Międzynarodowe Mistrzostwa Polski były etapem w przygotowaniach do zorganizowania Mistrzostw Europy. Istnieliśmy już pięć lat, od roku, wielkie imprezy odbywały się w Warszawie, w tym Indywidualne Mistrzostwa Polski. Aby móc zorganizować wielkie zawody w badmintonie potrzeba było przygotować wyspecjalizowany zespół odpowiadający za poszczególne działy takie jak: sędziowie (zarówno prowadzący jak i liniowi), sekretariat zawodów, ekipę techniczną przygotowująca halę do zawodów, zakwaterowanie i wyżywienie ekip, hostessy, – czyli opiekunki poszczególnych ekip zagranicznych, osoby odpowiedzialne za transport. Harmonogram prac przygotowań do zawodów opracował Julian Krzewiński a Prezydium Zarządu odbyło trzy spotkania w terminie pomiędzy 5.10 -25.11 roku 1982, dopracowujące ostateczną wersję harmonogramu oraz ustalając osoby odpowiedzialne za poszczególne działy organizacji zawodów. Funkcję Sędziego Głównego pełnił Janusz Musioł z Wrocławia, za pracę sekretariatu a także sędziów odpowiadał Julian Krzewiński z Warszawy, za ceremonię wręczania nagród jak również za nagrody Lesław Markowicz z Olsztyna, Marek Idzikowski z Warszawy i Ryszard Płonek z Łodzi za sędziowanie, Janusz Łojek z Kielc za opracowanie i przygotowanie oraz druk wszystkich niezbędnych materiałów wydawniczych (programu, nalepek, koperty FDC i stempla do wydania przez Pocztę Polską, identyfikatorów, proporczyków) Wiesław Sowiński z Gdańska odpowiadał za zakwaterowanie w Hotelu Grand. Krzysztof Pisarski odpowiadał za dekoracje (banery sponsorskie) na Hali Mera. Za przyjazdy i wyjazdy ekip zagranicznych- rozesłanie w terminie 4 miesięcy przed zawodami zaproszeń, zakwaterowanie ekip, wypłatę
kieszonkowego, załatwienie tłumaczy dla ekip zagranicznych, za przygotowanie na czas materiałów propagandowych, dekoracji na hali „Mera” odpowiadała Jadwiga Ślawska. Dodatkowo Zarząd upoważnił mnie do poczynienia starań celem znalezienie dodatkowych sponsorów dla tych mistrzostw. Ustalono, że ekipy zagraniczne, reprezentacja Polski, sędziowie, rada trenerów, zostaną zakwaterowani w Hotelu Solec. (Dzisiaj ten hotel nie istnieje, został rozebrany a w tym samym miejscu postawiono Hotel Etap przy Wisłostradzie). Ustalono również, że najważniejsza nasza impreza powinna być transmitowana przez TVP, co pomoże w jej rozpropagowaniu oraz ułatwi przyznanie nam organizacji Mistrzostw Europy gr B a także umożliwi pozyskanie dodatkowych pieniędzy na rok 1983. Tą sprawą zajął się Ryszard Lachman, który wyrobił sobie bardzo dobre kontakty z dziennikarzami prasy radia i telewizji.
Jest rok 1982! Dlaczego tak wiele ekip chciało startować w Warszawie? To jest dobre pytanie. Po pierwsze byliśmy państwem zza „żelaznej kurtyny”, ponadto wiedząc, że Polska nie jest atrakcyjnym krajem w Europie (!) naszych gości mogliśmy zaprosić tylko i wyłącznie oferując im atrakcyjne warunki pobytu. Jakie? Otóż oferowaliśmy im bezpłatne zakwaterowanie i wyżywienie a także skromną wypłatę kieszonkowego. Podróż musieli opłacić sami. I jeszcze jedna uwaga. Międzynarodowe Mistrzostwa Polski w latach 1981 -1989 rozgrywane były w Listopadzie lub na początku Grudnia. Wtedy obowiązywał następujący program zawodów: 25.11.82 – przyjazdy ekip, 26.11 godz.11 odprawa techniczna, a w godz. 8.00-10.00 wycieczka dla zawodników zagranicznych i trenerów, 26.11 – w godz.12.00 – 14.00 gry treningowe, godz.14.00 – 20.00 gry eliminacyjne zaś o godz.16.30 króciutkie otwarcie imprezy. 27.11 – godz.9.00 – 18.00 cd gier, 19.00 uroczysta kolacja w Wilanowie, 28.11 w godz.9.00 – 12.00 półfinały i 12.00 – 15.00 Finały. Były to jedne z ostatnich zawodów w roku kalendarzowym i można było wydać na przyjazd do Polski pozostałości pieniędzy z budżetów różnych państw. A my z tego korzystaliśmy, oferując
warunki pobytu jak napisałam powyżej mogliśmy zabezpieczyć naszym zawodnikom udział w zawodach międzynarodowych za granicą na rok następny oczywiście na koszt zagranicznych organizatorów, jako rewanż za udział w naszych Międzynarodowych Mistrzostwach Polski.
Zmiana terminu z listopadowego na marcowo – kwietniowy nastąpiła znacznie później, wtedy, kiedy IBF opracował i przyjął regulamin kwalifikacji do Igrzysk Olimpijskich wyznaczając termin kwalifikacji na rok przed Igrzyskami to znaczy: kwalifikacje, (czyli turnieje międzynarodowe, które organizowano w tym okresie po zgłoszeniu do IBF i uzyskaniu sankcji wchodziły do cyklu turniejów kwalifikacyjnych do Igrzysk Olimpijskich) a rozpoczynały się w dniu 1 kwietnia roku 1991 i trwały do dnia 30 kwietnia roku 1992. Aby lepiej zrozumieć obowiązujący system kwalifikacji do Igrzysk Olimpijskich, regulamin oraz zawody rozgrywane w ramach tychże kwalifikacji przygotuję oddzielny wpis poświęcony temu tematowi.
Wracając do roku 1982 należy zauważyć, że niektóre ekipy wyjeżdżały bezpośrednio po zakończeniu eliminacji, bądź po półfinałach, kiedy ich zawodnicy zakończyli udział w zawodach. Ostatnie ekipy wyjeżdżały po finałach w tych zawodach w dn.29.11.82. Full pakiet oferowany naszym zaprzyjaźnionym federacjom obejmował również udział w uroczystej kolacji, które były organizowane z okazji mistrzostw. Co roku wyszukiwałam atrakcyjną restaurację, gdzie można było smacznie zjeść za niewielkie pieniądze. W roku 1982 była to restauracja Zajazd Pod Dębami w Wilanowie. Właśnie w Wilanowie pracował mój serdeczny Przyjaciel Henryk Pańko, który był jej szefem (przedtem był szefem restauracji w Hotelu Europejskim i Bristolu, gdyż te dwa hotele miały jedną Dyrekcję). Z Henrykiem znaliśmy się od czasów szermierki i bardzo się lubiliśmy. To w Hotelu Europejskim niezmiennie od lat mieszkali zawodnicy
startujący w Turnieju „ O Szablę Wołodyjowskiego”, ( a przecież ja organizowałam czterokrotnie ten turniej, jako sekretarz generalny Polskiego Związku Szermierczego) stąd nasza zażyłość i sympatia. Wiele imprez, wspólne kłopoty, no jeden z ważniejszych powodów – Jego małżonka szyła i haftowała bardzo piękne jedwabne proporce, które były znane w całej Europie, a badminton z nich słynął. Właśnie Henryk zaproponował mi zorganizowanie kolacji w Wilanowie, naprzeciwko Pałacu w pięknym otoczeniu Pałacu Wilanowskiego, który był dodatkowym magnesem. Troska o zawodników polskich i zagranicznych o sędziów, o VIP-ów spowodowała, że goście chętnie odwiedzali Polskę –Warszawę. Nie pamiętam dokładnie menu, tym niemniej mogę powiedzieć, że restauracja Pod Dębami słynęła z polędwicy tournedos a także z pysznych deserów. Oczywiście były przekąski i jakaś zupa w kokilce. Wtedy jednak nie myślałam, że będę kiedyś pisała wspomnienia, a istotną ich częścią będą przepisy kulinarne. Dlatego przepraszam bardzo, ale tych szczegółów nie pamiętam.
Listopad był miesiącem bardzo pracowitym, Prezydium odbywało swoje zebrania kilka razy a ja musiałam referować stan przygotowań do imprezy. Pamiętam dokładnie jedno z zebrań, odbyło się ono w dniu 19.10.82 R, na którym przedłużono do czerwca 1985 r umowę o pracę z Ryszardem Borkiem, trenerem kadry narodowej. Pamiętam również ten dzień, ponieważ GKKFiS wyraził pisemną zgodę na powierzenie mi dodatkowej funkcji kierownika wyszkolenia (moja koleżanka Irena kierownik wyszkolenia PZBad do roku 1981 wyjechała za granicę, i od jej wyjazdu na tym stanowisku był vacat), w ramach, której miałam zajmować się przygotowywaniem i wydawaniem materiałów szkoleniowych, tłumaczeniem i przygotowaniem ich do druku, prowadzeniem dokumentacji szkoleniowej, mobilizacją rady trenerów do opracowania II części skryptu szkoleniowego, opracowywaniem wszelkiej dokumentacji w zakresie szkolenia dla Głównego Komitetu Kultury Fizycznej i Sportu. Do mojego zakresu obowiązków nie należało: ustalanie reprezentacji oraz kadry narodowej, polityki startowej zawodników, za którą odpowiadał Rysiek Borek.
Kolejne spotkania przed zawodami uszczegóławiały scenariusz naszych przygotowań, ustalały, kto odpowiada za zawodników przylatujących do Warszawy na Lotnisko Okęcie (R. Lachman i B. Woźnicki –tłumacz) a kto odbiera ludzi z Dworca PKP (W. Sowiński i T. Smardzewski). W Hotelu Solec pracowało biuro zawodów, gdzie ja wraz z paniami z Biura PZBad kwaterowałyśmy ekipy, wydawałyśmy torby z przygotowanymi skromnymi upominkami oraz wypłacałyśmy kieszonkowe, rozliczałyśmy koszty podróży sędziom, organizatorom, zawodnikom, trenerom i innym uprawnionym osobom. Zorganizowaliśmy także konferencję prasową w Biurze Polskiego Związku Badmintona na Stadionie X lecia ( dzisiaj nie istnieje, a ja tę właśnie siedzibę badmintona wspominam z nostalgią w głosie, ponieważ od roku 1978 do 2008 budynek przy Stadionie był naszą opoką..
http://www.youtube.com/watch?v=pv8u5xwBUiE (znaleziono w necie)
I choć nie był on efektowny, miał podłe zaplecze, brak było odpowiednich toalet, nie było właściwie niczego, tam właśnie przez lata pracowaliśmy w warunkach ubogiego krewnego, z tele-faxem, którego nikt nie chciał obsługiwać, ale my tak, z xero, którego nikt nie chciał obsługiwać, ale Renia go obsługiwała oraz z pęczniejącym coraz bardziej magazynem, w którym gromadziliśmy zdobyty sprzęt dla zawodników rakietki, dresy, koszulki, spodenki, skarpetki, naciągi, owijki do rakiet). Za magazyn odpowiadała Renia Jarnutowska, która prowadziła dwa rodzaje kartotek jedna ilościowo- jakościowa dotyczyła zdobytego sprzętu i wprowadzała go na stan wg asortymentu, druga kartoteka dotyczyła poszczególnych zawodników, którzy ten sprzęt otrzymywali, tak, aby było wiadomo, kto jakim dobrodziejstwem inwentarza dysponuje. Krysia Perkowska była nasza księgową a Teresa Głażewska Nowak zajmowała się organizacją wyjazdów zagranicznych i sekretariatem Biura.
A wiecie, że każda wykonana kopia xero musiała być zapisana, kto, co i po co, aby w razie kontroli z Urzędu Kontroli Prasy Publikacji i Widowisk z ul. Mysiej 2 można było się wyliczyć z papieru xero? My tam mieliśmy swój Związek, swój mały świat, świat sportu i ludzi, którzy chcieli coś osiągnąć. Wielu ludzi, którzy przychodzili, pomagali, siedzieli z nami nocami, choć nie dostawali za to złamanego grosza tylko dobre słowo jak Rafał Cygielski, który był twórcą jednego ze znaczków do klapy z konturami mapy Polski i lotką, Jurek Suski, Julek Krzewiński, Rysiek Lachman, Stefan Rzeszot , tak tak(!) ten sam wielki redaktor polskiego sportu i TVP sport, wspólnie pijąc herbatę i kawę zajadając upieczone przez Renię ciasto. W tym marnym budynku z nieszczelnymi oknami, gdzie w zimie śnieg leżał na parapetach mieściły się takie związki sportowe jak: Polski Związek Akrobatyki Sportowej, Polski Związek Rugby, Polski Związek Podnoszenia Ciężarów, Polski Związek Łyżew Figurowych, Polski Związek Hokeja na Lodzie, Polski Związek Łyżwiarstwa Szybkiego, Związek Piłki Ręcznej w Polsce (zauważyliście, że ten jeden jedyny inaczej się nazywa? Tak, bo skrót PZPR – Polski Związek Piłki Ręcznej nie mógł być używany, ten skrót należał do jedynej słusznej siły klasy robotniczej i do jego Partii!!!) Polski Związek Badmintona, i COS SPORTFILM, a także Polski Związek Tenisa Stołowego. To był nasz mały świat sportu polskiego, bez wygód, bez komputerów, z telefaxami, starym xero, cenzurą, gdzie pracowaliśmy i w ramach swoich możliwości przygotowywaliśmy naszych zawodników do startu w wielkich imprezach sportowych. O tym i innych sprawach ważnych i ważniejszych napiszę w kolejnym odcinku, zapraszam!
Cdn.
































8 stycznia 1986 r.
przewodniczący Komitetu Badmintona, idziemy razem na obiad. Jak zwykle toast za przyjaźń. Podano przekąski: orzeszki, czarne jajo, miniaturowe rybki: sion, mątwa, bidi, miniaturowe frytki, czarną kurę cygna na ostro, kiełbasę słodką, pędy podobne do pora, rybę lijna (podobną do karpia), ryż, makaron i zupę. Uczymy się czegoś nowego – otóż czarne pałeczki służą do podawania innym. Tylko gospodarze mogą nakładać potrawy. Ciekawostka sportowa: pan przewodniczący był mistrzem świata w tenisie stołowym. Startował w zawodach w latach: 1961, 1963, 1965. Wtedy był taki zwyczaj, że mistrzowie świata byli nominowani na najwyższe stanowiska w sporcie. Wznosimy toasty kampei, bambei, małtai i piwem. My z Ryśkiem nieodmiennie to samo. Na zakończenie upominki – wyroby z korka w szklanej witrynce z podwójnym znakiem szczęścia (upominek ten do dzisiaj stoi w Polskim Związku Badmintona, aby szczęście naszego związku nie opuszczało). Każdy otrzymuje piękny album z kolorowymi zdjęciami. Pożegnanie bardzo miłe. My też wręczamy upominki, a później całą ekipą polsko-chińską udajemy się na lotnisko. Krótka odprawa na lotnisku, przejście przez bramkę. Jurek dzwoni wszystkim, co ma, wraca kilka razy, w końcu idziemy do samolotu. Pożegnaniom nie ma końca, jeszcze ze schodów machamy do siebie. Żegnaj Qijyang, żegnaj Guizhou. Smutno, że odlatujemy od tych niezwykle serdecznych ludzi, którzy bardzo chcieli nas ugościć i przychylali nam nieba, a mandarynek każdy z nas zjadł chyba po 20 kilogramów w czasie tego krótkiego pobytu. Lecimy Iłem 18, lot trwa półtorej godziny. Lądowanie około godz. 17.30 i od razu wpadamy w ramiona całej chińskiej ekipy z Czangdu, zawodników i organizatorów. Bagaże jadą osobno i spotykamy się z nimi dopiero w hotelu o standardzie naszej Victorii. Ale, ale przecież nie powiedziałam, że Czangdu jest stolicą prowincji Syczuan, która liczy 100 mln mieszkańców. Jest to najbogatsza prowincja w tym czasie w Chinach i rzeczywiście to
widać. Choć jest styczeń, wszędzie zielono na polach, zbiory sałaty i kapusty, nie widać lepianek tylko bloki, domy, szerokie jezdnie. Widać, że ludziom wiedzie się lepiej. Mieszkamy w najlepszym hotelu w mieście. Wszędzie znajdują się lampy z regulacją natężenia światła (dla nas nowość). Do poszczególnych drzwi dzwonimy gongiem, piękne zasłony, zegary elektroniczne, dywany i piękne łazienki wyłożone beżowym marmurem z ogromnymi lustrami i kompletem pięknych beżowych ręczników. W dobie naszego obskurantyzmu jawi nam się to wyposażenie, jako bardzo ekskluzywne i czujemy się w związku z tym bardzo wyróżnieni. Po prostu wielki świat, na który ani zawodników, ani nas nigdy nie było stać. Nasze wyjazdy na zawody organizowałam w sposób najtańszy, przejazdy pociągami, hotele minimalnie wyposażone, aby tylko było łóżko, jakaś łazienka i tyle. A tu taki luksus! Zwyczajem azjatyckim pan prezydent zawsze przodem, potem ja jako druga ważna osoba w delegacji – jakoś muszę to przeżyć – nie zawsze tak jest, ale tu obowiązuje protokół dyplomatyczny, ok. Omawiamy program naszego pobytu. Oczywiście na pierwszy ogień idzie to, o czym marzyliśmy – obiad powitalny! Jeszcze nie zdążyliśmy strawić obiadu pożegnalnego, a tu taka niespodzianka! Kolacja powitalna o godz. 20.00. Jola śmieje się do nas, bo właśnie o tym rozmawialiśmy podczas lotu. Mieszkam razem z Bożenką Siemieniec. Korzystam z jej uprzejmości i prasujemy sobie spódnice i bluzki na wieczorną uroczystość. Szybki prysznic, zmiany garderoby i gotowi jesteśmy na spotkanie z chińskimi władzami sportowymi i administracyjnymi oraz pyszną syczuańską kuchnią. Oto menu obiadu powitalnego:
Trening kończymy przed pierwszą, aby jak najszybciej przyjechać na obiad, ponieważ po obiedzie mamy jechać do zoo zobaczyć pandy. Oglądanie pand to nie lada atrakcja. Z reporterskiej ciekawości notuję dania obiadowe, a więc: orzeszki, korzenie, szpinak, ostro-słodki kurczak, bambus, wołowina, zupa ze szpinakiem, ryż smażony, rozmaitości cebuli pekińskiej z mięsem, bułki na parze, piwo i cola. Wyjazd do zoo następuje bezpośrednio po obiedzie. Pandy żyją tylko w prowincji Syczuan. Ogród zoologiczny jest bardzo ciekawy ze wględu na ilość i różne gatunki ptaków oraz pandy. Kupujemy maskotki, każdy dla kogoś z rodziny, są to o dziwo miśki panda…. Odjeżdżamy, aby za chwilę wylądować w manufakturze bambusowej, gdzie z nitek bambusa robione są różne rzeczy, takie jak maty na ścianę, pałeczki, bambusowe obrusy. Wpadamy jeszcze na krótko do domu towarowego, gdzie wszyscy zaopatrują się w chińskie buty wykonane ze sztruksu na gumowej podeszwie. Są bardzo dobre do chodzenia po hali, nogi w nich po każdej solidnej porcji treningu znakomicie odpoczywają. W międzyczasie Shi Pin podaje mi przepis na orzeszki ziemne prażone na patelni (w ten sam sposób można prażyć pestki słonecznika). Cały czas podjada orzeszki, budząc tym samym moje zainteresowanie, stąd mam ten właśnie przepis.
seminarium szkoleniowym „Liderki Sportu”, które odbyło się w Centrum Olimpijskim Polskiego Komitetu Olimpijskiego w Warszawie przy ul. Gdyńskie Wybrzeże 4. Seminarium zostało zorganizowane przez Ministerstwo Sportu oraz Pełnomocnika Rządu do Spraw Równego Traktowania. Brały w nim udział kobiety działające w sporcie: między innymi
Otylia Jędrzejczak, Monika Maciejewska, Alicja Rutecka, Anna Lewczuk, Anna Wasilewska, menadżerki sportu, przedstawicielki polskich związków sportowych, a także osoby zaproszone: Ryszard Stachurski – Sekretarz Stanu w Ministerstwie Sportu,
Z przyjemnością chciałabym odnotować wystąpienie pani Elżbiety Radziszewskiej – Pełnomocnika Rządu ds. Równego Traktowania, która na zadania w sporcie, zarządzanie i liderki sportu, popatrzyła przez pryzmat równego traktowania kobiet i mężczyzn (a także przez pryzmat walki z rasizmem, szkoleń i awansów, zatrudnienia płci, orientacji
seksualnej, religii, wieku, niepełnosprawności, rasy). Podkreśliła, że od roku 1919 w Polsce wybierałyśmy i mogłyśmy być wybierane, że Polska jest drugim na świecie państwem, które ma dwuizbowy parlament, starszy jest tylko parlament Anglii. Poinformowała, że 30.04.2008 r. powołano pełnomocnika rządu ds. równego traktowania, aby zasada równego traktowania była respektowana. Unia Europejska ma swoje
wymogi i Polska musi się do tego dostosować. Ponadto przekazała, że trwają prace dotyczące niezależnego od rządu publicznego organu, którego zadaniem byłoby dawanie rządowi zaleceń dotyczących respektowania prawa w tym zakresie, a także udzielanie pomocy prawnej i wsparcie dla osób dyskryminowanych. Takim organem ma być Rzecznik Praw Obywatelskich z prof. Ireną Lipowicz na czele (niebawem zostanie powołana). W swoim wystąpieniu pani Radziszewska pokazała również, że w sporcie nie ma zasad równego traktowania, o czym świadczyć może na przykład ilość kobiet – prezesów w polskich związkach sportowych.
Ula Jankowska, radca generalny w Ministerstwie Sportu zapoznała nas z działaniami ministerstwa w tym zakresie, jak również poinformowała nas o kongresie, jaki odbył się w dniach 20-23 maja tego roku w Sydney: Kobiety i Sport/weź udział/pomyśl/zmień, w którym uczestniczyło 460 osób z 60 państw. Polska została wyróżniona i głośno było o naszej inicjatywie dotyczącej najlepszych zawodniczek posiadających stypendia sportowe. Gdy zawodniczki zachodzą w ciążę i rodzą dziecko, mają szansę powrotu do wielkiego wyczynu poprzez uregulowania prawne (2005 r.) – w dalszym ciągu otrzymują stypendia sportowe i mogą wrócić do swojej dyscypliny sportowej oraz do wielkiej formy, gwarantującej im uzyskanie kolejnych świetnych wyników sportowych, dzięki tej pomocy.
Ciekawe były również dwie prezentacje: Ewy Rutkowskiej i Doroty Bregin, reprezentujących Grupę Doradczą Równości Płci o tematach „Polityka równości a sektor sportowy” oraz „Możliwości rozwiązań równościowych w sektorze sportu”. Mottem wykładu pani Ewy Rutkowskiej był wyjątek z deklaracji z Brighton w sprawie kobiet w sporcie z roku 1994: ”… Mimo wzrostu udziału kobiet w sporcie, który miał miejsce w ostatnich latach, oraz pomimo zwiększania szans uczestnictwa w wydarzeniach sportowych o randze krajowej i międzynarodowej, zjawiskom tym nie towarzyszył wzrost udziału kobiet w zakresie podejmowania decyzji i sprawowania funkcji kierowniczych w sporcie. Kobiety są zdecydowanie słabo reprezentowane wśród kadry zarządzającej, trenerów i urzędników, w szczególności wyższych szczebli. Dopóki brak będzie kobiet na stanowiskach kierowniczych i decyzyjnych oraz brak będzie kobiecych wzorców w sporcie, postulat równych szans dla kobiet i dziewcząt nie będzie możliwy do zrealizowania”. Minęło 16 lat od ustanowienia tej deklaracji, i nie bardzo w to wierzę, że się coś zmieniło. Wiemy, że zmiany te są wynikiem ciągłego, długiego procesu, którego efekty będzie można ocenić w ciągu kilku lat.
Bardzo mi się podobała prezentacja przedstawiona przez dr Adrianę Zagórską na temat „Technika „skutecznie” jako element budowania siebie”. Pani Adriana przedstawiła kilka możliwych do zastosowania technik. Aby być skutecznym i móc realizować siebie, należy zachować poniższe zasady: ciało, umysł, duch. Powiedziała w swym wystąpieniu, że myślenie jest czynnością umysłową, mózg zaś jest ślepym narządem, który przetwarza wszystko, co mu zostanie przesłane. Człowiek reaguje na wyobrażenia, a ciało odpowiada na to, co mózg sobie wyobraża. Czym zatem jest technika „skutecznie”? Jest to zbiór technik psychologicznych wspierających pewność siebie i poczucie własnej skuteczności. Pewność siebie to wiara, że możesz osiągnąć sukces, wykonać to co zamierzasz, wiara w swój potencjał, a pewność siebie rozwija pozytywne emocje, ułatwia koncentrację, wpływa na formułowanie celów, zwiększa wysiłek wkładany w działanie, wpływa na strategię „grać aby wygrać”. Własna skuteczność „self efficacy” – poczucie własnej kompetencji, która pozwoli na efektywne radzenie sobie z różnymi stresującymi sytuacjami, jest to nasze przekonanie, że możemy skutecznie działać dla osiągnięcia celu. Niski poziom własnej skuteczności związany jest z lękiem, poczuciem bezradności, nasileniem smutku i przygnębienia. Pani dr Adriana Zagórska wprowadzała nas w te i inne aspekty pewności siebie, skuteczności, energii życiowej, a także stresu i paliwa do życia w formach diety, ruchu, snu, czasu wolnego, planów i marzeń, spełnień życiowych, kultury i duchowości. Były to sprawy jakby proste, o których na co dzień nie myślimy, ale one wpływają na nasze działania. Bardzo dobra psychologiczna strona w technikach skuteczności, z punktu widzenia naukowego w psychologii. Wykład bardzo ciekawy, zmuszający do pewnych przemyśleń. Na zakończenie odbył się panel dyskusyjny „Jakimi metodami należy promować i rozwijać sport kobiet?”. Dyskusja trwała godzinę i wzięły w niej udział prawie wszystkie uczestniczki spotkania. Konferencja
ciekawa, potrzebna, świetnie moderowana przez dr psychologii Jadwigę Kłodecką-Różalską. Jestem bardzo zadowolona, że brałam udział w tym wydarzeniu. Wszystkim osobom, które miały swoje prezentacje serdecznie dziękujemy za ich przekazanie.
Z góry panorama miasta Quiyang jest zupełnie inna. Widać tylko ogromne bloki i nowoczesne miasto. Natomiast jadąc przez to miasto, widzisz tylko maleńkie klitki, domki ulepione z gliny, postawione z cegły, maleńkie, takie na jeden pokoik. Przed domem gotuje się w garach, saganach, a ryż w drewnianych stągwiach. Widać mnóstwo maleńkich stołówek pod gołym niebem, takich barów szybkiej obsługi na świeżym powietrzu. Shi Pin mówi, że od 3 lat, po zdefiniowaniu przez partię rewolucji kulturalnej, można prowadzić prywatny handel. Zresztą widać to dokładnie na ulicy. Ogromna ilość sklepików, gdzie handluje się wszystkim. Jeden przy drugim, wąskie i długie. Handel trwa od rana, od godz. 10.00, mniej więcej do dwunastej, pierwszej lub drugiej w nocy. Czynne są też zakłady usługowe: klientka siedzi bez buta, a szewc na poczekaniu go reperuje. W ogóle widoki są różne i czasami nas szokują. Bloki mieszkalne z rurami od tak zwanych „kóz” – rodzaju piecyków używanych tuż po wojnie w Polsce, z których leci dym. Nie ma w tych domach centralnego, więc w razie zimna pali się brykietami w kozach. W związku z takimi rozwiązaniami ciepłowniczymi nie ma mowy o firankach w oknach. Quiyang jest miastem czystym, mimo tych niedogodności. Niestety toalety stanowią wyjątek i dlatego nie będę o nich wspominała… Dziewczyny, widząc rozwiązania w nich panujące, krzyczały, że absolutnie, że nic z tego, a ja na to, że gdzieś indziej może być jeszcze gorzej, że musi być tu, a nie gdzie indziej, i niech patrzą mi w oczy, i damy radę. Dałyśmy!
Wieczorem zapraszają nas na bankiet (reasumujemy dzień: śniadanie, długi trening, obiad, wycieczka, hotel i bankiet). Bankiet w dwupiętrowej restauracji, na pierwszym piętrze ogromna hala ze stolikami i tu mamy śniadania, teraz zaś idziemy na drugie piętro, do sali gdzie ustawiono kilka okrągłych stołów. Wita nas przewodniczący komitetu kultury fizycznej. Siedzimy przy stole: Andrzej, ja, Rysiek, Shi Pin (Jola), Jurek, trenerka chińska, przewodniczący komitetu badmintona, przewodniczący komitetu kultury fizycznej i jeszcze dwie czy trzy osoby. Najpierw przemówienia, następnie toast wódką małtaj (to nie dla mnie, przełknąć nie mogę, zapach – lepiej nie wąchać). Idzie, ALE TO JEST ten jedyny raz, aby nie urazić gospodarzy. Podają wino, ale ja wiedząc, że mają pyszne piwo, proszę o nie i od tej pory jest ok. W tak zwanym międzyczasie nasz Prezes Andrzej wygłasza toast za przyjaźń, za badminton, za spotkanie i za możliwość nauki badmintona w kraju mistrzów. Do toastu dołączamy upominki, w tym ręcznie haftowany jedwabny proporzec Polskiego Związku Badmintona wykonany przez naszą znajomą p. Panasiuk. Zaczynają serwować potrawy, szybko, bardzo szybko, my zdychamy od tempa. Pierwszy kęs dostaje Andrzej, później ja, Rysiek, Jurek. Potrawy są nakładane przez przewodniczącego Urzędu Kultury Fizycznej Prowincji. Następnie mogą brać pozostali. Rysiek i ja nie pijemy. Do Andrzeja podchodzą goście i każdy chce z nim wypić. Serwowanie potraw trwa, a ja cały czas notuję. Notatnik z piórem mam na kolanach, co wzbudza ogólną radość. Podają potrawy w kolejności serwowania, ale nie jestem dzisiaj pewna czy zdążyłam zanotować wszystkie: ryba sosna, ryba krzyk dziecka (jest pod ochroną), mątwa, żółw pieczony, panda, smażone kartofelki nadziewane cebulką, schab w sosie, sałatka mięsna z bambusami, sałatka ze szpinaku, sałatka z rzodkiewki, kurczak nóżka, grzyby mun, mandarynki, kompot owocowy z ananasami, mandarynkami, li czi, i jakimś białym dobrym owocem, ciasto biszkoptowe – jemy pałeczkami, no i piwo dla „starszyzny”. Zawodnicy pili napoje typu domowa lemoniada. Atmosfera tego spotkania była przyjacielska, a nawet gorąca. Na zakończenie bankietu
poprosiłam, aby starszyzna opróżniła swoje kieliszki i polałam naszą żytnią, i dopiero wtedy lody zostały przełamane, humory znakomite, a my odjeżdżamy w miłej atmosferze. O godzinie 20.15 jesteśmy już w hotelu. Rozmowa z zawodnikami, którzy nie dali się wciągnąć w wir toastów. Wiedzą, po co przyjechali. Szybko idziemy spać.
też, wszyscy pomagają nam kupować, pomagają wybierać. Wybieram Buddę szczęścia. To taki Budda, który jest gruby, siedzi i sześcioro małych Chińczyków wokół niego, oraz Buddę zdrowia – La Shu Shin. Otwieram torebkę, aby zapłacić i w tym momencie głowy wszystkich pań będących w sklepie pochylają się nad jej zawartością, pewnie jest to bardzo ciekawe, co ja takiego mogę w niej mieć. Oprócz paszportów całej ekipy i pieniędzy
nie mam tam nic. Zapłaciłam i muszę stwierdzić, że obydwaj panowie: Budda szczęścia i Budda La Shu Shin, przetrwali wszystkie moje przeprowadzki, przelot z Chin do Polski i są ze mną do dzisiaj.
Organizowaliśmy zawody, które Europejska Unia Badmintona przyznała nam po raz pierwszy od pamiętnego założenia Polskiego Związku Badmintona w roku 1977. Drużynowe Mistrzostwa Europy grupy B –„ Helvetia Cup” (pierwszych sześć drużyn sklasyfikowanych w Mistrzostwach Europy na miejscach 1-6 nie brało udziału). „Helvetia Cup” gdyż puchar na te zawody ufundował kiedyś Szwajcarski Związek Badmintona. Polska w tym czasie była siermiężna, nijaka, brudna i bura. Ale nam się chciało chcieć! Janusz Rybka, pan doktor ze specjalizacją wod-kan na Politechnice Wrocławskiej przyjechał z całą swoją paczką. Szorowali wykładzinę Mery, zafajdaną przez wróble, które nie wiedzieć skąd przylatywały do hali robiąc oczywiście to i owo na perłowo! Czyściliśmy, wkręcaliśmy powyrywane krany, kurki od wody, jak również sprzątaliśmy wszelkiego rodzaju brudy w hali i przed halą. Hala Mera musiała błyszczeć. Zasłony na trójkątnym, wielkim oknie wieszała zaprzyjaźniona (od 1980 r.) grupa alpinistów, zaangażowana przez nas do tego celu. Zresztą chłopaki miały i trudniejsze zadania, czyli wymianę żarówek typu LH 256.