Subskrybuj kanał RSS bloga Okiem Jadwigi Subskrybuj kanał RSS z komentarzami do wszystkich wpisów bloga Okiem Jadwigi

Archiwum kategorii ‘Opowiadania’

4.03 – Imieniny Kazimierza, w sporcie był jeden Kazimierz, najsławniejszy i najmilszy, trener tysiąclecia. Mowa oczywiście o Panu Kazimierzu Górskim. Gdyby żył to w dniu 2 marca ukończyłby 90 lat.

Cokolwiek byśmy nie napisali o Panu Kazimierzu to będzie za mało. To będzie tylko nasze spojrzenie, choć dalekie od prawdy, bowiem całkowicie subiektywne spojrzenie na Pana Kazimierza, człowieka, który żył dla innych. Kiedyś powiedział: „… miałem szczęście do ludzi, miałem taką możliwość, że spotkałem ich wielu i wiele ciekawych postaci, a poza tym mam takie usposobienie, że zawsze lubiłem towarzystwo…”. Papierosów nie palił, ale okazjonalnie zapalał cygaro, mówiąc: jak zapalę to padnie bramka. Jego ulubionym trunkiem był „Napoleon”. Pani Maria – żona Pana Kazimierza, osoba niezwykle ciepła, pełna miłości i zrozumienia dla pasji męża, odeszła w roku 2005. W tym szczęśliwym małżeństwie przeżyli 60 lat.

Pana Kazimierza poznałam wiele lat temu i mogę powiedzieć, że lubiliśmy się i to bardzo.  Spotykaliśmy się w Polskim Komitecie Olimpijskim, na spotkaniach oficjalnych i towarzyskich, Balach Mistrzów Sportu, gdzie zawsze siedział przy tym samym stoliku ze swoją małżonką w towarzystwie Krystyny i Henryka Loski, wiecznie uśmiechnięty, sypiący dowcipami, czarujący pan, prawiący miłe komplementy damom. Pan Kazimierz… W roku 1992 w Barcelonie przesiedzieliśmy w hotelowym barku chyba do czwartej rano, sącząc jakiś złocisty trunek. Rozmowa dotyczyła sportu, piłki nożnej no i oczywiście badmintona. Uważał, że jest to świetny sport dla młodzieży i był pełen podziwu, że jestem prezesem tego Związku. Na marginesie dodam, że na IO 1992 w Barcelonie badminton debiutował w programie Igrzysk, a Polski Związek Badmintona zakwalifikował do tych Igrzysk 5 zawodniczek – Bożenę Siemieniec, Wiolettę Wilk, Beatę Sytę, Bożenę Wojtkowską Haracz, Katarzynę Krasowską i zawodnika Jacka Hankiewicza.

Żona pana Kazimierza, Maria kiedyś powiedziała cyt.”… Kazik to dziwny człowiek, bardziej troszczył się o innych niż o siebie. Przesadzał, bo czasami wiązaliśmy koniec z końcem, a on powtarzał swoje „widocznie los tak chciał”. Najbardziej wkurzył mnie po mistrzostwach światach w RFN, kiedy najpierw komuś z PZPN podarował lekką rączką samochód marki BMW, i to tylko, dlatego, że sam go otrzymał w prezencie… Potem setki innych upominków porozdawał zupełnie obcym ludziom”. ( Na podstawie książki M. Polkowskiego Alfabet pana Kazimierza”.

Lubił korzystać z tramwaju lub autobusów, aby dowiadywać się bezpośrednio od kibiców, co sądzą o reprezentacji oraz całej piłce nożnej. Pan Kazimierz…

W ubiegłym tygodniu, w Muzeum Sportu i Turystyki odbyła się promocja książki Macieja Polkowskiego pod tytułem „Alfabet Pana Kazimierza”. Autor książki urodził się w Warszawie, jest dziennikarzem, absolwentem filologii polskiej na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Od 1972 do 2004 był dziennikarzem „Przeglądu Sportowego” a w latach 1990-1994 redaktorem naczelnym. Jest redaktorem naczelnym „Polskiej Piłki” oraz przewodniczącym Komisji ds. Mediów PZPN. Poza tą książką wydał kilka innych oczywiście dotyczących piłki nożnej. Alfabet Pana Kazimierza jest książką, która powstała na bazie wywiadu nagranego z panem Kazimierzem wtedy, gdy zdrowie mu dokuczało i to bardzo, ale Maciek zdążył. I chwała mu za to.  A oto kilka urywków z promowanej książki:

„… D jak Deyna

Kazimierz Deyna – czasami wybuchają spory, kto pierwszy, a kto drugi? Ale na pewno Kazio mieści się w trójce najlepszych piłkarzy w historii Polski. Był kapitanem reprezentacji w tym najświetniejszym okresie; nazwali go królem środka boiska. Indywidualista taki, a miał coś w psychice, ze lubił być taki trochę samotny. To była taka pewna cecha charakteru. W zespole mile widziany z tego powodu, iż coś potrafił w czasie gry. Wydaje mi się, iż był trochę takim marzycielem. Kazio bokiem tu, bokiem tam, ale nikomu to nie przeszkadzało. Mocno przeżyłem jego tragiczną śmierć, 1 września 1989 r w wypadku drogowym na autostradzie w San Diego. Niektórzy uważali Kazia za mruka i jednocześnie człowieka pozbawionego poczucia humoru. Nic bardziej mylnego. Potrafił z kamienna twarzą, zrobić kawał, o którym długo opowiadano. Jedną z jego „ofiar” bywał Jacek Gmoch. Pamiętam, kiedy podczas mistrzostw w 1974 roku niemal odchodził od zmysłów, gdy ginęły notatki z jego bezcennymi zapiskami, jako szefa banku informacji. Zbieramy się na odprawę, a Jacek wierci się, gdzieś lata jak kot z pęcherzem. No i potem okazało się, że to Kazio schował mu notatnik na żyrandolu wiszącym pod sufitem…”

Zbigniew Religa – o, pan doktor lubi piłkę nożna i to bardzo. Nie jest żadną tajemnicą, że kibicuje Górnikowi. Głównie chyba, dlatego, że kierował kliniką kardiologiczną w Zabrzu. Jest wybitnym fachowcem znanym na całym świecie. O jego sportowej pasji świadczył między innymi fakt, że zdecydował się wejść do Rady Patronackiej PZPN. Teraz pracuje na stanowisku ministra zdrowia i wcale nie ma mu, czego zazdrościć. (Zmarł 7 marca 2009 r).

Feliks Stamm –nawet wczoraj o nim rozmawialiśmy. Ja zawsze lubiłem boks, a miałem wielu znajomych bokserów. Wszyscy byli zawodnicy, olimpijczycy, medaliści nie mówią nigdy o nim inaczej, że oprócz tego, że był trenerem, to także był dla nich jak ojciec. Szczególnie lubię słuchać jak opowiada o nim Jurek Kulej – jak Papa Stamm ustawiał zawodników, jakie dawał rady. On, jak to się powiada, umiał czytać walkę w ringu. Facet, który znał boks od podszewki i umiał znaleźć odpowiednią receptę. Jego uwagi z reguły były słuszne i trafne..”

Pozwólcie, że zacytuję kilka ulubionych powiedzonek pana Kazimierza:

„…A za błędy się płaci…

Dopóki piłka w grze… to nigdy nic nie wiadomo…

Można wygrać, przegrać albo zremisować..

Jeżeli chodzi o filmy, to zawsze byłem po stronie Indian…

Piłka to bardzo prosta gra, cała intencja polega na tym, żeby strzelić jedną bramkę więcej…

Twierdziłem, że jestem monarchistą, bo pijam… „Napoleona”…

W roku 2006 w dniu 2 marca rozpoczęła się wielka seria uroczystości z okazji 85 lecia urodzin „Trenera Tysiąclecia”.  3 marca 2006 r został odznaczony przez Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski.

23 maja o godzinie 7.04 Pan Kazimierz Górski zakończył życie.

Alfabet Pana Kazimierza – wysłuchał i spisał Maciej Polkowski, Oficyna Wydawniczo-Poligraficzna „Adam” Warszawa 2011

Nową pozycję na rynku wydawniczym przedstawiła

Wasza Jadwiga

Około 9 rano, a może trochę później, przyjechałam do maleńkiego miasteczka za Wałbrzychem. Nie wiem jak to się stało, ale pod wskazany adres dojechałam pytając tylko raz o drogę. Może dlatego, że samochód był oflagowany, oblepiony znakami Polskiego Komitetu Olimpijskiego, z napisem „ Fiat sponsor reprezentacji olimpijskiej, sponsor Polskiego Komitetu Olimpijskiego”. Jechało mi się jak po „maśle”. A może sprawa, jej ranga i powaga sytuacji pomagały mi w tej podróży? Jednym słowem dojechałam szczęśliwie pokonując prawie 500 km. Pamiętam ten dzień, słoneczny i taki radosny, ciepły, z podmuchami wiosny i zapachem ziemi i roślin budzących się do życia. Przed klatką stała jakaś sąsiadka. Na moje pytanie o pana Rajmunda ,padła krótka odpowiedź: Tak to tutaj na pierwszym piętrze. Krótkie pukanie, drzwi otworzyła Pani, jak się później okazało Jego żona. Poprowadziła mnie do pokoju, w którym na fotelu siedział jej mąż, autor listów wysłanych do PKOL, pan Rajmund. Powitanie serdeczne i rozmowa. Na początku trochę niezręczna, z dłuższymi przerwami, z ciszą zapadającą zbyt często. Biorę sprawy w swoje ręce. Przedstawiam się, opowiadam o moim mężu, o Polskim Komitecie Olimpijskim i o sobie. Opowiadanie o mnie i mojej pracy w sporcie zajmuje mi chwilę, ponieważ staram się nawiązać kontakt. Siedzę z jednej strony stołu  popijając herbatę, pan Rajmund z drugiej, zaś żona oraz córka i syn siedzą z boku, nie przeszkadzają, jak również nie wtrącają się do rozmowy. W pewnym momencie przypominam sobie, że mam list Prezesa PKOL do Pana Rajmunda, który mu wręczam i wtedy sytuacja zmienia się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Już wiadomo, że jestem tą właśnie osobą, na którą czekano od dłuższego czasu. Już wiadomo, że mam upoważnienie do działania w imieniu PKOL, już wiadomo, że jestem wysłannikiem, który ma pomóc w odebraniu materiałów i przekazaniu ich do Muzeum Sportu. Atmosfera się rozluźnia, spędzam kilka  godzin na bardzo miłej pogawędce zarówno z Panem Rajmundem jak i Jego Małżonką oraz córką i synem. Pijemy kawę, jemy ciasto, nie wiem doprawdy kiedy upływają nam kolejne godziny. Około drugiej po południu stwierdzam, że muszę już wracać, tak się umówiłam z moją Rodziną. Opowiadam o wnuczce, czteroletniej panience, która właśnie z prababcią Marcysią urzęduje u nas w domu. Ponieważ dokumenty Pana Rajmunda były spakowane w kartony, obiecuję, że każde pismo zostanie przeze mnie opracowane, zapisane, skatalogowane i wtedy wszystkie materiały zostaną przekazane do Muzeum Sportu i Turystyki w Warszawie za pokwitowaniem, które będzie przesłane na adres darczyńcy listem poleconym.

Wróciłam do Warszawy mając w oczach obraz człowieka siedzącego od lat w fotelu, mimo tego, pogodnego, uśmiechniętego, otoczonego Rodziną, która go kocha i szanuje. W sierpniu 1994 roku otrzymałam następujący list:

„… Miła mojemu sercu Pani Jadwigo! Odpisuję tym razem na adres Fundacji. Dostałem dziś list od Pani i ze smutkiem stwierdziłem, że mój list wysłany listem poleconym na Pani adres domowy, nie dostał się do Pani rąk. Wysłałem ten list na drugi dzień po otrzymaniu od pani powiadomienia, że wszystkie moje dokumenty przekazała Pani do Muzeum Sportu i Turystyki. Zawiadomiłem Panią w tym liście i potwierdzam w dniu dzisiejszym o ogromnej wdzięczności mojej za starania, jakie włożyła Pani w tą sprawę, ażeby wszystkie te dokumenty miały tak jasny wyraz objaśniający mój wysiłek dokumentujący wyraźnie, że w czasie mojej pracy wykonałem ogółem 1210 dwugodzinnych pokazów atletycznych oraz, że w moich występach nie opuściłem ani jednego województwa w naszym Kraju, a nawet w niektórych występowałem dwu i trzykrotnie. Jestem Pani oraz Jej Szanownemu Małżonkowi za Ich staranie niewymownie wdzięczny…. Dziękuję też za piękne zdjęcie, które otrzymałem. Pani prześliczna buzia uśmiechnięta będzie teraz zawsze przy mnie i będzie rozjaśniać moje smutne dni kalekiego starca. Dziękuję też Pani za karteczkę z Pani podróży. Czekam też na październik w moim życiu niezmiernie ważny, bo powinien być potwierdzeniem, że moje ciężkie życie, które poświęciłem jako żołnierz dla obrony Ojczyzny i jako sportowiec dla reprezentowania idei sportowych, nie poszły na marne i zostały właściwie docenione…”. Wymiana korespondencji trwała i mniej więcej co tydzień otrzymywałam listy odpisując na wszystkie skrupulatnie, a nawet wysyłając kartki i krótkie listy z moich podróży do Lozanny, Birmingham, Glasgow, czy innych miejsc, gdzie mieliśmy zawody w badmintonie lub też wyjeżdżałam w sprawach olimpijskich , a z tym wiązał się moje udział w  konferencjach marketingowych organizowanych przez MKOL w różnych miastach Europy jak Limassol, Florencja , Londyn, Spała, Lozanna, Kopenhaga, Denver, Colorado Springs, czy różnemiejscowości w Polsce. Starałam się napisać i wysłać dwa, trzy zdania, aby Pan Rajmund uczestniczył choć trochę w moim zwariowanym i szybkim życiu. Obowiązki służbowe związane z pracą w Polskiej Fundacji Olimpijskiej, kolejne umowy sponsorskie negocjowane przeze mnie oraz Arka B, pełnienie funkcji Prezesa Polskiego Związku Badmintona znacznie ograniczały mój wolny czas, jednak zawsze znalazłam chwilę, aby napisać krótki list do Pana Rajmunda.  Pod koniec listopada kapituła „Wawrzynu olimpijskiego”  Polskiego Komitetu Olimpijskiego ogłosiła wyniki konkursu. Oto one:

1994 rok

w zakresie fotografii

Wyróżnienia
Józef Krzywdziński – za 12 prac czarno-białych
Tadeusz Kowalski – wyróżnienie za portrety sportowe

w zakresie sztuk plastycznych Brązowy Wawrzyn
Edward Łagowski – „Kajakarz górski”, „Wioślarze”, rzeźba na kolumnie „Olimpijczyk”
Ewa Krynicka – „Gimnastyczka” i „Gol”

w zakresie literatury

Złoty Wawrzyn
Bogdan Tuszyński – „Przerwany bieg”, „Radio i Sport”, „Sportowe Pióra”

Srebrny Wawrzyn
Raymund Paprzyca-Niwiński – „Nigdy nie dałem kopnąć się w…”

Brązowy Wawrzyn
Elżbieta Duńska-Krzesińska – „Zamiatanie warkoczem”

Pomimo wielu obowiązków, pomimo zawodów w badmintonie oraz bardzo napiętego harmonogramu prac w PKOL, Andrzej dał się namówić na wyjazd do Pana Rajmunda i wręczenia mu dyplomu „Wawrzynu Olimpijskiego”. Pojechaliśmy samochodem, aby móc odbyć tę podróż w jeden dzień, na więcej brakowało czasu. Oto list jaki w  styczniu 1995 r otrzymałam : ”… Pani list z pozdrowieniami i zdjęciami Waszego pobytu w Boguszowie i u Was na Świętach ogromnie nas wszystkich ucieszyły. Zdjęcia były piękne. Dostojeństwo Pana Andrzeja wręczającego mi Dyplom Wawrzynu Olimpijskiego po prostu biło z Jego twarzy.(-) Pani Jadwigo, Pani jest u schyłku moich dni, jedyną osobą, która z niewiadomych dla mnie powodów schyliła się nad moim losem, zapisanym w mojej książce, podała mi swoją kochana dłoń w pracowitym geście, spisała te moje sportowe wysiłki w jedną całość i dokonała tego, że nawet za sto lat po moim odejściu w nicość, ktoś przeczyta, że był jakiś Paprzyca, co tam coś zrobił dla swojej ukochanej Ojczyzny i dla sportu…”. Kolejny list otrzymałam w maju 1995 r. jako odpowiedź na moją korespondencję wysłaną z Lozanny. Nie będę przytaczała całości bardzo serdecznego listu tylko dwa a może trzy najważniejsze zdania: ”…Pytasz się Kochana Dziecinko co u nas się dzieje. Wyobraź sobie że przed kilku tygodniami odwiedził nas z Telewizji Polskiej program I redaktor Pan Frąckiewicz, mówiąc, że chce zrobić film dokumentalny z mojego życia.(-). Zakończył robić zdjęcia 13 kwietnia. Obiecał ukazanie się filmu w miesiącu maju lub czerwcu w programie pierwszym, który ma mieć tytuł „Zawsze po godzinie 21ej w Środy- film dokumentalny”.  Następne listy odebrałam 1sierpnia, a kolejny  otrzymałam dzień przed moimi imieninami  to jest 14 października 1995 r. Oto on:

”… Szanowna Pani Jadwigo,

Wczoraj otrzymaliśmy od Pani list z Londynu. Dziękujemy za pamięć. Niestety mój Kochany tato , nie zdążył go już przeczytać. Zmarł 3.10.95 roku rano o czwartej godzinie. Jak Pani wie, ostatnie 14 lat przesiedziane w domu, były dla niego niezwykle ciężkie. Ostatnie tygodnie zaś, były pasmem cierpień i bólu. Dla nas mimo swego odejścia, zawsze będzie z nami i zawsze będziemy odczuwali jego obecność i opiekę. Był człowiekiem szczególnym i dlatego tak trudno pogodzić się nam z jego odejściem. (-) O ile to jest możliwe, prosimy również o utrzymywanie z nami kontaktu listownego. Jeszcze raz za wszystko Państwu dziękujemy, ja, moja mama i cała rodzina. Z Szacunkiem Joanna Niwińska”. Kolejny list od Joanny otrzymałam w styczniu 1996 r z informacją o operacji jaką przeszła Pani Eugenia, żona Rajmunda, cytuję: ”… Przed Świętami ukazał się w programie I TVP program o ojcu. Realizował go red. Włodzimierz Frąckiewicz, jeszcze wiosną. Tato czekał dobrych parę  miesięcy no i oczywiście emisja nastąpiła trochę za późno. To tyle wieści, pozdrawiam w imieniu Mamy i brata, Aśka Niwińska…”

Oto cała historia Mojego Przyjaciela Rajmunda, człowieka dla którego słowo Ojczyzna nie było czczym słowem, a o którym tak pięknie napisał w jednym ze swoich listów do mnie:

„… wszystko poświęciłem  dla wolności mojej Ojczyzny, a właściwie aby być godnym w swoich oczach chwały wojennej moich przodków…”

O swoim Wielkim Przyjacielu Rajmundzie o Jego trudnym życiu i przyjaźni zawartej na chwilę,  a może zbyt późno

wspominała

Wasza Jadwiga

ps. Jest rok 2019. Dzisiaj rano w dniu 24.03.2019 r.  otrzymałam wiadomość od pana Sławomira Juszczaka dotyczącą pana Rajmunda Paprzycy Niwińskiego. Otóż Rada Miasta Boguszów Gorce przychyliła się do wniosku pana Juszczaka i chce upamiętnić wspaniałego człowieka żołnierza AK Pana Niwińskiego.

Pan Juszczak poprosił mnie o przesłanie moich opowiadań,  dotyczących spotkań w Boguszowie. Jestem taka szczęśliwa i dumna! Nasze starania nie poszły na marne. Pan Rajmund Paprzyca Niwiński będzie należycie uhonorowany. To nic , że zajęło to wiele lat, bo przecież od śmierci minęło  dwadzieścia cztery lata.  żyjemy, dopóki trwa pamięć o nas!

Dzisiejszy dzień miałam ominąć w swoim blogowym pisaniu, bo jak pisać o własnych urodzinach? I to wcale nie osiemnastych, nie trzydziestych, a nawet nie pięćdziesiątych tylko tych właśnie sześćdziesiątych szóstych? Sami powiedzcie no jak?

Jak zwykle rankiem z kawą w ręku usiadłam przy komputerze i zajrzałam do poczty, a tam? Życzenia, wysypały się jak z wazonu najpiękniejsze kwiaty, Lech z Australii, Pre-Ake ze Szwecji, Bertrand z Francji, Panna Martha, gdzieś z Egiptu, Kazik ze świata już nawet nie wiem skąd,  Brian Agerbak z Kopenhagi, Jimmy Andersen również, Andrea Hannes z Niemiec, i wielu innych osób z Rosji, Belgii, Słowacji, Słowenii, Francji, Hiszpanii, Polski, które w moim życiu są bardziej lub mniej znajome. I jak w takiej sytuacji zamknąć oczy i nie widzieć, tylu życzliwych i uśmiechniętych osób, które pamiętają, że masz urodziny?

W moim życiu wiele się działo już od najmłodszych lat, jako że urodziłam się jak wspominałam w sposób bombowy, w przenośni i naprawdę. Naprawdę? Ktoś zapyta? Ano tak, bombowo, pod ostrzałem wojsk amerykańskich, które walczyły na terenie Niemiec tego dnia w tamtym czasie. Nie można było, zatem sprawiać Rodzicom większych kłopotów, dlatego urodziłam się szybko i bezpiecznie aczkolwiek nie bezboleśnie, niestety! Akuszerka, które odbierała poród i lubiła moją matkę, powiedziała: Katia (Kazia było zbyt trudne w wymowie) masz córkę, zdrową i silną” i dała mi klapsa, tak dla zachęty abym już sama rozpoczęła życie zażywając „świeżego powietrza”!  Po kilku dniach, gdy naloty osłabły i Inge przyszła sprawdzić jak się miewamy wyjęła z zanadrza pierwszy w życiu prezent, jaki z mamą dostałyśmy. Były to dwa porcelanowe koty w szare paski. Dwa razem, z gałką wełny pod łapami. Inge, osoba samotna, starsza pani – męża straciła na wojnie, dzieci nie miała, pomagała wszystkim, no i mojej mamie też odbierając poród w trudnym czasie największych nalotów i bombardowania tego terenu, gdzie mieściły się zakłady produkujące broń. Inge otrzymała koty od swojej mamy w prezencie, gdy ukończyła 20 lat. Dlaczego obdarowała nimi zupełnie obcą osobę? Tego nie wiem, i nigdy się już nie dowiem.  Koty pozostały z nami i zawsze. Gdy coś się działo, najpierw byłam zawijana w becik, a potem obok mnie lądowały „nasze koty”. Przez wszystkie te lata koty stały na honorowym miejscu u Rodziców w mieszkaniu, na półce, kredensie czy witrynce, a czasem na telewizorze. Wiele rzeczy w międzyczasie uległo rozbiciu, wypadło komuś z ręki i w ten sposób zakończyło żywot, ale nie koty! Przetrwały na swoim stanowisku dowodzenia przez te 66 moich lat przypominając tamte zdarzenia, przypominając Inge i jej wielkoduszny prezent.

W ubiegłym roku Matka moja odeszła na zawsze. I w naturalny sposób koty przeszły do mnie, i dzisiaj stoją w serwantce zamknięte na klucz, jako najdroższy mój talizman. Koty są stare, mają już ponad sto lat, ale zawsze będą mi przypominały najtrudniejszy czasy w naszym życiu. Pewnie po mnie otrzyma je Moja Córka, a następnie wnuczka i tak pamiętne koty będą towarzyszyły moim dzieciom i wnukom i ich wnukom w tym naszym życiu.  Cieszę się, że mogę im coś podarować, co jest związane z Moją Matką a ich Babcią i PraBabcią. Dzisiaj wraz ze ślubnym, idziemy w towarzystwie Joli do Restauracji Ganesh, restauracji indyjskiej, dlaczego indyjskiej? Tak rzadko mamy okazję spróbować innych smaków aniżeli polska kuchnia, no ewentualnie chińska. Myślę, ze wieczór będzie udany, a ja zdam Wam relację. Zabieram ze sobą aparat, aby wszystko było jak najbardziej udokumentowane. Zobaczymy, czy otrzymamy przepisy na poszczególne potrawy. Do zobaczenia i usłyszenia dzisiaj wieczorem,

Właśnie przed chwilą otrzymałam bukiet kwiatów od  all Badminton Europe Council , Tom Bacher  and staff.

Bukiet jak napisałam przesłany został Poczta Kwiatową z Kopenhagi w imieniu Rady Badminton Europa, byłego jej Prezydenta Toma Bacher’a  jak również pracowników Biura Badminton Europe. Bardzo ale to bardzo dziękuję za pamięć wszystkim moim Przyjaciołom z Europy, którzy pamiętali o mnie i mojej pracy jaką wykonałam dla Badminton Europe.

Dziekuję!

Pozdrawiam

Wasza Jadwiga

Content Protected Using Blog Protector By: PcDrome.