Subskrybuj kanał RSS bloga Okiem Jadwigi Subskrybuj kanał RSS z komentarzami do wszystkich wpisów bloga Okiem Jadwigi

Wpisy oznaczone ‘andrzej szalewicz’

Andrzej Szalewicz

Warszawskie Towarzystwo Genealogiczne obchodzi dwudziestopięciolecie swojego istnienia. Ośmiu genealogów w 1993 r. zafascynowanych historią własnych rodów założyło organizację, która miała stanowić wsparcie dla wszystkich pasjonatów genealogii.

Jednym z takich pasjonatów jest mój mąż Andrzej Szalewicz, który nie tylko napisał książkę Rodopis Szalewiczów- Czy wszyscy pochodzimy od jednego przodka.  Z okazji jubileuszu przygotował  również interesujący artykuł do Querendy – Biuletynu WTG. Jestem przekonana, że dla wielu z was artykuł może będzie interesujący,  dlatego postanowiłam go opublikować.

Wykorzystanie genetyki populacyjnej w badaniach genealogicznych

Po śmierci ojca w połowie lat 90 postanowiłem spisać zapamiętane fakty opowiadane w czasie spotkań rodzinnych przy stole wigilijnym w okresie mego dzieciństwa. Opowieści skonfrontowałem z dokumentami i albumami, które zostały po dziadkach i rodzicach. Zacząłem odwiedzać archiwa historyczne Wilna, Mińska, Petersburga AGAD w Warszawie. W rezultacie tych poszukiwań ustaliłem, że rodzina mieszkała od XVI do XX wieku w powiecie lidzkim na Wileńszczyźnie, na terenach dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego. W XIX wieku była to rodzina średniozamożna, choć jej przedstawiciele pełnili funkcje w urzędach grodzkich i ziemskich: namiestników, starostów, rotmistrzów, chorążych, sędziów, rejentów czy komorników komorników. Wcześniej byli elektorami królów polskich: Jana Kazimierza, Michała Korybuta Wiśniowieckiego, Stanisława Leszczyńskiego. Na podstawie uzyskanych danych można było opracować drzewo genealogiczne, któremu formę artystyczną nadał Tomasz Stejfert.

Drzewo genealogiczne litewskiej linii Rodziny Szalewiczów począwszy od Kaspra Szala ok.1530

Poszukiwania archiwalne trwały ponad 10 lat, w międzyczasie poznałem przedstawicieli siedmiu  rodzin noszących to samo nazwisko Szalewicz. Początkowo wydawało się, że jest tylko kwestią czasu i pracy połączenie wszystkich drzew w jedno, ale w sześciu liniach utykaliśmy w połowie XIX wieku, a w linii Krzeszowskiej w połowie XVIII wieku. Wtedy po raz pierwszy wykorzystaliśmy możliwości genetyki w badaniach genealogicznych. Poprosiliśmy męskich przedstawicieli wszystkich rodzin o umożliwienie przeprowadzenia prostego testu (silna z policzka). W efekcie okazało się, że siedmiu Szalewiczów linii Litewskiej miało jednakowy profil genetyczny, a pozostałe wyniki bardzo się różniły co wykluczało ich wzajemne pokrewieństwo w linii męskiej.
W swojej książce „Rodopis Szalewiczów” opisałem w rozdziale „Zastosowanie genetyki w badaniach genealogicznych” wiedzę z lat 2005-2006. Dzisiaj wiemy, że mężczyźni linii Litewskiej należą do haplogrupy N1c, przedstawiciele 6 rodzin do haplogrupy R, a jedna linia to haplogrupa I.
W wyżej wymienionej książce wiele miejsca poświęciłem na przedstawianie hipotez w jaki sposób rodzina Kaspra Szala mogła osiedlić miedzy Kownem a Trokami w XV w.

Również i w tym przypadku okazała się przydatna wiedza z zakresu genetyki populacyjnej (migracje naszych przodków). Skoro przedstawiciele haplogrupy N1c przybyli na tereny wschodniego pobrzeża Bałtyku przed 3000 lat, to moi przodkowie są zaliczani do Bałtów Wschodnich. Myślę, że bliżej Szalewiczom do ludów Północy, takich jak Bałtowie, Jaćwingowie, potomków plemion ugro-fińskicj. Dzisiaj wiemy, że 78 % Lapończyków, 67% Finów i ponad 40% Litwinów ma tą samą haplogrupę co ja.

Drzewo filogeniczne

Rys. 2 Drzewo filogenetyczne (ewolucyjne) haplogrupy N1c – czarny prostokąt miejsce drzewa Kaspra Szala od

ok. 1530 r.

Analizując drzewo filogenetyczne haplogrupy N1c możemy stwierdzić, że przodkowie
Giedymina, Jagiełły, Czartoryskich, Sanguszków, Sapiehów, Giedroyciów, Mickiewiczów itd.
– pochodzili z tamtych terenów i okresu. Z badań Y- DNA wynika, że mieliśmy tego samego przodka 2700 lat temu na poziomie mutacji N-M2783. W roku 2016 dowiedziałem się, że mam wspólnego przodka na poziomie mutacji N-M6921 z Markiem Radville mieszkającym w USA. Ten przodek żył na tamtych terenach 1450 lat temu. Mark Radville jest potomkiem rodziny Radziwiłowiczów z Litwy, której protoplastą był Radwiłło Buywidaytia urodzony około 1480 roku v Bukaciai k/ Możejek.

Dzięki badaniom Y-DNA można odnaleźć osoby ze mną spokrewnione, a żyjące w tamtym czasie. Te nazwiska mogłyby nas poprowadzić w jeszcze wcześniejsze czasy, niż znani na tę chwilę Budwiłło czy Kasper Szal. Jednak by zdobyć tę wiedzę konieczne było włączenie naszych wyników – profili genetycznych do ogólnoświatowej bazy danych  dlatego badania zdecydowałem się wykonać w Stanach Zjednoczonych. W latach 2011-2017 nastąpił bardzo szybki rozwój możliwości  genetyki populacyjnej,  przyczyniło się to do znacznie precyzyjnego określania czasu i miejsca występowania konkretnych mutacji ( czyli przodków u których je stwierdzono) przy stale powiększającej się bazie statystycznej. Stało się to możliwe z chwilą wprowadzenia do powszechnego użytku w badaniach genetycznych SNP (Single Nucleotide Polymorphism – czyli polimeraza pojedynczego nukleotydu). Powyżej na na rys.2 zaznaczyłem na drzewie filogenetycznym haplogrupy N1c miejsce, w którym w przyszłości znajdzie się drzewo genealogiczne Szalewiczów.

Obecnie moje poszukiwania genealogiczne koncentrują się na dwóch zagadnieniach. Bacznie obserwuję niezwykle dynamiczny rozwój bazy statystycznej badań genetycznych z nadzieją, że w którymś momencie pozwoli to na zdobycie wiedzy o przodkach Kaspra Szala. Drugi kierunek to pogłębienie wiedzy o linii matczynej mama (z d. Kozłowska)babcia (z d. Stelmach), prababcia ( z d. Halik), praprababcia (z d. Sławkowska). Wydaje mi się, że znacznie trudniej przedstawić drzewa mtDNA, praktycznie nie znam tego typu opracowań poza królewskimi czy arystokratycznymi.

Szukając żeńskich przodków mojej Mamy poznałem drzewa genealogiczne Halików, Kozłowskich, Lipskich, Liro, Millerów, Raczyńskich, Skłodowskich. dzięki tej wiedzy mogę bez trudu udowodnić powinowactwo z Maria Curie-Skłodowską, Mieczysławem Sędzimirem „Tonym” Halikiem czy Janem Lechoniem.
Na zakończenie moim marzeniem jest dalsza „podróż” wstecz w czasie. Skoro mnie udało się dojść do Kaspra Szala urodzonego około roku 1530, to na pewno są szanse wyjaśnienia skąd i kiedy opisywane rodziny wzięły nazwisko i swoje początki.

Rozmowę z Jadwigą Ślawską-Szalewicz przeprowadziła Jadwiga Kłodecka-Różalska  

Moje podróże z lotką

Porozmawiajmy na początek o bardzo prywatnej i osobistej, niezwykłej książce, której jesteś autorką i bohaterką, ukazującej z mocą dokumentu trudne początki polskiego sportu w powojennym PRL-u. Dla kogo napisałaś tę książkę?

Dla kogo? Przede wszystkim dla siebie! Po drugie dla mojej rodziny, dla ludzi związanych ze sportem, dla fanów sportu, którzy oglądają go podczas mistrzostw świata, igrzysk olimpijskich, jednak zupełnie nie wiedzą o zapleczu sportowym, o pracy w związkach sportowych częstokroć postrzeganej poprzez pryzmat największego i najbogatszego sportu jakim jest piłka nożna. O innych dyscyplinach zdają się nie wiedzieć nic lub prawie nic. Na przykładzie badmintona chciałam pokazać jak w czasach PRL budowaliśmy krok po kroku nową dyscyplinę wyprowadzając ją z kometki w świat olimpijskiego badmintona. Dzisiaj wiele mówimy o kobietach w sporcie a ja na własnym przykładzie pokazuję jak to jest wejść w świat sportu  zmajoryzowany  przez mężczyzn, i osiągnąć w nim sukces.

Czy kategoria działaczki sportowej, z jaką identyfikują Cię recenzenci, jest zgodna z Twoim wewnętrznym wizerunkiem siebie ?

Nigdy nie patrzyłam na siebie z perspektywy działaczki sportowej. Zresztą „działacz sportowy” przez lata miało  wydźwięk  pejoratywny. Uważam się raczej za menadżera sportu, choć w dawnych latach PRL u tego terminu nie używano. Przez ponad czterdzieści lat byłam pracownikiem administracyjnym zatrudnionym w jednym ze związków sportowych początkowo jako sekretarz generalny następnie jako prezes urzędujący. Praca w organizacji kultury fizycznej sprawiała mi frajdę, tworzenie zaś nowej olimpijskiej dyscypliny stało się moją pasją.

Jadwiga Ślawska Szalewicz

Czy ukończenie warszawskiej AWF zajmuje ważną pozycję w ogólnej puli doświadczeń i czy liczyło się w rozwoju Twojej niecodziennej kariery zawodowej? Co najbardziej cenisz i jakie  momenty zwrotne były najważniejsze?

Akademia Wychowania Fizycznego w Warszawie stała się moją alma mater. Pięć lat studiów wspominam jako czas szybkiego osobistego rozwoju. Miałam znakomitych wykładowców takich jak Stefan Wołoszyn, Zofia Żukowska ( późniejszy mój mentor i serdeczna przyjaciółka), Roman Trześniowski, Zygmunt Kraus, Z. Borowiec, czy Tadeusz Ulatowski  i wielu innych których wspominam z rozrzewnieniem. To byli prawdziwi pasjonaci sportu, którzy potrafili przekazać nam pewne nieocenione wartości rzetelną wiedzę i umiejętność zastosowania jej w codziennej pracy. Poza tym na AWF poznałam wspaniałych sportowców, którzy studiowali na moim roku: Elwira Seroczyńska , która zdobyła srebrny medal na Igrzyskach Olimpijskich w Squaw Valley 1960  w łyżwiarstwie szybkim, Jerzy Kulej mistrz olimpijski Tokio 1964 i Meksyk 1968,  i największy z wielkich niezwykła osobowość Hubert Jerzy Wagner, siatkarz, przez lata  najlepszy rozgrywający polskiej drużyny rozegrał 194 mecze zdobywając tytuł Mistrza Europy oraz 5 miejsce na IO Meksyk 1968.Bezpośrednio  po ukończeniu studiów na AWF od 1972 r. po Igrzyskach Olimpijskich w Monachium  został trenerem kadry narodowej w siatkówce mężczyzn.  To on poprowadził naszą reprezentację Polski na szczyty. W 1974 zdobył mistrzostwo świata, zaś na Igrzyskach Olimpijskich 1976 zdobył ze swoimi zawodnikami złoty medal olimpijski.  Wspaniały zawodnik jednak z powołania trener, wzór konsekwencji i pracowitości. Pseudonim KAT. Katorżniczą pracą treningową, którą na szczęście rozumieli i akceptowali  jego zawodnicy zmianą ich mentalności, zmodernizowaną taktyką jakiej dotąd nie stosowali,

Spotkanie w Polskim Komitecie Olimpijskim za autorką zdjęcia polskich olimpijczyków

nowoczesnym sposobem gry, osiągnęli wspólnie sukcesy o jakich dotąd jedynie mogli marzyć. W naszych licznych dyskusjach i rozmowach Hubert zawsze mówił, pamiętajcie dobrze przygotowana drużyna, świadoma swojej siły i gigantycznej pracy wykonanej  przed imprezą główną rzadko bywa słaba psychicznie!  Tak, Hubert Jerzy Wagner  kolega ze studiów, z ławki szkolnej był moim trenerskim guru. Elwira i Hubert moi przyjaciele. Nasze grono składało się z Jurka Kuleja wspaniałego zawodnika w boksie oraz Norberta Ozimka wice mistrza Igrzysk Olimpijskich Monachium 1972 w podnoszeniu ciężarów.

Tak moje studia na AWF, gdzie spotkałam największe gwiazdy światowego sportu były dla mnie kuźnią umiejętności, które starałam się przekazać badmintonowi polskiemu, europejskiemu i światowemu.

Przywołałaś w książce wielu napotkanych w pracy, fantastycznych ludzi polskiego sportu. Czy jak większość absolwentów AWF, przechowujesz we wspomnieniach jakieś  wydarzenia i postaci z okresu studiów?

Otwarcie Level Polish Open Płock Stan Mitchell Prezydent EBU, Beata Moore- Truskawkowa Blond Lady -Rudzielec, Andrzej Szalewicz prezes PZBad

O moich kolegach studentach napisałam powyżej. To była jedna strona tego wspaniałego medalu. Druga strona to ludzie pracujący w tamtych latach w polskim sporcie: Bolesław Machcewicz, Konrad Kaleta, dyrektorzy Państwowego Przedsiębiorstwa Imprez Sportowych i Turystycznych, późniejszego PIS, a w końcu Centralnego Ośrodka Sportu i Turystyki (Konrad Kaleta)  obecnego COS. Mój dyrektor Departamentu Sportu dr Bogusław Ryba, dr Włodzimierz Reczek przez wiele lat przewodniczący Głównego Komitetu Kultury Fizycznej i Turystyki, Zbigniew Pacelt trener pięcioboju nowoczesnego, który zdobył dwa złote medale na Igrzyskach Olimpijskich Barcelona 1992 drużynowo i indywidualnie A. Skrzypaszek, oraz największy mój guru w teorii  sportu Stanisław Stefan Paszczyk. To oni byli wzorami do naśladowania, ich umiejętności, sposób zarządzania,  planowanie treningu uważnie obserwowałam przez lata i powolutku wprowadzałam w życie. Pewnie do dzisiaj nie wiedzą, że byli dla mnie nieocenionymi nauczycielami. Jak widzisz pamiętam i tych sprzed lat i tych z najnowszej sportowej historii. Ale to Oni mieli wpływ na moją edukację sportową. Bez ich wiedzy, bez moich obserwacji, notatek chęci ciągłego szkolenia i doszkalania nie moglibyśmy

Jadwiga i Andrzej Szalewiczowie

wyprowadzić badmintona z TKKF. Jest jeszcze jedna osoba, która  wywarła ogromny wpływ, to Andrzej Szalewicz, prezes związku badmintona w latach 1977- 1991. Jego umiejętności organizacyjne, konsekwencja i upór dały mi asumpt do samodzielnej pracy po jego wyborze na Prezesa Polskiego Komitetu Olimpijskiego.

Czy potwierdzasz, że przed kobietami, które jak Ty związały swoje życie ze sportem, tradycyjnie męski świat sportu  stawia  szczególne wymagania? Jakie cechy decydowały o tym, że jako kobieta stałaś się „instytucją” w polskim sporcie?

Tak to prawda. Sport nie jest dla mięczaków, tak kiedyś powiedział mój pierwszy trener koszykówki Józef Pachla a powtarzał to wielokrotnie Jan Ślawski znakomity trener judo (8 Dan) mój pierwszy mąż bez którego nie byłoby mnie w sporcie. Wtedy odnotowałam tylko podświadomie ten fakt, później przywoływałam coraz częściej. Koledzy wiele rzeczy mogą wybaczyć, jednak braku profesjonalizmu, logicznego myślenia, umiejętności przekonywania, używania mądrych argumentów nie wybaczą ci nigdy! To nie jest salon piękności. Skoro chcesz być dla nich partnerem musisz używać rozumu, najlepiej jak możesz. Ile razy spotykaliśmy się na obronie kalendarza imprez sportowych związanego z obroną projektu budżetu na kolejny rok.? Ile razy przedstawialiśmy plany szkoleniowe dla grup seniorów, juniorów, juniorów młodszych i młodzików? Ile razy walczyliśmy w Departamencie Sportu o ich zatwierdzenie. To nie były czcze pogaduszki. To była walka na argumenty,

Redaktor PR Redakcja Sportowa Henryk Urbaś z autorką

wygrywał ten który miał twardsze, udokumentowane, wykazujące warunek konieczny!  To była wspaniała praca intelektualna, wspaniałe wyzwania, które umiejętnie wprowadzałam w życie w badmintonie. Pracowałam z mężczyznami, nigdy nie narzucałam im swojego zdania, tak prowadziłam dyskusję aby w końcu osiągnięty  konsensus satysfakcjonował obydwie strony.

To samo dotyczyło mojej pracy w Europejskiej Unii Badmintona. Nauczyłam się języka angielskiego z pomocą mojej wspaniałej nauczycielki Joanny. Wiedziałam po co, miałam plan i realizowałam go z żelazną konsekwencją. W EBU pracowałam w latach 1986-2007. Przeszłam długą drogę zanim zostałam wice prezydentem tej bardzo angielskiej dyscypliny. Moje umiejętności obserwowania, wyciągania wniosków, nienachalny styl bycia pozwoliły po wielu latach ciężkiej pracy osiągnąć sukces.

Większość historycznych osiągnięć pokolenia o którym piszesz, nie mogłoby się urodzić bez pasji, wiary i liczących się znajomości. Dzisiaj, o realizacji projektów decydują środki finansowe i standardy profesjonalnego działania. Co  Twoim zdaniem zadecyduje o przyszłości  badmintona i innych  dyscyplin, z którymi pracowałaś?

Czesław Lang- Lang Team Polska i Jadwiga Ślawska Szalewicz

Myślę, że te same cechy jakie nas charakteryzowały. Przede wszystkim ciężka praca ze zrozumieniem dla kogo i po co pracujemy my menadżerowie sportu trenerzy, fizykoterapeuci, psychologowie, lekarze. I obojętnie czy jesteśmy sekretarzem generalnym, dyrektorem sportowym, kierownikiem wyszkolenia trenerem  czy prezesem. Musimy zbudować zespół ludzi współpracujących ze sobą, rozumiejących się, lubiących, aby wiedzieli i znali swoje obowiązki. To musi być maszyneria zazębiająca się, to muszą być trybiki współpracujące. Niedopuszczalnym jest aby jeden z nich nie był usługodawcą dla drugiego. Mowy nie ma o obrażaniu się!  Gdy to zbudujemy, możemy sobie powiedzieć mamy zespół, który jest zgrany i zrobi wszystko aby zawodnicy osiągnęli sukces. Związek, który chce mieć wielu indywidualistów nie osiągnie sukcesu organizacyjnego a w efekcie sportowego. Powiedzenie jeden za wszystkich, wszyscy za jednego ma tu głębokie znaczenie i odgrywa szczególną rolę. Oczywiście pieniądze są ważne, najważniejsze. Dobry plan wymaga rzetelnie wydanych kwot, ale bez profesjonalnego podejścia do zarządzania bez rzetelności i uczciwości, bez zrozumienia wagi sprawy, największe pieniądze będą wyrzucone w błoto. Badminton potrzebuje pieniędzy jak każda olimpijska dyscyplina sportu. Potrzebuje pasjonatów, dla których praca z zawodnikami będzie treścią ich życia na kolejne lata. Upór, konsekwencja i mordercza praca zawodników i trenerów zmiana mentalności,  wprowadzenie nowej jakości treningowej, którą zaakceptują zawodnicy, zaufanie do trenerów  będzie najskuteczniejszą drogą do sukcesów.

Należę do licznego grona fanów Twojego bloga „Okiem Jadwigi”. Potwierdzasz w przekazach internetowych talenty obserwatora i kronikarza codzienności, podobnie jak  na kartkach książki. Prywatnie, najbardziej wzruszyła mnie prawda i podobieństwo z moimi własnymi  przeżyciami powojennego dzieciństwa. Jak zdołałaś to wszystko zapamiętać?

Mam pamięć fotograficzną, czytając na przykład całe strony mogę odtworzyć tekst, widząc obrazy zapamiętane w dzieciństwie dokładnie wiem kiedy to było. Oczywiście historie rodzinne znam z moich wspomnień oraz licznych rodzinnych opowiadań przy stole podczas uroczystości świąteczno-rodzinnych. Nie wiedziałam, że będę pisała, ale zawsze robiłam notatki, szczególnie w pracy. Zarządy, prezydia, na każdym była jakaś sprawa, którą później trzeba było realizować , musiałam zapisać i tak tworzyły się zeszyty, kalendarze z notatkami. Mam swoje prywatne archiwum, wiele kartonów, którymi byłam otoczona podczas pisania. Pomimo dobrej pamięci, niektóre wydarzenia trzeba było sprawdzić aby nie popełnić błędu. W otoczeniu kartonów i pudeł przeżyłam dwa lata, do momentu kiedy książkę skierowano do druku. Poza tym to było moje życie, moja pasja, mój świat, jedyny świat i najpiękniejszy- świat sportu!

Recenzja mojej książki autor- Beata Moore

Moje podróże z lotką

 

Książka Jadwigi Ślawskiej-Szalewicz „Moje podróże z lotką” reklamowana jest trafnie jako opowieść kobiety kochającej badminton. Miłość tą miałam szczęście obserwować w latach młodości pracując jako hostessa i tłumaczka na międzynarodowych zawodach badmintona. Dla tych co przeczytali, to ja jestem tą „truskawkową blondynką” i gościnnie na Jadzi blogu, chciałabym się podzielić wrażeniami po przeczytaniu książki, jak też moimi wspomnieniami. Czekałam niecierpliwie na wydanie tej książki, można powiedzieć dłużej niż była ona pisana, bo wiele razy zachęcałam Jadwigę do przelania na papier jej wspomnień i

Otwarcie Selko Polish Open Płock Stan Mitchel Prezydent EBU, Beata Moore -Rudzielec, Andrzej Szalewicz prezes PZBad

historii w które teraz, po upływie czasu, niemal trudno jest uwierzyć. Przeczytałam książkę, jak wiele innych osób które o tym już pisały w swoich recenzjach, jednym tchem. Książka zostawiła mi niedosyt – niedosyt wydarzeń, niedosyt zdjęć, dłuższych analiz trudnych warunków w jakich PZBad był tworzony i realizowany. Niestety wydawnictwa rządzą się pewnymi prawami i autor niejednokrotnie musi dokonać bolesnych cięć, nawet najciekawszych historii czy wspaniałych zdjęć. Coś na ten temat wiem, bo sama jestem fotografikiem i autorką kilku książek. Sam prolog książki, o dziewczynce z lotką, pozostawia czytelnika z wypiekami na twarzy; wątek obrazów o tematyce badmintona, wytrwałość w poszukiwaniu korzeni tego sportu, to już kanwa na całą nową książkę! Ciąg dalszy, czyli realizm życia w PRL-u z wszystkimi niedostatkami, kłopotami i administracyjnymi absurdami pisany przez kogoś innego mógłby brzmieć jak jedno nieustające narzekanie, ale nie tu! Jadwiga przytacza surowe fakty rzeczywistości, ale zamiast skarżyć się, zakasuje rękawy i do boju. Nie znam chyba dzielniejszej kobiety w walce z

totalnym brakiem wszystkiego. Wraz z prezesem, Andrzejem Szalewiczem i grupką zapaleńców stworzyła coś z niczego. Związek badmintona i biuro. Ale nie tylko. Dzięki zaraźliwemu zapałowi, stworzyła ducha tego sportu w naszym siermiężnym wtedy państwie. W czasach kiedy ten anegdotyczny ręcznik był towarem luksusowym a pieniędzy nie było na nic, potrafiła wyczarować jedzenie, lotki, hotele, kwiaty. Wyczarować, hmmm…pozwólcie że zamienię to słowo na „wyharować”, bo taka była prawda. Do pomocy przy zawodach wciągnął mnie mój brat, Grzegorz. Oboje amatorsko graliśmy w badmintona i zapał do tego sportu przełożył się na chęć pomocy w organizowaniu ważnych międzynarodowych zawodów. W trakcie zawodów wszyscy pracowali niesamowicie ciężko, wszyscy byliśmy zmęczeni. Zaczynaliśmy wcześnie rano, kończyliśmy często po północy. Pamiętam jak po całym dniu tłumaczenia i ganiania, wracam do swojego fiacika i nie mogę go otworzyć. Mróz, więc chucham i dmucham w zamek, bo pewnie zamarzł. Nic. Jako logiczna istota, pozostało mi tylko jedno – kopnąć samochód i znaleźć

Redaktor TVP Zdzisław Zakrzewski i Beata Gajewska Moore

taksówkę. Kopnięcie co prawda nie otworzyło samochodu, ale odwrócenie się, uzmysłowiło mi, że ze zmęczenia próbowałam otworzyć nie swój samochód. Po pół godzinie byłam w domu. Ale zostawiłam w hotelu Jadzię ze stosem papierów do podpisania, notatkami do przeczytania, rachunkami do uregulowania i listą spraw do załatwienia. Kiedy poszła spać, nie pytałam. Rano, uśmiechnięta, zaczynała nowy dzień.  W tamtych „ciekawych” czasach Jadwiga była nie tylko królową zarządania i marketingu, ale potrafiła swoim zapałem zarazić rzeszę organizatorów i pomocników. Nikt nie narzekał na nadgodziny, nikt nie czekał na pieniądze. Mogliśmy wszyscy być boso, ale ostróg nie brakowało. Bardzo dbaliśmy o wizerunek Polski; do programu włączane były artystyczne pokazy, kulturą zjednywaliśmy przyjaciół w całej Europie. Wszystko to Jadzia opisała dokładnie i ciekawie w książce. Czytanie jej było dla mnie niejako podróżą sentymentalną. Upłynęło

Victor Polish Open wywiad  Frank Wilson Anglia i Beata Gajewska Moore, Redaktor TVP Krzysztof Miklas

 

 

wiele lat od połowy lat osiemdziesiątych, z badmintonem mnie obecnie niewiele łączy, z Polską też mało, bo moim domem jest Anglia. Niemniej bardzo cieszą mnie osiągnięcia polskich zawodników i rozwój polskiego badmintona. Nowe pokolenia zawodników tak samo muszą cieżko pracować na medale jak poprzedni, ale nie muszą się martwić czy mają buty, dresy lub lotki. Zarząd PZBad ma lepsze warunki finansowe i nowe technologie na wyciągnięcie ręki. Bardzo się z tego wszystkiego cieszę i mam nadzieję, że podczas obchodów 40 lecia Polskiego Związku Badmintona nowy prezes wspomniał  tamte  lata i ludzi, którzy tworzyli związek, organizowali imprezy na najwyższym europejskim i światowym poziomie, byli silni wiarą w to, że robią dobrze a badminton, jak kamień

Beata Moore fotografik autorka ośmiu książek wydanych w Anglii

Syzyfa pchali  w górę nie pozwalając mu spaść!   Andrzej Szalewicz, prezes i jego drużyna do której miałam zaszczyt należeć  zrobili gigantyczną robotę o której trzeba mówić, trzeba przypominać, bo pracowaliśmy bez komputerów, lap topów i komórek, byliśmy na każde skinienie naszych gości i cieszyliśmy się, gdy byli zadowoleni.  Wierzę, że  podczas uroczystości wszyscy wspominali  te chwile, które pozostały w nas  na zawsze!  Takich ludzi jak Andrzej i Jadzia rzadko się spotyka, dlatego pozwoliłam sobie napisać moją recenzję. Wierzę, że rocznicowe spotkanie nie  było wydukaniem jednego zdania i to z zaciśniętymi ustami jak teraz jest w modzie, mam taką nadzieję!

Beata Moore

Content Protected Using Blog Protector By: PcDrome.