowo, jako Kierownik Sekcji Napędów Dźwigowych, następnie kierownik Samodzielnego Zespołu Pracowni Napędowych i jako kierownik Zakładu Zautomatyzowanych Napędów. W 1962 r został mianowany przez Ministra Przemysłu Maszynowego na samodzielnego pracownika naukowo-badawczego, a w 1973 r mianowany na docenta zaś w latach, 1990 – 1998 jako profesor w Zakładzie Badań Podstawowych M.G. i PAN w Instytucie Elektrotechniki, a w okresie 1998 -2001 jako doradca Dyrektora Instytutu Elektrotechniki.

Pan Profesor przez 43 lata związany był z Polską Akademią Nauk w latach 1965- 1990 r., jako Sekretarz Naukowy Komitetu Elektrotechniki. W latach 1970-1982 był zastępcą Redaktora Serii Wydawniczej „Postępy Napędu Elektrycznego” PAN.

Osobnym etapem Jego pracy była Politechnika Lubelska gdzie był zatrudniony na Wydziale Elektrycznym w latach 1976/77 i od 1990 do 2003. Był Kierownikiem Katedry Napędów Elektrycznych, zaś w latach 1998 – 2003 Kuratorem Katedry Maszyn Elektrycznych. Od 1992 powołany przez MEN na stanowisko profesora zwyczajnego, był członkiem Rady Wydziału Elektrycznego, członkiem Senatu, Przewodniczącym Komisji Senackiej Dyscyplinarnej, członkiem Senackiej Komisji ds. Badań Naukowych i Rozwoju Kadry. Od roku 1991 do 2001 był Przewodniczącym Komisji Egzaminów Dyplomowych w zakresie napędu elektrycznego i maszyn elektrycznych, w roku 2001 do 2003 dokooptowany do Rady Programowej Studium Doktoranckiego Wydziału Elektrycznego. Pan Profesor prowadził szeroko rozumiana działalność badawczą w zakresie:

Opracowania matematycznych metod wyboru układów napędu elektrycznego, współudział i kierownictwo prac badawczych dotyczących modernizacji krajowych układów napędowych maszyn papierniczych, opracowywanie metod określających potrzebę wprowadzania systemów diagnostycznych do układów napędu elektrycznego, oraz problemów ekonomicznych dotyczących układów napędu elektrycznego zasilanych z niekonwencjonalnych źródeł energii.

Jest autorem ogółem 193 opracowań w tym 4 książek

Dwóch monografii wydanych przez Elsevier Science Publishers w Holandii:

“Electric drive systems dynamics. Selected problems”, w roku 1990 wspólnie z  

 Prof. Szklarskim i dr. K. Jaraczem,

„Selecting electromechanical drive system” r 1991,

Dwie monografie wydane przez Państwowe Wydawnictwo Naukowe PWN:

„Ocena i wybór układów elektromechanicznego przetwarzania energii” r 1984 w ramach serii wydawniczej „Postępy Napędu Elektrycznego” PAN

„Selecting electromechanical drive systems” r 1991,  książka wydana wspólnie przez PWN i Elsevier. Nie sposób opisać całej działalności Pana Profesora, bo jak opisać w kilkunastu zdaniach prace naukowe, działalność dydaktyczną na Politechnice Warszawskiej, Politechnice Lubelskiej uczestnictwo w komitetach naukowych z wyboru, w komitetach naukowych konferencji krajowych i zagranicznych, uczestnictwo w Radach Naukowych z wyboru, działalność w Towarzystwach Naukowych, innych stowarzyszeniach nienaukowych, czy też opisać staże zagraniczne i wyjazdy zagraniczne. Nie jest to możliwe, ponieważ posiadany przeze mnie życiorys Pana Andrzeja Horodeckiego na podstawie, którego przygotowywałam ten wpis liczy dwa tomy, z których jeden ma 210 stron, a drugi 115. Mogę jedynie napisać to, co ja pamiętam od roku 1954, kiedy wraz z Rodzicami sprowadziliśmy się do domu przy ul. Świerczewskiego, dzisiaj Solidarności byłam 9 letnią dziewczynką, zaś pan Andrzej miał wówczas 29 lat i od czterech lat był magistrem nauk technicznych. Moje wspomnienia mogą dotyczyć czasów, gdy ja nieco podrosłam, miałam już lat 18 i zastanawiałam się nad wyborem uczelni, wtedy, jako sąsiedzi odbywaliśmy dyskusje dotyczące moich zainteresowań, a starszy Kolega doradzał mi i starał się pokazać plusy i minusy moich wyborów. Wiele przeżyliśmy zawirowań, wiele zdarzeń, wydarzeń czy chociażby wizyt z okazji imienin, bądź kolejnych sukcesów naukowych. Pan Andrzej zawsze w garniturze, obowiązkowo w białej koszuli, pod krawatem, ale też bardzo często w muszce, co mi się bardzo podobało, ale nieco peszyło. Nasze drogi na chwilę się rozeszły  w momencie mojego zamążpójścia i odejścia z domu, ale nie oznaczało to, że kontakty się urwały. Częste rozmowy telefoniczne, informacje dotyczące moich studiów, mojej pracy w nietypowej jak dla kobiety dziedzinie sportowej w judo, moja praca magisterska związana z Japonią z judo i mistrzostwami Polski seniorów, dwa odrębne światy, inżyniera, matematyka z Politechniki Warszawskiej i kobiety z Akademii Wychowania Fizycznego, organizatora w kulturze fizycznej i sporcie, przyszłego Prezesa Polskiego Związku Badmintona i Vice Prezydenta Europejskiej Unii Badmintona. Dwa różne światy, ale te same dążenia rozwoju naukowego, rozwoju duchowego, w zupełnie różnych dziedzinach życia. Pamiętam nasze Mamy, które jak to sąsiadki często przystawały i prowadziły rozmowy każda zachwalając swoje dziecko rozmawiały o nas, dzieciach, jak pani Anna Horodecka z Taraszkiewiczów była oddaną i dumną ze swojego syna Mamą, który odwdzięczał się niespotykaną miłością synowską. Dawne czasy, trudne czasy. W roku 1968 zmarła „starsza pani” jak Ją nazywałam. W tym samym roku ja wyprowadziłam się na Sadybę i nasze  kontakty się urwały. Dopiero po latach, gdy bardzo ciężko zachorowała moja matka ponownie nastąpiło zacieśnienie naszej znajomości. Moi Rodzice, jako najbliższe osoby mieszkające od lat w tym samym budynku byli bardzo zaprzyjaźnieni z Panem Andrzejem i Aleksandrą Krystyną Horodecką z domu Mularską, najukochańszą żoną Pana Profesora. Częste wizyty, kawki, wspólne wieczory oto, co pamiętam, pamiętam też czasy, gdy Pan Andrzej z żoną wyjeżdżali za granicę i moi rodzice pełnili obowiązki opieki nad mieszkaniem,  ulubionymi fiołkami alpejskimi pani Krysi oraz podlewaniem kwiatów, ot zwykłe sąsiedzkie przysługi. W roku 2003 po serii udarów zmuszeni zostaliśmy do zabrania Rodziców do Anina. Dla Moich Przyjaciół była to ogromna strata, ponieważ przez 50 lat mieszkali „razem” choć osobno.   Wtedy też  Pan Andrzej pomagał mi w drobnych sprawach związanych z mieszkaniem Rodziców, i w tym czasie nasze kontakty znowu odżyły. Przez ostatnie osiem lat byłam częstym gościem na Solidarności a nasi Przyjaciele przyjeżdżali do nas na herbatkę i obowiązkowo pyszne ciasteczka. Tak wieloletnia Przyjaźń Moich Rodziców, przekazana została mi jakby wraz z tradycją pomagania sobie nawzajem. Mogę powiedzieć jedno, jestem dumna z tej znajomości, jestem dumna, że mieszkając w jednym domu mogłam obcować z tak wybitnym człowiekiem, który był uosobieniem Skromności, Dobra, Honoru i poczucia wartości drugiej osoby. Pozostanie mi na zawsze obraz Jego uśmiechniętej twarzy, towarzyszący rozmowie oraz najwyższej klasy uprzejmość, jaką się cechował.

Rok temu po pogrzebie Mamy zostałam zaproszona do domu Państwa Horodeckich na herbatkę i wtedy właśnie poproszono mnie o ostatnią przysługę, w momencie odejścia Jego i Jego Ukochanej Małżonki Aleksandry Krystyny.  Panie Andrzeju, mam nadzieję, że dzisiejsze Uroczystości Pogrzebowe spełnią Pana oczekiwania. Bardzo mi na tym zależało.

Do widzenia Drogi i Jedyny w swoim rodzaju Przyjacielu. Takich Ludzi jak Pan już prawie nie ma.

Spoczywaj w spokoju!

4.03 – Imieniny Kazimierza, w sporcie był jeden Kazimierz, najsławniejszy i najmilszy, trener tysiąclecia. Mowa oczywiście o Panu Kazimierzu Górskim. Gdyby żył to w dniu 2 marca ukończyłby 90 lat.

Cokolwiek byśmy nie napisali o Panu Kazimierzu to będzie za mało. To będzie tylko nasze spojrzenie, choć dalekie od prawdy, bowiem całkowicie subiektywne spojrzenie na Pana Kazimierza, człowieka, który żył dla innych. Kiedyś powiedział: „… miałem szczęście do ludzi, miałem taką możliwość, że spotkałem ich wielu i wiele ciekawych postaci, a poza tym mam takie usposobienie, że zawsze lubiłem towarzystwo…”. Papierosów nie palił, ale okazjonalnie zapalał cygaro, mówiąc: jak zapalę to padnie bramka. Jego ulubionym trunkiem był „Napoleon”. Pani Maria – żona Pana Kazimierza, osoba niezwykle ciepła, pełna miłości i zrozumienia dla pasji męża, odeszła w roku 2005. W tym szczęśliwym małżeństwie przeżyli 60 lat.

Pana Kazimierza poznałam wiele lat temu i mogę powiedzieć, że lubiliśmy się i to bardzo.  Spotykaliśmy się w Polskim Komitecie Olimpijskim, na spotkaniach oficjalnych i towarzyskich, Balach Mistrzów Sportu, gdzie zawsze siedział przy tym samym stoliku ze swoją małżonką w towarzystwie Krystyny i Henryka Loski, wiecznie uśmiechnięty, sypiący dowcipami, czarujący pan, prawiący miłe komplementy damom. Pan Kazimierz… W roku 1992 w Barcelonie przesiedzieliśmy w hotelowym barku chyba do czwartej rano, sącząc jakiś złocisty trunek. Rozmowa dotyczyła sportu, piłki nożnej no i oczywiście badmintona. Uważał, że jest to świetny sport dla młodzieży i był pełen podziwu, że jestem prezesem tego Związku. Na marginesie dodam, że na IO 1992 w Barcelonie badminton debiutował w programie Igrzysk, a Polski Związek Badmintona zakwalifikował do tych Igrzysk 5 zawodniczek – Bożenę Siemieniec, Wiolettę Wilk, Beatę Sytę, Bożenę Wojtkowską Haracz, Katarzynę Krasowską i zawodnika Jacka Hankiewicza.

Żona pana Kazimierza, Maria kiedyś powiedziała cyt.”… Kazik to dziwny człowiek, bardziej troszczył się o innych niż o siebie. Przesadzał, bo czasami wiązaliśmy koniec z końcem, a on powtarzał swoje „widocznie los tak chciał”. Najbardziej wkurzył mnie po mistrzostwach światach w RFN, kiedy najpierw komuś z PZPN podarował lekką rączką samochód marki BMW, i to tylko, dlatego, że sam go otrzymał w prezencie… Potem setki innych upominków porozdawał zupełnie obcym ludziom”. ( Na podstawie książki M. Polkowskiego Alfabet pana Kazimierza”.

Lubił korzystać z tramwaju lub autobusów, aby dowiadywać się bezpośrednio od kibiców, co sądzą o reprezentacji oraz całej piłce nożnej. Pan Kazimierz…

W ubiegłym tygodniu, w Muzeum Sportu i Turystyki odbyła się promocja książki Macieja Polkowskiego pod tytułem „Alfabet Pana Kazimierza”. Autor książki urodził się w Warszawie, jest dziennikarzem, absolwentem filologii polskiej na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Od 1972 do 2004 był dziennikarzem „Przeglądu Sportowego” a w latach 1990-1994 redaktorem naczelnym. Jest redaktorem naczelnym „Polskiej Piłki” oraz przewodniczącym Komisji ds. Mediów PZPN. Poza tą książką wydał kilka innych oczywiście dotyczących piłki nożnej. Alfabet Pana Kazimierza jest książką, która powstała na bazie wywiadu nagranego z panem Kazimierzem wtedy, gdy zdrowie mu dokuczało i to bardzo, ale Maciek zdążył. I chwała mu za to.  A oto kilka urywków z promowanej książki:

„… D jak Deyna

Kazimierz Deyna – czasami wybuchają spory, kto pierwszy, a kto drugi? Ale na pewno Kazio mieści się w trójce najlepszych piłkarzy w historii Polski. Był kapitanem reprezentacji w tym najświetniejszym okresie; nazwali go królem środka boiska. Indywidualista taki, a miał coś w psychice, ze lubił być taki trochę samotny. To była taka pewna cecha charakteru. W zespole mile widziany z tego powodu, iż coś potrafił w czasie gry. Wydaje mi się, iż był trochę takim marzycielem. Kazio bokiem tu, bokiem tam, ale nikomu to nie przeszkadzało. Mocno przeżyłem jego tragiczną śmierć, 1 września 1989 r w wypadku drogowym na autostradzie w San Diego. Niektórzy uważali Kazia za mruka i jednocześnie człowieka pozbawionego poczucia humoru. Nic bardziej mylnego. Potrafił z kamienna twarzą, zrobić kawał, o którym długo opowiadano. Jedną z jego „ofiar” bywał Jacek Gmoch. Pamiętam, kiedy podczas mistrzostw w 1974 roku niemal odchodził od zmysłów, gdy ginęły notatki z jego bezcennymi zapiskami, jako szefa banku informacji. Zbieramy się na odprawę, a Jacek wierci się, gdzieś lata jak kot z pęcherzem. No i potem okazało się, że to Kazio schował mu notatnik na żyrandolu wiszącym pod sufitem…”

Zbigniew Religa – o, pan doktor lubi piłkę nożna i to bardzo. Nie jest żadną tajemnicą, że kibicuje Górnikowi. Głównie chyba, dlatego, że kierował kliniką kardiologiczną w Zabrzu. Jest wybitnym fachowcem znanym na całym świecie. O jego sportowej pasji świadczył między innymi fakt, że zdecydował się wejść do Rady Patronackiej PZPN. Teraz pracuje na stanowisku ministra zdrowia i wcale nie ma mu, czego zazdrościć. (Zmarł 7 marca 2009 r).

Feliks Stamm –nawet wczoraj o nim rozmawialiśmy. Ja zawsze lubiłem boks, a miałem wielu znajomych bokserów. Wszyscy byli zawodnicy, olimpijczycy, medaliści nie mówią nigdy o nim inaczej, że oprócz tego, że był trenerem, to także był dla nich jak ojciec. Szczególnie lubię słuchać jak opowiada o nim Jurek Kulej – jak Papa Stamm ustawiał zawodników, jakie dawał rady. On, jak to się powiada, umiał czytać walkę w ringu. Facet, który znał boks od podszewki i umiał znaleźć odpowiednią receptę. Jego uwagi z reguły były słuszne i trafne..”

Pozwólcie, że zacytuję kilka ulubionych powiedzonek pana Kazimierza:

„…A za błędy się płaci…

Dopóki piłka w grze… to nigdy nic nie wiadomo…

Można wygrać, przegrać albo zremisować..

Jeżeli chodzi o filmy, to zawsze byłem po stronie Indian…

Piłka to bardzo prosta gra, cała intencja polega na tym, żeby strzelić jedną bramkę więcej…

Twierdziłem, że jestem monarchistą, bo pijam… „Napoleona”…

W roku 2006 w dniu 2 marca rozpoczęła się wielka seria uroczystości z okazji 85 lecia urodzin „Trenera Tysiąclecia”.  3 marca 2006 r został odznaczony przez Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski.

23 maja o godzinie 7.04 Pan Kazimierz Górski zakończył życie.

Alfabet Pana Kazimierza – wysłuchał i spisał Maciej Polkowski, Oficyna Wydawniczo-Poligraficzna „Adam” Warszawa 2011

Nową pozycję na rynku wydawniczym przedstawiła

Wasza Jadwiga

Content Protected Using Blog Protector By: PcDrome.