Subskrybuj kanał RSS bloga Okiem Jadwigi Subskrybuj kanał RSS z komentarzami do wszystkich wpisów bloga Okiem Jadwigi

Archiwum kategorii ‘Przepisy kulinarne’

Wszyscy przeżywaliśmy bardzo ostatnie dni. Pozwólcie mi zatem zaproponować dzisiaj na nadchodzący weekend przepis na pyszne ciasto, nazywane w naszej rodzinie „czekoladowe cudo” , które choć trochę osłodzi gorycz ostatnich bardzo trudnych chwil.

Ciasto biszkoptowe 

Składniki:

12 całych jaj, 2 szklanki cukru, 2,5 szklanki mąki tortowej, 2 łyżeczki proszku do pieczeni, 3 łyżki kakao.  

Miksujemy jajka z cukrem na puszystą, gęstą masę. Dodajemy pozostałe składniki i też miksujemy. Z podanym składników wychodzą nam dwa ciasta biszkoptowe kakaowe. Całe ciasto wylewamy na dwie blachy wyłożone folia aluminiową posmarowaną masłem. Pieczemy jakieś 15 minut na jasnozłoty kolor w temperaturze 170-180 stopni z termoobiegiem,  możemy piec obydwie blachy naraz.

Oba ciasta po upieczeniu i wystygnięciu kroimy wzdłuż na pół. 

Masa (potrzebna do jednego ciasta)

1 duży budyń (taki na ¾ l mleka), ½ l mleka, 1 tabliczka czekolady gorzkiej, 1 kostka masła 20 dag, 4 łyżki cukru.

Wykonanie  

Gotujemy budyń. Do już schłodzonego dodajemy masło, roztapiamy ½ tabliczki gorzkiej czekolady razem z 2 łyżkami stołowymi mleka. Ucieramy razem, aby nie było grudek, następnie dodajemy do masy pokruszone pozostałe pół tabliczki czekolady i mieszamy razem, tak by w masie pozostały kawałeczki czekolady. Przekrojone ciasto smarujemy masą, przykrywamy drugą częścią przekrojonego biszkoptu.  

Całe ciasto smarujemy ½ l śmietany 30% ubitej z dwiema paczkami śmietana fix. 10 dag wiórek kokosowych należy zrumienić lekko na patelni. Wierzch ciasta smarujemy ubitą śmietaną, posypujemy wiórkami kokosowymi zrumienionymi na patelni.  Ciasto jest lekkie, pyszne, nieco kaloryczne, ale przecież robimy je na weekend. Wiosną nasze nabyte świeżo kalorie zostaną zużyte na sport, jazdę na rowerze, pływanie, grę w badmintona lub kopanie ogrodu. 

Polecam, u nas ciasto to jest nazywane „Czekoladowym cudem” ponieważ cudownie rozpuszcza się w ustach.    

Smacznego
Wasza Jadwiga

Wiele wyjazdów mojej przyjaciółki Beaty związane jest z fotografią. Fotografia to jej hobby, a przy okazji powstają z tego wspaniałe albumy. Beata wydała już kilka albumów Wielkiej Brytanii, pierwszym był album  „Kraków – miasto skarbów”, oczywiście z tekstem w języku angielskim. Obecnie pracuje nad nową książą, właśnie o tych wspaniałych Wyspach Normandzkich. Każdy album to wiele zdjęć i godzin spędzonych na wyczekiwaniu na tę jedną chwilę, gdzie światło jest właściwe, gdzie klimat jest dopasowany do przemyśleń autorki. Dzisiaj Beata przesłała mi kilka zdjęć oraz poniższy tekst dotyczący wysp. Wydaje mi się, że materiał jest na tyle ciekawy, że mogę się nim z Wami drodzy czytelnicy podzielić. Oto on:

Wyspy Normandzkie 

GreenIslandPięć z Wysp Normandzkich to wyspy zamieszkałe: Jersey jest największa, potem Guernsey, Alderney, Sark i  Herm, oprócz tego jest dużo wysp mniejszych, niezamieszkałych, jak również niebezpiecznych skał, na których rozbiły się setki statków. Wyspy są rajem dla nurkujących oraz archeologów, bo co i rusz jakiś zatopiony statek jest odkrywany. Niebezpieczeństwo żeglowania w tych wodach polega na tym, że dwa razy dziennie przypływ i odpływ może sięgać aż do 12 metrów, tak więc zjawiasz się w porcie o godzinie 11 rano, wszystkie łodzie osadzone są na piasku, a przed sobą masz krajobraz księżycowy z mnóstwem skał i skałek, wracasz  za 6 godzin, a łódeczki unoszą się na lazurowej zatoce i ani śladu skał! Wyspy są zaledwie parę mil od wybrzeża Francji, ale były i są angielskie od 1066 roku, niemniej jednak atmosferą przypominają Francję, nazwy ulic są francuskie, a język bardziej zbliżony do francuskiego niż angielskiego (chociaż język ten jest prawie zapominany, a w praktyce stosuje się tylko angielski). Plaże, plaże i plaże, zbliżone do Bałtyckich w okolicach Kołobrzegu, o piasku tak  białym i miałkim, że bardziej przypominają Karaiby, niż okolice Anglii. Do tego przecudne małe zatoczki z małymi rybackimi łódkami bujającymi się na falach i tu i ówdzie jakieś urocze ruiny zamku. Dodatkowo usiane są wieżami obronnymi z XVII wieku oraz niemieckimi bunkrami, gdyż to był jedyny kawałek Anglii, który zajął Hitler. Jedna z wysepek, Sark, zaledwie od paru lat przestała być ostatnim na świecie feudalnym państwem. Sarkańczycy wcale się nie spieszyli do zrzucenia „jarzma” i do tej pory niewiele się zmieniło pod względem goreycastlejersey1politycznym.  A teraz o największej wyspie, Jersey. Ma odrębną kulturę, prawa i niezrozumiały język. Sześć tysięcy lat temu wyspa została odcięta od kontynentu. Wiele archeologicznych miejsc, kamiennych pomników i grobowców wskazuje, ze wyspa była zamieszkana już w okresie neolitycznym. Najsłynniejszym grobowcem jest Le Hougue Bie. Chrześcijaństwo zostało zaszczepione na wyspie w VI wieku. W 1204 roku związała swe losy z książętami normandzkimi, późniejszymi królami Anglii, i do dziś pozostaje lojalna wobec korony brytyjskiej. Jako że wyspy były podległe pierwotnie książętom normandzkim, do tej pory toasty za królową angielską brzmią „Za Królową, naszego Księcia”. Wiem, wiem, jak to możliwe, że królowa i książę (nie księżniczka) – to jest właśnie jeden z wielu uroczych paradoksów tego miejsca! W przeszłości wypy wielokrotnie atakowane przez Francuzów.  Co prawda oficjalnym ostatnim atakiem był ten z roku 1781, ale dopiero w XX wieku dysputy terytorialne zostały ostatecznie rozstrzygnięte przez Sąd Międzynarodowy (na korzyść Anglii, pragnę nadmienić). Nie powstrzymało to jednak wielu oszołomów od najazdów na mniejsze wyspy, zatknięciem flagi, odśpiewaniem hymnu…. i pokojowym odpłynięciu. Flaga francuska SaintPeterPortGuernseyoczywiście w szybkim tempie jest zdejmowana przez następnych brytyjskich żeglaży i tak zabawa trwa nadal…..  Wyspy są najbardziej słonecznym regionem Wielkiej Brytanii, stąd dużo entuzjastów pływania, windusrfingu, żeglowania i w ogóle wszystkiego co z wodą związane. W każdej zatoczce, w uroczych restauracyjkach można zajadać się świeżymi owocami morza. Status raju podatkowego przyniósł wyspie bogactwo; do tej pory, oprócz rolnictwa (najlepsze w całej europie ziemniaki, pomidory i mleko), mieszkańcy zajmowali się wykonywaniem słynnych „dżersejów” i rybołóstwem. Teraz SarkIslandpieniądze z dziedziny finansowej ulepszyły bazę turystyczną, ale nie zmieniły charakteru wyspy. Ekskluzywność wyspy połączona z dobrym klimatem, wspaniałymi plażami i bliskością Londynu sprawia, że turyści powracają systematycznie na dłuższe i krótsze wypady, na zwykłe wygrzanie na słońcu, na windsurfing, wspinaczki po skałach, zwiedzanie megalitycznych zabytków czy też po prostu długie spacery po wspaniałym wybrzeżu.

Na koniec mojej krótkiej opowieści o Wyspach Normandzkich, jako że Szanowna Jadwiga jest wielbicielką wszelkiego kucharzenia, muszę chociaż krótko wspomnieć o słynnym „Czarnym maśle” z Jersey.  „Le Niere Buerre” to jest starodawny przysmak sięgający czasów średniowiecza, przygotowywany na ogniu przez dwa dni z cydru i jabłek. Po zredukowaniu do połowy cydru, dodawane są  jabłka, cukier, cytryny, lukrecja i przyprawy. To-to jest ciągle mieszane drewnianą łychą a podczas przygotowywania tego specjału, sąsiedzi zbierają się na pogaduchy, przyśpiewki i potańcówki. Gotowy specjał jest wekowany ku uciesze miejscowych i turystów, bo ciężka robota zostaje zrobiona za nich! Czarności te się zajada jak powidła na chlebku a jeszcze lepiej pokryć nimi mięsa lub ryby wszelakie i zaszokować gości nieznanym, a interesującym smakiem.

Przepis: 10 galonów cydru, 700 funtów słodkich obranych i pokrojonych jabłek, 200 funtów cukru, 3 laski lukrecji (posiekane), 24 cytryny pokrojone, 3 funty przyprawy „allspice”. Jako, że i tak nikt z szanownych czytaczy nie bedzie tego robil, to z czystego lenistwa nie będę przeliczać produktów na normalne wagi i miary!

Tyle na dziś.  Pozdrawiam
Beata

Dziękujemy Beacie za pięknie opisanie Wysp Normandzkich, za fantastyczne zdjęcia, myślę, że Ci z naszych czytaczy, którzy jeszcze nie zdecydowali gdzie w tym roku na wakacje, będą mieli jeszcze jedno miejsce na ziemi do wyboru. Pozdrawiam wszystkich, a gdy już tam będziecie sprawdźcie, czy rzeczywiście jest tak ładnie jak na naszych zdjęciach.

Wasza Jadwiga

Wielkanocne jajoCiasta i mięsiwa świąteczne – nie ma co ukrywać – zakwaszają organizm, i to bardzo. Aby pomóc sobie i naszej wątrobie, można przygotować do tych znakomitych potraw kilka sosów oraz staropolską ćwikłę. Oto jakie przepisy znalazłam w książce „W staropolskiej Kuchni” wydanej bardzo dawno temu przez Interpress, autorów Marii Lemnis i Henryka Vitry.

 

 

Sos polski do zimnych mięs

4 ugotowane jajka na twardo, świeżo wyciśnięty sok z 3 cytryn, 2-3 pęczki drobnej cebulki zwanej trybulką, 1 łyżka czubata utartej cebuli, troszeczkę natki pietruszki drobniutko pokrojonej (ja podaję bez natki, i też jest pyszny), ½ łyżki chrzanu, 1/4 l śmietany  

Wykonanie:

Żółtka ucieramy na jednolitą masę ze świeżo wyciśniętym sokiem z cytryn. Masę rozprowadzamy w ¼ l gęstej, lekko kwaśnej śmietany. Do sosu dodajemy 2-3 pęczki najdrobniej pokrajanego szczypiorku, czubatą łyżeczkę utartej cebuli, oraz ¼ łyżeczki chrzanu. Sos solimy oraz słodzimy cukrem pudrem do smaku (szczypta wg uznania). Na zakończenie dodajemy do sosu drobno pokrojone białka z jajek, oczywiście ugotowanych na twardo. Jeżeli ktoś bardzo lubi majonez, może dać połowę śmietany i połowę majonezu. Sos musi dojrzeć, a więc należy go przygotować dzień wcześniej.  Podaję go do jaj na twardo, mięs pieczonych, szynki, ryb w galarecie, do „sztuki mięsa”, oczywiście nie tylko na Wielkanoc, u nas w domu jest stale na wyposażeniu lodówki.

 Chrzan po polsku

Chrzan utarty na drobniutkiej tarce lub kupiony w zaprzyjaźnionym warzywniaku, gdzie wiemy, że chrzan zrobiony jest zgodnie ze sztuką, a więc z sokiem z cytryny, a nie z octem, przekładamy do miski. Świeży chrzan musimy przelać wrzątkiem na sicie, natomiast kupiony chrzan ze słoika próbujemy, sprawdzając czy jest bardzo mocny, jeżeli tak, możemy go też przelać gorącą wodą na sitku. Odsączamy, wykładamy do miski, dodajemy śmietanę 18 % lub 20 % według upodobań, dodajemy cukru pudru, soku z cytryny i soli do smaku. Mieszamy i przekładamy do słoików. Odstawiamy do lodówki. Podajemy następnego dnia. Przepis jest prosty, a efekt znakomity.

Ćwikła

Jestem wielkim smakoszem ćwikły, można powiedzieć, że od zawsze. Jest to rodzaj pikantnej sałatki z buraczków ćwikłowych, od wieków cieszącej się w kuchni polskiej niesłabnącym uznaniem.  Ćwikła była również przysmakiem Mikołaja Reja (zgodnie z informacją uzyskaną z książki „W staropolskiej kuchni”), pierwszego znakomitego pisarza, który porzucił powszechnie używaną w literaturze polskiej łacinę i pisał wspaniałą, barwną i dosadną polszczyzną. Umiłowawszy język ojczysty, Rej był również wielbicielem polskiej kuchni, przeciwstawiając jej uroki kuchni zagranicznych, szczególnie włoskim „wymysłom”. Zapewne sam był znakomitym kucharzem, o czym świadczy jego przepis na ćwikłę, który ma już ponad 400 lat: „… Nuż ćwikiełki w piec namotawszy dobrze przypiekłszy, nadobnie ochędożyć, w talerzyki nakrajać, także w faseczkę ułożyć, chrzanikiem, co najdrobniej ukrężawszy, przetrząsnąć, bo będzie długo trwała, także koprem włoskim, trochę przetłukszy, przetrząsnąć a octem pokrapiać, a solą też trochę przesalać, tedy to jest tak osobny przysmak… bo i rosołek  będzie bardzo smaczny, i sama pani ćwikła będzie barzo smaczna i barzo nadobnie pachnęła”. 

Przepis Mikołaja Reja jest w dalszym ciągu aktualny i jeżeli chcemy mieć ćwikłę zrobioną zgodnie ze sztuką, powinnyśmy buraczki upiec w piekarniku. Ja gotuję buraki w mundurkach, z dodatkiem soli i cukru, aby nie straciły pięknego koloru. Ochłodzone buraki obieram i ścieram na wiórki na tarce z drobnymi oczkami lub w malakserze (jeżeli nie chcę mieć rąk zafarbowanych). Zakwaszam buraczki sokiem z cytryny, dodaję chrzanu utartego lub kupionego w znajomym warzywniaku, dodaję kieliszek czerwonego, wytrawnego wina, sól, cukier. Do tak przygotowanej ćwikły ja już nic nie dodaję, wolę smak buraków niezmącony żadnymi innymi dodatkami. Przekładam do słoja, zakręcam i odstawiam, aby ćwikła dojrzała. Po dwóch dniach dojrzewania w chłodnym miejscu ćwikła rozwija swoją urodę smakową.  

Dzisiaj rano zadwoniła Jola, rozmawiałyśmy o przygotowywanych specjałach jak również o sosach i przygotowywanej przeze mnie ulubionej ćwikle. Jola powiedziała, że jej mama do ćwikły dodawała kilka śliwek z octu drobniutko pokrojonych oraz 5 goździków na litrowy słoik ćwikły, podobno ta ćwikła i ten smak nie ma sobie równych. Spróbujmy, może te właśnie smaki pozostaną na długie lata smakami dzieciństwa. Gorąco polecam, przecież eksperymentowanie w kuchni to tworzenie obrazów malowanych smakami. 

Podane tutaj przepisy są moimi eksperymentami na bazie przepisów zawartych w  książce „W Staropolskiej kuchni”

Polecam i życzę smacznego!

Wasza Jadwiga

Content Protected Using Blog Protector By: PcDrome.