Pewnego dnia zachodzę jak zwykle do mego znajomka przez okienko popatrzeć, a ten wzburzony jakiś i nieswój. – Mikołaju – powiada – w głowie mi się mąci od tego myślenia. Łeb mam jakby napuchnięty! Przypatrz mi się i oceń. Napuchnięty czy nie? – Chyba napuchnięty – powiedziałem, po uważnym obejrzeniu – rzeczywiście napuchnięty! – Za dużo teorii w nim się kłębi – poskarżył się Grzegorz – szewstwo, bracie, to nie dla mnie. Do wyższych celów jestem stworzony. Muszę ja gdzieś stąd wyjechać. Muszę innych ludzi poznać. Może nie wszędzie ludzie są do małp podobni… – Nie rób głupstw, Grzegorzu – powiedziałem. –Ludzie wszędzie są jednakowi, choć pozornie wydają się różni. Tylko biedy sobie napędzisz i rodzinę swoją zrujnujesz. Za daleko cię twoje myśli prowadzą. Już lepiej trzymaj się szewstwa. Ale gdzie tam! Grzegorz warsztat w trzy dni zwinął, z rodziną się pożegnał i już nie wrócił. Później już nikt nie wiedział o jego losach, aż do chwili, gdy przyszło oficjalne zawiadomienie od władz, że taki to a taki urodzony w naszym miasteczku szewc zmarł z głodu i wycieńczenia daleko stąd. Do pisemka załączona była fotografia zmarłego. Wierzcie mi – wstrząsający to był obraz. Zobaczyłem ludzkie ciało suche i cienkie jak patyk, na którym tkwiła osadzona głowa, wzdęta jak balon lub dynia. I po tej głowie tylko go poznałem.
– Historyjki twojej wysłuchaliśmy z zainteresowaniem – powiedział Małynicz.- Do czego jednak zmierzasz? Wszystko musi mieć swój początek i koniec. A w twojej opowiastce początek może i jest, ale koniec wydaje mi się, wybacz, zbyt tragiczny. Chyba, że tak chciałeś, wobec tego lepiej wypijmy po kieliszeczku i nie zastanawiajmy się dłużej nad tym! – Wypić zawsze można, czemu nie? – wypiliśmy, ale czuję, że Małynicz pod stołem leciutko butem mnie trąca i na Igora Iwanowicza kątem zezuje. Domyśliłem się też zaraz, że specjalnie tak mnie podsumował, żeby batiuszkę naszego do dyskusji wciągnąć. Ale gdzie tam! Próżne starania. Igor Iwanowicz niby siedzi z nami, niby pije, lecz myślami jest nieobecny. I o czym ty tak myślisz, batiuszka nasz?… Myślisz i myślisz, niczym mój szewc. Umiaru w tym żadnego nie macie! A umiar w myśleniu, rzecz najważniejsza. Powiadam ci, Igorze Iwanowiczu, umiar to najważniejsza sztuka. Uwierz mnie, staremu. Zastanów się i powiedz sam, czy nie mam racji. Może jestem, twoim zdaniem, głupi i nieuczony, – ale to i owo wiem i niejedno przeżyłem. Rozumiem ciebie trochę nawet, ale tak w ogóle nie można! Ot siedzisz ty, batiuszka nasz Igor Iwanowicz, od pewnego czasu kwaśny i zadumany. Nic cię nie cieszy! Niczego ci się nie chce! Myślisz… Mózg swój nadwerężasz. No i po co ci to?… Albo to ci czego brak? Przyznaj z ręka na sercu. W zasadzie nie brak ci niczego! Parafię masz nienajgorszą, pewnie, że lepsze bywają, ale zdarzają się również gorsze niż nasza. Ludzie cię tu szanują, Igorze Iwanowiczu i lubią. Mimo wszystko żyjesz dostatnio i kulturalnie z żonka swoją Jewdokią Iwanowną, której niejeden ci zazdrości. A ty, nawet dla niej jesteś grubianin. O nas już zresztą nie chodzi, ale dla niej jesteś grubianin! No, popatrz… jak przymila się do ciebie, ta twoja Jewdokia Iwanowa, jak grucha, niczym synogarlica, jaka szczęśliwa, że ma cię przy sobie… Stanowczo babom niewiele do szczęścia potrzeba! I zastanów się jeszcze, że nie najgorzej wyszedłeś na tym swoim ożenku… Jewdokia Iwanowa powabnie wygląda, smacznie gotuje… A ty nawet nie pochwalisz. Pochwal ją, Igorze Iwanowiczu! Skosztuj, jaki żur przygotowała, jaki kołacz upiekła i jak czeka na twoje pochlebstwo. Wiesz, co? Powiem ci szczerze! Może jesteś młody, uczony i idealista, – ale na gotowaniu zupełnie się nie znasz. Oświadczam ci, źle robisz, że jej nie chwalisz…
Albo, co się tyczy przyjaciół. Przyszliśmy do ciebie, żeby, choć trochę ciebie od tych twoich myśli odciągnąć. Rozerwać! Pośmiać się z tobą! A ty gitarę weźmiesz, parę akordów zabrzdąkasz i jakiś nieswój zaraz ją odkładasz. Pośpiewaj z nami, Igorze Iwanowiczu. Małynicz falset swój już nastroił. Ja też basem chętnie zawtóruję. Przyjemnie jest tak w zimowy wieczór pośpiewać. I serdecznie! Nie wiem, jak, dla kogo, ale… muzyka to dla mnie najmądrzejszy wynalazek! A już szczególnie pieśń chóralna. Mądry to był człowiek, który pierwszy wpadł na to, że razem pośpiewać można… I popatrzcie! Nie ma żadnego nawet pomnika. Różne pomniki bywają, lepsze i gorsze, różnych – ludzi na piedestale postawiono, a człowiek, który pierwszy śpiew wynalazł, pomnika nie ma. Niedopatrzenie jakieś, czy co? No to może jednak zaśpiewamy coś, Igorze Iwanowiczu – chciałem powiedzieć głośno. Ale nic nie powiedziałem – w ogóle nic nie powiedziałem…, choć dużo lubię gadać. Siedziałem tylko w kącie, piłem nalewkę domowej roboty Jewdokii Iwanownej i patrzyłem na naszego batiuszkę. A batiuszka nasz prawosławny, Igor Iwanowicz, niby był z nami razem, niby siedział przy stole, pił tę samą nalewkę domowej roboty, ale myślami był nieobecny. Batiuszka nasz prawosławny, Igor Iwanowicz Bułyciński, wielki miłośnik i znawca safianowych butów, tudzież pięknych kobiet, nadal – jestem tego pewny – latał… ptakiem.
Koniec
Panu Zbigniewowi Adrjańskiemu w dniu Jego 78 urodzin serdeczne życzenia w imieniu wszystkich czytelników składa
Jadwiga

