Subskrybuj kanał RSS bloga Okiem Jadwigi Subskrybuj kanał RSS z komentarzami do wszystkich wpisów bloga Okiem Jadwigi

Archiwum kategorii ‘Opowiadania’

Kioto , Kyoto,  czyli  miasto stołeczne – miasto w zachodniej części japońskiej wyspy Honsiu. Dawniej stolica Japonii i siedziba cesarza. Kioto jest częścią obszaru metropolitalnego Keihanshin, zamieszkiwanego przez ok. 18 mln osób. Miasto założono w widłach  rzek: Kamo i Katsura. Ze względu na wznoszące się wokół miasta góry, Kioto słynie z parnych letnich nocy, z całkowicie nieruchomym powietrzem.  Oto co znalazłam w sieci na temat Kioto „…Na przestrzeni wieków Kioto znacznie się rozrosło, wychodząc poza pierwotny prostokąt Heian-kyō, przede wszystkim na drugi brzeg rzeki Kamo. Kamo-gawa stała się dość rzadkim w Japonii przypadkiem rzeki ujętej bulwarem i nabrzeżnym parkiem, rzeki włączonej do przestrzeni miasta. Rozległy kompleks parkowy nowego pałacu, Kyōto Gyoen, prostokąt o bokach 1,3 km na 0,7 km, znajduje się dzisiaj na północnych krańcach śródmieścia. Zachodnim skrajem kompleksu biegnie główna południkowa ulica śródmieścia – Karasuma-dōri, która na jego południowym krańcu przebiega obok głównego dworca kolejowego. Najważniejszą przecznicą jest obecnie Shijō-dōri („Czwarta ulica”). Przy niej, w okolicach skrzyżowania z Kawara-machi grupują się najważniejsze sklepy i domy towarowe Kioto. Miejsce to, wraz z dzielnicą położoną za mostem Shijō-ōhashi po wschodniej stronie rzeki Kamo, jest również centrum życia nocnego. Główna dzielnica biurowa znajduje się w okolicach dworca na południu i w centrum miasta. Inna przecznica alei Karasuma – Sanjō-dōri („Trzecia ulica”) – tradycyjnie główna ulica śródmieścia, zachowała pierwotną szerokość i wiele elementów zabudowy z wcześniejszych okresów.  Znajduje się przy niej interesujące Muzeum Kultury Kioto.  Specyficznym miejscem są okolice chramu sintoistycznego Heian Jingū z 1895r. położonego na wschodnim brzegu rzeki, mającego przypominać Pałac Cesarski dawnego Kioto. Przekształciły się one w skupisko muzeów sztuki, wyróżniające się wielką skalą zabudowy. Po drugiej stronie miasta kompleks świątyni Myōshin-ji stanowi oryginalny konglomerat wielkich drewnianych budowli, otoczonych setką małych drewnianych domów…” Na terenie historycznych dzielnic, za nowszą zabudową głównych ulic, w głębi kwartałów zachowały się tysiące drewnianych domów, willi w ogrodach otoczonych murami, małych świątyń. Otaczające najstarszą część miasta obszary nie posiadają już regularnej siatki ulic. Kioto jest jednym z nielicznych japońskich miast, gdzie ulice mają swoje nazwy, ponieważ w Japonii ulic się nie nazywa. Kioto jest otoczone  z trzech stron górami,  Higashiyama, Kitayama i Nishiyama, o wysokości dochodzącej do 1000 m n.p.m. Na stokach wzgórz oraz u ich podnóży położonych jest wiele rezydencji i świątyń. Nazwą Kiyomizu-dera, którą zwiedzałam, określa się kompleks kilku drewnianych budowli we wschodnim Kioto, a szczególnie główną świątynię poświęconą bogini Kannon. Nazwa jest związana z wodospadem, który powstał na strumieniu wypływającym z zalesionych zboczy Higashiyama. Pierwszą świątynię w tym miejscu założył około 794 r. buddyjski mnich Enchin pod wpływem wizji, w której otrzymał polecenie odszukania źródła czystej wody. W  794 r. cesarz Kammu, przenosząc stolicę do nowej siedziby w Kioto, podarował budynek ze starą salą tronową głównemu generałowi Sakanoue no Tamuramaro,  jako nagrodę za służbę wojskową. Ponieważ generał był żarliwym wyznawcą Kannon, przekazał budynek Enchinowi, z przeznaczeniem na główną świątynię bogini. W roku 1629 pożar zniszczył zabudowania świątyni. Kiedyś świątynia należała do zabudowań pałacu, dlatego jej dach zamiast dachówek  pokryty jest drzewem cyprysowym. Interesującym szczegółem jest fakt, że świątynia zbudowana jest z drewna bez użycia gwoździ, o czym się sama przekonałam.  Obecnie kompleks jest główną świątynią buddyjskiej sekty Hossō-shū (dosł. przejawy zasad), jednej z najstarszych w Japonii, stworzonej  w 661 r. Główny budynek świątyni Kiyomizu słynie ze wspaniałej, rozległej werandy – butai (scena tańców) – wspartej na wielopoziomowej konstrukcji, wystającej ze zbocza stromego wzgórza i zapewniającej piękny widok na okolicę. W dawnych czasach ta weranda służyła również samobójcom, ale to było dawno temu.  Poniżej jest wodospad Otowa no taki, którego trzy strumienie wpadają do stawu. Woda wypływa z niego trzema strumieniami i można tylko napić się z jednego z nich, w zależności od tego, czy chcemy zapewnić sobie zdrowie, miłość czy urodę, (niektórzy przewodnicy mówią zdrowie, wiedzę czy długie życie). W Kioto jest ponad 1600 świątyń buddyjskich i około 400 świątyń shinto, między innymi Ryoan-ji, czyli Świątynia Uspokojonego Smoka z pięknym kamiennym ogrodem zen, w którym można medytować, Kinkaku-ji , czyli Świątynia Złotego Pawilonu. Do Kioto pojechałam na jeden jedyny dzień jaki mogłam dostać. Zabrałam sie z wycieczką amerykanskich turystów, i to był mój największy błąd. Co prawda wyboru nie miałam żadnego, bo wycieczka była organizowana dla gości  Hotelu Otaniemi, ale  moje hostessy wiedząc o moim marzeniu zobaczenia Kioto pomogły, tylko sobie wiadomymi sposobami, uczestniczyć w tej wycieczce razem z amerykanami. Przewodniczka mówiła po angielsku, i nawet ją rozumiałam, choć akcent leciał na ostatnie sylaby we wszystkich wyrazach, ale to uszło. Podczas naszej krótkiej podróży -tylko 80 km okazało się, ze pada deszcz, no trudno, Kioto jest warte padającego deszczu niech będzie. Przeżyję. Autostrada- o tym należy napisać. Autostrady to drogi dwupasmowe wybudowane są na wysokośći 10-12 metrów na betonowych podporach, jak nasze największe rozjazdy na skrzyżowaniach na przykład w Warszawie przy ul. Marsa z ul. Grochowską. Po dwa pasy w jedną stronę i dwa pasy w drugą, wszystko jest obrzeżone wysokim płotem wygłuszajacym hałas, więc widoku na prawo i lewo nie ma żadnego, może tylko miejscami z daleka. I tak przez całądrogę. Dojechaliśmy, nasz autokar udał sie zgodnie z planem do studia nagrań filmowych filmów Ninija. No świetnie, ale ja wcale tego nie chciałam oglądać, mając do wyboru świątynię Kiyomizu-dera, Złoty Pawilon, Pałac Cesarski, my do Niniji! Nie byłam zadowolona, wcale, tym bardziej, że spędziliśmy tam 3 godziny po nic, to wszystko można było oblecieć w godzinę. Nastepny punkt to lunch, bo zrobiła się 12.00 w południe, no to mogę wybaczyć, bo poszliśmy do restauracji japońskiej i dostaliśmy bento, koszyk z jedzeniem o którym pisałam w poprzednim wpisie na temat Osaki. Znowy stracilismy godzinę, i w końcu dotarliśmy do światyni Kiyomizu-dera. Tam nareszcie była uczta duchowa, piękno światyni opisywane w licznych przewodnikach jest niczym gdy widzi się wszystko bezpośrednio w realu. Nakręciłam kilka filmów, ale nie umiem ich tu wmontować, więc nie mogę pokazać, a szkoda. W Kioto kupiłam 4 kimona, nie takie jakie noszą gejsze, tylko takie więcej zmodernizowane z jedwabiu w kwiaty, dla córki niebieski, dla wnuczek czerwone no i dla siebie, później jeszcze dokupiłam kilka, więc yukata dostali prawie wszyscy (bawełniane kimona na lato). No i niestety zrobił się wieczór i trzeba było wracać. Chyba to jest jeden z powodów do odwiedzenia Kioto jeszcze raz , bo Złoty Pawilon, Pałac Cesarski, Ogród najpiekniejszy na świecie i kilka jeszcze innych wspaniałości zostało do obejrzenia, a ja zamiast tego oglądałam filmowego Nijnje.

Na szczytach wzgórz wokół Kioto, ulokowało się wiele klasztorów. Kioto jest uważane za kulturalne centrum Japonii. Przynajmniej do XVIII w. miasto promieniowało na cały kraj twórczością artystyczną, kształtowaną w kręgu dworu cesarskiego. Szczyt rozwoju Kioto przypada  na lata 1573-1603. Narodziły się wówczas nowe formy malarstwa (ścienne i parawanowe), reprezentowane przez indywidualności artystyczne. Mistrzem tworzenia ogrodów i sztuki picia herbaty był wówczas Kobori Enshu. W czasie II wojny światowej Kioto zostało oszczędzone, dlatego jest jednym z najlepiej zachowanych miast Japonii, gdzie na każdym kroku widzimy piękne pałace, ogrody czy też oryginalną architekturę. W rejonie Kioto znajduje się wiele z najsłynniejszych japońskich zabytków, między innymi: Kiyomizu-dera –  drewniana świątynia, o której już pisałam, Złoty Pawilon, Srebrny Pawilon, chram shinto ku czci rodziny cesarskiej zbudowany w 1895 r, Ryoan-ji ze słynnym skalnym ogrodem, Świątynia Shukoin, Pałac Cesarski, Cesarska Willa Katsura, Cesarska Willa Shugaku-in, najpiękniejszy ogród w stylu japońskim. ( informacje pochodzą z przewodnika  o Kioto). Ja chciałam jednak przejść do tego, co obiecałam, a więc do spotkania z Gejszą.

W Kioto jest pięć dzielnic gejsz: Hanamachi – „dzielnica kwiatów”), Gion Kobu,  Pontocho (wzdłuż Kiyamachi-dōri na zachodnim nabrzeżu rzeki Kama), Miyagawa-chō (za teatrem Minamiza), Kamishichiken (na wschód od chramu Kitano Tenman-gū), Gion Higashi. Słowo Gejsza (Geisha) składa się z wyrazów gei „sztuka” i sha „człowiek”. Tak więc chodzi tu o kogoś uprawiającego tradycyjne japońskie sztuki, innymi słowy – artystę. W Kioto używa się terminu geiko, co oznacza „kobietę zajmującą się sztuką”. Gejsze są mistrzyniami w sztuce konwersacji, tańca, śpiewu i gry na tradycyjnych instrumentach japońskich, głównie shamisen. Jest to trzystrunowy, szarpany instrument, wyglądem przypominający mandolinę. Jego boki są wykonane z drewna, natomiast spód i wierzch jest z kociej skóry. Rzadziej używane są bębenki zwane taiko, a także koto (trzynastostrunowy instrument szarpany podobny do cytry), a czasem i flety bambusowe (shakuhachi). Gejszom dobrze znane są kaligrafia, ikebana, origami czy też inne sztuki japońskie. Oto czego dowiedziałam się o gejszach i ich życiu. Moimi rozmówczyniami były dwie panie. Kandydatki na gejsze mają tylko pięć lat. W pierwszym okresie treningu zwanym shikomi, kandydatki są zwykłymi pomocnicami. Daje się im wiele trudnych zadań, aby wybrać te „najtwardsze”. Jeśli tylko kandydatka opanowała odpowiednie sztuki oraz zdała  końcowy egzamin z tańca, zostaje promowana do drugiego etapu treningu: minarai. W tym krótkim okresie, który trwa zazwyczaj miesiąc, kandydatki poznają wiele praktycznych zagadnień związanych z byciem gejszą. Następnie kandydatka kończąc zazwyczaj 16 lat przechodzi do ostatniego etapu treningu, gdzie zostaje Maiko (kobietą tańca). Etap ten w zależności od dzielnicy może trwać wiele lat. Zadaniem gejszy jest nauczyć Maiko wszystkiego, co sama potrafi. Gejsza będzie ją polecała w herbaciarniach oraz innych ważnych miejsc spotkań, pozna ją z odpowiednimi ludźmi.

Trzeba wiedzieć, że początkowo gejszami zostawali tylko mężczyźni, dopiero w późniejszych czasach dołączały do tego zawodu kobiety, dla odróżnienia zwane onna geisha czyli „kobieta gejsza”. Obecnie gejszami zostają wyłącznie kobiety. Gejsze, jak to się niektórym wydaje, nie były i nie są prostytutkami czy też zwykłymi kurtyzanami. Po drugiej wojnie światowej Amerykanie okupujący Japonię korzystali z usług prostytutek, które podawały się za gejsze stąd też wziął się wizerunek gejszy – prostytutki poza granicami Japonii. Prawdziwa gejsza nosi ciężkie kimono składające się z kilku warstw oraz pas zwany obi. Kimono waży około 20 kg zaś pas obi ma 7 metrów długości i należy go wiązać w bardzo specjalny sposób, tak aby pas z tyłu luźno zwisał (Maiko) a był precyzyjnie zawiązany u gejszy. Dlatego nie możemy ubrać się bez pomocy, do tego specjalnie uczesana fryzura. Maiko chodzą do fryzjera raz w tygodniu. Ponieważ mają swoje własne długie włosy czesane są w specjalny kok z odpowiednim przystrojeniem kwiatami, innymi dla każdego miesiąca. Uczesanie Maiko w odpowiedni kok jest pracochłonne i drogie, dlatego Maiko chodzą do fryzjera raz na tydzień. Po zostaniu gejszą włosy są obcinane i gejsze noszą tylko i wyłącznie peruki o wadze około 3 kg. Wyobraźcie sobie teraz jak Maiko śpi? Śpi się na specjalnej drewnianej podstawce tak, aby nie zrujnować fryzury, a więc aby przewrócić się podczas snu na bok należy się obudzić, przekręcić, i wtedy znowu możesz spokojnie zasnąć. Bardzo łatwe, no nie! Ubranie się w kimono jest skomplikowane i może zająć ponad godzinę i to z profesjonalną pomocą! (Świadczyć usługi seksualne i ubierać się w takie kimono po każdym kliencie…. to byłoby raczej męczące.) Maiko nosi okobo – klapki na 10-15cm koturnie (jeśli maiko jest zbyt wysoka, to ich  nie nosi). Inną cechą charakterystyczną gejsz jest makijaż, całkowicie biały z czerwonymi ustami oraz czarnymi i czerwonymi akcentami wokół oczu i brwi. Zrobienie takiego makijażu wymaga sporego doświadczenia i jest niezwykle czasochłonne. Makijaż gejszy zależy od jej wieku. Jak już powiedziałam nauka zawodu trwa wiele lat, Maiko mieszka u opiekunki, która z reguły sama była gejszą, a teraz będąc na emeryturze prowadzi szkołę dla gejsz. Tam Maiko jest uczona rozmowy, tańca, gry na shamisenie, bębenku, ceremonii parzenia herbaty, podawania sake, przestrzegania etykiety, układania kwiatów, tańca, śpiewu. W naukę Maiko inwestuje się bardzo duże pieniądze, wartość kimona to niebagatelna kwota około 30.000$, a przecież musi ona posiadać kilka kimon ze względu na porę roku, czy pogodę, ponadto nauka języków obcych, wiedza z zakresu sztuki. Aby zostać Maiko – nauka trwa tylko 10 lat, natomiast nauka Maiko, aby zostać Gejszą trwa 6 lat. Jest to ciężka i bardzo trudna praca, gdyż dziewczyna z reguły nie ma swojego prywatnego życia i jeżeli ma szczęście to może mieć 1- 2 dni w miesiącu wolne, wtedy może chodzić bez kimona, specjalnej fryzury, makijażu, wtedy przez te dwa dni może być normalna młodą dziewczyną. Podczas nauki Maiko ani specjalnie nie chwalimy ani nie potępiamy. Jeżeli w tym czasie Maiko zrezygnuje z nauki i odejdzie, czeka ją wyklęcie ze środowiska, bez prawa powrotu. Gdy w Kioto widzimy (bardzo rzadko to się zdarza) idąca Maiko to wiemy, że mamy przed sobą kobietę wartą około 80.000$.   Niezwykle ważna w stawaniu się gejszą jest inicjacja życia seksualnego zwana mizuage, czyli utrata dziewictwa. Opiekunka przyszłej gejszy, Okasan, szuka i wybiera odpowiedniego kandydata lub co jest teraz bardziej rozpowszechnione, a o czym się prawie nie mówi jest ogłoszony „przetarg” który z możnych, wysoko postawionych społecznie i politycznie mężczyzn da więcej. Wszystko zależy od Maiko, z jakiej szkoły pochodzi i z jakiej dzielnicy oraz jaką i gdzie u kogo pobierała naukę, u której z byłych gejsz. Z pozyskanych przez mnie informacji wynika, że najlepsza szkoła gejsz w Kioto jest usytuowana w dzielnicy Gion. Oczywiście w Tokio też istnieją znakomite szkoły gejsz, ale ja  o nich nie mogę napisać, gdyż tam nie byłam. Czy zauważyliście, ze Kioto jest anagramem Tokio? Przenosząc stolicę z Kioto w nowe miejsce zastanawiano się, jak ją nazwać i dlatego użyto anagramu Kio-to, To-kio.  W naszej kulturze gejsze kojarzone są z kobietami uległymi czy nawet bezwolnymi. Nic bardziej mylnego. Aby przeżyć w swojej społeczności, często musiały być bezwzględne wobec swoich adwersarzy, a swoją pozycję społeczną zdobywały ciężką pracą oraz poświęceniem.
Gejsze zamieszkują w domach zwanych okiya (w Tokio geishaya), a chadzają na przyjęcia głównie do tradycyjnych herbaciarni ochaya, czyli niewielkich domów z drewna, obowiązkowo z wyjściem na tradycyjny ogród w stylu japońskim. W opinii Japończyków, gejsze uchodziły za ideał pięknej kobiety. Dawniej, gejsze miały wielki wpływ na gospodarkę oraz politykę Japonii. W epoce Meiji mówiono, że ambitny urzędnik powinien mieć dwa cele w życiu: wziąć za żonę gejszę i zostać ministrem. Jednak nawet gejsze nie będące żonami urzędników posiadały ogromne wpływy. Odegrały również znaczącą rolę w kształtowaniu się kultury japońskiej. Japończycy ubóstwiają chodzić na festiwale tańca z udziałem gejsz. W Kioto, Wiosenne Festiwale z udziałem gejsz odbywają się regularnie od 1875 roku.
W XX wieku popularność na bycie gejszą znacznie spadła. Na początku XX wieku funkcjonowało ponad 80.000  gejsz, obecnie szacuje się, że liczba ta spadła poniżej 2 000, ja natomiast w rozmowach w Kioto usłyszałam, że prawdziwych gejsz jest około 200. Niemniej jednak w ciągu ostatnich kilku lat zauważa się wzrost zainteresowania zawodem gejszy wśród japońskich nastolatek. W tym roku, w Kioto, pierwszy raz od ponad 40 lat liczba kandydatek (maiko) do pozostania gejszą przekroczyła 100, 30 lat wcześniej było to mniej niż 30 dziewcząt. Według ekspertów jest to spowodowane tym, że Japończycy coraz bardziej cenią sobie kulturę i tradycję własnego kraju, ja jednak uważam, że posiadanie gejszy w rodzinie stanowi dla tej rodziny znakomite źródło dochodu. Każda gejsza musi być zarejestrowana w urzędzie rejestracyjnym kenban. Japońska gejsza nie ma odpowiednika w innych kulturach na świecie. Przygotowanie wieczorne do wyjścia rozpoczyna się około godziny 18.00. Już po około dwóch godzinach Maiko, lub Gejsza są gotowe i wychodzą do Herbaciarni. Nikt nigdy oficjalnie nie powiedział, ile kosztuje godzina usług Gejszy czy Maiko, ale cena kształtuje się na poziomie od 1000 do 2000 $ za godzinę, zależny to od Gejszy, jej wykształcenia, sposobu bycia, umiejętności śpiewu, urody, umiejętności zabawiania gościa rozmową, umiejętności odpowiedniego podawania sake, (a nawet jej picia czyli od silnej głowy), czyli od tego wszystkiego czego latami się uczyła. Im lepsza dzielnica, gdzie mieści się szkoła, im piękniejsza gejsza, w im piękniejsze kimono ubrana, tym cena wielokrotnie rośnie. Jednak Maiko nie otrzymuje pieniędzy bezpośrednio, te płacone są nauczycielce, natomiast gejsze… hm kto to wie, ja nie mogłam się zbyt dużo dowiedzieć na tematy finansowe gejsz. Niech to pozostanie jedną z wielu ich tajemnic.

O  Kioto , Maiko i Gejszach opowiadała

Wasza Jadwiga

Osaka 2007

W roku 2007, w sierpniu odbywały się w Osace Mistrzostwa Świata w lekkiej atletyce. Pojechałam jako kierownik 92 osobowej grupy zawodników, trenerów masażystów i lekarzy. Wyjazd trudny, bo lekka atletyka jest królową sportu i należą jej się stosowne hołdy jak to królowej. Trudny również dlatego, że daleko (przy różnicy czasu około 9 godzin) a kontakt z krajem zawodnicy mieli wyłącznie poprzez magiczny Internet. Zawody odbywały się na pięknym stadionie w Osace, a my mieszkaliśmy w hotelu Sheraton, można powiedzieć, że w samym centrum miasta. Nie będę pisała tym razem o wynikach, gdyż lekka atletyka, jako królowa sportu ma piękna oprawę zawodów – mnóstwo transmisji telewizyjnych i radiowych. Media prześcigają się podając wiele ciekawostek o startujących zawodnikach, ci zaś prześcigają się nie tylko sportowo, ale też prezentując modę, nowe trendy, fryzury czy tipsy, jak to było za sprawą sprinterki Florence Griffith-Joyner w roku 1988 r podczas Igrzysk Olimpijskich w Seulu. Lekka atletyka posiada również wielu znakomitych sponsorów. Te wielkie firmy podczas zawodów zwracają uwagę na pojawiające się potencjalne gwiazdy, aby z nimi podpisywać intratne kontrakty. Wyniki zawodów są fascynujące, gdyż startują w nich tak wspaniali sportowcy z całego świata jak Usain Bolt, czy caryca tyczki Jelena Isinbajewa, nie mówiąc już o naszych zawodniczkach Ani Rogowskiej czy Monice Pyrek w skoku o tyczce. W niedzielę 28.11.2010 Monika udowodniła, że jest też świetną tancerką zdobywając wraz ze swoim partnerem Robertem Rowińskim Kryształowa Kulę XII edycji „Tańca z Gwiazdami”. Ale wracamy do Osaki.

Praca kierownika ekip jest wielce odpowiedzialna, gdyż należy zorganizować wyjazd ekipy z Polski i powrót do kraju (nie piszę tutaj o sprawach szkoleniowych, gdyż te należały wtedy do kierownika wyszkolenia PZLA pana Henryka Olszewskiego, który pełnił również funkcję trenera Tomasza Majewskiego, zawodnika w pchnięciu kulą). Skupiam się tylko na organizacji wyjazdu oraz pobytu. Wylot w trzech grupach różnymi liniami lotniczymi w tym Lufthansą, Air France oraz KLM. Oczywiście ja razem z p. Andrzejem Lasockim wylecieliśmy dwa dni wcześniej, aby przygotować transfer zawodników przyjeżdżających z Kochi do Osaki, szybko ich zakwaterować, tak by nie zajęło to ogromu czasu, choć osób było sporo. Wyladowaliśmy na lotnisku Kansai International Airport 9 km od Osaki. Czy wiecie, ze to ogromne lotnisko, na którym moga ladować najwieksze samoloty świata,  zostało zbudowane na  wyspie, którą usypano z kamieni i ogromych betonowych bloków? Lotnisko Kansai z Osaką łączy  most o długości 9 km., a w ogóle w Osace jest 900 mostów!

 Andrzej i ja długie godziny spędziliśmy w hotelu, w którym pracowało biuro zawodów wraz z biurem IAAF. Tam po przylocie należało dokonać stosownych opłat za pobyt ekipy, na podstawie list zgłoszeń oraz podanych wcześniej informacji dotyczących przylotów i odlotów poszczególnych zawodników wraz z trenerami i lekarzami oraz masażystami. W biurze organizatorów i IAAF spędziliśmy około 8 godzin, z tym, że na specjalnej tablicy wpisaliśmy się w kolejności przyjazdu do hotelu tak, że mogliśmy pojechać do naszego hotelu, aby złożyć bagaże, rozpakować się, wziąć prysznic i złapać szybką krótką drzemkę. Około 20.00 wróciliśmy do biura, które pracowało całą dobę, a nasza kolejka znacznie się skróciła i już po godzinie siedzieliśmy w boxie IAAF, uzgadniając wszystkie przesłane dane. Cała rejestracja i uzgodnienia trwały około 2 godzin i po ustaleniu wszystkich danych zapłaciliśmy za pobyt ekipy polskiej i otrzymaliśmy zamówione i przyznane nam ilości pokoi jedno i dwuosobowych w naszym hotelu. Tu muszę wyjaśnić, że sprawa pokoi jest ważna, ponieważ na daną ilość zgłoszonych osób przypada stosowna ilość pokoi jedno i dwuosobowych.  Choć sprawy finansowe są zawsze bardzo trudne, jednak mając listy zawodników, trenerów, masażystów, ekipy lekarskiej, zgłoszenia imienne zawodników, dokładne daty i godziny przylotów i odlotów, numery rejsów lotniczych przygotowane przez Monikę w Warszawie, wiedzieliśmy, że o pomyłkach nie może być mowy i dokładnie mieliśmy policzone, ile mamy dopłacić. Tym niemniej, jak to w życiu bywa, zawsze mogą być jakieś niespodzianki, o których raczej nie chcieliśmy myśleć, ale czasami jednak trudno ich uniknąć. Nasi zawodnicy przylecieli do Japonii około 2 tygodni wcześniej i mieli zorganizowany obóz treningowy w Kochi.  Na kilka miesięcy przed mistrzostwami, już w lutym, uzgodniono gdzie, w jakiej miejscowości i w jakim terminie zawodnicy będą przebywali na zgrupowaniu treningowym, jednocześnie będącym przystosowaniem się do warunków klimatyczno-czasowych, panujących w Japonii. Wybrano Kochi, (jako próbę również dla zgrupowania aklimatyzacyjnego przed Igrzyskami Olimpijskimi w Pekinie w roku 2008), gdyż przejazd z Osaki do Kochi i z powrotem nie trwał zbyt długo, jak na warunki Japonii, i po około 6-7 godzinach od momentu przylotu zawodnicy byli na miejscu. Ten aspekt organizacyjny był brany również pod uwagę w przygotowaniach do Igrzysk Olimpijskich w następnym roku. Ważną sprawą była też oferta zakwaterowania w Kochi, gdyż należy pamiętać, że niektórzy polscy sportowcy są ludźmi dobrze zbudowanymi, a także są wysokimi, jak Tomasz Majewski, Piotr Małachowski, czy Szymon Ziółkowski. Sportowcy japońscy są raczej niewysocy. Po ustaleniu wielu szczegółów, m.in. wielkości łóżek, ilości autokarów niezbędnych do przewiezienia ekipy oraz dodatkowego transportu bagażu, tyczek i innego sprzętu, należało uzgodnić również menu dla zawodników podczas pobytu w Kochi. Wyobraźcie sobie, że otrzymaliśmy jadłospis na cały pobyt ekipy oraz dodatkowo zaoferowano nam również możliwość przygotowania dań kuchni europejskiej. Podczas pobytu zaś okazało się, że organizator chciał wielce dogodzić reprezentacji i kilkakrotnie były serwowane dania polskie przygotowywane pod czujnym okiem panów kucharzy pobliskich restauracji.  Oczywiście zawsze można wszystko zorganizować jeszcze lepiej i jeszcze sprawniej, ale w tym wypadku okazało się, że pracując tylko poprzez emaile udało się wszystko załatwić jak należy. Piszę o tym, gdyż naprawdę nie bardzo zdajemy sobie sprawę, jak wygląda organizacja przelotów na imprezy światowe, szczególnie takie jak Mistrzostwa Świata w lekkiej atletyce, gdzie nazwiska mówią same za siebie i wszelkie komentarze są zbyteczne, a wymaganiom należy sprostać. Nam widzom, ludziom siedzącym po drugiej stronie ekranu telewizorów, wydaje się to takie proste. No polecieli, mieli zdobyć tyle medali, a zdobyli tyle. Albo się cieszymy, albo odsądzamy od czci i wiary naszych idoli. Natomiast kuchni organizacyjnej wyjazdów nikt nie ogląda i o niej z reguły się nie pisze. Chyba, że jest totalna wpadka. Wtedy najbardziej widać to w prasie radiu i TV. Ponadto proszę sobie wyobrazić sytuację, gdy zawodnicy mają tyczki do skoku o tyczce specjalnie przygotowywane dla danego zawodnika, czy zawodniczki z włókien sztucznych o specjalnej giętkości, których długość wynosi do około 5,20 m. Są one przygotowywane dla każdego zawodnika osobno z uwzględnieniem wzrostu, wagi, techniki skoku i innych bardzo ważnych parametrów, jak giętkość czy twardość. Zawodnik używa tyczek w zależności od dnia, pogody i temperatury panującej na stadionie.  Z tyczkami w podróży zawsze jest najwięcej problemów, ponieważ są długie i muszą lecieć w dużym luku bagażowym, natomiast sprawa zabrania tyczek do luku bagażowego nigdy do końca nie jest jasna, gdyż nie wiadomo, który samolot ile bagażu będzie zabierał, jak on będzie rozmieszczany w lukach i w jaki sposób będzie ten luk dzielony. Nie wchodzę tu w szczegóły spraw związanych z przewozami lotniczymi, bo się na tym zupełnie nie znam, ale choć trochę przybliżam problem. Stąd zawsze najwięcej nerwów zabierała nam sprawa tyczek i przelot tej grupy zależał od możliwości załadowania tego sprzętu. Zresztą może państwo pamiętają z tv lub radia, gdy nasza Monika Pyrek nie mogła odnaleźć nadanych tyczek po powrocie ze znanego mityngu, a było to tuż przed Igrzyskami Olimpijskimi w Pekinie w roku 2008. Zdarzyło się też i tak, gdy nasza reprezentacji młodzieżowa leciała do Ameryki Południowej na Młodzieżowe Mistrzostwa Świata i po przylocie na miejsce i odebraniu nadanego pakietu tyczek, okazało się, że są one obcięte o około 80 cm, gdyż nie mieściły się w luku bagażowym. Nasz reprezentant skakał wtedy na pożyczonych tyczkach i choć miał szanse na medal zajął „tylko” V miejsce. Różne zdarzają się przypadki. Dlatego tak ważne jest, aby przed główną imprezą roku, zawodnicy mieli wszystko dopięte na ostatni guzik. Przyjazd autokarami naszych reprezentantów z Kochi do Osaki i szybka akredytacja, a następnie przejazd do hotelu odbył się bez przeszkód i przygód. Sprawnie bez zbędnej straty czasu, przydział pokoi i zakwaterowanie zakończone. Każda ekipa miała przydzielone hostessy do pomocy. Polska też. Codziennie pracowało ze mną na jednej zmianie (od 8 do 14.00 i od 15.00 do 22.00) od 4 do 6 pań mówiących lepiej lub gorzej po angielsku, jednak zawsze miłych, chętnych do pomocy i oczekujących na nas w sali hostess w naszym hotelu. Dziewczyny były oddelegowywane przeze mnie na treningi szczególnie z miotaczami, dyskobolami, czy z zawodnikami reprezentującymi nas w skoku o tyczce. Pomoc hostess mówiących po japońsku i angielsku była bardzo wskazana. Moim biurem był mój pokój hotelowy, w którym zainstalowałam sobie laptop i w ten sposób miałam połączenie z biurem w Warszawie i na bieżąco prowadziliśmy prace w Warszawie i w Osace. Było to o tyle ważne, gdyż kilka razy należało przebukować bilety lotnicze z tego na inny termin, ustalić odbiór zawodników w Warszawie, dalszy przejazd i inne drobne sprawy organizacyjne pozałatwiać. Na miejscu w Warszawie pracowały Monika i Małgosi , a ja w Osace.

Wyżywienie na Mistrzostwach Świata jest bardzo ważną sprawą szczególnie dla zawodników, ponieważ to oni są głównymi bohaterami na stadionie. Kuchnia hotelowa zorganizowała restaurację w największej sali recepcyjnej i z wyjątkiem dwu godzinnej przerwy od 2.00 do 4.00 rano restauracja pracowała dla nas na okrągło. Co było serwowane? Płatki śniadaniowe, mleko, jogurty o różnych smakach, masło, szynka, jajka, jajka sadzone, omlety, dżemy, zupę miso, makaron ryżowy, makaron ryżowy z grzybami shitake, makaron ryżowy podsmażany (bardzo smaczny), bambus, ryby, mięso wołowe smażone i duszone w sosie, sałaty, pomarańcze, banany, jabłka, mandarynki, arbuzy, ryż gotowany na sypko, ryż rozmaitości z groszkiem, marchewką i omletem z jajek pokrojonym w paseczki, jajecznicę, bekon, kiełbaski. Nie podawano sushi sashimi jak również nagiri. Choć byliśmy w Japonii, jednak ten rodzaj potraw jest drogi, a nie wszyscy go lubią, dlatego nie serwowano nam jedzenia typowo japońskiego. Muszę jednak powiedzieć, że na zakończenie Kongresu IAAF odbył się uroczysty bankiet w wielkiej sali gdzie serwowano koszyk bento (potrawy podawane są w maleńkich miseczkach w koszykach lub box’ach, stąd nazwa). Co tam znalazłam? Ano krewetki, rybę surową, białą i łososia, wodorosty, rodzaj alg, kapusty morskiej, miso, czyli japońską zupę. Wwszystko było elegancko ułożone, można powiedzieć nawet artystycznie i w ilościach minimalnych. Jednak po tym bankiecie nie byłam głodna.

Drugi raz jadłam lunch w Kioto i też był to koszyk bento, ale o wyjeździe do Kioto i o gejszach opowiem w następnym wpisie. Cdn.

Wasza Jadwiga

Codziennie wieczorem Renata i Koen oczekiwali na nasz powrót, aby otrzymać pełen raport z wydarzeń na hali. A było wiele do opowiadania. Hala Selatan jest ogromna. Czy widzieli państwo halę sportową mieszcząca 20 tysięcy widzów, na której brak było jakichkolwiek wolnych miejsc, a w przejściach stało następne ileś osób, co daje na parterze i na piętrze kolejne 6 tysięcy? Ja takiej widowni nie widziałam. Nie widziałam tego tłumu przed halą, tych setek stoisk na których można było kupować najtańsze koszulki bawełniane świata, na kilogramy, nie na sztuki, oczywiście z nadrukiem badmintonowy. Nie, nie są państwo w stanie wyobrazić sobie tej ilości sprzedawców, różnych gadżetów, koszulek, czapeczek i innych rzeczy, które były wtedy do nabycia. Indonezja, biedny kraj, gdzie tylko 25 milionów ludzi miało pracę, a populacja wynosiła 180 milionów. Fakt, klimat równikowy nie wymagał specjalnie ubiorów. Klapki, koszulka i spodnie cienkie z bawełny to wszystko  czego potrzeba. Jedno należy stwierdzić, w roku 1989 ryż był tani, koszt 1 kg wynosił około 500 rupii. Nie wiem oczywiście, ile należy zapłacić za kilogram ryżu dzisiaj, ale polityka państwa była taka, że na ryż każdego było stać. Oprócz tego warzywa, na każdym targu, na który jeździłyśmy z Renią, wybór warzyw był ogromny. Wiele takich jak w Polsce, a ile takich, których nazw nie znałam, nie mówiąc o tym, że widziałam je pierwszy raz w życiu. Któregoś dnia rano Renia zapowiedziała, że pojedziemy na targ w góry. Rano to nie jest rano w Europie. To jest bardzo rano, około 6 rano, zaraz po wschodzie słońca, które wstaje o 6.00 i o 18.00 zachodzi. Wtedy jest przyjemnie, nie ma upału i jazda nie jest tak męcząca. Pojechaliśmy do Puncaku, w góry. Im wyżej jechaliśmy, tym piękniejsze widoki były przed nami. Nie wiem, na jakiej wysokości w końcu się znaleźliśmy, ale rzeczywiście targ był wspaniały, warzywa świeżuteńkie, wielkie. Renia kupowała całymi wielkimi pękami. Tył samochodu był wypełniony po brzegi. Na koniec powiedziała, że teraz jedziemy do fabryki herbaty. To było niedaleko i żal byłby wielki gdybyśmy nie zobaczyli jak zbiera się herbatę na Jawie. Nie ma problemu, dla nas to jeszcze jedno wspaniałe doświadczenie. Graliśmy tego dnia po południu, więc nic nas nie zatrzymywało i spokojnie pojechaliśmy do Fabryki. No tak, tak naprawdę to z okna samochodu widziałam góry z pięknymi widokami pól z krzakami, a wśród tych krzaków uwijały się kobiety ubrane w sarongi, kolorowe jak ptaki, z koszami zawieszonymi na plecach. Zbierały listki herbaty z najwyższych partii krzewów. Renata stwierdziła, że one zbierają liście, z których będzie wyprodukowana najlepsza herbata. Postaliśmy, popatrzyliśmy i weszliśmy do hali, w której stały trzy ogromne stoły takie po 20 metrów długości każdy, i  szerokości 2 metrów każdy (oczywiście na oko). Na te stoły przynoszono zebrane liście. Kilka osób przeglądało je, czy są odpowiedniej wielkości, czy nie są zanieczyszczone. Ale jak mogły być zanieczyszczone, skoro my znajdowaliśmy się wysoko w górach, coś 1000 – 1200 metrów n.p.m, a w okolicy nie było żadnego przemysłu? Żadnego. Nic, tylko pola krzewów herbacianych. Po sprawdzeniu stoły ruszyły w ruch, a nad nimi dmuchawy plujące gorącym powietrzem. Hałas nie do opisania. Zanim dokonaliśmy zakupów, poczęstowano nas herbatą. Była wspaniała. Może fakt, że piliśmy ją na dworze, z widokiem na krzewy, na poranek, na unoszące się mgły nad krzewami herbacianymi sprawił, że była taka nadzwyczajna?  Proszę nie pytajcie mnie, jaka to była herbata i jakiej firmy. Nie pamiętam. Ale wiem, że nie była bardzo droga. Kupiliśmy tej w najlepszym gatunku po kilogramie. Renia kupiła dla siebie, ale też dla mamy i siostry. Tę miałam zabrać ze sobą, a wiadomo, limit wagi nie mógł być zbyt przekroczony. Powrót do domu, do piekła. Upał w Dżakarcie niemiłosierny. Ruch takoż, każdy jeździ jak chce i gdzie chce, nie bardzo używając kierunkowskazów za to bez przerwy używając klaksony. Harmider nie do opisania. Wstępujemy jeszcze do Centrum Handlowego Senayan. Nie, to nie takie centrum jak na Mokotowie, czy Promenada. To taki rodzaj wielkiej hali z tysiącem różnych stoisk. My szukamy cienkich koszulek t -shirtów na ten upał. I nagle stojąc na środku placu, nie wiem skąd  spada ogromny deszcz, ulewa trwa 40 minut. Nie ma się gdzie schować, kierowca odjechał, bo ma przyjechać dopiero za godzinę, lub półtorej, a deszcz leje. No to co myślę sobie, a niech leje. W końcu jesteśmy w tropiku, głowę umyję, a jak skończy padać to szybko wyschnę. Strumienie wody zamieniają się w rwąca rzekę, ja w klapkach typu „japonki” idąc po kolana ! w wodzie chlapię sobie na głowę. Zdejmuję więc moje obuwie i idę na bosaka. Nie bardzo się spieszymy, bo i po co. Niech leje. Wchodzimy na targowisko mokrzy do przysłowiowej „suchej nitki”, a raczej „mokrej nitki”. Jest bardzo ciepło i ubranie schnie w ekspresowym tempie. Robimy zakupy kilkanaście t-shirtów za dwa lub trzy dolary i szybko wracamy na zewnątrz, bo może jest już nasz kierowca. Jest! Przyjeżdżamy do domu jest 10.30, piękny, słoneczny dzień. Renia krzyczy do służby, aby wypakowywała warzywa, owoce i wszystko to co kupiliśmy. Przed domem stoi Sarini, kucharka i zrywa listki z płotu. Ja zadziwiona biegnę do Reni i mówię, słuchaj, Sarini na dworze skubie płot, o co chodzi? Liście zżółkły, choroba je dopadła, trzeba je oskubać, czy co? Porządki robi? O co chodzi? Nic, spokojnie – odpowiada Renia. Dzisiaj na obiad będzie „pager” po indonezyjsku ,po polsku znaczy płot! Acha! Płot, no dobrze ale dlaczego płot? Nie możemy jeść czegoś innego? Tyle warzyw kupiliśmy. Nie, płot jest pyszny i przypomina w smaku naszą zupę szczawiową. No nareszcie zrozumiałam, o co chodzi. U nas płot, to płot, tutaj płot jest do jedzenia. Niech będzie. Kilka razy jeszcze łapałam się na cudach, jakich tutaj doświadczałam. Oczywiście cuda te dla Indonezyjczyków cudami nie były, była to ich rzeczywistość, ich świat, gdzie wszystko miało swoje miejsce i nie było cudem. Tylko ja to tak nazywałam.

Wchodząc do domu powiedziałam do Reni: „Wiesz, ja jeszcze nigdy nie jadłam kokosu, nawet nie wiem, jak to wygląda”. I to była najprawdziwsza prawda. Przecież w Warszawie kokosy nie rosły, teraz można dostać owoc tej palmy na niektórych straganach na targu, ale w roku 1989? Nie, takich rzeczy jeszcze nie było. Mówiąc o tym zajęłam się przygotowaniem herbaty a przede wszystkim szybka kąpielą w swojej łazience, gdzie woda w cebrzyku akurat nadawała się do polewania, do schłodzenia rozgrzanego narastającym upałem ciała. Sarini podała nam herbatę i zapytała, co oprócz „pageru” będziemy jedli. Ja bez zastanowienia odpowiedziałam ryż i tempe, sos chili, lub czosnkowo- słodki. No i woda. Dużo wody. Wyjaśniam, co to jest tempe: są to placuszki smażone na oleju, placuszki z soi, po usmażeniu drobno pokrojone. Proste smaczne, a z ryżem ugotowanym na parze z dodanymi sosami, jakimi kto chce, potrawa na taki upał wystarczająca. W ogóle należy stwierdzić, że kuchnia indonezyjska jest prosta, smaczna, a ze względu na religię je się kurczaki, ale nie codziennie.  Mnie smakowało bardzo nasi-goreng, to znów ryż ugotowany al dente, odcedzony, odparowany.

 Na patelnię lejemy trochę oliwy, lub oleju, może być kilka kropli oleju sezamowego, dodajemy cebulkę drobno pokrojoną, sos sojowy słodki, sambal olek (można u nas dostać w supermarketach, tam gdzie są przyprawy kuchni azjatyckiej), sól do smaku. Smażysz, do tego na drugiej patelni smażysz szybko omlet z jajek z solą, pieprzem i szczypiorkiem, wymieszaj i wylej na patelnię, usmaż, przełóż na deskę pokrój w cienkie paseczki i ułóż na ugotowanym ryżu polej sosem. Półmisek, na którym podajemy nasi-goreng można udekorować świeżym ogórkiem, który jest skrobany widelcem, aby był bardziej ozdobny. (Ogórek obieramy, kroimy na cztery i z każdej ćwiartki z góry na dół jedziemy widelcem, aby uformowały się piękne ozdoby). Ta potrawa w wydaniu wykwintnym podawana była ze smażonymi obranymi krewetkami oraz z omletem, ale wydanie codzienne też było pyszne. Do ryżu Sarini podawała surówkę z kapusty pekińskiej lub jej odmiany z sosem popularnie nazywanym gado-gado. W skrócie gado-gado jest ostrym sosem orzechowym. Kapustę pekińską rwiemy na drobne kawałki, marchew obieramy, kroimy wzdłuż na cztery części i jeszcze w środku na pół, mamy teraz osiem słupków, które kroimy na zapałkę, wrzucamy na wrzątek i szybko blanszujemy. Kroimy świeży ogórek w kostkę, jajko na twardo też kroimy i w Indonezji mamy gotowy sos orzechowy, w Europie nie ma go, czasami można, (ale raczej nie) dostać orzech sprasowany w kostkę, który po rozpuszczeniu jest sosem orzechowym, ale czego nie można wymyśleć. Ja do gado- gado używam masło orzechowe, które w sklepach można dostać, po rozrobieniu w ciepłej wodzie dodaniu oleju, chili, usmażeniu na patelni z pokrojona trawą cytrynową mam już gotowy sos- tego nauczyła mnie Ibu Bożena – siostra Reni, która w Indonezji mieszkała kilka lat. Do porwanej kapusty pekińskiej dodajemy kiełki fasoli mung, pokrojony w kostkę pomidor oraz zielony groszek, może być z puszki, polewamy przygotowanym sosem gado-gado i potrawa gotowa.  Sarini była wytrawną kucharką, zaś jej mąż był nadwornym „praczem”. Codziennie raniutko przed świtem zabierał naszą „garderobę” do prania. Robił to skrupulatnie i wieczorem nasze ubrania leżały równo poukładane na łóżkach, były uprasowane, a że schły na słońcu to pięknie pachniały. Sarini nie znała języka polskiego, ale pracowała u Reni wiele lat, chyba 14, więc ze względu na dziewczynki i Renię wiele rozumiała. Następnego dnia rano była chyba 6, a może wcześniej, usłyszałam jakieś walenie nad głową, Zupełnie nie wiedziałam, co się stało. Wróciliśmy przecież z hali bardzo późno, więc nie spodziewałam się porannego budzenia. Pobiegłam do Reni, która już była na nogach, z niemym pytaniem, o co chodzi. Renia śmiejąc się mówi: „wczoraj Sarini usłyszała, że nie jadłaś jeszcze kokosu, więc Koko – jej syn, wlazł na drzewo i właśnie ścina dla nas kokosy! Cholera nie można się odezwać, bo już masz faceta na drzewie, a jakby w łóżku”. Uśmiałyśmy się obydwie. O dalszym spaniu nie było mowy, ale za to zobaczyłam, jak Koko rozbija kokos i wylewa z niego płyn do garnka. Sarini wygarnęła miąższ, ale nie cały, tylko to co można zjeść i dodała do płynu, który jest o dziwo przezroczysty. Wszystko zostało wstawione do lodówki, aby po schłodzeniu było dobre do picia.

Skoro o kokosie mowa, to podam jeszcze jeden przepis na kurczaka w kokosie, jakiego gotowała Sarini. Kurczak został pokrojony na drobne części, włożony do miski, wysmarowany czosnkiem i solą, zostawiony na kilka godzin, aby się zmacerował. Po kilku godzinach obsmażamy kurczaka na patelni na oliwie, przekładamy do garnka, zalewamy mlekiem kokosowym z puszki i na małym ogniu nasz kurczaczek pyrka się wolniutko. Gdy już jest miękki, podajemy go z ryżem ugotowanym na sypko z szafranem. Nie wiem czy wszystkie potrawy zapisałam w należytej kolejności, ale proszę mi uwierzyć, że w klimacie tropikalnym warzywa i owoce oraz trochę ryżu w zupełności wystarczą do życia. Ja powiem jeszcze, że wtedy właśnie nauczyłam się jeść papaję i przepadam za jej smakiem do dziś. Zdrowa, tania, świetna na żołądek, ale zjedzenie większej ilości powoduje kłopoty. W południe znowu ruszamy na halę. Jednocześnie Renia prosi o umówienie całej ekipy na wyjazd na sug, ponieważ zakupy w takim miejscu są dużą frajdą. Ponadto jest tam wiele ciekawych miejsc i dużo atrakcji dalekiego wschodu. Po uzgodnieniu z Ryszardem wszyscy jedziemy trzema samochodami na wielki bazar, czyli sug i zaczyna się zabawa. Dziewczyny wraz z Sitą i Devi oczywiście lądują przy torebkach z wężowej i krokodylowej skóry (wtedy nie obowiązywał jeszcze zakaz przywozu takich wyrobów) oraz takich samych butach. Panowie wraz z Koenem idą oglądać inną część bazaru. Ja, Andrzej i Renata idziemy do jej znajomego rzeźbiarza, który sprzedaje piękne produkty własnoręcznie wykonane. Oczywiście po długich targach, trwały może godzinę, przy herbacie, kilkukrotnym wychodzeniu ze sklepu, nabywam dwie rzeźby prawie za bezcen. Mam je do dzisiaj i są pięknym wspomnieniem z naszych podróży do Indonezji. Po zakupach czeka nas niespodzianka. Koen, jako głowa Rodziny, zaprasza nas wszystkich do domu na specjalnie dla nas przygotowaną kolację. Radość i ciekawość zarazem. Gry mamy za sobą, przed nami jeszcze jeden dzień wolnego, a więc takie miłe zaproszenie jest przyjęte z radością. Dojeżdżamy do domu późnym popołudniem, wszyscy chodzimy na bosaka, dziewczyny w moim pokoju myją się, chłopcy odświeżają w pokoju Andrzeja.  Do kolacji zasiadamy po turecku na podłodze w dużym pokoju na wielu rozłożonych poduszkach. Potrawy są porozstawiane na podłodze, kolorowe, bajkowe, już wiem, dlaczego Sarini dzisiaj mówiła, że jest koniec Ramadanu. Zawsze po 30 dniowym poście, zwanym w islamie Ramadan, jest wielka świąteczna kolacja, która oznajmi koniec tego miesięcznego postu. I choć Ramadanu nie było Sarini i Koko wraz ze wszystkimi przygotowywali uroczystą kolację łącznie z wyplatanymi z liści bananowca koszyczkami, w które wkładało się ryż i w takich sakiewkach gotowało. Ta jedna właśnie potrawa jest przygotowywana wyłącznie z okazji zakończenia Ramadanu, ale dzisiaj też jest. W domu Koena spotkały się dwie religie islam i katolicyzm, Koen pozostał przy swojej, Renia z dziewczynkami są katoliczkami. Jednak zwyczaje pozostają wspólne. Święta Bożego Narodzenia świętują wszyscy, le baran również świętują wszyscy no i zakończenie Ramadanu także świętują wszyscy. Niezwykle miło upływa nam wieczór. Koen siada do pianina, przyjeżdżają Jego dalsi i bliżsi krewni i dopiero wtedy rozpoczyna się prawdziwy koncert. My z Koenem śpiewamy polskie piosenki, a Jego Rodzina śpiewa indonezyjskie, gamelan im towarzyszy. Jest bardzo miło, radośnie, uroczyście. Na zakończenie wieczoru wręczamy wszystkim drobne upominki, aby przypominały o naszym tutaj pobycie. Rozmowom nie ma końca, chyba do 2.00 W nocy rozstajemy się z naszą ekipą, która zostaje odwieziona do hotelu. My jeszcze trochę rozmawiamy i w końcu idziemy spać. Pojutrze odlot do Warszawy. Często korzystałam z pomocy Reni i Koena i ich gościnności. Na miesięcznych stażach w najlepszym Ośrodku pod Jakartą ćwiczyli nasi zawodnicy, a spanie, spanie zawsze było u Renaty i Koena. Tak odbył swoją podróż i staż Darek Zięba (dzisiaj jeszcze świetny zawodnik, mąż Nadii Kostiuczyk dzisiaj Zięba), tak swój pobyt miała zorganizowany Kaśka Krasowska. W ten sposób Renia miała kontakt z krajem, a ja wiedziałam, że choć moi zawodnicy są wysłani daleko, będą w dobrych rękach, bo Renata nie pozwoli, aby im się cokolwiek złego przytrafiło.

10 sierpnia 2010 Renia zadzwoniła do mnie i powiedziała: Wiesz, dwie godziny temu zmarł Koen. Nie mam komu opowiedzieć o tym. Siostra na wakacjach, gdzieś w Polsce, nie mam nikogo, tylko Ciebie. Muszę o tym porozmawiać po polsku, nie umiem mego żalu wypowiedzieć po malajsku. Tylko po polsku, nie będę płakała. Chcę tylko  porozmawiać. Reniu, w imię naszej wieloletniej przyjaźni, mów, kochana, mów moja droga, moja przyjaciółko. Wiem, że to pomoże, Tobie i mnie”. Rozmawiałyśmy długo. Wiedziałam, że Koen był bardzo chory na cukrzycę. Przeszedł kilka operacji, bardzo cierpiał. Była przy nim  cała Jego Rodzina, dalsi i bliżsi krewni, pani Sari Loppies Dyrektor Zjednoczenia Producentów Produktów Zbożowych na Indonezję , siostrzenica Koena była wsparciem dla Reni, a on? On miał jedno wielkie marzenie: powrót do Polski, którą ukochał bardzo. Tu chciał pozostać do końca swoich dni i o tym tylko mówił, gdy był już bardzo bardzo chory.

Renia jego wierna piękna żona powiedziała:”… Kunuś musisz choć trochę wydobrzeć i wrócimy do Polski, do Warszawy na ul. Solidarności, tam gdzie do mnie przychodziłeś, tam gdzie opowiadałeś mi o Indonezji i o Dżakarcie oraz o swojej Rodzinie. Tam gdzie urodziły się nasze dziewczynki Sita i Devi… Kunuś,  musisz…” Ale Koen już tego nie usłyszał. Już nie mógł usłyszeć nic. Odszedł  od nas na zawsze z marzeniami o swojej drugiej Ojczyźnie.

Raden Mas Koenhendrarso  Soerjosoeharto,

Jego Wysokość Książe Koenhendrarso Soerjosoeharto.

O mojej Przyjaciółce Renacie, Jej Mężu, oraz o Reprezentacji Polski w Dżakarcie w roku 1989

biorącej udział w Mistrzostwach Świata „Sudirman Cup” opowiadała

Wasza Jadwiga

Content Protected Using Blog Protector By: PcDrome.