Subskrybuj kanał RSS bloga Okiem Jadwigi Subskrybuj kanał RSS z komentarzami do wszystkich wpisów bloga Okiem Jadwigi

Archiwum kategorii ‘Wspomnienia’

Mojej Córce

Czasami życie wymusza na nas różne niespodziewane sytuacje. Tak było i teraz, kiedy to nagle uświadomiłam sobie, że muszę wyjechać do Opatowa, Święcan, Siepietnicy i Biecza. Muszę odwiedzić moich bliskich, którzy niestety odeszli już z tego świata do innego lepszego. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Wyjechałyśmy w czwartek rano. Chciałam uniknąć wakacyjnego tłoku na drogach. Chciałam, aby ten wyjazd miał charakter wycieczki przez Polskę. Macie czasami takie ciągoty, aby wsiąść w samochód i jechać? Truizmem będzie powiedzenie, że Polska jest piękna, ale rzeczywiście jest. Lubię przestrzeń, a moja trasa wiodła przez Radom, Ostrowiec Świętokrzyski, Opatów, Staszów, Pacanów, gdzie kozy kują, Stopnicę, Tarnów, Tuchów, Jodłówkę Tuchowską, Ryglice, Olszyny, Święcany, Siepietnicę do Biecza.

Oczywiście jak pamiętacie o Opatowie pisałam już w moich wspomnieniach w dniu  8 lutego 2011. W czwartek pojechałam na cmentarz do mojej ukochanej Babci, która zmarła w 1975 roku, cztery lata po śmierci swojej piętnastoletniej wnuczki Zofii. Leżą obydwie na Cmentarzu Parafialnym Kolegiaty Opatowskiej i patrzą na swój Opatów z góry, na której położony jest cmentarz. Już dawno nikt tam nie robił porządków, a było co wynieść. Rośliny dzięki deszczom urosły wielkie i nie tylko ulubione paprocie, ale też i inne. Chwasty były największe i najtrudniejsze do wyrwania. Godzina pracy i grób wygląda jak trzeba. Babcia Katarzyna i jej wnuczka Zosia zadowolone, otrzymały też piękną wiązankę, a ja mam poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Już dawno powinnam tu przyjechać, ale obowiązki i opieka nad Tatą nie pozwala mi na częste wyjazdy z domu. Tym razem udało się, choć na krótką chwilę wpaść do Opatowa. Niestety coraz więcej osób odchodzi i w ten sposób ci, co pozostają mają więcej osób do odwiedzenia, ale co tam. Przecież nie mogę nad tym ubolewać, taka jest kolej rzeczy, a dopóki jesteśmy dopóty nasi zmarli nie są sami. Babcia Katarzyna jest zaopiekowana, a ja przyjadę tu niedługo. Zawsze, gdy odwiedzam groby najbliższych mam poczucie dobrze wypełnionego obowiązku, a także mam wewnętrzną radość, że mogę przyjechać i zadbać o miejsce spoczynku bliskich osób. Wizytę w Kolegiacie Opatowskiej odłożyłam na następny raz. Tyle razy byłam tu, choć na chwilę, ale tym razem nie było czasu. Spieszyłam się do Święcan, odwiedzić kolejną bliską mi osobę – Jana Ślawskiego. Pewnie wspominałam już, że Jan – trener klasy mistrzowskiej w judo, 8 Dan, wieloletni (27 lat) sekretarz generalny Polskiego Związku Judo, urodził się 26 Lipca 1933 r w Święcanach. Choć skończył szkołę tu w rodzinnej miejscowości, Liceum w Bieczu (o Bieczu i okolicach będzie dalej), zdawał egzaminy wstępne na wydział polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Równolegle postanowił próbować sił startując na Akademię Wychowania Fizycznego w Warszawie. Sam grał w piłkę nożną w klubie sportowym „Siepietniczanka”, jego kolega chciał studiować na AWF w Warszawie, stąd pomysł na start i składanie egzaminów wstępnych na tę sama Uczelnię. I wiecie, co? Życie płata figle, zawsze, Janek dostał się zarówno na Uniwersytet Jagielloński w Krakowie, jak i na Akademię Wychowania Fizycznego w Warszawie, zaś pomysłodawca, niestety nie. Z opowiadań wiem, że decyzja była trudna i podjęcie jej zajęło prawie całe wakacje, ale magia stolicy, Warszawy zrujnowanej doszczętnie ciągnęła i w roku 1952 Janek został studentem warszawskiej AWF. Po czterech latach był już absolwentem z ukończoną specjalizacją judo, nowej dyscypliny sportowej raczkującej pośród innych. I tak zaczęła się Jego wielka przygoda ze sportem, z judo, z Polskim Związkiem Judo, którą przerwała dopiero ciężka choroba i śmierć w roku 2003. Życzeniem Janka był powrót w rodzinne strony i to życzenie zostało spełnione. Nasze z córką wizyty na maleńkim cmentarzu parafialnym zawsze są wzruszające. Cmentarz w Święcanach położony jest na górce, z której roztaczają się przepiękne widoki na okoliczne wsie Nadole, Nagórze, Święcany…

Tutaj został pochowany jeden z najlepszych trenerów  w historii polskiego judo w Polsce, twórca klubu AZS „Siobukai” w Warszawie, wychowawca wielu pokoleń polskich judoków, mało tego zawodników, którzy startowali na Igrzyskach Olimpijskich 1972 roku w Monachium – Włodzimierza Lewina, który zajął  7 miejsce i gwiazdy polskiego judo Antoniego Zajkowskiego pierwszego srebrnego medalisty na tych samych Igrzyskach Olimpijskich 1972 w Monachium srebrnego medalisty. Polskie judo odniosło tam historyczne zwycięstwo, był to pierwszy medal olimpijski zdobyty dla Polski, w historii Związku założonego w roku 1957. Ale wróćmy do Janka Ślawskiego człowieka, który judo ukochał ponad wszystko. W roku 1963, Janek wspólnie z gronem entuzjastów tego sportu zakłada Warszawski Okręgowy Związek Judo i przez sześć (!) Kadencji, czyli przez kolejne dwadzieścia cztery lata jest Prezesem Okręgu, razem z nim pracują Jerzy Banaszak z Wołomina, Leopold Borawski z Warszawy, Andrzej Kowalski z Wołomina, Leszek Piekarski z Białegostoku, Andrzej Turkiewicz z Aleksandrowa Łódzkiego, Jacek Żemantowski red. Sportowy Sztandaru Młodych. Komisja Rewizyjna to Bogusław Sosnowski z Warszawy, Janusz Wójtowicz ze Szczytna, Janusz Kapuściński z Łodzi.  Była to grupa zapaleńców, dla których wszystko było możliwe i do załatwienia. Z ich inicjatywy oraz inicjatywy Polskiego Związku Judo, w którym pracował Jan Ślawski, jako sekretarz generalny, zorganizowany został I Turniej Warszawski Judo w roku 1962. Wśród powołanych zawodników do reprezentacji Polski znaleźli się wychowankowie Janka Ślawskiego a mianowicie: Stanisław Tokarski, Wojciech Niedziałek, Adam Ratajczak wszyscy reprezentujący klub AZS Shobukai Warszawa Jelonki (późniejszy klub AZS Siobukai Warszawa. Zmiana nazwy wiąże się z przeniesieniem klubu z Jelonek na AWF oraz wejście w ramy organizacyjne AZS AWF Warszawa w miejsce dotychczasowej przynależności organizacyjnej przy AZS Zarząd Środowiskowy mieszczący się wówczas przy ul. Szpitalnej 5, później na ul. Podwale. Wielki sukces w II Turnieju Warszawskim w roku 1963, odniósł Stanisław Tokarski – uczeń Jana Ślawskiego, który w wadze lekkiej zdobył złoty medal, pokonując zawodnika ZSRR. Sukces okupiony ciężką pracą zawodnika i trenera. Pamiętam wielu świetnych zawodników- wychowanków Janka : Zbigniewa Werkowicza zawodnika wagi ciężkiej, Jerzego Chwiałkowskiego, zawodnika wagi półciężkiej, Józefa Niedomagałę –zawodnika wagi lekkiej, Piotra Halladina – zawodnika wagi piórkowej, Jacka Skubisa ( późniejszego trenera kadry narodowej, kierownika wyszkolenia PZJudo), Marka Rzepkiewicza (późniejszego trenera kadry narodowej) obecnie Dyrektora Zespołu Metodyczno- Szkoleniowego, Michała Dzierzbickiego ( późniejszego trenera kadry narodowej), Wojciecha Borowiaka (późniejszego trenera kadry narodowej, trenera Pawła Nastuli dwukrotnego złotego medalisty Igrzysk Olimpijskich), Włodzimierza Lewina, Lesława Sosnowskiego i wielu innych świetnych zawodników. W latach 1965 – 1977 byłam przecież kierownikiem sekcji AZS Siobukai Warszawa i razem w roku 1966 zdobyliśmy tytuł Drużynowego Mistrza Polski judo, pokonując w finale w Warszawie, w hali KS Polonia Warszawa przy ul. Konwiktorskiej, sławetny klub GKS „Wybrzeże” Gdańsk, wynikiem 3: 2, w którym to meczu nasz zawodnik Henryk Dobosz wygrał przez ippon (rzut ura- nage) z wielce utytułowanym Ryszardem Zieniawa. Oprócz trenerki Janek był sędzią międzynarodowym i jako jedyny z Polaków został zaproszony do sędziowania Igrzysk Olimpijskich w Barcelonie w 1992 r. Był to Jego osobisty wielki sukces. Nie sposób nie wspomnieć, że Janek  pomagał również badmintonowi, prowadził zgrupowania odbywające się w Wiśle gdzie uczył polskich trenerów badmintonowych budowania kondycji i wytrzymałości w szkoleniu  zawodników badmintona.

Tak, wszystkie te wspomnienia przesuwały mi się przed oczami, w czasie podróży. I nawet trudno sobie wyobrazić, że wraz ze wspomnieniami tyle szczegółów przypomina się bezboleśnie. Do Święcan dotarłyśmy przed wieczorem. Kościół Św. Anny przepięknie odrestaurowany, zaś Cmentarz Parafialny oświetlony promieniami słońca. I ta cisza, tylko ptaki śpiewały ciesząc się z naszej wizyty. Ale o tej wizycie i o Kościele w Święcanach napiszę w następnym poście.

Cdn.

ps. Janek zmarł na raka, nie było wtedy jeszcze zbyt wielu możliwości aby znaleźć pieniądze na niekonwencjonalne  metody leczenia, cała choroba trwała zbyt krótko tylko 3 miesiace, czasami ma się wyrzuty, że można było zrobić więcej, lepiej, dotrzeć do innych lekarzy … niestety walczyliśmy z czasem… dzisiaj z rakiem walczy wiele młodych osób choćby „Chustka” kobieta pisząca bloga, chyba najlepszego w całej blogosferze, jest u mnie w blogach, walczy bo ma syna 6 letniego, sama ma 27 lat, walczy o siebie dla niego, Jego ojciec nie jest wart tego, aby opiekować się tym wspaniałym dzieckiem, dzisiaj u Li na” niedyskretach”  (też wspaniały  blog) ukazało się ogłoszenie, potrzeba pomóc Joannie zebrać pieniądze na niekonwencjonalne leczenie, proszę więc Was, moich czytaczy o każde pięć złotych, z nich bowiem zbierze się kwota niezbędna do leczenia Joanny, łączy na wszystkich jedna wielka wspaniała nitka blogosfery, dlatego zwracam się do Was o pomoc, nie dla siebie, lecz dla tej młodej Kobiety, jest tego warta!!!! podaję dane Fundacji która zbiera pieniądze dla Joanny:

Fundacja Rak’n’Roll. Wygraj życie!

ul.Chełmska 19/21, 00-724 Warszawa
Multibank
nr rachunku: 73 1140 2017 0000 4502 1050 9042
nr IBAN: PL 73 1140 2017 0000 4502 1050 9042
nr BIC: BREXPLPWMUL
tytuł wpłaty: Joanna Sałyga

Za kazda wpłatę serdeczne dzięki!

O Muranowie pisałam w dniu 24 lipca w kontekście wspomnień szkolnego kolegi Mirka. Przez okres czterech lat liceum Mirek pełnił funkcje przewodniczącego klasy, w Liceum Ogólnokształcącym im. Romualda Traugutta Nr XVV w Warszawie przy ulicy Smoczej 6, i wiecie? Tak jest do dzisiaj. To On nas cementuje, to on podrzuca nam swoje pomysły, terminy spotkań, to On jest osią obrotową działań „naszej klasy”, to dzięki Niemu funkcjonujemy w tym świecie, jako grupa ludzi lubiących się i mających ciągły kontakt. Ten właśnie Mirek napisał o Muranowie 24 Lipca,  ja oczywiście Jego wspomnienia upubliczniłam, za jego zresztą zgodą. W tym wpisie też wspomniałam, że jeden z postów będzie poświęcony Kościołowi Św. Augustyna, ale zanim do tego tematu przejdę chciałabym wrócić na chwilę do Muranowa, do jego ciekawej historii, o której warto również napisać. W najdawniejszych czasach Warszawy poprzez teren Muranowa przechodziły drogi na rolne Starej i Nowej Warszawy. Tereny były użytkowane przez rolników, ale też część tego terenu stanowiły wody, rzeka Bełcząca czy stawy przy ulicy Stawki. Po wybudowaniu Wałów Zygmuntowskich w XVII wieku, (1621 – 1624) tereny te znalazły się poza nimi, i wtedy zaczęły kształtować się tutaj jurydyki Wielądka, Parysowska, Nowolipie i Leszno. W roku 1686 w okolicach jurydyki Parysowska, architekt włoski Józef Szymon Bellotti wybudował dla siebie pałac i nazwał go Murano, co miało mu przypominać jego kraj, wyspę Murano należącą do Wenecji. Józef Szymon Bellotti był nadwornym architektem polskiego króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego a następnie króla Jana III Sobieskiego. Od nazwy pałacu Murano wzięła się także znana do dzisiaj nazwa całego osiedla Muranów. Z czasem pojawiały się nowe zabudowania, wytyczone zostały nowe ulice takie jak: Gęsia, Stawki, Leszno, oraz place Muranowski i Parysowski. W XVIII wieku z inicjatywy króla Stanisława Augusta Poniatowskiego wybudowano Koszary Wołyńskie u zbiegu ulicy Gęsiej i Dzikiej. W roku 1770 Muranów został ogrodzony Okopami Lubomirskiego, wtedy tez zaczął się napływ ludności żydowskiej, dzięki czemu w okresie międzywojennym dzielnica ta była zdominowana przez ludność pochodzenia żydowskiego. Na terenie Leszna i Nowolipia powstawały później kamienice czynszowe z bardzo ładnymi fasadami, natomiast panujące tam warunki mieszkaniowe pozostawiały wiele do życzenia. Głównymi najemcami byli Żydzi, dlatego w październiku roku1940 ze względu na duży udział Żydów, na terenie Muranowa utworzono Getto. Do likwidacji Getta przystąpiono w 1942 r. systematycznie wywożąc ludność z Umschlagplatzu do Treblinki. Kiedy zaś w 1943 r. planowano całkowicie zlikwidować Getto, 19 kwietnia wybuchło powstanie pod przywództwem Mordechaja Anielewicza, ostatnia szansa dla Żydów by umrzeć z godnością. Powstanie zakończyło się klęską 16 maja 1943 r., a po jego upadku Muranów został zrównany z ziemią. Dzieła zniszczenia dopełniło powstanie warszawskie. Na Muranowie pozostało kilka budynków takich jak: Kościół Św. Augustyna, Dworzec Kolejowy Warszawa Gdańska, Klub Polonia Warszawa na ul. Konwiktorskiej, Pałac Mostowskich, Kościół Ewangelicko Reformowany z 1866 roku przy ul. Solidarności, Kościół pod wezwaniem Przemienienia Pańskiego ojców Kapucynów przy ul. Miodowej, Pałac Paca – Radziwiłłów przy ul. Miodowej, Arsenał przy ul. Długiej, Sąd Okręgowy Wydziały Hipoteczne w Warszawie przy ul. Solidarności, Pałac Krasińskich, Pałac Teppera- Duckerta- pod Czterema Wiatrami przy ul. Długiej, Pałac „Na Podkańskiem” przy ul. Długiej, ul. Nalewki obecnie Bohaterów Getta, Kościół Narodzenia NMP na Lesznie przy ul. Solidarności o którym pisałam, Pałacyk Bogusławskiego na ul. Żelaznej 97 późniejsza ochronka, w której opiekę nad dziećmi sprawowało Zgromadzenie Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi, pozostałości po Fabryce mebli „Szczerbiński i Kamler” ul. Dzielna 72, dawna Garbarnia „Temler i Szwede” przy ul. Okopowej 78, Szpital Św. Zofii, przy ul. Żelaznej 90 róg ulicy Nowolipie, Budynek ul. Żelazna 88 dawnej siedziby Publicznych Szkół Powszechnych nr 10, 17, 56, 119, obecnie kompleks budynków Urzędu Dzielnicy Wola m.st. Warszawy przy ul. Solidarności 90. Nie zachowały się Okopy Lubomirskiego, więzienie „Gęsiówka”, więzienie kobiece „Serbia”, zabudowania koszar Artylerii Konnej, Garbarnia Braci Pfeiffer, Szlenkier i Temler”( w tym miejscu jest CH Klif przy ul. Okopowej naprzeciwko Cmentarza Żydowskiego), plac Kercelego, popularny Kiercelak największy bazar w Warszawie, zresztą najbardziej popularny istniejący jeszcze podczas II wojny światowej, gdzie można było kupić i sprzedać wszystko (łącznie z bronią). Długie opowieści na ten temat przewijały się przy stole podczas uroczystości rodzinnych, kiedy „Kiercelak „ wspominała moja Babcia Marianna, która na tym bazarze handlowała swoimi pięknymi wyrobami – serwetkami, kwiatami i innymi własnoręcznie wykonanymi precjozami, aby zabezpieczyć liczną rodzinę, aby dać jeść dzieciom, które pozostały w Warszawie ze względu na wiek i nie zostały wywiezione na przymusowe roboty do Niemiec.

Dzisiaj Muranów jest położony w dwóch dzielnicach Woli i Śródmieścia. Zachodnia część Muranowa położona na Woli oparta jest o ul. Okopową i nosi nazwę Nowolipki, zaś wschodnia część kończąca się na ulicach Miodowej i Bonifraterskiej nosi nazwę Muranowa. Od północy Muranów opiera się o tory kolejowe, zaś od południa granicę wyznaczają ulice Leszno (Solidarności). Wspominając o nowej zabudowie na terenie Nowolipek napisałam o wybudowaniu bloków na gruzach zniszczonego Getta. Tych gruzów było bardzo dużo. Dużo to znaczy ile? Około 3 milionów metrów sześciennych. Dlatego zdecydowano się tylko wyrównać teren i na tych właśnie zgliszczach postanowiono wybudować osiedle Muranów, którego teren ma przewyższenie nawet do trzech metrów. Całe osiedle to teren pagórkowaty z budynkami nie wyższymi niż cztery piętra, które robią takie wrażenie, jak to w swym wspomnieniu napisał Mirek. Zapytacie, dlaczego nie wywieziono tych gruzów? Ano, dlatego, że po wojnie wszystko było zniszczone i brakowało środków transportu stąd wywiezienie gruzów nie było możliwe. W ten sposób Muranów Południowy powstał na podniesionym terenie. Architektem realizującym swoje wizje przestrzenne na Muranowie był Bohdan Lacherta. Do budowy użyto bloczków z gruzobetonu, wszystkie budynki tego osiedla miały ujednolicone elewacje –tak jak budynki Muranowa południowego przy ul. Leszno, obecnie ul. Solidarności, a niektóre budynki ze względów mocno oszczędnościowych wybudowano w układzie galeriowym, jak budynki przy ul. Nowolipie. Miało to przynieść oszczędności kosztów ze względu na brak klatek schodowych. Późniejsze osiedla są bardziej zróżnicowane, zostały wybudowane po wywiezieniu gruzów, a najbardziej charakterystyczny budynek, to potężny blok mieszkalny leżący przy ulicy Nowotki obecnych ul. Andresa, ul. Mordechaja Anielewicza, ul. Ludwika Zamenhofa i ul. Nowolipek. Powstał on na kształt złączonego prostokąta, koła i trapezu. Wewnątrz znajdują się trzy podwórka popularnie nazywane: Milicyjniak – od sąsiedztwa z pałacem Mostowskiego – obecnie nazywanego pałacem Mostowskich siedzibą Komendy Stołecznej Policji, Okrąglak – od jego kształtu z widokiem na skwer z pomnikiem projektu Xawerego Dunikowskiego, Trzecie podwórko – nie posiada nazwy. Ostatnie bloki wybudowano w latach sześćdziesiątych XX wieku. Na początku lat pięćdziesiątych przez teren Getta przebito ulicę M. Nowotki – obecnie ul. W. Andersa,  przy której postawiono budynki o klasycystycznej architekturze. Nie zostały one wykończone wg wcześniejszego planu i pozostawiono je po upadku socjalizmu bez wykończenia. Upłynęło już ponad sześćdziesiąt lat, a szeroka, zaplanowana na dwupasmową ul. Andersa nie ma drugiej jezdni. Obecnie w pobliżu Pomnika Bohaterów Getta powstaje Muzeum Historii Żydów Polskich.

Na terenie Muranowa w latach 1948 – 2003, znajdowała się bliska sercu mojego Taty Zajezdnia Autobusowa „Inflancka”. O historii tej Zajezdni, i o latach spędzonych również przeze mnie na jej terenie, jeszcze napiszę.

Obecnie największe obiekty użyteczności publicznej na Muranowie to Centrum Handlowe „Arkadia” i Centrum Handlowe „ Klif”. Do 2003 r. była tu wspomniana przeze mnie wcześniej Zajezdnia „Inflancka” miejsce pracy wielu osób, która ze względu na wielką wartość terenów, na których była położna, została zlikwidowana i sprzedana. Na jej miejscu w pobliżu ul. Dzikiej, powstało osiedle apartamentowców „Inflancka”.

Najważniejsze postaci związane z Muranowem to: Bogusław Leszczyński – podskarbi koronny, były właściciel znajdującej się na tym terenie jurydyki Leszno, Jan Leszczyński – kanclerz wielki koronny, były kolejny właściciel jurydyki Leszno, Walerian Łukasiński major – polski działacz niepodległościowy, przebywał w więzieniu klasztorze Karmelitów na Lesznie, Maurycy Mochnacki – polski działacz i publicysta polityczny, przetrzymywany przez Rosjan w więzieniu klasztorze Karmelitów na Lesznie, Tadeusz Mostowski hrabia – literat, publicysta, polityk, wydawca, minister spraw wewnętrznych Księstwa Warszawskiego i Królestwa Polskiego, Franciszek Ludwik Neugebauer – ordynator kliniki ginekologicznej zniszczonego Szpitala Ewangelickiego na Lesznie, Cyprian Kamil Norwid – poeta, dramatopisarz, prozaik, artysta plastyk, Aleksandra Potocka hrabina – fundatorka Kościół św. Augustyna w Warszawie, Wincenty Potocki – były właściciel pałacu przy byłej ul. Mylnej (obecnie przy al. Solidarności 74a) oraz Mordechaj Anielewicz – dowódca Żydowskiej Organizacji Bojowej, przywódca Powstania w Getcie. Oczywiście tych osób jest znacznie więcej, a ja przywołałam tylko tych najbardziej znaczących.

Życzę wszystkim dobrego tygodnia

Wasza Jadwiga

Do szkoły podstawowej chodziłam na  ul. Elektoralną12/14. Była to Szkoła Podstawowa Nr  59, która w roku 1970 połączyła się ze Szkołą Podstawową 220, która aktualnie mieści się w „nowym budynku” tysiąclatce oddanej do użytku w roku 1960, przu ul. Jana Pawła II pod numerem 26 a .Przed II wojną światową w budynku tym  przy ul.Elektoralnej 12/14  mieścił się Szpital  Św. Ducha.   Szpital św. Ducha powstał jako przytułek dla najuboższych w 1442 roku przy kościele św. Marcina przy ul. Piwnej. Założyła go księżna Anna Holszańska. Przez wiele lat mieścił się w obrębie murów starego miasta jako jeden z punktów systemu obronnego Starej Warszawy.  Szpital w latach 1859 – 1861 funkcjonował w nowo wzniesionym budynku przy ul. Elektoralnej w miejsce manufaktury karoc i powozów Tomasza Dangla. Projekt wykonał Józef Orłowski. Szpital był budynkiem renesansowym  i pierwszym warszawskim szpitalem z wolno stojącymi pawilonami. Od tego czasu aż do II wojny światowej był jednym z najnowocześniejszych szpitali w Warszawie. 25 września 1939 został zbombardowany, a ofiarami byli zarówno pacjenci jak i personel medyczny. Ponownie został zniszczony podczas powstania warszawskiego.

Szpital miał szczęście do ludzi, przed wojna klinikę chorób wewnętrznych prowadził czeski lekarz Vilema Dusan Lambl, zaś asystentem jego był Samuel Goldflam. Vilema Dusan Lambl badał pasożyty jelitowe, które powodowały chorobę żołądka i jelitową, określił je i zostały nazwane od jego imienia Lamblia intestinalis, następnie zmieniono nazwę na giardia lamblia (Giardia od nazwiska kolejnego uczonego, który też nad nimi pracował ) teraz używane są obydwie nazwy łacińskie czyli Lamblia intestinalis i giardia lamblia, popularnie zwane są lambliaza.

Drugim wielkim człowiekiem pracującym w tym szpitalu był Samuel Goldflam, który  był  asystentem Dusana Lambla, lekarzem, znakomitym neurologiem. W 1869 roku ukończył warszawskie gimnazjum. Od 1870 do 1875 studiował na wydziale lekarskim Cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego. W 1875 uzyskał dyplom lekarza i zaczął pracę w klinice chorób wewnętrznych w Szpitalu Św. Ducha. Od 1876 do 1883 pracował jako asystent I Katedry i Kliniki Terapeutycznej Cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego.] Był ulubionym asystentem profesora, cenionym także przez studentów, ponieważ chętnie objaśniał mało zrozumiałe komentarze profesora, Lambl bardzo słabo mówił po rosyjsku, po polsku prawie wcale. Na obchodach Lambl zwykle kończył wizytę u pacjenta poleceniem „Gospodin Goldflam, zapiszytie jemu czto nibud” („Panie Goldflam, zapisz pan mu cokolwiek”). W 1878 został etatowym ordynatorem. W tym czasie przyjmował też pacjentów w bezpłatnej poliklinice przy ul. Długiej.  W roku 1882 Goldflam wyjechał do Berlina i Paryża na dalsze studia, po powrocie objął swoje stanowisku w szpitalu Lambla. W Warszawie otworzył bezpłatną poliklinikę chorób wewnętrznych i neurologicznych dla niezamożnych chorych w swoim mieszkaniu przy ul. Granicznej 10. W trzech pokojach, z pomocą kilku młodych wolontariuszy, prowadził ją na własny koszt przez prawie cztery dekady (od 1883 do 1922 r. Uczniami i współpracownikami Goldflama w jego poliklinice byli   Zygmunt Bychowski, Henryk Higier, Dine, Samuel Meyerson, Feliks Winawer, Aleksander Tumpowski,  Maurycy Urstein, Zygmunt Srebrny, Natalia Lichtenbaum Szpilfogiel i inni.  Od 1922 do 1932 był wolontariuszem na oddziale neurologicznym Szpitala na Czystem (ul. Młynarska). Był organizatorem  Warszawskiego Towarzystwa Lekarskiego, jednym z założycieli Warszawskiego Towarzystwa Neurologicznego i pierwszym jego prezesem (1921-1923), członkiem czynnym Towarzystwa Naukowego Warszawskiego (1908), członkiem honorowym Lubelskiego Towarzystwa Lekarskiego (1905), członkiem honorowym Polskiego Towarzystwa Medycyny Społecznej., współtwórcą  „Warszawskiego Czasopisma Lekarskiego. Członek komitetu redakcyjnego i gremium wydawniczego „Neurologii Polskiej” od początku wydawania w 1910 do 1917. VI tom „Neurologii Polskiej” (1922) był poświęcony Goldflamowi, z okazji jego 70. urodzin.

Wielkim przyjacielem Goldfama, a także wieloletnim współpracownikiem, i pacjentem był Edward Flatau, który uważał Goldflama za nestora polskiej neurologii. W 1929 roku pisał do Rileya, sekretarza komitetu organizacyjnego I Międzynarodowego Kongresu Neurologicznego – „jako przedstawiciel polskiego komitetu wyrażam swoje zdziwienie i żal, że żaden z wiceprezydentów kongresu, ani żaden z honorowych członków … nie jest z Polski. Polscy neurolodzy nie ustawali w swoich wysiłkach dla nauki w czasie wszystkich lat zależności politycznej a ich praca zintensyfikowała się od czasu uzyskania niezależności … Nie widzę powodu, żeby wymieniać wszystkich ważnych dla nauki, ale nie mogę pominąć nestora polskiej neurologii – S. Goldflama, twórcę miastenii, który także nie został uwzględniony.”  Goldflam nie założył rodziny. Był wielkim społecznikiem , współpracował z Januszem Korczakiem, a w latach 1906-1926 był współzałożycielem i dyrektorem Kliniki dla Nerwowo i Psychicznie Chorych „Zofiówka” w Otwocku. Był też współzałożycielem Towarzystwa Przyjaciół Dzieci. Aby pokazać pełen obraz tego niezwyczajnego człowieka należy wspomnieć również, że był wielkim mecenasem sztuki. Był znawcą muzyki klasycznej Wagnera i Beethovena, stałym bywalcem Filharmonii Warszawskiej.

„(…) był jednym z najlepszych znawców i miłośników Beethovena. Nie zabrakło go nigdy na żadnym koncercie symfonicznym w Warszawskiej Filharmonii. W końcowych rzędach parteru, tuż przy przejściu, z daleka widoczna była charakterystyczna głowa Goldflama, który z przymkniętymi powiekami chłonął piękno muzyki. Wielu wybitnych artystów pierwsze swe kroki na niwie malarstwa, rzeźby i muzyki jemu zawdzięcza. W swoim prywatnym gabinecie przy ul. Granicznej 10 w Warszawie, otoczony pięknymi rzeźbami i cennymi obrazami, wśród stosu książek, pozostawiał Goldflam niezatarte wrażenie na każdym, kto miał zaszczyt zetknąć się z nim bliżej”.

Goldflam należał do Żydowskiego Towarzystwa Krzewienia Sztuk Pięknych, którego był jednym z założycieli. Pomagał w karierze wielu artystów, m.in. Artura Rubinsteina, który w swoich wspomnieniach opisał go kilkukrotnie. Rubinstein wspominał: „Jego ogromna biblioteka i rodzaj książek jakie się w niej znajdowały, świadczyły, że doktor Goldflam to człowiek wszechstronnie oczytany. Rozmowa z nim była nad wyraz interesująca. Poruszaliśmy wszystkie możliwe tematy, ciesząc się, ilekroć znajdowaliśmy kwestie do dyskusji”. W 1900 roku Goldflam napisał list polecający do Emanuela Mendla dla Władysława Reymonta, który cierpiał na neurastenię pourazową po wypadku kolejowym. Swoją kolekcję obrazów  przekazał Uniwersytetowi Hebrajskiemu wraz z biblioteką, natomiast pianino Mignon i zbiór nut zapisał Państwowemu Konserwatorium Muzycznemu w Warszawie. W dorobku naukowym Goldflama znajduje się sto prac naukowych a najlepiej znanymi są prace na temat miastenii i chromania przestankowego.

A wracając do Szpitala Św. Ducha i jego wybitnych pracowników, to w 1881 r. kierownikiem pracowni chemiczno-bakteriologicznej oraz ordynatorem oddziału chorób wewnętrznych Szpitala św. Ducha, został Leon Nencki. Leon Piotr Nencki urodził się w roku 1848  w Boczkach, na ziemi sieradzkiej, lekarz, chemik, bakteriolog i propagator higieny społecznej. Ojciec był prawnikiem właścicielem Sikucina, Kobyli Miejskiej, Boczek i Bruss.Leon Nencki uczył się w Rządowym Gimnazjum w Piotrkowie Trybunalskim, a następnie w Gimnazjum Filologicznym w Kaliszu, w 1866 r  uzyskał maturę. Tego samego roku wstąpił na Wydział Lekarski Szkoły Głównej w  Warszawie. W 1872 roku wyjechał na uniwersytet w Bernie, gdzie złożył egzaminy lekarskie. W swojej pracy doktorskiej Ueber das Verhalten einiger aromatischer Verbinungen im Thierkőrper, której promotorem był  jego brat Marceli Nencki. Po otrzymaniu doktoratu, między uzupełniał swe wykształcenie na uniwersytetach w Wiedniu, Paryżu i Londynie, powrócił do Warszawy w roku 1877, gdzie  po nostryfikacji dyplomu podjął praktykę lekarską. W  1881 r. został mianowany kierownikiem pracowni chemiczno-bakteriologicznej w Szpitalu Św. Ducha w Warszawie, a następnie ordynatorem oddziału chorób wewnętrznych tamże. Interesował się polepszeniem warunków higieny szpitali i mieszkań. Przedstawiał na posiedzeniach czasopisma Przegląd Techniczny najnowocześniejsze przyrządy do  dezynfekcji. Od roku  185 r.. był współredaktorem i współwłaścicielem Gazety Lekarskiej. W 1895 r. został mianowany honorowym członkiem Międzynarodowego Towarzystwa Higienicznego z siedzibą w Brukseli. Opublikował około 60 prac naukowych w różnych czasopismach polskich i zagranicznych. Nie założył rodziny. Zmarł nagle,  22 maja 1904 roku  w Warszawie w wieku 55 lat, 3 lata po śmierci swego brata Marcelego. Został pochowany na Cmentarzu ewangelicko reformowanym w Warszawie. Uważam, że te trzy nazwiska ludzi wybitnych powinny być znane nam wszystkim, dlatego wspominam o nich.

Nie do wiary, że wszyscy oni pracowali w tym samym Szpitalu Św. Ducha, w budynku w którym wiele lat później przyszło mi pobierać nauki w ramach szkoły podstawowej? Jak można było się uczyć w tej szkole nie odnosząc sukcesów w nauce? No odpowiedzcie?  jak?   W szkole podstawowej nr 220 poznałam Renię, która chodziła do tej właśnie szkoły od pierwszej klasy to znaczy od roku 1952, natomiast ja rozpoczęłam naukę w roku 1954, ze względu na przeprowadzkę z ul. Wolskiej 42  na ul.Swierczewskiego 113.  Siedziałyśmy razem w jednej ławce, moja przyjaciółka,Renia od lat mieszka w Indonezji na wyspie Jawa. Nasza przyjaźń przetrwała już pięćdziesiąt osiem lat. Jak mocne więzy połączyły nas, na dobre i na złe które utrwaliły naszą przyjaźń pomimo odległości siedemnastu tysięcy kilometrów, bo  choć Renia jest daleko ode mnie kontakt z nią trwa i ciągle wydaje się nam, że to było tak niedawno, dopiero rozstałyśmy się a od naszego ostatniego spotkania  minęło już sześć lat. Renia zawsze pomagała wszystkim polskim zawodnikom badmintona, którzy jeździli do centrum szkoleniowego w  Jakarcie, szkolić swoje umiejętności w tej trudnejdyscyplinie olimpijskiej. A ja jako Prezes Polskiego Związku Badmintona byłam spokojna, o opiekę nad moimi najlepszymi zawodnikami.( Katarzyna Krasowska olimpijka, Dariusz Zięba, jeden z najlepszych technicznie wyszkolonych  polskich zawodników).  Do naszej klasy VII a, chodziłyśmy wraz z następującymi koleżankami i kolegami (wymieniam ich nazwiska z pamięci oraz oczywiście wg listy z naszego dziennika szkolnego: Anna Dmowska, Hanna Łuszcz, Renata Gawlińska, Józef Gołubowicz, Ewa Graj,  Ryszard Grossman, Wanda Morawska, Jadwiga Mazanek, Zofia (Karina) Tabor. Nauczycielką wychowawczynią była pani Rogalowa (niestety imienia nie pamiętam), natomiast pani Boduchowa uczyła nas biologii i geografii. Niestety nie pamiętam nazwisk pozostałych nauczycieli ani też dyrektora szkoły. VII klasę ukończyliśmy w roku 1959.

W naszej szkole pracowali świetni przedwojenni nauczyciele, dla których słowa miały ogromne znaczenie a szczególnie te najwartościowsze, ojczyzna, przyjaźń, szacunek dla drugiej osoby, umiejętność porozumienia w najtrudniejszych momentach. Pamiętam jak dziś naszą matematyczkę, starszą panią, która była jednocześnie wychowawcą klasy. Ile trudnych godzin spędziła z nami tłumacząc najtrudniejsze dla nas i czasami abstrakcyjne tematy związane z życiem w dorosłym świecie. Nasze kontakty koleżeńskie z lat „podstawówki” trwają do dzisiaj, sama się czasami zastanawiam jak to możliwe? Tyle lat minęło, moje koleżanki rozsypały się po świecie, Beata, Renata, Karina, Ala, Wanda, Rysiek,  a nasze kontakty są jeszcze silniejsze. Dlaczego? Może fakt dobrych duchów mądrych ludzi, którzy w tych samych murach ratowali innych miał wpływ na nas? Może tak, może nie… ale wierząc w to, że  tak wybitne duchy, po salach naszych się przemieszczały… wszystko jest możliwe, to genius loci tego miejsca. Ale wracając do Szpitala… i jego historii podczas II wojny światowej.

W czasie wojny dr Czubalski, ówczesny dyrektor szpitala, zorganizował oddział urologiczny. Będąc dyrektorem szpitala Św. Ducha (który został przeniesiony na teren Szpitala Ujazdowskiego), ewakuował go z płonącej stolicy w dniu 15 sierpnia 1944 do Konstancina pod Warszawą, wynosząc osobiście chorych niezdolnych do poruszania się o własnych siłach. Jesienią 1946 roku wraz z oddziałem urologicznym powrócił do Warszawy, gdzie szpital Św. Ducha zajął pomieszczenie po szpitalu Starozakonnym na Czystem. Szpital św. Ducha został przemianowany na Szpital Miejski nr 1. Na dziedzińcu szpitalnym położono tablicę o następującej treści:

Ufundowany w XV wieku przez księżną Annę Mazowiecką Szpital pod wezwaniem św. Ducha, z istniejących szpitali warszawskich, był najstarszy i miał kolejno swoje siedziby przy ulicach: Piwnej, Przyrynek, Konwiktorskiej, od 1861 przy Elektoralnej 12, gdzie barbarzyńsko został zniszczony dnia 25 IX 1939 roku podczas oblężenia Warszawy. W roku 1946 przeniesiony z Konstancina do Warszawy i odbudowany tu na terenie dawnego Szpitala Żydowskiego.

Szpital wielokrotnie przenoszono: najpierw znajdował się przy ul. Piwnej, potem na Przyrynku, ul. Konwiktorskiej i ul. Elektoralnej, ostatecznie, w 1946 r. szpital został przeniesiony do budynków przy ul. Dworskiej  na terenie szpitala Wolskiego przy ul. Młynarskiej (Szpital Zakaźny nr 1). Po wojnie w roku 1953, budynek przy ul. Elektoralnej 12  został odbudowany  z przeznaczeniem na Dom Kultury. Najpierw znajdowały się w nim Związki Zawodowe, później Warszawski Ośrodek Kultury. W latach 1950 – 1960  Szkoła Podstawowa, w której właśnie pobierałam nauki.

Obecnie znajduje się tu Zespół Szkół Specjalnych, zaś Szkoła Podstawowa nr 220 została przeniesiona do Szkoły Tysiąclecia przy ul. Jana Pawła II nr 26 a ,za Halą Mirowską. Ciekawostką też jest, że moja wnuczka rozpoczynała swoją edukację również w tej szkole ale 59 lat później, ot perpetuum mobile!  Tyle historii o mojej a właściwie naszej Szkole Podstawowej nr 220, oraz związanej z nią historii Szpitala św. Ducha, w którym pracowały wybitne osoby, lekarze, o których nie bardzo wiemy a tym bardziej o nich nie pamiętamy. Przywołałam je dzisiaj w moich wspomnieniach ponieważ czas jest uroczysty i okres świętowania Powstania Warszawskiego, a szpital odegrał w tamtych latach swoją bohaterską rolę!

Życzę wszystkim dobrej pogody może w końcu bez deszczu!

Wasza Jadwiga

podaje link do SP nr 220 w Warszawie przy ul. Jana Pawła II nr 26 a

http://www.sp220.pl/

Content Protected Using Blog Protector By: PcDrome.