Subskrybuj kanał RSS bloga Okiem Jadwigi Subskrybuj kanał RSS z komentarzami do wszystkich wpisów bloga Okiem Jadwigi

Archiwum kategorii ‘Przepisy kulinarne’

W ostatnim wpisie zajęłam się pochwałą wieprzowiny i różnych dań z niej przygotowywanych. Tym razem chciałabym zwrócić uwagę moich czytaczy na szczególne miejsce jakie w kuchni staropolskiej zajmował kapłon. Wiele razy w książkach kucharskich St. Czernieckiego i W. Wielądki czytałam o kapłonach, ale prawdę powiedziawszy nie bardzo wiedziałam, kto zacz ten kapłon jest. Kapłon był obiektem rozmarzonych westchnień  staropolskich smakoszy i był takoż synonimem świątecznego posiłku, a zatem królem staropolskiej kuchni. Jan Krzysztof Kluk polski przyrodnik w XVIII wieku pisał, że ”… kapłonem zowią koguta, któremu członki rodzajne wyrzynają się dla większej tłustości i smaku lepszego…”. Jak wynika z opisu tego, kapłon to wykastrowany kogut znacznie większy i tłustszy ptak można powiedzieć ociekający tłuszczem. Naszym przodkom, wygłodniałym po najróżniejszych postach,  tłusty kapłon kojarzył się ze  smakowitym kąskiem bez którego nie było porządnego obiadu, jako „…że niedobry obiad, gdzie sztuki mięsa i kapłona nie masz…”. W książce kucharskiej Stanisława Czernieckiego kapłon występuje w różnych przepisach, jako kapłon smaczny, kapłon inaczej, kapłon z chrzanem, w potrawie z jabłkami, kapłon po holendersku, jako miskolancyja, kapłon z perdutą, w potrawie włoskiej, kapłon z octem nalany żywcem, kapłon smażony z słoniną, kapłon z kawiarem oraz w additamencie albo przystawce materyji na misę, w potaziu zabielanym, potrawie na zimno,  oraz w pierwszym  condimentach do pieczystego a także w Sekrecie Pierwszym Kuchmistrzowskim. Oprócz przeze mnie wymienionych Czerniecki podaje znacznie więcej przepisów z kapłonem w roli głównej choćby w rosołach i frykaszach. Dla Czernieckiego kapłon był esencją polskiej kuchni wieku XVII i lat późniejszych.

Aby nie być gołosłowną przytoczę w całości Sekret Pierwszy Kuchmistrzowski z książki Stanisława Czernieckiego pod tytułem „Compendium Ferculorum” albo Zebranie Potraw. Jest to tytułowa potrawa Kuchmistrza Czernieckiego Kapłon całkiem we flasie. Oto przepis:

Weźmij kapłona dworowego, ochędoż pięknie, zdejmij skórę z niego tak ostrożnie, żebyś dziury najmniejszej nie uczynił, a członki z których się skóra zdjąć nie może, poprzyrzynaj, żeby przy skórze zostały. Włóż tę skórę w flaszę taką, u której będzie dziura w śrzobie, żeby trzy palce włożył, trzymajże tę przerżniętą skórę w dziurze. Weźmij żółtków szesnaście , rozbij przydaj trochę mleka, zapraw jako chcesz, wlej lejem w tę skórę z kapłona trzymając, a zaszyj i puść w flaszę. Wody wlej pełną flaszę, zasól, a zaśrobuj albo mecherzyną zawiąż, włóż w kocioł wody a warz. A gdy się ociągnie, te jajca z mlekiem rozedmą kapłona tak, że się będzie każdy dziwował jako tamtego włożono kapłona, gdy go dasz z flaszą na stół, a kto tego nie wie, nie będzie przez podziwienia wielkiego.

Czyli przełożywszy na współczesny język polski potrawę z kapłona należało przygotować tak, aby wyjąć mięso i kości, pozostałą całą skórę kapłona wkładano do dużej flaszy- balona, który napełniano jajkami i mlekiem, zaszywano, i gotowano w tej butli we wrzącej wodzie w kotle. Pod wpływem temperatury kapłon pęczniał, tak pięknie że podany na stół wzbudzał podziw biesiadników. I właśnie o wzbudzenie należytego podziwu w tym daniu chodziło, a nie o smak czy też o kolejne wspaniale smakowo przygotowane danie. Pamiętamy przecież, że wiek XVII to rozkwit baroku i o takich atrakcjach towarzystwo marzyło i te atrakcje sporządzane przez kuchmistrza najczęściej wspominano.

Każdy wykwintny  obiad powinien być zakończony podaniem deseru, aby tradycji stało się zadość podaje kolejny przepis na deser mistrza Czernieckiego:

Obermus

Weźmij ochędożonych migdałów, utłucz w moździerzu i cukru z potrzebę, to dobrze zmieszawszy, rozpuść winem gęsto, jako kasza. Wylej na półmisek, a potrząsnąwszy cynamonem, wsadź do pieca wolnego, a gdy upieczesz, pocukruj, a daj na stół.

Na zakończenie mistrz Czarniecki napomina, że ”… pilny kuchmistrz siła umieć powinien. A zgoła we wszystkich rzeczach, którekolwiek do życia ludzkiego należą, powinien mieć eksperiencyją, a przynajmniej wiadomość, tak zdrowym jako i chorym wygadzając, umieć też zażyć czasu weselnemu aktowi służącemu i pogrzebowemu i to roztropnie akomodować.”

Tak oto kończę dzisiejszy wpis napomnieniem mistrza, że wszystko co robimy dla naszych bliskich w odpowiedni sposób należy przygotowywać, a do ich potrzeb dostosowywać.

Życzę wszystkim Drogim Czytaczom miłej niedzieli

Wasza Jadwiga

Czy wiecie, że w staropolskiej kuchni rzadko używano wieprzowiny? W staropolskich przepisach z XVII wieku wieprzowina pojawia się  sporadycznie. W książce kucharskiej Stanisława Czernieckiego „Compendium Ferculorum” wieprzowina pojawia się przede wszystkim jako słonina, podstawowy tłuszcz, raczej mocno zjełczały, co i tak było ulubioną postacią wonnej przyprawy naszych przodków. U Czernieckiego znajdujemy przede wszystkim mięso dzika, dla naszych rycerskich przodków przedmiot polowań i godny cel ich rozrywki. Skąd zatem w restauracjach szczycących się przepisami staropolskiej kuchni  z drugiej połowy XIX wieku tyle potraw z wieprzowiny? Tego nie wiem i pewnie się nie dowiem. Gdyby owi restauratorzy zainteresowani kuchnią staropolską rzeczywiście chcieli ją promować pewnie mięso z dzika musieliby sprowadzać do nas z Włoch lub z Hiszpanii, bo u nas raczej nie za dużo dzików po polach hasa, a w miastach? No cóż nie wiem czy to mięso na bazarach może być nazywane dzikiem?

Jak napisał w swoim artykule „Rehabilitacja wieprzowiny” Jarosław Domanowski, mój ulubiony autor :”…Sama wieprzowina, oprócz najlepszych partii mięsa, była kojarzona raczej z pożywieniem godnym plebejuszy. Mimo pewnych smakowych fascynacji nad poczciwą świnką ciążyło przekonanie szlachetnych panów braci, że jest ona w jakiś, bliżej nieokreślony sposób, nie do końca godna ich wymagających podniebień. Zapewne wiązało się to również z rozpowszechnionym w całej stanowej i chrześcijańskiej Europie przekonaniem, że twardo stąpające po ziemi i chętnie w niej ryjące świnki stanowią najniższy szczebel hierarchii produktów żywieniowych. Porządkowała ona zwierzęta i rośliny w łańcuch wiodący od ziemi ku niebu. Ceniono więc raczej wysoko latające, szlachetne i czyste ptaki, a nie baraszkujące w błotku świnie…”

W „Kucharzu doskonałym” Wojciech Wielądko wyraża niechęć do wieprzowiny skupiając się przede wszystkim na ostrzeganiu przed katastrofalnymi dla zdrowia skutkami jej spożywania. W książce Wielądki mamy kilkadziesiąt receptur na wołowinę, na cielęcinę czy skopowinę, ale tylko kilkanaście dań z wieprzowiny. Wiek XIX przyniósł nam demokrację smaku i gustów a wieprzowina zaczęła wkradać się w łaski kuchmistrzów, może dlatego, że wpływy śródziemnomorskiej kuchni zaczęły słabnąć, a większy wpływ uzyskały wzorce kuchni niemieckiej. Stąd wydanie w 1800 roku „Kucharza doskonałego” w Warszawie, zresztą pruskiej.

Zmiana nastąpiła też w wyrażaniu opinii o wieprzowinie, gdzie we wstępie  do rozdziału o wieprzowinie Wielądko wyrażał się już o niej znacznie przychylniej, podkreślając, że jest w kuchni po prostu niezbędna, choć może szkodzić np. starszym ludziom. W ślad za tym uzasadnieniem zamieścił w rozdziale „O wieprzowinie” 20 przepisów, aż o pięć więcej niż w poprzednich wydaniach. I tak rozpoczął się triumfalny marsz świnek na  polskie stoły.

A teraz, aby się tak z Wami na pusto nie rozstawać przytaczam : sposób robienia figatelli z książki  kucharskiej Stanisława Czernieckiego „Compendium Ferculorum”.:

„… Iż się często wspominać będą figatelle albo pulpety, trzeba też i sposób robienia onych położyć, który masz taki.

Weźmij cielęciny albo kapłona, mięsa wołowego albo zwierzyny, albo chudego świeżego wieprzowego, odbierz żyły i usiekaj drobno. Weźmij łoju kruchego, wołowego albo skopowego, albo jeleniego, odbierz żyły i usiekaj drobno jak najlepiej, zetrzyj chleba drobno białego albu siekaj i mieszaj to wszystko społem, przydawszy  jajec kilka. Dasz pieprzu i gałki, rób jakiekolwiek chcesz figatelle, małe lub większe, warzone albo pieczone, a jeżeli będziesz też chciał, a potrzeba będzie, przydasz rożenków lubo małych, lubo wielkich, lubo też obojga według potrzeby. Zrobiwszy spuść na wrząca wodę, a jeżeli same będziesz chciał dać, odważywszy one, odbierz pięknie, włóż pietruszki. A kiedy też na insze potrawy będziesz chciał zażyć, według potrzeby już odwarzone włożysz. Do pieczenia zaś z tejże materyjej robić będziesz wielkie jako bułki groszowego chleba, obwinione w odzieczki, a przydawszy rożenków obojga, wsadzić na patelli w piec albo na brytfannie, a upieczone kraj na grzanki, a dawaj lubo na potrawę, lubo same z rosołem albo jakim chcesz saporem.”

Coby mi się moi czytacze w słownictwie nie pogubili słownik terminów kulinarnych używanych przez kuchmistrza Czarneckiego podaję:

Figatelle lubo figatele – pulpety z różnych rodzajów mięsa. Przyrządzano je najczęściej z cielęciny, wołowiny, kapłona, dziczyzny, ewentualnie chudej wieprzowiny z dodatkiem łoju białego chleba i przypraw. Często dodawano do nich również rodzenki. Figatelle podawano gotowane, duszone smażone na patelni lub pieczone, jako samodzielne danie lub dodatek do potrawek, rosołów, zup, innych dań mięsnych. Czerniecki wspomina je w całej serii przepisów, zaleca m.in. przygotowanie figatelli z ryb.

Gąszcz – gęsty sos z gotowanych warzyw i owoców (rodzenek, cebuli, pietruszki, jabłek, fig, czasem z dodatkiem białego chleba), które po ugotowaniu przecierano przez sito i nieco rozpuszczano polewką, w której gotowano wymienione składniki.

Ochędożyć – oczyścić

Patella- patelnia

Rożenki- rodzynki, Czarniecki wyróżnia różne ich rodzaje, były one szeroko używane jako dodatek do bardzo różnych dań.

Skopowina- mięso z kastrowanych i tuczonych baranów, popularne w dawnej kuchni, jedno z najważniejszych rodzajów mięs obok wołowiny, cielęciny, drobiu i dziczyzny, używane znacznie częściej niż wieprzowina.

sapor- smak, przysmak, smakowy dodastek do potraw w postaci sosu,polewy lub zaprawy do mięs i ryb.

Tyle na dzisiejszy dzień wynalazłam dla Was moi drodzy czytacze i tumbywalcy, cobyście o dobrych naszych obyczajach pamiętali a wiedzieli jakowe dania dla zdrowia nieszkodliwe należy na wakacyjach spożywać.

Wasza Jadwiga

Beata napisała, że w Anglii żar z nieba się leje. Poprosiła o przepis na chłodnik. Przyjaciołom się nie odmawia, więc przepis leci jako pierwszy.

Chłodnik

2 jogurty 0,5 l, może być nawet 0% tłuszczu, pęczek kopru lub dwa, buraczki, śmietana, ale może być z  najmniejszą zawartością  tłuszczu. Ja robię bez śmietany, ogórki kwaszone lub świeże, kefir bez tłuszczu, cebulka, szczypiorek trybulka lub  dymka  cienka lub dymka normalna, troszeczkę cukru do smaku.

Wykonanie: Zimny jogurt, kefir, jeżeli śmietana to śmietana też, mieszamy w wazie, dodajemy pokrojone ogórki kwaszone, ogórki świeże, pokrojony koperek ja biorę dwa pęczki, cebulkę drobną czyli trybulkę, ale jak nie ma to dymkę drobną, a jak nie ma to dymkę zwyczajną  pokrojoną,  buraczki i tu mogą być buraczki świeże ugotowane, buraczki ze słoika, takie wiórki z buraków, mogą być buraki tarte paczkowane, jakie dostaniesz chodzi o smak i kolor. Jak nie ma buraków może być koncentrat buraczany. Wszystko mieszam, nie solę, dodaję trochę soku z kiszonych ogórków, a jak nie mam to cytrynę wyciskam i koniecznie czosnek albo kroję albo przepuszczam przez praskę. Wszystko mieszam i wstawiam do lodówki, aby dobrze schłodzić. Im więcej farfocli pływa w chłodniku tym jest smaczniejszy, podaję z jajkami gotowanymi na twardo.

Chłodnik II

Chłodnik można też zrobić z jogurtu ze świeżymi ogórkami, czosnkiem, koperkiem, cebulką i już, możemy dołożyć świeży ogórek i jest już gotowy, bo chodzi o to, by była w nim zielenina nadająca smak,  a klasyczny jak w przepisie powyżej powinien mieć jeszcze dodaną wodę z obgotowanego boczku dla smaku, ale ja bez tej wody robię i tak jest pycha.

Smacznego!

A dla nas, którzy chcieliby mieć trochę gorąca i ciepełko, przecież są wakacje, podaje przepis na indyka w sosie curry z mlekiem kokosowym, rozgrzeje nas i zapewni bogaty smak.

Indyk w sosie curry z mlekiem kokosowym

Kupiłam ostatnio na bazarze okrawki z piersi indyka, tak około 0,750 g. Chciałam zrobić potrawę lekką, łatwą i przyjemną w smaku. Byłam też w supermarkecie, bo nie miałam kolendry i zakupiłam pastę curry mild za całe 8 zł (szukajcie w części gdzie stoją przyprawy azjatyckie) mleko kokosowe, którego kilka puszek na zapas też zakupiłam. Szkoda, że mild bo lubię taką ognistą wyrazistą, ale skoro była taka to nie wybrzydzałam. Mięso indycze było pokrojone na części, więc je tylko umyłam i osuszyłam papierowym ręcznikiem. Na dużą patelnię  wlałam kilka łyżek oleju z pestek winogron, pokroiłam kilka ząbków czosnku, 3 papryczki chili bez pestek oraz spory kawałek świeżego imbiru obranego ze skórki i pokrojonego w paseczki. Podsmażyłam mieszając, dodałam indyka, smażyłam wszystko na dużym ogniu. Przełożyłam do garnka, dodałam imbir z zalewy, pokrojony drobniutko, podlałam mlekiem kokosowym oraz dodałam pół słoika pasty curry mild. Przykryłam pokrywką i dusiłam około 30 minut. W osobnym garnku ugotowałam ryż basmati. Jeżeli ktoś nie lubi ryżu może podać indyka z makaronem , ale im szerszy makaron tym lepszy, ja kupuję papardale. Na koniec pokroiłam i posypałam świeżą kolendrą i danie gotowe.

Życzę smacznego i do usłyszenia

Wasza Jadwiga

Babskie spotkanie odbyło się ostatnio na naszym tarasie. Ja podałam sałatkę z krewetek imbiru i chińskiego makaronu, o której napisałam w dniu… oraz krewetki z czosnkiem.

Basia przyniosła ciasto biszkoptowe z truskawkami i galaretka a Marysia przyniosła sernik. Dzisiaj podaję przepis na sernik Mani, ponieważ bardzo mi smakował.

Składniki: 1 kg sera w kubełku, 7 jaj, 2 szklanki cukru, 0,250 g masła, 1 budyń waniliowy, rodzynki, orzechy, skórka pomarańczowa, Marysia nie dawała bakalii, ale stwierdziła, że różne są gusta i każdy lubi coś innego, dlatego można dodać, co kto uważa.

Wykonanie: oddzielić żółtka od białek, utrzeć masło z cukrem, dodać żółtka, ser, budyń, wszystko wymieszać

Ciasto na spód: 3 żółtka, i jedno gotowane , 1,5 szklanki mąki, ¾ szklanki cukru, pół kostki masła, 1 łyżeczka proszku do pieczenia. C

Ciasto zagnieść, (aby było twarde) włożyć do lodówki na 2 godziny.

Wykonanie: blachę wyłożyć papierem do pieczenia, lub tortownicę wysmarować masłem i utrzeć ciasto na tarce równomiernie na spód, na ciasto rozsmarować trochę dżemu smak wg własnego uznania, na to wyłożyć przygotowany ser, całość pokryć ubitą pianą. Wstawić do piekarnika i piec 50 minut w temperaturze 170 stopni.

Smacznego!                                                                     

Ponieważ pogoda płata nam figle i albo jest upał albo chłodno, proponuję zupę gulaszową na chłodniejszy dzień:

Składniki: 1 kg mięsa wieprzowego pokrojonego w kostkę, 3 cebule, 1 łyżka słodkiej papryki, 1 łyżka ostrej, papryka świeża, pieprz, sól kminek, liść laurowy, ciasto na lane kluski: 3 jajka i mąka, aby była konsystencja ciasta lanego (rzadsze od gęstej śmietany)

Do garnka wrzucamy podsmażone mięso, na tej samej patelni smażymy pokrojoną w piórka cebulę, wrzucamy jarzyny i przyprawy, podlewamy wodą i dusimy na ogniu do miękkości. Gdy mięso jest miękkie a gulasz już przyprawiony, gotujemy lane kluski  w osobnym garnku, w wodzie osolonej, odcedzamy i podajemy z polanym gulaszem. Ostatnio w Lidlu kupiłam gotowe lane kluski. Powiem szczerze, że były pyszne a i cena niewygórowana ( paczka kosztowała 3,50 zł) możemy użyć takich a efekt będzie też dobry.

Powodzenia i smacznego

Wasza Jadwiga

Pamiętam, gdy byłam mała często w naszym domu mama przygotowywała sałatę parzoną. Ponieważ byłam wyrodnym dzieckiem i nie uznawałam mleka, śmietany i pochodnych, czyli wszystkiego co się z mlekiem wiąże, sałatę parzoną uwielbiałam. Mamy od roku nie ma, odeszła do lepszego świata, a ja zupełnie zapomniałam o mojej ukochanej sałacie. Przecież teraz sos winegret króluje we wszystkich odmianach, więc u mnie na stole sałata z winegret jest wszędobylska, zaś sałata parzona odeszła w siną dal. Dzisiaj rozmawiając z Nuśką przypomniałyśmy sobie, gdy jej dziadek i moja mama przygotowywali bardzo często parzona sałatę. Nie wiem czy będzie Wam smakowała, ale podaję przepis, bo może okazać się, że taką sałatę pamiętacie z dzieciństwa, tylko o niej zapomnieliście tak jak ja.

Sałata parzona

Składniki: główka sałaty masłowej, 150 g słoniny, 2 łyżki octu, 3 łyżki cukru, sól pieprz do smaku, gorąca woda do sparzenia sałaty

Wykonanie: sałatę obieramy, myjemy, wykładamy na sito, rwiemy na mniejsze części, przelewamy gotująca wodą, przekładamy do miski. W tym samym czasie pokrojoną słoninkę smażymy na patelni, po czym polewamy sałatę. Ocet, cukier i szczyptę soli mieszamy z kilkoma łyżkami gorącej wody i wylewamy na sałatę. Całość mieszamy i sałata gotowa do spożycia. Smacznego!

Sałatka z krewetkami i truskawkami

Pamiętacie, moje wspomnienia z Chin? Pisałam wtedy również o potrawach serwowanych nam w poszczególnych Prowincjach. Zupełnie nie wiem jak to się stało, że dopiero kilka dni temu znalazłam w moich notatkach przepis na tę sałatkę, którą podano mi w Hong Kongu, gdy mój przyjaciel Li zaprosił mnie do obrotowej panoramicznej restauracji na wysokości 30 piętra. Pośród wielu dań, które nam serwowano była również ta pyszna sałatka z krewetkami, truskawkami, imbirem oraz listkami mięty. Ja już w Polsce dodałam do niej listki szałwii i melisy. Jest to sałatka z charakterem, a do tego schłodzone biało wino, może być również zimny Champagne, a co!

Składniki: obrane pistacje może być 3 łyżki, truskawki 250 g, krewetki koktajlowe 1 opakowanie (250 g) mrożone, opakowanie makaronu sojowego, kilka listków szałwii, melisy a jeżeli lubicie można dodać mięty. Ponieważ w moim ogrodzie mięty jest dużo, korzystam i dodaję kilka listków świeżo uszczypanej mięty, zapach jest przedni. Do sałatki dodaje również imbir w zalewie, używany do przygotowywania sushi (taki o różowym kolorze w paseczkach), ilość wg uznania.

Sos do sałatki: Sok z cytryny, miód wg uznania ja dodaje 2-3 łyżek miodu gryczanego, utarty na tarce z drobnymi oczkami imbir. Wykonanie: makaron zalewamy wrzątkiem i dalej postępujemy zgodnie z przepisem (ja po odcedzeniu tnę makaron nożyczkami na mniejsze odcinki), wykładam na miskę, dodaję pistacje, truskawki umyte, obrane i przekrojone na pół, dodaje rozmrożone krewetki przelane na sicie gorącą wodą, oraz listki ziół, a także paseczki imbiru i to sporo, aby sałatka miała zdecydowany smak.

Sos mieszam w kubku i polewam sałatkę, pycha! Wstawiam do lodówki na godzinę lub dwie aby była zimna, wtedy jest rewelacyjna!

Danie jest lekkie, delikatne i niezawodne na obecnie trwające upału, ponadto przygotowujemy je w 15 minut.

Ciasto” bzium” z owocami

Podawałam Wam kiedyś przepis na ciasto” bzium”. Dla tych którzy nie doczytali się podaję wersje z truskawkami:

Ciasto „Bzium”

Składniki:

5 jaj, mąka, cukier, masło, 1 łyżeczka proszku do pieczenia.

Jajka pozbawione skorupek ważymy, dodajemy do nich tyle samo cukru ile ważą jajka, ubijamy na puszystą masę, dodajemy tyle samo mąki, razem z łyżeczką proszku do pieczenia, co ważyły jajka i na koniec dodajemy tyle samo masła, co ważyły jajka. Masło rozpuszczamy w garnuszku i wlewamy do masy, ubijając wszystko mikserem. Bziuuuuuum!

I teraz zaczyna się nasze fantazjowanie. Sezon  truskawkowy trwa. Małą tortownicę smarujemy masłem, posypujemy tartą bułką, wlewamy masę, opłukane i obrane  truskawki wysypujemy na ciasto. Wstawiamy do nagrzanego piekarnika i pieczemy w temperaturze 180 stopni 25 min, sprawdzając, aby ciasto było rumiane – metodą patyczka sprawdzamy, aby było w środku dopieczone to znaczy patyczek musi być suchy po wyjęciu z ciasta.

Ciasto „Bzium” jest ciastem bazą dla wszystkich owocowych ciast i sezonowych owoców, takich jak morele, brzoskwinie, śliwki, jabłka (muszą być ochędożone i pokrojone w paseczki), wiśnie, rabarbar, co kto lubi i znajdzie na targu lub we własnym ogrodzie. Można również ciasto podzielić na dwie części i do jednej z nich dodać 2 łyżki kakao, wtedy wyjdzie nam ciasto marmurkowe, gdy wylejemy najpierw jasną część ciasta do tortownicy a następnie część kakaową robiąc widelcem esy floresy. Można go podawać na ciepło z lodami i bitą śmietaną, można podać oprószone cukrem pudrem, polane masą kajmakową, czekoladową, rozpuszczoną nutelą, i czym kto chce, inwencja twórcza pilnie poszukiwana. Ponieważ owoce na straganach zaczęły królować, polecam to proste ciasto, którego wykonanie trwa bziuuuuuuuuum!!!

Wasza Jadwiga

Zaczął się sezon truskawkowy. Na straganach wdzięczą się do nas kolorowe, piękne i dorodne truskawy. W ubiegłym roku podałam przepis na truskawki w cukrze żelującym 29.05.2010. Polecam wszystkim, którzy kochają truskawki jak ja i moi bliscy. Dzisiaj podaję przepis  na ciasto kruche z kremem budyniowym i truskawkami zalanymi galaretką. Wbrew pozorom przepis jest bardzo prosty. Ciasto już znacie gdyż podałam przepis na ciasto kruche z masą miodowo-orzechowo-migdałową, tym niemniej podaję jeszcze raz:

Składniki na ciasto:

2 szklanki mąki pszennej, 0,5 szklanki cukru pudru, 150 g  masła, 2 żółtka, 1 jajo, 2 łyżeczki proszku do pieczenia, 2 łyżeczki cukru waniliowego

Ciasto: mąkę przesiewamy na stolnicę, dodajemy masło, i siekamy nożem do połączenia, dodajemy jajko i żółtka utarte z cukrem oraz cukrem waniliowym, dodajemy do mąki i zagniatamy ciasto. Wstawiamy do lodówki na 30 minut. 

Krem

0,5 l śmietany kremówki, 0,25 l mleka, 2 żółtka, 6 łyżek cukru, cały budyń waniliowy, sok z połowy cytryny

Składniki (poza sokiem z cytryny) wlewamy i wsypujemy do garnka, stawiamy na kuchni i podgrzewamy, mieszamy aż zgęstnieją jak klasyczny budyń. Odstawiamy i gdy trochę przestygnie dodajemy sok z połowy cytryny.

Wyjmujemy ciasto z lodówki, rozwałkowujemy i wykładamy na brytfannę wyłożoną papierem do pieczenia. Pieczemy na złoty kolor około 10-12 minut w temperaturze 180 stopni z termoobiegiem. Studzimy, wykładamy na ciasto przygotowany w międzyczasie krem, układamy piękny wzór z truskawek, zalewamy stygnącą galaretką (smak wg upodobania, przepis na torebce z galaretką, ja biorę 2 torebki galaretki), wstawiamy do lodówki, aby galaretka zastygła.

Ciasto możemy podać z bitą śmietaną, lodami waniliowymi, lub truskawkowymi.

Zamiast ciasta kruchego możemy zrobić spód z ciasta biszkoptowego!

Smacznego!

Wasza Jadwiga

Przeglądając moje notatki na tematy różnych specjałów staropolskich znalazłam notatkę dotyczącą cukru. Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę, że cukier był towarem egzotycznym. Można by rzec smakołykiem dla wybranych. Dlatego też w książce kucharskiej Stanisława Czernieckiego „Compendium ferculorum” oraz w książce kucharskiej Wojciecha Wielądka obaj autorzy, jak również inni mistrzowie kuchni owych czasów, rozpisują się na jego temat, jako smakołyku używanego w kuchniach magnatów i szlachty. Cukier wprawiał w zachwyt nie tylko mistrzów kuchni, lecz również ich mocodawców, dlatego też zdobiono nim stoły, o czym pisałam tutaj 17 i 19.03.2010 R.

Ze względu na wysoką cenę cukru, który długo był trudno dostępnym, egzotycznym specjałem, różnego rodzaju słodycze były w czasach staropolskich smakołykiem dla wybranych. Z tego właśnie względu z zapałem rozpisywali się o nich autorzy dawnych książek kucharskich, traktujących o wyrafinowanej kuchni magnackiej i szlacheckiej. Zachwyty nad egzotyczną nowością, jaką był cukier, sprawiały, że często spożywano go w nieprzetworzonej lub mało zmienionej formie. Lubowano się np. w zdobiących stoły cukrach, czyli figurach z farbowanego cukru. Mistrz Stanisław Czerniecki w swojej książce „Compendium ferculorum” wymienia cukier mielony, mączny, jako jedną z głównych przypraw. Znakiem charakterystycznym ówczesnej kuchni polskiej było łączenie smaków kwaśnych i słodkich, stąd cukier był ważną i często stosowaną przyprawą. U Czernieckiego cukier często dodaje się do mięs, ryb, „tortów”, (czyli zapiekanek z ciasta, mięsa i warzyw), ale już nie do ciast. W książce Czernieckiego znalazłam też dodatek do ciast tzw. pianę, czyli coś w rodzaju słodzonej cukrem bitej śmietany. Kuchmistrz dosypywał także cukru do tzw. arkasu, czyli galaretki mlecznej ścinanej sokiem z cytryny. Rodzajem barokowego konceptu są natomiast tzw. makarony migdałowe, czyli pieczona masa z tłuczonych migdałów, białek i cukru, podobnie z tłuczonych migdałów, cukru, wina i cynamonu przyrządzano też tzw. obermus. W „Kucharzu doskonałym” z roku 1786 Wojciecha Wielądko napisał, że cukier jest już składnikiem ciast i ciasteczek. Już nie jest egzotyczną nowością zza mórz tylko produktem używanym składnikiem w polskiej kuchni. Jarosław Dumanowski  pisał też w  artykule jaki znalazłam w internecie, że: „…O wiele większym niż Czerniecki miłośnikiem słodyczy był piszący w tym samym czasie anonimowy autor książki kucharskiej napisanej na dworze książąt Radziwiłłów. Dzieło to rozpoczyna się od części poświęconej właśnie słodyczom, a zatytułowanej Moda bardzo dobra smażenia różnych konfektów i innych słodkości. Autor zalecał obfite używanie cukru w przepisach na bułki cytrynowe lub porzeczkowe, w recepturach na Zioła różne i kwiecie w cukrze twardym, Różę w cukrze, Pączki cukrowe, Orzechy włoskie w cukrze i liczne kandyzowane owoce. Cukier był głównym składnikiem przepisów na Cukier lodowaty ciągniony słodki z którego różne figury i osoby robią, Cukier dęty biały z formy i Pianę [z] cukru na kształt lodu przezroczystego, pojawiał się w piernikach wiedeńskich i biszkoptach…”

Ze względu na zbliżający się weekend przygotowałam dla Was przepis na ciasto kruche z masą orzechowo migdałową w miodzie. Ponieważ przepis jest bardzo prosty, a jego przygotowanie zajmuje 15 minut proponuję ten specjał jako przerywnik codziennych zmagań z życiem:

Składniki na ciasto:

2 szklanki mąki pszenne, 0,5 szklanki cukru pudru, 150 g  masła, 2 żółtka, 1 jajo, 2 łyżeczki proszku do pieczenia, 2 łyżeczki cukru waniliowego

Masa orzechowo- migdałowo- miodowa

2 opakowania orzechów włoskich, 2 opakowania migdałów, słoik miodu wielokwiatowego 0,25 kg

Sposób przygotowania:

Ciasto: mąkę przesiewamy na stolnicę, dodajemy masło, i siekamy nożem do połączenia, dodajemy jajko i żółtka utarte z cukrem oraz cukrem waniliowym, dodajemy do mąki i zagniatamy ciasto. Wkładamy do miski i wstawiamy do lodówki na 30 minut.

W tym czasie przygotowujemy masę: orzechy włoskie przebieramy, wkładamy do torebki plastikowej i tłuczemy wałkiem na drobno, to samo robimy z migdałami. Migdały próbujemy czy są, gorzkie czy słodkie. Jeżeli kupiłyśmy gorzkie migdały musimy je sparzyć i obrać, jeżeli są słodkie postępujemy tak samo jak z orzechami. Po rozdrobnieniu migdały i orzechy wrzucamy do garnka.

Ciasto wyjmujemy z lodówki, rozwałkowujemy na stolnicy i wykładamy na blachę wyłożona papierem do pieczenia, boki ciasta zawijamy na rant blachy. Wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do temperatury 180 stopni C i pieczemy 10 minut na jasno złoty kolor. Piekąc ciasto przygotowujemy masę orzechowo migdałową. Do garnka, w którym mamy migdały i orzechy wlewamy miód i podgrzewamy tak, aby składniki się połączyły. Na podpieczony blat ciasta wylewamy ciepłą masę orzechowo migdałową, wyrównujemy nożem, wstawiamy do piekarnika i zapiekamy 5- 7 minut.  Oto i koniec naszej pracy. Ciasto musi wystygnąć, wyjmujemy z blachy trzymając za papier do pieczenia, kroimy w kwadraty i podajemy z kawą lub herbatą,

Cake with nut and almond filling

Ingredients: 2 glasses of flour,0.5 glass of icing sugar, 150g butter,2 yolks, 1 egg, 2 teaspoons of baking powder, 2 teaspoons of vanilla sugar, 2 packs of nuts, 2 packs of almonds, 250g of honey 

Mix flour with butter, add one egg and yolks beaten with sugar. Add vanilla sugar and baking powder, mix.  Leave in the fridge for 30 minutes.  Roll the paste and bake in 180 degrees for 10 minutes. Prepare the filling; crush nuts and almonds with a roller, add honey and heat slightly in the pan. Cover the cake and bake for another 5-7 minutes.

Smacznego!

Wasza Jadwiga

ps: wklejam wycinek z blogu „niedyskrety” który jest na mojej liście blogów, z prośbą o wsparcie dla tej Kobiety!!!

Li napisała:

Proszę Was o małe wpłaty, dosłownie o 20 zł. Ale gdyby choc co drugi z moich czytelników tyle wpłacił, to kamień spadłby mi z serca.

Pomagam jej sama, ale nie jestem w stanie wziąc na utrzymanie całej rodziny.
Mieszkanie z rachunkami  to 1500 zlotych (z czego MOPS płaci 1000 zł), pampersy miesięcznie ok 150 zł, jedzenie licząc tylko 10 zł na jedną osobę dziennie- czyli 40 razy 30= 1200 złotych, no powiedzmy, że tu można obciąc do 1000 zł, jakieś proszki, jakieś mydło, jakaś składka w szkole dla dzieci, jakiś zeszyt… każdy, kto prowadzi dom wie jak jest.
Tak, wiem- sama doprowadziła się do takiej sytuacji- najpierw wyszła za mąż za prawdziwego, nieodpowiedzialnego idiotę, z którym ma dwójkę dzieci, potem związała się z wydawało się porządnym facetem, z którym będzie miec dwójkę dzieci, ale przeszłości już się nie zmieni.
Jest trójka dzieci, czwarte w drodze, jest samotna kobieta bez pieniędzy, jest jej facet w areszcie pod Częstochową, piszący do niej płaczliwe listy, jak to jest mu tam źle i że nie ma pojęcia jak ona sobie radzi. Iście  po męsku! (jakby to rzekła Panna Kornelia:).
Wiem, że kilka osób wpłaciło już pieniądze (Jola, Kinga, Monika, nawet dwie Moniki, Joanna, Emilia, Katarzyna, Elżbieta- to są wpłaty z maja, po mojej ostatniej notce, dziewczyny mocno Was całuję, niektóre nawet osobiście!), ale ja pragnę i liczę na taki zryw jak w styczniu!
Niech ta kobieta przestanie  tak strasznie się martwic i zazna choc trochę spokoju!
A gdzie mężczyźni? Ci wszyscy cudowni, wrażliwi mężczyźni czytający mojego bloga?
Pomożecie?
Li.
Sylwia Hala, Kraków, nr rach: 65 1050 1445 1000 0090 7055 3459
I nie piszcie, że jest sama sobie winna.
Może i trochę jest, bo najwidoczniej ma braki w wiedzy o antykoncepcji.
Ale te dzieci na świecie już są, a ona jest naprawdę bardzo dobrą, czułą, troskliwą matką.
Głęboko wierzę w to, że gdy pojawi się nareszcie jej partner to wyjdą na prostą, on jest bardzo pracowity,
dbał o rodzinę, a dla pierwszej dwójki- Agnieszki i Krystiana, porzuconych przez ojca (nie widziały go już na pewno od trzech lat, jak nie dłużej) był prawdziwym tatą.
Zaakceptował, pokochał i traktował jak swoje własne.
Trzeba pomóc i już!

 

Przed świętami często na moim blogu umieszczałam przepisy kulinarne na rozmaite potrawy. Czy zastanawialiście się kiedyś, jak wyglądały przed laty nasze kuchnie, jakie kuchnie były na wsiach, a jak one prezentowały się w miastach. To pytanie nurtowało mnie, dlatego postanowiłam zgłębić ten temat. Oto, co znalazłam. W Warszawskich kamienicach w wieku XVII i XVIII kuchnie dzielono na większe i mniejsze. Kuchnia większa zajmowała centralne miejsce, w której znajdował się komin i ognisko do przygotowywania posiłków. W kamienicach wielorodzinnych użytkowanie tej kuchni było wspólne dla wszystkich rodzin, natomiast w tych kamienicach były dodatkowo też kuchnie mniejsze. Wyposażenie kuchni to rozmaite sprzęty do przygotowywania i spożywania posiłków. W informacjach na ten temat znalazłam tylko sprzęty przedstawiające jakakolwiek wartość, czyli talerze cynowe, miedziane garnki, wyroby ze srebra czary, kielichy, misy, sztućce srebrne a nawet i pozłacane. Wymieniane też są kotły miedziane do gotowania. Osobnymi były kotły do gotowania bielizny do prania, różne i większe i mniejsze, cebrzyki do wody, mosiężne moździerze z tłuczkami, durszlaki, sita, pokrywy do garnków. W niektórych kuchniach znajdowały się też koryta do oprawiania świń po uboju.

Osobnymi były naczynia wchodzące w skład zastawy stołowej takie jak: talerze, półmiski, misy, solniczki, maselniczki, flaszki różnych wielkości do serwowania napojów, kubki, kielichy, czy też konwie i kwarty. W każdym domu były również sztućce – łyżki i noże. Brak było wówczas informacji o widelcach. Nawet u mniej zamożnych mieszczan podczas posiłków stoły nakrywano obrusami. Wśród sreber stołowych przeważały łyżki i kubki. Najwięcej tych przedmiotów należało oczywiście do bogatych kupców i patrycjuszy, po kilka mieli również mniej zamożni mieszczanie (siodlarz, rzeźnik, chirurg, żona kuśnierza). Niestety nie ma zbyt wiele informacji na temat używanych produktów. Jedno jest pewne , że w domowych piwnicach w specjalnych meblach, przechowywano zapasy soli w beczkach, mąkę, kasze, słoninę w połciach, mięso, sadło, kiełbasy, rzadziej nabiał (masło i sery), groch, kiszoną kapustę, gorzałkę i piwo. Co wiemy o spożywanych w tamtych czasach potrawach w miastach? Ano mamy informacje na temat chleba, kasz, jarzyn, krup jęczmiennych, jagł, czyli różnych kasz bardzo popularnych w owych latach, śledzi, olejów, sadła i słoniny. Inne bogatsze produkty takie jak jaja, masło, miodowniki, przyprawy zakupywano na specjalne okazje. W XVII wieku na przykład z okazji stypy kupowano różnego rodzaju mięsa, owoce takie jak limony, cytryny, oliwki, rodzynki. Inaczej wyglądały dania serwowane z okazji uczt w bogatych patrycjuszowskich domach. Podawano tam wiele dań jak choćby obwarzanki, grzanki, biszkopty, pierniki oraz napoje wino, małmazję, wódki cynamonowe lub cytrynowe, używano też importowane przyprawy cynamon, szafran, imbir, goździki.

A jak wyglądały kuchnie na wsi?  Bardzo podobnie z tym, że były one o wiele większe. Wszędzie królowała kuchnia o kilku paleniskach z okapem, w którym było, co najmniej dwa szybry, pomocne do „wyciągania” dymu, czyli innymi słowy mówiąc nasze nowoczesne wyciągi kuchenne. A na kuchniach królowały sagany, piękne czarne osmolone dymem z paleniska, głębokie do wpuszczania w kuchnie dla szybszego gotowania, w środku polewane.  Bardzo często kuchnie wielopaleniskowe były w taki sposób lepione lub budowane z kafli, aby piec chlebowy stanowił jedną konstrukcję. Jedną całość. Nie wiem czy pamiętacie, jak to w bajkach występowały przypiecki? Taki przypiecek to była nadbudowa nad piecem chlebowym, czyli jego górna część. Ponieważ piec chlebowy był duży, przypiecek mógł pomieścić jedną lub nawet dwie dorosłe osoby. W piecach chlebowych pieczono oczywiście chleb, a następnie lżejsze wyroby cukiernicze ciasta i bułki, które nie potrzebowały tak wysokich temperatur. Pamiętam z moich lat bardzo wczesnej młodości, gdy pieczono chleb w takim czarodziejskim piecu babci Katarzyny to sąsiadki ze wsi przychodziły ze swoimi ciastami, aby je upiec. Wtedy kwitła przecież pomoc sąsiedzka i było to bardzo naturalne, że najbliżsi sąsiedzi pomagali sobie w życiu codziennym. Tak samo było w dniach, gdy bito świnie czy wołu. Do dziś na wsi jednym z lepszych zawodów jest zawód masarza, tego, który zawodowo zajmuje się biciem świń i wyrobem pysznych kiszek, salcesonów, kiełbas i innych produktów . Oprócz masarzy wielkim uznaniem cieszyli się bednarze. Technika ręcznego wytwarzania naczyń była tajemnicą każdego bednarza, nie ujawniano jej nawet krewnym. Metody pracy innego rzemieślnika można było poznać tylko analizując materiały i sposób konstrukcji jego wyrobu. Najczęściej naczynie składane było z klepek drewnianych mocowanych obręczami metalowymi. Ten sposób konstrukcji znany był  Słowianom już w III-IV wieku (przed XIV-XV w. zamiast metalowych obręczy stosowano, zwłaszcza na wsi, ściągów z łozy, łyka lub smołowanych powrozów; technologia ta sporadycznie jest stosowana do dzisiaj). Zawód ten kiedyś powszechny, w drugiej połowie XX wieku został prawie zapomniany i znajdował zastosowanie głównie w produkcji przedmiotów do celów dekoracyjnych. Ręczne wyroby bednarzy powracają znowu do łask i służą jak dawniej do przechowywania kiszonej kapusty, ogórków kwaszonych czy innych produktów w związku z rosnącą popularnością produktów typu slow food przechowywanych w sposób tradycyjny. Do tego celu na wsiach były używane specjalne zimne piwnice i spichrze, które znajdowały się w piwnicach domów, gdzie zawsze panował stosowny chłód. Jak inaczej wygląda prowadzenie dzisiejszego gospodarstwa. Nasze kuchnie zamieniły się w niewielkie miniaturowe kuchenki, gdzie przebywanie dwóch osób jest już problemem, natomiast o spiżarniach marzyć nawet nie możemy. Posiadamy za to wspaniałe bajeranckie lodówki i zamrażarki, które w pewnym sensie przejęły rolę tych dawnych spiżarni. A nasze kuchnie z paleniskami? Gazowe, elektryczne, ceramiczne, najnowszej może i nawet czwartej generacji, jak daleko odeszły od tamtych dawnych kuchni z paleniskiem, z ogniem i z naturalnym piecem? Mamy piekarniki do zabudowy, montowane na odpowiedniej wysokości pani domu, tak, aby zanadto się nie schylać, możemy w nich ustawiać, czas, temperaturę, rodzaj pieczenia, posiadamy wiele udogodnień w tym zakresie. A nasze garnki? Coraz to bardziej udoskonalane przez różne znane firmy! I jakże na koniec smutno mi to spuentować, coraz to mniej używane, bo szybkie jedzenie na jednej nodze w przelocie pomiędzy jednym a drugim spotkaniem, bo dzieci w przedszkolu lub szkole, bo praca, praca, praca. A później dziwimy się, że coraz bardziej oddalamy się od siebie, że brak nam więzi rodzinnych, że coraz więcej osób choruje na żołądek, wrażliwe jelito czy inne choroby związane z tym wariackim trybem życia. Nie chcę przez to powiedzieć, że zawsze żyłam spokojnie, nie, absolutnie, ale chcę abyśmy od czasu do czasu zatrzymali się w tym biegu i pomyśleli o sobie i naszej Rodzinie z prawdziwą troską. Życzę wszystkim miłego rodzinnego weekendu, spokojnego celebrowania dwóch wolnych dni wraz z najbliższymi, długich rozmów przy stole o wszystkim o sprawach miłych, ale też i trudnych, z tych drobnych spraw składa się nasze życie i dlatego warto o nich rozmawiać, pozdrawiam

a na zakończenie podam przepis na bardzo dobre szybkie danie, którego czas wykonania od startu do mety wynosi 15 minut, warto więc wypróbować:

Papardale w sosie pomidorowym z papryczkami nadziewanymi serem

Składniki: makaron papardale, garnek 3 litry wody osolonej, 2 opakowania papryczek nadziewanych  serem, 3 puszki pomidorów pelati lub krojonych, 6 ząbków czosnku, ser parmezan, grana padano, lub inny tego typu, świeża bazylia.

Wykonanie: Garnek stawiamy na gazie, do gotującej osolonej wody wrzucamy makaron papardale, który gotujemy około 7-8 minut, aby był al dente.

Sos: W tym samym czasie na patelnię wylewamy oliwę (z papryczek nadziewanych serem, które zalane są oliwą).  Na rozgrzany tłuszcz wrzucamy pokrojony czosnek lekko obsmażamy, wykładamy papryczki, wlewamy pomidory. Podgrzewamy sos dokładnie mieszając.

Odcedzamy makaron, wrzucamy do miski pamiętając, aby dodać wody, w której się gotował tak ze trzy łyżki stołowe, dodajemy sos, pokrojoną bazylię a na wierzch ucieramy na tarce ser parmezan. Potrawa gotowa. A smak? Niebiański, pyszne łatwe danie, nikt nie może wykręcać się, że za trudne do wykonania, jest proste a smak rekompensuje nam cały 15 minutowy wysiłek. Nadziewane papryczki tak zwane anti pasti można dostać w sklepach Biedronki, w Lidlu nazywają się grecką przekąską a w wielkich supermarketach również znajdują się na półkach z serami, polecam. Smacznego!

Wasza Jadwiga

Przed nami majowy weekend, polecam więc coś, co nie powinno sprawić nam żadnego kłopotu, gdyż mniszek lekarski jest wszędobylski. Znajdziemy go w naszym ogrodzie, na polach czy łąkach, skorzystajmy, więc z okazji, zbierzmy kwiatki i zróbmy coś co w zimie będzie pomagało w utrzymaniu naszego zdrowia. Oto przepis na miód z mniszka lekarskiego, czyli popularnego mlecza:

Zbieramy  300 kwiatów mlecza, (mniszka lekarskiego), najlepiej z okolic położonych daleko od drogi, trasy szybkiego ruchu, płuczemy, przekładamy do garnka zalewamy 1,5 l wody, gotujemy około 10 min, odcedzamy kwiaty, a pozostały płyn w dalszym ciągu gotujemy dodając 1 kg cukru, mieszamy tak, aby się rozpuścił dodany cukier, dodajemy sok z cytryny i dalej gotujemy 20 do 30 minut. Teraz pojawia się piana, ale tak właśnie powinno być, pozostały płyn trochę redukujemy (czyli pozwalamy mu odparować). Ciepły miód nie jest gęsty, dopiero podczas stygnięcia stopniowo gęstnieje. Miód nalewamy do wyparzonych słoiczków i odstawiamy, aby całkowicie wystygły. W ten sposób mamy przygotowany miód, który wgląda i smakuje jak prawdziwy miód, a także ma szereg cennych właściwości. Przede wszystkim jest bardzo wskazany na wszelkiego rodzaju  przeziębienia i choroby gardła. Obniża poziom cholesterolu, pomaga w leczeniu miażdżycy, początków cukrzycy, otyłości, reumatyzmu, gośćca oraz reumatoidalnego zapalenia stawów.

Zalecany jest również przy chorobach skóry.Czy podnosi sprawność seksualną kobiet i mężczyzn? Tego nie wiem, ale pomaga w schorzeniach dróg żółciowych i kamicy żółciowej oraz przy wszystkich problemach wątrobowych. Dzięki interferonowi podnosi odporność organizmu, stąd zaleca się go ludziom z rozpoznaną anemią. A więc idziemy na spacer uzbrojeni w nożyczki i koszyk, pozdrawiam wszystkich niezwykle serdecznie, udanej majówki!

Wasza Jadwiga

Moja Przyjaciółka Beata , która często przesyła nam interesujące listy z Anglii, uwielbia czekoladę i jak to się mówi jest czekoladoholiczką. Poszukując  materiałów, które mogłyby pokazać dawne czasy, zwyczaje i tradycje w zakresie przygotowywania specjałów świątecznych znalazłam taki artykuł Haliny Gonery na temat czekolady i jej spożywania w poście. Ten wpis zaś dedykuję Beacie:

„…Fama o pobudzających własnościach czekolady spowodowała ogromne zainteresowanie wśród Europejczyków. Konkwistador Hernan Cortez zachwalał ją u króla Hiszpanii Karola I: [...] jest to napój wzmacniający odporność i zwalczający zmęczenie. Filiżanka tego cennego płynu sprawia, że można maszerować przez cały dzień bez jedzenia. Jednak nie wszyscy uznawali działanie tej rośliny za zbawienne. Jeszcze w 1728 roku Giovanni Battista Felici gorąco agitował za zaprzestaniem spożywania czekolady: Znam poważnych i milczących ludzi, którzy pod wpływem tego napoju stają się na chwilę największymi gadułami, inni tracą sen i stają się nadpobudliwi, jeszcze inni wpadają w złość i zaczynają wrzeszczeć. U dzieci wywołuje on takie podniecenie, że nie ma sposobu, by zachowywały się spokojnie albo usiedziały w jednym miejscu.

Największe zamieszanie wśród europejskich elit wzbudziło przypisywane nasionom kakaowca działanie afrodyzjakalne. W Europie rozgorzała nawet dyskusja, czy picie czekolady jest zgodne z zasadami przestrzegania postu. Pobudza przecież miłosne apetyty, z czego należy rozumieć, że sprzeciwia się postowi, który podejmuje się głównie po to, by osłabić pożądliwą lubieżność. Ukazywały się całe opracowania na ten temat, a w sprawę zaangażowany był nawet urząd papieża! Po wielu naradach Pius V zadecydował, że czekolada łamie post, nawet jeśli jest przygotowywana na wodzie. Dyskusja na temat wpływu czekolady na stan zdrowotny człowieka trwa do dziś. Za zgubne skutki spożywania wyrobów czekoladowych uważa się:

- otyłość (kontrargumentem jest tu niezaprzeczalny fakt, że dobra czekolada zawiera mniej cukru, niż inne słodycze), - próchnicę zębów (za tą przypadłość odpowiedzialny jest przede wszystkim cukier, a wiemy już, że w czekoladzie jest go stosunkowo mało),- trądzik (jest to raczej efekt niedoboru świeżych warzyw i owoców, niż skutek działania czekolady),- uczulenia (najczęstsze są alergie na mleko w proszku i orzechy, a samo kakao nie powoduje raczej uczuleń),- migrenę (kakao i żółty ser zawierają tyraminę powodującą ponoć migreny, ale w czekoladzie jest jej niewiele),- uzależnienia (czekolada rzeczywiście zawiera teobrominę i kofeinę – pobudzające alkaloidy, będące jednocześnie substancjami uzależniającymi, ale zawartość tych związków jest niewielka), zatwardzenia (trzeba przyznać, że z tym argumentem najtrudniej walczyć…). Ciemne zabarwienie, pogańskie pochodzenie i pobudzające działanie – wszystkie te cechy czekolady wywoływały u naszych przodków mieszane uczucia. My również, sięgając po tabliczkę czekolady, odczuwamy wyrzuty sumienia. Ale czy „zakazany owoc” nie smakuje najlepiej? …” Wszyscy lubimy kakao i czekoladę, i dlatego przygotowałam dla Was przepis na pyszny świąteczny blok czekoladowy:

Pyszny blok czekoladowy cioci Joli

składniki:

2 szklanki pełnotłustego mleka w proszku, 3/4 szklanki cukru, 1/2 szklanki wody, kostka masła, 3 – 4 łyżki kakao gorzkie najlepiej holenderskie znanej firmy, herbatniki petit beurre, orzechy włoskie pokrojone, rodzynki sułtańskie, wiórki kokosowe.

wykonanie: do garnuszka wkładamy masło, wodę, cukier, podgrzewamy aby się rozpuściło. Studzimy i dodajemy mleko w proszku, miksujemy. Do masy  dodajemy pokruszone herbatniki, orzechy włoskie pokrojone, rodzynki i wiórki kokosowe, oraz pokruszoną gorzką czekoladę. Masę mieszamy i wykładamy na brytfannę wyłożoną papierem do pieczenia, odstawiamy do zastygnięcia. W ten sposób przygotowuję blok do natychmiastowego spożycia. Po zastygnięciu blok kroimy i podajemy z równie pyszną czekoladą na gorąco, ale gdyby ktoś miał za dużo czekolady na raz może go spożywać z pyszną kawą czy też herbatą. Tak sporządzony blok można również przechowywać w lodówce, wtedy ciepłą masę wkładam do mniejszych zamykanych plastikowych pojemników i gdy blok zastygnie, przechowuję w lodówce, lub zamrażarce i mamy jak znalazł dla niespodziewanych gości. Wszystkich czytaczy serdecznie pozdrawiam, wracamy w poniedziałek, do miłego usłyszenia!

Wasza Jadwiga

Content Protected Using Blog Protector By: PcDrome.