Subskrybuj kanał RSS bloga Okiem Jadwigi Subskrybuj kanał RSS z komentarzami do wszystkich wpisów bloga Okiem Jadwigi

Archiwum kategorii ‘Informacje’

Do napisania tego postu sprowokowały mnie wypowiedzi czterdziestolatek na jednym z blogów, który systematycznie odwiedzam. Być może odpowiedzią na utyskiwania młodych kobiet zresztą „luksusowo biednych” będzie ostatnio przeczytana przeze mnie książka Stephanie Dolgoff pt.: „Przypadki 40-latki” z podtytułem „Moje życie (tuż) po drugiej stronie młodości” wydanej przez Wydawnictwo „Mirador” w roku 2011.

Wiem, wiem moją czterdziestkę jakiś czas temu skończyłam i mogę powiedzieć, że po drugiej stronie młodości tkwię od dawna, faceci już dawno na mój widok lubieżnie nie gwiżdżą, a producenci kremów przeciwzmarszczkowych kierują coraz więcej reklam dla mojej kategorii wiekowej zamiast reklam pięknych i najmodniejszych dżinsów w rozmiarze ileś tam!  Zdałam sobie sprawę, że dawno, ale to już dawno przekroczyłam tę cienką niewidzialną linię kobiety dawniej! (Dawniej ważyłam o 20 kg mniej, a dziś? Dawniej mój tyłek wzbudzał zachwyt a dziś? Dawniej nosiłam szpilki na 12 cm obcasie, dzisiaj wolę wygodne sandałki. Dawniej potrafiłam się głodzić, aby zadać szyku w nowej super obcisłej spódniczce).

Autorka tę cienką niewidzialna linię, gdzie nie jest już tą młodą dziewczyną, którą była Dawniej właśnie przekroczyła. Za sobą ma szalone lata, ale nie weszła jeszcze w fazę i terytorium uderzeń gorąca. Przypadki 40-latki to szalone i mądre obserwacje Dolgoff na temat okresu przejściowego. Pokazują, że stawanie się kobietą kategorii „Dawniej” (dawniej byłam laską w spódniczce mini, kurteczce skórzanej, pełen rock and roll) ma ogromne znaczenie, jeśli się na nie zwróci uwagę i jest niesamowicie śmieszne, nawet, jeśli się tego nie chce. Od mody po przyjaźnie, piękno, postrzeganie własnego ciała, seks małżeński i poszukiwanie partnera, po macierzyństwo i opiekę nad rodzicami – Dolgoff odkrywa pozytywne strony bycia starszą niż lat dwadzieścia kilka, mimo, że pewne rzeczy, które kiedyś wydawały się tak strasznie w życiu ważne, muszą podzielić los kaset magnetofonowych. Ta szalenie śmieszna, zabawna i inspirująca książka, udawania, że kiedy pozwolisz sobie na śmiech z tego, co odchodzi, życie stanie się bogatsze, radośniejsze i bardziej satysfakcjonujące. Bo czyż stawanie się starszą nie oznacza, że stajesz się lepszą?

Dlatego choć okres czterdziestolatki mam już od jakiegoś chyba dłuższego czasu za sobą sięgnęłam po tę zabawną książkę, która wzbudziła tak wiele wspomnień, które miały miejsce, gdy byłam sama kobietą kategorii Dawniej, walcząca z tymi samymi problemami, dążąca do coraz nowych wyzwań, które później okazały się wcale nie najważniejsze, do posiadania coraz to nowych rzeczy typu kolejne nowe buty, spódnica, bluzka, aby później dojść do wniosku, że posiadanie nie jest ważne, ważnym stały się zupełnie inne rzeczy. A czy teraz młode kobiety biegnące przez życie za tym, co da im szczęście czasami nie wpadają w takie same pułapki jak ja, gdy byłam kobietą Dawniej? Czy kolejne wysokie stanowisko, kolejna wygrana sprawa, kolejny większy przypływ gotówki, kolejne większe zeznanie podatkowe, kolejny narzeczony, kolejny ekscytujący wyjazd za granicę, kolejny ekscytujący wyjazd integracyjny to jest właśnie to, do czego zmierzamy, o czym marzymy? Warto się już dziś nad tym zastanowić, aby za kolejne dwadzieścia lat nie stwierdzić, że biegłyśmy niepotrzebnie, bo to, co miałyśmy nam w rzeczywistości zupełnie wystarczało, a tak straciłyśmy kilkanaście lat w pogoni za niczym….  Posłuchajcie czy nie tak samo myśleliście kiedyś:

„..Któregoś ranka, kiedy stałam w samej bieliźnie przed szafą bijąc się z myślami, co by tu na siebie włożyć, podczas gdy moje dzieci były coraz bardziej spóźnione do szkoły, doznałam olśnienia. Nie mam pojęcia, dlaczego tej podstawowej prawdzie zajęło tyle lat, zanim przeniknęła przez moją grubą czaszkę… Ale taka jestem szczęśliwa, że w końcu jestem w posiadaniu tej wiedzy, że po prostu muszę się nią z wami podzielić, na wszelki wypadek, gdybyście jeszcze nie słyszały tej dobrej nowiny. Gotowe? Lepiej usiądźcie. To duża rzecz. To zadaniem ubrania jest pasować na ciebie.

Nie jest twoim zadaniem wpasowywanie się w ubranie.

Co więcej, tak było zawsze, ale jakoś nikomu się nie chciało mi o tym powiedzieć, choć zużywałam nieproporcjonalną ilość mego mentalnego kapitału, by wykombinować, w jaki sposób stać się mniejsza. Tak, oczywiście, że byłam świadoma tego, iż ubrania produkowane są w różnych rozmiarach, co mogło sugerować, że pewne zróżnicowanie w wielkości ciał jest akceptowane, a nawet normalne. A jednak jak wiele młodych kobiet, działałam w fałszywym mniemaniu, iż mam sobie tylko przypisany rozmiar, który był zwykle mniej więcej o dwa numery mniejszy niż moje ciało. Moim pełnoetatowym zadaniem było zaś postarać się, by to ciało pasowało do „mojego” rozmiaru. Nawet nie chcecie wiedzieć, co robiłam, usiłując ten cel osiągnąć. A przez cały ten czas mogłam po prostu kupować większe ciuchy. Pewnie, że nie wyglądałabym w nich tak szczupło, jak mogłabym wyglądać, gdybym kiedyś nosiła mój wyimaginowany rozmiar, którego i tak nigdy nie osiągnęłam. Skoro jednak jestem „jakimś” rozmiarem, a nie mogę latać na golasa, to czy nie powinnam nosić najładniejszych ubrań, jakie znajdę, które pasują na moje prawdziwe ciało? Oczywiście, że odpowiedź brzmi „tak”! Ale znam je dopiero teraz, kiedy jestem Dawniej i nie działam zgodnie z wcześniejszymi okrutnymi założeniami. Nie kupuję już rzeczy, co, do których mam nadzieję, że kiedyś w nie wejdę. Ten dzień to dzień dzisiejszy. Czas to czas obecny. Byłam już szczupła i nieszczęśliwa, oraz grubsza i szczęśliwa. Sama sobie wielokrotnie udowodniłam, że jedno nie ma zbyt wiele wspólnego z drugim, pomimo tych wszystkich reklam, które głoszą: „Straciłam na wadze i teraz mój mąż mnie kocha”, a które widzisz na wszystkich produktach dietetycznych. Noszę ubrania, które na mnie pasują, cholera. I czuje się w nich, no cóż, jakbym znowu mogła oddychać…”

Przytoczyłam tutaj urywek książki, gdyż nie mogłam przepisać całej książki, gdyż jest ona właśnie w tym stylu napisane, poruszając różne tematy takie jak sex przed małżeński a później małżeński. Jest też wiele innych, a każdy z nich jest zakończony pointą dotyczącą rozpatrywanego tematu. Polecam te książką wszystkim czterdziestolatkom, kobietom określanym mianem Dawniej, bo jeżeli dopadają ciebie stresy to wiedz, że dotyczy to nie tylko ciebie, ale wszystkich kobiet, które dawniej były laskami a teraz są mamusiami, żonami i szefowymi różnych działów czy firm. Polecam!

Książka znakomita na wakacje!

Wasza Jadwiga

Zaproszenie

Zapraszamy wszystkich miłośników historii do udziału w czerwcowym spotkaniu z cyklu „Opowiem Ci o mojej Warszawie”, które odbędzie się 25 czerwca 2011 r. o godz. 11.30 w restauracji „Sephia” przy ul. Gen. Andersa 13 (obok siedziby warszawskiego oddziału Stowarzyszenia „mbU”), na Muranowie. Dojazd tramwajem (jeden przystanek za placem Bankowym w kierunku Żoliborza, należy przejść na stronę Skweru i cofnąć się jakieś 100 metrów w stronę ul. Nowolipki) .

Naszym gościem będzie pani Jadwiga Slawska Szalewicz absolwent AWF, trener judo, Honorowy Prezes Polskiego Związku Badmintona, były Vice Prezydent Badminton Europe.Pani Jadwiga jest też autorem poczytnego blogu „Okiem Jadwigi”! Spotkania są otwarte dla wszystkich.

I ja zapraszam serdecznie na to spotkanie.

W moim wydaniu historia będzie przeplatała się ze sportem.

Do zobaczenia

Wasza Jadwiga

Z ostatniej chwili,

miło mi poinormować, że w spotkaniu wzięło udział ponad 50 osób, miło przyjęte kawą i herbatą przez mbU, Kochanych Blogowiczów reprezentował  Barnaba, Ciotka Pleciuga, która przyjechała z Łodzi, oraz grono moich znajomych Jola, Basia, Wiesia, Monika a także moja synowa z wnuczką.

Wszystkim serdecznie dziekuję

Wasza Jadwiga

Bardzo często zwracamy się do przeszłości i zastanawiamy jak wyglądały mieszkania sto czy dwieście lat temu. Jjak wyglądał szlachecki dwór, jak wyglądało obejście na wsi czy w mieście? Dzisiaj chciałabym podzielić się znalezionymi wiadomościami na temat dworku szlacheckiego. Dworkiem w miastach polskich XVIII w. zwyczajowo nazywano dom drewniany należący do szlachcica. Dworki lokowane były głównie na przedmieściach, na ogół na sporych działkach. Posesje, na których były wznoszone, zabudowane były podobnie jak wiejskie zagrody – od frontu stał budynek mieszkalny, na jego tyłach wydzielone było podwórko, gdzie znajdowały się zabudowania gospodarcze, część tylną działki zajmował ogród. Dom mieścił mieszkanie dla właściciela, posiadał też część przeznaczoną do wynajęcia. Wśród budynków gospodarczych najczęstsze były stajnie i wozownie, nieraz dość rozbudowane. Posiadanie koni i powozów mogło bowiem stanowić źródło dochodu. Prawdopodobnie wielu szlachciców (np. posiadających dworki pod Warszawą) wynajmowało zaprzęgi lub pomieszczenia dla przedsiębiorstw komunikacyjnych, albo sami wykonywali usługi transportowe będąc furmanami. Zawód furmana był i popularny i intratny. Nie było przecież ani samochodów, ani ciężarówek, a towary, czy też różne rzeczy, trzeba było przewozić z jednego miejsca do drugiego. Stąd szczególnie w miejscowościach podwarszawskich mogliśmy spotkać wozownie z końmi. W niedalekiej przeszłości zarówno w Pyrach jak i w Wawrze czy Aninie takie wozownie były popularne. Bardzo często przy dworku funkcjonowały browary produkujące piwo. Różniły się od siebie wielkością i wyposażeniem. Na przykład były takie, które zajmowały tylko dwie izby, lecz i takie, w skład, których wchodziły: ozdownia (do suszenia słodu), młyn o konnym napędzie, spichlerz, suszarnia chmielu. Wyprodukowane piwo szlachta sprzedawała. W części gospodarczej dworków funkcjonowały również piekarnie, kurniki, kuźnie. Być może związana z nimi działalność (piekarnictwo, hodowla drobiu, kowalstwo) także stanowiła niemałe źródło utrzymania.

A ogrody? W przypadku większości ogrodów hodowano w nich drzewa i krzewy owocowe (m. in. jabłonie, grusze, wiśnie, orzechy włoskie, figi, brzoskwinie, porzeczki, agrest) oraz kwiaty, nie tylko na potrzeby właścicieli, ale też na sprzedaż, co stanowiło również o dodatkowych dochodach. Ogrody pełniły również funkcje ozdobne, rekreacyjne – „dla spaceru”, z altanami i kręgielniami. Jeżeli ogrody były przeznaczone wyłącznie dla celów rekreacyjnych świadczyło to o zamożności szlachty tam zamieszkującej. Najpiękniejsze parki i ogrody, jakie spotkałam to Łazienki Królewskie w Warszawie oraz Park w Wilanowie i Arkadia w Nieborowie pod Warszawą. Łazienki Królewskie w Warszawie to zespół pałacowo-parkowy w Warszawie z licznymi zabytkami klasycystycznymi, założony w XVIII wieku z inicjatywy króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Całe założenie było zrealizowane przez architektów królewskich: Dominika Merliniego, Jana Chrystiana Kamsetzera oraz Jana Chrystiana Szucha.

Park Wilanowski to ogród wchodzący w skład zespołu pałacowo-parkowego w warszawskim Wilanowie, część podmiejskiej rezydencji króla Jana III Sobieskiego, który ową rezydencję zbudował dla ukochanej Marysieńki – Marii Kazimiery. Par zajmuje powierzchnię 45 ha wraz z jeziorem Wilanowskim i Kanałem Sobieskiego. Jest to część obszaru podległego Muzeum Pałacu w Wilanowie, obejmującego ogółem 89 ha.

Trzecim pięknym zespołem Pałacowo ogrodowym jest Pałac w Nieborowie wraz z Arkadią. Arkadia jest w stylu ogrodowym, który powstał w latach 70 tych wieku XVIII – styl angielski, który przeciwstawiał się stylowi barokowemu. Styl angielski propagował swobodne i nastrojowe kompozycje ogrodowe związanych z różnymi konstrukcjami architektonicznymi nawiązującymi do antyku, średniowiecza, życia wiejskiego i często do form egzotycznych. Styl ten przeobrażał się od form sentymentalnych do stylu ogrodu romantycznego. Dlaczego dzisiaj o tym napisałam? Za kilka dni wakacje. Będziemy podróżować po Polsce, często pokonując wiele set kilometrów. Część z Was przyjedzie do Warszawy. Warto poświecić dzień lub dwa na wizytę w jednym z przepięknych Parków Warszawy. Obecnie Warszawa jest miastem dynamicznie rozwijającym się. Sama czasami nie poznaję miejsc, w których zdawałoby się nie tak dawno byłam, a teraz jest inaczej. Natomiast parki, zespoły pałacowe są niezmiennie, od lat takie same, dlatego serdecznie zapraszam wszystkim do odwiedzenia tych wspaniałych miejsc. Być może jest to związane z sentymentem, jakim darzę Warszawę i jej okolice, ale dla mnie nie ma piękniejszych miejsc, w których mogłabym odpoczywać i kontemplować bogatą historię Polski.

Życzę Wszystkim super weekendu słońca, pogody ducha

i świetnego odpoczynku

Wasza Jadwiga

Tegoroczny Dzień Matki był niewątpliwie miłym dniem. W południe niespodziewany dzwonek do furtki wywołał moją synową, która odebrała przesyłkę od kuriera – piękny bukiet kwiatów. Ja w tym czasie nieświadoma niczego byłam na basenie i spokojnie basenowałam zaliczając kolejne długości. W sumie 30 plus pół godziny w jaccuzi tak dla odprężenia, oraz dla podratowania moich steranych życiem kolan. W sumie na pływalni spędziłam półtorej godziny robiąc coś dla siebie i własnego zdrowia. Dzień Matki spędziłam  miło, nie siedząc i nie zamartwiając się kolejną życiowa sprawą, jaką załatwiłam lub nie, a powinnam była załatwić. Od pewnego czasu basen gości mnie codziennie, a ja staram się odzyskać nadwątloną formę po operacjach, szczególnie stawów kolanowych.

Powrót do domu, a tu miła niespodzianka, kwiaty bez bileciku, ale szybko wykonany telefon był strzałem w dziesiątkę. Sprawcami miłej przesyłki były Dzieci. Później smsy od syna i synowej oraz miła wizyta Nuśki z wnukami, róża i upominek zapowiadały kolejną niespodziankę. Po odpakowaniu okazało się, że dostałam książkę i to z tych ulubionych najbardziej. Książkę o gotowaniu, autorami są Zofia Nasierowska i Janusz Majewski. Zofia Nasierowska, czyli „Annie Leibovitz Peerelu” najbardziej wzięta portrecistka gwiazd lat 60. i 70. Każdy chciał mieć zdjęcie od Nasierowskiej i …zostać u niej na obiedzie. Rzuciła fotografię dla kuchni. Jej dobry smak wychwala każdy, kto u niej gościł. Janusz Majewski, scenarzysta, arystokrata kina, reżyser „CK Dezerterów”, „Zaklętych rewirów”, niedawnej „Małej matury 1947”, lubiący dobrze jeść mąż Zofii Nasierowskiej. Książka nosi tytuł ”Fotografia smaku”, czyli 24 obiady dla tych, którzy lubią i nie lubią przyjmować gości Wydawnictwa Marginesy, Warszawa 2011. Noc była za krótka, ale jednak nad ranem skończyłam ją czytać i dlatego postanowiłam  napisać. Co tu dużo gadać, zacytuję obszerny fragment wstępu pt.: „Jeszcze kuchnia nie zginęła?”:

„… Czy możecie sobie wyobrazić, że w jakimś ponadmilionowym mieście jest tylko kilka (!) restauracji, w których można coś od biedy zjeść, kilkadziesiąt natomiast, w których na pewno Was strują?… Tak wyglądała Warszawa jeszcze dwadzieścia lat temu. Ale przecież nie wyginęliśmy, przeżyliśmy, a to za sprawą kuchni domowej, której strzegły nasze babcie, mamusie i ciocie, przekazując sobie z pokolenia na pokolenie rodzinne sekrety dobrych przepisów kulinarnych. Mieliśmy wszak swoje zawody (fotografia i film), które trzymały nas w Warszawie, jadaliśmy wtedy w domu (gosposia!) lub u mamy/teściowej, bywaliśmy zapraszani do znajomych, gdzie delektowaliśmy się potrawami, które przygotowywały inne mamy-ciocie-gosposie. Należało także zapraszać przyjaciół do domu i wówczas szlachetna ambicja rywalizacji wyzwalała konieczność zgłębiania tajemnic kuchni osobiście. …

…Potem nastały lata chude, stan wojenny, epoka samotnego octu na półkach. Skończyły się towarzyskie kolacyjki, a na Święta Bożego Narodzenia czy Wielkanocy ciułało się kartki przez wiele tygodni. Niektórzy twierdzą, że to nie cenzura, ucisk władzy komunistycznej, indoktrynacja obywateli, ale puste lodówki stworzyły przeciąg, który wywiał totalitaryzm z naszego kraju. Faktem jest, że wszystko zostało przypieczętowane przy stole, a ten model od wieków, służy przede wszystkim jedzeniu, nawet, jeśli – a może przede wszystkim, jeśli – jest okrągły. W latach osiemdziesiątych na ekranach kin prezentowano amerykański film” Nad złotym stawem” z Jane Fondą i jej ojcem Henrym. Miał ciekawą fabułę, był świetnie grany, sceneria zachwycała – duży drewniany dom nad pięknym jeziorem wśród kanadyjskich gór. Ale myśmy wypatrzyli tam jeden poruszający szczegół: bohaterowie mieszkali na zupełnym odludziu i na zakupy pływali motorówką do malutkiej przystani ze stacją benzynową i sklepikiem, w którym było wszystko. Widok tych półek i scena zakupów wstrząsnął wtedy nami – nieraz myśleliśmy o przeniesieniu się na odludzie, ale martwiło nas, jak się tam zaopatrywać w podstawowe artykuły, jak dawać sobie radę bez warszawskich znajomości, gdzie każdy miał zaprzyjaźnioną ekspedientkę, która „dawała spod lady”. Oczywiście nie za darmo, ja dawałem zaproszenia na premiery, bezpłatne bilety do kina, żona robiła portrety… No i wreszcie stał się cud: zadziałała niewidzialna ręka rynku i zapełniła wszystkie półki nawet w Pipdówce – mogliśmy zrealizować stare marzenia i przenieść się na odludzie. Wyjechaliśmy na Mazury…

… stale odwiedzali nas przyjaciele i znajomi, rozbudowaliśmy dom, w końcu zrozumieliśmy, że musi on zacząć na siebie zarabiać, bo sami nie zdołamy go utrzymać i otworzyliśmy w nim niewielki pensjonat. Zaczęli do niego przyjeżdżać znajomi i znajomi znajomych, a że musieli coś jeść, trzeba było stworzyć dla nich kuchnie. Sławna pani fotografik musiała przedzierzgnąć się w kucharkę, a że wciąż miała ambicje artystyczne, podeszła do sprawy poważnie, zaczęła studiować książki kucharskie z całego świata, wertować babcine zapiski, przypominać sobie, czego ją mama uczyła i tak dalej, aż stworzyła własną kuchnię. Goście, którzy przedtem przyjeżdżali dla wspaniałej ciszy i cudownych zachodów słońca nad jeziorem, teraz ciągnęli do pensjonatu na tobołki ze szpinakiem albo karpia a la Marek Kondrat, a co gorsza zaczęli domagać się przepisów…

Minęły lata, los zechciał, żeśmy porzucili naszą wieś, która przez blisko dwadzieścia lat stała się nasza małą ojczyzną, wróciliśmy do miast, nasz Dwór Mazurski MORENA przestał istnieć, choć po nas przyszli inni. Samo miejsce prawie się nie zmieniło, położenie i przyroda nadal zachwycają, a „nowi” bardzo się starają, żeby nowy duch, który tam teraz zamieszka, był równie przyjazny jak ten stary. My natomiast wierzymy, że genius loci tego cudownego zakątka będzie istniał zawsze, a jeśli zostanie po nas jakaś legenda, to niech nowe wydanie „Fotografii smaku” ją przedłuży…”

Dom i pracownia pani Zofii mieściły się niedaleko Akademii Wychowania Fizycznego, stąd prawie wszystkie studentki właśnie tam robiły zdjęcia do swoich dyplomów, bo przecież  Pani Zofia robiła z nas wampy podczas sesji fotograficznych! Każda z nas nie wyobrażała sobie dyplomu ukończenia studiów bez zdjęcia Pani Nasierowskiej, w tym i niżej podpisana. Z tych sentymentalnych względów również polecam tę książkę wszystkim, którzy lubią i nie lubią przyjmować gości.

Wasza Jadwiga

Czy wiecie, że w Polsce jest 5 milionów emerytów?  To prawda. Czy zastanawialiście się kiedykolwiek jakie firmy i jakie produkty są oferowane tej grupie społecznej? Niestety produktów nie ma zbyt wiele. Ostatnimi czasy pojawiły się sporadyczne oferty i sytuacja zaczęła się zmieniać za sprawą nas samych – emerytów, ponieważ jesteśmy pomimo upływu lat ciągle aktywni i mobilni, przez co wymuszamy dostosowywanie ofert do naszych wymagań. Nazwano nas grupą Silver – prawda, że ładnie? I to właśnie dla nas, dla grupy Silver pożądanym jest odpowiedni telefon komórkowy. Pożądany nie tylko przez samych przedstawicieli tej grupy, ale również przez ich najbliższych, którzy chcą mieć kontakt z rodzicami i dziadkami. Niestety często mierzymy się ze skomplikowanymi urządzeniami, które nie tylko że nie są pomocne, ale wręcz uniemożliwiają kontakt z bliskimi. Dlaczego tak się dzieje, sami wiecie najlepiej. Zbyt małe cyferki, trudne do odczytu wyświetlacze to jedno z wielu utrudnień.

Emporia wychodzi naprzeciw potrzebom łatwej komunikacji, projektując kolejne telefony, i pamiętając o swoim głównym celu – ułatwiać nam  kontakty z bliskimi. Ostatnio wyczytałam w internecie, że cyt:“…

Seniorów często określa się mianem cyfrowo-wykluczonych. Staramy się zminimalizować ich wyobcowanie w świecie nowoczesnych technologii. Aby pomóc im odnaleźć się w tych realiach, emporia stosuje proste rozwiązania, np. umieszczając przyciski prowadzące do najważniejszych funkcji telefonu na bokach jego obudowy, co ogromnie ułatwia korzystanie z telefonu bez potrzeby lawirowania w gąszczu opcji oprogramowania…”. Nie czuję się cyfrowo wykluczona. Jako emeryt korzystam z laptopa, telefonów komórkowych, telewizji cyfrowej, nagrywam i odtwarzam cyfrowo nagrane programy, używam iPoda, żyję pełnią nowoczesności dostępnej na rynku. I nie dlatego o tym napisałam, aby pokazać co posiadam, lecz aby uzmysłowić ludziom odpowiedzialnym w różnych firmach, że będąc emerytem nie jestem upośledzona w sprawach nabytych umiejętności dotyczących elektroniki i możliwości korzystania z niej. Taka jest większość obecnych emerytów.

Emporia na stałe współpracując ze swoją grupą docelową. Opracowuje produkty o maksymalnie uproszczonej funkcjonalności. Są one proste co nie oznacza jednak że są brzydkie. Produkt dla nas, starszych konsumentów, nie musi wyglądać jak artykuł ze sklepu medycznego dla osoby niepełnosprawnej. Jako Silverzy oczekujemy telefonu prostego w obsłudze, ale i o wysokiej jakości wykonania. W 2010 roku firma wprowadziła na rynek telefon emporiaELEGANCE, który jest mniejszy niż wcześniejsze modele emporia. Telefonu tego używam od momentu debiutu rynkowego. Obudowa telefonu pokryta jest lakierem fortepianowym, a dodanie elementu  ze stali nierdzewnej stworzyło telefon o wyjątkowo atrakcyjnym wyglądzie, który od chwili pojawienia się na rynku zyskuje powszechną akceptację, co znajduje potwierdzenie między innymi w formie licznych nagród przyznawanych modelowi emporiaELEGANCE w wielu krajach Europy. Sam telefon nawet najładniejszy i udany technologicznie to nie wszystko, trzeba przekonać do niego nas emerytów, a to proste nie jest ze względu na brak zaufania seniorów do skomplikowanej technologii. I w tym momencie dużą rolę odgrywa  edukacja klientów i umiejętności przekazu biorące pod uwagę nasze potrzeby oraz nasz styl życia czyli Silver konsumentów.  Wszystkim Silverom i nie tylko życzę udanego kolejnego Majowego tygodnia oraz świetnego samopoczucia, pozdrawiam

Wasza Jadwiga

Oto co znalazłam dzisiaj w dniu 18.05.2011 w sieci

http://www.telix.pl/artykul/emporia-zaprasza-na-targi-golden-age-3,41031.html

Moja Przyjaciółka Beata , która często przesyła nam interesujące listy z Anglii, uwielbia czekoladę i jak to się mówi jest czekoladoholiczką. Poszukując  materiałów, które mogłyby pokazać dawne czasy, zwyczaje i tradycje w zakresie przygotowywania specjałów świątecznych znalazłam taki artykuł Haliny Gonery na temat czekolady i jej spożywania w poście. Ten wpis zaś dedykuję Beacie:

„…Fama o pobudzających własnościach czekolady spowodowała ogromne zainteresowanie wśród Europejczyków. Konkwistador Hernan Cortez zachwalał ją u króla Hiszpanii Karola I: [...] jest to napój wzmacniający odporność i zwalczający zmęczenie. Filiżanka tego cennego płynu sprawia, że można maszerować przez cały dzień bez jedzenia. Jednak nie wszyscy uznawali działanie tej rośliny za zbawienne. Jeszcze w 1728 roku Giovanni Battista Felici gorąco agitował za zaprzestaniem spożywania czekolady: Znam poważnych i milczących ludzi, którzy pod wpływem tego napoju stają się na chwilę największymi gadułami, inni tracą sen i stają się nadpobudliwi, jeszcze inni wpadają w złość i zaczynają wrzeszczeć. U dzieci wywołuje on takie podniecenie, że nie ma sposobu, by zachowywały się spokojnie albo usiedziały w jednym miejscu.

Największe zamieszanie wśród europejskich elit wzbudziło przypisywane nasionom kakaowca działanie afrodyzjakalne. W Europie rozgorzała nawet dyskusja, czy picie czekolady jest zgodne z zasadami przestrzegania postu. Pobudza przecież miłosne apetyty, z czego należy rozumieć, że sprzeciwia się postowi, który podejmuje się głównie po to, by osłabić pożądliwą lubieżność. Ukazywały się całe opracowania na ten temat, a w sprawę zaangażowany był nawet urząd papieża! Po wielu naradach Pius V zadecydował, że czekolada łamie post, nawet jeśli jest przygotowywana na wodzie. Dyskusja na temat wpływu czekolady na stan zdrowotny człowieka trwa do dziś. Za zgubne skutki spożywania wyrobów czekoladowych uważa się:

- otyłość (kontrargumentem jest tu niezaprzeczalny fakt, że dobra czekolada zawiera mniej cukru, niż inne słodycze), - próchnicę zębów (za tą przypadłość odpowiedzialny jest przede wszystkim cukier, a wiemy już, że w czekoladzie jest go stosunkowo mało),- trądzik (jest to raczej efekt niedoboru świeżych warzyw i owoców, niż skutek działania czekolady),- uczulenia (najczęstsze są alergie na mleko w proszku i orzechy, a samo kakao nie powoduje raczej uczuleń),- migrenę (kakao i żółty ser zawierają tyraminę powodującą ponoć migreny, ale w czekoladzie jest jej niewiele),- uzależnienia (czekolada rzeczywiście zawiera teobrominę i kofeinę – pobudzające alkaloidy, będące jednocześnie substancjami uzależniającymi, ale zawartość tych związków jest niewielka), zatwardzenia (trzeba przyznać, że z tym argumentem najtrudniej walczyć…). Ciemne zabarwienie, pogańskie pochodzenie i pobudzające działanie – wszystkie te cechy czekolady wywoływały u naszych przodków mieszane uczucia. My również, sięgając po tabliczkę czekolady, odczuwamy wyrzuty sumienia. Ale czy „zakazany owoc” nie smakuje najlepiej? …” Wszyscy lubimy kakao i czekoladę, i dlatego przygotowałam dla Was przepis na pyszny świąteczny blok czekoladowy:

Pyszny blok czekoladowy cioci Joli

składniki:

2 szklanki pełnotłustego mleka w proszku, 3/4 szklanki cukru, 1/2 szklanki wody, kostka masła, 3 – 4 łyżki kakao gorzkie najlepiej holenderskie znanej firmy, herbatniki petit beurre, orzechy włoskie pokrojone, rodzynki sułtańskie, wiórki kokosowe.

wykonanie: do garnuszka wkładamy masło, wodę, cukier, podgrzewamy aby się rozpuściło. Studzimy i dodajemy mleko w proszku, miksujemy. Do masy  dodajemy pokruszone herbatniki, orzechy włoskie pokrojone, rodzynki i wiórki kokosowe, oraz pokruszoną gorzką czekoladę. Masę mieszamy i wykładamy na brytfannę wyłożoną papierem do pieczenia, odstawiamy do zastygnięcia. W ten sposób przygotowuję blok do natychmiastowego spożycia. Po zastygnięciu blok kroimy i podajemy z równie pyszną czekoladą na gorąco, ale gdyby ktoś miał za dużo czekolady na raz może go spożywać z pyszną kawą czy też herbatą. Tak sporządzony blok można również przechowywać w lodówce, wtedy ciepłą masę wkładam do mniejszych zamykanych plastikowych pojemników i gdy blok zastygnie, przechowuję w lodówce, lub zamrażarce i mamy jak znalazł dla niespodziewanych gości. Wszystkich czytaczy serdecznie pozdrawiam, wracamy w poniedziałek, do miłego usłyszenia!

Wasza Jadwiga

Urodził się w dniu 3 października 1925 r w Warszawie syn Anny Horodeckiej z domu Tereszyńskiej i pułkownika Leona Janusza Horodeckiego herbu Świnka vel Świnicz. Tym herbem pieczętowali się Horodeccy należący do północnej gałęzi rodu. Pochodzili oni z Witebszczyzny, a po represjach rosyjskich mających miejsce po upadku Napoleona zamieszkali ziemię Wileńską i Wilno. Część Rodziny osiadła na Podolu w rejonie Winnicy. Zadecydował o tym rozwój przemysłu na ziemiach należących do Branickich. W roku 1918 wyjechali na zawsze z Rodziną do Warszawy.

Andrzej Horodecki ukończył studia magisterskie na Wydziale Elektrycznym Politechniki Warszawskiej w 1950 roku uzyskując dyplom nauk technicznych i inżyniera elektryka. Praca dyplomowa dotyczyła elektrycznych silników asynchronicznych na dużą liczbę włączeń. Promotorem pracy był prof. J. Lando. Studiując na Politechnice będąc na trzecim roku jednocześnie podjął studia matematyczne na Wydziale Matematyczno-Fizycznym Uniwersytetu Warszawskiego, zaliczył do roku 1951 trzy lata z czteroletnich studiów, ponieważ w tym samym roku rozpoczął pracę zawodową.  Stopień doktora nauk technicznych uzyskał w 1963 r. na Wydziale Elektrycznym Politechniki Warszawskiej. Tematem pracy była analiza pracy układu napędu elektrycznego z silnikiem asynchronicznym zasilanym przez wzmacniacze magnetyczne. Promotorem rozprawy był profesor J. Lando. Tytuł naukowy profesora nadzwyczajnego otrzymał w 1987 r., a w roku 1992 został powołany przez Ministra Edukacji Narodowej na stanowisko profesora zwyczajnego w Politechnice Lubelskiej. Tak przedstawia się kariera naukowa Pana Profesora. Zawodowo Pan Profesor związany był 29 lat z Politechniką Warszawską z Katedrami: Napędów Elektrycznych, jako asystent, wykładowca, st. wykładowca, w Instytucie Sterowania i Elektroniki Przemysłowej, jako st. wykładowca. Jednocześnie pracował w Katedrze Matematyki i w Katedrze Napędów Elektrycznych, a także w Instytucie Elektrotechniki w latach 1951 -2001 początkowo, jako Kierownik Sekcji Napędów Dźwigowych, następnie kierownik Samodzielnego Zespołu Pracowni Napędowych i jako kierownik Zakładu Zautomatyzowanych Napędów. W 1962 r został mianowany przez Ministra Przemysłu Maszynowego na samodzielnego pracownika naukowo-badawczego, a w 1973 r mianowany na docenta zaś w latach, 1990 – 1998 jako profesor w Zakładzie Badań Podstawowych M.G. i PAN w Instytucie Elektrotechniki, a w okresie 1998 -2001 jako doradca Dyrektora Instytutu Elektrotechniki.

Pan Profesor przez 43 lata związany był z Polską Akademią Nauk w latach 1965- 1990 r., jako Sekretarz Naukowy Komitetu Elektrotechniki. W latach 1970-1982 był zastępcą Redaktora Serii Wydawniczej „Postępy Napędu Elektrycznego” PAN.

Osobnym etapem Jego pracy była Politechnika Lubelska gdzie był zatrudniony na Wydziale Elektrycznym w latach 1976/77 i od 1990 do 2003. Był Kierownikiem Katedry Napędów Elektrycznych, zaś w latach 1998 – 2003 Kuratorem Katedry Maszyn Elektrycznych. Od 1992 powołany przez MEN na stanowisko profesora zwyczajnego, był członkiem Rady Wydziału Elektrycznego, członkiem Senatu, Przewodniczącym Komisji Senackiej Dyscyplinarnej, członkiem Senackiej Komisji ds. Badań Naukowych i Rozwoju Kadry. Od roku 1991 do 2001 był Przewodniczącym Komisji Egzaminów Dyplomowych w zakresie napędu elektrycznego i maszyn elektrycznych, w roku 2001 do 2003 dokooptowany do Rady Programowej Studium Doktoranckiego Wydziału Elektrycznego. Pan Profesor prowadził szeroko rozumiana działalność badawczą w zakresie:

Opracowania matematycznych metod wyboru układów napędu elektrycznego, współudział i kierownictwo prac badawczych dotyczących modernizacji krajowych układów napędowych maszyn papierniczych, opracowywanie metod określających potrzebę wprowadzania systemów diagnostycznych do układów napędu elektrycznego, oraz problemów ekonomicznych dotyczących układów napędu elektrycznego zasilanych z niekonwencjonalnych źródeł energii.

Jest autorem ogółem 193 opracowań w tym 4 książek

Dwóch monografii wydanych przez Elsevier Science Publishers w Holandii:

“Electric drive systems dynamics. Selected problems”, w roku 1990 wspólnie z  

 Prof. Szklarskim i dr. K. Jaraczem,

„Selecting electromechanical drive system” r 1991,

Dwie monografie wydane przez Państwowe Wydawnictwo Naukowe PWN:

„Ocena i wybór układów elektromechanicznego przetwarzania energii” r 1984 w ramach serii wydawniczej „Postępy Napędu Elektrycznego” PAN

„Selecting electromechanical drive systems” r 1991,  książka wydana wspólnie przez PWN i Elsevier. Nie sposób opisać całej działalności Pana Profesora, bo jak opisać w kilkunastu zdaniach prace naukowe, działalność dydaktyczną na Politechnice Warszawskiej, Politechnice Lubelskiej uczestnictwo w komitetach naukowych z wyboru, w komitetach naukowych konferencji krajowych i zagranicznych, uczestnictwo w Radach Naukowych z wyboru, działalność w Towarzystwach Naukowych, innych stowarzyszeniach nienaukowych, czy też opisać staże zagraniczne i wyjazdy zagraniczne. Nie jest to możliwe, ponieważ posiadany przeze mnie życiorys Pana Andrzeja Horodeckiego na podstawie, którego przygotowywałam ten wpis liczy dwa tomy, z których jeden ma 210 stron, a drugi 115. Mogę jedynie napisać to, co ja pamiętam od roku 1954, kiedy wraz z Rodzicami sprowadziliśmy się do domu przy ul. Świerczewskiego, dzisiaj Solidarności byłam 9 letnią dziewczynką, zaś pan Andrzej miał wówczas 29 lat i od czterech lat był magistrem nauk technicznych. Moje wspomnienia mogą dotyczyć czasów, gdy ja nieco podrosłam, miałam już lat 18 i zastanawiałam się nad wyborem uczelni, wtedy, jako sąsiedzi odbywaliśmy dyskusje dotyczące moich zainteresowań, a starszy Kolega doradzał mi i starał się pokazać plusy i minusy moich wyborów. Wiele przeżyliśmy zawirowań, wiele zdarzeń, wydarzeń czy chociażby wizyt z okazji imienin, bądź kolejnych sukcesów naukowych. Pan Andrzej zawsze w garniturze, obowiązkowo w białej koszuli, pod krawatem, ale też bardzo często w muszce, co mi się bardzo podobało, ale nieco peszyło. Nasze drogi na chwilę się rozeszły  w momencie mojego zamążpójścia i odejścia z domu, ale nie oznaczało to, że kontakty się urwały. Częste rozmowy telefoniczne, informacje dotyczące moich studiów, mojej pracy w nietypowej jak dla kobiety dziedzinie sportowej w judo, moja praca magisterska związana z Japonią z judo i mistrzostwami Polski seniorów, dwa odrębne światy, inżyniera, matematyka z Politechniki Warszawskiej i kobiety z Akademii Wychowania Fizycznego, organizatora w kulturze fizycznej i sporcie, przyszłego Prezesa Polskiego Związku Badmintona i Vice Prezydenta Europejskiej Unii Badmintona. Dwa różne światy, ale te same dążenia rozwoju naukowego, rozwoju duchowego, w zupełnie różnych dziedzinach życia. Pamiętam nasze Mamy, które jak to sąsiadki często przystawały i prowadziły rozmowy każda zachwalając swoje dziecko rozmawiały o nas, dzieciach, jak pani Anna Horodecka z Taraszkiewiczów była oddaną i dumną ze swojego syna Mamą, który odwdzięczał się niespotykaną miłością synowską. Dawne czasy, trudne czasy. W roku 1968 zmarła „starsza pani” jak Ją nazywałam. W tym samym roku ja wyprowadziłam się na Sadybę i nasze  kontakty się urwały. Dopiero po latach, gdy bardzo ciężko zachorowała moja matka ponownie nastąpiło zacieśnienie naszej znajomości. Moi Rodzice, jako najbliższe osoby mieszkające od lat w tym samym budynku byli bardzo zaprzyjaźnieni z Panem Andrzejem i Aleksandrą Krystyną Horodecką z domu Mularską, najukochańszą żoną Pana Profesora. Częste wizyty, kawki, wspólne wieczory oto, co pamiętam, pamiętam też czasy, gdy Pan Andrzej z żoną wyjeżdżali za granicę i moi rodzice pełnili obowiązki opieki nad mieszkaniem,  ulubionymi fiołkami alpejskimi pani Krysi oraz podlewaniem kwiatów, ot zwykłe sąsiedzkie przysługi. W roku 2003 po serii udarów zmuszeni zostaliśmy do zabrania Rodziców do Anina. Dla Moich Przyjaciół była to ogromna strata, ponieważ przez 50 lat mieszkali „razem” choć osobno.   Wtedy też  Pan Andrzej pomagał mi w drobnych sprawach związanych z mieszkaniem Rodziców, i w tym czasie nasze kontakty znowu odżyły. Przez ostatnie osiem lat byłam częstym gościem na Solidarności a nasi Przyjaciele przyjeżdżali do nas na herbatkę i obowiązkowo pyszne ciasteczka. Tak wieloletnia Przyjaźń Moich Rodziców, przekazana została mi jakby wraz z tradycją pomagania sobie nawzajem. Mogę powiedzieć jedno, jestem dumna z tej znajomości, jestem dumna, że mieszkając w jednym domu mogłam obcować z tak wybitnym człowiekiem, który był uosobieniem Skromności, Dobra, Honoru i poczucia wartości drugiej osoby. Pozostanie mi na zawsze obraz Jego uśmiechniętej twarzy, towarzyszący rozmowie oraz najwyższej klasy uprzejmość, jaką się cechował.

Rok temu po pogrzebie Mamy zostałam zaproszona do domu Państwa Horodeckich na herbatkę i wtedy właśnie poproszono mnie o ostatnią przysługę, w momencie odejścia Jego i Jego Ukochanej Małżonki Aleksandry Krystyny.  Panie Andrzeju, mam nadzieję, że dzisiejsze Uroczystości Pogrzebowe spełnią Pana oczekiwania. Bardzo mi na tym zależało.

Do widzenia Drogi i Jedyny w swoim rodzaju Przyjacielu. Takich Ludzi jak Pan już prawie nie ma.

Spoczywaj w spokoju!

Dzisiaj na Mistrzostwach Świata w Oslo, na trasie Holmenkolen oglądaliśmy, według mnie, najpiękniejszy bieg panny Justyny z Kasiny Wielkiej na dystansie 10 km stylem klasycznym. Dlaczego najpiękniejszy, zapytacie wszyscy zgodnym chórem? Ano, dlatego, że była to trasa mordercza, nadzwyczaj trudna, a zawodniczki pokonywały ją w zasadzie samotnie. W biegu wzięło udział 67 zawodniczek, które startowały, co 30 sekund, a pierwszą, która ruszyła na trasę była zawodniczka reprezentująca Brazylię. Nasza Justyna startowała z numerem 67 jako ostatnia, 30 sekund przed nią wyruszyła na trasę Marit Bjoergen. Po 2,2 km sytuacja wyglądała dobrze, panna Justyna narzuciła sobie mocne tempo i na pomiarze czasu była pierwsza o 9,6 sekund przed Marit i innymi startującymi dziewczynami. Siódmy kilometr, sytuacja dobra dla Justyny, prowadziła w tym momencie z przewagą +8,3 sekund. Ale sytuacja na dystansie 10 kilometrów zmieniała się i to bardzo. 8,5 kilometra, różnica zmalała tylko do 6,5 sekund na 9 kilometrze wynosiła już tylko 2,5 sekund.  Pomimo tak niewielkiej różnicy miałam nadzieje, że to, o czym najbardziej marzy Justyna, zwycięstwo i złoty medal, będą jej, ale nie przewidziałam jednego, że Marit na 3 kilometry przed metą będzie biegła razem z Marianną Longa, którą dogoniła i, która mogę tak powiedzieć, pomogła jej (Marit) w zdobyciu tak bardzo upragnionego przez Justynę złota. Zawodniczki znakomicie współpracowały, a na finiszu Marianna wykrzesała z siebie resztki sił i to dzięki jej morderczemu finiszowi, Marit Bjoergen mogła „zajechać” się i uzyskać  czas 27.39,3. Ja czekałam na Justynę, która samotnie pokonywała dystans, wjeżdżając na stadion otrzymała informacje od swojego trenera Aleksandra Wierietelnego, że idzie równo, a znaczyło to, że ma taki sam czas jak Marit. I to, co się działo już na stadionie, Justyna biegła jak maszyna, skoncentrowana, pokazując nam nieprawdopodobną wolę walki, ambicję, do samego końca, do ostatniego metra, aby po przekroczeniu mety upaść „wyjechana do końca” prawie bez tchu. Zresztą pierwszy raz od wielu miesięcy widziałam też Marit, która po zakończeniu biegu nie szalała ze szczęścia, nie podskakiwała, nie pozdrawiała publiczności jak to ma zawsze w zwyczaju, tylko leżała jak długa za linią mety, spod ręki obserwując finisz Justyny. Dwie wielkie zawodniczki, dwie rywalki, ale też dwie znakomite biegaczki. Justynie zabrakło do złotego medalu 4,1 sekundy, czyli przeliczając, kilka kroków w technice klasycznej.  Obie zawodniczki bezpośrednio po biegu udały się z trenerami do szatni. Justyna w wywiadzie dla TVP, który przeprowadził Sebastian Parfianowicz powiedziała: nigdy się tak nie zmęczyłam w biegu na 10 km. Bardzo chciałam nadrobić jak najwięcej na pierwszych 5 kilometrach, Marit i Marianne współpracowały, tak „podciągały” na ostatnich 2 km, a ja byłam już bardzo zmęczona i samotnie nie mogłam dać rady, choć dałam z siebie wszystko, albo jeszcze więcej. Walczyłam i to bardzo, na ostatnich metrach pchałam ile się dało…”. Na pytanie czy właśnie dzisiaj była najbliżej, aby wygrać z Marit Bjoergen, Justyna odpowiedziała, tu nie chodzi o wygranie z Marit, tu chodzi o wygranie biegu!” Czy nie należy się wielki szacunek dla naszej gwiazdy? To proste, chodzi o to, aby wygrać bieg!

Pani Justyno, niech się pani nie martwi, my panią szanujemy, lubimy i podziwiamy! W ciągu pięciu ostatnich sezonów zdobyła Pani 8 medali (4 medale IO, 4 medale Mistrzostw Świata) dzisiaj dołożyła Pani do tej kolekcji medal srebrny, zdobyła Pani trzykrotnie Kryształową Kulę, jest Pani Wielką Zawodniczką i wspaniałą osobą z niezwykłym charakterem. Dziękujemy za emocje, których dostarcza nam Pani startując w zawodach, dziękujemy za medale, już dwa srebrne na tych Mistrzostwach, dziękujemy za biało-czerwoną, serdecznie Pani gratulujemy! Przed Panią jeszcze jeden start w sobotę na dystansie 30 km. Marzy Pani a marzenia się spełniają, powodzenia, będziemy trzymać kciuki, bardzo mocno!

Sprawozdawca sprzed telewizora

Wasza Jadwiga

Za oknem mróz. Temperatura spada do -17 stopni w nocy, a w dzień jest nie wiele lepiej: od -7 do -12 stopni. Za oknem śnieg, który pokrywa dokładnie ziemię, dlatego dostać się do jakiegokolwiek ptasiego jedzenia jest bardzo trudno. Ptaki w moim ogrodzie, co roku mają zorganizowaną stołówkę, która jest zlokalizowana w zacisznym, bezpiecznym miejscu na tyłach ogrodu, a właściwie przed domkiem Taty. Na tarasie, na belce stoją sobie dwa karmniki – jeden większy, drugi mniejszy. Do większego zaglądają ptaki takie jak gołębie zwykłe dachowce, turkawki, które od wielu lat mają siedzibę w naszym ogrodzie, kawki, choć te urzędują w stołówce zlokalizowanej na dużej i ciepłej pokrywie od studzienki kanalizacyjnej. Tam właśnie, co ranka wykładam codzienną porcje jedzonka, a mianowicie: mak zmieszany z ziarnami sezamu, soczewicy, orzeszków ziemnych, pestkami słonecznika, kaszą jęczmienną. Ponadto wykładam kawałeczki pokrojonych jabłuszek i marchewki. Po przygotowaniu ptasich specjałów wychodzę do ogrodu z garnkami i słoikiem ziaren. Nawet nie wyobrażacie sobie, co się wtedy dzieje. Ptaki, siedząc na drzewach przed oknem kuchennym, od dobrej godziny obserwują moją krzątaninę w kuchni ( a nie wiem czy wiecie, że ptaki są znakomitymi obserwatorami), oczekując swojego poczęstunku zaczynają nawoływania. Rozpoczynają sroki i gawrony, po czym dołączają się wrony i sójki, wreszcie z pobliskich ogrodów przylatują kawki i cało te wytworne towarzystwo zaczyna ucztę.  Trzeba również powiedzieć, że małe karmniki w tym czasie są odwiedzane przez sikorki, modraszki, kowaliki, wróble a nawet dzięcioły odświętnie ubrane w czarno czerwone fraczki. Całe towarzystwo zajęte sobą niespecjalnie zwraca uwagę na to, co się dzieje, dookoła. Choć wypuszczenie psa płoszy wszystkich biesiadników. Psy natomiast są chętne i to bardzo do przyłączenia się do tak wspaniałej uczty, ale niestety. Dlatego właśnie odgrodzone są siatką i proszę mi wierzyć, że psy nie są głodne wcale, ale bardzo się denerwują, że ja poświęcam czas według ich przekonania „zupełnie niepotrzebnie” jakimś ptaszyskom, skoro one tutaj są, na dworze i chętne są do zabawy, przeganiając całe ptasie towarzystwo. Przecież to ich teren, ich niebo i po co one, te ptaszyska tutaj przybywają. Ot cała psia logika. Wyłożyłam przygotowany posiłek i weszłam do domu, aby zrobić kilka zdjęć. Nie mogłam stać na dworze i czekać na mrozie, więc z ukrycia swoją kamerą chciałam pstryknąć kilka fotek, abyście zobaczyli moich podopiecznych. Warto pomagać, ponieważ każdego roku cała ptasia gromada przylatuje w lecie i odwiedza nasz ogród. Dokarmianie ptaków zazwyczaj kończę wraz z ustąpieniem śniegu i mrozu, od tej pory moi podopieczni muszą sobie radzić sami aż do późnego października, czyli do momentu pierwszego śniegu i mrozu. Wtedy stołówka znowu otwiera swoje podwoje i całe towarzystwo codziennie rano bankietuje.

Pozdrawiam wszystkich wraz z gromadą zadowolonych ptaków,

Wasza Jadwiga

Beata, moja przyjaciółka od 31 lat niezmiennie, po przeczytaniu moich przygód podczas spaceru, tak bardzo przejęła się wypadkiem, że ku pokrzepieniu serca przesłała mi list o tym, co fascynuje ją od lat, o angielskiej ekscentryczności. Beata mieszkanka Albionu jest zafascynowana Anglią (zresztą ja też, szczególnie historią oraz  ogrodami, których nie wiem ile razem zwiedziłyśmy, a także wielką miłością do country side, spokojnego życia wiejskiego). Opowieść Beaty jest bardzo interesująca, a ja lubię dzielić się z Wami wszystkim co napotykam, a jest fascynujące. Oto list Beaty cytowany w całości. List został ozdobiony pięknymi zdjęciami Vandy Ralevskiej, koleżanki Beaty:

Od wielu lat jestem zafascynowana angielską ekscentrycznością i im dłużej mieszkam w mojej przybranej ojczyźnie, tym więcej się z tym zjawiskiem spotykam i tym większy mam do anglików szacunek wypływający z lepszego  zrozumienia tego może dziwnego podejścia do życia. Postanowiłam napisać o tym parę słów, choć pewnie te słowa będą brzmiały pusto; tak naprawdę docenić ekscentryczność można dopiero wtedy, gdy się człowiek sam zetknie z osobami ekscentrycznymi.  Ekscentryczność jest kwintesencją brytyjskiej tradycji; jest ona trudna do wytłumaczenia europejczykom, gdyż osadzona jest  w mentalności nacji odciętej od Europy od setek lat. Przez wieki, indywidualność była cechą rozwijaną w Anglii i cenioną filozoficzną tradycją. Człowiek jest jednostką bardzo cenną i każdy w pełni akceptuje inność bliźniego. Tolerancja to jedna strona tego medalu, natomiast drugą jest chyba to, że zróżnicowanie umożliwia utworzenie społeczeństwa, które jest ciekawsze. Ciekawsze to znaczy też mniej nudne, a nikt tak naprawdę nie chce być nudziarzem lub też przebywać z takimi osobami! Jest to również delikatna forma rewolucji przeciwko konwencjom towarzyskim i władzy oraz deklaracja niezależności. Ekscentryczność narodziła się w klasach wyższych, mających dużo wolnego czasu, pieniądze i dobre wykształcenie. Z czasem, bariera klas i finansów się zatarła, ale ciągle elementem niezbędnym dla prawdziwej ekscentryczności jest inteligencja i styl. Angielski zrównoważony charakter i umiejętność żartowania z samego siebie w połączeniu z awersją do psychologicznego obnażania się, stworzyły nietypowe podłoże do eksplozji spontanicznych, kreatywnych lekko „stukniętych” zachowań.  Nacisk należy położyć na słowo „lekko”, bo właśnie moderacja jest kluczem do angielskiego podejścia. Ostatnim składnikiem, ale bardzo ważnym jest kreatywność i nietypowe podejście do tematu, obojętnie jakiego, czy to byłoby hobby, czy ubiór, czy sport czy też wiekowe tradycje. Niechęć anglików do klinicznego podejścia do życia, jak również nie przejmowanie się specjalnie „co powiedzą ludzie” umożliwiły rozwój niezwykle kolorowych, utalentowanych, dziwnych, śmiesznych, zwariowanych, interesujących, ale nigdy nie powodujących zagrożeń, zachowań i osobistości. Można tu wspomnieć o wielkim poecie i malarzu Williamie Blake’ku, który przesiadywał z żoną nago w ogrodzie, geologu Bucklandzie, którego stół był skamieniałą kupą i który jeździł konno z żywym niedźwiedziem w siodle, wspaniałej kreatywnej Vivienne Westwood, która na odebranie orderu od królowej przyszła w przezroczystej sukience z listkami figowymi w strategicznych miejscach, Jacku Myttonie, którego 60 kotów paradowało w liberii, zapalonym myśliwym, panu Hirstie, który polował zamiast z psami to ze świniami, czy też hrabiego Clarendona, który tak sobie wziął do serca reprezentowanie królowej Elżbiety I, że zaczął  nosić suknie w trakcie dyplomatycznych wyjazdów. Teraźniejszość wcale nie jest mniej kolorowa od przeszłości i do dnia dzisiejszego Anglicy uwielbiają się przebierać; stąd wywodzą się najlepsi designerzy jak i również charyzmatyczne osoby noszące ubrania zapierające dech w piersi czy też wywołujący cichy chichot u mniej tolerancyjnych osób.  Do dnia dzisiejszego tradycje noszenia szortów (nawet zimą), barwnych kapeluszy w Ascot, kolekcjonowanie kabrioletów (w kraju gdzie jest więcej deszczu niż słońca),  5 o’clock tea, kiedy to zamiera ruch i prawdziwy anglik napawa się zapachem i smakiem prawdziwe zaparzonej herbaty, to wszystko ma podłoże w akceptacji własnej i cudzej wolności. Szaleństwo objawia się również w różnych grach i zabawach; przebieranie się na wszelkie parady czy tradycyjne święta, przykładowo, różowe tuniki na maratonach czy też wszystko na zielono w trakcie Jack in the Green w Hastings, pogoń za toczącym się serem ze wzgórza Cooper’s Hill, festiwal zajadania pokrzyw, gra w krykieta na pojawiającej się na krótki czas łasze piasku w Solent podczas odpływu, czy też konkurs kopania w goleń w grach na Dover Hill. No cóż, rozsądek czy też zdrowe zmysły to sprawa do dyskusji … U mnie te wszystkie szaleństwa wywołują uśmiech, bo nie tylko nikomu nie szkodzą, ale tworzą niezapomniane wrażenia i barwniejsze życie.

Tekst: Beata Moore

Zdjęcia: Vanda Ralevska

List udostępniła

Wasza Jadwiga

Content Protected Using Blog Protector By: PcDrome.