Subskrybuj kanał RSS bloga Okiem Jadwigi Subskrybuj kanał RSS z komentarzami do wszystkich wpisów bloga Okiem Jadwigi

Archiwum kategorii ‘Opowiadania’

Życie kochanie, trwa tyle, co taniec. Piękna piosenka o życiu, śmierci i przemijaniu.

http://www.youtube.com/watch?v=MaM8_Lbg2vk

Już za dwie godziny Sylwester! Niektórzy z nas wybierają się na bale, inni na prywatki, dyskoteki lub też na spotkania w małym gronie zaprzyjaźnionych ze sobą osób, albo na place w miastach, gdzie organizowane są występy najpopularniejszych polskich wykonawców.

Pamiętam mój pierwszy bal w hotelu MDM, ówczesnej jednej z najlepszych restauracji w Warszawie. Po sławetnym stwierdzeniu, no, bo ja nie mam, co na siebie włożyć, z uskładanych zaskórniaków udało mi się kupić piękny materiał brokat w kolorze dukatowego złota przetykanego zielenią. Kolor tego wykwintnego materiału, jak również krój, pamiętam do dzisiaj. Zaprzyjaźniona ze mną sąsiadka pani Stenia uszyła mi sukienkę bardzo prostą, a zarazem bardzo elegancką. Jaką? Zwykłą sukienkę typu „koszulka” na cieniutkich ramiączkach, jedyną ozdoba była z przodu na wysokości biustu przymarszczona pliska. Panie będą wiedziały, o co chodzi, natomiast panowie… Niestety takie szczegóły damskiej garderoby nie są do opanowania przez panów. Sorry, chyba, że są oni związani z damskim krawiectwem, lub wielką modą. Wracamy do sukni. Pani Stenia była moją czarodziejką przez wiele lat, a przywożone przeze mnie z zza granicy Burdy stanowiły naszą wykładnię mody i modeli. Wystrojona w piękna sukienkę, buciki od szewca posiadającego również sklep na ul. Rutkowskiego, pana Radolińskiego, udałam się na bal, mój pierwszy bal.

http://www.youtube.com/watch?v=M9Y3duYpC9Y

Byliśmy na tym balu grupą kilkunastu osób z mojej ówczesnej uczelni. To „wyjście” chyba nie zrobiło na osiemnastoletniej, czy też dziewiętnastoletniej dziewczynie należytego wrażenia, skoro bardziej pamiętam sukienkę aniżeli zabawę i tańce. Pamiętam za to chłopaka, który mi towarzyszył i koniecznie chciał się ze mną ożenić, ale nic z tego nie wyszło. Może, dlatego, że znaliśmy się zbyt krótko lub nie bardzo wierzyliśmy w siebie? Po latach wydaje mi się, że pan miał lekko w czubie, gdy wygłaszał swoje do mnie przemowy i dlatego później, po wytrzeźwieniu do ślubu nie doszło. I tak oto być może przeszła mi pierwsza z szans na męża!? Któż to wie? Następne moje bale odbywały się w klubach studenckich. W „Stodole” czy u „Medyków”. A prawdziwy bal, jaki doskonale pamiętam to bal w Hotelu „Bristol”. Wtedy byłam trzydziestoletnią kobietą i bawiliśmy się razem z przyjaciółmi ,a do domu wracaliśmy dorożką! To był bal, śnieg padał, a my popijaliśmy szampana ekstra drogiego, ekstra marki „Sowietskoje szampanskoje”, ale wtedy nikt nie zawracał sobie głowy marką. Byliśmy młodzi, śmieliśmy się, byliśmy pijani od muzyki, pewnie też i lekko podchmieleni zakochani i szczęśliwi i nawet nam nie zniszczył humoru kelner, który przyniósł  na godzinę 24.00 zamówionego przez nas szampana i otwierał go…. korkociągiem! ponieważ inaczej francuska butelka szampana nie dawała się za żadne pieniądze otworzyć. Nie powiem, butelka tego szampana wtedy kosztowała około 800 zł, co było zawrotną ceną, ale w końcu przy płaceniu rachunku ogłosiliśmy protest, może pierwszy w Warszawie, i za skwaśniałego szampana(!)  nie zapłaciliśmy,  twierdząc ponadto, że z winy obsługi, nie mogliśmy wznieść toastu szampanem na powitanie nowego roku. Na wielu balach później bawiliśmy się, a będąc żoną Andrzeja bywało, że w jeden wieczór byliśmy i na dwóch balach. Bawiliśmy się i bawimy teraz, w myśl zasady, kto się nie bawi, ten się starzeje, a starzejemy się, dlatego, że się nie bawimy. Tytuł mojego wpisu dotyczy zaś pięknej piosenki o życiu, śmierci i przemijaniu, którą skomponował Seweryn Krajewski, a słowa napisała Agnieszka Osiecka, zaś wykonała perfekcyjnie koleżanka z roku z AWF Warszawa pani Maryla Rodowicz.

Odwołam się tutaj też do książki pana Zbigniewa Adrjańskiego „Pochody Donikąd”, który pod tytułem „Niech żyje bal” napisał tak, cyt.: „… Literatura przedmiotu jest tu niezwykle bogata. ”Bal w Operze” – J. Tuwima, „Bal u Salomona”- K.I. Gałczyńskiego. A przede wszystkim „Bal u Senatora”- A. Mickiewicza w III części Dziadów. W prozie mamy przepiękne opisy tańców i balowych zwyczajów: u Deotymy, czyli Jadwigi Łuszczewskiej („Panienka z okienka”), W. Gąsiorowskiego („Pani Walewska”), W. Gomulickiego („Miecz i łokieć), E. Orzeszkowej („Nad Niemnem”), S. Żeromskiego („Popioły”) i wielu innych. A jest jeszcze Leon Schiller ze swoimi inscenizacjami widowisk szlacheckich. Są piosenki ułańskie z okresu powstania listopadowego – słowem jest, w czym wybierać! Mistrzem balowego tematu jest chyba Julian Tuwim, nie tylko ze względu na wspomniany już: „Bal w Operze”, ale i liczne melorecytacje oraz wiersze i piosenki w tym stylu. Wspaniałe są np. ”Melodie Warszawy”- J. Tuwima, które kiedyś wykonywała Hanka Ordonówna. Po wojnie, w jednym z pierwszych programów Piwnicy pod Baranami pojawił się tekst „Grand valse brillante” według J. Tuwima, do którego to tekstu muzykę napisał Zygmunt Konieczny. Ten utwór wykonywał Mieczysław Święcicki. A później genialnie interpretowała Ewa Demarczyk. Słynny konferansjer i założyciel „Piwnicy pod Baranami” Piotr Skrzynecki tak o tym powiedział, „Kiedy walca Koniecznego śpiewał Święcicki – słowa wtedy się zgadzały, ale piosenka nie bardzo mu wychodziła. Potem zaczęła ją śpiewać Ewa Demarczyk i teraz słowa się nie zgadzają, ale piosenka jakoś wychodzi”. Jeszcze wcześniej, przed Ewą Demarczyk pięknie o dawnych balach, rautach, maskaradach, redutach opowiada w swoich piosenkach Ludwik Sempoliński. A niekiedy i … Mieczysław Fogg! Słucha ich publiczność, która nigdy nie była na prawdziwym wytwornym balu. Na zabawy chodzi się na Mariensztat lub MDM. Albo na imprezy taneczne organizowane przez Rady Zakładowe, w siermiężno-partyjnym stylu. Po wielu latach pojawia się kilka ładnych piosenek o balu, głównie za sprawą Agnieszki Osieckiej- „Mój pierwszy bal” (muz. Franciszki Leszczyńskiej), którą tak pięknie interpretowała Kalina Jędrusik.

I dramatycznie zaśpiewany przez Marylę Rodowicz „Niech żyje bal” (muz. Seweryna Krajewskiego). Z tym, że ten utwór jest nie tylko o balu. Jest przede wszystkim o życiu, śmierci i przemijaniu…”

Bo czyż każdy bal Sylwestrowy jest do powtórzenia? Oczywiście, że nie. Kolejny bal, będzie dotyczył kolejnego nowego roku, a my? A my będziemy znowu o rok starsi!

Moi Mili i Kochani,

Wszystkim Wam Życzę Najlepszego, Najzdrowszego, Najwspanialszego Roku 2011!

DOSIEGO ROKU!

Wasza Jadwiga

Długo zastanawiałam się nad tematem Polskie Boże Narodzenie, Wigilia, ponieważ czas ten jest dla mnie czasem magicznym, ale też i trudnym. W tym roku odeszła Mama, w 1939 r rozstrzelano Dziadka Stanisława, w 2000 roku zabrakło Mojej Ukochanej Teściowej, o której wszyscy mówili Babcia Marcysia. I jak to wszystko pogodzić z Wigilią i Narodzeniem Pańskim? W końcu po wielu lekturach dotyczących Świąt Bożego Narodzenie znalazłam w książce Zbigniewa Adrjańskiego pt. ”Złota Księga Pieśni Polskich” Wydawnictwo Bellona 2010, piękny podrozdział  dotyczący polskich kolęd. Ponieważ na temat Bożego Narodzenia pisano wiele i zajmowali się tym wybitni pisarze ,jak choćby Zygmunt Gloger, postanowiłam z nikim nie konkurować o palmę pierwszeństwa i znaleźć, dla Was umiłowani czytacze, coś fajnego, coś innego. A oto, co wyszukałam i zacytuję:

”…Boże Narodzenie. Z pierwszą gwiazdą rodziny polskie zasiadają do wigilijnej wieczerzy. Wszyscy z wszystkimi dzielą się opłatkiem. Składają sobie życzenia. Całują się i prawią różne serdeczności, których niestety nie uświadczysz, na co dzień. Trwa wielki festiwal powszechnej życzliwości, miłej adoracji. A na stole przykrytym śnieżnym obrusem tradycyjne potrawy. Siedem potraw w rodzinie chłopskiej, dziewięć w rodzinie szlacheckiej, jedenaście w pańskiej, jak zanotował kiedyś pod hasłem „wigilia” w Encyklopedii staropolskiej, skrupulatny jak zawsze Zygmunt Gloger. Tak było kiedyś! Ale wiele z tych zwyczajów zachowało się po dzień dzisiejszy. Jest zatem zielona choinka, pięknie przystrojona bombkami, piernikami. Jest sianko pod obrusem. Jest i wolne miejsce za stołem. Chociaż jak pisze Wincenty Pol w Pieśni o ziemi naszej, kiedyś takich miejsc zostawiano więcej:

„…A trzy krzesła polskim strojem,

koło stołu stoją próżne, …”

Hej! Łza się w oku kręci. Bo skąd wziąć te „trzy krzesła próżne” i w dodatku umieścić za stołem we współczesnym typowym polskim M-3?.Ale jedno miejsce, jako się rzekło, zawsze czeka. Dla spóźnionego gościa. Dla kogoś, kto jest daleko w tym dniu od rodzinnego domu. A czasem dla kogoś, kogo już nie ma wśród żyjących, lecz duchem obecny jest z rodziną. No i śpiewa się kolędy! Piękne polskie wzruszające kolędy i pastorałki, których jest taka w naszym śpiewniku narodowym obfita mnogość. Kolędy, które przy wigilijnym stole jednoczą wszystkich. A więc: Wśród nocnej ciszy, Dzisiaj w Betlejem, Lulajże Jezuniu, Bóg się rodzi, W żłobie leży itd. Tych kolęd znanych, lubianych i powszechnie śpiewanych jest chyba z kilkadziesiąt, a może nawet kilkaset! Trudno naprawdę policzyć! Są kolędy wiejskie i miejskie, szlacheckie i ludowe. Stare i nowe. Są kolędy żołnierskie, powstańcze, partyzanckie, robotnicze, więzienne i obozowe. Sporo z nich powstało w latach ostatniej wojny i okupacji. Są nawet w śpiewniku polskim kolędy rewolucyjne. A całkiem ostatnio, o zgrozo, słyszy się kolędy w wykonaniu zespołów rockowych adresowane do najmłodszej generacji Polek i Polaków. Aliści próżny to trud, bowiem nasza młodzież, która często w pogardzie ma dawne pieśni narodowe, w ten jednakże wigilijny dzień, który zdarza się raz w roku, preferuje właśnie staromodne kolędy. I w ten sposób dziadek śpiewa z wnukiem, zacierając pokoleniowe różnice. Mało tego! Jest to dzień, w którym śpiewają wszyscy. I ci, co głos mają, i co go nie mają! Na temat patriotycznej lub społecznej funkcji kolędy ludowej można napisać niejedną naukowa rozprawę. Dziwna na ogół jest ta polska kolęda i to polskie kolędowanie. Dziwne i jakżeż zachwycające. Wspomniany tu Zygmunt Gloger napisał, że gdyby ktoś, kto nie zna dokładnie Nowego Testamentu chciał sobie wyrobić zdanie na temat pochodzenia Świętej Rodziny tylko na podstawie naszych kolęd, to rychło doszedłby do przekonania, że „mały Pan Jezusek” urodził się gdzieś w Polsce, w wiejskiej stajence. A Maryja Panna i św. Józef też byli Polakami. Sadzę nawet, że nasz znakomity encyklopedysta nie dopowiedział jeszcze jednej myśli, iż roszczenia, co do miejsca urodzenia małego Jezusa mogą być nawet regionalne. A stąd już tylko krok do dawnych dzielnicowych waśni i swarów, o których przecież z takiej okazji pisać się nie godzi. A jednak, co robić, kiedy w różnych kolędach ludowych śpiewa się raz po kaszubsku, raz mazurząc, to znowu z góralska. Gdzie, zatem umieścić na mapie regionów to „polskie Betlejem”? Zgódźmy się, zatem na kompromis, że szopka z kolędy jest zwyczajną szopką, czyli stajenką po prostu! Że przed tą szopką zbierają się pasterze o dźwięcznych polskim imionach Bartek, Wojtek, Kuba czy Michał, ponieważ jeden z nich zobaczył na niebie zorzę i zawołał:

Bracia patrzcie jeno, jak niebo goreje,

Znać, że coś dziwnego w Betlejem się dzieje.

No tak, jeśli to szopka wędrowna, z którą „po kolędzie” chodzi od domu do domu, w towarzystwie niedźwiedzia lub tura, śmierci, diabła i króla Heroda oraz innych tradycyjnych postaci z jasełek – to czy np. Herod też jest polskiego pochodzenia? Jak jest z tym Herodem? Zgódźmy się zatem, że Herod jest królem żydowskim polskiego pochodzenia i basta! Ale jest też w kolędach ludowych coś jeszcze dziwnego! A mianowicie, swego rodzaju serdeczna poufałość do świętych, do świętej Rodziny, zawsze jednak na granicy taktu i dobrego tonu:

Oj maluśki, maluśki, maluśki, Kieby rękawicka.

Alboli tu jakoby, jakoby, Kawalecek smycka…

– śpiewają sobie górale o małym Jezusku. W tej góralskiej kolędzie św. Józef jest zwyczajnie nazywany „kochanym Tatusiem”, a Maryja „ubożuchną Matką”. Czy można to jeszcze piękniej wyrazić? W tej samej kolędzie górale wspominając jak to dobrze się Jezusowi powodziło w niebie, a jak źle na ziemi, zatroskani śpiewają:

Tam pijałeś ceć jakieś, ceć jakieś, Słodkie małmazyje,

Tu się Twoja gębusia, gębusia, Łez gorzkich napije

Dodajmy przy okazji, ze małmazyja, czyli wino małmaskie było trunkiem przednim, cenionym wyżej od węgrzyna, czyli lud prosty tego nie pijał. A zatem niedwuznaczna tu aluzja do szlachecki obyczajów w „królestwie niebieskim”. Mam nadzieję, że Czytelnicy wybaczą mi ten żartobliwy ton w omawianiu kolędowego tematu. Boć też kolęda, szczególnie jej późniejsza osiemnastowieczna odmiana w postaci polskiej pastorałki, nie zawsze przecież jest poważna. Są tu teksty humorystyczne, satyryczne nawet. I toż samo dotyczy muzyki. Wiele bogactwa wnieśli do naszej tradycji bracia zakonu franciszkanów w połowie XIII wieku. Oni to właśnie przywieźli ze sobą do Polski obyczaj urządzania i wystawiania w kościele szopki z drewnianą figurką Pana Jezusa. Liczne powinowactwa odnaleźć można również miedzy średniowieczną kolędą polską i czeską. Braciom Czechom też tu wiele zawdzięczamy. Wreszcie są w naszej kolędzie ślady znanych madrygałów i muzyki rokoka. Czasem na nutę a la Corelli, czasem słychać w nich muzykę Vivaldiego. Słychać w nich czasem menuety, gawoty i sarabandy, czyli utwory taneczne. Znakomity muzykolog prof. Adolf Chybiński odkrył nawet w jednej z naszych kolęd rytmy portugalskiego tańca La Falia. Ośmielony tym widocznie lud polski, widząc i słysząc jak to się modne w ówczesnej Europie do potrzeb kolędowania przystosowuje, dawajże tworzyć własne kolędy pod muzykę skocznych mazurków, zawiesistych polonezów, łagodnych kujawiaków. W każdym razie, kiedy znany śpiewnikarz ksiądz M. Mioduszewski wydawał swój Śpiewnik kościelny w roku 1843, były tam już całkiem inne niż w średniowieczu utwory. I jeszcze jedno spojrzenie na podsumowanie kolędowych myśli. Prawie wszystkie znane polskie kolędy są anonimowe. Dotyczy to muzyki i tekstu, chociaż starali się tu zdobyć laury popularności i Kochanowski (Kolęda na nowe lato), i Słowacki (Kolęda ze złotej czaszki), też i Mickiewicz (Kolęda z Dziadów). Nie osiągnęły one jednak większej popularności. Być może są zbyt literackie. Wszak nawet Leon Schiller, układając swoją Pastorałkę sięgnął przede wszystkim do kolęd ludowych. Dwaj tylko wielcy doczekali się w tym względzie satysfakcji: Franciszek Karpiński ma swoją popularna kolędę Bóg się rodzi i wiele lat po nim Teofil Lenartowicz, który napisał Mizerna, cicha stajenka licha. Widocznie do napisania lub skomponowania dobrej kolędy trzeba mieć specjalny talent. Ale śpiewać za to mogą wszyscy…”

„Wśród nocnej ciszy”

http://www.youtube.com/watch?v=tur9Vtn_QYE

„Dzisiaj w Betlejem”

http://www.youtube.com/watch?v=MnQ4_10Te-o&feature=related

„Bracia, patrzcie jeno”

http://www.youtube.com/watch?v=vCE-xvKQNgg&feature=more_related

„Mizerna cicha”

http://www.youtube.com/watch?v=SoqgBzOAh-k&feature=related

,„Gdy się Chrystus rodzi”

http://www.youtube.com/watch?v=MesFpjpCbE4&feature=related

„Pójdźmy wszyscy do stajenki”

http://www.youtube.com/watch?v=10-1sY8UGQU&feature=related

„Lulajże Jezuniu”

http://www.youtube.com/watch?v=mpYjJaLoD-Y&feature=more_related

„Jezus malusieńki”

http://www.youtube.com/watch?v=zX8smtls-3k&feature=related

„Oj Maluśki, maluśki”

http://www.youtube.com/watch?v=nLHMHoTwft4&feature=related

http://www.youtube.com/watch?v=JcPzxWHIIt4&feature=related

„Gdy śliczna Panna”

http://www.youtube.com/watch?v=qEqiNInbdto&feature=related

„Bóg się rodzi”

http://www.youtube.com/watch?v=UA1e9Xgex34&feature=related

Życie jest pełne niespodzianek. Jedną z wielu jest nasza znajomość z Piotrem Wittem. W maju tego roku, z okazji 100-lecia Anina, braliśmy udział w akcji „Otwarte ogrody”. Otworzyliśmy bramy naszego ogrodu dla wszystkich chętnych, którzy zainteresowani byli ogrodem, wystawą znaczków olimpijskich, prezentacją zbiorów obrazków, miniatur, miedziorytów z naszej kolekcji badmintonowej oraz, co najważniejsze, pokazaliśmy dorobek genealogiczny, drzewo genealogiczne rodziny Szalewicz, a także Andrzej opowiadał o badaniach genetycznych używanych przy ustalaniu powinowactwa między poszczególnymi członkami rodzin o nazwisku Szalewicz. Wśród wielu gości, którzy tego dnia nas odwiedzili był Józef oraz Jego serdeczny przyjaciel mieszkający na stałe w Paryżu pan Piotr Witt (wpis z dnia 23 maja 2010). Jak się okazało Piotr jest zapalonym genealogiem i to Go połączyło z Andrzejem. Długie godziny spędzone na dyskusjach, sposobie dochodzenia do poszczególnych ustaleń wspólnych przodków zajęło im kilka ładnych godzin. Tu muszę także wspomnieć o pani Jolancie Karpińskiej- Warzecha, która bierze udział w podobnej akcji „Otwartych Ogrodów” w Józefowie, a tego dnia była naszym gościem. Pani Jola jest wielką miłośniczką Fryderyka Chopina i Konstancji Gładkowskiej. Piotr Witt, już  w tym czasie pracował nad ostatnią swoją książką o Fryderyku Chopinie i jego pobycie w Paryżu. W czasie długich rozmów przy szklaneczce wina państwo ustalili, że Piotr opowie o swoich odkryciach o Fryderyku Chopinie i jego aż nadto skromnej 15-miesięcznej egzystencji w Paryżu (od przyjazdu do momentu odniesienia sukcesu). Tak zrodził się pomysł występu Piotra podczas otwartych ogrodów u Pani Joli Karpińskiej-Warzecha, która zatytułowała swoje ogrody „Losy Fryderyka Chopina i Jego młodzieńczej miłości do panny Konstancji Gładkowskiej”. Piotr był jednym z występujących autorów – największym znawcą tematyki o Fryderyku Chopinie w Paryżu. Oczywiście w tym miejscu usłyszę, że jest wielu znamienitszych znawców tego tematu, gdyż Chopin jest naszym dobrem narodowym, najgenialniejszym z genialnych, ale ja nie bez podstaw tak twierdzę. Otóż Piotr wydał w roku 2005 znakomitą książkę „Hotel de Monaco” – Ambassade de Pologne (Flammarion, Paryż 2005). Cóż to takiego ten Hotel de Monaco? Ano to obecna Ambasada RP mieszcząca się we Francji, w Paryżu w Hotelu de Monaco, czyli Rezydencji Monaco. Ambasada RP w Paryżu to jeden z najpiękniejszych budynków w Paryżu. Znajduje się pod opieka Konserwatora Zabytków. Piotr napisał książkę monografię wspaniałą literacką francuszczyzną, bogato ilustrowaną kolorowymi fotografiami, zawierającą wiele anegdot. Po prostu wspaniałą i atrakcyjną, jakby można powiedzieć po francusku „toutes proportions garde” – przy zachowaniu wszelkich proporcji, gdyż książka urodzie Pałacu nie ustępuje. Kilka słów o Rezydencji Monako.

Rezydencja powstała w XVII wieku na polecenie córki markiza francuskiego i włoskiego Marie Catherine de Brignole-Sale, księżnej Monako, żony „Suwerennego Księcia Monako, Honoriusza III”, ale żyjącego z nim w separacji, co oczywiście było wielkim skandalem w Paryżu ówczesnych czasów.  Marie Catherine była bardzo bogata z domu, kazała wybudować tak piękną rezydencję, aby była ona swoistego rodzaju schronieniem, w którym zapomniałaby o swoich kłopotach i przejściach z mężem wielkim tyranem. Podczas rewolucji francuskiej Marie Catherine wyemigrowała do Genui, a jej piękna rezydencja przechodziła z rąk do rąk, przeżywając różne losy. Wtedy najwspanialszym okresem dla Pałacu Monako był ten, kiedy mieściła się w nim Ambasada Austrii od roku 1826, gdy dla tego wielkiego mocarstwa wynajęto właśnie „Hotel de Monaco”. Ambasador Austrii Hrabia Anton Apponyi, reprezentował jedną z najstarszych i najbogatszych rodzin węgierskich. Na salony państwa hrabiostwa Apponyi można było wejść tylko dzięki protekcji, znanych i możnych, czyli „przyjaciół” naszych „przyjaciół”. To wszystko i jeszcze więcej znajduje się w książce z roku 2005 Piotra Witta, natomiast w najnowszej „Przedpiekle sławy” rzecz o Chopinie. Piotr Witt rozprawia się z legendą dotyczącą najważniejszego dnia pobytu Fryderyka Chopina w Paryżu, a mianowicie ustalenia nowej daty koncertu pana Chopina, który zadecydował o rzuceniu elit Paryża na kolana i diametralnej odmianie biednego dotychczasowego życia Fryderyka Chopina. Otóż przygotowując książkę – monografię „Rezydencja Monako” Piotr Witt musiał przestudiować setki dokumentów na temat Pałacu, jego losów, właścicieli czy też gospodarzy. Podczas tej pracy, Piotr Witt, który jest historykiem, znalazł dokumenty stwierdzające ponad wszelka wątpliwość prawdziwą datę triumfu Fryderyka Chopina. A zatem:

Fryderyk Chopin przybył do Paryża w okresie Powstania Listopadowego 1830 roku. Z Warszawy, z której dochodzą wieści o pożarach, powstaniu, walkach wzniecanych przez generała I.Paskiewicza na przedmieściach Warszawy po to, aby ją zdobyć. W tym czasie w Paryżu Chopin daje kilka koncertów i pewne zainteresowanie wzbudza, ale nie można tego nazwać triumfem.  Otóż historycy uważali, że data triumfalnego koncertu oscyluje na dzień 25 lub 26 lutego 1832r. w Sali Pleyela ( producenta fortepianów). Oczywiście ten koncert się odbył, ale nie w Sali Pleyela, gdyż ta została wybudowana dopiero 6 lat po śmierci Chopina. Pomylono tu sale Pleyela z salonem Pleyela, w którym Chopin koncertował wzbudzając zainteresowanie, ale nie triumf. Nic bardziej błędnego. Pan Piotr Witt ustalił, że nie mogło tak być. Dlaczego zapytacie? Ano, dlatego, że w Paryżu rozszalała się epidemia cholery, co spowodowało, że wszystkie znamienite osoby, wszyscy bogaci ludzie opuścili Paryż. Teatry zostały zamknięte i sale koncertowe też. Chopin przeżywa depresję, chce wyjechać nie tylko z Paryża, ale i z Francji. Mieszka w Paryża w nieogrzewanej mansardzie na V piętrze bez windy – a to jest wysokość odpowiadająca dzisiejszemu 7-8 piętru. O ile do piętra czwartego wysokość schodów była prawie dzisiejsza to od tego właśnie wchodziło się na mansardy schodami „młynarza”, czyli bardzo wąskimi i stromymi. Wszyscy mu ówcześni zachwycali się widokami rozpościerającymi się z okien mansardy, jednak nikt schodami. Dodajmy, ze mansarda nie była ogrzewana i przebywanie w niej oprócz widoków nie było zachwycające. Znajdujący się w stanie depresyjnym Chopin spotyka całkiem przypadkiem na Wielkich Bulwarach Paryża księcia Walentyna Radziwiłła, którego zna z Polski, gdyż Książe opiekował się Rodziną Chopinów, a jego posiadłość z Pałacem w Nieborowie była niedaleko położona od Żelazowej Woli, gdzie mieszkali Chopinowie. Chopin opowiada o swojej nadzwyczaj trudnej sytuacji w Paryżu, a Książe Radziwiłł człowiek wielce praktyczny zabiera Go na koncert, na który się udaje. A tam? A tam jest cały Paryż, „Tout Paris” intelektualny, muzyczny z najzimniejszym audytorium z zimnych, najbardziej zblazowany i najbardziej wybredny z wybrednych. I tu Chopin gra i odnosi sukces, rzec można triumf. Paryż leży u Jego stóp. Mnożą się zaproszenia, prośby o lekcje, nota bene za godzinę lekcji dawanej Fryderyk dostaje 20 fr. w złocie, a dawał tych lekcji 5 – 7 godzin dziennie. Równowartość 100 franków w złocie to przy dzisiejszym przeliczeniu 5000 Euro. A więc triumf Chopina przekłada się na całkowitą odmianę Jego losu. „Tak narodził się Chopin, ten Polak, ten marzyciel natchniony, którego przysyła nam wygnanie” – tak pisała o tym wydarzeniu i Chopinie kronikarka życia towarzyskiego w Paryżu Madame de Girardin.

W jaki sposób Piotr Witt ustalił datę owego koncertu na dzień 30 grudnia 1832 roku? Po liście bez daty jednak zawierającym ważne wydarzenia i szczegóły, jaki Chopin napisał do Polski. List ten nie miał daty, stąd nie bardzo był brany pod uwagę przez innych badaczy. Dopiero Piotr Witt z zawartych w nim informacji ustalił, na podstawie tych faktów i wiadomości o śmierci księżnej de Yaudemont – głównej protektorce Chopina, która zmarła „niecały tydzień temu” a w wycinku gazetowym z dnia 6 stycznia znajduje się jej nekrolog, że koncert odbył się 30 grudnia 1832 r. i właśnie w Rezydencji Monako. W koncercie tym brali udział znany już w Paryżu Franz Liszt, Kalkbrenner i Fryderyk Chopin i tu właśnie pokonał on wielką konkurencję. „Jego kariera (Chopina) paryska, czyli jego kariera w ogóle, zaczęła się w przyszłej ambasadzie Polski we Francji…” napisał w swej książce Piotr Witt. Te i inne jeszcze wspaniałe historie znajdziemy w książce Piotra Witta „Przedpiekle sławy” Rzecz o Chopinie, która została wydana przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, a jeszcze „ciepły” egzemplarz podpisał dla nas Piotr Witt. Przytoczę tu jeszcze jedną ciekawostkę, a mianowicie to nie przypadek, ze Piotr Witt został „wybrany” do opisania tego wydarzenia znaczącego w życiu Chopina, a także dla nas Polaków, bowiem przyczyną była pewna depesza, która została zaszyfrowana i wysłana z ambasady polskiej w Paryżu do sztabu generalnego w Warszawie 24 sierpnia 1939 roku o następującej treści: „ toczą się intensywne rokowania niemiecko-sowieckie; początek akcji wojskowej przeciwko Polsce przewidziany na dzień 26-28 VIII 1939 r, 4.IX.1939 Przybycie Niemców nad starą granicę niemiecko-rosyjską”. Pewne źródło w depeszy nie pomyliło się za bardzo i 1 września 1939 r Niemcy wkroczyli do Polski. Tym pewnym źródłem, które zaszyfrowało i wysłało depesze z ambasady był Zygmunt Witt – ojciec Piotra Witta.

Sam Piotr Witt w wypowiedzi dla radia stwierdził, że: „Moja książka jest bukietem finalnym szeregu fajerwerków, które wystrzelono na cześć Fryderyka Chopina w ciągu ostatnich miesięcy roku 2010…” W „Sygnałach dnia” w wywiadzie Piotr zaznaczył, że życie Chopina we Francji dzieliło się na dwa etapy – pierwszy przed triumfem i drugi po triumfie. O ile drugi okres jest świetnie dokumentowany poprzez gazety, informacje o dawanych koncertach sukcesach, kompozycjach, o tyle 15-miesięczny okres przed triumfem jest czasem zupełnie nieznanym, bowiem biedni nie maja historii”.

I jeszcze jedna ciekawostka, o której napisał Piotr Witt w swojej książce a mianowicie o grze Fryderyka Chopina. Pianista grał na zupełnie innym fortepianie niż dzisiaj, grał na Pleyelu. Sposób gry na tym instrumencie wymuszał silne uderzenie, którego Chopin nie miał. Mógł dawać koncerty w salonach, gdyż wtedy jego wirtuozeria była słyszana, natomiast sposób i siła jego uderzenia zupełnie nie nadawały się na wielkie sale koncertowe, w jakich odbywały się koncerty Franza Liszta, który potrafił porwać struny podczas tylko jednego koncertu, tak silne miał uderzenie (wtedy nie było mikrofonów, nagłośnienia i słyszalność zależała właśnie od siły uderzenia w klawisze a tego właśnie brakowało naszemu Fryderykowi). O tych i innych ciekawostkach z życia Fryderyka Chopina, a także o epoce, w której żył Chopin, o Francji i Paryżu przeczytacie państwo w książce Piotra Witta, którego poznaliśmy osobiście podczas otwartych ogrodów w Aninie, w naszym domu. Co ma do tego Pani Jola Karpińska-Warzecha, ano to, że ona właśnie namówiła Piotra do spisania tej wielce interesującej historii, jak również pomogła przy realizacji wydania książki w Polsce? Powiedzcie, czy życiem nie rządzą przypadki? Czyż nie jest pełne niespodzianek?

O wieczorze autorskim poprowadzonym pięknie przez pana Macieja Marię Putowskiego (scenografa filmowego do filmów „Lalka”, „Ziemia Obiecana”, „Wesele” i innych) w Bibliotece Narodowej przy ul. Koszykowej 26/28 w Warszawie, o spotkaniu z panem Piotrem Wittem autorem książki „Przedpiekle sławy” Rzecz o Chopinie

Opowiadała

Wasza Jadwiga

W internecie znalazłam wywiad Piotra Witta jakiego udzielił w dniu 11.12 2010 r „Sygnałom dnia” w PR posłuchajcie wspaniałego gawędziarza człowieka o wielkiej wiedzy i kulturze:

http://www.polskieradio.pl/7/158/Artykul/281582,Zanim-poznal-sie-na-nim-swiat

Content Protected Using Blog Protector By: PcDrome.