Subskrybuj kanał RSS bloga Okiem Jadwigi Subskrybuj kanał RSS z komentarzami do wszystkich wpisów bloga Okiem Jadwigi

Archiwum kategorii ‘Opowiadania’

Dzisiaj 1 września, rozpoczynamy nowy rok szkolny 2010/2011. Można powiedzieć radosny szkolny rok. Ale czy zawsze radosny? Pewnie nie dla wszystkich. Niektóre dzieci rozpoczną marsz do szkoły po raz pierwszy w życiu, inne idą już po raz któryś i nie są tym wcale zmartwione, gdyż spotkają swoje koleżanki i kolegów a opowieści wakacyjne będą trwały długo, bardzo długo. Najwięcej emocji czeka na pierwszaki, najmłodsze nasze pociechy, które w tym właśnie roku zaczynają swoją edukację.  Pamiętam mój pierwszy szkolny rok, moją nową granatową spódniczkę plisowaną i białą bluzkę uszytą przez koleżankę mojej mamy. Wystrojona w nowy obowiązkowy szkolny strój maszerowałam do szkoły mając we włosach nieśmiertelne białe kokardy a na czubku głowy dumnie sterczącego „motyla” -kokardę specjalnie na tę okazję upiętą przez mamę. Głowę trzymałam sztywno aby ta kokarda przez cały dzień nie przekrzywiła się ani na milimetr. Byłam bardzo dumna, że jestem taka dorosłą, że mam naszą panią, która od dzisiaj będzie „moją panią”, że mam swoje miejsce w klasie i mam nowe koleżanki i kolegów. Jedną z nich mam do dzisiaj. Renia jest moją przyjaciółką od 58 lat. Mieszka na stałe w Indonezji w Jakarcie, ma dwie córki: Sitę i Devi i dwoje wnucząt. Nasza przyjaźń przetrwała tyle lat, ale im dłużej trwa tym jest piękniejsza  i tym jest mocniejsza. Żyjemy każda swoim życiem, jednak kontaktujemy się często, przekazując sobie nawzajem informacje o naszych kłopotach i radościach. Pierwszy telefon Reni po śmierci jej ukochanego męża był do mnie. Razem dzieliłyśmy smutek i żal, ale też radość z narodzin wnuczki prawie w tym samym momencie gdy Koen odchodził. Takie jest nasze życie i wesołe i smutne, rozpacz zmieszana z radością. Nasze kontakty choć na odległość trwają, i będą trwały tak długo jak długo słowo „Przyjaźń” będzie istniało na tym świecie. Cieszę się, że mam Przyjaciółkę, która wie, iż mimo dzielącej nas odległości może na mnie liczyć w każdej życiowej sytuacji.

Chciałabym życzyć wszystkim naszym dzieciakom, rozpoczynajacym dzisiaj nowy rok szkolny, zdrowia i szczęścia oraz zawierania przyjaźni od lat najmłodszych, które będą trwały tak jak moja i Reni. Dzisiaj zapraszam wszystkich do lektury opowiadania naszej wnuczki Julii – lat 14, która napisała poniższe opowiadanie przy końcu roku szkolnego 2009/2010. Otrzymała za nie wyróżnienie Burmistrza Dzielnicy Praga Południe i Ośrodka Edukacji Kulturalnej SBM”Grenadierów” . Zapraszam do lektury:

Julia Szalewicz  

„Łza”  

dyplom JuliiZapewne większość z was nie uwierzy w moją historię, ponieważ mnie samemu też było trudno w nią uwierzyć. No cóż, może zacznę od tego, że nie mam imienia i mogę tylko powiedzieć, że jestem… manekinem. Manekinem? – zapytacie. Otóż tak i to nie byle jakim. Choć do niedawna wolałem zakryć moją osobę wszelkimi kreacjami, pewien dzień odmienił moje „życie” i zmienił poglądy, posłuchajcie…

W pewnej małej, cichej uliczce w Warszawie mieszkająca nieopodal kobieta założyła sklep z modą damską. Emilia mogła pochwalić się najpiękniejszymi a zarazem najdroższymi cudeńkami, najwybitniejszych projektantów z całej Polski. Pewnego dnia sprzedawcy przywożący nowy towar do sklepu wypakowali z samochodu pewien dziwny przedmiot. – Pani Emilio, mamy na zbyciu manekin, nie jest nam potrzebny a u pani tak pusto na wystawie… Może się pani skusi – zaproponował jeden z nich – za darmo! – uśmiechnął się i podkręcił wąsy. – Dziękuję, panowie, u mnie na pewno znajdzie się miejsce – rozchmurzyła się pani Emilia, która od rana monotonnie uzupełniała firmowe papiery. – Jeśli mógłby pan… – wskazała drzwi do sklepu. Sprzedawca podniósł mnie, postawił przy oknie i zdjął ze mnie zakurzoną folię. Ach, nareszcie byłem wolny. Poczułem różany olejek zapachowy i pośpiesznie spojrzałem przez okno – cóż to był za widok! Każda kamienica stłumiona była zielonymi pnączami a na trawnikach puszyły się piękne róże. Rozległe błękitne niebo rozmyte było białymi chmurami. Od tej pory pani Emilia stała się moją matką a sklep ciepłym domem.

Niestety rok później naprzeciwko naszego różanego butiku pojawił się drugi, z większym asortymentem i trzema manekinami, które okazale prezentowały się na swojej wystawie. Ku mojemu zdziwieniu stali klienci Pani Emilie nie przychodzili już do naszego sklepu, tylko podążali jak ślepi do trzech przyciągających ich, pięknych manekinów z naprzeciwka. Mimo tego, że Pani Emilie bardzo o mnie dbała i wciąż powtarzała mi, że jestem piękny, tak bardzo zazdrościłem konkurencyjnym manekinom. Nasz butik odwiedzało coraz mniej ludzi. Tak bardzo chciałem wiedzieć co jest w tych kukłach takiego, czego we mnie nie ma. Gdyby ktoś dał mi lusterko… – myślałem. Mijały kolejne dni i z czasem manekiny zaczęły się ze mnie wyśmiewać, pokazywały moją niższość i brzydotę a pani Emilia, mająca problemy z pieniędzmi ,rozmyślała nad zamknięciem sklepu. Nie mogłem jej pomóc i obwiniałem za to moją urodę. Pewnego dnia spoglądając naprzeciwko na tłumy klientek i pakującą swoje rzeczy panią Emilię nie mogłem już dłużej wytrzymać, po chwili uroniłem wielką, połyskującą łzę, która spłynęła po moim, plastikowym policzku. Spoglądająca na mnie klientka zauważyła mokry policzek i wielkie, smutne, spoglądające na nią oczy. Wielce zszokowana, zawołała swoje wszystkie sąsiadki. Nikt nie wierzył własnym oczom. Wszyscy patrzyli na płaczącego manekina. Przychodziło coraz więcej ludzi a w tym wszyscy klienci z naprzeciwka. Zaintrygowani moim widokiem pośpiesznie wbiegli do sklepu i zawołali panią Emilię, która ,potykając się o papierowe pudełka, wybiegła na ulicę. Ujrzawszy mnie wypuściła z ręki papiery, które rozwiały się po całej ulicy. Wzruszona zaczęła płakać a w jej ślady poszli wszyscy obserwujący mnie ludzie. Następnego dnia roiło się od klientów a trzy wściekłe manekiny odwróciły się plecami od widoku wielkich kolejek w naszym niewielkim butiku. Od tej pory pani Emilia nie mogła opędzić się od ludzi. Miała najwięcej klientów i wiele zaprzyjaźnionych sprzedawców którzy przywozili jej najwybitniejsze i niepowtarzalne dzieła projektantów. Żaden sklep w Warszawie nie miał tak wielkiego asortymentu. Było wspaniale, ja również cieszyłem się popularnością i otrzymywałem wiele uśmiechów od przybywających ludzi. Jednak ciągle nie wiedziałem co tak naprawdę sprawiło, że wszyscy ludzie zaczęli tamtego dnia ze mną płakać. Przecież mogli mnie wyśmiać i pogrążyć dorobek życia pani Emilii.

Jakiś czas później kiedy pnącza na kamienicach nabrały czerwonego koloru a róże zostały przykryte białymi tkaninami, pewien niedaleko mieszkający mężczyzna, który remontował mieszkanie nad naszym sklepem, niósł przez ulicę wielkie lustro. Zasapany zatrzymał się na chwilę przed różanym butikiem, postawił lustro na ziemi i wziął głęboki oddech. Przed moimi oczami stanął obraz mojej niesamowitej osoby. Wtedy dostałem odpowiedź na moje wszystkie pytania. Miałem wspaniałe, mądre oczy, które wyrażały wszystkie ludzkie uczucia i troski. Tym pięknem było moje wnętrze. Spojrzałem na trzy manekiny, które pogrążyły się w nieudanych próbach wywołania płaczu. Nie umiały zapłakać, współczuć a nawet się cieszyć. Były puste, a ich plastikowe oczy niczego nie ukazywały. Gdy po raz ostatni spojrzałem na naburmuszone manekiny ,już nie wyglądały tak pięknie i okazale. W tym momencie to ja byłem najpiękniejszy ….

Wielki Chiński Mur i Jadwiga16.01.1986

No i śpię, ale o 6.40 Szalewicz mnie budzi przez pomyłkę. Nie napiszę tego co mu powiedziałam. Przecież Rysiek ma nas obudzić o 8.00, więc dlaczego myli się o półtorej godziny? Oczywiście sen odleciał, więc wstaję, mycie i przygotowanie do wyjazdu na Chiński Mur – po raz pierwszy w życiu. Śniadanie: jajka sadzone, grzanki, dżem, kawa i mleko. Wyjeżdżamy o 9.30. Jazda 60 km zajmuje nam jakieś dwie godziny autostradą z szybkością 50-60 km na godzinę. Zadziwiające, bo na drogach II kategorii jeżdżą jak wariaci, reprezentacja Polski w badmintonie na Chińskim Murze-1986 rna trzeciego, na szóstego, okropnie. Chiński Mur jest rzeczywiście imponujący, widać go jak wężykiem układa się na górach, ale żeby go zobaczyć trzeba wspiąć się na kilka górek, co oczywiście jest moim marzeniem. Ale idę. Robimy zdjęcia, dużo zdjęć, pogoda, słonecznie, tylko wiatr szaleje. Do hotelu wracamy autokarem, ja ze zmęczenia i tej wspinaczki śpię w drodze powrotnej. Jest takie powiedzenie, kto nie widział Chińskiego muru i pandy, nie pił małtaj i nie jadł kaczki po pekińsku, ten nie był w Chinach. Właściwie od lewej Bożena Siemieniec -Bąk, Ja, Andrzejzostała nam tylko degustacja kaczki.

 

Biegiem na górę, przebieram się w kostium, białą bluzkę, biorę przygotowane upominki i szybko na dół. I już jesteśmy w restauracji o wdzięcznej, wiele mówiącej nazwie Pekińska Kaczka. Obecni: Zhou Zen – Prezydent Chińskiego Związku Badmintona (najsilniejszego związku badmintonowego na świecie), przedstawiciel polskiej ambasady, Lu Shengrong (późniejszy Prezydent Międzynarodowej Federacji Badmintona IBF), sekretarz generalny Chińskiego Związku Badmintona, Xiao Taowu, Jurek, Rysiek, Andrzej, Szi od lewej Ryszard Borek trener kadry narodowej w badmintonie i Andrzej Szalewicz Prezes PZBad 1986 rPin i ja, zawodnicy przy dwóch okrągłych stołach. Światowo, pięknie i elegancko. Restauracja to 5 pięter różnej wielkości sal, które są wynajmowane w zależności od ilości osób biorących udział w biesiadzie. U nas zamawiamy stół dla czterech osób, tam salę na 12, 16 czy 20 osób.

 

Kelnerzy serwują: jajko gołębie, kaczkę smażoną, pędy, kapustę, kurczaka, wołowinę, mątwę, żołądek, krewetki smażone, krewetki duże  i oczywiście kaczkę po pekińsku, hodowaną przez 40 dni (tuczoną), specjalnie pieczoną na ogniu z drewna owocowego. Kroi ją sam szef kuchni, używa do tego ogromnego tasaka, którym włada tak, jakby miał w ręku mały nożyk, a oprawa kaczki zajmuje mu kilka minut. Do kaczki podają maleńkie naleśniczki, drobniutko krojone pory, specjalny sos śliwkowy, jabłka w lukrze, słodkie koszyczki, a my polską wódkę. Kaczkę jemy w sposób następujący – naleśniczek smarujemy sosem śliwkowym, nakładamy trochę porów pokrojonych na zapałkę, do tego plasterek kaczuchy, zawijamy w rulonik i ten cudownego smaku naleśnik ląduje w naszej buzi. Jest pyszny, nic mu nie może dorównać. Majstersztyk.  

Podczas kolacji załatwiamy:

przyjazd trenera chińskiego na minimum dwa lata,

przyjazd ekipy polskiej na mistrzostwa Świata w 1987 r. do Pekinu (na koszt organizatorów, czyli Chińskiego Związku Badmintona),

przyjazd ekipy chińskiej na międzynarodowe mistrzostwa Polski w roku 1986 ! UFFFFFFFFF, jestem spocona z wrażenia, że tyle spraw udało nam się załatwić.

ekipa i mur 1986W czasie całego pobytu naszej reprezentacji powtarzałam: od naszego zachowania, wywołanego wrażenia na gospodarzach we wszystkich miejscowościach, od naszej postawy, a także postępowania, wyrażania opinii na tematy szkolenia w badmintonie zależeć będzie kilka istotnych spraw po które pojechaliśmy. Zrealizowaliśmy plan maksimum!  

Na zakończenie uroczystej kolacji wręczamy upominki dla Lu Shengrong: piękne lustro oprawione w srebro (cały czas latało w moim bagażu), wszyscy otrzymali proporczyki, te pięknie haftowane, Prezydent Zhou ja, sekr.gen Chinskiego Badmintona. Xiao Taowu, Shi Pin tylemZen wspaniałą inkrustowaną tacę, sekretarz generalny i Xiao Towu duże tace srebrne na owoce, oczywiście wszyscy otrzymali też polską wódkę. Mój bagaż znacznie zmniejszył swoją objętość oraz ciężar. Nawet przedstawiciel polskiej ambasady został uhonorowany naszymi upominkami. W tym miejscu warto zaznaczyć, że nasi polscy sponsorzy LOT i FSO przygotowali nam wiele drobiazgów, które mogliśmy wręczyć gospodarzom w poszczególnych miastach. Jurek Szuliński niespodziewanie podarował Madame Lu czapeczkę i szalik z naszych mistrzostw Europy – Helvetia Cup, zyskując aplauz obecnych. Na zakończenie jeszcze raz poprosiliśmy sekretarza generalnego o pomoc w dalszej współpracy, Mme Lu Shengrong od 1995 Prezes IBF gdyż Xiao powiedział mi, że właściwie wszystkie sprawy od niego zależą. Korzystając z tej informacji powróciłam do zasadniczej rozmowy jak sekretarz z sekretarzem. Madame Lu również obiecała nam pomóc. ( Madame Lu w 1995 r została wybrana Prezydentem Międzynarodowej Federacji Badmintona -IBF) I w ten sposób o 20.15 wylądowaliśmy w hotelu. Shi Pin, nasza Jola, zaczyna wywiad dla Radia Pekin. Co nam się podobało, jaka publiczność, jaki chiński badminton, co zobaczyliśmy? Andrzej jako prezes odpowiada na pytania.  

Szybki powrót do pokoju, pakuję rzeczy chyba po raz ostatni na tym wyjeździe. Proszę sobie wyobrazić, że wszystkie delikatne upominki jeździły w moim bagażu, więc chcąc nie chcąc był on wielokrotnie rozpakowywany do samego spodu. Sen niespokojny, czy w domu wszystko dobrze, jak moja córcia? 17 dni w podróży, żyliśmy jak w  kołowrotku, lot, przylot powitanie, rozpakowanie lekkie bagaży, obiad powitalny, targ w Chinachkolacja pożegnalna, 2 treningi codziennie, oficjalne mecze, zwiedzanie, kolacja pożegnalna, pakowanie i dalej. Najgorzej było jak nam się obiad pożegnalny z kolacją powitalną trafiał. W sumie wielkie przeżycia, wymagające ogromnej dyscypliny wewnętrznej. Pakowanie, rozpakowywanie i ekspresowe zakupy, na to było zawsze najmniej czasu. Wszystko kosztem snu, udziału w treningach, a jeszcze dodatkowo prowadzone oficjalne rozmowy lub spotkania, i na każde spotkanie wyprasowana świeża bluzka, odprasowany kostium i tak co dnia. Dzisiaj mogę powiedzieć, że to była podróż mojego życia. Azja, 17 dni, 3 klimaty, przestrzeń, widoki, maleńkie poletka, bieda i dostatek, ale też mogę stwierdzić, że w sklepach było wszystko, czego ludzie potrzebowali do życia, pożegnanie my i upominkia u nas? Za tanio nie było. Zarobki w granicach 90-120 Yuanów, termosy na pompkę kosztowały około 16 Yuanów a koc wełniany 70-120 Yuanów. Tylko oni takich koców nie używali, kołdry bajowe i już, bo ciepłe i tanie.  

Pozwólcie mi wrócić na chwilę do wielkiego chińskiego muru – wybudowany jako mur obronny w czasie panowania dynastii Ming, wysoki miejscami na 10-12 metrów. Otaczał Chiny pasmem około 5000 kilometrów, to jest tak, jakby postawić go na naszych granicach i wtedy dwukrotnie można byłoby je otoczyć. Imponujący, zbudowany z kamieni, ostro w górach, pod górę i w dół, co jakieś 500-600 metrów wieże obronne. W pobliskich górach też postawiono wieże obronne. Zbudowano go jako mur obronny przed wojskami mongolskimi Dżingis Chana. 

17.01.1986 

Godz. 5.55 pobudka. Śniadanie na lotnisku. Oddajemy 18 sztuk bagaży, mamy również bagaże podręczne, trochę szarpaniny, bo nie chcą nas wpuścić z nimi do kabiny. Przepychanka trwa kilkanaście minut, ja powrotny lotniewzruszona, a jednak wchodzimy. Startujemy o 9.50, szybko w górę. Pod nami widać wielki chiński mur. Siedzimy z Andrzejem w trzyosobowym rzędzie. Fotel między nami jest wolny. Pogoda piękna, ale widok raczej zamglony, wielka szkoda.

 

Andrzej czyta China Sport, staram się coś wynotować, dużo informacji dotyczących badmintona. Ludność w Chinach 1 mld 200 mln ludzi, 1/3 uprawia sport, ponad 120 mln ludzi gra w badmintona. Jest ponad 16 000 szkól popularnych, wyższych i uniwersytetów, do tego należy dodać jeszcze 2000 sportowych instytutów oraz zajęcia dla dzieci Chiński Murw szkołach i przedszkolach, a w nich ćwiczy 20 mln młodych potencjalnych mistrzów. Oczywiście podaję dane z roku 1986.

 

Przelatujemy na Irkuckiem i Krasnojarskiem, jest 7.15 czasu moskiewskiego, czyli 12.15 czasu pekińskiego, o godzinie 16.07 mijamy Ural (jest 11.07 czasu moskiewskiego). Podczas lotu spotykamy się z reprezentacją ZSRR, wymiana zdań, dowiadujemy się, że w Szanghaju podczas treningu używają już magnetowidów, kamer, mają opracowane badania naukowe, specjalne badania lekarskie. Jednak od tych tematów nasi gospodarze Rysiek, ja i Andrzejsprytnie uciekali. Lądujemy zgodnie z planem – jest 18.15 czasu pekińskiego czyli 13.30 czasu moskiewskiego, kontrola, bilety, bony obiadowe i już poczekalnia tranzytowa. Przed nami 6 godzin oczekiwania przy lodach, kawie i szampanie. Obiad zamawiam na godz. 16.00. Wszyscy są bardzo zmęczeni, zresztą co tu się dziwić. Nogi spuchnięte, a oprócz tego mam katar (zbyt częsta zmiana klimatów).W tej chwili w Pekinie jest 2.58, w Warszawie 19.58, to już 20 godzina w podróży. Właściwie to od trzech dni podróżujemy, bo ten krótki postój w Pekinie trudno nazwać pobytem. Szybko hotel, szybko spać, szybko śniadanie, szybko wielki mur, szybko przebrać się, szybko na bankiet, szybko, szybko, szybko, cholera trochę za szybko.

W domu kręcę się jakoś ospale, wszystko jest ok. W pracy urwanie głowy, a to sprawy sprzętu nie tak załatwione, a to nie zgadzają się przesłane ilości spodenek, Bilety do Budapesztu inaczej załatwione, a dodatkowo musze pojechać do LOTu do Krzysztofa Ziębińskiego i do FSO do Krzysztofa Panufnika z podziękowaniami i drobnymi upominkami z wyjazdu do Chin. 

A 22 stycznia o 16.00 wylot do Budapesztu. Na lotnisku w Budapeszcie spotykamy całkiem niespodziewanie Andrzeja Żabińskiego i Piotra Nurowskiego. Piotr leci do Maroka na placówkę. Krótka wymiana zdań. Ale pobyt w Budapeszcie to całkiem inna historia, o której jeszcze opowiem.  

Wasza Jadwiga

Wczasy

Wakacje, wakacje jeszcze są wakacje a jak wakacje to w czasach PRL-u czyli w czasach mojej młodości jeździło się na wczasy. Oto trzy urywki ( ” Wczasy, Zakopane, Niedziela nad Wisłą „_  z książki Zbigniewa Adrjańskiego „Pochody Donikąd” Warszawa 2009 cytuję:

„…Jesteśmy na wczasach

Słowa Wojciech Młynarski, muzyka Janusz Sent

Za oknami noc,
W górach śniegu moc okrywa wszystko,
Czort jedyny wie,
Co rzuciło mnie w to uzdrowisko.
Na parkiecie szum,
Wczasowiczów tłum, spleciony gęsto.
Siedzę tutaj sam,
A przed soba mam orkiestrę męską.
Typ co szarpie bas,
Wie, ze nadszedł czas, gdy w kimś na bańce,
Czuła struna drgnie
I rozpoczną się góralskie tańce.
Jest „górala” wart
Taniec gdy masz fart, gdy dziewczę kwili.
Z basem typ to wie,
Więc uśmiecha się,
I już po chwili:
Dla sympatycznej panny Krysi
Z turnusu trzeciego
Od przystojnego pana Waldka
-„Mucho-mucho” (…)

http://www.youtube.com/watch?v=RRfiddT5-aM

Najbardziej reprezentacyjna piosenka z tego gatunku: Jesteśmy na wczasach… Wojciecha Młynarskiego. Chodzi oczywiście o wczasy Wczasy w Karpaczu 1952 rpracownicze, organizowane przez FWP. Przez długie lata można było wyjechać wyłącznie na wczasy krajowe – do Krynicy, Bystrzycy, Ustki, Ciechocinka itd. Później zaczęto wyjeżdżać do Bułgarii, Rumunii, ZSRR (na Krym). Pojawiły się wtedy piosenki pod wymownymi tytułami: „Sasza i Alosza”, czy „Tania mnie kocha”, „Iwan ach Iwan”. A jeszcze później, po uchyleniu żelaznej kurtyny, zaczęto wyjeżdżać na Zachód za pośrednictwem „Orbisu”. Dotyczyło to jednak niewielu- wybrańców losu, przedstawicieli rzemiosła, prywatnej inicjatywy. Ale najpiękniejsze były wczasy krajowe, które organizował FWP, instytucja zasłużona dla piosenki i kultury polskiej. Ze wzruszeniem wspominać będziemy tzw. kaowców, czyli instruktorów kulturalno-oświatowych DWP, którzy ofiarnie umilali nam Międzywodzie droga do Dziwnowa 1954 r.życie, organizując wieczorki zapoznawcze, koncerty estradowe, wieczorki taneczne, wycieczki. Wczasy były miejscem zawierania różnych ciekawych znajomości, niewinnych flirtów i wielkich romansów, opisanych potem w piosenkach: „Letnia przygoda”, „Kasztany”, „Mazurskie wspomnienia”. Wielu młodych Polaków poczętych zostało na wczasach w PRL. Wczasy to również temat do poezji, literatury i filmu tego okresu. Latem wyjeżdżamy na wczasy nad morze. Zimą w góry. Modne letnie nadmorskie kurorty to Sopot- (zwany Perłą Bałtyku), Ustka, Darłowo, Kołobrzeg. W zimie Zakopane, Karpacz, Jelenia Góra. Starsze pokolenie preferuje przede wszystkim wczasy w kurortach przedwojennych: Krynicy, Szczawnicy, Ciechocinku, Iwoniczu, Inowrocławiu, Żegiestowie. Pija się tam wody mineralne, zażywa kąpieli leczniczych, chodzi na spacery i na podryw po zdrojowych deptakach. W muszlach koncertowych grają orkiestry zdrojowe. Młode pokolenie woli wczasy na Mazurach (żagle) oraz spływy kajakowe Krutynią i Czarną Hańczą. Reminiscencjami wczasów są popularne piosenki: „Letnia przygoda”, „Kasztany”, „Czy pamiętasz tę noc w Zakopanem”, „Mazurskie wspomnienia”, „Zachodni wiatr”, „Augustowskie noce”, „Wakacje z blondynką”, „Chałupy Welcome to”. W piosenkach tych przegląda się powojenna polska obyczajowość, można z nich ułożyć swego rodzaju „bedeker wczasowy po modnych miejscach i kurortach”, a także miłosnych Międzywodzie 1955 rzachowań Polek i Polaków. Romans wczasowy, przedstawiony w piosence, kończy się zazwyczaj rozstaniem i powrotem do codziennych obowiązków czytaj: (do męża lub żony). Miłości wczasowe są nietrwałe. Zostają po nich jakieś ”muszelki” darowane na szczęście i rysowane na piasku serduszka, które rozwiewa wiatr. Seks w tych piosenkach jest tematem tabu i można sadzić, że nie istnieje. Zupełnie nie wiadomo, skąd po każdych wczasach i urlopach zwiększenie przyrostu naturalnego?…”.

Takie wczasy dokładnie pamiętam, ponieważ wiele lat wraz z rodzicami jeździliśmy na wczasy do Międzywodzia, daleko na    Wybrzeżu Szczecińskim plaża w Międzywodziu, ojciec, brat i ja 1954 rz Wyspą Wolin w tle. Międzywodzie w latach 1952 – 1968 maleńka osada rybacka dzisiaj pretenduje do miana jednego z ładniejszych kurortów nadmorskich. W każdym bądź razie moje najmilsze młodzieńcze wspomnienia  związane są z pobytem najpierw na koloniach a później na wczasach w Międzywodziu. Nie były to wczasy FWP – te, były jednak dość drogie i wyjazd cztero osobowej rodziny był nie lada wydatkiem. Do Międzywodzia jeździliśmy do ośrodka wczasowego MZK jako, że tata pracował w tym Przedsiębiorstwie na które składało się wiele Międzywodzie kolonie 1953 rjednostek (tramwaje, autobusy kilka zajezdni Ostrobramska, Inflancka – dzisiaj na miejscu tej zajezdni autobusowej stoi osiedle apartamentowców, Młynarska, Chełmska, Obozowa). Wyjazdy autobusami, czasami w ilości 8 lub 10 sztuk,  na wczasy organizowane przez  MZK. Zbiórka plac Bankowy (dawny pl. Dzierżyńskiego), odjazd wieczorem, przyjazd do Międzywodzia następnego dnia około południa. No cóż, pewnie i dzisiaj w ten sam sposób organizuje się odpoczynek pracowników, jednak wtedy wyjazd na wczasy nad morze to było coś! Łza się w oku kręci, a mnie pozostają tylko wspomnienia…

Zakopane   

„…Zakopane to temat wielu piosenek np. „Czy pamiętasz tę noc w Zakopanem” – (w języku klezmerów tzw. Tango „Czipa”. Jest jeszcze tango „Zakopane, Zakopane” (na trzy, cztery dni). Jest też mnóstwo piosenek, które „dzieją się”, choć nie ma w nich słowa „Zakopane”. O Zakopanem można ułożyć oddzielny. A nawet stworzyć festiwal piosenek o zimowej stolicy Polski. Ciekawe, że takich piosenek nie maja inne kurorty: Krynica, Bystrzyca, Szczawnica. A jeśli nawet mają to nie tak znane są te utwory, jak te, które dzieją się w Zakopane.  Najgłośniejsze jednak jest tango „Czipa”. Tango „Czipa” – te nazwę wymyślił chyba  Antoś Buzuk – w języku klezmerów warszawskich oznacza tytuł „Czy pamiętasz tę noc w Zakopanem”. Utwór napisali Zygmunt Krasiński, Szymon Kataszek i Aleksander Julin, chyba jeszcze na krótko przed wojną. , „Neskim- mawiał pan Antoś do muzyków – Gramy tango „Czipa”. I wszyscy wiedzieli, o co chodzi. To był przebój nad przeboje. Może później z tangiem „Czipa” mogła się równać „Letnia przygoda”, „Kasztany”, albo „Pamiętasz była jesień”. Ale przez pewien czas był to absolutnie panujący na dancingach hit. No i nieoficjalny hymn Zakopanego…”.

http://www.youtube.com/watch?v=NvpCN9GN9GI&feature=related

W niedzielę nad Wisłą  

Międzywodzie Jadwiga 1964 r„…W niedziele nad Wisłą – uroki wypoczynku, pięknie reklamowała Barbara Rylska. Nie do wiary, ale nad Wisłą wypoczywały jeszcze w latach 1950-1980 tłumy warszawiaków. Czynne były miejsce plaże i warszawskie przystanie. Kursowały statki do Młocin i Nowego Dworu. Na wiślanej barce – odbywały się letnie przedstawienia teatru Ziemi Mazowieckiej. Otwarte były drewniane baseny do kąpieli przy Wale Miedzeszyńskim. Funkcjonowały nadbrzeżne knajpki, kawiarenki, dancingi na świeżym powietrzu. Specjalne „panoramy wiślane”, widowiska w czerwcu, na Święto Morza. Wisłą płynęły wtedy „pirackie korwety”, wystawiano na nich jakieś widowiska i pantomimy. W czasie jednego z takich świat nad Wisłą, na początku lat pięćdziesiątych wydarzyła się tragedia: tłum ciekawskich szturmował wejście na jedną z barek, na których wystawiano taka panoramę i trap prowadzący na barkę załamał się. Wybuchła panika- wiele potratowanych osób utonęło lub wpadło do wody. Prasa warszawska przemilczała tę tragedię. Tylko na Cmentarzu na Woli przybyło wtedy wiele nowych grobów.

Osobiście pamiętam też wiele miłych wydarzeń nad Wisłą. W 1953 roku, wspólnie ze wspomnianym już w tej książce Julkiem Głowackim braliśmy udział w tradycyjnym spływie o Słoneczny Puchar Wisły – z Warszawy do Płocka. Przez parę dni dziarsko wiosłowaliśmy środkiem Wisły, demonstracyjnie wywracaliśmy się na wiślanych łachach i radośnie taplaliśmy się w czystej i ciepłej wodzie. Oczywiście po drodze było jeszcze zwiedzanie nadwiślańskich miejscowości, wieczorne ogniska i śpiewy. Były to jedne z najwspanialszych wakacji w moim życiu. Ale Wisła była jeszcze czysta i nie zatruta socjalistycznym przemysłem…”. 

http://w349.wrzuta.pl/audio/6rDJgJauDwx/jarema_stepowski_-_statek_do_mlocin

Międzyzdroje, brat na molo 1959 r.I tak w prosty sposób przypominając sobie wakacje mojej młodości, przypomniałam państwu niektóre znane miejscowości, kurorty, do których najpierw nas wożono, potem sami chętnie jeździliśmy, słuchając największych przebojów naszych „tamtych” czasów.

Teksty wakacyjne dla Państwa z książki Zbigniewa Adrjańskiego „Pochody donikąd” wybrała

Wasza Jadwiga

Content Protected Using Blog Protector By: PcDrome.