Subskrybuj kanał RSS bloga Okiem Jadwigi Subskrybuj kanał RSS z komentarzami do wszystkich wpisów bloga Okiem Jadwigi

Archiwum kategorii ‘Opowiadania’

Życzenia świąteczne które otrzymałam od mojej „siostry” Aldony są tak piękne, że właśnie nimi chciałabym się z Państwem podzielić i w ten sposób podzielić swoją radość Świąt Zmartwychwstania tak pięknie wyrażoną przez Aldonę. Oto życzenia dla mnie, dla Was wszystkich:

dominus Na Niemodlińską kogut z małżonką

przyszli w Wielkanoc ze swa święconką.

Z kosza wybiegło ze sto pisanek…

i Staś malutki! Gdzie jest BARANEK?

Ko! ko! czubatki, kukurykanie,

słychać w Aninie, Wawrze, Warszawie… 

A Zmartwychwstały jest! Jeśli zechcesz,

spotkasz Go w słońcu, wiosennym wietrze,

deszczu, kamieniu co nie zasłania,

a tylko głosi Cud Zmartwychwstania.

Stoi przy tobie w drugim człowieku,

wczoraj i teraz , na wieki wieków.

Przyjaciołom w Czas Wielkiej Nocy  Aldona z Rodziną

Anin 2010 roku

Nie wypada mi nic innego tylko dołączyć do tych pięknych Życzeń  Moje własne Życzenia Wesołych Świąt Wielkiej Nocy Zmartwychwstania Pana!

Wasza Jadwiga

 

Ciocia Hela

Moja Siostra Przyszywana Aldona, u której piłam herbatę, opowiedziała mi swoje wspomnienie z dziecinnych lat dotyczące Cioci Heli, jej ukochanej ciotki, u której Aldona spędzała święta. Pozwólcie zatem, że dzisiaj przywołam wspomnienia mojej „siostry”, które ukażą nam świat przeszły, świat naszego dzieciństwa, miniony świat istniejący w  naszych dziecinnych wspomnieniach, a te wspomnienia warte są przywołania. Oto on, świat widziany oczami małej Aldonki, wtedy Migdalskiej, dzisiaj dr Aldony Kraus:

Ciocia Hela

Ciocia HelaTego wieczoru, Szare Godziny miały dla siebie.  Mateńka nie pełniła  dyżuru w Klinice, i nikomu też nie musiała udzielać pomocy, bo nikt nie zachorował na Gocławku , gdzie mieszkały. Dlatego Aldonka nie czekała długo  na obiecaną  opowieść  o cioci Heli  – szarytce. Dziewczynka  milczała. Tylko spojrzeniem, które prosiło – Opowiadaj!– pośpieszała ukochaną gawędziarkę.

Ciocia Hela, dla dziewczynki, to był nie byle kto. Często w ich domu mówiło się  – Ale jesteś szczęściara i jaka bogata.  Masz Aldonko trzy mateczki, które cię kochają – Pierwsza to mateńka Zosia, która cię urodziła. Druga to ciocia Hela, która pomogła ci przyjść na świat. Ona  była i jest z nami w najtrudniejszych i najcudniejszych chwilach. Trzecia to mama chrzestna, ciocia Henia, która całe twe życie będzie trwać na straży twej wiary, bowiem uczestniczyła i przysięgała za ciebie podczas sakramentu Chrztu Świętego.

Ciocia Hela, Aldonka i dr Zofia MigdalskaMateńka rozpoczęła opowieść – Byłam świeżo upieczoną lekarką. Przyszłam na swój pierwszy lekarski dyżur, do klinicznego szpitala Świętego Ducha, w którym miałam pracować po uzyskaniu dyplomu. Już na progu oddziału przywitała mnie siostra szarytka, sądząc po wieku moja rówieśnica. – Pani doktor na dyżur ?–  spytała. – Na dyżur –  odpowiedziałam, jednocześnie przedstawiając się.  – Nazywam się siostra Helena Matusiak – powiedziała szarytka z miłym uśmiechem – Proszę, proszę dalej –  zapraszała – Wejdźmy do pokoju lekarza dyżurnego.  Zaraz podam pani doktor fartuch –  mówiła i prowadziła mnie do gabinetu. Zostałam na chwilę sama. Gabinet był jasny, idealnie czysty. Po chwili siostra zapukała do drzwi, weszła i podała mi nieskazitelnie biały fartuch, tak biały, jak kornet, który nosiła na głowie. – Dziękuję – powiedziałam, z przyjemnością zakładając fartuch. – Czy zechce pani doktor, bym oprowadziła po oddziale?—  zapytała siostra Helena. – Oczywiście! –  zawołałam. –  Będzie mi miło – dodałam, i już szłyśmy przez oddział, tak czysty, tak pachnący jak ten mój lekarski strój i jej szarytkowskie przybranie głowy. W salach leżeli ciężko chorzy. Wszyscy rozpromieniali się na widok szarytki. Kilka osób z różnych sal mówiło to samo na widok siostry Heleny – Nasz anioł przyszedł! –  a ona poprawiała poduszki, poiła spragnionych, oglądała spowijające rękę bandaże. Nikt o nic nie zdążył poprosić, a siostra wiedziała, co komu potrzeba. Usłyszałam ciężki oddech chorego, więc zabrałam się natychmiast do badania,  jeszcze zanim zdążył coś powiedzieć. — O, mamy drugiego anioła — powiedział jeden z chorych, leżący obok badanego. Uśmiechnęłam się słysząc to. Oczy moje napotkały poważne, a zarazem bardzo ciepłe spojrzenie oczu siostry. Jej oczy były zielono-niebieskie, ciepłe, przyjazne, i takie są  zawsze, choć mijają lata, choć była wojna. Dobre, przyjazne i wymagające, tak samo jak jej, cioci Heli – serce. –  Jesteś aniołem mateńko! —  zaśmiała się, podskakując Aldonka. — Ciocia Hela i jej siostra Henia też są aniołami. Mam cztery anioły, własne cztery anioły. — Najważniejszy z nich,  to twój Anioł Stróż — powiedziała z uśmiechem Mateńka — Pierwszy Anioł.

U cioci Heli w Mieni

Aldonka W MieniDroga z Gocławka do Mieni, w której ciocia Hela mieszkała i pracowała z innymi szarytkami, prowadzącymi Dom Opieki, niezależnie od pory roku, zawsze dłużyła się Aldonce. Dziewczynka szła, lub jechała na sankach, z mateńką i drugim tatą do Rembertowa. Szosa biegła wzdłuż rembertowskiego lasu, ukazującego swe piękno zza licznych szlabanów, ogrodzeń, często z betonu. W lesie stacjonowały na poligonach nie tylko polskie wojska. Aldonka chciała coś wiedzieć o tych wojskach, ale mateńka i jej mąż bezapelacyjnie urywali wszystkie  jej pytania na ten temat. Dalej jechano do Mińska Mazowieckiego, gdzie była przesiadka na Cegłów, w którym na nich czekała jakaś dobrze wymoszczona fura, zimą sanie, zamieniając drogę we wspaniałą sannę. Dziewczynka, wiedząc, że jedzie do ulubionej cioci, chciała być natychmiast w jej mieńskim królestwie. —  Mateńko – mówiła – wyczaruj nam alladynowy dywan. W pociągach tracimy tyle czasu i dzień będzie zbyt krótki, na pobycie z ciocią i na obejrzenie wszystkiego. W końcu, nareszcie była Mienia, dom sióstr i Aldonka z mateńką wpadały, jedna w ramiona cioci, a druga w uścisk najlepszej swojej przyjaciółki. Były też takie jak na szarytkowskim Kamionku — przepisowe dygi, to jest aldonkowe ukłony, przed siostrą starszą i innymi mieńskimi siostrami. Dziewczynka twierdziła jednak, że w Mieni, jej ciocia to najważniejsza osoba pod słońcem. Po obiedzie pełnym przysmaków, takich jak na przykład kaczka w borówkach i jabłkach, nugat pełen orzechów, dziewczynka szła z ciocią na jej popołudniowy pielęgniarski obchód do Domu Opieki . To był pierwszy taki dom, w którym dziewczynka zobaczyła tylu starych ludzi, ciężko chorych, niedołężnych, często zupełnie samotnych —  jak mówiła ciocia — wymagających całkowitej, fachowej i serdecznej opieki. Dziewczynka,  patrząc na piękny, ogromny dom, ukwiecone lśniące czystością sale, korytarze z figurami świętych, przy których ludzie na wózkach odmawiali różaniec, śpiewali Majowe, słysząc ciepłe słowa kierowane przez ciocię do ludzi starych i odwrotnie,  mówiła: — Ciociu, tu jest jak w niebie, a przysłuchująca się jej słowom staruszka, której ciocia zmieniała opatrunek na chorej nodze, dodała: — Bo nasze siostry to prawdziwe  anioły. Aldonka, czuła, że to prawda, bo rzeczywiście jej ciocia, w białym, szarytkowskim, skrzydlatym kornecie, wyglądała jak anioł, choć cukrzyca sprawiła, że była tęga. Mała wiedziała, że anioły są tak piękne, jak mateńka, ale do tych rysowanych wyobraźnią, dołączyła i grube, jak jej ukochana ciocia Hela, czy bardzo wysokie i szczupłe, jak miła siostra Genowefa. Ciocia Hela była z powołania pielęgniarką, tak jak mateńka lekarzem. Często śmiały się mówiąc — Dobrałyśmy się jak w korcu maku —  pracowały wiele lat razem. Teraz, gdy nowa władza usunęła pielęgniarki zakonne ze szpitali (o czym nie mówiono dziewczynce), ciocia była przełożoną pielęgniarek w Mieni. Była też najlepszą kucharką, której w ocenie dziewczynki tylko babcia Mania dorównywała kucharskim talentem.

Po zakończeniu prac pielęgniarskich, ciocia prowadziła dziewczynkę do ogromnej jak boisko kuchni, w której garnki były tak wielkie, że pomieściłyby z pięć Aldonek. Tego dnia pachniało w niej zupełnie tak samo jak w ich domu, gdy czasami  przynoszono z poczty całkowicie uszkodzoną paczkę od babci Agaty z dalekiej Afryki. Zniszczona w kontroli celnej, a mimo to zapach olejków, korzennych przypraw, cynamonu, wanilii, imbiru, całego nieznanego świata, delikatnie, długo jeszcze po  wyrzuceniu (bo nic nie nadawało się do użycia), unosił się pomieszany z zapachem codzienności Gocławka. — Ciociu, tu pachnie jak w królestwie Alladyna — powiedziała Aldonka. — W państwie Alladyna, i nie tylko — odpowiedziała ciocia Hela. — Tu pachnie jak kiedyś w dobrym, starym, zasobnym polskim domu, szykującym się do świąt. Zajrzyj Aldonko — poprosiła ciocia. — Zobacz co kryje ten wielki kocioł? Aldonka wspięła się na palce. W kotle była wielka ilość brązowej masy, pachnącej piernikiem. — To masa na pierniki. Twoje pierniczki ciociu?–  zawołała dziewczynka, patrząc z niedowierzaniem na brązową substancję wypełniającą kocioł. — Będzie z tego bardzo dużo pierników — powiedziała jakaś siostra krzątająca się po kuchni. Tylko te z Torunia dorównują im smakiem. — Ciociu, Jaś i Małgosia przepadali za pierniczkami tak jak ja — powiedziała Aldonka. — Ciociu! — zawołała, rzucając się na szyję zakonnicy. — Ciociu, proszę, zrób mi domek z piernika, i Babę Jagę, i Jasia, i Małgosię! — Aldonko, masz już prawie dziewięć lat, czytasz takie poważne książki sama i z mateńką, a zachciewa ci się piernikowego domku? — Ciociu — prosiła dziewczynka — zrób mi domek z piernika! — To jak to było — zapytała ciocia — w tym piernikowym, bajkowym świecie? Przypomnij mi — poprosiła. — Rósł sobie bardzo stary, zupełnie taki, jak ten tu w Mieni, jodłowy las. Ciociu — mówiła Aldonka. — Zupełnie jak tu płynie rzeczka Mienia, przez pola i las, tak tam płynęła sobie rzeczka. Na wielkiej polanie w domu z piernika mieszkała baba Jaga… Dzień  u cioci zbyt szybko się skończył i trzeba było wracać na Gocławek, znów przez Cegłów, Mińsk Mazowiecki, pociągami i szosą wzdłuż rembertowskich lasów, kryjących obce wojska. Po niedługim czasie listonosz zawitał na Korkowej z wielkim pudłem. Było nieuszkodzone, bez żadnych celnych nalepek, a odbiorcą była sama Aldonka. — Mateńko, otwieraj! Będę zgadywała! Zasłaniam sobie oczy — wołała mała właścicielka paczki. Mateńka przecięła sznurki, powoli zdjęła z wielkiego pudła szary papier. Aldonka stała tyłem, z zasłoniętymi dokładnie oczami. — Pachnie cynamonem — zawołała. — Alladyn, Alladyn!

Domek  Baby Jagi — Zimno, zimno, ale nie lód — powiedziała mateńka — Pierniczki, pierniczki! — wykrzyknęła Aldonka. — Cieplej, cieplej, ale nie upał — odpowiedział drugi tato. — Pierniczki cioci Heli! — wykrzyknęła, wciskając pięści w oczy. — Bardzo ciepło, bardzo ciepło! — Domek z piernika! —  pisnęła na cały dom Aldonka — Upał! Upał! Żar! Żar, żar! Pożar! — wołali domownicy.

Domek z piernika, najprawdziwszy domek z piernika, z Babą Jagą, Jasiem i Małgosią — dzieło cioci Heli — był zupełnie taki sam, jak ten tyle razy widziany oczami wyobraźni.

Autorka: Aldonka, teraz dr Aldona Kraus

Wysłuchała dla Was
Wasza Jadwiga

zajączki wielkanocneJedną z największych atrakcji świąt wielkanocnych było wielkie obżarstwo. Wielkanoc zawsze była świętem rodzinnym poświęconym jedzeniu. Następowała po długim poście, więc wiele było recept na uchronienie się od niestrawności czy też zgagi. Według bardzo starych porad należało zjeść święconego chrzanu i chuchnąć trzy razy do komina (problem dzisiaj polega na tym, że nie wszędzie jest komin), albo też przed śniadaniem zjeść usmażone na maśle pokrzywy. I tak przygotowani mogliśmy rozpocząć świętowanie. Po mszy porannej wszyscy, i bogaci, i biedni, siadali do śniadania wielkanocnego, które niestety do dzisiaj nie grzeszy umiarem. Przeczytajmy, co pisze na ten temat E. Janota w książce „Lud i jego zwyczaje”: „…Po mszy rannej pożywają święcone. Nasamprzód jedzą po kawałeczku jaja, potem po kawałku chleba z masłem, wreszcie cielęcinę pieczoną, słoninę, kiełbasę, jaja, wszystko (…) zmieszane z chrzanem”, a potem obiad: „jedzą bowiem rosół i mięso, kaszę domową zastępuje ryż a potem ciasta, baby serowniki i tak przez cały dzień”. „Siadają według starszeństwa do śniadania (…) zwanego „siewnica” zaczynając od chrzanu (…) potem dzielą się jajkiem, a potem jedzą kiełbasę placki, paskę…” (Kantor „Wielkanoc”). Chrzan musiał być zawsze w czasie wielkanocnego śniadania, bo jak napisał chłopski poeta Walski:

„…Na ostatku, krzan w nim nadrobiony,
Bo Jezus na krzyżu żółciom beł pojony,
Krzan i żółć jeden smak równy ma
To na te powiastkę jeść go nam kazajo…”.

„Chłopi głęboko wierzyli, że nic ze święconego nie może się zmarnować, kawałki chleba, sera i kiełbasy dawano krowom i koniom, bądź zakopywano w ziemi na znak, że wszystko z niej praca rąk wydostaje (…) kości mięsa rozrzucano w polu, by szczury i chomiki szkody nie robiły”. Pilnowano tylko, aby żadnych okruszyn ze święconego kury nie zjadały boby jak kogut piały. Okruszyny ciast rozsypywano po ogrodzie, skorupki z jajek wynoszono na grządki, zaś ze święconego chrzanu robiono krzyżyki i wkładano pod węgły domu. Poniedziałek Wielkanocny był dniem składania wizyt sąsiadom i znajomym. Był to również dzień harców i swawoli i oblewania się wodą. Czasami to oblewanie dawało się we znaki, szczególnie młodym pannom, które niejednokrotnie lądowały w rzece lub stawie. Dziewczęta się nie bardzo broniły, gdyż nie oblanie świadczyło o braku powodzenia u chłopców. Było śmiechu co niemiara, gdy chłopcy wykrzykiwali głośno słyszane przez całą wieś wierszyki „przywoływkami” zwane, wymieniali też w ten sposób wady i zalety panien jak również ile wiader wody dla nich przeznaczają. Wierszyki nie zawsze były miłe, wykrzykiwano je z wysokiego drzewa lub siedząc na dachu, aby cała wieś słyszała dokładnie. Oto jedna z nich:

W pierwszej chałupie ode dworu
Jest tam dziewka piękna, młoda
Na imię jej Jagna,
Do Boga i ludzi podobna,
A niech się nie boi,
Bo tam za nią Marcin stoi,
I dla jej urody
Pięć kubełków wody.  

Albo:                                                                                                                                         Panna Jadwiga, bogobojna,
Ale chłopa pragnąca,
Krowy nie wydoi, bo się ogona boi,
Izby nie wymiecie, po kolana śmiecie
Jest taka gruba, że potrzebuje,
Dwie fury pyrzu,
Dla wyłożenia w łyżu
Jak chleb się upiecze,
To się szczur pod skórką
Przewlecze,
Za karę dostanie sześć wiader wody.  

Nie było formułki „niech się nie boi”, znaczy panna Jadwiga nie miała swojego kawalera. Ale było i tak:
Jest tam dziewczyna, ładno, urodno,
Do świni podobno,
Z nosa do psa,
Z brzucha do woło-dupa,
Z oka do źryboka,
Do jej manyżu
Fure pyrzu.

Bywało i gorzej, więc przywoływanie rozpoczynano od słów: „… Niech się trzęsą wszystkie dziewki, zaczynamy przywoływki”. Niestety ten stary zwyczaj znika i dzisiaj jest znany tylko w Szymborzu koło Inowrocławia. W rodzinnej wsi Kasprowicza pielęgnuje ten zwyczaj Stowarzyszenie Klubu Kawalerów. 

Poranne dyngowanie kończyło się popołudniowym oblewaniem dziewcząt. Dyngowanie – zbieranie datków. Jednak powinniśmy wiedzieć, że zwyczaje wielkanocne i wielkoponiedziałkowe różniły się między sobą w zależności od regionu i od wsi. W tym miejscu chciałabym zwrócić uwagę na stary krakowski obyczaj Emausem zwany – urządzanym na pamiątkę objawienia się Chrystusa uczniom w drodze do miasta Emaus. Krakowski Emaus był to wielki, uroczysty spacer mieszczan po całym dniu siedzenia za stołem. Na Zwierzyńcu ustawiano kramy ze słodyczami, zabawkami, koralami. Młodzi chłopcy zaczepiali dziewczyny uderzając je baziami. A dla wszystkich spacerujących atrakcję stanowiły procesje bractw do zwierzynieckich kościołów – niesiono święte obrazy w towarzystwie licznych kapel. Trzeba też wiedzieć, że kiedyś Wielkanoc to trzy dni świąt, a wtorek trzeciego dnia nazywano Rękawka, jako, że ludność Krakowa rano po mszy w kościele Św. Benedykta właśnie na Rękawce hucznie się bawiła. Wielkanoc to święta radosne. W poniedziałek domy stały otworem dla gości. Na święcone starano się przygotować coś niezwykłego. Wędzono szynki z dzika, przygotowywano pieczeń z łosia, sarny, daniela, pieczono dzikie ptactwo. Dzisiaj też przygotowujemy pieczenie, drób, w taki sposób, aby można je było podać na zimno i na gorąco. Na dzisiaj przygotowałam przepis na:  

Schab po staropolsku

Składniki
  

Schab środkowy, co najmniej kilogram, choć ja biorę zawsze około 2,5 kg (schab kurczy się w czasie pieczenia), majeranek, główka czosnku, śliwki suszone (kalifornijskie lub polskie – są pyszne), 7-10 szalotek, sok z cytryny, 4 łyżki miodu, wino czerwone ½ szklanki, oliwa z pestek winogron, łyżka masła, sól, pieprz.  

Przygotowanie

Umyty i osuszony schab skrapiam sokiem z cytryny. Majeranek, czosnek przepuszczony przez praskę, sól, rozcieram na gęstą masę – papkę. Nacieram nią schab. Zawijam w folię i wkładam do lodówki na 24 godziny. Śliwki moczę w czerwonym winie. Po wyjęciu obsmażam na patelni i wkładam do rzymskiego garnka (gliniany garnek, którego pokrywę moczę 15 minut w wodzie). Mięso skrapiam oliwą i roztopionym masłem, przykrywam garnek i wstawiam do piekarnika lekko nagrzanego. Po 30 minutach dodaję namoczone śliwki, polewam winem, dodaję obrane szalotki pokrojone w piórka, ponownie przykrywam garnek i piekę dalsze 40-50 minut. Upieczone, miękkie mięso odstawiam do następnego dnia. Kroję w plastry, wykładam na półmisek. Rozcieram śliwki, fasuję przez sito wraz z sosem pozostałym po pieczeniu mięsa. Dodaje miód, majeranek – małą łyżeczkę, pieprz, podgrzewam i tym właśnie sosem polewam mój schab. W ten sposób serwuję schab na zimno.  Ten sam schab podaje także na gorąco, tylko wtedy kroję jeszcze ciepły, dalej postępuję jak wyżej, serwuję z kopytkami lub ziemniakami pieczonymi w osobnej brytfannie. Polecam ten schab i młodym, i starszym gospodyniom, gdyż schab po staropolsku to nasza wspaniała, rodzima potrawa, jest pyszny i bardzo rzadko się nie udaje.  Moja Przyjaciółka Beata miejszkająca od lat w Wielkiej Brytanii uważając, że niektóre przepisy mogą być ciekawe również dla osób mieszkających za granicą Polski, postanowiła od czasu do czasu przetłumaczyć któryś z moich przepisów na j. angielski.

A oto przepis przetłumaczony przez Beate, której serdecznie dziękuję za umożliwienie przekazywania naszych przepisów a także możliwość promowania polskich tradycji:

Pork – old Polish recipe

2.5 kg of pork, marjoram, garlic, prunes, shalotts, lemon juice, 4 spoons of honey, ½ glass of red wine, grape oil, 1 spoon of butter salt, pepper  

Cleaned and dried pork sprinkle with lemon juice. Press garlic and marjoram, add salt and spread the paste on meat. Keep meat wrapped in foil for 24 hours into the fridge. Leave prunes in red wine for some time, then fry them and leave in the clay pan. Cover meat with olive and butter and put into the warm oven. After 30 minutes, add prunes, wine, shallots and bake for another 40-45 minutes. Mix  prune paste (press the prunes through the sieve) with sauce. This pork is delicious hot or cold.

Smacznego! Good apetite!

Wasza Jadwiga

Wpis opracowany na podstawie: „Polskie Tradycje Świąteczne” Hanny Szymanderskiej – książka  wydana przez Świat Książki , przepis na schab mój własny, sprawdzony.

Content Protected Using Blog Protector By: PcDrome.