11.01.1986 Lotnisko Czangdu
Rano o 8.00 śniadanie, tym razem europejskie: grzanki, masło, dżem, jajecznica, kawa, herbata. O 8.50 autokarkiem i samochodem Toyota jedziemy na lotnisko. Krótka odprawa biletowo bagażowa i jesteśmy w poczekalni. O godz.10.10 – odlot, ale tylko teoretycznie, ponieważ jest 13.30 A my ciągle czekamy, po obiedzie to prawda, ale czekamy. Znowu przegryzka: ryż, mięsko i papryka i coś jeszcze, cola i znowu czekamy. W międzyczasie rozmawiam z zawodnikami, ciekawe są ich spostrzeżenia na temat Chin. Pobyt na lotnisku kończymy o godz.17.44. Przyjechano po nas i wróciliśmy do hotelu Jin Yian, kolacja o
19.00 Składająca się z ryżu, ostrej potrawy, papryki z mięsem, ryby smażonej na ostro, zupy warzywnej orzeszków z ostra przyprawą, szpinakiem, kapusty pekińskiej z wody, i soku pomarańczowego w puszkach. Idziemy do pokoju, Rysiek, Jurek, Andrzej Jola Shi Pin i ja wypijamy po szklaneczce wódeczki z sokiem i Jola tłumaczy nam chińskie znaczenie naszych imion. Mnie wychodzi, ze jestem prawa moralność, jedyna blokada. Co to znaczy, nawet nie usiłuję dochodzić, cokolwiek to znaczy idę spać zmęczona głównie wielogodzinnym oczekiwaniem. W telewizji pokazują urywki naszego meczu oraz mecz Bożeny, w którym wygrała z chińską zawodniczką, wiadomość na miarę sensacji. Pokazują też Andrzeja i mnie. Niestety komentarza nie uchwyciłam, chyba za mało znam słówek w języku chińskim.
12.01.1986 r.
Śniadanie zjadamy na lotnisku: jajka sadzone, ciasta z nadzieniem, ciasto francuskie, rolady i kokosanki. No i zamiast o 7 rano odlatujemy o 8.44, zamiast wczoraj to dzisiaj i zamiast do Wu-han to do Czangsza. Niech będzie, aby do przodu, aby szczęśliwie, właściwie, co to za różnica gdzie lądujemy (oczywiście na lotnisku), i tak tu nie byliśmy, więc radość duża. Na lotnisku oczekuje spora grupa. Jedziemy do hotelu Hunan Lotus Hotel prosto na obiad: Zupa warzywna, ryba w sosie, zapiekanki w sosie pomidorowym, kapusty, kiełbasy, ostrego chrzanu, piwa, lemoniady.
Program pobytu przedstawia się następująco:
12.01 – godz. 12.00 –obiad
15.30 Trening na hali gdzie będziemy grali mecz
19.00 Kolacja
13.01 - 8.00 Śniadanie
9.00 – 11.00 Trening w szkole
12.30 Obiad i zwiedzanie fabryki haftu i porcelany
17.00 – 19.00 Oddzielny trening zawodników polskich
19.30 Kolacja
14.01 - 8.00 śniadanie
9.00 – 11.00 trening
12.00 obiad i zakupy
17.00 lekka kolacja
19.00 oficjalny mecz
15.01 – 7.00 śniadanie
8.00 wyjazd na lotnisko
10.00 odlot do Pekinu
Ustalamy ilość meczy: 2 gry pojedyncze mężczyzn, 1 gra pojedyncza kobiet, 2 gry podwójne mężczyzn, 1 gra podwójna kobiet, 2 mixty razem mecz na 8 gier. Reprezentacja Chin składa się z 3 kobiet i 4 mężczyzn.
13.01.1986
8.00 śniadanie składające się z: jajka sadzone, grzanki, schab w plastrach, sałatka owocowa, kawa, mleko.
Po ustaleniu planu pobytu zawodnicy jadą na trening, my z Andrzejem zwiedzamy szkołę sportową Prowincji Czangsza. Szkoła nowoczesna, uczy się w niej 600 osób, z czego 200 studiuje na Akademii Wychowania Fizycznego, pozostali w klasach sportowych różnych dyscyplin sportu. Nas interesuje oczywiście badminton : i-mał-czo. Hala do badmintona ma 12 boisk, kilkunastu trenerów, zajęcia na hali odbywają się przez cały dzień, zmieniają się tylko składy grup i prowadzący trenerzy. Hala nie ogrzewana. Dyscypliny sportowe: gimnastyka artystyczna, judo, zapasy styl wolny i klasyczny, badminton, motocross, piłka nożna kobiet, tenis i strzelanie (trap i skeet), go i krótkofalowcy. Szkoła położona jest na 700 ha, nowoczesna dwupiętrowa hala sportowa w budowie. Spotykamy Rektora i Kierownika Wychowania Fizycznego – otrzymują od nas pamiątkowo proporce ręcznie haftowane na jedwabiu. Zajęcia w szkole średniej odbywają się wg planu do południa nauka po południu trening trwający 3, 5 godziny. Wyższa Uczelnia – trening rano 3 godziny, nauka po południu i trening 28 0 30 godzin tygodniowo, po 5-6 godzin dziennie. Oprócz treningów zajęcia z psychologii, anatomii, fizjologii i inne. Uczniowie przychodzą do szkoły w wieku 13-14 lat, w zasadzie po szkole podstawowej, tu kończą popularną (podstawową, jeżeli jej jeszcze nie ukończyli), szkołę średnią, która trwa 3 + 3 lata. Pierwsze trzy to ukończenie tak zwanej szkoły zawodowej, nauczenie dobrej techniki w danej dyscyplinie sportu oraz następnie przygotowanie do egzaminu do szkoły wyższej, która trwa 4 lata. Najlepsi zawodnicy są wyselekcjonowani i jada do Pekinu, kwalifikują się do kadry narodowej i reprezentacji Chin. Pozostali zostają nauczycielami wf lub trenerami. Takich szkół prowincjonalnych jest w Chinach 27 x 8 lub 9 szkół w danej prowincji, wszystkie pracują w ten sam sposób. W szkołach prowincjonalnych oprócz techniki rozwija się cechy motoryczne: szybkość, wytrzymałość, skoczność, prowadzone są badania naukowe z użyciem odpowiednich urządzeń. Z rozmowy z trenerem dowiadujemy się, że w badmintonie organizowane są ogólno chińskie turnieje, w których staruje 20 na 30 prowincji (27 prowincji i 3 miasta wydzielone). Każda prowincja ma prawo zgłosić do 12 zawodników i 12 zawodniczek w poszczególnych grach (pojedyncza kobiet i mężczyzn, podwójna kobiet i mężczyzn i mixty). Zawodnicy podzieleni są na grupa A – 32 osoby, B – pozostali. Najlepsi wygrywający zawody kwalifikują się do kadry w Pekinie oraz maja prawo otrzymywać stypendium.
12.30 Obiad, beznadziejny, w zasadzie nie ma, co o nim wspominać, bo ryż i do tego 2-3 przyprawy, piwo i sok. Tyle. Po obiedzie jedziemy na wycieczkę do fabryki haftu na jedwabiu. Fabryka to raczej manufaktura zatrudniająca 30-40 osób. Ludzie jak one to haftują! Haft na jedwabiu, figura starca zdrowia to od 2 do 4 tygodni codziennej 12 godzinnej pracy. Odhaftowywują duże wzory z książek, starodruków. PIĘKNE, ale ceny też są cholerne. W sumie ciekawe, nawet bardzo, ale drogo, o matko i córko. Wcale się nie dziwię, jeżeli jeden z obrazków na jedwabiu Pani haftowała 4 miesiące. Następnie jedziemy na trening i do hotelu. Około 17.45 Jesteśmy przygotowani do kolacji, ale okazuje się ona kolacją przywitalno-chyba pożegnalną. O godz.18.30 autobus zabiera nas do innego hotelu. No tak, kuchnia tu jest wyśmienita. Na powitanie częstują nas motylem ma talerzu, który wykonany jest z różnego rodzaju plastrów mięsa, nie mam aparatu, więc i zdjęć też nie ma, wielka szkoda. W kolacji uczestniczą Przewodniczący Komitetu Prowincji Hunan, Dyrektor Międzynarodowego Działu, trenerzy, Wice Przewodniczący. Siedzimy przy stole 8 osobowym razem z Ryśkiem Andrzejem, trenerami. Dwa inne stoły wg tych samych zasad zawodnicy polscy i chińscy. Potrawy serwują pyszne, Shi Pin czyli Jola tłumaczy mi w biegu. Orzeszki, żołądek krowy cieniutko pokrojony- pyszny, wołowina na ostro, naleśniki z kaczką cienko pokrojoną i z sosem, sojowym i pędami czosnku, ryba, zupa w wielkim naczyniu gotowana na stole (jakby fondue z warzywami, mięsem, makaronem sojowym, trepangi, piwo, wódka wyrabiana w tej prowincji. Jedzenie bardzo
smaczne. Po kolacji jest wymiana upominków. Pan Przewodniczący otrzymuje haftowany proporzec z emblematem Polskiego Związku Badmintona na biało czerwonym jedwabiu, ( ale się dobrze dopasowaliśmy), pan dyrektor polski upominek, ale już niestety nie pamiętam dokładnie, co, my zaś otrzymujemy talerze z chińskimi malunkami. Cały czas trwają toasty, ja piję wino, Andrzej wódkę, Rysiek piwo a Jurek i to i to. Wódka tej Prowincji jest bardzo podobna do wódki mał-taj. Ja nie mogę jej przełknąć ani z powodu smaku ani z powodu zapachu, no wraca mi się szybciej niż odrzutowiec, niż się ją łyka, więc nie piję. Bankiet kończy się o godz.21.40 Jedziemy do Hotelu i zjeżdżamy do barku. Pijemy po drinku, zawodnicy colę. O 22.00 Zawodnicy wracają do pokojów my rozmawiamy z Duńczykiem, Niemcami oraz Chińczykiem z Hong Kongu. O 23.30 Idziemy spać. Aby nie było tak smutno i nudno tańczymy po kilka tańców, w tym rock and rolla ku zachwytowi tutejszych, którzy tańca nie znają, gdyż był zakazany jeszcze 3 lata temu. Teraz już nie, teraz wolno tańczyć! Teraz Partia zinterpretowała rewolucje Kulturalną i teraz właśnie można tańczyć, chodzić do restauracji, mieć prywatny business. To naprawdę zadziwiający Kraj. Restauracyjki mnożące się na kilku metrach. Gotują w beczkach po ropie, które używają zamiast kuchni. Garnki okopcone jak sagany, extra. Na ulicach tłumy, jedzenie jest smaczne,
klientów wielu. Tylko ja jakoś nie mam ochoty niczego próbować, może szkoda?
14.01.1986 r
8.00 śniadanie
9.00 Trening, a my z Andrzejem do miasta na szybkie zakupy. Kupuję sobie porcelanowe filiżanki, jedwab, i kilka drobiazgów na prezenty. W końcu po raz pierwszy spóźniam się na obiad, który jest bardzo kiepski, nawet nie zanotowałam, co podano. Po obiedzie znowu zakupy. Jestem tak zmęczona, że zdycham, a zdycham, bo mnie boli głowa. Zmarzłam jak grom, ponadto pada deszcz. Kolacja o 17, nie jest warta nawet odnotowania. W tym hotelu kuchnia jest kiepska, dlaczego bo dania są ciemne, co oznacza właśnie kiepską kuchnię bez żadnego wyrazu, patrzcie, jakim koneserem kuchni chińskiej się stałam po niespełna dwóch tygodniach pobytu. O 18.00 Jedziemy na mecz, podczas którego robię te właśnie zapiski.
Mecz rozpoczynamy uroczystym wejściem trzymając się za ręce podniesione do góry. Prezentacja obu zespołów, wymiana proporczyków i drobnych prezentów. Mecz Jacka Hankiewicza bardzo się podoba, nieśmiałe wołanie z trybun Puola, Puola, (Polska, Polska) fragmenty meczu Jacka wyśmienite. Na Hali bardzo zimno, temperatura nie przekracza 9 stopni. Siedzę w palcie i jest mi zimno.Z ust leci para widać jak oddycham. Siedzimy na trybunie honorowej. Mecz jest transmitowany przez dwa kanały telewizyjne. Po mojej prawej stronie siedzi Andrzej, tłumaczka, Przewodniczący Komitetu Sportu, Dyrektor Międzynarodowego Działu, po lewej Przewodniczący Badmintona, trenerzy i Pan z Quijyang. Kochany chłop, przywiózł pozostałe zdjęcia z Quyijang oraz znad wodospadu. Mecz przegrany właściwie bez dłuższej historii. Daleko jeszcze do mistrzów, długa i żmudna droga. Praca, praca, praca. Wiele lat pracy! Pakowanie, mycie głowy i w końcu o pierwszej z minutami idę spać.
15.01
7.30 śniadanie jajka sadzone, kawałek szyneczki, kawa, herbata, mleko tosty.
8.00 Wyjazd na lotnisko.
No i żadna siła nam nie pomaga, niestety. Jest już 16.30, a my cały czas siedzimy na lotnisku. Co prawda mieliśmy wyjechać o 8.00 ale wyjechaliśmy o 11.00. Kilkadziesiąt ładnych godzin spędzamy na lotniskach przytupując, bo tu też jest chłodno. Chłopaki z Prezydentem grają w karty a my uczymy Chinki języka polskiego. Cała ekipa chińska jest z nami i cierpliwie czeka do godz. 16.00 na nasz samolot. Właśnie teraz odjechali. Podobno mamy wylecieć o 19.00, ale czy na pewno? Jutro, jeżeli dolecimy do Pekinu, wycieczka na Wielki Chiński Mur. Ale na razie trzeba dolecieć. Dla Taty kupiłam wódkę Małtaj w pięknej porcelanowej butelce, to chyba ze względu na tę butelkę dokonałam zakupu. Gdybym mogła kupić to, co widziałam i było piękne musiałabym chyba kupić samochód, aby to przepchnąć do Polski. Na lotnisku jemy obiad, zupełnie dobry: zupa w kociołku, trepangi, ryż, na ostro wołowina, bambus z mięsem, bułki na parze, piwo, lemoniada. Wszyscy mają już dosyć czekania i bardzo chcemy odlecieć do Pekinu. Chiński mur jednak nas ciągnie.
Wczoraj po meczu był wspólny poczęstunek: ciasto, lemoniada, kawa i wódka, małtaj ale ta z Hunan. Ja nie mogę tego nawet powąchać. Andrzej musiał pić toasty, Rysiek wypił jeden, a Jurek powiedział, że wszystkie rozkazy Andrzeja ma gdzieś, nie sprecyzował dokładnie gdzie, ale i tak się domyśliliśmy. On tego nie może nawet na odległość powąchać. Pewnie mu zaszkodził przedwczorajszy bankiet, kto to wie?
W dalszym ciągu czekamy…
Do 20.00 – Startujemy po kolacji składającej się z ryżu, jakiś grzebyków – nie jem, jajecznicy, marchewki z mięsem, makaronu sojowego na ostro, trepangów, ryby w całości, zupy z jajecznicą w środku, frytek mięsnych, wątróbki z pędami czosnku, piwa i mandarynkowego napoju, oraz kapusty pekińskiej.
W Pekinie jesteśmy o 24.00
Bardzo zmęczeni. Mam pięknie spuchnięte nogi i ręce. Ledwie myślę.Szybko, załatwiam karty i pokoje.
Już w pokojach, szybkie pranie i spać.
Cdn.


Z góry panorama miasta Quiyang jest zupełnie inna. Widać tylko ogromne bloki i nowoczesne miasto. Natomiast jadąc przez to miasto, widzisz tylko maleńkie klitki, domki ulepione z gliny, postawione z cegły, maleńkie, takie na jeden pokoik. Przed domem gotuje się w garach, saganach, a ryż w drewnianych stągwiach. Widać mnóstwo maleńkich stołówek pod gołym niebem, takich barów szybkiej obsługi na świeżym powietrzu. Shi Pin mówi, że od 3 lat, po zdefiniowaniu przez partię rewolucji kulturalnej, można prowadzić prywatny handel. Zresztą widać to dokładnie na ulicy. Ogromna ilość sklepików, gdzie handluje się wszystkim. Jeden przy drugim, wąskie i długie. Handel trwa od rana, od godz. 10.00, mniej więcej do dwunastej, pierwszej lub drugiej w nocy. Czynne są też zakłady usługowe: klientka siedzi bez buta, a szewc na poczekaniu go reperuje. W ogóle widoki są różne i czasami nas szokują. Bloki mieszkalne z rurami od tak zwanych „kóz” – rodzaju piecyków używanych tuż po wojnie w Polsce, z których leci dym. Nie ma w tych domach centralnego, więc w razie zimna pali się brykietami w kozach. W związku z takimi rozwiązaniami ciepłowniczymi nie ma mowy o firankach w oknach. Quiyang jest miastem czystym, mimo tych niedogodności. Niestety toalety stanowią wyjątek i dlatego nie będę o nich wspominała… Dziewczyny, widząc rozwiązania w nich panujące, krzyczały, że absolutnie, że nic z tego, a ja na to, że gdzieś indziej może być jeszcze gorzej, że musi być tu, a nie gdzie indziej, i niech patrzą mi w oczy, i damy radę. Dałyśmy!
Wieczorem zapraszają nas na bankiet (reasumujemy dzień: śniadanie, długi trening, obiad, wycieczka, hotel i bankiet). Bankiet w dwupiętrowej restauracji, na pierwszym piętrze ogromna hala ze stolikami i tu mamy śniadania, teraz zaś idziemy na drugie piętro, do sali gdzie ustawiono kilka okrągłych stołów. Wita nas przewodniczący komitetu kultury fizycznej. Siedzimy przy stole: Andrzej, ja, Rysiek, Shi Pin (Jola), Jurek, trenerka chińska, przewodniczący komitetu badmintona, przewodniczący komitetu kultury fizycznej i jeszcze dwie czy trzy osoby. Najpierw przemówienia, następnie toast wódką małtaj (to nie dla mnie, przełknąć nie mogę, zapach – lepiej nie wąchać). Idzie, ALE TO JEST ten jedyny raz, aby nie urazić gospodarzy. Podają wino, ale ja wiedząc, że mają pyszne piwo, proszę o nie i od tej pory jest ok. W tak zwanym międzyczasie nasz Prezes Andrzej wygłasza toast za przyjaźń, za badminton, za spotkanie i za możliwość nauki badmintona w kraju mistrzów. Do toastu dołączamy upominki, w tym ręcznie haftowany jedwabny proporzec Polskiego Związku Badmintona wykonany przez naszą znajomą p. Panasiuk. Zaczynają serwować potrawy, szybko, bardzo szybko, my zdychamy od tempa. Pierwszy kęs dostaje Andrzej, później ja, Rysiek, Jurek. Potrawy są nakładane przez przewodniczącego Urzędu Kultury Fizycznej Prowincji. Następnie mogą brać pozostali. Rysiek i ja nie pijemy. Do Andrzeja podchodzą goście i każdy chce z nim wypić. Serwowanie potraw trwa, a ja cały czas notuję. Notatnik z piórem mam na kolanach, co wzbudza ogólną radość. Podają potrawy w kolejności serwowania, ale nie jestem dzisiaj pewna czy zdążyłam zanotować wszystkie: ryba sosna, ryba krzyk dziecka (jest pod ochroną), mątwa, żółw pieczony, panda, smażone kartofelki nadziewane cebulką, schab w sosie, sałatka mięsna z bambusami, sałatka ze szpinaku, sałatka z rzodkiewki, kurczak nóżka, grzyby mun, mandarynki, kompot owocowy z ananasami, mandarynkami, li czi, i jakimś białym dobrym owocem, ciasto biszkoptowe – jemy pałeczkami, no i piwo dla „starszyzny”. Zawodnicy pili napoje typu domowa lemoniada. Atmosfera tego spotkania była przyjacielska, a nawet gorąca. Na zakończenie bankietu
poprosiłam, aby starszyzna opróżniła swoje kieliszki i polałam naszą żytnią, i dopiero wtedy lody zostały przełamane, humory znakomite, a my odjeżdżamy w miłej atmosferze. O godzinie 20.15 jesteśmy już w hotelu. Rozmowa z zawodnikami, którzy nie dali się wciągnąć w wir toastów. Wiedzą, po co przyjechali. Szybko idziemy spać.
też, wszyscy pomagają nam kupować, pomagają wybierać. Wybieram Buddę szczęścia. To taki Budda, który jest gruby, siedzi i sześcioro małych Chińczyków wokół niego, oraz Buddę zdrowia – La Shu Shin. Otwieram torebkę, aby zapłacić i w tym momencie głowy wszystkich pań będących w sklepie pochylają się nad jej zawartością, pewnie jest to bardzo ciekawe, co ja takiego mogę w niej mieć. Oprócz paszportów całej ekipy i pieniędzy
nie mam tam nic. Zapłaciłam i muszę stwierdzić, że obydwaj panowie: Budda szczęścia i Budda La Shu Shin, przetrwali wszystkie moje przeprowadzki, przelot z Chin do Polski i są ze mną do dzisiaj.
razu ruszamy do Pałacu Cesarskiego. Imperial Palace. Pałac ogromny, piękny, robi wrażenie, kilkaset budynków, ponad 9000 komnat. Wspaniały: czerwień i złoto, pagody. Wszyscy myślą o tym samym – czy rzeczywiście tu jesteśmy? Wracamy do cieplutkiego hotelu. Kupuję mapę Chin, Pekinu – Beijng, a o siódmej kolacja, wszyscy mają zabawę, bo jemy po raz pierwszy w życiu pałeczkami. Nikt z nas nie umie się nimi posługiwać, dlatego jest zabawnie. Wszyscy cieszą się jak dzieci jedząc bardzo dobre dania kuchni chińskiej. Po kolacji szybko spać, za oknem monsunowy wiatr, a raczej wietrzysko. Można powiedzieć, że wszyscy zasypiamy na stojąco, bo to już dwie doby na nogach, a zawodnicy przecież jechali do Warszawy z całej Polski. Pobudka o siódmej rano. Mieszkamy w hotelu średniej kategorii, tapczany, w pokojach ciepło, łazienka, a w niej karaluchy – trzeba będzie się przyzwyczaić. Na stoliku w pokoju stoi wielki termos z gorąca wodą, filiżanki z chińskiej porcelany i herbata jaśminowa. Zaparzam i od razu lepiej. Po śniadaniu wyjeżdżamy na lotnisko. Po drodze wstępujemy do sklepu, kupujemy zeszyty (wszyscy chcą prowadzić dzienniki podróży). Wiatr ogromny, sypie piaskiem. Ludzie chodzą w specjalnych maskach z szalami owiniętymi dookoła głowy. Jeszcze wczoraj wywoływało to uśmiech, dzisiaj rozumiemy dlaczego. Na ulicach ogromny ruch, wszędzie rowery, rowery, rowery i rzeka ludzi. Zresztą ludzi jest dużo i wszędzie. Na lotnisku, w restauracji, na ulicy. Ubrani bardzo skromnie, ale ciepło. Spódnicę noszę tylko ja. Wszyscy w spodniach i w kurtkach prawie jednakowych, najczęściej zielonych, pikowanych. Czekamy na odlot naszego samolotu, więc możemy się trochę porozglądać. Podczas obiadu Shi Pin przedstawia nam plan podróży: Z Pekinu (Beijing) lecimy do Guiyang – stolicy prowincji Guizhou, stąd do Chengdu, stolicy prowincji Sychuan, następnie do Wuhan, stolicy prowincji Hubei i do Czangsha – stolicy prowincji Hunan. Zapowiada się długa wyprawa, przygoda sportowa w sercu światowej szkoły badmintona. Obiad w restauracji jest bardzo smaczny. Składa się z przystawek: zimnego mięsa pokrojonego w cieniutkie plasterki, grzybków, słodkiej kiełbasy, ryżu, pędów czosnku z bambusem i mięsem, pysznej ryby na słodko, kalafiora z grzybkami i sosem, krewetek z pędami bambusa w sosie. Lot opóźniony o cztery godziny. Samolot Ił 18 – lot dobry i pierwsze 1600 km za nami. Na lotnisku witają nas osobistości lokalnych władz: szef badmintona, kilka osób z Miejskiego Komitetu Kultury Fizycznej,
i prasa. Nasz Prezes ma dużo roboty, wywiady, zdjęcia, herbata powitalna na lotnisku, pytania, i w końcu lądujemy w hotelu. Jest 40 minut po północy. Jemy kolację. O ósmej Rysiek budzi nas wszystkich (ja śpię, bo wzięłam coś na sen). Quiyang jest piękną prowincją z kopalnią węgla kamiennego. Występuje tu roślinność tropikalna. Jest dość ciepło, bo plus dwa stopnie. Podczas śniadania ustalamy plan na następne kilka dni: od 4.01 do 7.01 posiłki, godziny treningów, w czasie wolnym trochę zwiedzania. 6 stycznia o 19.00 pierwszy mecz Polski z reprezentacją Prowincji Quiyang. Jako szef organizacyjny uczę się kilku słów po chińsku: nihao – dzień dobry, sie, sie – dziękuję, tui buci – przepraszam, ho ho – dobrze, mei kłen szi – nie szkodzi, hłen fa czio –zmiana, mał czio – badminton, czung ło – Chiny, koi koi – można, taja – słońce, czange – śpiewać, łomen dzo – idziemy, la shu shin – dziadek zdrowia, czin cuo – proszę siadać. Pierwsze śniadanie w Quiynag nas rozczarowuje, ponieważ gospodarze chcąc nas ugościć, podają europejski
posiłek. Wiemy, że oni takiego śniadania nie jedzą – jak to powiedziała Shi Pin – takie śniadanie jedzą w Mongolii. No cóż, ok, więc dziękując serdecznie za ukłon w stronę Europy prosimy za pośrednictwem Shi Pin o serwowanie nam typowo chińskich posiłków. Wywołujemy ogólne zdziwienie, ale przyjęte z aplauzem. Tym razem jedziemy do hotelu zabrać nasz sprzęt sportowy i jazda na halę, ale tu niespodzianka. Czeka na nas herbata, i nie ma mowy o tym, aby jej nie wypić. Nie chcemy być niegrzeczni, wypijamy i szybko na halę. Kolejna niespodzianka. Na hali zimno, gorzej niż na dworze. Rysiek Borek prowadzi trening, notuje Jurek Szuliński, no i ja. Jest prasa i telewizja. Pod trybunami siedzą chińscy trenerzy, organizatorzy, dyrektor turnieju, zastępca i pracownik. Biorąc pod uwagę wcześniej spotkanych pięciu organizatorów i szefa, który nimi dowodzi, grupa liczy tyle osób, ile u nas pracuje przy organizacji międzynarodowych mistrzostw Polski, ogromnego turnieju z udziałem 31 państw z całego świata. No i refleksja… ich jest więcej niż nas w Polsce i to ile razy! Stolica Quiyang liczy 1,5 miliona ludzi, a cała prowincja około 110 milionów. W porównaniu do Polski liczącej wtedy 37 milionów i Warszawy 1,5 miliona ludzi. Program meczu na dwóch kortach ustala osiem osób: na korcie pierwszym gramy grę pojedynczą mężczyzn, kobiet, grę podwójną mężczyzn i mieszaną, a na korcie drugim: grę pojedynczą kobiet, mężczyzn, podwójną kobiet i podwójną mężczyzn.
W 1967 ukończył studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu Warszawskiego. Przez krótki czas był sprawozdawcą sportowym w Polskim Radiu. W czasie studiów rozpoczął działalność w Związku Młodzieży Socjalistycznej, na początku jako szef koła ZMS na Wydziale Prawa UW, szef organizacji dzielnicowej na warszawskim Żoliborzu, a następnie kierownik wydziału propagandy i prasy Zarządu Głównego.
W 2009 roku powierzono mu pełnienie tej funkcji na kolejną czteroletnią kadencję. 17 kwietnia, w roku zdobycia przez polskich sportowców rekordowej liczby sześciu medali na zimowych igrzyskach olimpijskich w Vancouver, miał złożyć sprawozdanie na dorocznym zjeździe Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Nie zdążył. Prezes PKOl miał w czasie rocznicowych uroczystości złożyć wieniec od Polskiej Rodziny Olimpijskiej na grobach naszych olimpijczyków zabitych w katyńskim lesie.Pogrzeb Piotra Nurowskiego w poniedziałek
Idea spotkania zrodziła się nagle i spontanicznie wśród grona Przyjaciół i najbliższych współpracowników Prezesa Piotra Nurowskiego. Do Centrum przybyli członkowie Zarządu PKOl: Irena Szewińska – członek MKOl i wiceprezes PKOl, Andrzej Kraśnicki – wiceprezes PKOl, Zbigniew Waśkiewicz – wiceprezes PKOl, Adam Krzesiński – sekretarz generalny PKOl, a także były Prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego w latach 1991 – 1997 Andrzej Szalewicz. Było wielu polskich olimpijczyków, między innymi: Otylia Jędrzejczak, Dorota Idzi, Anna Jesień, Zygmunt Smalcerz, Ryszard Szurkowski, Paweł Nastula, Paweł Korzeniowski, Paweł i Grzegorz Skrzeczowie, Antoni Zajkowski. Przybyli trenerzy, przedstawiciele polskich związków sportowych, rodzice Kamili Skolimowskiej, przedstawiciele telewizji
POLSAT i firmy Elektrim, pracownicy PKOl.
Przybyli wpisywali się do Księgi Kondolencyjnej, składali kwiaty, zapalali znicze.
Horst Kullnigg, prezydent Austriackiego Związku Badmintona, późniejszy dyrektor finansowy Europejskiej Unii Badmintona, nasz wielki przyjaciel, który wiele razy ratował mnie z opresji, gdy brakowało nam drobiazgów a on przesyłał je poprzez swoich zawodników, do którego mogłam wysłać telex – telex to było urządzenie techniczne, przez które kontaktowaliśmy się ze światem. Łącze sztywne, wydzwanialiśmy do centrali połączeń międzynarodowych, łączono nas z wybranym numerem w świecie i nadawaliśmy to, co zostało zaperforowane (zakodowane na taśmie). Specjalistką pracującą na tej maszynie była Regina Jarnutowska, która obsługiwała wszystkie związki sportowe mające swoją siedzibą na stadionie X-lecia. O ile dobrze pamiętam były to: Polski Związek Akrobatyki Sportowej, Polski Związek Rugby, Polski Związek Podnoszenia Ciężarów, Polski Związek Hokeja na Lodzie, Polski Związek Łyżwiarstwa Figurowego, Polski Związek Łyżwiarstwa Szybkiego, Polski Związek Tenisa Stołowego, Sportfilm i my.
W ten sposób załatwialiśmy różne sprawy w kraju i za granicą oraz udział naszych zawodników kadry narodowej i reprezentacji Polski w zawodach międzynarodowych i mistrzowskich.
która jest przyszłością narodów albo nawet przyszłością Zjednoczonej Europy, fizycznie i umysłowo dojrzałą do swoich zadań życiowych. Będziecie nagrodzeni widząc przyjaźń i lepsze zrozumienie między ludźmi z różnych części świata. Może kiedyś będzie taki świat, w którym jedyną walką będzie ta rozgrywana na korcie badmintonowym. W imieniu EBU ogromnie dziękuję za wasze przyczynianie się do tego…”
Uffff… Odetchnęłam z ulgą. O to chodzi, zaczęłam się histerycznie śmiać, po prostu wspaniale, fantastycznie, super, huurrrrrra! Oto reklama, to jest marketing! Szalewicz pomyślał, że zwariowałam, ponieważ śmiałam się kilka minut, łzy płynęły mi po twarzy, a z nimi mój piękny make up. Na taką chwilę czekałam całe 8 lat. Przeglądam gazety i widzę wszędzie prawie te same tytuły! A we mnie radość! Reklama imprezy, o jakiej można tylko marzyć – we wszystkich gazetach ZA DARMO! Ile osób przyjdzie zobaczyć mistrzostwa? Ile osób będzie chciało spotkać tych, co sprzedali imprezę Anglikom! Przyszło ponad trzy tysiące ludzi. Stali wszędzie, na dwóch balkonach, siedzieli na miejscach, siedzieli na krzesłach, które Julian zorganizował, przywożąc na halę z technikum kolejowego, ale miejsc i tak nie starczyło! Dziennikarzy wyłapywaliśmy tuż przy wejściu, Ryszard Lachman (rzecznik prasowy PZBad) i Grzegorz Gajewski mój asystent, miał oko na wszystkich. Prowadził ich do Andrzeja. A ten, korzystając z pomocy Zbyszka Mazanek (niestety w 1992 r. odszedł od nas na zawsze), mojego brata judoki, a wtedy porządkowego, sadzał ich na wydzielonych miejscach VIP, gdzie siedzieli już Minister Sportu Marian Renke, jego zastępca dr Stanisław Stefan Paszczyk (zmarł w roku 2009), Stan Mitchell Prezydent Europejskiej Unii Badmintona, Emile ter Metz- honorowy Sekretarz Generalny EBU, Audrey Kinkead, Prezydent Irlandzkiego Związku Badmintona, członek Komisji Rozwoju EBU, Torsten Berg z Danii, przewodniczący tej komisji. Po wielu latach dowiedziałam się od Wojtka Cicharskiego, w owych latach wicedyrektora Departamentu Sportu, późniejszego sekretarza generalnego PZBad, że Stanisław Stefan Paszczyk, zastępca ministra ds. sportowych nakazał obligatoryjnie pracownikom departamentu sportu wizytację naszych zawodów, aby popatrzyli jak należy organizować imprezy sportowe o zasięgu międzynarodowym. Pewnie wtedy Stefan nie wiedział, że krótko przed ich rozpoczęciem widmo krat więzienia miałam przed oczami.
Rozmarynowskiego, naszego przyjaciela fotografa, o udostępnienie kilku z tych najładniejszych zawodów w badmintonie, jakie oglądałam w latach osiemdziesiątych, po prostu nie miałam wtedy jeszcze aparatu fotograficznego i dlatego nie mogłam ich zrobić! Nota bene dopiero w 1987 r. nabyłam ten sprzęt wykorzystując wyjazd zaprzyjaźnionego trenera do Singapuru. Aparat był rzeczywiście tani i służył mi przez prawie 14 lat.
potrzeba a potrzeba było wielu rzeczy. Nie pamiętam jak mi to wpadło do głowy, aby iść do Horsta (ówczesnego prezesa Austriackiego Związku Badmintona) z pytaniem, co zrobią z pudełkami, w których trzymają komunikaty i informacje dla ekip. Zapytałam. Odpowiedź była prosta – wyrzucimy. A ja na to: – Takie dobre pudełka, przecież przydadzą się nam w Warszawie! Zabrałam 23 pudełka, pięknie rozłożyłam, spakowałam do mojej wielkiej torby sportowej i przywiozłam do Warszawy razem z karteczkami samoprzylepnymi w różnych kolorach, setką długopisów, podkładkami dla sędziów, i przez następne kilka lat używaliśmy ich ot tak, jakby od zawsze były dostępne u nas w dowolnych ilościach, pamiętam nawet kolor brązowej tektury z napisami państw po angielsku. Horst znawca tematu organizacji wielkich imprez, do tych pudełek brązowych dodał też kilka kilogramów kawy wiedeńskiej, którą wykorzystaliśmy serwując VIP-om , gościom oraz sędziom na hali Mera.
Organizowaliśmy zawody, które Europejska Unia Badmintona przyznała nam po raz pierwszy od pamiętnego założenia Polskiego Związku Badmintona w roku 1977. Drużynowe Mistrzostwa Europy grupy B –„ Helvetia Cup” (pierwszych sześć drużyn sklasyfikowanych w Mistrzostwach Europy na miejscach 1-6 nie brało udziału). „Helvetia Cup” gdyż puchar na te zawody ufundował kiedyś Szwajcarski Związek Badmintona. Polska w tym czasie była siermiężna, nijaka, brudna i bura. Ale nam się chciało chcieć! Janusz Rybka, pan doktor ze specjalizacją wod-kan na Politechnice Wrocławskiej przyjechał z całą swoją paczką. Szorowali wykładzinę Mery, zafajdaną przez wróble, które nie wiedzieć skąd przylatywały do hali robiąc oczywiście to i owo na perłowo! Czyściliśmy, wkręcaliśmy powyrywane krany, kurki od wody, jak również sprzątaliśmy wszelkiego rodzaju brudy w hali i przed halą. Hala Mera musiała błyszczeć. Zasłony na trójkątnym, wielkim oknie wieszała zaprzyjaźniona (od 1980 r.) grupa alpinistów, zaangażowana przez nas do tego celu. Zresztą chłopaki miały i trudniejsze zadania, czyli wymianę żarówek typu LH 256.
To było w 1945 roku, w Bleckenstedt w Niemczech, niedaleko, bo 6 km od wielkich zakładów Herman Goering Werke produkujących broń i amunicję dla Niemiec podczas II wojny światowej. Dziś ta sama fabryka nazywa się Zakłady Hutte Werke w Salzgitter, a Bleckenstedt jest częścią Salzgitter. Ówczesna miejscowość Bleckenstedt leżała nad kanałem Osnabruck-Hannover łączącym rzekę Elbę, Hamburg z morzem Północnym ale także przez Postdam z Berlinem. Kanał i zakłady w dniu moich narodzin były piekielnie ostrzeliwane przez wojska alianckie, gdyż właśnie przetaczał się front. Wszyscy znajdowali się w betonowym schronie z wyjątkiem matki, ojca i niemieckiej akuszerki (pomagającej przy porodzie), którzy byli w domu. Bombardowanie trwało nieprzerwanie ponad dwadzieścia godzin, także można powiedzieć, że bombowo i bez komplikacji przyszłam na świat w ciągu niespełna kilku godzin.
Dlatego to opowiadanie doprowadzę do etapu zakończenia nauki w Liceum im Romualda Traugutta przy ul. Smoczej 6, gdzie zdawałam egzamin maturalny. Wychowawcą naszej klasy był rewelacyjny pedagog Bogumił Pałasz, z wykształcenia historyk, dzięki któremu nasza gromada 32 osób, czyli cała klasa, zdała maturę i wszyscy dostaliśmy się na studia, jak jeden mąż! Mało tego, wszyscy te studia ukończyli. Najwięcej, bo siedem osób ukończyło Politechnikę Warszawską, trzy Akademie Medyczną, Akademię Sztuk pięknych, pozostali Uniwersytet Warszawski, Wydział Weterynarii SGGW, no i ja jako jedyna Akademię Wychowania Fizycznego jako trener II klasy w judo (czarny pas 3 Dan – Sandan). Mamy kontakt z koleżankami i kolegami z liceum, nawiązaliśmy go dwa lata temu dzięki portalowi Nasza-klasa.pl, a ja byłam moderatorem mojej klasy – mojego rocznika.
Dzień Babci i Dzień Dziadka to nieoficjalne święta mające na celu uhonorowanie wszystkich babć i dziadków. W te dni tradycyjnie nasi wnukowie składają życzenia swoim babciom i dziadkom i obdarowują ich kwiatami, laurkami i prezentami, często wykonanymi przez siebie.