Subskrybuj kanał RSS bloga Okiem Jadwigi Subskrybuj kanał RSS z komentarzami do wszystkich wpisów bloga Okiem Jadwigi

Archiwum kategorii ‘Informacje’

Jan LebensteinJan Lebenstein, polski artysta malarz, grafik, urodził się 5 stycznia 1930 r. w Brześciu nad Bugiem. Uprawiał oryginalną odmianę malarstwa figuratywnego, włączając doń elementy surrealistyczne i abstrakcyjne. Zilustrował m.in. Folwark zwierzęcy George’a Orwella i kilka innych ksiąg. Tworzył poetyckie transpozycje figury ludzkiej, pełne ekspresji kompozycje fantastyczno-symboliczne o motywach zwierzęcych. Był absolwentem Państwowego Liceum Artystycznego w Warszawie, studiował w Akademii Sztuk Pięknych pod kierunkiem Artura Nachta- Samborskiego. Jego debiut odbył się w roku 1955, a pierwszą indywidualną wystawę miał w mieszkaniu Mirona Białoszewskiego. Rok 1959 przyniósł mu wielki sukces, ponieważ otrzymał Grand Prix na I Biennale Młodych w Paryżu. Od roku 1960 przebywa w Paryżu, zaś w roku 1971 przyjmuje obywatelstwo francuskie. Jest podziwianym i uznanym malarzem reprezentującym zupełnie inny styl w malarstwie. Malarstwo figuratywne, gwasze, prawie nie używanie koloru, tworzenie swoich obrazów na bazie ciemnych brązów, jego niesamowite wizje przelane na papier (bardzo często milimetrowy, który dla niego wynoszono z biur) zastanawia, czy nie jest to związane z Jego ciężką chorobą alkoholową i bardzo trudnym charakterem oraz z wizjami wynikającymi z nadmiernego nadużywania alkoholu. Podkreślał zwłaszcza biologiczno-fizjologiczne uwarunkowanie ludzkiej zmysłowości. Wystawa Jego prac w Zachęcie pokazuje szereg obrazów znajdujących się w różnych kolekcjach prywatnych jak też zasobów Muzeum Narodowego we Wrocławiu. Jan Lebenstein-witrażCiekawym jest fakt, ze Jan Lebenstein przebywał w szpitalu w Paryżu i leczył swoje uzależnienie alkoholowe, wtedy też w podziękowaniu dla lekarzy i pielęgniarek stworzył przepiękne freski dla kaplicy przyszpitalnej, możemy je tam zobaczyć i dzisiaj, zaś w kaplicy Pallotynów znajdziemy jego wspaniałe witraże. W 1976 roku wyróżniony został nagrodą nowojorskiej Fundacji Alfreda Jurzykowskiego, zaś w roku 1987  otrzymał nagrodę im. Jana Cybisa. Późniejsze kompozycje Jana Lebensteina , pozbawione są fakturologicznych walorów wcześniejszych obrazów olejnych, zwracają uwagę niepokojącą, nabrzmiałą atmosferą skomplikowanych erotycznych „niebezpiecznych związków”.
Lebestein, człowiek o bardzo trudnym charakterze, wspierany był przez damę swojego serca Olgę Scherer, profesora Sorbony. Do zaprzyjaźnionego kręgu osób należeli tacy ludzie jak: Czesław Miłosz, Zygmunt Herbert, Witold Gombrowicz, Aleksander Wat, Mary Mc Carthy, Romain Gary, Jean Seberg, Jean Cassou,  Brandysowie, Teresa Dzieduszycka, Zofia i Zygmunt Hertzowie. Największym jego przyjacielem i opiekunem był Konstanty Jan Lebenstein grób na Powązkach w WarszawieJeleński. Lebenstein umarł w roku 1999 w Krakowie, w czasie trwania jego wystawy „Etapy”. Pochowano go na starych Powązkach w Warszawie.  W 1998 roku prezydent Aleksander Kwaśniewski uhonorował go Krzyżem Wielkim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski.

Wracając do wystawy w Zachęcie, której tytuł brzmi: „Pieczęć Erosa i Thanatosa. Paryż, lata 60.”.
Paryż, lata sześćdziesiąte, to kluczowy okres twórczości Jana Lebensteina ze szczególnym  uwzględnieniem pierwszych „trzech zim paryskich”: 1959/60, 1960/61 i 1961/62. Właśnie wtedy swój wyraz w sztuce znalazła prywatna mitologia Lebensteina. Pozostawała ona dotychczas „zaszyfrowana” w figurach osiowych i „rozszyfrowana”, lecz nie ujawniana publicznie, w intymnych szkicownikach Jan Lebenstein Demonyi gwaszach. Ta dwoistość sztuki twórcy została pokazana po raz pierwszy. Przygotowując dla państwa sprawozdanie ze spotkania z Janem Lebensteinem zastanawiałam się, czy mogę wyrazić swoją opinię, biorąc pod uwagę tyle nagród, tyle wielkich wystaw oraz twórczość mistrza. Jednak doszłam do wniosku, że powiem to, co nie będzie popularne. Oczywiście uznaję wielkość Lebensteina jako malarza i autora przedstawionych prac, jednak nie są to moje klimaty, nie jest to mój sposób postrzegania świata, nie przemawiają do mnie nawet najwybitniejsze dzieła figur osiowych, jak również wizje mitologiczne oraz prace nasączone niezwykłą erotyką na bazie mitologii. Przygotowując ten wpis zastanawiałam się czy moje spojrzenie nie jest ryzykownym, wymieniałam nawet na ten temat opinię i dlatego jedną z nich zacytuję: „Z Twojego blogu i listów widzę, że jesteś osobą pozytywną, radosną, pełną energii. Dlatego taka tematyka może nie bardzo Ci pasować. ..”. Trudno się nie zgodzić z tą opinią.

Dlatego myślę, że najlepiej będzie obejrzeć wystawę Jana Lebensteina w Zachęcie i dopiero wtedy wyrazić swoją opinię. A może to ja nie mam racji?

Wasza Jadwiga

Ostatnio otrzymałam list wraz ze zdjęciami od mojej Przyjaciółki Beaty, która napisała do mnie z Alderney- Wyspy Normanii. Właśnie zaczęły się wakacje, a może ktoś z państwa wybiera się do Anglii, czy też Normandii, wtedy takie przygotowanie do podróży będzie jak najbardziej wskazane. Większość z nas lubi podróżować a może też polubiło Anglię i jej historię stąd pozwalam sobie na opublikowanie listu Beaty z serdecznymi podziękowaniami dla niej, za następujące informacje i przepiękne zdjęcia:

alderneyAlderney jest najmniejszą z zamieszkałych Wysp Normandzkich. Zajrzałam do Internetu i wyczytałam, że: Alderney jest dependencją baliwatu Guernsey posiadającą własny rząd i parlament. Ma 5 km długości i 3 km szerokości i jest trzecią, co do wielkości w grupie tych wysp. Znaczna część wyspy jest skalista. Leży kilkanaście kilometrów na zachód od francuskiej Normandii, 30 km na północny wschód od Guernsey i 100 km na południe od wybrzeża Anglii. Wyspę zamieszkuje 2400 osób, największa miejscowość na wyspie nosi nazwę St Anne. Ludność utrzymuje się głównie z turystyki, oferując przyjezdnym pola golfowe, łowienie ryb i sporty wodne. Suche, zimne fakty, wcale niezachęcające do odwiedzin a tymczasem jest to po prostu raj na ziemi.  Stolicą jest niewielkie miasteczko St. Anne, z kafejkami, bankiem, trzema kościołami, jednym muzeum i kilkoma hotelami dla złaknionych spokoju turystów.  Lądujemy na maleńkim lotnisku, gdzie jedynym znakiem XXI wieku jest telefon w poczekalni, z którego można zadzwonić i zamówić sobie taksówkę. Ale czy warto ją zamawiać? Jak się nie ma za dużo bagaży to spacerkiem przez kilka minut dochodzi się do stolicy. Jest to jedyne miasto na wyspie i na próżno Alderneymożna szukać drogowskazów do St. Anne; tutaj po prostu się na St. Anne mówi,  „La Ville”, czyli miasto. Urocza główna uliczka, Victoria Street zaczyna się kościołem i kościołem się kończy. Prosty biały kościół metodystów bardziej przypomina meksykańskie puebla niż europejską kulturę. Dalsza architektura miasta wyraźnie angielska, choć nazwy sugerują, że jednak jesteśmy chyba we Francji a nie Anglii! Kroczymy dalej spoglądając na solidne domy z epoki Alderney wisteriakrólowej Victorii i pnące się po ich ścianach niesamowite, niebiesko-fioletowe wisterie. Nasze oczy zatrzymują się na budce telefonicznej. Angielskiej, a jakże, ale nie czerwonej a żółtej a do tego obok, jakby przykucnięta, jest skrzynka pocztowa w kolorze niebieskim. Karaiby czy Anglia, pytam się sama siebie w duchu?!!! Takich kontrastów, czy to kolorystycznych czy krajobrazowo-kulturowych jest pełno. Małe wymiary wyspy wskazywałyby, że można ją oblecieć w jeden dzień, ale to złudzenie. Nawet tydzień to za mało żeby odnaleźć wszystkie interesujące zakątki i zasmakować w tutejszych przyjemnościach. Zacznijmy od portu, mała wyspa, to mały port, nieprawda? Nie, mała wyspa a port ogromniasty! W roku 1840 wybudowano tutaj falochron dający schronienie całej angielskiej flotylli normandzkiej! Fortyfikacja tego falochronu jest nie do ogarnięcia, niech o skali świadczy fakt, że jeździł tam pociąg i w wyposażeniu pociągu Alderneyobowiązkowe były….Kapoki, bo jeden z pociągów się zapędził i wpadł do wody! Cała wyspa została uzbrojona, po te przysłowiowe zęby, w XIX wieku, bo Francuzom solą w oku były te malutkie wyspy i co i rusz jakaś militarna wyprawa była organizowana. Dodatkowo, w czasie Drugiej Wojny Światowej, wyspy Normandzkie zostały zaatakowane przez Hitlera i przerabiane systematycznie na obronne stanowiska. Wynikiem tego jest przeogromna ilość interesujących bunkrów, które ciągną do zwiedzania młodszych i starszych podróżników jak magnes. Jest to historia, którą można dotknąć. Dla tych, co mniej się wojną interesują a bardziej przyrodą – proszę bardzo – o rzut kamieniem skaliste wysepki Les Etacs z ogromną kolonią ptaków głuptaków lub też większa wysepka Burhou z kolorowymi maskonurami. Ornitologiczny raj! Obowiązkowo musze wspomnieć o uroczych i pustych zatoczkach z czystym białym piaskiem i dramatycznych skałach, które na wiosnę pokrywają się różnokolorowym kwieciem. A jakby przyrodnikom nie wystarczyły te przyjemności, to bardzo proszę, wyspa słynie z unikalnych jeży, nie tylko są one koloru blond, ale też nie mają pcheł! A na przekór, króliczki tutaj są czarne. Oczywiście nie wszystkie, ale dużo. Po wyspie przemieszczać się najlepiej na rowerze, ale samochód też można wynająć. Urocze są przejażdżki konne, ale polecam też jazdę….metrem! No może nie całkiem metrem, ale wagonikami metra londyńskiego, które doczepione do starej lokomotywy obsługiwane są przez entuzjastów kolejowych. Na zakończenie dodam, że samochodów nikt nie zamyka, kluczyki zostawiane są w stacyjce, nawet, gdy roztargniona dama zostawi torebkę na siedzeniu w kabriolecie, to jak wróci, to torebka będzie ciągle na siedzeniu i w nienaruszonym stanie Alderneyna nią czekała. Czy wspomniałam o skarbach? Nie? Jest ich tutaj całe mnóstwo, bo wyspy te charakteryzują się 12 metrowymi przypływami i odpływami. Były i są te skaliste tereny piekielnie trudne do nawigacji i od najstarszych czasów tonęły tam większe i mniejsze statki. Zdradliwe skały i nagle pojawiające się mgły były przyczyną wielu tragedii morskich. Ostatnio odkryty został wreszcie wrak słynnego statku „Victory”, który zatonął w 1744 roku z ładunkiem złota i kosztowności wycenianych obecnie na jakieś 990 milionów funtów. Niestety, nie udało mi się odkryć dokładnego jego położenia. Amerykańscy poszukiwacze skarbów strzegą pilnie tajemnicy i negocjują z królową angielska podział łupów.

ogród Bodziszek błotnyKilka ciepłych dni wystarczyło, aby ogród wypiękniał i pokazał się w całej swojej krasie. Pierwsze zakwitły bodziszki: bodziszek błotny – (Geranium palustra), o kwiatach drobnych, różowych i bodziszek leśny – (Geranium sylvaticum) o kwiatach purpurowo-fioletowych, ułożonych promieniście, zdecydowanie większy aniżeli bodziszki leśne. Bodziszki występują w całej Europie, a także na Kaukazie i w Turcji, w Polsce są bardzo pospolite, jednak są rejony, gdzie nie występują wcale. Obie Bodziszek leśnybyliny wyglądają uroczo. W zasadzie powinny kwitnąć od czerwca do sierpnia, jednak ostatni grad nie był łaskawy dla wszystkich roślin i cieszy mnie, że choć trochę pozostało. Kwitną także pierwsze lilie, u nas w ogrodzie mają kolor czerwono-makowy. Ostatnie ulewy i burze lilieoraz
padający grad poobijał kwiaty i trudno znaleźć kwiat nieuszkodzony.

Na klombie, gdzie w kwietniu kwitły żółto-pomarańczowe, czerwone i różowe tulipany, teraz posadziłam goździki ogrodowe (Dianthus caryophyllus), fioletowo-białe, przyjemnie pachnące, szczególnie wieczorem, pod warunkiem, że ten wieczór jest w miarę ciepły. Klomb obsadziliśmy begonią stale kwitnącą (po łac. Begonia semperflorens) w kolorze czerwonym oraz białymi asterkami. gożdzik ogrodowy -Dianthus caryophyllusW moim ogrodzie begonia sprawdza się znakomicie. Po pierwsze nie jedzą jej ślimaki, po drugie rozrastając się tworzy piękne krzaczki kwiatowe, które nawet nie ucierpiały od padających deszczy, a one znacznie skróciły okres kwitnienia orlików – u nas mamy niebieskie i jasnoróżowe. Kwitnie też miodowo pachnący wiciokrzew – kapryfolium inaczej lonicera. Będąc kiedyś w Ciechocinku mieszkałam w hotelu, w którym ogrodnik ukochał Begonie, Begonia semperflorenskapryfolium i nasadził przed wejściem kilka krzaków wieczorami miodowo pachnących. W owym czasie nie miałam jeszcze ogrodu, ale tak zakochałam się w ich zapachu, że postanowiłam w przyszłości posadzić kapryfolium również w moim ogrodzie. Był to pierwszy krzak posadzony przy tarasie. Dzisiaj mogliśmy upajać się zapachem właśnie lonicery, może dlatego, że był to jeden z nielicznych w tym roku ciepłych wieczorów. Żółte kaprifolium, wiciokrzew, loniceralilie – ukochane kwiaty mojej mamy, posadzone za domem, pięknie komponują się z zielenią liści rudbekii, która jeszcze nie kwitnie. Niestety nie ma szans na kwiaty hortensji (hydrageny), gdyż surowa zima nie dała im szans. W związku z tym hortensje odbijają od korzeni, i chyba nie zdążą zakwitnąć.

W tym roku zakwitła peonia krzaczasta, ale miała tylko jeden dorodny pąk w kolorze różowym, pewnie przemarzła w zimie, ale aby pokazać , że jest, obdarowała nas tym jedynym kwiatem.

Fuksje, ułankiNa tarasie wiszą fuksje inaczej mówiąc ułanki, które mogą być jedno, dwu lub trójbarwne. Moje są dwubarwne, pełne, kielich jest biały, a korona fioletowa, pręciki żółte. U Taty na tarasie stoją ułanki cyklamenowo-fioletowe i cyklamenowo-różowe.  Najczęściej występującymi kolorami tych śliczności są wszelkie odcienie czerwieni, różu, fioletu, bieli. Nie widziałam natomiast kwiatów granatowych, żółtych czy pomarańczowych. Moje kwiaty kupuję w Gospodarstwie Ogrodniczym Jacka Wiśniewskiego w Góraszce koło Warszawy, stąd ich niespotykany kolor. lilieWłaściciel kocha kwiaty, sprowadza je i sprawdza u siebie na polach, te z Holandii przechodzą próbę ogniową w naszym klimacie, i jeżeli zadowolą pana Jacka, wtedy wprowadzane są na rynek polski. Ponieważ w Gospodarstwie pracują ludzie zakochani w kwiatach, zawsze można liczyć na ich fachową pomoc. Fuksje nieodmiennie kojarzą mi się z tańczącymi baletnicami, a ich urodę podkreśla lekki wietrzyk, na którym moje baletnice Fuksje ułankipięknie się kołyszą.  Fuksje kochają wilgoć i w dni upalne muszą być podlewane rano i wieczorem. Ponadto fuksje i hortensje są bardzo żarłoczne i należy je zasilać, ja podlewam codziennie, używając nawozu w ilości 5 łyżeczek na 2 litrową butlę wody. Kwitną także powojniki, jeden na fioletowo, a drugi na ciemnoróżowo. Pozostałe moje powojniki nie przetrwały ekstremalnych warunków tegorocznej zimy. W dalszym ciągu czekam na róże, zarówno te pnące, jak i rabatowe, ale czy rozkwitną, nie Jaśminowcewiem, muszę dokonać ponownego oprysku, bo coś je postanowiło zeżreć. W tej sprawie muszę się skontaktować z moimi doradcami w kwestii oprysków.

I na koniec piękne olbrzymy, które rosną w naszej alei Jaśminowej – jaśminowce. Ogromne krzaki, które dwa lata temu ścięłam na wysokości 150 cm, aby je odnowić i odmłodzić. Dzisiaj mogę powiedzieć, że kwitną urokliwie, a pachną po prostu jaśminowo, najpiękniejsza woda kolońska wywodząca się z natury. Białe panny młode, przystrojone w suknie ślubne pysznią się wielkością, kwiatami i zapachem.  Pootwieraliśmy okna, aby wieczorową porą dochodził do nas ich zapach, przywołujący najrozmaitsze wspomnienia, te dobre i te smutne. Mój tata, nasz dziadek i pradziadek Szczepan, miłośnik WarszawyPamiętam, gdy byłam może ośmio lub dziesięciolatką pod oknem sypialni w domu u mojej ukochanej babci Katarzyny kwitły jaśminy. Przyjazd na wakacje w czerwcu zawsze wiązał się z kwitnącymi jaśminami i ich niepokojącym zapachem. Wiedziałam, że ten zapach będzie mi towarzyszył w ciągu całego mojego życia. I tak się właśnie stało, jaśminowce kwitną, jest cicho i spokojnie, a ich słodki zapach wlewa się do mojego pokoju. Ile to lat minęło od tamtych dziecinnych marzeń? Gdy prosiłam: babciu nie zamykaj okien, tak cudnie pachną twoje krzaki (wtedy jeszcze nie bardzo wiedziałam jak się te cuda nazywają). Lepiej nie liczyć! Cieszmy się dniem dzisiejszym, upojnym wieczorem, spokojem i kojącym wszystkie stresy zapachem przypominającym „…lata durne, lata chmurne…” jak napisał poeta.

bratki, begonieŻyczę wszystkim wytchnienia, spokoju oraz znalezienia swojego ukochanego kwiatu o niespotykanym zapachu, może kwiatu jednej nocy poszukiwanego przez młodych w noc Kupały, zwaną też nocą kupalną, kupal nocką, kupałą, sobótką lub sobótkami, słowiańskie święto związane z letnim przesileniem słońca, obchodzone w najkrótszą noc w roku, czyli najczęściej (nie uwzględniając roku przestępnego) z 21 na 22 czerwca (późniejsza wigilia św. Jana , zwana też nocą świętojańską). Słowo kupała, wbrew głoszonym opiniom, najprawdopodobniej nie ma nic liliewspólnego z rosyjską formą słowa kąpiel. Tłumaczenie takie zostało wymyślone przez świat chrześcijański nie wcześniej niż w X-XI stuleciu – Kościół, nie mogąc wykorzenić z obyczajowości ludowej corocznych obchodów „pogańskiej” sobótki, podjął próbę zasymilowania święta z obrzędowością chrześcijańską. Nadano kupal nocce patrona Jana Chrzciciela i zaczęto nawet zwać go Kupałą, z racji tego, że stosował chrzest w formie rytualnej kąpieli (w obrządku wschodnim). Wyraz kupała pochodzi raczej z indoeuropejskiego pierwiastka kump, oznaczającego gromadę, zbiorowość, z którego wywodzą się słowa takie jak ogród firletkakupa, skupić, w sensie gromadzić. Słowo sobótka, późniejsze określenie kupal nocki, najprawdopodobniej zostało wymyślone przez Kościół i znaczyło tyle, co mały sabat. Z nazwą tą wiąże się również pewna legenda, mówiąca o tym, jakoby sobótka była uroczystością ku czci pięknej dziewczyny o tym właśnie imieniu. Sobótka w nieokreślonym czasie zamieszkiwała ponoć bliżej nieokreśloną wioskę. Narzeczony jej, Sieciech, powróciwszy z wojny, miał swą wybrankę pojąć za żonę, jednak wioska ich została nagle zaatakowana przez hordy wroga. Podczas odpierania ataku Sobótka zginęła, trafiona w samo serce. Miało się to dziać w noc letniego przesilenia.

ogródWspółcześnie, na fali zainteresowania ludowością i ładunkiem kulturowym narodów, obchody związane z letnim przesileniem zyskują na popularności w Europie. Kupal nockę wszędzie, nie tylko wśród ludów słowiańskich, obchodzono podobnie. W Czechach, tak jak w Polsce, skakano przez ogniska, co miało oczyszczać oraz chronić przed wszelakim złem i nieszczęściem. Zasuszone wianki z bylicy zakładano na rogi bydłu, by ustrzec je przed chorobami i urokami czarownic. Serbowie od dogasających o świcie ognisk zapalali pochodnie i obchodzili z nimi zagrody i domostwa, co chronić miało przed złymi duchami. W Skandynawii palono ogniska na rozstajnych drogach albo nad brzegami jezior, bo wierzono, że woda, w której koniecznie trzeba się zanurzyć, miała wówczas właściwości lecznicze. Święto to pod nazwą Līgo w dniu 23 czerwca i Jāņi w dniu 24 czerwca jest np. nieprzerwanie obchodzone i nadal bardzo popularne na Łotwie, gdzie jest świętem państwowym. Noc sobótkowa była również nocą łączenia się w pary. Niegdyś kojarzenie małżeństw należało do głowy rodu oraz starszyzny rodu i wynajmowanych przezeń zawodowych swatów. Ale dla dziewcząt, które nie były jeszcze nikomu przyrzeczone i pragnęły uniknąć zwyczajowej formy dobierania partnerów, noc Kupały była wielką szansą na zdobycie ukochanego. Młode dziewczyny plotły wianki z kwiatów i lampy oliwne antykomarowe na tarsiemagicznych ziół, wpinały w nie płonące łuczywo i w zbiorowej ceremonii ze śpiewem i tańcem spuszczały wianki na rzekę lub strumień. Poniżej rzeki, czekali już chłopcy, którzy – czy to w  porozumieniu z dziewczętami, czy też licząc na łut szczęścia – próbowali wyłapywać wianki. Każdy, któremu się to udało, wracał do gromady, by odszukać  właścicielkę wyłowionej zdobyczy. W ten sposób dobrani młodzi mogli kojarzyć się w pary bez obrazy obyczaju, nie narażając się na złośliwe komentarze czy drwiny. Owej nocy przyzwalano im nawet na wspólne oddalenie się od zbiorowiska i samotny spacer po lesie.

Przy okazji rzeczonego spaceru młode dziewczęta i młodzi chłopcy poszukiwali na mokradłach kwiatu paproci, wróżącego pomyślny los. O świcie powracali do wciąż płonących ognisk, by po przepasaniu bylicą, trzymając się za dłonie, przeskoczyć przez płomienie. Skok ów kończył obrządek przechodzenia przez wodę i ogień, i w tym jedynym dniu w roku stanowił pewnego rodzaju  rytuał zawarcia małżeństwa. Legendy o kwiecie paproci, zwanym też perunowym kwiatem –kwiat miał kwitnąć podczas fuksjeburzy, gdzieniegdzie przetrwały do dziś. W opowieściach tych słyszymy o wielu ludziach, którzy błądzili po lasach i mokradłach, próbując odnaleźć magiczny, obdarzający bogactwem, siłą i mądrością, widzialny tylko przez okamgnienie kwiat paproci. W legendach czeskich i niemieckich znalazca kwiatu paproci powinien szukać skarbów w ciemnym borze. We francuskich – na najwyższym w okolicy wzgórzu, do którego ma dobiec przyświecając sobie ognistym kwiatem jak pochodnią. W legendach rosyjskich natomiast po zerwaniu gorejącego kwiatu należy wyrzucić go jak najwyżej w powietrze i szukać skarbu tam, naparstnicagdzie spadnie. W noc Kupały odprawiano również rozmaite wróżby, bardzo często związane z miłością, które miały pomóc poznać przyszłość. Wróżono ze zrywanych w całkowitym milczeniu kwiatów polnych i z wody w studniach, wróżono z rumianku i kwiatów dzikiego bzu, z cząbru, ze szczypiorku, z siedmioletniego krzewu kocierpki, z bylicy i z innych roślin oraz znaków. Powszechnie wierzono też, iż osoby biorące czynny udział w sobótkowych uroczystościach, przez cały rok będą żyły w szczęściu, a i dostatek ich nie ominie. Według wierzeń wodniki, wodnice i utopce, które opisuje w swych opowieściach  pan Zbigniew Adrjański, oraz większość pozostałych demonów wodnych lubiły zaczajać się na spragnionych lata ludzi, którzy nierozsądnie zażywają kąpieli przed nocą Kupały. Dopiero po tym święcie kąpiel w jeziorach i rzekach stawała się stosunkowo bezpieczna. W okresie późniejszym wierzenia te znalazły swoje odbicie w święceniu wody w przypadającą na 23-24 czerwca wigilię św. Jana.

Tak, więc szukajmy swojego kwiatu paproci, swojego szczęścia tego właśnie wszystkim życzy

Wasza Jadwiga

Content Protected Using Blog Protector By: PcDrome.