Subskrybuj kanał RSS bloga Okiem Jadwigi Subskrybuj kanał RSS z komentarzami do wszystkich wpisów bloga Okiem Jadwigi

Archiwum kategorii ‘Bez kategorii’

Spotkanie w MSiT od lewej Kazimierz Kowalczyk prezes PZŁS, Helena Pilejczyk, Dariusz Seroczyński i Tomasz Jagodziński

Spotkanie w MSiT od lewej Kazimierz Kowalczyk prezes PZŁS, Helena Pilejczyk, Dariusz Seroczyński i Tomasz Jagodziński

Na spotkaniu był obecny syn Elwiry Seroczyńskiej Dariusz, który jest absolwentem Politechniki Warszawskie,j Wydziału Inżynierii Lądowej.

„… Nasze życie rodzinne przeplatało się na zgrupowaniach raz była to Spała i Ośrodek Przygotowań Olimpijskich, a następnym razem było to Zakopane. Lubiłem jeździć z mamą. Chodziłem na wszystkie treningi. Kiedyś zbudowali mi latawca, i mieli mnie na kilka dni z głowy,  gdyż leżałem na trawie puszczając go,  a oni mogli trenować.

To właśnie w Zakopanem mama nauczyła mnie jeździć na nartach. Pamiętam, że będąc na zgrupowaniu kadry narodowej,  spała w hotelu  COS Zakopane lub w hotelu na Bystrem, a ja byłem odprowadzany na noc do sióstr zakonnych, gdyż regulamin, nie  pozwalał sportowcom na przebywanie z rodziną a tym bardziej dziećmi. Ale wszystkie dni  spędzałem z mamą.

Pamiętam również, że po zakończeniu kariery sportowej po Igrzyskach Olimpijskich w Insbrucku 1964 r. mam została trenerem. Pracowała bardzo ciężko, przygotowywała plany i analizy, ale pamiętam również jej ludzkie oblicze gdyż matkowała swoim zawodniczkom, troszczyła się aby były

trener kadry narodowej w łyżwiarstwie szybkim Elwira Seroczyńska wraz z zawodniczkami

trener kadry narodowej w łyżwiarstwie szybkim Elwira Seroczyńska wraz z zawodniczkami

ciepło ubrane. W jej zespole panowała rodzinna atmosfera. Przypominam sobie również czas gdy już dorosłem do roli „asystenta” mamy, gdy na jednych zawodach gdzie startowała Roma Troicka musiałem stać  po przeciwnej stronie wirażu i miałem poważne zadanie krzyczeć: prawa, prawa! Nie wiem na ile ten mój krzyk pomógł Romie, ale ja byłem dumny z pięknie wykonanego zadania.

Mama była ciekawa świata. Jako zawodniczka często wyjeżdżała, później jeździła z ekipą jako trener, aby po zakończeniu kariery zawodowej przyjeżdżać do mnie do Londynu, gdzie mieszkam.  Zawody w Wimbledonie były jej ulubionymi. W tym czasie zawsze była w Londynie. Przez dwa tygodnie oglądała codziennie telewizję, aby wieczorami gdy wracałem z pracy analizować mecze, przygotowanie zawodników do startów i popełniane błędy.

Dzięki mamie poznałem Anglię, ponieważ jeździliśmy, zwiedzaliśmy, spędzaliśmy czas na wielogodzinnych rozmowach.

Byliśmy też w Wilnie, w naszym majątku, który okazał się małą chałupką. Poszliśmy nad rzeczkę i nagle mama weszła do wody tak jak stała i zaczęła chlapać się radośnie, wtedy popatrzyłem na nią  jak na małą dziewczynkę, która przypomniała sobie tamten dziecięcy czas, a przecież była dorosłą kobietą.  Miejscowi  pamiętali rodzinę Potapowiczów i ich córeczkę, która biegała po wsi. To był wspaniały  powrót do korzeni.

od prawej Z.Hajduga, A.Szalewicz, I.Szewińska członek MKOL

od prawej Z.Hajduga, A.Szalewicz, I.Szewińska członek MKOL

Mama kochała spotkania z dzieciakami, lubiła śmiech i zabawę. Lubiła  spotkania z przyjaciółmi. Kiedyś pamiętam wystraszyłem się bardzo, ponieważ umówiliśmy się na telefon. Dzwoniłem z Londynu  do domu ( ul. Zwycięzców  ) a tu nikt nie odbiera. Po dwóch dniach poprosiłem kolegę aby poszedł do domu, pożyczył klucze od sąsiadki  i zobaczył co i jak. Mamy nie było. Pojechała na działkę do swoich znajomych, zapomniała o umówionym telefonie i wróciła po trzech dniach”.

O swoich kontaktach i przyjaźni z Elwirą opowiadała również Irena Szewińska. Panie najczęściej spotykały się w Zakopanem, które bardzo lubiły. Irena chodziła na krótsze wycieczki dwu, czy trzygodzinne, natomiast Elwira wychodziła z synem rano a wracała na obiado-kolację. Spotykały się również na Piknikach Olimpijskich a także współpracowały w Towarzystwie Olimpijczyków Polskich.

Mijały lata. Spotykałam się z Elwirą w Polskim Komitecie Olimpijskim, na różnych imprezach sportowych a także dorocznych spotkaniach Rodziny Olimpijskiej.  Jakoś tak w 1985 r wpadłyśmy na siebie na ulicy, zupełnie przypadkowo.  Elwira była zdenerwowana i smutna. Powiedziała mi, że straciła pracę.

-Jak to możliwe, Elwirko, Ty?!

Trofea Elwiry Seroczyńskiej przekazane przez Jej syna dla Muzeum

Trofea Elwiry Seroczyńskiej przekazane przez Jej syna dla Muzeum

Wtedy w ciągu sekundy pomyślałam a właściwie powiedziałam na głos, Ty nie straciłaś pracy Ty ją znalazłaś. Wtedy oczy jej rozbłysły, zrobiły się duże jak spodki. Jak to! – No tak, odpowiedziałam, od jutra będziesz pracowała w Polskim Związku Badmintona jako szef wyszkolenia.

-Ja? Odpowiedziała zadziwiona, przecież ja się nie znam na badmintonie. Tym razem ja się szczerze zaśmiałam. Elwira, Ty trener klasy mistrzowskiej, Ty znakomita zawodniczka, analityczny umysł, Ty nie znasz się na badmintonie, to prawda, ale znasz się na teorii sportu, na teorii treningu sportowego, a ja już dłużej nie mogę pracować jako sekretarz generalny i kierownik wyszkolenia.

Zapraszam  do nas na Stadion X lecia, do naszego biura, umówię ciebie z Prezesem Polskiego Związku Badmintona bądź o godzinie 14.00. Oczywiście Elwira dostała angaż, i przez kolejne siedem lat aż do przejścia na emeryturę pracowała jako szef szkolenia Polskiego Związku Badmintona, zmieniając  jego oblicze, prowadząc szkolenia instruktorskie i trenerskie, a także zgrupowania kadry narodowej. Pamiętam Jej spotkania z trenerami badmintona, długie dyskusje, tworzenie planów szkoleniowych, kalendarzy imprez dla młodzików, juniorów, młodzieżowców i seniorów, dla reprezentacji Polski. Pamiętam ten czas bardzo dokładnie. Przez wiele lat na podstawie wypracowanych planów szkoleniowych polscy zawodnicy byli przygotowywani do Mistrzostw

Elwira Seroczyńska podczas treningu

Elwira Seroczyńska podczas treningu

Europy i Świata. Wiedziałam, że nasz ukochany badminton jest w dobrych rękach. W końcu w rękach srebrnej medalistki Igrzysk Olimpijskich. A to nie było byle co! Srebrne nogi, złote serce!

Dla osób postronnych, którzy nie znali historii naszej  znajomości dziwnym było, że wielka mistrzyni, srebrna medalistka olimpijska w łyżwiarstwie szybkim pracuje w badmintonie. Ja zawsze na takie dictum odpowiadałam, to jest pierwszy medal olimpijski badmintona, tylko dla utrudnienia został zdobyty na długich łyżwach.

Trudno uwierzyć, że już dziesięć lat nie ma Ciebie z nami, ale głęboko wierzę, że z góry obserwujesz swoją dyscyplinę łyżwiarstwo szybkie, uradowałaś się ze zdobytych medali w Soczi 2014, i teraz w Berlinie na Mistrzostwach Świata a i o badmintonie też myślisz i widzisz co się w nim dzieje, choć  nie zawsze jesteś  zadowolona z rozwoju sytuacji w tej dyscyplinie. Wtedy pewnie myślisz, jak to możliwe aby na kluczowych stanowiskach szkoleniowych nie pracowali specjaliści? Też nie mogę odpowiedzieć Ci na te i inne pytania. Jednak pracę z Tobą, lata wspólnie przeżyte zachowam głęboko w sercu ( choć pod naporem wydarzeń nie jest ono już tak silne, jak kiedyś).

Elwira na Balu Mistrzów Sportu

Elwira na Balu Mistrzów Sportu

Elwirko, dziękuję Ci za te piękne lata, studenckie, trenerskie i wspaniały czas pracy jaki spędziłyśmy w Polskim Związku Badmintona.

Pamiętamy o Tobie, jesteś w naszych sercach!

Jadwiga

zdjęcia archiwalne Jan Rozmarynowski , pozostałe autorki

Ten artykuł znalazłam w sieci, oto link

http://sportkrakowski.pl/niezwykla-lekkosc-nog/

 

 

 

 

 

 

Erwina Ryś Ferens (z lewej i Elwira Seroczyńska 1974 r tor w Zakopanem

Erwina Ryś Ferens (z lewej i Elwira Seroczyńska 1974 r tor w Zakopanem

„…Moje życie, z którego i tak byłam zadowolona, nabrało jeszcze większych rumieńców. Przekonałam się, że jeśli czegoś bardzo się pragnie, staje się to osiągalne. Po srebrze zapragnęłam złotego medalu. Właśnie rozpoczynał się wyścig na 1000 metrów. Od startu biegłam jak szalona, szybko weszłam w swój rytm i jakbym nie czuła oporu powietrza, mknęłam po lodzie szybciej niż kiedykolwiek w życiu. Kiedy wjeżdżałam na ostatni wiraż, trener stojący tam ze stoperem krzyknął do mnie – Masz złoty medal! Pochyliłam się jeszcze niżej i wzięłam wiraż. Nie dałam się wyrzucić sile odśrodkowej, trzymałam się jak najbliżej usypanej ze śniegu bandy. Wyjeżdżałam na ostatnią prostą. Już tylko kilkanaście metrów… i właśnie wtedy potknęłam się. Upadłam! Wytraciłam cały pęd, szorując ciałem po lodzie. Koniec! Nie będzie złotego medalu, nie będzie żadnego innego medalu! Co gorzej, nie będzie chyba nigdy w życiu takiej szansy po raz drugi! (…) Nigdy nie wierzyłam w pecha… Do dziś uważam, że doskonała forma zapewnia sukces, że i z pechem można wygrać. Ale przecież owa fatalna grudka śniegu, która odprysnęła od bandy i wtopiła się w taflę lodową w tym, nie w innym miejscu toru, była dobitnym dowodem niefortunnego zbiegu okoliczności, o który mogą się rozbić wszelkie wyliczenia… Mój złoty medal leżał na tacy. Ale wręczony został komu innemu.” Tak o swoim biegu po złoty medal, którego nie zdobyła Elwira Seroczyńska na Igrzyskach Olimpijskich w Squaw Valley 1960 opowiada sama autorka sukcesu i własnego nieszczęścia. Sukcesu ponieważ na tych Igrzyskach Olimpijskich zdobyła srebrny medal Igrzysk Olimpijskich w biegu na 1500 m; nieszczęścia gdyż w biegu po złoto przewróciła się i tego medalu już nigdy w swojej karierze  nie zdobyła. W poniedziałek  1 grudnia 2014 r odbyło się w Muzeum Sportu i Turystyki, mieszczącym się  w  Centrum Olimpijskim spotkanie zacnego grona polskich łyżwiarzy szybkich, na którym wspominano legendę polskiego łyżwiarstwa szybkiego Elwirę Seroczyńską.  W spotkaniu wzięli udział:

Zakopane tor lodowy 1963 r Helena Pilejczyk przed startem na 1000 m fot. Jan Rozmarynowski

Zakopane tor lodowy 1963 r Helena Pilejczyk przed startem na 1000 m fot. Jan Rozmarynowski

Helena Pilejczyk brązowa medalistka IO 1960 r w Squaw Valley, Dariusz Seroczyński  syn Elwiry, Irena Szewińska wice prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego -członek MKOL,  Tomasz Jagodziński Dyrektor Muzeum Sportu i Turystyki w Warszawie,  Kazimierz Kowalczyk Prezes Polskiego Związku Łyżwiarstwa Szybkiego,  prof. Wojciech Zabłocki,  Kajetan Hądzelek Prezes Fundacji Centrum Edukacji Olimpijskiej , Andrzej Szalewicz prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego w latach 1991-1997, Urszula Jankowska z  Ministerstwa  Sportu i Turystyki, Iwona Grys była pani Dyrektor Muzeum Sportu i Turystyki, członkowie klubów sportowych przyjaciele Elwiry: Wanda Gąsiewska, zawodnicy klubu  sportowego   „Sarmata” Warszawa – rodzimego klubu Elwiry z Ewą Mokrzycką na czele a także byli wspaniali zawodnicy klubu Stal Elbląg oraz koleżanki i koledzy Elwiry z którymi współpracowała podczas swojej kariery zawodniczej a później trenerskiej. Spotkanie w Centrum odbyło się w samo południe , poświęcone było wspomnieniom legendy polskiego łyżwiarstwa, która odeszła od nas w roku 2004, nagle, bez choroby, bez jakichkolwiek oznak, że coś może być z jej zdrowiem nie tak. Wiadomość jaka nadeszła z Londynu w dzień Wigilii 2004 była szokiem dla wszystkich. Elwirka pojechała na  Święta Bożego Narodzenia do swojego syna  Darka.  Nikt nie spodziewał się, że taka wiadomość może nas ogłuszyć w Wigilię. Rozległy zawał, koniec marzeń o ….. wszystkim. Elwira Seroczyńska w moim życiu zajmowała poczesne miejsce. Poznałyśmy się w roku 1965 a może 1966, zaś od 1967 wspólnie studiowałyśmy w Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie. Nasz rocznik był szczególny, gdyż  wielu studentów było  znakomitymi  sportowcami : Elwira Seroczyńska,  Hubert Wagner, Jerzy Kulej, Norbert Ozimek. Miałam niewątpliwy zaszczyt być przyjaciółką Elwiry przez wiele lat. Studia były dla nas czasem szczególnym, gdyż Elwira pracowała już wtedy jako trener żeńskiej kadry narodowej w  Polskim Związku Łyżwiarstwa Szybkiego, ale zanim do tego doszła była wspaniałą zawodniczką łyżwiarstwa szybkiego, panczenistką.  W związku z wyjazdami na zgrupowania oraz na zawody w kraju i za granicą Elwira musiała zdawać egzaminy i kolokwia w terminie zerowym. Bardzo mi to odpowiadało, więc postanowiłyśmy uczyć się razem od pierwszego roku studiów. Spędzałyśmy wieczory  albo u niej albo u mnie w domu.

Rok 1988 MP w łyżwiarstwie szybkim biegną Erwina Ryś Ferens i Zofia Tokarczyk

Rok 1988 MP w łyżwiarstwie szybkim biegną Erwina Ryś Ferens i Zofia Tokarczyk

Wtedy  byłam już młodą mężatką i matką kilkutygodniowej córci. U Elwiry w domu był jej syn Darek, który był wielce zainteresowany naszą nauką  szczególnie cieszył się na anatomię, którą głośno powtarzałyśmy, budowę mięśni, kości i stawów.  Korzystałyśmy z wielkiego atlasu anatomicznego Silnikowa.  Pokazywałyśmy sobie przebieg mięśni, przyczepy a także powtarzałyśmy nazwy po łacinie. Któregoś wieczoru powtarzałyśmy materiał z zakresu układu mięśniowego tułowia. Polskie nazwy mięśni nie sprawiały nam kłopotu, jednak łacińskie były dość trudne. Pytałyśmy się nawzajem, w tym i o  mięsień piersiowy większy, i jego nazwę łacińską . Zapadła cisza i wtedy  Daruś z drugiego pokoju  głośno powiedział: pectoralis major! I tak już na zawsze został naszym Pectoralis Major aż do dzisiaj. Cofnijmy się kilkanaście lat wstecz.  W roku 1947  Elwira wraz z rodzicami  ( Ojcem był Stanisław Potapowicz matka Helena z domu Monkiewicz) przyjechała z Wilna do Elbląga,. Jeszcze w Elblągu w roku 1950, chcąc zobaczyć  Tatry  zdecydowała się na organizowany przez klub Stal  Elbląg wyjazd na świąteczny obóz sportowy do Zakopanego. Ówczesny jej trener w tańcu (niestety nie pamiętam z jakiej okazji odbywała się potańcówka i gdzie, zaproponował jej wyjazd  na zgrupowanie  do Zakopanego, a ona  chcąc zobaczyć Tatry zdecydowała się na ten wyjazd. Wtedy zaopiekował się nią znakomity trener Kazimierz Kalbarczyk,(następnie Kazimierz Kowalczyk) , u którego rozpoczęła treningi łyżwiarskie. Już rok  później  wystartowała w Mistrzostwach Polski  i zdobyła swoje pierwsze medale złoty i srebrny.  Jej główna

Warszawa tor lodowy 1988 r Mistrzostwa Polski start do biegu

Warszawa tor lodowy 1988 r Mistrzostwa Polski start do biegu

rywalką w „Stali” Elbląg  była znakomita  Helena Majcherówna . Elwirka z wykształcenia była technikiem ekonomistą, absolwentką Państwowego Liceum Administracyjno-Gospodarczego  (1951) W Elblągu. W roku 1953 przeprowadziła się do Warszawy a w 1955 r. wyszła za mąż za łyżwiarza  Jacka Seroczyńskiego. Ich syn Dariusz urodził się  w 1958. Do sportu powróciła bardzo szybko. Dotychczasowa trema, nieśmiałość po macierzyństwie  zamieniła się w odwagę i żądzę wyników i medali. To była już inna kobieta, świadoma swoich możliwości i sił. Tytan pracy! Zbliżały się Igrzyska Olimpijskie roku 1960 – Squaw Valley. Wyjazd dziewczyn, panczenistek wcale nie był taki pewny.  „Wytyczne władz” mówiły, że od wyników Mistrzostw Świata 1960 r zależeć będzie wyjazd dziewczyn na Igrzyska Olimpijskie. Początkowo krajowi działacze nie chcieli dopuścić do wyjazdu reprezentantek Polski, uważając to za stratę pieniędzy przy jednoczesnej niemożności nawiązania walki z czołówką światową. Przekonały ich dopiero  wyniki uzyskane w zawodach, kiedy  Helenka Pilejczykowa,  zrobiła furorę na  Mistrzostwach Świata w Ostersund  1960 -zdobyła srebrny medal. Helena Pilejczyk. Znakomita zawodniczka, wielka rywalka Elwiry przez ponad pięćdziesiąt dwa lata. Lusia wspomina tamten czas:” W roku 1952 wyjechałam na moje pierwsze  zgrupowanie i tam poznałam Elwirę, i przez pięćdziesiąt dwa  lata byłam skazana na nią a ona na mnie we wszystkich startach w

trener kadry narodowej w łyżwiarstwie szybkim Elwira Seroczyńska wraz z zawodniczkami

trener kadry narodowej w łyżwiarstwie szybkim Elwira Seroczyńska wraz z zawodniczkami

zawodach w Polsce i na świecie. Rywalizowałyśmy ostro. Podpatrywałam jej treningi, naśladowałam. Elwira była już znaną zawodniczką a ja chciałam też zdobywać tytuły  mistrzowskie. Pamiętam jedno z naszych zgrupowań w Zakopanem  gdy dziewczyny mieszkały w jednym pokoju a wszyscy chłopcy w drugim, problem polegał na tym, że pokój chłopców był „przechodnim”, przez ten pokój musiałyśmy  przechodzić  do naszego. Takie były czasy, trudne a o komforcie nie było mowy. Ja byłam osobą zamkniętą, nieśmiałą,  skupioną na treningu. Elwira była uśmiechnięta i otwarta.  Dziewczyny postanowiły zrobić mi psikusa, i gdy ja po ciemku zakręciłam sobie papiloty na włosach zapaliły światło i zawołały chłopców. Najadłam się wstydu co niemiara. Ot młodość i figle były również naszym udziałem. Gdy już doszłam do poziomu sportowego Elwiry zorganizowałyśmy sobie wieczór szczerości. Była to znakomita rozmowa na temat naszej pracy, startów, rywalizacji. Mogę powiedzieć, że  w ten sposób zaczęła się nasz przyjaźń, która pogłębiła się pod koniec kariery.” Sukces na Igrzyskach Olimpijskich w Squaw Valley srebrny medal Elwiry, brązowy medal Helenki odbiły się echem w Polsce i w USA. Tak wspomina ten dzień Helena Pilejczykowa :

Elwira Seroczyńska

Elwira Seroczyńska

„…Wiedziałam, że jestem w wielkiej formie, po wyniku Elwiry widać było, ze po prostu jesteśmy świetnie przygotowane przez trenera właśnie na ten najważniejszy w całej karierze start. Ruszyłam do sprintu. Przez półtora okrążenia jechałyśmy idealnie równo, ruch w ruch, krok w krok. Na kolejnym wirażu objęłam prowadzenie. Ale Skoblikowa jakby włączyła dodatkowe zasilanie i zaczęła oddalać się, pięć, dziesięć, piętnaście metrów. Zebrałam wszystkie siły i przyspieszyłam. Byłam znów coraz bliżej. Niestety meta znajdowała się już za blisko. Kiedy podano nasze czasy krzyknęłam z radości. Lidia (Skoblikowa) ustanowiła nowy rekord świata, ale ja, mając tak świetna partnerkę

IO Squaw Valley 1960 złoty medal L. Skoblikowa, srebrny Elwira Seroczyńska brązowy Helena Pilejczyk

IO Squaw Valley 1960 złoty medal L. Skoblikowa, srebrny Elwira Seroczyńska brązowy Helena Pilejczyk

uzyskałam trzeci czas! Jestem trzecia! Mam medal! Rzuciłyśmy się z Elwirą sobie w objęcia. Ona ma srebro, a ja brąz! Cóż za cudowny dzień!…” Do Squaw Valley  Przyjechało wielu kibiców Polonii Amerykańskiej. Podczas ceremonii dekoracji przedarli się przez ochronę aby naszym zawodniczkom zgotować królewskie podziękowanie. Obie dziewczyny latały w powietrzu podrzucane przez swoich kibiców. CDN.

zdjęcia z Internetu moje własne oraz wykonane przez Janka Rozmarynowskiego

Zbigniew Adrjański

Zbigniew Adrjański

Długo, bardzo długo nie rozmawialiśmy z Panem Zbigniewem Adrjańskim Moim Wielkim Przyjacielem, Pisarzem Zabużańskim. Dzisiaj zapraszam na kolejną długą rozmowę, zresztą bardzo na czasie, którą niedawno odbyliśmy:

Okiem Jadwigi: Zbyszku, czy to przyjemnie być pisarzem zabużańskim?

Zbigniew Adrjański : Nie zabużańskim, ale nadbużańskim. Tak mnie ostatnio nazywają, po moich trzech książkach na temat Polesia i Podlasia oraz po ostatniej wystawie pt. Polesie, którego już nie ma … w Muzeum Niepodległości w Warszawie. Wystawa była zresztą zasługą mego ojca, Stanisława Adrjańskiego, inspektora dróg wodnych na Polesiu, którego zbiory fotograficzne po nim tam przygotowałem. No i różne inne pamiątki.

O.J.  Ale Twój wieczór autorski i komentarze do tej wystawy, a właściwie aż trzy wieczory, był w stylu bardzo wańkowiczowskim.

Z.A.  No widzisz, mam zatem prawo zrobić sobie pieczęć ozdobną, z napisem: Zbigniew Adrjański – „literat nadbużański”? To się nawet rymuje.

O.J.  Masz prawo! Ludzie robią sobie obecnie różne pieczęcie, z tytułami tak zaszczytnymi, że aż dech zapiera, ze zdumienia? A ty chcesz napisać sobie skromnie: „literat nadbużański”? A dlaczego nie pisarz?

Z.A. Pisarz – to brzmi poważnie.

O.J.   Masz z 15 książek w dorobku. Z tysiąc piosenek, w tym wiele z Czesławem Niemenem. Super  przebój „Płonącą stodołę”, wiele widowisk teatralnych i estradowych. Kilkaset artykułów publicystycznych i reportaży.

Z.A.  A co ma Niemen do mego tytułu: „literat nadbużański”?

O.J.  Jak to co? Niemen – to obecnie już klasyk, drugi Stanisław Moniuszko i kompozytor kresowy. A do tego Twój krajan. Tyle, że on z nad Niemna. A Ty z nad Bugu.

Wspomnienia z Polesia Zbigniew Adrjański

Wspomnienia z Polesia Zbigniew Adrjański

Z.A.  To prawda bardzo lubiłem Czesława Niemena. Nawet wtedy, gdy nie miał swoich pomniczków z brązu, ławeczek w parkach i nazw ulic. Wiesz ulica Czesława Niemena jest nawet w Łomiankach, gdzie mieszkam.

O.J.  A był Niemen kiedyś w Łomiankach?

Z.A.  Nie kpij sobie! Był wielokrotnie w moim domu. Napisałem z nim chyba kilkanaście piosenek. A może i więcej? Bo są jakieś trudności z „inwentaryzacją utworów” Czesława . I moich zresztą też.

O.J.  Mówią, że „Płonie stodoła” – to jeden z najtrudniejszych prozodycznie utworów polskiego rocka. Mówią też, że sam Czesław Niemen nie wiedział: o czym ma być ten utwór?

Z.A.  Nie wiedział, bo dał nam prymkę muzyczną z funkcjami (mnie i Zbigniewowi Kaszkurowi, który męczył się wraz ze mną nad rytmiką tego utworu) i wyszła nam właściwie opowieść rockowa  „O chłopskim, czy strażackim weselu?”

O.J.   A może gawęda muzyczna?

Z.A.  Niech będzie „gawęda rockowa”. Ale zaprotestować muszę, że jest to utwór trudny. Czy bardzo trudny, skoro ma go w swoim repertuarze co drugi piosenkarz w Polsce. W tym: Maleńczuk, Radek, „Bułecka”, Łobaszewska, bracia Cugowscy itd.

"O Batiuszce co ptakiem latał"

„O Batiuszce co ptakiem latał”

O.J.  Wróćmy jednak do spraw zabużańskich. Jedni porównują twoją prozę z Bułhakowem (szczególnie: „O Batiuszce, co ptakiem latał). Inni z Wańkowiczem, mając na uwadze przede wszystkim styl: „Tędy i owędy” i twój: „Polesia czar. Wspomnienia i opowieści”.

Z.A.  Lew Kaltenbergh, znakomity pisarz, krytyk literacki i legendarny już gawędziarz radiowy – komplementował mnie, że jest coś w moich opowieściach, ze stylu rosyjskiego pisarza Leskowa – który pisał różne dziwne opowieści. A już całkiem ostatnio doczekałem się specjalnego wydania Miesięcznika Kulturalnego, i tam Ryszard Ulicki porównuje  moje skromne pisanie, do sławnego Kolumbijczyka, Gabriela Garci Marqueza, którego „świat realizmu i fantazji” przypomina mu moja proza.

O.J.   A ty co na to?

Z.A.  Komu nie jest przyjemnie, gdy tak pisze o nim, znakomity poeta i pisarz, Wiceprezes Związku Literatów Polskich i krytyk – który zna się na literaturze. A w dodatku: piosenko pisarz i autor: „Kolorowych jarmarków”. Ale znam proporcję Mościa Pani! „Kudy” mnie do Marqueza czy Wańkowicza.

O.J.   Jak powiedziałeś: „kudy”?

Z .A.  „Kudy”. Albo co? „Kudy” – to rusycyzm. Po polsku jest poprawnie: Gdzie mi tam.

O.J.   A ty przecież rusycyzmów nie używasz, choć nastrój w twoich opowieści jest czasem rosyjski, białoruski czy ukraiński. Ale najczęściej sarmacki.

Z.A.  Bóg zapłać, za dobre słowo. Pisarz „sarmacki” – to brzmi dumnie. Chociaż właściwie sarmatyzm w Polsce nie zawsze brzmi dumnie. A gdzie ty widzisz droga Jadziu mój sarmatyzm?

O.J.   W opowieści „Żarłok” czyli Obywatel z Oszmiany.

Z.A.  Jak ktoś jest żarłok to od razu jest Sarmatą?. Bo jak za króla Sasa: je, pije, popuszcza pasa? Żarłok to opis zwykłego szlachciury, z oszmiańskiego powiatu, który włóczy się nad Bugiem bo ciągnie go na Litwę czy Polesie. A w Drohiczynie, w gospodzie Gees  wyprawia różne brewerie i zapija swoje smutki za Oszmianą.

O.J.   A Pan Kulesza – to jest Sarmata?

Z.A.  Pan Kulesza – jest Sarmatą – całą gębą, choć żyje w czasach Peerelu. Zresztą tzw. Peerel i „socjalizm po polsku”, miał wiele cech sarmackich. „Pan Kulesza” – to opowiadanie niedokończone. Jak wydawca z Marpress pozwoli, chciałbym je uzupełnić, wydać oddzielnie i pokazać Pana Kuleszę, w pełnej sarmackiej krasie.

O.J.  A o czym jest Żołnierz Kościuszki”?

Z.A.  Jak to o czym? Na konferencji naukowej w Nowym Jorku, organizowanej przez Fundację Kościuszkowską , pojawia się – żołnierz Kościuszki. A dokładnie żołnierz z oddziału Berka Joselewicza i zabiera głos. Wymądrza się na różne historyczne tematy i w ogóle budzi powszechne zainteresowanie.

O.J. Czyli jest to duch?

Z.A. Duch żołnierza żydowskiego z oddziału Berka Joselewicza. A czy ja tam nie napisałem, że jest to opowieść z duchem?

O.J. Napisałeś. Ja tylko prowokuję do następnego pytania Zbyszku. Czy ty wierzysz w duchy?  Bo skąd tyle duchów, w Twoich opowieściach?

Polesia Czar -Zbigniew Adrjański

Polesia Czar -Zbigniew Adrjański

Z.A. Polesie to ziemia duchów. Swoich i obcych. Czy znasz Poleszuka, który w duchy nie wierzy? A cóż dopiero: Zbigniew Adrjański – „literat nadbużański”. Bug to również rzeka „duchów”. Rzeka „magiczna”. „Rzeka Święta”. Nie ma takiej drugiej w Europie i świecie – gdzie tylu ludzi, tylu żołnierzy różnych armii świata potopiło się w jej nurtach. W czasie różnych walk nad Bugiem, forsowania tej rzeki pod gradem kul i wystrzałów z Twierdzy Brzeskiej.

O.J. Mówisz, że Bug – to taki poleski Ganges?

Z.A. Może nie Ganges, bo w Gangesie odbywają się rytualne kąpiele Hindusów. Tam się uroczyście pali zmarłych. A ich prochy sypie się do rzeki. Nad Bugiem wiele tysięcy żołnierzy spoczywa. Wojów ruskich czy wojów Chrobrego na dnie rzeki. A do tego Litwinów, Szwedów, Krzyżaków, Tatarów, Kosaków Francuzów, żołnierzy ruskiego cara, bolszewików i Niemców.

O.J. Nie strasz turystów nadbużańskich.

Z.A. Nie przeszkadza to nikomu, bo wiele osób kąpie się w Bugu, po polskiej i białoruskiej stronie. Ja też się kąpie. Najchętniej w okolicach Drohiczyna lub Wyszkowa, bo rzeka  tam ma prześliczne zakola. A w ogóle jest piękna i czysta, bo już dawno nad Bugiem nie było wojen. I mam nadzieję że nie będzie.

O.J. Zbyszku. A kto Tobie o duchach najwięcej opowiadał?

Z.A. Moja ukochana Babcia Stefania. Moja babcia Stefania miała do duchów (rodzinnych zresztą) stosunek pragmatyczny. Nie bała się duchów. Pan Bóg stworzył duchy, tak samo jak stworzył człowieka. Duch po nim zostaje na tym świecie. Czasem tupie i rozrabia na strychu, bo o nim zapomniano. Babcia w takich wypadku brała talerzy poziomek oraz wnuka ze sobą i razem szliśmy na cmentarz w Brześciu postawić dziadkowi obok kwiatów i znicza talerzyk poziomek.

O.J. I co się działo z tymi poziomkami?

Z.A. Zjadali je na deser Cyganie, którzy mieli swoje groby w pobliżu. Trudno się było nawet na nich gniewać, bo Cyganie przynosili na groby swoich zmarłych „cygańską kiełbasę” którą częstowali przechodniów. A nawet częstowali ich dobrą nalewką. Toteż na cygańskich grobach było bardzo wesoło.

O.J. A co na to twoi rodzice: na takie wychowanie wnuków?

Z.A.  Moi rodzice krzywili się na takie wychowanie całkiem niesłusznie. Ale gdyby dożyli naszych czasów i obecnych programów telewizyjnych – to dopiero mieliby „zgryz” wychowawczy. Polska telewizja pełna jest duchów potworów, wampirów, strzyg, wilkołaków, przybyszów z kosmosu, zielonych ludzików itd. Zagraniczna telewizja również! Zresztą cała ta makabra, z Zachodu do nas przybyła a nie ze Wschodu. A do tego trup ściele  się  gęsto, a krew płynie strumieniami. Co program to duchy. Są programy pełne duchów od rana do wieczora. Opowieści mojej babci – to niewinna literatura mówiona, dla małych dzieci, które w dodatku zawsze miały jakiś morał, na zakończenie.

O.J. Telewizja zatem jest zabobonna?

Z.A. Telewizja jest w wielu przypadkach szkodliwa. Zamiast obchodzić jak to kiedyś bywało melancholijnie „Zaduszki” telewizja każe nam zakładać na głowy drążone dynie, w których wycina się jakieś okropne gęby i oczodoły oraz straszyć tymi czaszkami z dyni sąsiada.

O.J. To jest amerykańskie święto Halloween, które przywędrowało do nas z Ameryki

Program z wystawy; "Polesie jakiego już nie ma"

Program z wystawy; „Polesie jakiego już nie ma”

Z.A. A co to mnie obchodzi. Mamy swoje święto, swoje Zaduszki, swoje Dziady. Tak pięknie – zresztą opisane przez mistrza Adama w dramacie narodowym Dziady, który od lat wystawiany jest na polskiej scenie. Mickiewiczowskie Dziady – to właśnie dziady poleskie, dziady zabużańskie, o których opowiadała  Mickiewiczowi jego poleska niania. I jej właśnie obyczajom i zwyczajom poleskiego ludu – zawdzięczamy, tak wielki i mądry dramat narodowy do którego każde pokolenie  dopisuje swoją własną refleksję. A my, co ? Ganiamy się z ciężkimi dyniami na głowach!?

O.J.  Zbyszku wróćmy jeszcze do tematu twoich książek?

Z.A.  Moje książki najlepiej sprzedają się w Krakowie i okolicy. W 17 księgarniach trafiłem na  „Polesia Czar”. Wspomnienia, gawędy i opowieści. A na Podlasiu,  dla którego przecież specjalnie piszę  – ani w jednej księgarni, którą odwiedziłem – nie natrafiłem na  egzemplarz, choć wielu ludzi z Podlasia mnie o tę książkę pyta. Na Podlasie zatem nie jeżdżę jako autor, bo i po co?  Mówię tu żartobliwie, że jestem Zbigniew Adrjański – „literat nadbużański”, ale nie ma mnie w hurtowniach, księgarniach, bibliotekach. Po co mam jeździć jak spotkanie takie przypomina trochę sytuację z piosenki dziadowskiej. „Stał się cud pewnego razu, oj! Przemówił dziad do obrazu, oj! A obraz do niego ani słowa, oj! Taka była ich rozmowa! Oj, joj, joj, joj!” Pociechę za to mam taką, że w dalekim Melbourne w Australii kilku aktorów wystawiło moje opowieści na scenie i cieszą się one znacznym powodzeniem. A inne jeszcze małżeństwo aktorskie w Kanadzie, gdzie jest przecież duża Polonia oraz emigracja ukraińska, białoruska i ruska wystawiło „Batiuszkę co ptakiem latał” – i było na tym spotkaniu sporo śmiechu i łez.

O.J. To wszystko?

Z.A. A to mało jeszcze? Dodam zatem, że życie „literata nadbużańskiego”, nie jest takie złe jakby się wydawało. Z Brześcia nad Bugiem otrzymałem miłe zaproszenie, na wieczór autorski i wizytę, do której się powoli przygotowuję . Zaprasza mnie Brzeski Kurier i sympatyczny redaktor naczelny tego czasopisma pan Mikołaj Aleksandrow. Ma być prasa brzeska, wielu dziennikarzy i literatów,przedstawicieli Konsulatu Generalnego RP, Polonii oraz mieszkańców Brześcia”

O.J.  Boisz się?

Z.A.  Rozumiem, że to pytanie ze „Strasznego Dworu” , aria Skołuby?

O.J.  Zażyj tabaki…

Z.A.  Boję się wspomnień. Zmiany obrazów i miejsc z mego dzieciństwa. Pójdę pewnie na grób mego dziadka Antoniego, który zmarł w Brześciu nad Bugiem. A właściwie utopił się w Bugu w jakiejś przerębli wracając późno w nocy do domu, po zakończeniu budowy młyna wodnego, w majątku pana Łakowicza. Pewnie uronię łzę na grobie dziadka i powiem: Wybacz dziadku. Nie byłem tu siedemdziesiąt kilka lat…

O.J.  Teraz ja się pewnie rozpłaczę, jak nie zakończymy tej opowieści. Dziękuję za rozmowę Zbyszku. Ze Zbigniewem Adrjańskim, „literatem nadbużańskim rozmawiała”: Jadwiga Ślawska – Szalewicz – autorka blogu: Okiem Jadwigi.

Content Protected Using Blog Protector By: PcDrome.