Subskrybuj kanał RSS bloga Okiem Jadwigi Subskrybuj kanał RSS z komentarzami do wszystkich wpisów bloga Okiem Jadwigi
Wiktoria Dąbczyńska lat cztery
Od prawej Stefan Pawlukiewicz, Aleksandra Dąbczyńska, Wiktoria stoi z tableu
Wiktoria i Kamil Marcjan reprezentant Polski Mistrzostwa Europy Dania 2003
Stefan Pawlukiewicz

Od dawna obserwuję Olę, która w badmintonie wyrosła na świetną panią trener. Wychowywała się w Suchedniowie w rodzinie robotniczej, ojciec był kolejarzem, podczas wojny-żołnierzem AK walczył w oddziale Jana Piwnika „Ponurego”. Lata sześćdziesiąte nie były łatwe, w sklepach niewiele, ciągłe stanie w kolejkach aby zdobyć cokolwiek- to było zadanie mamy, która zajmowała się domem, trzema starszymi braćmi oraz Olą. Dzieciaki były żywe, bracia lubili piłkę nożną, więc nie było wyboru. Ola chciała być taka jak bracia, wysportowana, szalejąca na podwórku, gra w piłkę nożną jazda na rowerze, narty, łyżwy, pływanie. Od małego lubiła ruch i atmosferę rywalizacji.

Zawody weteranów (seniorów) Ola z maleńką Wiktorią

W szkole podstawowej wypatrzył ją nauczyciel WF-u i tak zaczęła się jej przygoda z lekką atletyką. Jednak ciągle było mało, wieczorami razem z dzieciakami z podwórka grała w kometkę (ale tylko wtedy gdy nie było wiatru).

Ola Dąbczyńska w akcji

Przygodę z badmintonem rozpoczęła w II klasie liceum. Był rok 1976. Sprawna, grała we wszystko, a odbijanie lotki było czystą przyjemnością i wcale nie przeszkadzało jej ciągłe bieganie po korcie. Wtedy spotkała Władysława Księżyka, inżyniera z Częstochowy, który zaczął pracować w Fabryce Urządzeń Transportowych w Suchedniowie, a jakoś kilka miesięcy później w tym samym roku założył sekcję badmintona .

Ola na zawodach badmintona

Uczyła się w liceum, dlatego musieli pokombinować aby mogła grać ( z podrobioną legitymacją szkolną) w Turniejach Metalowców organizowanych przez Zarząd Główny TKKF w latach 1976-1978.

Mama w akcji

W kwietniu – 1977 r. pojechali na zawody do Koszalina. Spotkali zawodników Mariana Steltera i Kazimierza Prędkiego z jego ekipą, którzy znacznie lepiej grali w badmintonie, jak również posiadali większą wiedzę na temat dyscypliny. W ten sposób nawiązano kontakty i zaczęła się systematyczna współpraca klubowa. Uczyli się jedni od drugich, podpatrywali, technikę, i – Suchedniów zaczął wygrywać centralne zawody metalowców. Chyba dlatego zwariowali na punkcie badmintona, połknęli bakcyla!

Obóz kadr w Suchedniowie 2009 r

W 1979 r. zdobyli awans do II ligi, wtedy przejął ich Miejski Klub Sportowy Orlicz. Ola nie zaniedbywała nauki, w tym samym roku zdała maturę i chciała dostać się na AWF w Warszawie. Niestety, nie wszystkie plany dało się zrealizować. Tym razem się nie udało. Rozpoczęła pracę bibliotekarki w przyzakładowej bibliotece FUT, a potem w dziale socjalnym zajmując się organizacją kolonii, wczasów, co odpowiadało jej zainteresowaniom. Jednak badminton upomniał się o swoją zawodniczkę, gdy w 1980 r. klub RKS Ursus zaproponował jej grę w I lidze, mieszkanie i pracę w Zakładach Mechanicznych. W czerwcu znów wystartowała na AWF Warszawa, tym razem oblała biologię. Pierwszego sierpnia 1980 pożegnała mamę, swój dobytek spakowała w jedną sportową torbę i opuściła rodzinny dom, aby spełnić swoje marzenia grać w lidze, grać w turniejach ogólnopolskich, bo tego macierzysty klub nie mógł zapewnić, a jej szło coraz lepiej. W Suchedniowie była najlepsza i niewielu mężczyzn z nią wygrywało! Pokochała badminton, bo skromne warunki fizyczne (niski wzrost) nie przeszkadzały jej w grze. Rozpoczęła pracę w ZM Ursus jako operator sprzętu komputerowego w magazynie wysokiego składowania. Od szóstej rano do drugiej po południu. Przez jedenaście lat (1980-1991) drużyna RKS Ursus grała w I lidze zajmując najlepsze V miejsce w rankingu. W turniejach indywidualnych mieściła się w szesnastce najlepszych zawodniczek. Niedoścignionym wzorem były Głubczyce ich trener Ryszard Borek i zawodniczki. Zwierzyła mi się, że grała kilka razy z Bożeną Wojtkowską, ale Bożenka była poza jej zasięgiem. Wszystko szło dobrze, gdy nagle dopadła ją pierwsza kontuzja kolana, (1980), dwa lata później dr Moskwa w szpitalu na ul. Barskiej usunął obydwie łąkotki. Po roku wróciła na kort, ale już nic nie było jak dawniej. Zdeterminowana wzięła urlop i pojechała na kurs instruktorski do Prudnika, zajęcia prowadził trener Ryszard Borek oraz Bohdan Chomętowski. Jak pech to pech, tym razem na zajęciach skręciła więzadła krzyżowe. Do szpitala odwiózł ją kolega Jacek Szafrański. Wróciła z gipsem na nodze, kurs ukończyła na kulach, egzamin praktyczny miała zaliczony, a teorię zdała u Chomętowskiego. Co tam brak łąkotek w kolanie, nieważne, że więzadła krzyżowe poturbowane, że gips na nodze, nasza Ola wróciła z pierwszym papierkiem umożliwiającym prowadzenie zajęć badmintonowych. Jaka radość żyć! W 1986 r. ukończyła trzyletnie Studia Trenerskie w Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie ze specjalizacją badmintona- uzyskała tytuł trenera II klasy. Od 1982 do 1999 pracowała jako trener badmintona w klubie- RKS Ursus.

Obóz kadry w Suchedniowie od lewej trenerzy S. Kosenczuk (Ukraina), Klaudia Majorowa, Stefan Pawlukiewicz

Oczywiście kolano już nigdy nie wróciło do normy, ale ciągle trenowała i grała w turniejach weteranów, zdobywając kilkanaście tytułów mistrzostw Polski, a także zwycięstw w turniejach ogólnopolskich w tej samej kategorii wiekowej. Aby zachować dobrą formę i wzmocnić nogę biegała, chciała na korcie dorównać swoim wychowankom, którzy robili postępy i grali coraz lepiej. Pokochała bieganie a ponieważ biegała coraz dłuższe dystanse postanowiła pobiec w Międzynarodowym Warszawskim Maratonie Pokoju (1991 i 1993).

Cytuję:..” Praca w Ursusie dawała mi dużą satysfakcję , była ciekawa i poznałam wspaniałych ludzi, z którymi utrzymuję kontakt do dziś. Po pracy i obiedzie w zakładowej stołówce pędziłam do klubu na zajęcia z dziećmi , pokochałam pracę z nimi. Wieczorem biegłam na swój wieczorny trening i tak minęło 20 lat…

Od najmłodszych lat Wiktoria była olimpijką na zdj. z mama

Z klubem jeździliśmy za granicę: Niemcy, Szwecja, Anglia, Rosja, Holandia fantastyczce wyjazdy, i przyjaźnie zawarte na wiele, wiele lat …, setki zdjęć i wspomnień… Dwadzieścia lat pracy w RKS Ursus zaowocowało sukcesami trenerskimi. Moi zawodnicy zaczęli zdobywać medale: 1996 brązowy medal w drużynowych mistrzostwach juniorów młodszych, 1997 dwa medale brązowe w Indywidualnych Mistrzostwach Polski Juniorów Młodszych, 1998 Mistrzostwa Kadetów-dwa medale brązowe,; 1999 Mistrzostwa Polski Kadetów- jeden medal brązowy. W roku 2001 mój zawodnik Michał Zakrzewski zakwalifikował się do reprezentacji Polski biorącej udział w Mistrzostwach Europy, zajmując drużynowo VI miejsce a indywidualnie znalazł się w szesnastce, ale wtedy już mnie nie było w Ursusie.

Minęło kilkanaście lat, wakacje w Grecji

15 kwietnia 1999 r wróciłam do Suchedniowa, a czwartego maja 1999 r urodziłam moją ukochaną jedyną córeńkę, której dałam na imię Wiktoria, bo Wiktoria to zwycięstwo, wychowuję ją sama, mój Ojciec ma już 78 lat i jest jeszcze w dobrej formie fizycznej, ma dobrą emeryturę kolejarską i pomaga mi wychowywać córkę. Mam ogromne wsparcie rodziny, szczególnie w najstarszym bracie i jego żonie, która pokochała Wiktorię i bardzo mi pomagała. Niestety wszystko co piękne kończy się szybko, bratowa umarła w wieku 49 lat…

„…Powrót z Warszawy do Suchedniowa nie był łatwy, ale gdy na świat przyszła moja córka Wiktoria, wszystko się zmieniło, liczyła się tylko ona . Sport na pewno mi pomógł, tak jak w sporcie, musiałam być silna, zorganizowana i nie rozczulałam się nad sobą , oczywiście były chwile słabości, ale nigdy zwątpienia, że nie dam rady jako samotna matka.

Nadmiar obowiązków, opieka nad Wiktorią i ojcem, prowadzenie domu zajmowało mi tyle czasu, że nie myślałam o sobie, z każdym dniem i rokiem godziłam się z sytuacją jaka była. 

Szybki powrót do sportu, pomógł mi nabrać pewności siebie i odpędzał myśli, co będzie jak mi się coś stanie, co wtedy z Wiktorią ….tego bałam się najbardziej, sama przestałam grać w badmintona, by nie odnowić kontuzji kolana.

wakacje w Grecji

W Suchedniowie nadal grali w badmintona, grupa weteranów grała dwa razy w tygodniu, regularnie trenowała, to ta sama drużyna , którą opuściłam 20 lat temu , by spełniać swoje marzenia. To oni przyszli do mnie po narodzinach Wiktorii, przynieśli pamiątkowy puchar i zaprosili na treningi, to był sposób na dalsze życie, znów zaczęłam jeździć na turnieje weteranów zawsze z Wiktorią, i chodzić na treningi, gdzie inni też przyprowadzali swoje pociechy a ja zaczęłam uczyć maluchy, grupka się powiększała.

Tak się rozpoczął kolejny nowy etap w moim życiu.

Carolina Marin- być jak ona, oto marzenia Matki i Córki

Dzień za dniem był zapełniony, do południa zakupy, obiad, treningi, zawody. W 2001 roku wracam do klubu jako trener, z trzy letnią Wiktorią jeżdżę po całej Polsce, drużyna jest w ekstraklasie i zajmujemy V miejsce. Wtedy W Orliczu Suchedniów grali w Darek Zięba i Dorota Grzejdak, zdobywamy medale w mistrzostwach Polski we wszystkich kategoriach wiekowych , ciężko pracujemy, trenujemy codziennie, Wiktoria też trenuje, wszyscy ją lubią i podziwiają, gdy miała cztery latka fajnie już przebijała lotkę przez siatkę. W 2003 roku pojechaliśmy na Mistrzostwa Świata Weteranów do Sofii. W pierwszych rundach przegrywamy z Duńczykami w debla i miksta, ale to nieważne, tygodniowy pobyt w Sofii zapada w pamięci na zawsze, na wolnych kortach odbijam z Wiktorią i jest to takie normalne dla mnie, ale gdy cała hala zaczęła bić brawo, dopiero po chwili zorientowałam się, że to dla niej. Mała Wiktoria w wieku czterech lat, w Sofii, rozpoczęła międzynarodową karierę…”

„…Po pewnym czasie zrozumiałam, że Wiktoria ma talent, to była taka wczesna specjalizacja wynikająca z mojej życiowej sytuacji, za naszym przykładem poszło wiele polskich klubów i rozpoczęło zabawę badmintonem z dziećmi w wieku czterech , pięciu lat….. Mój powrót do Suchedniowa sprawił, że wspólnie ze Stefanem Pawlukiewiczem i Zdzisławem Włodarczykiem rozkręciliśmy badmintonową suchedniowską karuzelę.

Czasem w sytuacji beznadziejnej, gdy świat wali ci się na głowę, robi się rzeczy wielkie, nigdy nie wolno rezygnować i trzeba mieć wiarę, że zawsze jest wyjście z każdej sytuacji …..

Prawie każde wakacje spędzamy z Wiktorią w Grecji, którą pokochałyśmy od pierwszego wyjazdu, ciepłe morze, wspaniałe słońce, przyjaźni ludzie. Jeździmy tam samochodem (1700 km za kółkiem, lubię to). Grecja daje nam siłę na kolejny rok ciężkiej pracy, mamy tam grono przyjaciół, którzy są fanami Wiktorii.

Dziękuję Bogu za Wiktorię i siłę, jaką mi dał do jej wychowania, gdyby nie Wiktoria, pewnie żyłabym tylko marzeniami, które nigdy by się nie spełniły. Ona je spełnia !!!  Są to nie tylko moje marzenia, ona przede wszystkim spełnia swoje!

PS. No cóż , Ci którzy nie poznali jeszcze Wiktorii, niech żałują ……

CDN  

Mieczysław Jachacy

Autor: Jadwiga. 6 komentarzy.

Warszawa lat siedemdziesiątych nie miała wielu dobrych restauracji. Ot było kilka orbisowskich dla zagranicznych gości. W pozostałych restauracjach królowała miernota jadłospisowa. Bigos był ubogi w mięso, kucharzom nie chciało się robić prawdziwych dobrych pierogów, czy też wspaniałych placków ziemniaczanych, które podawane ze śledziem, śmietaną a nawet z kawiorem mogły stanowić danie nie lada. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych królowały kurczaki, których smak przypominał dorsza.

Mieczysław Jachacy

Pamiętam doskonale lata siedemdziesiąte, gdyż, jako sekretarz generalny w sławnym ( z powodu doskonałych wyników sportowych, wielu medali zdobywanych na mistrzostwach świata i igrzyskach olimpijskich) w Polskim Związku Szermierczym miałam obowiązek organizacji wielkich zawodów „O Szablę Wołodyjowskiego”, po której na zakończenie trzeba było zorganizować bankiet. Jak jest dzisiaj nie będę opisywała, ponieważ wszechobecny Internet, Google i inne wyszukiwarki dokonują cudów, aby zadowolić najwybredniejszych klientów, wówczas trzeba było jechać tramwajem lub autobusem od knajpy do knajpy lub też drogą marketingu szeptanego słuchać podpowiedzi, gdzie można dobrze zjeść. W Warszawie były niezmiennie restauracje w Hotelu Europejskim, Bristolu, a także w Hotelu Grand. Jak widać dużego wyboru nie było. Na warszawskiej starówce królowała restauracja „Kamienne schodki”, w której serwowano znakomita kaczkę z jabłkami. Niestety wielkość restauracji stwarzała problem, gdy trzeba było serwować kolację dla ponad dwustu osób. Co roku musiałam rozwiązywać problem, gdzie zamówić nocleg, jedzenie i na zakończenie uroczystą kolację? Uczestników turnieju o „Szablę Wołodyjowskiego” było wielu i należało ich przyjąć zgodnie ze standardami światowymi!  Tylko świat w międzyczasie odjechał od nas, a my nawet z najlepszymi warszawskimi hotelami nie nadążaliśmy.

Zazwyczaj kończyło się na Hotelu Europejskim, który miał duże sale recepcyjne, a i kuchnia też była niezła.Pozostałe lokale reprezentowane pod szyldem WZG ( Warszawskie Zakłady Gastronomiczne, to była druga kategoria na mapie Warszawy. Trochę później pojawiły się restauracje Adria, Trojka w Pałacu Kultury i Nauki czy też Kamieniołomy w Hotelu Europejskim, a także restauracja Kameralna na ul. Foksal, Bazyliszek na Starym Mieście, i Kuźnia w Wilanowie. Jednak ich wielkość nie była dostosowana do ilości przyjeżdżających szermierzy szablistów na sławny turniej Wołodyjowskiego.

Mijały kolejne lata, na mapie Warszawy pojawiła się restauracja Pod skrzydłami, o której zaczęto mówić.  Mówiło się o Szefie o Panu Jachacym, który otrzymał ją w ajencję. Właśnie o Mieczysławie Jachacym będzie to opowieść, o jego pasji, o realizowaniu marzeń, o zmianach w warszawskich restauracjach, które dokonywały się dzięki jego pomysłom i ciężkiej pracy!

Andrzej Szalewicz, Mieczysław Nowicki, Irena Szewińska, Mieczysław Jachacy
Warszawa lotnisko Okecie 1968r. Ekipa polskich szermierzy przed odlotem na olimpiade do Meksyku .Fot.Jan Rozmarynowski/Forum

Młody niespełna trzydziestoletni kucharz z wykształcenia i umiłowania postanowił w roku 1970 wyjechać w świat, aby podszkolić swoje umiejętności w Paryżu i po roku wrócić do Warszawy, jako mistrz kucharski serwujący wszelkie nowinki światowe i oferujący to, co w polskiej kuchni jest najsmaczniejsze. W ten sposób, zresztą dzięki koledze ze szkoły gastronomicznej Zbigniewowi Galasowi otrzymał propozycję przejęcia w ajencję restauracji „Pod skrzydłami”. Nie trzeba było długo czekać. O skrzydłach zaczęło być głośno.  Tancerki w strojach topless tańczące pod świetlist kulą, wiatrak Mulin Rouge (tak, tak) a dla smakoszy prawdziwe specjały kuchni francuskiej. Restauracja serwowała dania świeże na najwyższym poziomie z najlepszych produktów.  Pamiętam moje pierwsze wyjście do tej restauracji. Zamówiłam płonący szaszłyk na drewniaku tak się to chyba nazywało. O rety takiego szaszłyka nie jadłam nigdy w moim trzydziestoletnim życiu! Rarytas.

Nie znałam Pana Jachacego, słyszałam tylko, że knajpa jest prowadzona rodzinnie przez niego i jego żonę Halinkę, bardzo piękną kobietę.

W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku sekretarze generalni polskich związków sportowych spotykali się systematycznie raz w miesiącu na naradach w Głównym Komitecie Kultury Fizycznej i Turystyki ( później przemianowanym na Główny Komitet Kultury Fizycznej i Sportu).Nie ukrywam, że narady były dla nas młodych sekretarzy platformą wymiany najnowszych informacji dotyczących hoteli, restauracji a także możliwości zorganizowania konferencji, przyjęć czy skorzystania z wynajmu autokarów lub transportu do przewożenia niezbędnego sprzętu sportowego. Była to swoista giełda informacji, wymiana doświadczeń i zdobywanie wiadomości i nowych kontaktów. W ten sposób dowiedziałam się, kto zacz jest „ten” Jachacy. No tak człowiek sportu, były kolarz, zakochany w kolarstwie, wspomagający najlepszych z najlepszych, fundujący nagrody na Wyścigu Pokoju, a później wspierający Tour de Pologne organizowany przez byłego wspaniałego kolarza Czesława Langa. Zresztą jak się okazało restauracja „Pod skrzydłami” stanowiła bazę dla najlepszych kolarzy ( Ryszarda Szurkowskiego, Stanisława Szozdy, Janusza Kierzkowskiego, którzy byli u Mietka Jachacego przyjmowani po królewsku. Szczęściarze!

W ten sposób dowiedziałam się o przejęciu przez Mietka Jachacego restauracji Honoratka a także i w końcu Bazyliszka, mojej ukochanej przez wiele lat restauracji, która otworzyła podwoje dla nowo powstałego Polskiego Związku Badmintona. Właśnie w Bazyliszku organizowaliśmy najpiękniejsze kolacje pożegnalne (bankiety! Wtedy nie można było używać tej nazwy a kolacja była skromnie nazywana pożegnalną! 

Nie ma w Warszawie drugiego tak pięknego miejsca jak Bazyliszek. Zróżnicowane pod względem wyglądu sale, pięknie ubrane kelnerki dopasowane stroje do wystroju sal, wspaniała kuchnia na najwyższym poziomie. O wszystko zadbał Mieczysław Jachacy człowiek, który jak sam o sobie mówi: „…urodził się w kuchni a wychował w knajpie”. Bazyliszka prowadzono rodzinnie, Mieczysław, Halinka i syn Tomasz.

Badminton miał wiele szczęścia, gdyż od pierwszego wejrzenia zakochałam się w tej właśnie restauracji. Za żadne skarby świata nie zamieniłabym jej na inną choćby i najnowocześniejszą. Ta miała jedyne miejsce w moim sercu. Czy wyobrażacie sobie listopad w Warszawie, gdy nasi goście dotarli do Bazyliszka na Rynek Starego Miasta w strugach deszczu, a opuszczali restaurację późno w nocy, gdy padał już śnieg!?  Doskonałe jedzenie, nastrój, atmosfera udzielały się nie tylko moim gościom z całego świata, wiedziałam, że Polski Związek Badmintona znowu dokonał niemożliwego a prezes Andrzej Szalewicz będzie na ustach wszystkich, jako niezrównany organizator a nawet czarodziej. Czy Mieczysław Jachacy o tym wiedział. Chyba tak, ponieważ przez wiele lat Bazyliszek była „naszą” restauracją, a w 2004 r kolejna konferencja prasowa odbyła się właśnie tam. Było to moje pożegnanie z Polskim Zwiazkiem Badmintona, gdyż w styczniu 2005 r nie startowałam w wyborach prezesa na następną kadencję. Pamiętam wszystkich dziennikarzy, którzy przyjęli moje zaproszenie. Wtedy od czternastu lat byłam prezesem Polskiego Związku Badmintona, a w tej konferencji wzięło udział 47 dziennikarzy.  I nie była to konferencja w Barku na parterze, tylko w sali recepcyjnej na pierwszym piętrze. Tak jak wymarzyłam. Pożegnanie z łezką w oku.

Czule wspominam Café-barek na parterze, do którego w stanie wojennym zapraszaliśmy dziennikarzy na konferencje prasowe przed ważnymi zawodami, oferując im herbatę z wkładką. Nawet nie pamiętacie, wtedy alkohol można było dostać od godziny 13.00. Dlatego zaproszenia były wysyłane na konferencję prasową, podczas której serwowano ciasta, lody i herbatę z wkładką.

Bazyliszek miał wspaniałą reputację, w sezonie zatrudniali ponad 200 osób. Mały kombinat. Mieczysław Jachacy był w swoim żywiole, a my byliśmy dumni z naszego patrona. Któż nie był gościem tej wspaniałej restauracji? Artur Rubinstein, Omar Shariff, Michael Douglas, Helena Vondrackova, Irena Santor, Daniel Olbrychski, Demis Roussos, Helmut Kohl, Francois Mitterand, Aleksander Kwaśniewski z Żoną Jolantą, Irena Szewińska , Andrzej Szalewicz z żoną Jadwigą, Mieczysław Nowicki, Wielcy i sławni.

W ten sposób restauracje w stolicy zmieniały się pod wpływem wspaniałego, szalonego człowieka, który był mistrzem kucharskim, kochał sport i ludzi a jego pasją było gotowanie. Cała rodzina Jachacych  jest związana z gastronomią z najwyższej półki.

Polecam wszystkim, którzy chcieliby przypomnieć sobie jak to było w Warszawie kilkadziesiąt lat temu, w jaki sposób i dlaczego rozwinęła się warszawska gastronomia, kto miał na nią największy wpływ. Ja odpowiem jednym słowem. Mistrz Jachacy. Po Bazyliszku przyszła kolej na Honoratkę (od 1997) przy ul. Miodowej, która prowadziła córka Anetka, później na restaurację Varsowia ( prowadziła żona Helena) w Hotelu Warszawa przy pl. Powstańców Warszawy, zaś w 1998 r syn Tomasz objął kierownictwo restauracji Fisherman. 

Częstym gościem u Jachacych był Zygmunt Broniarek, który swój Jubileusz 50 lecia pracy dziennikarskiej obchodził w 1994 r. w restauracji Bazyliszek.

Mogłabym jeszcze więcej napisać o Mieczysławie Jachacym o Jego wspaniałej żonie Helenie o córce Anecie i Synu Tomaszu. Zamiast tego polecę Państwu książkę Mieczysława Jachacego „Pół wieku w knajpie z toastem na trzy”, którą otrzymał Andrzej Szalewicz wraz z piękną dedykacją. Oczywiście poznaliśmy Mistrza osobiście w latach dziewięćdziesiątych. Miło wspominamy nasze spotkania. Jesteśmy dumni, że mogliśmy poznać człowieka, który zmienił oblicze gastronomiczne nie tylko Warszawy, ale całej Polski!  Dzisiaj Jachacy to marka, z najwyższej półki! Rodzina kontynuuje tradycję, córka Aneta Jachacy otworzyła „Exclusive Restaurant Pod Gigantami” w Warszawie przy al. Ujazdowskich 24. Jedno z najbardziej wyjątkowych i magicznych miejsc w sercu Warszawy, o niezwykłej atmosferze, eleganckim wystroju, rewelacyjnej kuchni, uznane za niezwykłe miejsce na mapie warszawskiej gastronomii.

Dedykacja dla Andrzeja Szalewicza

A ja jestem szczególnie wdzięczna Mieczysławowi, gdyż szereg moich dań jest sporządzanych na podstawie przepisów kulinarnych Mistrza. Za wszystko, za lata znajomości, za otoczenie nas serdeczna opieką w czasach słusznie minionych, za przytulenie badmintona do serca- serdecznie dziękujemy!

Książkę wydała Oficyna Wydawniczo-Poligraficzna „ADAM” Warszawa 2019.

U progu lata

Autor: Jadwiga. 6 komentarzy.

Lato było upalne, deszczu nie za wiele, ogród usychał gdyż deszcz padał rzadko. Pogoda tropikalna nie sprzyjała ogrodowi wcale! Były dni, gdy temperatura przekraczała +34 do 38 C stopni, były też dni chłodniejsze. Codziennie rano wychodziłam do ogrodu i sprawdzałam, co tam się dzieje, a działo się dużo! W tym roku odwiedzały mnie wiewiórki, ptaki, a także szczury i myszy!

szczury

Początkowo wydawało mi się, że tylko myszy, jednak po zrobieniu kilku zdjęć oraz spotkaniu oko w oko, przekonałam się, że zamieszkały u nas szczury! Hmmm…. Nie wiedziałam tylko jednego, gdzie? Ostatnio siedząc na tarasie, pisałam i układałam faktury, które powinny być zapłacone. Nagle usłyszałam hurgot na tarasowym daszku, ki diabeł- pomyślałam.  I oto zupełnie niespodziewanie z dachu spadły dwa tłuste młode szczury. Do mojego ogrodu!

Łaaaaaaaa- wykrzyczałam!  Co to jest?

Niestety były to jak najbardziej żywe szczury. Nie dość, że dwa w moim ogrodzie, to kilka na dachu tarasu!

Spotkanie oko w oko było dla mnie traumą. Wiedziałam, że w dużych miastach takich jak Warszawa, Sosnowiec, Dabrowa Górnicza, Wrocław jest inwazja szczurów, przeczytałam o tym w gazetach, ale żeby w moim własnym ulubionym ogrodzie?

Szybki telefon do męża, krótkie opowiadanie i jeszcze szybsza decyzja.

Kupujemy szczurołapki i pozbywamy się towarzystwa. No cóż łatwo nam się uzgadniało nasze pragnienia, ale rzeczywistość była i jest trochę inna. Gorsza. Szczury należą do bardzo inteligentnych istot i łatwo wykurzyć się nie dają, po prostu walczą bezpardonowo o swoje.

Trafiła kosa na kamień.

Zakupiłam kilka szczurołapek z gilotyną a także inne narzędzia służące do deratyzacji, zobaczymy jak się sprawy potoczą. Od kilku dni mamy zorganizowaną akcję anty szczurzą.

W związku z ostrą walką anty szczurową cierpią wiewiórki i ptaki, ich stołówka została czasowo zamknięta. Dobrze, że jesienią mają do dyspozycji rośliny na polach a tam pełno ziarna, zaś za płotem rośnie piękny orzech odwiedzany przez wiewiórki. Tylko w moim ogrodzie nie słychać śpiewu ptaków, sójki nie przylatują do kąpieli, a mazurki, kosy, szpaki, gołębie i dzięcioły czasowo przeniosły się do sąsiadów.

floksy i róże, kończą kwitnieni w ogrodzie

Musiałam zlikwidować ptasią stołówką oraz wodopój, bowiem szczury korzystały z tych dobrodziejstw a ja wyczytałam, że bez jedzenia mogą przeżyć 10 dni, ale bez wody tylko 24 godziny.

Nie jest to jedyne zmartwienie dotyczące ogrodu. Cały czas walczę z ćmą bukszpanową. Już trzy razy profesjonalnie opryskiwaliśmy bukszpany. Używaliśmy zarówno Decisu, Lepinoxu  plus jak i Mospilanu.  Ilość ciem latających w ogrodzie zmniejszyła się, a zaatakowane krzaki bukszpanu zaczynają odbudowę. Widać dużo zielonych przyrostów. Nie chcę was zanudzać opowieściami dotyczącymi rozrodu ćmy, ale musicie uwierzyć mi na słowo, że w ciągu dwóch dób cztery krzaki były zjedzone i wydawało mi się, że pozostała ich likwidacja. Dzisiaj wiem, że zareagowałam błyskawicznie i w fazie gąsienic (bardzo ładnych zielonych w czarne paski) zniszczyliśmy towarzystwo. Opryski musiały być trzy, aby być pewnym, że ćma nie powróci. Ha ha ha,!

niszczyciel piękna ćma bukszpanowa

Powróciła tydzień temu. Zauważyłam ją wieczorem, gdy siedząc z mężem na tarasie, popijając naleweczkę smorodinówkę, zapaliłam światło  i w jednej chwili na tarasie   pojawiło się setki ciem. Owszem ładnych! Białych z brazowym paskiem podkreślającym kształt skrzydełek.

Wlatywały również o domu! Tego jednak było za wiele.

Następnego dnia przyjechał pan Tomek i po raz kolejny opryskał bukszpany. Żerowanie larw zostało zastopowane, nie widać gąsienic, za dwa- trzy tygodnie sprawdzimy czy sytuacja jest stabilna i nie widać nieprzyjaciół.   

ćma bukszpanowa zaaatakowała również moje bukszpany okalajace hortensje

Napisałam o ogrodowych przygodach tylko dlatego, że wiele moich czytelniczek ma ogródki przydomowe i mogą je spotkać podobne kłopoty.  

Gorzej, gdy w naszym ogródku mamy posadzono warzywa, pomidory czy sałatę. Wtedy walka z ćmą jest trudniejsza. Moja Przyjaciółka Małgorzata, ma piękne przydomowe gospodarstwo ogrodnicze w donicach, dlatego nie pryskała chemią tylko ręcznie zbierała gąsienice ciem! Ja się na taki heroizm nie odważyłam. Nie mogłam!

hortensje lime w ogrodzie

Gdybyście zauważyły coś niepokojącego w waszych ogrodach dajcie znać, chętnie podzielę się swoimi doświadczeniami.

Do szybkiego usłyszenia!

Pozdrawiam

Wasza Jadwiga

W moim ogrodzie hibiscus
Content Protected Using Blog Protector By: PcDrome.