Subskrybuj kanał RSS bloga Okiem Jadwigi Subskrybuj kanał RSS z komentarzami do wszystkich wpisów bloga Okiem Jadwigi

Archiwum kategorii ‘Opowiadania’

Do szkoły podstawowej chodziłam na  ul. Elektoralną12/14. Była to Szkoła Podstawowa Nr  59, która w roku 1970 połączyła się ze Szkołą Podstawową 220, która aktualnie mieści się w „nowym budynku” tysiąclatce oddanej do użytku w roku 1960, przu ul. Jana Pawła II pod numerem 26 a .Przed II wojną światową w budynku tym  przy ul.Elektoralnej 12/14  mieścił się Szpital  Św. Ducha.   Szpital św. Ducha powstał jako przytułek dla najuboższych w 1442 roku przy kościele św. Marcina przy ul. Piwnej. Założyła go księżna Anna Holszańska. Przez wiele lat mieścił się w obrębie murów starego miasta jako jeden z punktów systemu obronnego Starej Warszawy.  Szpital w latach 1859 – 1861 funkcjonował w nowo wzniesionym budynku przy ul. Elektoralnej w miejsce manufaktury karoc i powozów Tomasza Dangla. Projekt wykonał Józef Orłowski. Szpital był budynkiem renesansowym  i pierwszym warszawskim szpitalem z wolno stojącymi pawilonami. Od tego czasu aż do II wojny światowej był jednym z najnowocześniejszych szpitali w Warszawie. 25 września 1939 został zbombardowany, a ofiarami byli zarówno pacjenci jak i personel medyczny. Ponownie został zniszczony podczas powstania warszawskiego.

Szpital miał szczęście do ludzi, przed wojna klinikę chorób wewnętrznych prowadził czeski lekarz Vilema Dusan Lambl, zaś asystentem jego był Samuel Goldflam. Vilema Dusan Lambl badał pasożyty jelitowe, które powodowały chorobę żołądka i jelitową, określił je i zostały nazwane od jego imienia Lamblia intestinalis, następnie zmieniono nazwę na giardia lamblia (Giardia od nazwiska kolejnego uczonego, który też nad nimi pracował ) teraz używane są obydwie nazwy łacińskie czyli Lamblia intestinalis i giardia lamblia, popularnie zwane są lambliaza.

Drugim wielkim człowiekiem pracującym w tym szpitalu był Samuel Goldflam, który  był  asystentem Dusana Lambla, lekarzem, znakomitym neurologiem. W 1869 roku ukończył warszawskie gimnazjum. Od 1870 do 1875 studiował na wydziale lekarskim Cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego. W 1875 uzyskał dyplom lekarza i zaczął pracę w klinice chorób wewnętrznych w Szpitalu Św. Ducha. Od 1876 do 1883 pracował jako asystent I Katedry i Kliniki Terapeutycznej Cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego.] Był ulubionym asystentem profesora, cenionym także przez studentów, ponieważ chętnie objaśniał mało zrozumiałe komentarze profesora, Lambl bardzo słabo mówił po rosyjsku, po polsku prawie wcale. Na obchodach Lambl zwykle kończył wizytę u pacjenta poleceniem „Gospodin Goldflam, zapiszytie jemu czto nibud” („Panie Goldflam, zapisz pan mu cokolwiek”). W 1878 został etatowym ordynatorem. W tym czasie przyjmował też pacjentów w bezpłatnej poliklinice przy ul. Długiej.  W roku 1882 Goldflam wyjechał do Berlina i Paryża na dalsze studia, po powrocie objął swoje stanowisku w szpitalu Lambla. W Warszawie otworzył bezpłatną poliklinikę chorób wewnętrznych i neurologicznych dla niezamożnych chorych w swoim mieszkaniu przy ul. Granicznej 10. W trzech pokojach, z pomocą kilku młodych wolontariuszy, prowadził ją na własny koszt przez prawie cztery dekady (od 1883 do 1922 r. Uczniami i współpracownikami Goldflama w jego poliklinice byli   Zygmunt Bychowski, Henryk Higier, Dine, Samuel Meyerson, Feliks Winawer, Aleksander Tumpowski,  Maurycy Urstein, Zygmunt Srebrny, Natalia Lichtenbaum Szpilfogiel i inni.  Od 1922 do 1932 był wolontariuszem na oddziale neurologicznym Szpitala na Czystem (ul. Młynarska). Był organizatorem  Warszawskiego Towarzystwa Lekarskiego, jednym z założycieli Warszawskiego Towarzystwa Neurologicznego i pierwszym jego prezesem (1921-1923), członkiem czynnym Towarzystwa Naukowego Warszawskiego (1908), członkiem honorowym Lubelskiego Towarzystwa Lekarskiego (1905), członkiem honorowym Polskiego Towarzystwa Medycyny Społecznej., współtwórcą  „Warszawskiego Czasopisma Lekarskiego. Członek komitetu redakcyjnego i gremium wydawniczego „Neurologii Polskiej” od początku wydawania w 1910 do 1917. VI tom „Neurologii Polskiej” (1922) był poświęcony Goldflamowi, z okazji jego 70. urodzin.

Wielkim przyjacielem Goldfama, a także wieloletnim współpracownikiem, i pacjentem był Edward Flatau, który uważał Goldflama za nestora polskiej neurologii. W 1929 roku pisał do Rileya, sekretarza komitetu organizacyjnego I Międzynarodowego Kongresu Neurologicznego – „jako przedstawiciel polskiego komitetu wyrażam swoje zdziwienie i żal, że żaden z wiceprezydentów kongresu, ani żaden z honorowych członków … nie jest z Polski. Polscy neurolodzy nie ustawali w swoich wysiłkach dla nauki w czasie wszystkich lat zależności politycznej a ich praca zintensyfikowała się od czasu uzyskania niezależności … Nie widzę powodu, żeby wymieniać wszystkich ważnych dla nauki, ale nie mogę pominąć nestora polskiej neurologii – S. Goldflama, twórcę miastenii, który także nie został uwzględniony.”  Goldflam nie założył rodziny. Był wielkim społecznikiem , współpracował z Januszem Korczakiem, a w latach 1906-1926 był współzałożycielem i dyrektorem Kliniki dla Nerwowo i Psychicznie Chorych „Zofiówka” w Otwocku. Był też współzałożycielem Towarzystwa Przyjaciół Dzieci. Aby pokazać pełen obraz tego niezwyczajnego człowieka należy wspomnieć również, że był wielkim mecenasem sztuki. Był znawcą muzyki klasycznej Wagnera i Beethovena, stałym bywalcem Filharmonii Warszawskiej.

„(…) był jednym z najlepszych znawców i miłośników Beethovena. Nie zabrakło go nigdy na żadnym koncercie symfonicznym w Warszawskiej Filharmonii. W końcowych rzędach parteru, tuż przy przejściu, z daleka widoczna była charakterystyczna głowa Goldflama, który z przymkniętymi powiekami chłonął piękno muzyki. Wielu wybitnych artystów pierwsze swe kroki na niwie malarstwa, rzeźby i muzyki jemu zawdzięcza. W swoim prywatnym gabinecie przy ul. Granicznej 10 w Warszawie, otoczony pięknymi rzeźbami i cennymi obrazami, wśród stosu książek, pozostawiał Goldflam niezatarte wrażenie na każdym, kto miał zaszczyt zetknąć się z nim bliżej”.

Goldflam należał do Żydowskiego Towarzystwa Krzewienia Sztuk Pięknych, którego był jednym z założycieli. Pomagał w karierze wielu artystów, m.in. Artura Rubinsteina, który w swoich wspomnieniach opisał go kilkukrotnie. Rubinstein wspominał: „Jego ogromna biblioteka i rodzaj książek jakie się w niej znajdowały, świadczyły, że doktor Goldflam to człowiek wszechstronnie oczytany. Rozmowa z nim była nad wyraz interesująca. Poruszaliśmy wszystkie możliwe tematy, ciesząc się, ilekroć znajdowaliśmy kwestie do dyskusji”. W 1900 roku Goldflam napisał list polecający do Emanuela Mendla dla Władysława Reymonta, który cierpiał na neurastenię pourazową po wypadku kolejowym. Swoją kolekcję obrazów  przekazał Uniwersytetowi Hebrajskiemu wraz z biblioteką, natomiast pianino Mignon i zbiór nut zapisał Państwowemu Konserwatorium Muzycznemu w Warszawie. W dorobku naukowym Goldflama znajduje się sto prac naukowych a najlepiej znanymi są prace na temat miastenii i chromania przestankowego.

A wracając do Szpitala Św. Ducha i jego wybitnych pracowników, to w 1881 r. kierownikiem pracowni chemiczno-bakteriologicznej oraz ordynatorem oddziału chorób wewnętrznych Szpitala św. Ducha, został Leon Nencki. Leon Piotr Nencki urodził się w roku 1848  w Boczkach, na ziemi sieradzkiej, lekarz, chemik, bakteriolog i propagator higieny społecznej. Ojciec był prawnikiem właścicielem Sikucina, Kobyli Miejskiej, Boczek i Bruss.Leon Nencki uczył się w Rządowym Gimnazjum w Piotrkowie Trybunalskim, a następnie w Gimnazjum Filologicznym w Kaliszu, w 1866 r  uzyskał maturę. Tego samego roku wstąpił na Wydział Lekarski Szkoły Głównej w  Warszawie. W 1872 roku wyjechał na uniwersytet w Bernie, gdzie złożył egzaminy lekarskie. W swojej pracy doktorskiej Ueber das Verhalten einiger aromatischer Verbinungen im Thierkőrper, której promotorem był  jego brat Marceli Nencki. Po otrzymaniu doktoratu, między uzupełniał swe wykształcenie na uniwersytetach w Wiedniu, Paryżu i Londynie, powrócił do Warszawy w roku 1877, gdzie  po nostryfikacji dyplomu podjął praktykę lekarską. W  1881 r. został mianowany kierownikiem pracowni chemiczno-bakteriologicznej w Szpitalu Św. Ducha w Warszawie, a następnie ordynatorem oddziału chorób wewnętrznych tamże. Interesował się polepszeniem warunków higieny szpitali i mieszkań. Przedstawiał na posiedzeniach czasopisma Przegląd Techniczny najnowocześniejsze przyrządy do  dezynfekcji. Od roku  185 r.. był współredaktorem i współwłaścicielem Gazety Lekarskiej. W 1895 r. został mianowany honorowym członkiem Międzynarodowego Towarzystwa Higienicznego z siedzibą w Brukseli. Opublikował około 60 prac naukowych w różnych czasopismach polskich i zagranicznych. Nie założył rodziny. Zmarł nagle,  22 maja 1904 roku  w Warszawie w wieku 55 lat, 3 lata po śmierci swego brata Marcelego. Został pochowany na Cmentarzu ewangelicko reformowanym w Warszawie. Uważam, że te trzy nazwiska ludzi wybitnych powinny być znane nam wszystkim, dlatego wspominam o nich.

Nie do wiary, że wszyscy oni pracowali w tym samym Szpitalu Św. Ducha, w budynku w którym wiele lat później przyszło mi pobierać nauki w ramach szkoły podstawowej? Jak można było się uczyć w tej szkole nie odnosząc sukcesów w nauce? No odpowiedzcie?  jak?   W szkole podstawowej nr 220 poznałam Renię, która chodziła do tej właśnie szkoły od pierwszej klasy to znaczy od roku 1952, natomiast ja rozpoczęłam naukę w roku 1954, ze względu na przeprowadzkę z ul. Wolskiej 42  na ul.Swierczewskiego 113.  Siedziałyśmy razem w jednej ławce, moja przyjaciółka,Renia od lat mieszka w Indonezji na wyspie Jawa. Nasza przyjaźń przetrwała już pięćdziesiąt osiem lat. Jak mocne więzy połączyły nas, na dobre i na złe które utrwaliły naszą przyjaźń pomimo odległości siedemnastu tysięcy kilometrów, bo  choć Renia jest daleko ode mnie kontakt z nią trwa i ciągle wydaje się nam, że to było tak niedawno, dopiero rozstałyśmy się a od naszego ostatniego spotkania  minęło już sześć lat. Renia zawsze pomagała wszystkim polskim zawodnikom badmintona, którzy jeździli do centrum szkoleniowego w  Jakarcie, szkolić swoje umiejętności w tej trudnejdyscyplinie olimpijskiej. A ja jako Prezes Polskiego Związku Badmintona byłam spokojna, o opiekę nad moimi najlepszymi zawodnikami.( Katarzyna Krasowska olimpijka, Dariusz Zięba, jeden z najlepszych technicznie wyszkolonych  polskich zawodników).  Do naszej klasy VII a, chodziłyśmy wraz z następującymi koleżankami i kolegami (wymieniam ich nazwiska z pamięci oraz oczywiście wg listy z naszego dziennika szkolnego: Anna Dmowska, Hanna Łuszcz, Renata Gawlińska, Józef Gołubowicz, Ewa Graj,  Ryszard Grossman, Wanda Morawska, Jadwiga Mazanek, Zofia (Karina) Tabor. Nauczycielką wychowawczynią była pani Rogalowa (niestety imienia nie pamiętam), natomiast pani Boduchowa uczyła nas biologii i geografii. Niestety nie pamiętam nazwisk pozostałych nauczycieli ani też dyrektora szkoły. VII klasę ukończyliśmy w roku 1959.

W naszej szkole pracowali świetni przedwojenni nauczyciele, dla których słowa miały ogromne znaczenie a szczególnie te najwartościowsze, ojczyzna, przyjaźń, szacunek dla drugiej osoby, umiejętność porozumienia w najtrudniejszych momentach. Pamiętam jak dziś naszą matematyczkę, starszą panią, która była jednocześnie wychowawcą klasy. Ile trudnych godzin spędziła z nami tłumacząc najtrudniejsze dla nas i czasami abstrakcyjne tematy związane z życiem w dorosłym świecie. Nasze kontakty koleżeńskie z lat „podstawówki” trwają do dzisiaj, sama się czasami zastanawiam jak to możliwe? Tyle lat minęło, moje koleżanki rozsypały się po świecie, Beata, Renata, Karina, Ala, Wanda, Rysiek,  a nasze kontakty są jeszcze silniejsze. Dlaczego? Może fakt dobrych duchów mądrych ludzi, którzy w tych samych murach ratowali innych miał wpływ na nas? Może tak, może nie… ale wierząc w to, że  tak wybitne duchy, po salach naszych się przemieszczały… wszystko jest możliwe, to genius loci tego miejsca. Ale wracając do Szpitala… i jego historii podczas II wojny światowej.

W czasie wojny dr Czubalski, ówczesny dyrektor szpitala, zorganizował oddział urologiczny. Będąc dyrektorem szpitala Św. Ducha (który został przeniesiony na teren Szpitala Ujazdowskiego), ewakuował go z płonącej stolicy w dniu 15 sierpnia 1944 do Konstancina pod Warszawą, wynosząc osobiście chorych niezdolnych do poruszania się o własnych siłach. Jesienią 1946 roku wraz z oddziałem urologicznym powrócił do Warszawy, gdzie szpital Św. Ducha zajął pomieszczenie po szpitalu Starozakonnym na Czystem. Szpital św. Ducha został przemianowany na Szpital Miejski nr 1. Na dziedzińcu szpitalnym położono tablicę o następującej treści:

Ufundowany w XV wieku przez księżną Annę Mazowiecką Szpital pod wezwaniem św. Ducha, z istniejących szpitali warszawskich, był najstarszy i miał kolejno swoje siedziby przy ulicach: Piwnej, Przyrynek, Konwiktorskiej, od 1861 przy Elektoralnej 12, gdzie barbarzyńsko został zniszczony dnia 25 IX 1939 roku podczas oblężenia Warszawy. W roku 1946 przeniesiony z Konstancina do Warszawy i odbudowany tu na terenie dawnego Szpitala Żydowskiego.

Szpital wielokrotnie przenoszono: najpierw znajdował się przy ul. Piwnej, potem na Przyrynku, ul. Konwiktorskiej i ul. Elektoralnej, ostatecznie, w 1946 r. szpital został przeniesiony do budynków przy ul. Dworskiej  na terenie szpitala Wolskiego przy ul. Młynarskiej (Szpital Zakaźny nr 1). Po wojnie w roku 1953, budynek przy ul. Elektoralnej 12  został odbudowany  z przeznaczeniem na Dom Kultury. Najpierw znajdowały się w nim Związki Zawodowe, później Warszawski Ośrodek Kultury. W latach 1950 – 1960  Szkoła Podstawowa, w której właśnie pobierałam nauki.

Obecnie znajduje się tu Zespół Szkół Specjalnych, zaś Szkoła Podstawowa nr 220 została przeniesiona do Szkoły Tysiąclecia przy ul. Jana Pawła II nr 26 a ,za Halą Mirowską. Ciekawostką też jest, że moja wnuczka rozpoczynała swoją edukację również w tej szkole ale 59 lat później, ot perpetuum mobile!  Tyle historii o mojej a właściwie naszej Szkole Podstawowej nr 220, oraz związanej z nią historii Szpitala św. Ducha, w którym pracowały wybitne osoby, lekarze, o których nie bardzo wiemy a tym bardziej o nich nie pamiętamy. Przywołałam je dzisiaj w moich wspomnieniach ponieważ czas jest uroczysty i okres świętowania Powstania Warszawskiego, a szpital odegrał w tamtych latach swoją bohaterską rolę!

Życzę wszystkim dobrej pogody może w końcu bez deszczu!

Wasza Jadwiga

podaje link do SP nr 220 w Warszawie przy ul. Jana Pawła II nr 26 a

http://www.sp220.pl/

Do napisania tego postu sprowokowały mnie wypowiedzi czterdziestolatek na jednym z blogów, który systematycznie odwiedzam. Być może odpowiedzią na utyskiwania młodych kobiet zresztą „luksusowo biednych” będzie ostatnio przeczytana przeze mnie książka Stephanie Dolgoff pt.: „Przypadki 40-latki” z podtytułem „Moje życie (tuż) po drugiej stronie młodości” wydanej przez Wydawnictwo „Mirador” w roku 2011.

Wiem, wiem moją czterdziestkę jakiś czas temu skończyłam i mogę powiedzieć, że po drugiej stronie młodości tkwię od dawna, faceci już dawno na mój widok lubieżnie nie gwiżdżą, a producenci kremów przeciwzmarszczkowych kierują coraz więcej reklam dla mojej kategorii wiekowej zamiast reklam pięknych i najmodniejszych dżinsów w rozmiarze ileś tam!  Zdałam sobie sprawę, że dawno, ale to już dawno przekroczyłam tę cienką niewidzialną linię kobiety dawniej! (Dawniej ważyłam o 20 kg mniej, a dziś? Dawniej mój tyłek wzbudzał zachwyt a dziś? Dawniej nosiłam szpilki na 12 cm obcasie, dzisiaj wolę wygodne sandałki. Dawniej potrafiłam się głodzić, aby zadać szyku w nowej super obcisłej spódniczce).

Autorka tę cienką niewidzialna linię, gdzie nie jest już tą młodą dziewczyną, którą była Dawniej właśnie przekroczyła. Za sobą ma szalone lata, ale nie weszła jeszcze w fazę i terytorium uderzeń gorąca. Przypadki 40-latki to szalone i mądre obserwacje Dolgoff na temat okresu przejściowego. Pokazują, że stawanie się kobietą kategorii „Dawniej” (dawniej byłam laską w spódniczce mini, kurteczce skórzanej, pełen rock and roll) ma ogromne znaczenie, jeśli się na nie zwróci uwagę i jest niesamowicie śmieszne, nawet, jeśli się tego nie chce. Od mody po przyjaźnie, piękno, postrzeganie własnego ciała, seks małżeński i poszukiwanie partnera, po macierzyństwo i opiekę nad rodzicami – Dolgoff odkrywa pozytywne strony bycia starszą niż lat dwadzieścia kilka, mimo, że pewne rzeczy, które kiedyś wydawały się tak strasznie w życiu ważne, muszą podzielić los kaset magnetofonowych. Ta szalenie śmieszna, zabawna i inspirująca książka, udawania, że kiedy pozwolisz sobie na śmiech z tego, co odchodzi, życie stanie się bogatsze, radośniejsze i bardziej satysfakcjonujące. Bo czyż stawanie się starszą nie oznacza, że stajesz się lepszą?

Dlatego choć okres czterdziestolatki mam już od jakiegoś chyba dłuższego czasu za sobą sięgnęłam po tę zabawną książkę, która wzbudziła tak wiele wspomnień, które miały miejsce, gdy byłam sama kobietą kategorii Dawniej, walcząca z tymi samymi problemami, dążąca do coraz nowych wyzwań, które później okazały się wcale nie najważniejsze, do posiadania coraz to nowych rzeczy typu kolejne nowe buty, spódnica, bluzka, aby później dojść do wniosku, że posiadanie nie jest ważne, ważnym stały się zupełnie inne rzeczy. A czy teraz młode kobiety biegnące przez życie za tym, co da im szczęście czasami nie wpadają w takie same pułapki jak ja, gdy byłam kobietą Dawniej? Czy kolejne wysokie stanowisko, kolejna wygrana sprawa, kolejny większy przypływ gotówki, kolejne większe zeznanie podatkowe, kolejny narzeczony, kolejny ekscytujący wyjazd za granicę, kolejny ekscytujący wyjazd integracyjny to jest właśnie to, do czego zmierzamy, o czym marzymy? Warto się już dziś nad tym zastanowić, aby za kolejne dwadzieścia lat nie stwierdzić, że biegłyśmy niepotrzebnie, bo to, co miałyśmy nam w rzeczywistości zupełnie wystarczało, a tak straciłyśmy kilkanaście lat w pogoni za niczym….  Posłuchajcie czy nie tak samo myśleliście kiedyś:

„..Któregoś ranka, kiedy stałam w samej bieliźnie przed szafą bijąc się z myślami, co by tu na siebie włożyć, podczas gdy moje dzieci były coraz bardziej spóźnione do szkoły, doznałam olśnienia. Nie mam pojęcia, dlaczego tej podstawowej prawdzie zajęło tyle lat, zanim przeniknęła przez moją grubą czaszkę… Ale taka jestem szczęśliwa, że w końcu jestem w posiadaniu tej wiedzy, że po prostu muszę się nią z wami podzielić, na wszelki wypadek, gdybyście jeszcze nie słyszały tej dobrej nowiny. Gotowe? Lepiej usiądźcie. To duża rzecz. To zadaniem ubrania jest pasować na ciebie.

Nie jest twoim zadaniem wpasowywanie się w ubranie.

Co więcej, tak było zawsze, ale jakoś nikomu się nie chciało mi o tym powiedzieć, choć zużywałam nieproporcjonalną ilość mego mentalnego kapitału, by wykombinować, w jaki sposób stać się mniejsza. Tak, oczywiście, że byłam świadoma tego, iż ubrania produkowane są w różnych rozmiarach, co mogło sugerować, że pewne zróżnicowanie w wielkości ciał jest akceptowane, a nawet normalne. A jednak jak wiele młodych kobiet, działałam w fałszywym mniemaniu, iż mam sobie tylko przypisany rozmiar, który był zwykle mniej więcej o dwa numery mniejszy niż moje ciało. Moim pełnoetatowym zadaniem było zaś postarać się, by to ciało pasowało do „mojego” rozmiaru. Nawet nie chcecie wiedzieć, co robiłam, usiłując ten cel osiągnąć. A przez cały ten czas mogłam po prostu kupować większe ciuchy. Pewnie, że nie wyglądałabym w nich tak szczupło, jak mogłabym wyglądać, gdybym kiedyś nosiła mój wyimaginowany rozmiar, którego i tak nigdy nie osiągnęłam. Skoro jednak jestem „jakimś” rozmiarem, a nie mogę latać na golasa, to czy nie powinnam nosić najładniejszych ubrań, jakie znajdę, które pasują na moje prawdziwe ciało? Oczywiście, że odpowiedź brzmi „tak”! Ale znam je dopiero teraz, kiedy jestem Dawniej i nie działam zgodnie z wcześniejszymi okrutnymi założeniami. Nie kupuję już rzeczy, co, do których mam nadzieję, że kiedyś w nie wejdę. Ten dzień to dzień dzisiejszy. Czas to czas obecny. Byłam już szczupła i nieszczęśliwa, oraz grubsza i szczęśliwa. Sama sobie wielokrotnie udowodniłam, że jedno nie ma zbyt wiele wspólnego z drugim, pomimo tych wszystkich reklam, które głoszą: „Straciłam na wadze i teraz mój mąż mnie kocha”, a które widzisz na wszystkich produktach dietetycznych. Noszę ubrania, które na mnie pasują, cholera. I czuje się w nich, no cóż, jakbym znowu mogła oddychać…”

Przytoczyłam tutaj urywek książki, gdyż nie mogłam przepisać całej książki, gdyż jest ona właśnie w tym stylu napisane, poruszając różne tematy takie jak sex przed małżeński a później małżeński. Jest też wiele innych, a każdy z nich jest zakończony pointą dotyczącą rozpatrywanego tematu. Polecam te książką wszystkim czterdziestolatkom, kobietom określanym mianem Dawniej, bo jeżeli dopadają ciebie stresy to wiedz, że dotyczy to nie tylko ciebie, ale wszystkich kobiet, które dawniej były laskami a teraz są mamusiami, żonami i szefowymi różnych działów czy firm. Polecam!

Książka znakomita na wakacje!

Wasza Jadwiga

W roku 1954 przeprowadziliśmy się na ul. Świerczewskiego, do pierwszego domu, jaki w Warszawie wybudowały kobiety. Fajny to jest budynek (stoi do dzisiaj). Czy wiecie, że piętro pierwsze jest wyższe o 40 cm od piętra drugiego, i jeżeli chcecie otworzyć okno w kuchni na tym piętrze to trzeba stanąć na drabince lub wysokim stołku? Natomiast piętro drugie jest niższe o te 40 cm, gdyż w ten sposób starano się nadrobić różnicę wysokości. Piętro czwarte, na którym mieszkaliśmy, było już w miarę normalne, a wysokość mieszkania zaiste czarodziejska 270 cm, w związku z tym w naszym mieszkaniu wisiał piękny żyrandol. Oczywiście wszystkie piętra miały mieć te 270 cm, tylko z niektórymi nie wyszło, a może wyszło jak zwykle? Budynek stoi naprzeciwko Kościoła pw. Narodzenia Najświętszej Panny Marii (zwanego też Kościołem Przesuwanym), który znajduje się przy al. Solidarności 80 (dawniej ul. Leszno 32) w Śródmieściu przy Trasie W-Z.

Kościół zbudowany został w latach 1682-1732, jako kościół przylegający do klasztoru Karmelitów Trzewiczkowych zwanych bosymi. Prowincjał polsko-litewski zakonu karmelitów trzewiczkowych ks. Marcin Charzewicz, nabył od ppłk Jana Weretyckiego i jego żony posiadłość w miasteczku Leszno pod Warszawą za kwotę 2 000 ówczesnych złotych. Biskup poznański Stefan Wierzbowski 2 września 1682 roku w liście do prowincjała zakonu zezwolił karmelitom podnieść krzyż i odprawiać nabożeństwa, co było równoznaczne z pozwoleniem na budowę kościoła i klasztoru. Zgodę na budowę wyrazili również bracia Leszczyńscy, właściciele Leszna, (wsi pod Warszawą) Bogusław – opat czerwiński i proboszcz płocki, oraz Rafał – ojciec późniejszego króla Stanisława Leszczyńskiego. Pierwsze nabożeństwo odbyło się 8 września 1682 roku w kaplicy urządzonej w nabytej posiadłości, „przed cudownym obrazem w srebrnych ramach, nieznanego autora a przedstawiającym Matkę Boską”. W czasie wojny północnej klasztor został zajęty przez Szwedów. Odrestaurowany był w 1853; wtedy też dobudowano kaplicę i zegar na wieży. Po zniszczeniach II wojny światowej, Kościół został odbudowany w latach 1951-1956. W związku z budową trasy W-Z i poszerzaniem ulicy Leszno (w tym czasie Al. gen. K. Świerczewskiego), w nocy 30 listopada na 1 grudnia 1962 kościół został przesunięty o 21 metrów do tyłu.  W roku 1962 miałam 17 lat, byłam prawie pełnoletnia, dlatego moi Rodzice pozwolili mi na asystę przy przesuwaniu Kościoła. Ponieważ był to jedyny w swoim rodzaju eksperyment zakończony zresztą sukcesem. Pamiętam miesiące przygotowań, wykonano wielkie podkopy, ułożono walce, zabezpieczono kościół. Pamiętam też tłumy ludzi, którzy przychodzili oglądać same przygotowania do przesunięcia zabytkowego kościoła oraz tę jedyną w swoim rodzaju noc, oświetloną wielkimi reflektorami i wolne przesuwanie Kościoła. Klasztor został rozebrany, zaś w późniejszych latach wybudowano plebanię. W kościele wisi kopia obrazu Matki Boskiej Białynickiej z Białynicz, której oryginał znajdował się na zamku w Lachowiczach. Matka Boska Białynicka z kościoła w małej miejscowości nad rzeka Drucią dopływem Dniepru, w dawnym województwie witebskim I Rzeczpospolitej. Karmelici długo poszukiwali malarza mogącego namalować oblicze Matki Bożej aż w 1634 roku wędrowny malarz ofiarował im namalowany na okiennicy obraz, postać Maryi z Dzieciątkiem Jezus miała niedokończona szatę, o wykończenie której miała zadbać zdaniem autora sama Matka Boża. I rzeczywiście około 1635 roku marszałek wielki Księstwa  Litewskiego Krzysztof Zawisza ozdobił obraz kosztowna sukienką, a podkanclerzy Kazimierz Lew Sapieha, syn fundatora klasztoru przyozdobił ołtarz klejnotami. Według zaś innych źródeł karmelici otrzymali obraz w roku 1623 za pośrednictwem Lwa Sapiehy, od Bazylianów z kutejskiego monastyru na przedmieściach Olszy. W obliczu pożogi, rabunków i zbrodni jakie ze sobą niosły wojska moskiewskie na kresach Rzeczpospolitej, jesienią 1655 roku obraz Maryi przeniesiono do Lachowicz w województwie nowogródzkim. Należąca do Pawła Sapiehy hetmana litewskiego twierdza broniła się w tym samym czasie, w którym broniła się Częstochowa przed Szwedami (1660 r). Twierdza pozostała niezdobyta, a wojska Chowańskiego zostały rozbite przez wojska Stefana Czarnieckiego i Pawła Sapiehy, co nie byłoby możliwe bez wstawiennictwa Matki Bożej. W pamięci współczesnych cudowna obrona twierdzy w Lachowiczach była równie znana jak obrona Jasnej Góry. W 1761 roku obraz Matki Boskiej Białynickiej został ukoronowany za zgodą Papieża Benedykta XIV, który wydał bullę w roku 1756. Złote korony wykonano ze składek zbieranych w całej Rzeczpospolitej, a zwłaszcza wielmożów litewskich Michała Radziwiłła i Jerzego Ogińskiego . Po rekoronacji obrazu 6 czerwca 1856 roku władze carskie nasiliły ataki propagandowe na świątynię będącą ostoją polskości i wiary na tych terenach, aby wreszcie w 1876 r. zamknąć kościół i zamienić go na cerkiew. Bolszewicy w roku 1924 urządzili w kościele muzeum ateizmu. Wierni katolicy ukryli cudowny obraz Matki Boskiej Białynickiej tak dobrze, że do dzisiaj nie można go znaleźć, zaś kościół w latach sześćdziesiątych wraz z klasztorem wysadzono w powietrze.  Na jego miejscu od 1996 r. stoi prowizoryczna kaplica. Cudowny wizerunek Matki Boskiej Białynickiej doczekał się licznych kopii, między innymi w kościele karmelitów na Lesznie w Warszawie, w Mohylewie, Księżycach oraz Woli Gułowskiej koło Kocka w sanktuarium Matki Bożej Patronki żołnierzy Września 1939 r. Jak donosi Tygodnik Ilustrowany z roku 1866 w czterech nawach bocznych znajdowały się obrazy św. Wojciecha Karmelity, Marii Magdaleny de Pazzis, św. Józefa, św. Eliasza, namalowane przez malarza polskiego Szymona Czechowicza, a w trzech innych ołtarzach wisiały  obrazy św. Onufrego, św. Jana Nepomucena oraz kaplica z figurą Zbawiciela Ukrzyżowanego. O czym jeszcze ciekawym napisał Tygodnik Ilustrowany w swoim artykule na temat tego kościoła? Przed Kościołem stała żelazna kuna, w którą zakuwano na żądanie rodziców lub z wyroku duchownych, lub magistratu Leszna rozpustną młodzież, niepoprawnych hultajów i złodziejaszków. Kuna była długo postrachem okolicy. Z Tygodnika Ilustrowanego wiadomosci zaczerpnęłam , który był nakładem i drukiem Józefa Ungra przy ul. Nowolipki 2406 obenie 3 wydany.

W 1860 r. po raz pierwszy wykonano publicznie, w kościele Narodzenia Najświętszej Marii Panny na Lesznie w Warszawie, pieśń „Boże, coś Polskę” w wersji poprawionej przez Antoniego Goreckiego z okazji mszy za duszę śp. Adama,  Juliusza  i Zygmunta (tak przed cenzurą carską zakamuflowano Trzech Wieszczów). Maria Dąbrowska pisząc swoją książkę „Noce i dnie”, w tym kościele postanowiła wyprawić ślub Bogumiła Niechcica z Barbarą z Ostrzeńskich i tu odbyła się ceremonia zaślubin. Kościół został odnowiony w roku 2009 i otrzymał barokową kolorystykę frontu, która jest obecnie w kolorze beżowo -brzoskwiniowym.

Ul. Świerczewskiego

Powstanie al. K.Swierczewskiego wiązało się bezpośrednio z powstaniem Trasy W-Z, jednej z najważniejszych inwestycji drogowych powojennej Warszawy. Wybudowano ją w latach 1947-1949, a oddano do użytku 22 lipca 1949 r wraz z wybudowanymi specjalnie tunelem oraz mostem Śląsko-Dąbrowskim. Aleja pobiegła od skrzyżowania z Młynarską i Wolską aż do ulicy Radzymińskiej. Pierwotnie nazywała się aleją Karola Świerczewskiego, nazwę na współczesną zmieniono 10 października 1991 roku. Obecnie nazywa się al. Solidarności, a patronem jest NSZZ Solidarność.  Pierwszym  patronem alei był  Karol Świerczewski – polski generał, doktor nauk wojskowych, działacz komunistyczny, dowódca 2. Armii Wojska Polskiego w 1944 i 1945 roku, jednak w walkach wykazał się niekompetencją. Po upadku komunizmu wśród proponowanych zmian nazwy pojawiały się propozycje przywracania dawnych nazw, np.: Nowe Tłomackie,Stare Leszno czy Zygmuntowska, zdecydowano się jednak na całkiem nowego patrona. Wzdłuż alei „Solidarności” znajdują się liczne obiekty użyteczności publicznej, kina, teatry, szpital, obiekty zabytkowe.  Ciekawostką jest także pałac Przebendowskich, który znajduje się pomiędzy jezdniami alei Solidarności  (jadąc od Pragi w kierunku pl. Bankowego na wysokości ul. Bielańskiej).

Wzdłuż północnej pierzei alei wyróżnić należy następujące bardzo piękne obiekty:

al. „Solidarności” 52 – Cerkiew Świętej Równej Apostołom Marii Magdaleny, al. „Solidarności” 58 – Gmach Hipoteki, w nim sąd rejonowy dla dzielnicy Mokotów, Pałac Przebendowskich, a w nim Muzeum Niepodległości, Studnia Gruba Kaśka, al. „Solidarności” 74 – Kościół ewangelicko-reformowany, al. Solidarności 80 – Kościół Narodzenia Najświętszej Maryi Panny, Al. „Solidarności” 130 PDT Wola, a wzdłuż pierzei południowej: al. „Solidarności” 51VIII Liceum Ogólnokształcące im. Władysława IV, al. „Solidarności” 67 – Szpital Praski, al. ”Solidarności” 75 Kamienica Karola Lilpopa, al. „Solidarności” 77 – Biuro Rzecznika Praw Obywatelskich, al. „Solidarności” 79 – Gmach Żydowskiego Instytutu Historycznego, al. „Solidarności” 81 – Budynek dawnego Państwowego Monopolu Spirytusowego, dziś część Urzędu Wojewódzkiego, al. „Solidarności” 93 – zabytkowa kamienica Michała Rózga, w niej teatr Kamienica gdzie Dyrektorem jest Emilian Kamiński, al. „Solidarności” 105 – Pałac Jacobsona, w nim Instytut Archeologii i Etnologii PAN, al. „Solidarności” 115 –Kamienica przedwojenna w niej kino Femina, al. „Solidarności” 127 –Sądy na Lesznie, dziś Sąd Okręgowy. Wszystkie te budynki i Pałace znam dobrze, gdyż tutaj spędziłam całą swoją fascynująca młodość, byłam niemym świadkiem budowy lub odbudowy poszczególnych domów, tylko wtedy jeszcze zupełnie nie wiedziałam, że po latach te właśnie budynki będą przeze mnie opisywane.

Wielkim sentymentem darzę  Bibliotekę Publiczną oraz czytelnię, mieszczące się przy ul. „Solidarności”90. Historia Biblioteki Publicznej Dzielnicy Wola m.st. Warszawy rozpoczyna się 25 stycznia 1933 r. Tego dnia otwarto pierwszą bibliotekę – Wypożyczalnię nr 4 im. H. Wawelberga. Oprócz wypożyczalni mieściła się tutaj także czytelnia czasopism. Placówka powstała w wyniku umowy z Fundacją Tanich Mieszkań. Jednym z fundatorów była Dyrekcja Miejskich Tramwajów i Autobusów. W czasie oblężenia Warszawy, we wrześniu 1939 r. , biblioteka nie zaprzestała swojej działalności. Mimo wielu ograniczeń i represji udało się utrzymać jej pracę aż do 1942 r. Od sierpnia tegoż roku Biblioteka została zamknięta dla publiczności. Stosowano jedynie wypożyczanie tajne. W czasie Powstania Warszawskiego zdecydowana większość lokali i księgozbiorów uległa zniszczeniu. Po wyzwoleniu Biblioteka wznawia działalność w 1947 r., kiedy to zostają otwarte trzy placówki. Moment ten jest poprzedzony ogromną pracą nad zgromadzeniem i przygotowaniem lokali. Wielkim sukcesem było wybudowanie w 1955 r. reprezentacyjnego gmachu bibliotecznego przy ul. Świerczewskiego 90 (obecnie al. Solidarności 90). Przeniesiono tutaj czytelnię, wypożyczalnię i bibliotekę dla dzieci. Biblioteka, a właściwie mieszcząca się na II piętrze Czytelnia, była moim „drugim domem”. Tutaj uczyłam się do matury ,a później do kolejnych egzaminów na studiach. Pamiętam, Panie bibliotekarki, które z wielką życzliwością podchodziły do nas młodych ludzi, którzy tam zamawiali po kilka książek na raz (można było tylko dwie), aby przygotować się do lekcji z języka polskiego czy historii.  Na „mojej ulicy” znajduje się wiele tablic upamiętniających najważniejsze wydarzenia. I tak: al. „Solidarności” 67 – dwie tablice upamiętniające: personel medyczny Szpitala Praskiego, który w lutym 1944 roku podjął walkę o uratowanie życia ppor. Bronisława Pietraszewicza „Lota”  ( ta historia wymaga osobnego opisania, gdyż znałam osobiście jednego z jej głównych bohaterów, dzisiaj już nie żyjącego Pana Henryka „Szot” Jeziorowskiego. Zresztą pierwszego sekretarza generalnego i założyciela Polskiego Komitetu Olimpijskiego) oraz pchor. Mariana Singera” Cichego”, al. „Solidarności” 86 – kamień upamiętniający więźniów Pawiaka powieszonych 11 lutego 1944 roku naprzeciwko gmachu Sądów. Przez długie lata na wysokości gmachu Hipoteki stało popiersie Karola Świerczewskiego, dawnego patrona alei oraz trasy W-Z, które powstało w 1958 roku i było dziełem Alfreda Jesiona, teraz w tym miejscu stoi piękna „Nike” Warszawska. Pomnik zaprojektowany przez Mariana Koniecznego (ucznia Xawerego Dunikowskiego) i odsłonięty w roku 1964 ustawiony był na placu Teatralnym.  Marian Konieczny zaproponował grecką boginię zwycięstwa Nike, która w jednej ręce trzyma miecz, a drugą, w dramatycznym geście rozpostartych palców, broni stolicy. Bogini miała stanąć na 25-metrowym cokole. Dzięki tej wysokości płynęłaby nad miastem. Twarzy warszawskiej Nike użyczyła córka autora, dlatego bogini ma rysy dziewczynki, a ciało dorosłej kobiety. Rzeźba jest wykonana w brązie. Ma 7 metrów wysokości i 6 metrów długości. Aby miecza nie złamał podmuch wiatru, umieszczono w nim struny fortepianowe. 14 Listopada 1995 roku pomnik został zdjęty z cokołu i umieszczono go tymczasowo na zapleczu budowy pałacu Jabłonowskich. W roku 1997 uzyskał stałą lokalizację przy trasie W-Z, rzeźbę umieszczono na cokole i Warszawska Nike, Nike Zwycięska płynie znowu nad Warszawą zgodnie z zamysłem autora.

Życzę, pomimo deszczu,  świetnego humoru, samopoczucia i odpoczynku w weekend,

Wasza Jadwiga

Content Protected Using Blog Protector By: PcDrome.