Subskrybuj kanał RSS bloga Okiem Jadwigi Subskrybuj kanał RSS z komentarzami do wszystkich wpisów bloga Okiem Jadwigi

Wpisy oznaczone ‘Irena Szewińska’

Warszawa lat siedemdziesiątych nie miała wielu dobrych restauracji. Ot było kilka orbisowskich dla zagranicznych gości. W pozostałych restauracjach królowała miernota jadłospisowa. Bigos był ubogi w mięso, kucharzom nie chciało się robić prawdziwych dobrych pierogów, czy też wspaniałych placków ziemniaczanych, które podawane ze śledziem, śmietaną a nawet z kawiorem mogły stanowić danie nie lada. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych królowały kurczaki, których smak przypominał dorsza.

Mieczysław Jachacy

Pamiętam doskonale lata siedemdziesiąte, gdyż, jako sekretarz generalny w sławnym ( z powodu doskonałych wyników sportowych, wielu medali zdobywanych na mistrzostwach świata i igrzyskach olimpijskich) w Polskim Związku Szermierczym miałam obowiązek organizacji wielkich zawodów „O Szablę Wołodyjowskiego”, po której na zakończenie trzeba było zorganizować bankiet. Jak jest dzisiaj nie będę opisywała, ponieważ wszechobecny Internet, Google i inne wyszukiwarki dokonują cudów, aby zadowolić najwybredniejszych klientów, wówczas trzeba było jechać tramwajem lub autobusem od knajpy do knajpy lub też drogą marketingu szeptanego słuchać podpowiedzi, gdzie można dobrze zjeść. W Warszawie były niezmiennie restauracje w Hotelu Europejskim, Bristolu, a także w Hotelu Grand. Jak widać dużego wyboru nie było. Na warszawskiej starówce królowała restauracja „Kamienne schodki”, w której serwowano znakomita kaczkę z jabłkami. Niestety wielkość restauracji stwarzała problem, gdy trzeba było serwować kolację dla ponad dwustu osób. Co roku musiałam rozwiązywać problem, gdzie zamówić nocleg, jedzenie i na zakończenie uroczystą kolację? Uczestników turnieju o „Szablę Wołodyjowskiego” było wielu i należało ich przyjąć zgodnie ze standardami światowymi!  Tylko świat w międzyczasie odjechał od nas, a my nawet z najlepszymi warszawskimi hotelami nie nadążaliśmy.

Zazwyczaj kończyło się na Hotelu Europejskim, który miał duże sale recepcyjne, a i kuchnia też była niezła.Pozostałe lokale reprezentowane pod szyldem WZG ( Warszawskie Zakłady Gastronomiczne, to była druga kategoria na mapie Warszawy. Trochę później pojawiły się restauracje Adria, Trojka w Pałacu Kultury i Nauki czy też Kamieniołomy w Hotelu Europejskim, a także restauracja Kameralna na ul. Foksal, Bazyliszek na Starym Mieście, i Kuźnia w Wilanowie. Jednak ich wielkość nie była dostosowana do ilości przyjeżdżających szermierzy szablistów na sławny turniej Wołodyjowskiego.

Mijały kolejne lata, na mapie Warszawy pojawiła się restauracja Pod skrzydłami, o której zaczęto mówić.  Mówiło się o Szefie o Panu Jachacym, który otrzymał ją w ajencję. Właśnie o Mieczysławie Jachacym będzie to opowieść, o jego pasji, o realizowaniu marzeń, o zmianach w warszawskich restauracjach, które dokonywały się dzięki jego pomysłom i ciężkiej pracy!

Andrzej Szalewicz, Mieczysław Nowicki, Irena Szewińska, Mieczysław Jachacy
Warszawa lotnisko Okecie 1968r. Ekipa polskich szermierzy przed odlotem na olimpiade do Meksyku .Fot.Jan Rozmarynowski/Forum

Młody niespełna trzydziestoletni kucharz z wykształcenia i umiłowania postanowił w roku 1970 wyjechać w świat, aby podszkolić swoje umiejętności w Paryżu i po roku wrócić do Warszawy, jako mistrz kucharski serwujący wszelkie nowinki światowe i oferujący to, co w polskiej kuchni jest najsmaczniejsze. W ten sposób, zresztą dzięki koledze ze szkoły gastronomicznej Zbigniewowi Galasowi otrzymał propozycję przejęcia w ajencję restauracji „Pod skrzydłami”. Nie trzeba było długo czekać. O skrzydłach zaczęło być głośno.  Tancerki w strojach topless tańczące pod świetlist kulą, wiatrak Mulin Rouge (tak, tak) a dla smakoszy prawdziwe specjały kuchni francuskiej. Restauracja serwowała dania świeże na najwyższym poziomie z najlepszych produktów.  Pamiętam moje pierwsze wyjście do tej restauracji. Zamówiłam płonący szaszłyk na drewniaku tak się to chyba nazywało. O rety takiego szaszłyka nie jadłam nigdy w moim trzydziestoletnim życiu! Rarytas.

Nie znałam Pana Jachacego, słyszałam tylko, że knajpa jest prowadzona rodzinnie przez niego i jego żonę Halinkę, bardzo piękną kobietę.

W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku sekretarze generalni polskich związków sportowych spotykali się systematycznie raz w miesiącu na naradach w Głównym Komitecie Kultury Fizycznej i Turystyki ( później przemianowanym na Główny Komitet Kultury Fizycznej i Sportu).Nie ukrywam, że narady były dla nas młodych sekretarzy platformą wymiany najnowszych informacji dotyczących hoteli, restauracji a także możliwości zorganizowania konferencji, przyjęć czy skorzystania z wynajmu autokarów lub transportu do przewożenia niezbędnego sprzętu sportowego. Była to swoista giełda informacji, wymiana doświadczeń i zdobywanie wiadomości i nowych kontaktów. W ten sposób dowiedziałam się, kto zacz jest „ten” Jachacy. No tak człowiek sportu, były kolarz, zakochany w kolarstwie, wspomagający najlepszych z najlepszych, fundujący nagrody na Wyścigu Pokoju, a później wspierający Tour de Pologne organizowany przez byłego wspaniałego kolarza Czesława Langa. Zresztą jak się okazało restauracja „Pod skrzydłami” stanowiła bazę dla najlepszych kolarzy ( Ryszarda Szurkowskiego, Stanisława Szozdy, Janusza Kierzkowskiego, którzy byli u Mietka Jachacego przyjmowani po królewsku. Szczęściarze!

W ten sposób dowiedziałam się o przejęciu przez Mietka Jachacego restauracji Honoratka a także i w końcu Bazyliszka, mojej ukochanej przez wiele lat restauracji, która otworzyła podwoje dla nowo powstałego Polskiego Związku Badmintona. Właśnie w Bazyliszku organizowaliśmy najpiękniejsze kolacje pożegnalne (bankiety! Wtedy nie można było używać tej nazwy a kolacja była skromnie nazywana pożegnalną! 

Nie ma w Warszawie drugiego tak pięknego miejsca jak Bazyliszek. Zróżnicowane pod względem wyglądu sale, pięknie ubrane kelnerki dopasowane stroje do wystroju sal, wspaniała kuchnia na najwyższym poziomie. O wszystko zadbał Mieczysław Jachacy człowiek, który jak sam o sobie mówi: „…urodził się w kuchni a wychował w knajpie”. Bazyliszka prowadzono rodzinnie, Mieczysław, Halinka i syn Tomasz.

Badminton miał wiele szczęścia, gdyż od pierwszego wejrzenia zakochałam się w tej właśnie restauracji. Za żadne skarby świata nie zamieniłabym jej na inną choćby i najnowocześniejszą. Ta miała jedyne miejsce w moim sercu. Czy wyobrażacie sobie listopad w Warszawie, gdy nasi goście dotarli do Bazyliszka na Rynek Starego Miasta w strugach deszczu, a opuszczali restaurację późno w nocy, gdy padał już śnieg!?  Doskonałe jedzenie, nastrój, atmosfera udzielały się nie tylko moim gościom z całego świata, wiedziałam, że Polski Związek Badmintona znowu dokonał niemożliwego a prezes Andrzej Szalewicz będzie na ustach wszystkich, jako niezrównany organizator a nawet czarodziej. Czy Mieczysław Jachacy o tym wiedział. Chyba tak, ponieważ przez wiele lat Bazyliszek była „naszą” restauracją, a w 2004 r kolejna konferencja prasowa odbyła się właśnie tam. Było to moje pożegnanie z Polskim Zwiazkiem Badmintona, gdyż w styczniu 2005 r nie startowałam w wyborach prezesa na następną kadencję. Pamiętam wszystkich dziennikarzy, którzy przyjęli moje zaproszenie. Wtedy od czternastu lat byłam prezesem Polskiego Związku Badmintona, a w tej konferencji wzięło udział 47 dziennikarzy.  I nie była to konferencja w Barku na parterze, tylko w sali recepcyjnej na pierwszym piętrze. Tak jak wymarzyłam. Pożegnanie z łezką w oku.

Czule wspominam Café-barek na parterze, do którego w stanie wojennym zapraszaliśmy dziennikarzy na konferencje prasowe przed ważnymi zawodami, oferując im herbatę z wkładką. Nawet nie pamiętacie, wtedy alkohol można było dostać od godziny 13.00. Dlatego zaproszenia były wysyłane na konferencję prasową, podczas której serwowano ciasta, lody i herbatę z wkładką.

Bazyliszek miał wspaniałą reputację, w sezonie zatrudniali ponad 200 osób. Mały kombinat. Mieczysław Jachacy był w swoim żywiole, a my byliśmy dumni z naszego patrona. Któż nie był gościem tej wspaniałej restauracji? Artur Rubinstein, Omar Shariff, Michael Douglas, Helena Vondrackova, Irena Santor, Daniel Olbrychski, Demis Roussos, Helmut Kohl, Francois Mitterand, Aleksander Kwaśniewski z Żoną Jolantą, Irena Szewińska , Andrzej Szalewicz z żoną Jadwigą, Mieczysław Nowicki, Wielcy i sławni.

W ten sposób restauracje w stolicy zmieniały się pod wpływem wspaniałego, szalonego człowieka, który był mistrzem kucharskim, kochał sport i ludzi a jego pasją było gotowanie. Cała rodzina Jachacych  jest związana z gastronomią z najwyższej półki.

Polecam wszystkim, którzy chcieliby przypomnieć sobie jak to było w Warszawie kilkadziesiąt lat temu, w jaki sposób i dlaczego rozwinęła się warszawska gastronomia, kto miał na nią największy wpływ. Ja odpowiem jednym słowem. Mistrz Jachacy. Po Bazyliszku przyszła kolej na Honoratkę (od 1997) przy ul. Miodowej, która prowadziła córka Anetka, później na restaurację Varsowia ( prowadziła żona Helena) w Hotelu Warszawa przy pl. Powstańców Warszawy, zaś w 1998 r syn Tomasz objął kierownictwo restauracji Fisherman. 

Częstym gościem u Jachacych był Zygmunt Broniarek, który swój Jubileusz 50 lecia pracy dziennikarskiej obchodził w 1994 r. w restauracji Bazyliszek.

Mogłabym jeszcze więcej napisać o Mieczysławie Jachacym o Jego wspaniałej żonie Helenie o córce Anecie i Synu Tomaszu. Zamiast tego polecę Państwu książkę Mieczysława Jachacego „Pół wieku w knajpie z toastem na trzy”, którą otrzymał Andrzej Szalewicz wraz z piękną dedykacją. Oczywiście poznaliśmy Mistrza osobiście w latach dziewięćdziesiątych. Miło wspominamy nasze spotkania. Jesteśmy dumni, że mogliśmy poznać człowieka, który zmienił oblicze gastronomiczne nie tylko Warszawy, ale całej Polski!  Dzisiaj Jachacy to marka, z najwyższej półki! Rodzina kontynuuje tradycję, córka Aneta Jachacy otworzyła „Exclusive Restaurant Pod Gigantami” w Warszawie przy al. Ujazdowskich 24. Jedno z najbardziej wyjątkowych i magicznych miejsc w sercu Warszawy, o niezwykłej atmosferze, eleganckim wystroju, rewelacyjnej kuchni, uznane za niezwykłe miejsce na mapie warszawskiej gastronomii.

Dedykacja dla Andrzeja Szalewicza

A ja jestem szczególnie wdzięczna Mieczysławowi, gdyż szereg moich dań jest sporządzanych na podstawie przepisów kulinarnych Mistrza. Za wszystko, za lata znajomości, za otoczenie nas serdeczna opieką w czasach słusznie minionych, za przytulenie badmintona do serca- serdecznie dziękujemy!

Książkę wydała Oficyna Wydawniczo-Poligraficzna „ADAM” Warszawa 2019.

Oto krótka informacja  dotycząca Komisji Sportu Kobiet – Polskiego Komitetu Olimpijskiego, którą opracowała dr  Jadwiga Kłodecka-Różalska od dwudziestu lat działająca na rzecz sportu kobiet. Zapraszam do lektury:

członkinie Komisji Sportu Kobiet PKOL

Geneza powołania Komisji Sportu Kobiet w strukturach Polskiego Komitetu Olimpijskiego, wiąże się z rosnącą w XX wieku aktywnością organizacji krajowych i międzynarodowych, które w społecznym i kulturowym charakterze sportu dostrzegały szansę na eliminowanie nierówności między kobietami i mężczyznami. Pierwsza konferencja, o szczególnym znaczeniu dla światowego sportu kobiet, zorganizowana w 1994 roku przez British Sports Council przy współudziale MKOL, zakończyła się podpisaniem przez delegatów organizacji rządowych i pozarządowych, narodowych komitetów olimpijskich i związków sportowych, instytucji edukacyjnych i badawczych z 82 krajów, t.zw. Brighton Declaration. Celem nadrzędnym tego dokumentu, jak też rezolucji i uchwał podejmowanych przez organizacje międzynarodowe w kolejnych latach, było dążenie do takiego rozwoju sportu, który umożliwi zaangażowanie dziewcząt i kobiet we wszystkich jego aspektach: uczestnictwa, działania i decydowania (

Medale PKOL dla członkiń KSK PKOL

m.in. EWS – European Women and Sport, Committee on Womens Rights and Equal Opportunities, IOC Women and Sport Awards, European Non-governmental Sports Organisation; odnoszące się do sportu kobiet uchwały Unii Europejskiej i Parlamentu Europejskiego ).
Pierwsze posiedzenie Komisji Sportu Kobiet PKOL odbyło się w Warszawie, 6 lipca 1999r. w siedzibie przy ulicy Frascati. Inicjatorkami powołania w naszym kraju specjalistycznego zespołu doradczego, promującego aktywność kobiet, były działaczki o

Nagrodzeni Trenerzy w Konkursie Trenerka/Trener roku 2018 oraz nagrodzone członkinie Komisji Sportu Kobiet PKOL

światowej renomie, medalistki olimpijskie, związane ze sportem przez całe życie: członkini MKOL Irena Szewińska i laureatka orderu olimpijskiego Maria Kwaśniewska-Maleszewska. Wśród wytyczonych celów działania Komisji znalazło się promowanie idei olimpizmu i współpracy międzynarodowej, aranżowanie badań i monitoringu związanego ze specyfiką szkolenia sportowego kobiet, wspieranie Olimpijek w krytycznych fazach kariery, wzmacnianie pozycji i wyrównywanie statusu ekonomicznego oraz dążenie do reprezentatywnego udziału liderek we władzach centralnych, związkowych i klubowych.
Inicjatywy Komisji Sportu Kobiet cieszyły się od początku, życzliwym zainteresowaniem i realnym poparciem ze strony urzędujących prezesów Polskiego Komitetu Olimpijskiego, Panów Stanisława Stefana Paszczyka, Piotra Nurowskiego i obecnego prezesa Pana Andrzeja Kraśnickiego.
W ciągu dwudziestu lat konsekwentnej działalności opartej na zasadach wolontariatu, Komisja zrealizowała większość założonych celów. Wyjątkiem jest kwestia osiągnięcia procentowego minimum, wytyczonego przez MKOL dla krajów członkowskich., w zakresie reprezentatywnego współdecydowania kobiet, na wszystkich szczeblach zarządzania organizacjami sportowymi.

Pani dr Maria Rotkiewicz nagrodzona Za promowanie Sportu Kobiet w towarzystwie Przewodniczacej KSK PKOL Grażyny Rabsztyn i Prezesa PKOL Andrzeja Kraśnickiego

Nominację do składu Komisji Sportu Kobiet, działającej w cyklach czteroletnich, otrzymały z rąk kolejnych prezesów PKOL, w latach 1999 – 2019, łącznie 44 Panie: olimpijki, trenerki, działaczki, pasjonatki, reprezentujące różne profesje i szeroki krąg specjalności ze świata sportu, medycyny, administracji, edukacji, mediów, kultury i nauki.. Trzy spośród członkiń Komisji, Urszula Jankowska – radca generalny w Ministerstwo Sportu, Jadwiga Kłodecka-Różalska – psycholog olimpijski i Renata Susałko -dziennikarka sportowa, uczestniczyły w jej pracach przez 20 lat, korzystając z niezmiennego wsparcia Ireny Szewińskiej, która w dwóch kadencjach bezpośrednio kierowała pracami Komisji a w pozostałych okresach sprawowała nadzór nad jej działalnością jako

Uroczystość wreczenia tytułów Trenerka roku 2019 i odznaczeń medali PKOL dla członkiń Komisji Sportu Kobiet PKOL

wiceprezes PKOL. Funkcję liderek Komisji w kolejnych kadencjach pełniły Panie: Jadwiga Kłodecka-Różalska, Marta Cydejko, Dorota Idzi i aktualna przewodnicząca Grażyna Rabsztyn. Niezwykle cenną, logistyczną pomoc i życzliwe zaangażowanie w realizację zadań, otrzymywała Komisja od Pań, pełniących z ramienia PKOL obowiązki sekretarza, Magdaleny Janickiej, Eweliny Wawrynkiewicz i Doroty Goś, współpracującej z Komisją przez ostatnie kilkanaście lat.
.Obecnie, każdy liczący się kraj na świecie, docenia udział kobiet w międzynarodowym współzawodnictwie sportowym. Doniosłość tego faktu wpłynęła na wybór i realizację celów stojących przed Komisją Sportu Kobiet. Punktem odniesienia w bilansie jej dokonań, były wieloletnie badania nad jednostkowymi losami sportsmenek, w dążeniu do sukcesów w sporcie i w życiu. Obserwacje i analizy przez nas prowadzone potwierdziły, że kobiety częściej niż mężczyźni stają przed dylematami trudnych wyborów życiowych. W efekcie komercjalizacji i profesjonalizacji wyczynu, nastąpiło istotne wydłużenie ich czynnego uczestnictwa w sporcie. Pomoc, umożliwiająca długoletnią karierę, oparta o nowoczesną wiedzę, wspomaganie potencjału i przeciwdziałanie zagrożeniom, ma coraz większe znaczenie. Poznanie uwarunkowań sukcesu olimpijskiego kobiet, potwierdziło związek z osobistymi i zawodowymi kompetencjami trenera, specjalistyczną ochroną zdrowia, sytuacją rodzinną, wspieraniem macierzyństwa, współpracą ze specjalistami, sponsoringiem i promocją medialną. Postulowane zależności uzasadniają ustanowienie przez Komisję w 2001 roku, konkursu o priorytetowym znaczeniu dla promowania trenerek i trenerów pracujących z kobietami oraz osób które w mediach i pracach naukowych przyczyniają się do popularyzacji sportu kobiet. XVIII edycja organizowanego cyklicznie konkursu „Trenerka Roku”, wpisuje się w obchody 20-lecia Komisji Sportu Kobiet oraz wspólne świętowanie jubileuszu 100-lecia istnienia Polskiego Komitetu Olimpijskiego.

zdjęcia wykonał Leszek Fidusiewicz, serdecznie dziękujemy!

Spotkanie w MSiT od lewej Kazimierz Kowalczyk prezes PZŁS, Helena Pilejczyk, Dariusz Seroczyński i Tomasz Jagodziński

Spotkanie w MSiT od lewej Kazimierz Kowalczyk prezes PZŁS, Helena Pilejczyk, Dariusz Seroczyński i Tomasz Jagodziński

Na spotkaniu był obecny syn Elwiry Seroczyńskiej Dariusz, który jest absolwentem Politechniki Warszawskie,j Wydziału Inżynierii Lądowej.

„… Nasze życie rodzinne przeplatało się na zgrupowaniach raz była to Spała i Ośrodek Przygotowań Olimpijskich, a następnym razem było to Zakopane. Lubiłem jeździć z mamą. Chodziłem na wszystkie treningi. Kiedyś zbudowali mi latawca, i mieli mnie na kilka dni z głowy,  gdyż leżałem na trawie puszczając go,  a oni mogli trenować.

To właśnie w Zakopanem mama nauczyła mnie jeździć na nartach. Pamiętam, że będąc na zgrupowaniu kadry narodowej,  spała w hotelu  COS Zakopane lub w hotelu na Bystrem, a ja byłem odprowadzany na noc do sióstr zakonnych, gdyż regulamin, nie  pozwalał sportowcom na przebywanie z rodziną a tym bardziej dziećmi. Ale wszystkie dni  spędzałem z mamą.

Pamiętam również, że po zakończeniu kariery sportowej po Igrzyskach Olimpijskich w Insbrucku 1964 r. mam została trenerem. Pracowała bardzo ciężko, przygotowywała plany i analizy, ale pamiętam również jej ludzkie oblicze gdyż matkowała swoim zawodniczkom, troszczyła się aby były

trener kadry narodowej w łyżwiarstwie szybkim Elwira Seroczyńska wraz z zawodniczkami

trener kadry narodowej w łyżwiarstwie szybkim Elwira Seroczyńska wraz z zawodniczkami

ciepło ubrane. W jej zespole panowała rodzinna atmosfera. Przypominam sobie również czas gdy już dorosłem do roli „asystenta” mamy, gdy na jednych zawodach gdzie startowała Roma Troicka musiałem stać  po przeciwnej stronie wirażu i miałem poważne zadanie krzyczeć: prawa, prawa! Nie wiem na ile ten mój krzyk pomógł Romie, ale ja byłem dumny z pięknie wykonanego zadania.

Mama była ciekawa świata. Jako zawodniczka często wyjeżdżała, później jeździła z ekipą jako trener, aby po zakończeniu kariery zawodowej przyjeżdżać do mnie do Londynu, gdzie mieszkam.  Zawody w Wimbledonie były jej ulubionymi. W tym czasie zawsze była w Londynie. Przez dwa tygodnie oglądała codziennie telewizję, aby wieczorami gdy wracałem z pracy analizować mecze, przygotowanie zawodników do startów i popełniane błędy.

Dzięki mamie poznałem Anglię, ponieważ jeździliśmy, zwiedzaliśmy, spędzaliśmy czas na wielogodzinnych rozmowach.

Byliśmy też w Wilnie, w naszym majątku, który okazał się małą chałupką. Poszliśmy nad rzeczkę i nagle mama weszła do wody tak jak stała i zaczęła chlapać się radośnie, wtedy popatrzyłem na nią  jak na małą dziewczynkę, która przypomniała sobie tamten dziecięcy czas, a przecież była dorosłą kobietą.  Miejscowi  pamiętali rodzinę Potapowiczów i ich córeczkę, która biegała po wsi. To był wspaniały  powrót do korzeni.

od prawej Z.Hajduga, A.Szalewicz, I.Szewińska członek MKOL

od prawej Z.Hajduga, A.Szalewicz, I.Szewińska członek MKOL

Mama kochała spotkania z dzieciakami, lubiła śmiech i zabawę. Lubiła  spotkania z przyjaciółmi. Kiedyś pamiętam wystraszyłem się bardzo, ponieważ umówiliśmy się na telefon. Dzwoniłem z Londynu  do domu ( ul. Zwycięzców  ) a tu nikt nie odbiera. Po dwóch dniach poprosiłem kolegę aby poszedł do domu, pożyczył klucze od sąsiadki  i zobaczył co i jak. Mamy nie było. Pojechała na działkę do swoich znajomych, zapomniała o umówionym telefonie i wróciła po trzech dniach”.

O swoich kontaktach i przyjaźni z Elwirą opowiadała również Irena Szewińska. Panie najczęściej spotykały się w Zakopanem, które bardzo lubiły. Irena chodziła na krótsze wycieczki dwu, czy trzygodzinne, natomiast Elwira wychodziła z synem rano a wracała na obiado-kolację. Spotykały się również na Piknikach Olimpijskich a także współpracowały w Towarzystwie Olimpijczyków Polskich.

Mijały lata. Spotykałam się z Elwirą w Polskim Komitecie Olimpijskim, na różnych imprezach sportowych a także dorocznych spotkaniach Rodziny Olimpijskiej.  Jakoś tak w 1985 r wpadłyśmy na siebie na ulicy, zupełnie przypadkowo.  Elwira była zdenerwowana i smutna. Powiedziała mi, że straciła pracę.

-Jak to możliwe, Elwirko, Ty?!

Trofea Elwiry Seroczyńskiej przekazane przez Jej syna dla Muzeum

Trofea Elwiry Seroczyńskiej przekazane przez Jej syna dla Muzeum

Wtedy w ciągu sekundy pomyślałam a właściwie powiedziałam na głos, Ty nie straciłaś pracy Ty ją znalazłaś. Wtedy oczy jej rozbłysły, zrobiły się duże jak spodki. Jak to! – No tak, odpowiedziałam, od jutra będziesz pracowała w Polskim Związku Badmintona jako szef wyszkolenia.

-Ja? Odpowiedziała zadziwiona, przecież ja się nie znam na badmintonie. Tym razem ja się szczerze zaśmiałam. Elwira, Ty trener klasy mistrzowskiej, Ty znakomita zawodniczka, analityczny umysł, Ty nie znasz się na badmintonie, to prawda, ale znasz się na teorii sportu, na teorii treningu sportowego, a ja już dłużej nie mogę pracować jako sekretarz generalny i kierownik wyszkolenia.

Zapraszam  do nas na Stadion X lecia, do naszego biura, umówię ciebie z Prezesem Polskiego Związku Badmintona bądź o godzinie 14.00. Oczywiście Elwira dostała angaż, i przez kolejne siedem lat aż do przejścia na emeryturę pracowała jako szef szkolenia Polskiego Związku Badmintona, zmieniając  jego oblicze, prowadząc szkolenia instruktorskie i trenerskie, a także zgrupowania kadry narodowej. Pamiętam Jej spotkania z trenerami badmintona, długie dyskusje, tworzenie planów szkoleniowych, kalendarzy imprez dla młodzików, juniorów, młodzieżowców i seniorów, dla reprezentacji Polski. Pamiętam ten czas bardzo dokładnie. Przez wiele lat na podstawie wypracowanych planów szkoleniowych polscy zawodnicy byli przygotowywani do Mistrzostw

Elwira Seroczyńska podczas treningu

Elwira Seroczyńska podczas treningu

Europy i Świata. Wiedziałam, że nasz ukochany badminton jest w dobrych rękach. W końcu w rękach srebrnej medalistki Igrzysk Olimpijskich. A to nie było byle co! Srebrne nogi, złote serce!

Dla osób postronnych, którzy nie znali historii naszej  znajomości dziwnym było, że wielka mistrzyni, srebrna medalistka olimpijska w łyżwiarstwie szybkim pracuje w badmintonie. Ja zawsze na takie dictum odpowiadałam, to jest pierwszy medal olimpijski badmintona, tylko dla utrudnienia został zdobyty na długich łyżwach.

Trudno uwierzyć, że już dziesięć lat nie ma Ciebie z nami, ale głęboko wierzę, że z góry obserwujesz swoją dyscyplinę łyżwiarstwo szybkie, uradowałaś się ze zdobytych medali w Soczi 2014, i teraz w Berlinie na Mistrzostwach Świata a i o badmintonie też myślisz i widzisz co się w nim dzieje, choć  nie zawsze jesteś  zadowolona z rozwoju sytuacji w tej dyscyplinie. Wtedy pewnie myślisz, jak to możliwe aby na kluczowych stanowiskach szkoleniowych nie pracowali specjaliści? Też nie mogę odpowiedzieć Ci na te i inne pytania. Jednak pracę z Tobą, lata wspólnie przeżyte zachowam głęboko w sercu ( choć pod naporem wydarzeń nie jest ono już tak silne, jak kiedyś).

Elwira na Balu Mistrzów Sportu

Elwira na Balu Mistrzów Sportu

Elwirko, dziękuję Ci za te piękne lata, studenckie, trenerskie i wspaniały czas pracy jaki spędziłyśmy w Polskim Związku Badmintona.

Pamiętamy o Tobie, jesteś w naszych sercach!

Jadwiga

zdjęcia archiwalne Jan Rozmarynowski , pozostałe autorki

Ten artykuł znalazłam w sieci, oto link

http://sportkrakowski.pl/niezwykla-lekkosc-nog/

 

 

 

 

 

 

Content Protected Using Blog Protector By: PcDrome.