Subskrybuj kanał RSS bloga Okiem Jadwigi Subskrybuj kanał RSS z komentarzami do wszystkich wpisów bloga Okiem Jadwigi

Archiwum kategorii ‘Tradycje’

Jak zwykle przed nadchodzącymi Świętami Bożego Narodzenia postanowiłam pojeździć po warszawskich sklepach. Nie lubię odkładać zakupów na ostatnią chwilę, wolę w spokoju pooglądać wystawy, wejść tu i ówdzie, nabrać smaku na zakupy, ale nie od razu. Wszystkich sklepów nie objadę, więc nie muszę robić długiej listy. Mam kilka ulubionych miejsc, w których co roku kupuję różne rzeczy na prezenty dla najbliższych, ponieważ są one naprawdę dobrze zaopatrzone pozostanę nadal ich wierną klientką. Jednak, co roku swoje buszowanie po sklepach zaczynam od tego jednego, jedynego dla mnie najbardziej magicznego sklepu, który odwiedzam, co roku od chwili jego powstania. Zresztą prawdę powiedziawszy jestem w nim stałą klientką w ciągu roku, ponieważ tam kupuję różne piękne rzeczy do wystroju mojego ogrodu, tarasu, a także domu. Ale przed świętami bez wizyty we Flora Point Pani Kaszuby nie mogę się obyć. Dzisiaj pojechałam tam po raz pierwszy przed nadchodzącym Mikołajem. W sklepie od kilkunastu dni panuje atmosfera świąteczna. Przestrzeń sprzedażowa salonu została podzielona na kilka części, w których prezentowane są różne, różniste propozycje świąteczne. W zeszłym roku królowały kolory Bollywood, a w tym roku? Co jest najmodniejsze w tym roku w zakresie dekoracji domu, choinki a także ogrodu, okien, jakie trendy zaproponowano nam na koniec roku 2011? Za pozwoleniem szefostwa Flora Point zrobiłam zdjęcia, abyście mogli sobie popatrzeć na wszelkiego rodzaju cudeńka. Nie wszyscy moi czytelnicy mieszkają w Warszawie, dlatego warto popatrzeć jak na te święta będą stroili swoje mieszkania Warszawianie, szczególnie z gminy Wawer, na terenie, której jest zlokalizowany salon Flora Point. Pani Kaszuba, jak co roku przedstawia nam propozycje nie tylko na wystrój choinek, ale także w limitowanych seriach sprowadza różnego rodzaju upominki, które pięknie wplatają się w charakter wystroju mieszkania, tak, że zarówno choinka jak i prezenty oraz wszelkiego rodzaju opakowania mogą być dopasowane do stylu choinki. Jestem wielką entuzjastką wyszukiwania wszelkich nowości, jakie w danym roku proponują nam handlowcy, z tym, że najwięcej moich pomysłów zaczerpnęłam jak dotychczas z zaprezentowanej oferty salonu Flora Point. W tym roku oprócz choinek w kolorach różowego dymku i dodatków w takim samym odcieniu, pełno jest bardzo pomysłowych i kolorowych w różnych odcieniach złota, srebra, bieli oraz najpiękniejszego koloru czerwonego. Czy nie uważacie, że kolor czerwony jest jakby stworzony dla tych Świąt? Piękne choinki przybrane czerwonymi i białymi bombkami, zawieszone biało czerwone przystrojki z reniferami, można powiedzieć Norwegia zjechała do nas w całej krasie. Tylko patrzeć jak zza którejś choinki wyjrzy Rudolf ciągnąc sanie św. Mikołaja. Prosząc o zgodę właścicieli Flora Point na wykonanie fotografii rozmawialiśmy o tegorocznych trendach stroikach choinkowych oraz ubieraniu choinki i było mi bardzo miło, gdy gospodarze powiedzieli, że wpis z dnia 28 Listopada 2010 r. przeczytali i bardzo im się podobał. No cóż ten sklep jest moim od lat i kupuję tu nie tylko świąteczne ozdoby, ale także wszelkiego rodzaju ogrodnicze przydasie z roślinami, krzewami, drzewami włącznie, ale nie tylko. Zawsze otrzymuję bardzo cenne wskazówki w sprawie nasadzeni, gdyż pani Kaszuba sama ma piękny ogród i jest fachowcem, a wspólnie z nią pracuje przecież cała Rodzina. Stąd, gdy „Maja w ogrodzie” z Mają Popielarską w roli głównej zawitała do Flora Point od razu poznałam znajomy pawilon z roślinami. Dzisiaj wystrój jest zmieniony dostosowany do tradycji bożonarodzeniowej. Dlatego warto przyjechać i wszystko zobaczyć na własne oczy, tak jak moja córka mieszkająca z drugiej strony Wisły. Zawsze odwiedza to miejsce szukając inspiracji na kolejne święta.

Ja tu rozpisałam się o bajkowym okresie świąt, ale, ale zapomniałam zapytać, czy wszyscy już napisali listy do Św. Mikołaja do Rovaniemi? Ja napisałam, tylko nie wiem, czy byłam na tyle grzeczna, żeby Mikołaj do mojego komina coś wrzucił. Dobrze, że ślubny przed zimą zarządził przegląd kominów, co ułatwi Mikołajowi dostarczenie prezentów. Również tutaj u mnie na blogu Mikołaj przygotował niespodziankę z okazji rocznicy mojego blogowania. Czy wiecie, że mój blog istnieje już dwa lata? W dniu 9 grudnia 2009 była uroczysta premiera, wtedy też zrobiłam pierwszy wpis i tak się to zaczęło. Do dzisiaj przygotowałam dla Was moi czytacze, moi wierni blogowi przyjaciele, napisałam i powiesiłam 254 wpisy, odwiedziło mnie ponad 220.000 osób pozostawiając 5503 komentarze. Mój blog istnieje na serwerze WordPress, nie jest to żaden portal społecznościowy, nie jest to witryna, jak inne portale w formie gazety, która swoich bloggerów promuje wieszając ich blogi z bardzo ciekawymi wpisami i artykułami na pierwszych stronach portalu, a co za tym idzie blog taki uzyskuje zwielokrotnioną ilość odsłon i komentarzy. No niestety, te ostatnie przedstawiają wiele do życzenia, gdyż nie zawsze są one na poziomie i o takich komentarzach ja nie marzę. Cieszę się, że w ciągu dwóch lat zbudowaliśmy wspólnie rodzinę blogową w sieci, że odwiedzamy się wzajemnie, że wymieniamy swoje komentarze, myśli, czasem bardzo intymne, a czasami ryczymy ze śmiechu. Cieszę się, że wspólnie z Wami budujemy świat wirtualny przyjazny ludziom, który przeciwstawia się brutalności i chamstwu w życiu codziennym. Cieszę się również z tego, że choć jestem seniorką 50 + VAT, odwiedzają mnie ludzie młodzi, dla których przygotowuję specjalne wpisy pod wspólnym tytułem „ocalić od zapomnienia”. Sama nigdy nie lubiłam, gdy podczas spotkań rodzinnych, czy też w gronie przyjaciół ktoś ze starszych zaczynał „A pamiętacie? Za moich czasów…” i ciągnęły się opowieści. A ja młoda siksa myślałam wtedy, „O rety jak oni marudzą. Znowu ich wzięło na wspomnienia”. Dzisiaj po wielu latach sama z bagażem doświadczeń i tych pięknych i tych dobrych i tych trudnych, bardzo trudnych wbijających człowieka w podłogę, walących w głowę obuchem, po których trzeba się szybko zebrać w sobie i stanąć znowu na nogach i być przygotowanym do kolejnego zderzenia z rzeczywistością, dzisiaj ja sama staram się opowiadać, opowiadać o przeszłości, opowiadać poprzez prezentowanie na stronach tego bloga ciekawych ludzi, opowiadać o estradzie, kulturze czasów Peerelu, opowiadać o sporcie, o spotkaniach z wieloma wielkimi sportowcami, wybitnymi ludźmi sportu, których na drodze mojej poznałam, lub też, z którymi pracowałam, albo z którymi powiązały nas wspólne losy. Wspominając staram się nie marudzić, opowiadam o sprawach, miejscach, okolicach, zdarzeniach tak jak ja je widziałam, snuję moje opowieści po to by je przekazać, jako przeżyte doświadczenie, aby pokazać, w jaki sposób pokonywaliśmy trudności, opowiadam, aby nasze dzieci, wnuki i prawnuki czytając mogli spojrzeć na mnie jak na osobę, która żyjąc w takich a nie innych czasach zrobiła coś dobrego w swoim życiu, odniosła sukces, o czym warto wiedzieć, miała swoje pasje, zainteresowania, wzloty i upadki i zawsze starała się stanąć na nogi, choć nie było to łatwe. Bo nic nie przychodzi w życiu łatwo, ale z każdego życiowego zakrętu trzeba wyciągnąć wniosek, bo ja moi drodzy uważam, że wszystko w naszym życiu dzieje się po coś. Zawsze prezentowałam takie stanowisko i zawsze zastanawiałam się, po co to mi się przytrafiło, po co ja to robiłam, po co, no … po co? Gdy już umiałam odpowiedzieć na to pytanie stawałam pełna ufności i wiary w swoje umiejętności i dalej walczyłam. Dzisiaj mogę o tym opowiadać. I jeżeli moje opowieści, moje wspomnienia gromadzą wiele osób jestem bardzo szczęśliwa. Od zawsze lubiłam gotować, zbieram przepisy, wymieniam, przywożę z najodleglejszych miejsc Polski i świata. I tymi moimi przepisami dzielę się z Wami. Wszystkie one są przeze mnie wypróbowane, czasami udoskonalone i w tej wersji przedstawiane na blogu. Jednak są one tylko uzupełnieniem moich wspomnień, pokazaniem tego, co w naszej kuchni trwa, jak się zmieniało, ewaluowało oraz jak potrawy i historia wraz z nimi się zmieniała.

KONKURS

Dlatego dzisiaj po dwóch latach blogowania zapraszam wszystkich do zabawy mikołajkowej: z okazji drugiej rocznicy mojego blogowania ja i  Firma Emporia Telecom przygotowaliśmy upominki dla 3 osób, które komentując moje wpisy zajmą zaszczytne miejsca 5999, 6000, 6001, oraz 8 upominków mikołajkowych dla tych, którzy wpiszą najciekawsze komentarze. Jury konkursowe to Grzegorz i Monika, moi wierni od lat Przyjaciele. Niestety nie mogę napisać, jakie to będą upominki, gdyż Mikołaj przyniesie je, jako prezenty niespodzianki w ramach obchodów dnia Św. Mikołaja. Oczywiście wyniki konkursu zostaną ogłoszone a zwycięzcy otrzymają swoje wygrane upominki pocztą. Zapraszam do zabawy! Serdecznie pozdrawiam i życzę wspaniałego tygodnia!

Wasza Jadwiga

Szykując się do nieuchronnie nadchodzących świąt najmilszych i można powiedzieć najpiękniejszych Świąt w roku, do Bożego Narodzenia zastanawiamy się nad potrawami, jakie chciałybyśmy widzieć na stole, podczas tych dwóch trzech dni spotkań rodzinnych.  Jedną z takich potraw jest bigos. Bo któż z nas nie lubi pysznego staropolskiego bigosu składającego się z kapusty kiszonej i świeżej oraz kilku gatunków mięsa? Dosmaczonego cebulką przesmażoną, z dodatkiem łyżki lub dwóch koncentratu, jabłuszka, śliwek suszonych i łyżki lub dwóch powideł śliwkowych. Pokażcie mi taką osobę. Ja do tak skomponowanego bigosu dodaję jeszcze kminek i to wcale niemało, bo przecież ułatwia on trawienie. Danie to od wielu lat nazywamy bigosem staropolskim. Co poniektórzy twierdzą, że jest to bigos na winie, co się pod rękę nawinie to idzie do garnka. Może tak, a może nie. Dla mnie bigos jest potrawą szczególną, gdyż z kiepskich gatunków mięsa niestety nie da się przygotować dobrej potrawy. Dzisiaj w dobie dostępu do wszelakich towarów, we wszystkich sklepach, sklepikach, bazarach, supermarketach (no nie, w supermarketach to ja mięsa nie kupuję) i zaprzyjaźnionych sklepikach osiedlowych, mamy wybór najlepszych towarów w tym mięs, dlatego możemy na te jedne jedyne święta przygotować super bigos po staropolsku. Ale czy kiedykolwiek zastanawialiśmy się jak to naprawdę z tym bigosem po staropolsku bywało? Czy zawsze bigos był gotowany z kapustą? Szukając materiałów do dzisiejszego wpisu znalazłam taką oto informację pana Jarosława Dumanowskiego dotyczącą ukochanej polskiej potrawy, czyli bigosu z kapustą:

„…Bigos z kapustą – czy nie brzmi to jak masło maślane? Czy można sobie wyobrazić bigos bez kapusty? Czy to polskie danie narodowe, z którego słusznie jesteśmy dumni i bez którego trudno nam sobie wyobrazić naszą kuchnię, mogło się kiedyś obejść bez kapusty, podstawowego zdawałoby się jego składnika?
Pewne ślady zmiany charakteru tej rzeczywiście staropolskiej potrawy odnajdujemy w dawnych książkach kucharskich oraz komentarzach dawnych pamiętnikarzy.

Wiele przepisów na bigos, a raczej bigosek, odnajdujemy już w Compendium ferculorum pierwszej wydanej drukiem polskiej książce kucharskiej. W XVII wieku bigosek był potrawą z siekanego mięsa lub ryb. Czerniecki do takiego bigosku zalecał dodawanie pietruszki i cebuli. Zgodnie ze stylem kuchni staropolskiej często doprawiano go na kwaśno poprzez dodanie cytryn, limonii i octu. Autor szczególnie często opisuje „bigosek” z raków tak, jako potrawę samodzielną, jak i garnitur do innych dań. Czerniecki nie znał jeszcze „bigosu z kapustą”, który ostatecznie wykształcił się w XVIII wieku i był już bezpośrednim przodkiem naszego bigosu, to znaczy potrawy, której głównym składnikiem jest kapusta, a mięsa i wędliny stanowią dodatek. Stanisław Czerniecki w swej książce Compendium Ferculorum podaje m. in. recepturę na:

bigosek ze śpikiem

Odwarz i odbierz raki na bigosek, włóż w rynkę, wybierz śpik wołowy, włóż pospołu, wlej rosołu, daj pieprzu, kwiatu (gałki muszkatołowej przyp. Mój) masła płokanego.  Przywarz, a daj na stół. Możesz i cytrynę wycisnąć albo octu winnego dobrego wlać a przywarzywszy, dać),

lubo też bigosek z jarząbka

Uwarz albo upiecz jarząbka, odbierz mięso osobno, skraj bardzo drobno, wlej trochę rosołu, masła młodego, kminu tartego. Przywarz a daj na ciepło. Możesz też kwiatu przydać i wycisnąć cytrynę.

lubo bigosek karpiowy

Zdejmij skórę z karpia surowego, mięso odbierz, usiekaj, cebule pieczonej usiekaj, zmieszaj to społem, włóż w rynkę, wlej oliwy albo masła niesłonego smaż. A gdy przesmażysz, wlej wina, octu winnego, pierzu, cynamonu, rożenków drobnych, cukru, limonia usiekaj. Przywarz a daj. Głowę z tego karpia usmaż i mleczu kawałki odretuj a zmieszaj z bigoskiem i daj na stół.

lubo bigosek holenderski

Szczupaka sprawionego z łuszczką uwarz w occie dobrym zasoliwszy. Uwarzysz zdejmij łuszczkę, podrób, pieczonej cebule usiekaj, włóż w rynkę, wlej trochę wody, masła płokanego, imbieru, kwiatu, octu winnego. Przywarz a daj na stół.

We współczesnej Czernieckiemu rękopiśmiennej książce z nieświeskiej Biblioteki Radziwiłłów pojawiają się z kolei bigos jezuicki, bigosek z ryb opiekany i bigosek maślany z naleśnikami. Także lubujący się w przepisach wzorowanych na recepturach francuskich Woyciech Wielądko opisał w swym Kucharzu doskonałym z 1786 r. bigos z mięsa wołowego, bigos skopowy (tj. z mięsa z kastrowanych i tuczonych baranów) oraz bigos z cielęciny lub innego mięsa.
Rzecz jednak w tym, że żaden z tych przepisów nie przypomina dzisiejszego bigosu. Tak np. brzmiał przepis na bigos z kapłona (kastrowanego i tuczonego koguta):
Kapłona upiecz, mięsiste drobno pokraj, a kościste tak włóż z członkami, cebulę drobno, pietruszki, rosołu wlej, masła płokanego, pieprzu, kwiatu [muszkatołowego], przywarz a daj ciepło. Jeżeli chcesz możesz cytrynę wycisnąć albo octu dobrego winnego wlać, albo agrestu włożyć.
W tym i w wielu innych przepisach z XVII i XVIII wieku w bigosie nie ma ani kawałka kapusty! Bigos przygotowywano z różnych rodzajów siekanego, najczęściej mięsa wcześniej upieczonego, ryb, a nawet raków. Z reguły doprawiano go na kwaśno dodając cytryny, limonii, octu czy szczawiu.

A dlaczego zaczęto dodawać kapustę?  Dodanie do takiego „bigosu” kwaśnej kapusty oznaczało utrzymanie jej smaku przy znacznie mniejszym koszcie przygotowania popularnego dania kuchni szlacheckiej. Zmniejszanie ilości spożywanego mięsa i coraz częstsze sięganie po warzywa jest zresztą charakterystyczną cechą rozwoju staropolskiej kuchni szlacheckiej. Z drugiej strony zastąpienie drogich cytryn i octu winnego przez swojską kapustę i zmniejszenie ilości mięsa w bigosie pozwalało także na delektowanie się tą potrawą przez mniej zamożnych biesiadników.

Piszący pod koniec XVIII wieku  Jędrzej Kitowicz wspominał, iż „bigos z kapustą” należał do typowych potraw z czasów początku rządów Augusta III. Dla Woyciecha Wielądka bigos to ciągle jeszcze tylko potrawa mięsna, ale w innych przekazach ze schyłku XVIII wieku natykamy się już, tak samo, jak u Kitowicza na bigos hultajski z kapustą.

W XIX wieku wystarczyło już tylko trochę zmienić proporcje mięsa i kapusty i oto mamy nasz poczciwy, współczesny bigos.

O bigosie na święta Bożego Narodzenia i nie tylko, o historii bigosu i jego procesie przemiany w nasz bigos „staropolski”, który ze staropolskim niewiele ma wspólnego, o bigosie w dzisiejszych czasach napisała dla Was

Wasza Jadwiga

Od kilku dni wszyscy odwiedzamy bliskich na naszych cmentarzach. W Polsce Święto Zmarłych jest Świętem refleksji i zadumy. Wracamy myślami do naszych bliskich, którzy odeszli od nas całkiem niedawno jak i lata temu. Odwiedzamy ich groby, stawiamy świeczki i przynosimy kwiaty. Tak jak uczyli nas Dziadkowie, Rodzice, jak my sami uczymy nasze dzieci. Wraz z globalizacją przyszło do nas Święto Halloween, mające akurat u nas zwolenników jak i przeciwników. Wymieniając korespondencję z Beatą, otrzymałam jeszcze w lipcu, jak zwykle bardzo ciekawy list dotyczący starego londyńskiego Cmentarza Kensal. Byłyśmy tam kiedyś razem, dlatego Beata o nim wspomniała. Uważam, że właśnie ten list świetnie nadaje się do opublikowania dzisiaj, gdyż przed nami 1 Listopada, który w Polsce niezmiennie od lat obchodzimy w ten sam sposób. Zapraszam  wszystkich do Anglii na jeden z londyńskich cmentarzy tym razem  Kensal. Oto list Beaty:

Co ma wspólnego królowa Wiktoria z naszym Fryderykiem i Gotami? Wydawałoby się, że niewiele, a jednak… W słoneczne popołudnie wybrałam się na Kensal, piękny stary londyński cmentarz. Cmentarze i wszystkie z nimi związane tematy przyprawiają mnie o dreszcze, ale tym starym cmentarzem z epoki królowej Wiktorii byłam zafascynowana od dłuższego czasu. Przypomina on swoją wyniosłością tak dobrze znany polakom paryski cmentarz Pere-la-Chaise. W Londynie jest kilka takich starych cmentarzy i wszystkie są godne odwiedzenia, ale Kensal kusi corocznymi nietypowymi uroczystościami, z których uzyskane fundusze są przeznaczane na cel ratowania tych zabytków. Feta na owym cmentarzu jest stonowana, ale również ekscytująca ze względu na poruszaną w moich poprzednich blogach, angielską ekscentryczność. Otóż panie i panowie zwiedzający cmentarz w tym dniu ubierają się w stroje żałobne z epoki królowej Wiktorii. Dla osób niewtajemniczonych, wejście na cmentarz i ujrzenie przechadzających się pomiędzy grobami zawoalowanych pań w czarnych krynolinach i towarzyszących im panów w surdutach i kapeluszach może spowodować gwałtowne palpitacje serca. Atmosferę wręcz filmową potęgują samochody pogrzebowe pamiętające naszych pradziadków; żebyśmy nie mieli wątpliwości, że to samochody pogrzebowe, to niektóre z trumnami w środku. Dla wyjaśnienia dodam, że pustymi, choć na jednej z nich zaczęły się podejrzanie gromadzić muchy… Śmierć i pogrzeby w XIX wieku były zupełnie inaczej traktowane niż obecnie. Śmierć towarzyszyła rodzinom, na co dzień. Statystyki wskazują, że 3 na 20 dzieci umierało przed pierwszymi urodzinami. Średnia życia mężczyzny wyższej klasy wynosiła 42 lata a robotnika 22.  Ludzie umierali zazwyczaj w domu i niejednokrotnie małżonkowie lub rodzeństwo dzielili łoże z umierającym. Czuwanie przy zmarłym trwało kilka dni, aby umożliwić zjechanie się całej rodziny na uroczystości pogrzebowe. Pokój ze zmarłym był wypełniany kwiatami i palącymi świecami, dlaczego pozostawiam to wyobraźni czytelników. Lustra zasłaniano czarnym materiałem, gdyż wierzono, że dusza w ten sposób będzie mogła spokojnie przejść na ”drugą stronę”. Zasłonięcie ich miało też uniemożliwić zobaczenie siebie w lustrze, co oznaczałoby rychłą śmierć. Szeroko stosowaną metodą na uniknięcie śmierci było zawiązanie czarnej kokardki przed wejściem do domu zmarłego. Zwłoki wyprowadzano nogami, żeby zmarły nie mógł przywołać w zaświaty dalszych członków rodziny. Uroczystości pogrzebowe były huczne, pachołkowie, ozdobne halabardy, liczne czarne konie w zaprzęgu, strusie pióra, srebrne dekoracje. Żona po mężu pozostawała w żałobie przez 12 miesięcy i w tym czasie nosiła obowiązkowo czarne suknie.

Przykład najdłuższej żałoby dała w Anglii sama królowa, która pozostała w tym stanie przez 40 lat po śmierci swojego ukochanego Alberta. Kolor czarny uznawany był za żałobny już w starożytnym Rzymie; panów obowiązywała toga pulla a panie –lugubria, niemniej jednak żałobnym kolorem również uznawano w niektórych okresach kolor czerwony jak również biały (szczególnie w okresie średniowiecza).

W trakcie żałoby dopuszczalne było noszenie tak zwanej biżuterii żałobnej, którą były na przykład bransoletki wykonane z…..włosów zmarłego po ich uprzednim wygotowaniu w sodzie. Popatrzmy jednak teraz na cmentarz Kensal; zaskakująco wielkie mauzolea, tradycyjne przebogate groby z pięknymi urnami, wysmukłe, lecz ułamane kolumny, popiersia, egipskie obeliski, piramidy, gotyckie fantazyjne wieżyczki, anioły – jak widać, iście eklektyczny zbiór. W niektórych grobach montowany był dzwonek.

Dzwonki takie były dołączane za pomocą specjalnych łańcuszków do trumny i gdyby ktoś został przedwcześnie pochowany to dawało mu to szansę na podniesienie alarmu. Stąd też wzięło się angielskie powiedzenie „saved by the bell” (uratowany przez dzwonek).

No cóż, nawet Fryderyk Chopin bał się pochowania za życia i kazał przysięgać, że po śmierci zostanie wykonane post mortem. Wraz ze śmiercią królowej Wiktorii szeroko rozwinięte rytuały pogrzebowo żałobne zaczęły powoli zanikać. Ponowne zainteresowanie cmentarzami przyszło z zaskakującej strony – od współczesnych gotów. Ich fascynacja śmiercią i dostrzeganie piękna w przemijaniu i rozkładzie spowodowały, że w uroczystościach na cmentarzu Kensal biorą oni czynny udział.

Paradują, więc w swoich czarnych strojach, z tatuażami i ekscentrycznym makijażem obok tych XIX wiecznych krynolin i w jakiś niewytłumaczalny sposób do siebie pasują. Nie wiem czy wizualna harmonia uzyskana jest przez ten dominujący czarny kolor czy też przez przyjazne uśmiechy wszystkich biorących udział. Ważne, że jest serdecznie, ciekawie i wcale nie makabrycznie.

Zaczęliśmy od królowej Wiktorii to i na niej skończmy. Żałoba dla niej też się skończyła, gdyż pocieszenie przyniósł jej szkocki służący, John Brown (brawurowo zagrany przez Billy Connolly w filmie Mrs Brown). Ponoć nawet go potajemnie poślubiła; przynajmniej tak twierdził ksiądz Norman Maclead, ale dowodów na to jednoznacznych nie ma. Po śmierci Johna, jako kobieta już 68 letnia nawiązała bardzo bliski kontakt z hinduskim służącym o imieniu Abdul Karim, który miał zaledwie 24 lata! Rodzina jej tego nie wybaczyła i po jej śmierci spalili wszystkie listy i dokumenty, w których wystąpiło jego nazwisko.

Niemniej John Brown chyba był jej największą miłością, bo nakazała do swojej trumny włożyć jego fotografię, listy, lok włosów jak również pierścień, który od niego dostała. Wznieśmy, więc toast za zmarłych i za tych, co mają odwagę żyć, szczególnie niekonwencjonalnie!

Mam nadzieje, że wybaczycie mi ten wpis, gdyż sama przejechałam już wszystkie Cmentarze w Warszawie, gdzie śpią moi bliscy. Zresztą jak wiecie odwiedziłam tego lata również Moją Ukochaną Babcię, Siostrzenicę oraz grób mojego pierwszego Męża.

Dzisiaj zaś, postanowiłam pokazać  Wam inną tradycję, kulturę, nie tak nostalgicznie i refleksyjnie, ale z  Szacunkiem.

Wasza Jadwiga

Dzisiaj przedstawię Państwu niezwykłą osobę, piosenkarkę popularną w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, laureatkę konkursów i Radiowych Giełd Piosenek, o których pisałam w dn. 28.01 i 31.01.2011 r., śpiewającą ciepłym altem o niepokojącym i zmysłowym brzmieniu, kobietę o wielkiej urodzie, którą pan Ludwik Sempoliński namówił do wykonywania cygańskich i salonowych romansów. Pani Lucyna jest absolwentką Liceum Sztuk Plastycznych i PŚSM w Warszawie.  Dlaczego chcę wam przedstawić panią Lucynę? Ano, dlatego, że poznałyśmy się pewnego zimnego dnia w ZAIKS-ie, na benefisie Jej męża Zbigniewa Adrjańskiego (wpis z tego wydarzenia nosi datę 19 listopada 2010).Ponadto szukając materiałów w sieci znalazłam skąpe informacje dotyczące Lucyny ARSKIEJ. Wydaje mi się, że ze względu na urodę głosu i piękną aparycję Lucyna powinna być zaprezentowana szerszej publiczności. Poparciem tych słów niech będzie wpis na jednym z blogów muzycznych, dotyczący płyty winylowej pod tytułem „Na cygańska nutę”: „..Trafiłem przypadkowo na ten winyl, przygarnąłem, gdyż bladego pojęcia nie miałem, że taki w ogóle był. http://polskieplytywinylowe.blogspot.com/2010/03/lucyna-arska-1978-na-cyganska-nute.htm1 Winyl zatytułowany „Na cygańską nutę”, ale dość mocno podlany klimatem „rosyjskich romansów”. Piosenki bardzo dobre, wpadły mi w ucho od pierwszego posłuchania. W tle przygrywa orkiestra, więc ładnie to zagrane i zaaranżowane. Pani zjawiskowa! Powiem tak, trochę lepiej ten winyl gra niż wygląda okładka (sfatygowana), ale tylko trochę. Może kiedyś trafię na lepszy egzemplarz, póki co, do posłuchania to, co jest. Myślę, że warto. Kim była Lucyna Arska?

Pytanie w sieci postawione pozostało do dnia dzisiejszego bez odpowiedzi. I właśnie na to pytanie ja postanowiłam odpowiedzieć, ponieważ miałam możliwość spotkać się z panią Lucyną Arską- Adrjańską. Z Lucyną i Jej mężem spotkaliśmy się  jakiś czas temu ( ja i ślubny) w Centrum Olimpijskim, gdyż ten budynek znajduje się po drodze do domu państwa Adrjańskich. W rozmowie przyznali się, że  ilekroć przejeżdżają tędy, tyle razy budynek budzi ich zachwyt. Wiedząc o ich upodobaniu do budynku PKOL, a jednocześnie zamiłowaniu do dobrej kuchni, wymyśliłam właśnie Centrum na nasze kolejne spotkanie, gdyż pierwsze odbyło się w ich klimatycznym domu. Lucyna tak, jak obiecała przyniosła swoje wycinki z gazet, zdjęcia, płyty, programy występów. Spędziliśmy kilka godzin razem, najpierw zwiedzając Centrum Olimpijskie wraz z Muzeum Sportu (co gorąco polecam wszystkim, tym, którzy tam jeszcze nie byli), a później siedząc w przytulnej restauracji Moonsfera z widokiem na panoramę Warszawy, rozmawialiśmy na tematy występów, recitali, wyjazdów do wielu ciekawych krajów oraz o pracy z wieloma wspaniałymi artystami. W  jednym z wywiadów z roku 1987 Lucyna tak odpowiadała pytającemu ją dziennikarzowi o udział w wielkich festiwalach piosenek: „… prawdę mówiąc, nie nadaję się na wielkie festiwale. Jestem raczej piosenkarką w kameralnym stylu i nastroju. Źle się czuję na wielkiej estradzie, po której można jeździć czołgiem…” I dalej na pytanie dziennikarza – „Ma pani przecież duży, piękny głos altowy, którym pani pięknie operuje”, „Ale paraliżuje mnie trema. Te wszystkie orkiestry, fanfary jupitery, wejścia i zejścia konferansjerów. Słowem: ceremoniał [...] Na moje recitale przychodzi publiczność stateczna, w stylu retro. A jeśli trafiają się młodzi, to są to zakochani. Moja pierwsza płyta długogrająca nosi świadomie przekorny tytuł: ”Romanse i niuanse”. Nie śpiewam bowiem cygańskich pieśni taborowych. Nie naśladuję zbytnio chyba śpiewających cyganów i sama nie udaję przy tym cyganki… Po prostu śpiewam piosenki „z epoki, której już nie ma”. Jestem niepoprawną romantyczką, a rodowód cygańskich romansów nie zawsze jest cygański. Raczej rosyjsko-mołdawsko-węgierski. Romans cygański został wytopiony w tyglu z muzyką, do którego wrzucono różne rytmy, melodie. Węgierskiego czardasza i rumuńską horę. Oszalałą zawadiacką czastuszkę i rosyjską pieśń ludową…”. Na ten temat można długo mówić.

Sama o sobie opowiada: Moja przygoda z romansami cygańskimi zaczęła się dawno. Moja mama pochodziła z Jekaterynosławia (Dniepropietrowska) nad Dnieprem vis a vis ujścia Samary w Rosji. Pochodziła z rodziny Czajkowskich, bardzo pięknie śpiewała. Pochodzę z bardzo muzykalnej rodziny. W domu śpiewała mama i siostry. Wystarczyło, że zebrały się trzy osoby i już powstawał chórek trzygłosowy. Romansów cygańskich nauczyła mnie mama, miała je w swym repertuarze. Ojciec był pilotem. Latał w PLL LOT, nie było go bardzo często w domu, a mama tęskniąc śpiewała właśnie te romanse i ja je od niej dostałam, bo żeby śpiewać romanse trzeba śpiewać je sercem.

Naukę śpiewu pogłębiałam na wydziale estradowo-piosenkarskim, u sławnych mistrzów śpiewu Wandy Wermińskiej i Wacława Brzezińskiego. Moimi wykładowcami byli też: Aniela Świderska, żona Bronisława Pawlika, który często przychodził do nas na zajęcia, Wacław Brzeziński, który przed wojną wraz z Mieczysławem Foggiem śpiewał w Chórze Dana, Hanka Skarżanka, Alina Janowska, Karolina Łubieńska aktorka (świetna przedwojenna pływaczka, przepłynęła dystans z Sopotu na Hel), Aniela Świderska, prof. Ludwik Sempoliński, Nata Lerska, Juliusz Sztatler. Uczono nas piosenki, dykcji, interpretacji piosenki, harmonii muzycznej, solfeżu, fortepianu, instrumentów, pozwalających poznać stronę muzyczną danego utworu. Dyplom zdawałam przed Komisją Egzaminacyjna dla Aktorów, której przewodniczącym był  prof. Aleksandrem Bardinim, a członkami prof. Kazimierz Rudzki i  prof. Ludwik Sempoliński, za namową którego zaczęłam śpiewać romanse. To właśnie pan Sempoliński słysząc mnie i widząc  namówił  na śpiewanie tego gatunku piosenek, widząc we mnie  następczynię przedwojennej diwy śpiewającej romanse pani Serafiny Talarico oraz Niuty Bolskiej. Dał mi kilka starych romansów, których nikt nie znał i tak w nie wsiąkłam. http://w140.wrzuta.pl/audio/6fRhnTol0Zv/06_sciezka_6

DRAGO śpiewa Lucyna Arska  , muz. K.Ananiew tekst Marta Bellan

http://w140.wrzuta.pl/audio/7p0jWOluYxf/01_sciezka_1

Romans przy ognisku śpiewa Lucyna Arska , muz. L.Kozłowski tekst Marta Bellan

Pani Lucyna opowiada o sobie, że jest urodzonym Skorpionem, a ludzie spod tego znaku są wszechstronni, toteż potrafi posługiwać się młotkiem, pędzlem, siekierą tzn. w razie potrzeby wbija gwóźdź, maluje pokój. Ma dyplom szkoły pielęgniarskiej Akademii Medycznej w Gdańsku i dyplom kartografa.  Jest aktorką estradową, która prowadziła gospodarstwo rolne. Na ziemi szóstej klasy otrzymywała 35 kwintale zboża z hektara. Do punktu skupu odwoziła najczystsze zboże. W swoim gospodarstwie rolnym hodowała kaczki, kury, indyki, gęsi, kozę. Pewnego razu przez pół roku wraz z czterema królikami karmiła cztery zajączki. Gdy podrosły, poszły w pole. Całą zimę przechowywała dziką kaczkę, która pofrunęła wiosną. Dwa lata temu po podwórku biegało dwanaście psów. Teraz trzyma psa i przybłędę,  czarnego kota na szczęście.

O sobie mówi: lubię haftować, rysować, robić na drutach na szydełku. Niektórzy mówią, że robótki to dla starej daty osób, wiekowych. Ja miałam dwadzieścia lat, jak się tym zajmowałam. Nieraz jadąc na koncert w autokarze dziergałam, haftowałam. Sama projektowałam suknie i szyłam je. Podczas wyjść na scenę otrzymywałam olbrzymie brawa. Oryginalne kreacje publiczność od razu zauważała.

W szkole, do której uczęszczali  wraz ze mną  Łucja Prus, Regina Pisarek, Stenia Kozłowska, M.Nowak, Anna Prucnal, Elżbieta Jodłowska,  zostałam chyba „przeuczona”. Śpiewałam za dużo piosenek w różnych stylach, rytmach i gatunkach. Nagrywałam zresztą ze znanymi orkiestrami: E. Czernym, P. Figlem, A. Mundkowskim, L. Bogdanowiczem. Miałam nawet przeboje i szlagiery (np. słynne „Orzeszki w czekoladzie”, „Powtórz mi”, „Lunatycy”, ”Nigdy więcej”, „Nie zawiodło mnie przeczucie”). Wygrywałam Giełdy piosenek i konkursy. Ale instynktownie czułam, że wszystko to, nie jest  moje, własne, choć technicznie, czyli aktorsko i wokalnie wykonywane  poprawnie. Po prostu trzeba było czasu, doświadczeń, licznych występów na estradach, żeby dojść do własnego stylu. Mam swoje ukochane mniej znane piosenki i piosneczki, lub wcale nieznane, które śpiewam najchętniej. („Ikony, ikony”, „Malowany czas” „Rzekę”, „Uliczkę do serca”).

http://w393.wrzuta.pl/film/7dU6naVDvMk/vts_01_1 (Malowany Czas)

Lucyna udzielając tego wywiadu występowała jednocześnie w trzech widowiskach Stołecznej Estrady „Pieśni  sercu bliskie” w reżyserii Zbigniewa  Adrjańskiego,  „W ogródku Eldorado” w reżyserii Zbigniewa Rymarza, w  „Warszawskiej Piosence” w reżyserii Zbigniewa Adrjańskiego. Przez długi czas śpiewała w kawiarni „Nowy Świat” w kabarecie „Szerszeń”  w reżyserii Ludwika Klekowa (na pięterku). Występowała również w kabarecie „Kalejdoskop” w Hotelu Victoria z takimi aktorami jak Janusz Gajos, Krzysztof Piasecki, Krzysztof Jaroszyński, Tadeusz Drozda, Irena Karel, Alina Janowska , Krzysztof Daukszewicz, Elżbieta Zającówna, Maciej Zembaty, Anna Jantar.

Niewiele osób wie, że pani Lucyna mieszkając pod Warszawą działała społecznie będąc przewodniczącą Rady Sołeckiej, Koła Gospodyń Wiejskich, Komisji Rewizyjnej Kółek Rolniczych. No cóż Kobieta, która żadnej pracy się nie boi i nigdy się nie bała.

Siedząc w restauracji mogłyśmy rozmawiać długo, Lucyna opowiadała i widziałam w niej skromną osobę, która o swoim śpiewaniu mówi z fascynacją w głosie, o występach, spotkaniach z innymi wykonawcami znanymi ludźmi jak: Mieczysław Fogg, Ewa Ulasińska, Karol Stępkowski, Wiktor Śmigielski, Anna Jantar, Lidia Wysocka, Teresa Terka, Adam Zwierz, Agnieszka Fitkau Perepeczko, Sława Przybylska, Alina Janowska, Kazimierz Wichniarz, Jadwiga Land, Marek Perepeczko, Zbyszek Rymarz, Marta Bochenek,  jednak największą fascynacją w Jej życiu jest Jej mąż, znany nam wszystkim pan Zbigniew Adrjański, o którym pisałam wielokrotnie na łamach tego blogu. Zbyszek pisał piękne teksty do romansów i ballad do istniejącej już muzyki ludowej. W swojej żonie znalazł najlepszego i najpiękniejszego wykonawcę. Nie wszyscy wiedzą, że Marta Bellan, Jacek Podkomorzy czy Zbigniew Szczęsny to pseudonimy pana Adrjańskiego. Ponadto był reżyserem wielu spektakli rozrywkowych. Ponieważ ten wpis dotyczy Lucyny stąd proszę moich czytelników o wybaczenie, o Zbyszku możecie przeczytać wpisy z dni 30.04.2010, 19.11.2010, 2021.04.2011, oraz z  25.01, 27.01, 28.01, 30.01, 1.02 i 2.02.2010. Zapraszam!

Lucynka znalazła dla mnie jeszcze jeden wywiad z roku 1998, w którym Tadeusz Matulewicz napisał: „…W Polsce międzywojennej romanse cygańskie wykonywała Niuta Bolska właściwie Józefa Olesińska, aktorka występująca w teatrzykach rewiowych, kabaretach i scenach operetkowych. Obdarzona pięknym głosem –napisał Ludwik Sempolińskim – i jeszcze piękniejszą urodą w krótkim czasie stała się muzą „Sfinksa”. Drugą znakomitą odtwórczynią cygańskich romansów była Olga Kamieńska obdarowana przez naturę aksamitnym, o niskim brzmieniu głosem. Inteligentną interpretacją w krótkim czasie zdobyła popularność najpierw w „Feminie” a później w „Małym Qui pro Quo”, gdzie występowała wraz z Mirą Zimińską, Dymszą, Olszą i Boguckim. W romansach cygańskich specjalizowała się też Serafina Talarico, występująca w „Mirażu”, pieśniarka o niskim miłym głosie.

Lucyna Arska kontynuuje tradycje gatunku w najlepszym tego słowa znaczeniu. Stworzyła swój niepowtarzalny styl poetycki, łącząc w całość romantykę, liryzm i ekspresję. Jej repertuar nie ogranicza się do romansów, jest bogaty. Są w nim pieśni i piosenki retro z przedwojennych teatrzyków i kabaretów, ballady warszawskiej ulicy, utwory na wszelkiego rodzaju okazje.  Ta wszechstronność wynika z jej wykształcenia. Arska wzięła udział w pierwszej premierze Giełdy Piosenki Autorów i Kompozytorów wraz z Łucją Prus, Stenią Kozłowską i Lilianą Urbańską. Jej artystyczna kariera zaczęła się błyskawicznie. Podbiła słuchaczy głosem, urodą, wdziękiem. Rozpoczęła koncerty na estradzie, nagrania w radiu. Stała się jedną z popularniejszych piosenkarek w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Jeździła z recitalami po kraju. Została wielokrotną laureatką konkursów piosenkarskich i Radiowych Giełd Piosenek. Uczestniczyła w licznych występach zagranicznych w krajach Europy wschodniej  z wyjątkiem ZSRR oraz w Belgii, Holandii, Francji, Kanadzie i USA. Występowała z Mieczysławem Foggiem w rewii pod tytułem „Sentymentalny Pan” i programie jubileuszowym Mistrza. W sumie wzięła udział w ponad dwóch tysiącach imprez i koncertów  estradowych. Nagrała wiele piosenek dla Programu III PR i Telewizji oraz dwie płyty długogrające.

Cdn.

W spotkaniu z Lucyną Arską Adrjańską  i Zbigniewem Adrjańskim

Uczestniczyła i przygotowała wpis

Wasza Jadwiga

W swoich opowiadaniach o historii Biecza, okolic i regionu zrobiłam maleńką przerwę na podanie dobrej karkówki z okolic Sokołowa Podlaskiego. Nie można żyć historią tylko jednego regionu, musimy interesować się Polską, jako taką naszym rodzinnym krajem, moim rodzinnym krajem. Dlatego na chwilę odeszliśmy od tematu Biecza, ale to miasteczko warte jest, aby do niego wrócić. Dlatego opowiem Wam wszystkim jeszcze o ciekawych budowlach, jakie możemy spotkać w Bieczu. Na pierwszy ogień weźmy Kościół pod wezwaniem Bożego Ciała. Z punktu widzenia historii jest on ze wszech miar wart opisania.

Kościół pod wezwaniem Bożego Ciała przez wieki nazywany był z niemiecka farą a od początku XXI wieku kolegiatą. Nie był to pierwszy kościół w historii Biecza, ponieważ według źródeł historycznych pierwszy kościół istniał tu w XI wieku, był to kościół drewniany pod wezwaniem św. Piotra. W drugiej połowie XIII wieku istniał drugi zlokalizowany kościół na terenie Biecza, zaś pierwotny kościół Bożego Ciała był oczywiście drewniany. Na jego miejscu wzniesiono kościół murowany, pod tym samym wezwaniem, według tradycji i fundacji Władysława Łokietka, która została zrealizowana za panowania Kazimierza Wielkiego. Jak pamiętacie z poprzednich wpisów, to Kazimierz Wielki nadał szereg przywilejów miastu, które dzięki tym przywilejom wzbogaciło się i urosło w siłę. Jan Długosz wspomina o kościele Bożego Ciała w XIV wieku w „Żywocie biskupa Muskaty”. W roku 1519 do parafii Bożego Ciała włączono też parafię św. Piotra. W 1440 r Jan Długosz opisując farę Bożego Ciała napisał, że kościół był murowany, zbudowany przez Niemców. Kościół ten to budowla późnogotycka halowa, trójnawowa z kaplicami. W roku 1415 ufundowano ołtarz Zwiastowania N.M.P., w 1463 ołtarz św. Katarzyny, w roku 1483 cech sukienników ufundował nowy ołtarz Bożego Ciała, a w roku 1495 na oratorium nad zakrystią ufundowano ołtarz Przemienienia Pańskiego, zaś w roku 1496 Carwacjan z Gorlic ufundował ołtarz Matki Boskiej Śnieżnej. Belka tęczowa (1488) z zespołem figur pasyjnych została oszalowana i ozdobiona nowym napisem w 1639 roku, fundacji wójta i ławników bieckich. ( pokazałam taką belkę z kościoła w Święcanach). Na pięknej belce jest grupa Pasji z figurami pod krzyżem św. Jana, Matki Boskiej, św. Magdaleny i Longiniusa. Od strony prezbiterium na belce umieszczone są gmerki (znaki własnościowe) fundatorów. Prezbiterium – to według przekazu historycznego pierwotny kościół, natomiast nawa główna i boczne powstały do roku 1519, zaś kaplice w latach 1521-1560.  Na cóż jeszcze powinno się zwrócić uwagę będąc w Kolegiacie? Ja polecam szczególnie polichromię prezbiterium, zaprojektowaną i wykonaną w 1905 roku przez Włodzimierza Tetmajera przy współudziale Apolinarego Kotowicza, Józefa Krasnowolskiego i Józefa Wrzesińskiego. Polichromia została dostosowana do sklepienia, które w tej części kościoła jest podzielone żebrami na 54 pola W ciągu czworobocznych pól przedstawiono wątek religijny, zaś w trójkątnych polach opadających na ściany przedstawił wątek historyczno- patriotyczny, czyli galerię królów polskich, którym miasto wiele zawdzięcza. Ostatnią postacią w tej galerii jest Marcin Kromer bp warmiński, wybitny historyk i geograf. Nad samym ołtarzem wielkim przedstawione są postaci współczesne, które wykonały polichromię a mianowicie Sławomir Odrzywolski, ks. Leon Pastor, proboszcz biecki, Włodzimierz Tetmajer malarz, Ryznar wójt strzeszyński, Wójcikiewicz burmistrz biecki, bp Józef Sebastian Pelczar, kolator hrabia Siemiński. Po obu stronach prezbiterium umieszczone są piękne stalle późnorenesansowe, z pierwszej połowy XVII w. bogato zdobione i polichromowane. Stalle ufundowali mieszczanie bieccy, o czym świadczą głowy fundatorów umieszczone pod baldachimem, a ich gmerki wyrzeźbiono na baldachimach między konsolami na gzymsie. Witraże kościelne zaprojektowane przez Stanisława Wyspiańskiego nie zostały zrealizowane, istniejące obecnie zostały wykonane  w roku 1901 w pracowni witraży Nauhauzera w Innsbrucku.

Kościół zbudowano z cegły, zaś części konstrukcyjne, portale i obramienia okien z kamienia. Zewnętrze ściany prezbiterium ozdobione są wzorami geometrycznymi z cegły zendrówki, a na szkarpach widnieją herby Gryf i Nałęcz, również na portalu od strony południowej przy wejściu do prezbiterium znajduje się kamienna tablica z herbem Odrowąż. Tym herbem pieczętował się proboszcz fary bieckiej Jan Gałka (1490-1519), nie szczędził on swoich własnych środków na rozbudowę fary, a w 1515 roku zapisał Królowi Zygmuntowi trzy wsie: Lupcze, Roszniszów i Niedźwiadę, pod warunkiem, że da 400 grzywien na budowę kościoła. Po otrzymaniu tych pieniędzy budowę kościoła ukończono w 1519 roku, niestety w tym samym roku zmarł proboszcz Jan Gałka, który został poparzony w pożarze plebanii.
Architektura kościoła nie uległa przez wieki zmianom. Dobudowano jedynie wieżyczkę na sygnaturkę. Wnętrze kościoła imponuje przestrzenią i jasnością, jest długie na 46 m (nawa 27,70 m). Okna równomiernie oświetlają kościół. Wyposażenie kościoła gotycko, renesansowo, barokowe. W prezbiterium pod belką tęczowa z 1488 r stoi spiżowa chrzcielnica z 1459 roku, która mnie szczególnie zachwyciła. Na lewo od prezbiterium znajduje się oratorium Królowej Jadwigi, znajdujące się nad zakrystią, gdzie według tradycji Królowa Jadwiga podczas pobytów w Bieczu miała się modlić.

Epokę renesansu prezentują ołtarz wielki bardzo okazały, dwa ołtarze boczne i trzy ołtarze w kaplicach oraz stalle pod chórem z roku 1594 od strony północnej i stalle w prezbiterium. Największą rzadkością znajdującą się w tym kościele jest pulpit muzyczny nadzwyczajnej urody z roku 1633, jak też ambona z 1604 roku ozdobiona rzeźbami w 1697 roku.  Co jeszcze mogę dodać, aby zaciekawić Was drodzy moi goście? Czy wiecie, że wszystkie sprzęty, wyposażenie, ołtarze powstały w bieckich warsztatach snycerskich? Na ścianach kościoła rozwieszone są epitafia mieszczańskie, na których przedstawieni są zmarli, co jest rzadkością w polskich kościołach. Po obu stronach prezbiterium są umieszczone pomniki z okresu renesansu, z lewej strony wykuty w kamieniu pomnik z XVI w Piotra Sułowskiego, dziedzica Skołyszyna, sędziego grodzkiego, bieckiego, posła na sejm z ziemi bieckiej, z prawej strony pomnik z marmuru i alabastru z 1578 r Mikołaja Ligęzy starosty i kasztelana bieckiego. W kościele znajdują się kaplice ufundowane przez tkaczy- chłopów strzeszyńskich z obrazem św. Michała Archanioła, druga kaplica fundacji stolarzy i snycerzy z obrazem Matki Boskiej Gromnicznej, trzecia kaplica szewców z obrazem św. Antoniego i czwarta kaplica krawców, fundacji Kramerów, a w niej od XVIII wieku ołtarz przeniesiony z kaplicy Sułowskich i Krzyżem ołtarza wielkiego.  Z lewej strony przy wejściu wisi portret Marcina Kromera, a pod nim epitafia rodziny Kromerów. Szczególnie piękny jest ołtarz wielki, zwany także ołtarzem głównym, jest to późnorenesansowy szczególnie cenny zabytek sztuki sakralnej, Wypełnia całą wysokość absydy prezbiterium, wykonany przez bieckich snycerzy i stolarzy, oddany do użytku w roku 1604. Ołtarz składa się z trzech kondygnacji. Pośrodku ołtarza znajduje się wielkiej wartości obraz Opłakiwanie, zwany także Zdjęciem z Krzyża, gdyż należy do najcenniejszych dzieł pochodzenia włoskiego, późno renesansowy z połowy XVI wieku. Obraz namalowano we Włoszech w latach 1555-1590, a wzorowany jest na Piecie florenckiej Michała Anioła. Według wszelkich posiadanych informacji i wszelkiego prawdopodobieństwa obraz został przywieziony do Polski przez Spytka Jordana ( inne źródła mówią o Sułowskich) a do Biecza trafił za sprawą Jerzego Zborowskiego kasztelana bieckiego, zięcia Spytka Jordana. Początkowo obraz był w jednym z bocznych ołtarzy w kaplicy Kromerowskiej. Obraz ten był konserwowany w 1889 r w wyniku starań konserwatora Karola Rogowskiego, w Monachium przez prof. Hausera, zaś w roku 1983 konserwacje wykonał Zbigniewa Jaskowski. Będąc w Kolegiacie oczywiście nie wyłuskałam wśród postaci autora obrazu, jednak wertując książki, przygotowując ten wpis wpadł mi w ręce autoportret nieznanego artysty malarza, który „Opłakiwanie” namalował. Postać przedstawia Józefa z Arymatei, i jest to przypuszczalnie autoportret autora obrazu.  W roku 1987 obraz wycięto nożem  z ram i skradziono! 18 sierpnia sprawcy zostali schwytani i obraz odzyskano. Obraz był poważnie uszkodzony i wymagał ponownej konserwacji, z końcem 1989 r obraz powrócił do Kolegiaty, a jego konserwację przeprowadził wtedy Ryszard Bielecki z Warszawy. W drugiej kondygnacji ołtarza znajduje się późnogotycka scena środkowa, która przedstawia Zaśnięcie Matki Boskiej, a w trzeciej Koronację Matki Boskiej. Scena ta przypisywana jest Stanisławowi Stwoszowi, synowi Wita Stwosza. Po obydwu stronach w dwóch rzędach, znalazły się rzeźby figuralne 4 doktorów kościoła św. Wojciecha, i św. Stanisława oraz płaskorzeźby dwóch proroków, na krańcach stoją figury Mojżesza i Dawida. Na ołtarzu stoją cztery świeczniki. Po lewej stronie ołtarza głównego stoi wczesnobarokowy ołtarzyk z połowy XVII w z retabulum w kształcie serca oplecionego drzewem i winną latoroślą wyrastająca z rzeźbionej postaci Jessego. W polu środkowym Matka Boska z tajemnicami Różańca, w predelli malowidła św. Wojciecha i Chrystusa ze św. Tomaszem. Całość jest pięknej snycerskiej roboty, bogato złocona. Obok ołtarza umieszczona jest chrzcielnica spiżowa. W prezbiterium obok soborowego ołtarza stoi pulpit muzyczny późno renesansowy z r 1633. Na podstawie pulpitu  w formie czterobocznej skrzyni wznosi się właściwy pulpit w kształcie ściętej piramidy o czterech bokach.  Wszystkie ściany skrzyni pokryte są płaskorzeźbami z licznymi między nimi gmerkami bieczan, fundatorów pulpitu. Dolne ściany obrazują życie muzyczne z tego okresu i instrumenty muzyczne, pulpit ten jest jedynym egzemplarzem zabytkiem w Polsce i Europie. W skarbcu przechowywany jest feretron  z obrazem Matki Boskiej wytłaczanym na kurdybanie tzw. Madonna Obozowa, według tradycji przywieziona do Biecza przez załogę wojskową w czasach Sobieskiego.

Nad głównym wejściem do kościoła umieszczony jest drewniany chór muzyczny wykonany według projektu S.Odrzywolskiego, na miejscu renesansowego, także drewnianego, zniszczonego podczas montowania organów. Na nim sa organy z końca XIX w.wykonane we Lwowie w firmie Śliwińskiego w miejsce organów z roku 1543. Nad chórem wisza portrety sarmackie Wielopolskich starostów bieckich z XVII wieku.  Pod kościołem jest wiele krypt w których chowano  do XVIII w księży, zamożniejszych mieszczan bądź też szlachtę, a wokół kościoła do połowy XVIII wieku był cmentarz. Po wyjściu z kościoła po prawej stronie ciągna się mury obronne w skład których wchodzi dzwonnica, kościółek św. Barbary, stara plebania i dalsze partie murów obronnych z baszta kowalską. W odległości 500 metrów od miasta przy drodze w kierunku Gorlic wznosi się góra w kształcie stożka, zwana Góra Zamkową, lub Górą Królowej Jadwigi. Na jej szczycie stał niegdyś zamek, rezydencja kasztelana i jego drużyny, a na zamku przebywali również królowie polscy. Do dzisiaj zachowały się grube mury fundamentów, z  mającymi ponad 4 metry fundamentami baszty.Na zachód od góry zamkowej leży cmentarz parafialny oraz kościół cmentarny pod wezwaniem św. Piotra. Miedzy góra zamkową a cmentarzem stoi 5 metrowa kapliczka , około 1 kilometra od niej przy starej drodze na Kraków stoi czworoboczny słup z kamienia i cegły5 metrów wysoki zwany szubienica, w miejscu tym były onegdaj szubienice na których tracono skazańców, których grzebano na miejscu.

W Bieczu kult świętej Jadwigi królowej był bardzo żywy od chwili jej śmierci i trwa nadal. Relikwie św. Jadwigi znajdują się w Oratorium królowej Jadwigi w Kolegiacie od roku 2006. Dziedziniec kościelny okolony jest murem oporowym, na którym znajduje się od południa 13 figur apostołów wykonanych przez Edwarda Stehlika z Krakowa w XIX wieku.

Oczywiście na podstawie ksiąg historycznych jak również książek wydanych przez dr  Tadeusza Ślawskiego naszego kuzyna, mogłabym więcej napisać na temat  Biecza, Kolegiaty oraz historii tego miasteczka. Jednak dla osób, które chciałyby na własne oczy zobaczyć to piękne miasteczko pozostawiam margines odkrywania historii Polski na własna rękę. To samo dotyczy Królowej Jadwigi w Bieczu, chyba że …. Przyjemniejsze bedzie tedy zwiedzanie Biecza, Kolegiaty, Muzeum bieckiego, kościoła św. Anny, gotyckiego szpitala dla ubogich, grodu starościńskiego (siedziby gimnazjum), budynku szkoły podstawowej Wacława Potockiego zbudowanej w roku 1891, szkoły podstawowej im. Marcina Kromera z roku 1912, obiektu sądu powiatowego z roku 1905, barokowej kapliczki na Harcie oraz duchem miasteczka, które oczarowało mnie wiele lat temu.

Wasza Jadwiga

Wrzesień 2011 r

Wracamy zatem do Tadeusza Ślawskiego urodzonego w Święcanach 26.01.1920 r. Jak już napisałam, był on kuzynem Janka Ślawskiego.  Szkołę powszechną ukończył w Święcanach, zaś dalsze wykształcenie odebrał w Bieczu a później swoje zainteresowania historyczne pogłębiał studiując historię na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Dr Tadeusz Ślawski, żołnierz Armii Krajowej, swoje życie, związał z Bieczem, gdzie od ukończenia studiów do dnia śmierci (4 Biecz,listopada 2008) mieszkał, pracował, działał i realizował swoje pasje. Tadeusz jest autorem ponad 60 publikacji naukowych dotyczących historii Biecza, i całego regionu. Przed reformą administracji był zastępcą przewodniczącego Powiatowej Rady Narodowej w Gorlicach. Przez 2 kadencje pełnił obowiązki zastępcy przewodniczącego Prezydium Miejskiej Rady Narodowej w Bieczu.. Był radnym Wojewódzkiej Rady Narodowej i wiceprzewodniczącym Wojewódzkiego Komitetu Frontu Jedności Narodu w Krośnie. W roku 2002 dr Tadeusz Ślawski został laureatem „Mostów Starosty”, nagrody przyznawanej ludziom dbającym i troszczącym się o swoje „małe ojczyzny” o ich rozwój, piękno, kulturę i zachowanie dla potomnych dziedzictwa i dorobku minionych pokoleń. Odwiedziliśmy Tadeusza  kiedyś, dawno temu, w Jego domu na Rynku w Bieczu, wtedy Jego córka Agnieszka miała tylko trzy latka natomiast Leszek miał dziesięć lat a Kazimierz siedemnaście( obaj synowie z pierwszego małżeństwa), Gabriela druga żona Tadeusza, historyk z zamiłowania i powołania przygotowała herbatę. Dzisiaj Leszek mieszka w Bieczu i po ojcu odziedziczył miłość do Biecza,  jest zastępcą burmistrza. Podczas tamtej dawnej wizyty  dostałam kolejną Jego książkę oczywiście o ukochanym regionie. Podczas tegorocznej bytności kupiłam wszystkie opublikowane przez niego książki, w tym tę samą, którą wtedy otrzymałam „Biecz i okolice”, jest to wydanie dziewiąte, z roku 2009. Każde wydanie różni się od siebie, a to ilością fotografii, a to zwiększono ilość ilustracji, ostatnie zaś poszerzone jest o kilka zdań o autorze. Dobrze, że książeczka ukazała się po raz dziewiąty. Biecz zasługuje na naszą wdzięczną pamięć.

Tadeusz wiele sił oddał swojemu miastu, dla mnie najważniejszą był fakt założenia przez niego Muzeum Regionalnego, którego był dyrektorem od 1953 do 1991 roku czyli do przejścia na emeryturę. Pozostawił Muzeum rozlokowane w pięciu zabytkowych obiektach, które zostały poddane konserwacji a mianowicie: renesansowa kamieniczka tak zwana  Kromerówka (Dom Kromera), średniowieczna Baszta Obronna z przylegającą do niej renesansową kamieniczką z attyką, następnie siedemnastowieczna kamieniczka, duże partie murów obronnych oraz baszta kowalska. Tadeusz miał swój udział w renowacji wieży ratuszowej i Domu Becza. Walczył też dzielnie o uratowanie gotyckiego szpitala dla ubogich, fundacji z 1395 roku św. Jadwigi Królowej, dlatego założył w roku 1998 Fundację na rzecz Szpitala dla Ubogich im. Św. Jadwigi w Bieczu.

Przez całe swoje życie w Bieczu prowadził badania naukowe a wyniki publikował w czasopismach naukowych, pracach zbiorowych i jako samodzielne pozycje książkowe. Niektóre z nich to: Studia nad ludnością Biecza XIV –XVII wiek ( Kraków 1958), Mikołaj Kopernik i Biecz w jego epoce (Rzeszów 1972), Produkcja i wymiana towarowa Biecza w wieku XVI i XVII (Rzeszów 1968),  125 lat Ochotniczej Straży Pożarnej w Bieczu (Biecz 1984),  Marcin Kromer w 400 rocznicę śmierci (Biecz 1989), Album Rzeszów 1986; Biecz. Zarys historyczno-krajoznawczy (Biecz 1995), Święcany. Monografia wsi, (Biecz 1995), Siepietnica. Monografia (Biecz 1996), Stanisław Wyspiański na Podkarpaciu (Biecz 1996), Początki i rozwój kopalnictwa naftowego na Podkarpaciu w historycznym zarysie,(Biecz 1997), Biecz. Na Jubileusz 2000-lecia(Album), Biecz 2000, Ratusz królewskiego miasta Biecz, (Biecz 2000),  Biecz i Gorlice ośrodki handlu winem od XIV w do XVIII w (Biecz 2001), Biecz. Szkice historyczne (Biecz 2002), Strzeszyn (monografia wsi) Biecz 2003, O renowacji i konserwacji zabytków w Bieczu, (Biecz 2006).

Dlaczego Tadeusz tak bardzo pokochał Biecz? Postaram się na to pytanie odpowiedzieć, abyście i Wy moi czytacze zrozumieli tę wielką miłość jaką obdarował On nie tylko swoją Rodzinę, lecz również miasto, niedaleko rodzinnej wsi Święcany.  Biecz liczy obecnie około pięć tysięcy mieszkańców, leży w powicie gorlickim przy linii kolejowe Jasło –Stróże. Tej samej linii, którą tyle razy jeździłam do Siepietnicy z Jasła, dzisiaj ze względu na podział kolei na regionalne, niestety żadnej linii kolejowej do Stróż nie ma. Nad miastem góruje piękny gotycki kościół farny pod wezwaniem Bożego Ciała   oraz wieża Ratusza. Miasto ma zachowane duże partie średniowiecznych murów obronnych i trzy baszty. Biecz leży nad rzeka Ropą, na południe ciągną się wzgórza Podkarpacia. Jedna z legend głosi, że nazwa Biecza pochodzi od zbója Becza, który grasował w okolicy. Został schwytany, osądzony, ale w obliczu grożącej mu kary ukorzył się wybłagał przebaczenie, a w dowód wdzięczności miał wybudować miasto, któremu nadał nazwę od swojego nazwiska. Pierwsze wzmianki o mieście pochodzą z XI wieku. W dokumencie z roku 1243   znajdujemy zaś wiadomość o kasztelanie bieckim. Gród pełnił funkcje strategiczną , był ośrodkiem wymiany gospodarczej, leżał na skrzyżowaniu dróg handlowych.  W wieku XIV na fundamentach  zamku królewskiego czy też dworu zbudowano kościół i szpital dla ubogich pod wezwanie Św. Ducha. Niestety kościół uległ zniszczeniu około XVIII lub na początku XIX wieku. W wieku XIII lub na początki wieku XIV miasto zostało otoczone murami, które później były w wiekach XVI i XVII rozbudowywane. Przez Biecz wiodła droga na Węgry, którą przewoziło się wiele towarów. Historia miasta ciepło wspomina Kazimierza Wielkiego, który nadał mu szereg przywilejów np. na budowę wagi( służyła do ważenia towarów) kramów solnych i postrzygalni- do wykańczania sukna, produkowanego w okolicy. Z tych urządzeń musieli korzystać wszyscy a miast czerpało z tego korzyści finansowe, Kazimierz Wielki zezwolił też na jarmarki organizowane raz w roku a zwolnienie miasta z opłat handlowych pozwoliło na wzmocnienie ekonomiczne. Przez Biecz wiodła droga Królowej Jadwigi do Polski. To właśnie dzięki Jej zapisowi powstał szpital , który dawał schronienie starcom, wdowom, sierotom, i bezdomnym. Kazimierz Jagiellończyk zezwolił zbudować blech (bielenie płótna lnianego, konopnego i bawełnianego) i wodociągi miejskie, a dla szpitala zakupić sołectwa w Krygu, Binarowej i Libuszy, wprowadził tez przymus drożny , czyli obowiązek przejeżdżania kupców przez Biecz, za co musieli także płacić. Wszystkie te przywileje powodowały rozwój gospodarczy miast i w czasie panowania Króla Kazimierza Wielkiego parafia biecka liczyła  522 osób wraz z Dominikowicami, Kobylanką, i Libuszą. Biecz pełnił też funkcje obronne, posiadał prawo miecza, czyli prawo skazywania i wykonywania wyroków śmierci, zgony poprzedzały zazwyczaj tortury, a dekretowano je darcie na trzy czy cztery pasy,  później ćwiartowano a głowę wbijano na pal przed bramą miejską innym ku przestrodze. Do dzisiaj jest kapliczka słupowa, miejsce  gdzie tracono zbójników. Kat biecki obsługiwał też okoliczne miasta. Kat był rzemieślnikiem, a dom kata (urzędującego w lochach i piwnicach) to Ratusz stojący na Rynku w Bieczu. Sam kat mieszkał na parterze tego budynku.

W Bieczu kupcy prowadzili handel (głównie winami) z Węgrami zaś ze Śląskiem  handlowali innymi towarami żelazem, miedzią i ołowiem, suknem ciężkowickim i wełną. Rozwój handlu trwał do początków XVII wieku.

Mieszczaństwo Biecza  w czasie rozkwitu miasta rekrutowało się z elementu wiejskiego. Do Biecza napływali też cudzoziemcy jak: Piotr Ronl murarz królewski z Mediolanu, Benjamin Bienczani blacharz i płatnerz z Briksen, Wawrzyniec Blanckenstein ślusarz z Meranu i Antoni Kontlhy murarz z Mediolanu. Wszyscy osiedlili się w Bieczu. W XIV wieku Biecz liczył 3000 mieszkańców,  posiadał szkołę parafialną a na Akademii Krakowskiej studiowało około 40 bieczan. Wśród studentów był również późniejszy abp Marcin Kromer, historyk, dyplomata i geograf, który urodził się w Bieczu w roku 1512, jako szesnastoletni chłopiec ukończył Akademię i otrzymał tytuł naukowy balkalaureat nauk wyzwolonych. W Padwie i Bolonii ukończył studia prawnicze zakończone w 1539 roku. Powrócił do Kraju i już w roku 1542 był proboszczem w Bieczu. Po wyjeździe z Biecza został sekretarzem Zygmunta Augusta, posłował do różnych dworów europejskich, zaś w roku 1552 otrzymał od króla nobilitację, a po śmierci kardynała Hozjusza w 1579 roku został biskupem warmińskim.  Zmarł w marcu 1589 roku w Lidzbarku Warmińskim, a pochowano go we Fromborku. Marcin Kromer wsławił się napisaniem historii Polski i geografii Polski, znany był także z pism religijnych. Jego historia doczekała się za życia kilku wydań również za granicami kraju. W roku 1576 Sebastian Klonowic napisał” Rzym swojego Liwiusza, Troja ma Homera, Greczyn Tucydidesa, Polak ma Kromera”. Kromer był związany przez całe swoje życie z Bieczem a w roku 1569 po runięciu wieży Ratusza  odbudował ja ze swoich funduszy. On też ufundował stypendium dla dwóch ubogich studentów, pod warunkiem że po ukończeniu studiów będą  pracowali na rzecz Biecza. To właśnie Kromer pierwszy ufundował Mikołajowi Kopernikowi w katedrze we Fromborku epitafium w roku 1581. W czterechsetną rocznicę w roku 1989 ufundowano pomnik Kromera, przy baszcie kowalskiej. Znana też była szkoła w Bieczu, która wydała wiele osobistości, a mianowicie: Piotra z Biecza, uczonego opata cystersów w Mogile, (ulubieńca Kazimierza Jagiellończyka), Marcina Kromera,  oraz jego dwóch braci Andrzeaj poeta i Mikołaja- sekretarz biskupa praskiego, dwóch znanych malarzy Walentego i Joachima, Piotra snycerza, Jakuba Piotrowiciusa profesora Akademii Krakowskiej, Czaplickiego znanego prawnika, Jodłowskiego matematyka i Stalickiego, który był filozofem. Do połowy XVII wieku napływali do Akademii Krakowskiej studenci z Biecza. Wraz z upadkiem handlu ( XVII wiek druga połowa) i rozwojem kramarstwa zaczął upadać Biecz. Szkoła w związku z tym straciła swoje znaczenie, a po  I rozbiorze władze austriackie pozwoliły na założenie szkoły najniższego szczebla organizacyjnego. Dopiero w XIX wieku (1891 r.) zbudowano obok kościoła farnego dużą murowaną szkołę, a w roku 1912 oddano do użytku drugi murowany budynek w śródmieściu. Długo mogłabym pisać o BIECZU, gdyż historia tego miasta jest fascynująca,  muszę tu jednak też wspomnieć o wybitnym poecie polskim z XVII w.  Wacławie Potockim arianinie, który urodził się w ,roku 1621 we wsi Wola Łużańska położonej 12 km od Biecza. W Bieczu przebywał też Jan Matejko, wykonując szereg rysunków, szkiców domów, które niestety nie zachowały się do dzisiaj.  Szereg obrazów w Bieczu namalował Mehoffer. Szczególne kontakty z Bieczem miał Stanisław Wyspiański, który wykonał tu szkice i rysunki Biecza. St. Wyspiański zaprojektował witraże do bieckiego kościoła Bożego Ciała. Ale o Kościele w Bieczu Królowej Jadwidze, i kilku innych zdarzeniach wartych odnotowania napiszę w kolejnym poście.

Wasza Jadwiga

Dojechaliśmy do Święcan. Było piękne słoneczne popołudnie – w polu pracowały kombajny i maszyny zbierające słomę i ubijające ją w duże walce, ścierniska złociły się w zachodzącym słońcu. Wieś Święcany jest położona w województwie podkarpackim, w powiecie jasielskim, w gminie Skołyszyn. Tak jest teraz, za to w latach 1975-1998 miejscowość należała do województwa krośnieńskiego. Drewniany kościół parafialny pw. Św. Anny, stoi ponad stawami na górce. Kościół ten znajduje się na szlaku architektury drewnianej województwa podkarpackiego. Kilkadziesiąt metrów od Kościoła w linii prostej jest rozlokowany Cmentarz Parafialny. Na terenie wsi znajduje się też drugi cmentarz z lat 1914-1915, gdzie pochowani są żołnierze austro-węgierscy i rosyjscy z I wojny światowej. A teraz kilka słów o Parafii w Święcanach, która powstała w XIV wieku, na zasadach prawa magdeburskiego. Z roku 1369 pochodzą pierwsze wzmianki o istniejącej wsi, ale nie ma źródłowych wiadomości o dokładnej dacie powstania Kościoła Św. Anny. Na podstawie badań ustalono datę przypuszczalnej budowy kościoła na drugą połowę wieku XIV. W dziele Jana Długosza „Liber beneficiorum” z lat sześćdziesiątych XV wieku znajdujemy pierwszą wiadomość, że w Święcanach był kościół parafialny. W swoim dziele Długosz wspomina też, że wieś Ołpiny należała również do parafii Święcany, stąd można wysnuć wniosek, że Święcany były znaczącą parafią. Z dokumentów wynika, że kościół miał stać w innym miejscu oddalonym od obecnego, o jakiej pięćset metrów na południe, w okolicy szpitala dla ubogich. Pierwotny mały kościół miał być drewniany, ale legenda głosi, że się spalił. Datę budowy obecnego Kościoła w Święcanach ustalono na rok 1520, wzniesiony jest w konstrukcji zrębowej z wieżą o konstrukcji słupowo-ramowej, na zewnątrz jest oszalowany. Złożony jest z prezbiterium zamkniętego trójbocznie oraz szerszej nawy. Do prezbiterium od północy przylega zakrystia. Do nawy dostawione zostały: od północy czworoboczna kaplica, od południa przedsionek i od zachodu wieża o ścianach pochyłych, z niską izbicą nakrytą dachem namiotowym, przechodzącym w ostrosłupowy hełm. Nawa i prezbiterium nakryte są wysokim dachem dwuspadowym, krytym blachą, o wspólnej kalenicy z wieżyczką na sygnaturkę z latarnią. Kościół ten był wielokrotnie przebudowywany: w XVII wieku otoczono go sobotami i wzniesiono wolno stojącą dzwonnicę, która w latach około 1775 została dostawiona do nawy. Kolejna rozbudowa kościoła nastąpiła w II połowie XIX wieku wtedy poszerzono wieżę o boczne aneksy i dobudowano do nawy kaplicę świętego Jana Nepomucena. Ponieważ Kościół był zamknięty, i mogłyśmy tylko patrzeć na niego poprzez kratę, odszukałam Proboszcza Parafii księdza Marka, który właśnie kończył kosić trawniki wokół kościoła i plebanii. Znamy się od kilku lat i lubimy rozmawiać na temat prac, jakie zostały ostatnio wykonane na rzecz kościoła. I tym razem było tak samo, ksiądz Marek oprowadził nas po swoim gospodarstwie, pokazał nowy gont własnoręcznie wykonany na nowym płocie okalającym kościół, ścieżki własnoręcznie zrobione, wykładane kostką i wysypane żwirem, posadzone krzewy oraz mówił o czekających w kolejności innych pracach konserwatorskich. Jak to możliwe aby proboszcz parafii wcale nie małej, w ciągu niespełna sześciu lat, sam robił tyle rzeczy mając od czasu do czasu pomoc różnych osób. Tyle lat tu przyjeżdżam, a prac wykonanych teraz na rzecz Parafii jest bez liku.  Na koniec na naszą prośbę ks. Marek otworzył kościółek oświetlając go rzęsiście światłami. W ten sposób mogłam fotografować wnętrze. Wnętrze kościoła nakryte jest stropem płaskim, w nawie z zaskrzynieniami, wspartymi na słupach. Strop nawy zdobi renesansowa polichromia figuralno-ornamentalna z II połowy XVI wieku odsłonięta spod przemalowań i zakonserwowana przez mgr Barbarę Czajkowską Palusińską i Sławomira Stępnia w latach 1992 – 1994. Na stropie w prezbiterium widoczna dekoracja kasetonowa namalowana przez Jana Tabińskiego w1871 roku. Prezbiterium oddzielone jest od nawy belkami: stropową i tęczową (również zakonserwowaną w tych samych latach), na tej ostatniej umieszczona jest późnogotycka Grupa Pasyjna z XVI wieku, wykonana przez twórcę określanego, jako Mistrz Pasji Przydonickiej a ufundowana przez Feliksa Milnera, rajcę bieckiego. Z prezbiterium do zakrystii prowadzi późnogotycki portal zamknięty łukiem w tzw. ośli grzbiet. Naszą uwagę zwróciło wyposażenie wnętrza kościoła. W barokowym ołtarzu głównym z przełomu XVII – XVIII wieku umieszczony jest późnogotycki obraz św. Anny z XVI wieku. Z kolei w ołtarzach bocznych, również barokowych znajdują się rzeźby: Matki Boskiej z Dzieciątkiem z końca XIV wieku. Obraz św. Wojciecha, prawdopodobnie z połowy XV wieku. Wnętrze dekorowane jest późnorenesansową polichromią figuralno-ornamentalną z II połowy XVI wieku. O historii Kościoła Św. Anny rozmawialiśmy z proboszczem Parafii Św. Anny w Święcanach ks. Markiem Mnich, natomiast dokładne wiadomości na temat historii Kościoła zawarte są w książce Tadeusza Ślawskiego.  W roku 1966 Kuria Biskupia w Przemyślu wyłączyła wieś Siepietnicę, istniejącą, od co najmniej ośmiuset lat, z parafii Sławęcin i przyłączyła ją do parafii Święcany. Do Parafii należą trzy kaplice filialne. W 1974 r z inicjatywy ludności wsi Siepietnica przystąpiono do budowy kaplicy.  Uzyskano parcelę od Marianny Pawlik na mocy aktu darowizny. Parcela znajduje się kilkanaście metrów od głównej szosy Rzeszów – Kraków. Mury kaplicy powstały w ciągu jednej nocy,zponieważ ówczesne władze nie wydały pozwolenia na budowę, a w dniu 7.07.1974 r odbyła się pierwsza msza. Ordynariusz Diecezji Przemyskiej biskup Ignacy Tokarczuk dokonał poświęcenia kaplicy w dniu 3.11.1974 r.

Druga kaplica znajduje się w lesie na tak zwanych Przechodach a powstała w 1910 r, rozbudowano ja w latach 1969 – 1974 i 1984. Poświęcenie kaplicy filialnej pod wezwaniem Jezusa Ukrzyżowanego nastąpiło w roku 1986 w dniu 1 czerwca przez tego samego biskupa. Trzecia kaplica to niewielkich rozmiarów kapliczka w Czermiance, z końca ubiegłego wieku. W 1972 r. odbyła się tam pierwsza msza dożynkowa. Po rozbudowie oddano ją do użytku, jako kolejny kościółek filialny pod wezwaniem Św. Rodziny, a rozbudowę zakończono w roku 1979. Poświęcenia dokonał biskup Tadeusz Błaszkiewicz w dniu 30 czerwca 1984 r. Czwarta kaplica zlokalizowana jest w przysiółku Nadole, zbudowano ja w roku 1838 przez ówczesnego właściciela tych ziem. Parafia Święcany to 26.500 mieszkańców. Jest to jedna z największych wsi, przed wojną liczyła 600 numerów obecnie pewnie ze trzy razy więcej.

Wszystkie informacje pozyskałam z książki Tadeusza Ślawskiego o Święcanach. Tadeusz Ślawski historyk urodzony w roku 1920 zmarł w roku 2008, jest krewnym Jana Ślawskiego, o którym pisałam we wpisie pod tytułem „Podróż sentymentalna”. Zarówno Tadeusz jak i Jan mieli wspólnego przodka, dziadka Jana Ślawskiego seniora urodzonego w 1864 r – zmarłego w roku 1945. Jan był rolnikiem i gospodarował we wsi Święcany. Ożeniony po raz pierwszy z Apolonią Maciejewską miał troje dzieci Ludwika (1893-1955), Adelę Ślawską i Józefa Ślawskiego. Ojcem Tadeusza był Ludwik Ślawski (1893-1955), matką Anna Haluch (1883-1946). Po śmierci Apolonii Maciejowskiej, która zmarła przy porodzie syna Józefa w roku 1896, Jan Ślawski senior po raz drugi ożenił się z Anną Pyrek (1873-1928), z którą miał dziewięcioro dzieci: Józefa Ślawskiego(1898/1898), Stefanię Ślawską (1900/1900), Mariannę Ślawską (1901/1911), Stanisława Ślawskiego (1903-1979), Helenę Ślawską (1907/1907), Józefę Ślawską (1910/1910), Władysława Piotra Ślawskiego (1911), Józefa Ślawskiego (1914-1948), i Tadeusza Ślawskiego (1917/1918). Trzecią żona Jana Ślawskiego seniora była Bronisława Mikowska. Z tego związku nie było dzieci. Ojcem Janka Ślawskiego (trenera judo) jest Stanisław Ślawski, który ożenił się z Heleną Zając. Z tego związku urodzili się: Jan Ślawski 1933 -2003- trener judo, Janina Anna Ślawska (1934), Maria Tekla Ślawska (1939/1940), Anna Ślawska (1937), Józef Ślawski (1941-2001), Krystyna Ślawska (1944), Stanisław Ślawski (1946), Danuta Ślawska (1950) – poetka ludowa, twórca zespołu pieśni „Wesoła Gromada” laureatka różnych konkursów literackich. Trochę długo to trwało zanim wyjaśniłam koligacje rodzinne istniejące pomiędzy Tadeuszem a Janem Ślawskimi, ale w końcu się udało. Informacje powyższe dostępne są w książce Jana Wędrychowicza „Genealogia Rodu Kędziorów” ze Święcan 1734 – 2007. Warto kilka słów napisać o koligacjach rodzinnych, gdyż w ten sposób funkcjonują również inne wioski, i choć o tych koligacjach rodzinnych mało wiemy, czasami wiemy, ale nie mówimy, to tak funkcjonuje wiele wsi na zasadzie żenimy się z dziewczynami z tej lub sąsiedniej wsi, czasami nie wiedząc jak sto czy dwieście lat temu wyglądały powiązania pomiędzy poszczególnymi rodzinami. W swojej „Genealogii Rodu Kędziorów” Jan Wędrychowicz opisał rodziny ludzi zamieszkujących Siepietnicę, Świecany, Lipnicę Górną, Bączały, Skołyszyn, Szerzyny, Czermnę, Jabłonicę, Biecz, Jasło, Jarocin, Piłę, Żary k/Żagania, Mirostowice Dolne, Mirostowice Górne, Gorlice, Krosno, Gliniku, Dominikowicach, Korczynę, Szczecin, Rzeszów, Warszawę itp., itp. Praktycznie nie ma miast w Kraju, w którym nie byłoby przedstawicieli naszego rodu, i choć w połowie inaczej się nazywamy, to nic, przecież nasze kobiety wychodziły za mąż, stąd mnogość innych nazwisk. Poszczególni przedstawiciele rodu wyemigrowali i mieszkają we Francji, Niemczech, Włoszech a także w USA i Brazylii. Wydaje mi się, że skoro w jednej rodzinie są osoby powszechnie znane i uznane, docenione przez społeczeństwo, odznaczane medalami za swoja działalność zawodową i społeczną, to warto te osoby przywołać i przedstawić je szerszemu ogółowi, bowiem zarówno Jan Ślawski w swojej działalności w sporcie, w judo osiągnął mistrzostwo (zresztą posiadał tytuł trenera klasy mistrzowskiej), tak i Tadeusz zasłynął ze swoich pasji i działalności na rzecz społeczeństwa bieckiego i podkarpackiego. Ponieważ Ród Kędziorów, który jest spokrewniony z Rodem Ślawskich jest ogromny kilka tysięcy osób, nie mogę napisać o wszystkich, mogę tylko powiedzieć, że wiele osób pełniło funkcje społeczne pracowało na rzecz swoich gmin, powiatu czy województwa, a nawet było posłami na Sejm ( Stanisław Zając ur.1949 r w Swięcanach) , który zginął w katastrofie 10.04.2010 r. pod Smoleńskiem). Jednak warto wspomnieć, że koligacje rodzinne Rodu Kędziorów przeplatane są z rodami takimi jak: Wencowie, Zającowie (matka Jana i jego rodzeństwa Helena Ślawska z domu Zając),Rozmusi, Nigborowicze, Gotfrydzi, Bary, Setliki, Gorzkowscy, Berkowicze, Grzyby, Maciejowscy, Gajeccy, Dziedzice, Lignarscy, Ryznarscy.  W przeszłości do tradycji należało mieć dużo dzieci, zresztą warunki zdrowotne i choroby zabierały dzieci nowo narodzone, dlatego na dziewięć rodzących się osób, zazwyczaj czwórka umierała.  Nie do pomyślenia było, bowiem w owych czasach, aby na wsi rodzina składała się tylko z ojca matki i jednego bądź dwojga dzieci. Dzisiejszy schemat 2+1 nie był brany pod uwagę. To właśnie mnogość dzieci zapewniała ciągłość dziedziczenia, dawała możliwość zawierania kolejnych koligacji rodzinnych dawała możliwość łączenia gospodarstw oraz zwiększania w tych gospodarstwa liczby osób pracujących a także była podstawą wzrostu ilości ludności we wsiach. Wieś Siepietnica wraz ze Święcanami na początku istnienia liczyła 300 osób, w okresie zarazy ilość ich zmniejszyła się, by w następnych latach zacząć raptownie rosnąć do 26.500 osób w chwili obecnej. Obecna wieś Święcany i Siepietnica to domy murowane, pięknie wyposażone, każdy z łazienką i wc, skanalizowane, posiadające bieżąca wodę a co najważniejsze wyposażone w przyłącza gazowe. Każdy dom posiada kuchnię opalaną gazem, z centralnym ogrzewaniem czasem gazowym, czasem olejowym, na prawdę miło jest patrzeć na te wsie, które znam od lat sześćdziesiątych jak bardzo się zmieniły. A zmieniło się może nie wszystko, ale bardzo dużo. Chociażby zagospodarowanie przestrzeni wokół domów. Jechałam przez różne wsie, byłam w Jaśle i Bieczu i wszędzie przykuwały oko piękne ogródki przydomowe. Strzyżone frymuśne iglaki, piękne kwiaty, przystrzyżone trawniki. Nie byłam tu tylko dwa lata, ale zobaczyłam, jakie wielkie zmiany na lepsze zaszły w tych stronach. Bardzo mnie to ucieszyło. Ponieważ zbyt długo rozpisałam się o wsiach Siepietnica i Święcany, dlatego o Tadeuszu Ślawskim i Bieczu napiszę w następnym poście.

Cdn.

Tegoroczne lato postarało się i było jedną wielką ulewą. W Warszawie, a myślę, że w każdym zakątku kraju, było tak samo – albo padało, albo była ogromna burza, tak jak jest teraz  od dwóch godzin w Warszawie. Jak jedna burza kończyła swoje występy, następna zaczynała i trwało tak dzień lub dwa, a później deszcz, ulewa i tak w kółko. W tej sytuacji podlewanie ogrodu nie było konieczne, wcale! Natomiast nawóz obornik w granulkach podsypywałam pod wszystkie moje rośliny, zarówno pod kwiaty jak i krzewy. W tym roku zaprotestowały hortensje, które pięknie wyrosły, ale nie mają ani jednego kwiatu. Na nic zdała się moja szczególna troska, owijanie krzewów włókniną na zimę, podsypywanie nawozu przeznaczonego specjalnie dla hortensji, ani jeden kwiat nie pojawił i pewnie się już nie pojawi. Trudno. Wyleciały wszystkie róże zasadzone kilka lat temu. W tym roku po przycięciu pięknie odbiły i zanim się zorientowałam z moich pięknych róż wyrosły piękne dziczki, zaatakowane milionem mszyc. Walka była zawzięta, ale nic z tego nie wyszło i róże zostały wykopane. Odczekałam 5 tygodni, nawiozłam ziemi i w tym miejscu zostały posadzone powojniki, czyli klematisy. Zobaczymy czy się przyjmą i jak będą rosły. Nie zawiodły mnie w tym roku begonie semperflorens, czyli begonie wiecznie kwitnące lub zawsze kwitnące, które sadzę na rabatach w miejsce wykopanych tulipanów, obecnie schnące w pięciu wielkich skrzyniach czekając na koniec września lub początek października, wtedy zostaną ponownie posadzone. Oczywiście cebule tulipanów sprawdzałam kilka razy, aby wyeliminować ewentualne gnijące lub zainfekowane, pozostałe stoją w garażu. Na rabatach kwitną  floxy. Na letnich rabatach królowały liliowce, lilie azjatyckie i tygrysie, które kilka dni temu skończyły kwitnąć, za to teraz kwitną dalie. Dalia, georginia (Dahlia Cav.)  jest to rodzaj roślin należących do astrowatych, tak, tak! Niestety, jak astrowate, to znaczy jesień stoi już na ganku. Dalie pochodzą z Ameryki Środkowej u nas są uprawiane, jako rośliny ozdobne. Nazwa wywodzi się od nazwiska szwedzkiego botanika Andersa Dahla, ale w Polsce znane są również, jako georginie, giergonia, giergona, wielgonia, wielgoń – o bardzo dużych kwiatach. Dalie posiadają bulwy, które wysadziłam na rabaty po zimnej Zośce, czyli po 15 Maja. Niestety Maj był raczej zimny, kwiecień zresztą też, więc aby kwiaty trochę szybciej podrosły posadziłam je w wielkich drewnianych donicach, które postawiłam w ciepłym zacisznym miejscu w ogrodzie, aby ich wegetacja ruszyła i aby po trzech zimnych ogrodnikach przesadzić je na właściwe miejsca na rabatach. Jest z tym trochę kłopotu, ale efekt murowany, zresztą zobaczcie sami. Dalie lubią miejsca słoneczne i przepuszczalną ziemię. Lubią też wilgoć, a więc w dni, kiedy nie pada należy je podlewać no i oczywiście nawozić. Ponieważ moje dalie wyrosły pięknie wymagały podpór, gdyż kwiaty dalii są ciężkie i rośliny mogłyby się połamać. Oczywiście możemy uszczykiwać boczne pączki, aby uzyskać jeszcze większe kwiatostany. Ja tego nie robię, gdyż lubię bukiety kwiatów, które cieszą oko do późnej jesieni.

Bulwy zostaną wykopane na zimę, pozostawię je na dzień do obeschnięcia i przeniosę do pomieszczenia. Po dwóch tygodniach przytnę i ułożę w lekko wilgotnym torfie w skrzynce, wyniosę do chłodnej piwnicy i pozostawię do następnego roku. Oczywiście dokładnie przejrzę rośliny usunę uszkodzone części, położę je do góry nogami, aby odpłynął nadmiar wody i tak przygotowane ułożę w torfie.  Ponieważ w zeszłym roku nie miałam w ogrodzie dalii, georginii, wielgonów, dlatego teraz podałam kilka niezbędnych informacji na temat tych pięknych roślin. Są one nieco zapomniane, wiele innych roślin króluje w naszych ogrodach, ale dla mnie te stare sprawdzone kwiaty są najpiękniejsze, przypominają mi moją młodość, najszczęśliwsze moje lata wakacji na wsi, zabawę z innymi dziećmi a także słońce i pyszne podwieczorki serwowane przez Babcie Katarzynę w naszym ogrodzie pod gruszami, w pobliżu kwiatowego ogródka. Teraz sama podtrzymuję tradycję wiejskiego ogrodu i mam nadzieję, że moje wnuczki będą ją kontynuowały. Popatrzcie sami na zdjęcia, widzicie rudbekie, pysznogłówkę, floxy w kolorach od jasnego różu, amarantu, purpury, krokosomię (podobna do mieczyka, ale w miniaturze), hibiskusy, ułanki, czyli fuksje, dalie. Czyż kwiaty te nie kojarzą się z wiejskim krajobrazem, z ogrodem, w którym pomiędzy kwiatami rośnie szałwia, tymianek, mięta, rozmaryn i inne pachnące zioła? Dla mnie lato zawsze będzie kojarzyło się ze słońcem i mieszanką najpiękniejszych letnich zapachów. I zawsze będę żałowała, że lato trwa za krótko, że nie możemy się nim nacieszyć i w końcu westchnąć, uffff mamy dość, niech w końcu już będzie chłodniej. Życzę wszystkim słońca i radości, niech te piękne dni trwają, niech będzie dużo słońca i najpiękniejszych letnich zapachów, jakie spotkacie na swojej drodze, przecież 15 sierpień to święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, zwane też Świętem Matki Boskiej Zielnej, i właśnie, dlatego robimy piękne polne bukiety na tę okazję. Jest to jedno z kościelnych Świąt nakazanych, obchodzone w Kościele Katolickim na całym świecie. Święto to wiąże się z wiarą Chrześcijan, że Matka Boska nie umarła śmiercią naturalną, lecz została wzięta do nieba. Dlatego w 1950 roku Papież Pius XII w konstytucji apostolskiej Munificentissimus Deus (łac. Najszczodrobliwszy Bóg) ustanowił Wniebowzięcie jednym z dogmatów Kościoła Katolickiego.  W dniu 15 sierpnia obowiązkiem jest święcenie bukietów, najczęściej pięknie przyozdobionych. Do tradycji należało święcenie bukietów kwiatów i ziół. Wianki święcono dwa razy w roku, pierwszy raz w oktawę Bożego Ciała. Układano je z kwiatów i ziół kwitnących w tym czasie (najczęściej w czerwcu), zaś na Matki Boskiej Zielnej święcono wianki i bukiety wykonane z kwiatów i ziół kwitnących późnym latem. Poświęcone bukiety trzymano cały rok, wierzono, ze chronią od nieszczęścia, choroby czy też pioruna. Bukiety wykonane na Matki Boskiej Zielnej wieszano za świętymi obrazami. Wyciągane z nich zioła lecznicze skuteczne były w leczeniu zarówno zwierząt jak i ludzi. W okolicach Jasła i Gorlic poświęcone ziele wkładano na jeden dzień do kapusty, aby nie miała robaków. Okadzano nimi bydło, gdy szło na wypas, oraz spalano je jak grzmiało. Każdy region miał dla nich swoje zastosowanie.

Idę, więc do ogrodu, aby przygotować swój bukiet świąteczny.

Pozostawiam wszystkim same serdeczności!

Wasza Jadwiga

Dzisiaj jest Dzień Świętego Walentego, popularne od jakiegoś czasu w Polsce Walentynki. W sklepach, na straganach leżą lub stoją porcelanowe lalki, czerwone poduszki w kształcie serc z misiami haftowanymi, kartki walentynkowe, czerwone balony z napisami wielce obiecującymi kocham cię, lub I love you, i inne precjoza na ten dzień stosowne. Jest to jeden z wielu dni, gdy najmilsza sercu osoba może wyznać miłość, a nawet poprosić swoją wybrankę o rękę. Zobaczmy tedy jak dawniej rodzina przygotowywała pannę do jej zamążpójścia i jaką na te okazję szykowała wyprawę. Łatwiej nam będzie przygotować być może nasza córkę lub wnuczkę.  W Silva Rerum, czyli rozmaitych wiadomości zapisywanych z różnych wydarzeń, dotyczących kultury staropolskiej, znalazłam artykuł dotyczący posagu szlachcianki Rozalii Ewy córki Konstancji Gnińskiej i Jana Piotra Czapskiego herbu Leliwa, wojewody pomorskiego. Był on właścicielem ziem w Prusach Królewskich. Rozalię wydano w roku 1738 za mąż za Adama Tadeusza Chodkiewicza herbu Gryf, wojewodę brzeskiego. W związku właśnie z tym zamążpójściem spisano wszystkie rzeczy, jakie panna młoda otrzymała, jako jej posag, ale też, jakie otrzymała od męża. Młode panny proszę o szczególna uwagę, natomiast rodziców uprasza się o czytanie tekstu z nalewką w kieliszeczku, aby rozterki związane z wyprawą ślubną nieco osłabić.  Zapraszam do tej niezwykle ciekawej lektury dającej nam wyobrażenie o tym, ile i jakie rzeczy młoda panna posiadała, niezbędne i konieczne, modne w życiu możnej kobiety, które podkreślały jej prezencje oraz świadczyć mogły o pozycji społecznej. „… W spisie znalazły się kosztowności, ubiory, pościel, bielizna, naczynia, meble i pojazdy. Rozalia miała kilkanaście klejnotów, w tym: naszyjniki – złoty i z pereł, bransolety, kolczyki, „briliantowy” krzyżyk, diamentowe spinki, tabakierkę (!) i mały zegarek (pektoralik) ze złota, oraz kilkanaście również drogocennych (głównie srebrnych) przedmiotów służących do zabiegów kosmetycznych (tzw. „gotowalnie”), np. miednice, dzbanki, „pudełko do mydła”, szczotki i zwierciadło. Do Rozalii należały również, odrębnie wyliczone, inne wyroby srebrne, głównie naczynia (m.in. dzbanki do kawy, herbaty i mleka, talerze, wazy z pokrywami, cukiernica, solniczki), ale też – jak widać niezbędne „pannie z dobrego domu” – nocnik (urynał) i spluwaczkę (kraszoar). W posagu wniosła również niemało wyrobów (farfurek) porcelanowych, modnych wówczas i kosztownych, importowanych z Saksonii, Paryża, Wiednia lub włoskiego Docci. Były to choćby różnej wielkości, trzy komplety filiżanek, każdy na 12 osób. Najwięcej Rozalia posiadała ubiorów, wykonanych z rozmaitych materiałów, gładkich i wzorzystych, jedno- i wielobarwnych, o różnym kroju i z dodatkami odpowiadającymi kanonom ówczesnej mody. Były to głównie suknie kobiece (36 pozycji), w tym stroje balowe (np. na karnawał, w czarne domino), oraz spódnice, kontusze, peleryny, wyszczególniony kołpaczek soboli, szale, 6 par trzewików, aż 52 kornety (najmodniejsze nakrycia głowy), ponadto ozdobne stroje poranne (negliże) i koszule nocne, stelaże fiszbinowe (rogówki, rozpowszechnione w Polsce dopiero od lat trzydziestych XVIII stulecia), czepki, gorsety, chusty, pończochy. Osobno wymieniono wnoszone w posagu liczne prześcieradła, kołdry, materace, ręczniki, obrusy i serwety stołowe. Szczególną pozycję zajmuje „łóżko” z kotarą, dekorowane galonami i frędzlami wraz z zasłonami i firanami, następnie „skrzynie y kufry do władania rzeczy”, gdzie pomieszczono też karetę „wielką”, „ze wszystkiem porządkiem”, oraz berlińską „szkarłatem wybitą”, a także wóz ładowny (karawan) i konie do zaprzęgu…”. Synem Rozalii i Adama Chodkiewicza był Jan Mikołaj Ksawery. Po śmierci męża (w 1749 r.) Rozalia poślubiła Jakóba Czapskiego, podskarbiego ziem pruskich. Oto wyjątek z Silva Rerum, gdzie taki artykuł znalazłam. Czyż ten spis nie przyprawi dzisiejszych rodziców o ból głowy? Ja mogę powiedzieć, że prawie jestem przygotowana na nadchodzące w tym zakresie „nieszczęście”, gdyż jedną skrzynię po Babci Katarzynie już mam, a co z kuframi, ekwipażami, karawanami? Końmi do zaprzęgu? O tempora! O mores!, O czasy! O obyczaje! Te zmieniają się. Wiek XX i XXI przynosi takie zmiany, o których naszym pra pra pra nie śniło się, a nawet uważałyby za nieobyczajne, ale cóż sto lat ostatnie jest rewolucją w obyczajowości i to, co nie było obyczajne dzisiaj staje się normą. Czy to dobrze? Według mnie nie, ale ja pewnie jestem już przestarzała, bo mnie właśnie rajcuje trochę niedopowiedzeń, dyskrecji, dobrego wychowania, kindersztuby i galanterii w stosunkach męsko damskich. Powiecie:, ale to już było? I nie wróci więcej? A ja wolę, aby wróciło, i wróci, ale obecna wolnością musi nasycić się, co najmniej dwa pokolenia, a później okaże się, że choć czasy nowoczesne to obyczaje dawne.

Życzę wszystkim Dobrego Dnia Świętego Walentego,

Nie tylko dzisiaj, ale w nadchodzącym tygodniu

Wasza Jadwiga

PS: ale żeby nie było tak bardzo poważnie z okazji Św. Walentego obejrzyjcie najlepszą reklamę jaką ostatnio zobaczyłam

Here is a link to simply the best advertisement ever made.

http://www.m2film.dk/fleggaard/trailer2.swf

Pozdrawiam!

j

Życie nasze składa się z różnych ważnych wydarzeń na przestrzeni lat. Kilka dni temu napisałam o urodzinach i o wydarzeniach jakie miały miejsce wiele lat temu podczas II Wojny Światowej. Dzisiaj uczestniczyłam w pogrzebie dziadka jednej z osób z naszej Rodziny. Jak zwykle w takich okolicznościach stawiła się cała bliższa i dalsza rodzina, a także sąsiedzi, a ciekawskich też pewnie nie brakowało. Pamiętam doskonale pogrzeb mojej ukochanej Babci Katarzyny w roku 1978 w Opatowie, a właściwie w Kolegiacie Opatowskiej pod wezwaniem św. Marcina z Tours. Zajmuje ona miejsce wyjątkowe. Miejsce pośród zabytków architektury romańskiej w Polsce. Została zbudowana w roku 1189 i od tego czasu przez ponad osiemset lat  jest świadectwem wielkiego kunsztu średniowiecznych budowniczych. Bazylika opatowska postawiona na niedużym wzniesieniu, króluje nad miasteczkiem Opatów zwracając uwagę swoją piękna sylwetką. (Tym, którzy chcieliby dowiedzieć się więcej na temat Kolegiaty Opatowskiej polecam stronę w Internecie pt: Kolegiata Opatowska św. Marcina). Często bywałam w rodzinnej wsi Babci, gdzie przez kilkanaście lat spędzałam wakacje. Nie pamiętam już kiedy natknęłam się w spichrzu na „wielkiej” urody skrzynię wykonaną z drewna dębowego, tak zwaną skrzynię posażną. Była w stanie „nędzy i rozpaczy” jak stwierdził ślubny, ale ja widziałam ją w swoich wspomnieniach jako pięknie wykonaną skrzynię, wtedy pomalowaną na wiśniowy kolor, na której często siedziałam słuchając opowieści rodzinnych, a także obserwując zarabianie w wielkiej dzieży zaczynu na chleb, jego wyrabianie a w końcu pieczenie w specjalnie ulepionym piecu chlebowym. Babcia była szlachcianką, co prawda niezbyt bogatą, ale przekazała swoim córkom umiłowanie tradycji i umiejętności prowadzenia gospodarstwa wiejskiego jak i w mieście. Córki i syn były nauczone wszystkiego co konieczne było w ich dalszym życiu. W moich wspomnieniach najwyraźniej widzę nasze przygotowania do uczestniczenia w niedzielnej mszy. Wówczas wcześnie rano Babcia otwierała swoją magiczną skrzynię wyjmując szale koronkowe, białe halki pod czarną spódnicę, trzewiki niedzielne i bluzkę  czarną w drobniuteńkie kwiatuszki. Przyznam się, że zawsze lubiłam towarzyszyć Babci w tym niedzielnym rytuale. Dom spał, a my we dwie piłyśmy kawę zbożową, po cichuteńku rozmawiałyśmy, a Babcia snuła coraz to inną opowieść o rodzinnym domu i zwyczajach. Jednym z nich było „wianowanie” córki. Inaczej mówiąc przygotowanie posagu, którym Rodzice wyposażali młodą kobietę na dalszą drogę życia. Posag ten – wiano, był składany przez lata do skrzyni dębowej i był przekazywany córce w dniu jej ślubu. Skrzynia Babci Katarzyny była przekazywana od pokoleń, z matki na córkę. Wszystkie te obrazy przemknęły mi przed oczami, gdy spoglądałam na zniszczoną kiedyś piękną dębową skrzynię. Wypadłam ze spichrza ubrudzona mąką i śrutą pośród których stała skrzynia. Poszłam do mojej ciotki i stanowczo poprosiłam o wydanie mi tej pokrzywdzonej przez czas pamiątki. O dziwo nie było żadnego sprzeciwu, tylko padło jedno zdanie: dziecko po co ci taki rupieć? hm… dla kogo rupieć dla tego rupieć. Dla mnie zaś w nim zamykało się moje dzieciństwo oraz moje dorastanie, a także opowieści Babci.  Skrzynia przyjechała do nas, w stanie opłakanym, ale ja już wtedy wiedziałam, że będzie piękna! Mój ślubny kocha pracę w drzewie. Nie powiem, renowacja domowym sposobem zajęła kilka ładnych miesięcy, bo części metalowe skrzyni należało zamówić u kowala, co wcale nie było łatwe w Warszawie, ale chcieć to móc. Odrestaurowana skrzynia stoi na poczesnym miejscu w naszym domu, ilekroć koło niej przechodzę widzę Babcię pochyloną, wyjmująca rozmaite „skarby”. Moja skrzynia zgodnie z tradycją przejdzie w posiadanie córki, a później wnuczki. I tak tradycja rodzinna będzie się toczyła, a przecież o to chodziło Babci Katarzynie. Babcia znała tylko swoją prawnuczkę (moją córkę), dzisiaj miałaby 116 lat, ale moje dziewczynki doskonale wiedzą kto był ich  Pra-babcią, i pra pra- babcią. Moja córka przebywając, tak jak ja na letnich wakacjach w majątku babci, nie umiejąc sobie poradzić z dwiema żyjącymi babciami (moją mamą i jej mamą) Babcię Katarzynę nazwała Starą Babcią, a chodziła za nią jak cień, tak samo jak ja, mała dziewczynka lata temu.

Babcię Katarzynę wspominała

Wasza Jadwiga

 

Content Protected Using Blog Protector By: PcDrome.