Subskrybuj kanał RSS bloga Okiem Jadwigi Subskrybuj kanał RSS z komentarzami do wszystkich wpisów bloga Okiem Jadwigi

Archiwum kategorii ‘Polesie’

Zbigniew Adrjański

Zbigniew Adrjański

Dzisiaj rano otrzymałam smutną wiadomość. Zadzwoniła córka Zbyszka Adrjańskiego.

Usłyszałam:

Pani Jadwigo mój Tata odszedł, nagle, nad ranem w dniu 4 maja 2017 roku.

Dzwonię do pani ponieważ wiem, że przyjaźniliście się państwo i wiele razy słyszałam opowieści o waszych spotkaniach.

Krótka informacja, rozległy zawał we śnie.

Smutne, przykre, niespodziewane.

W jednej chwili przeleciały mi obrazy związane ze Zbyszkiem i Jego piękną żoną Lucyną Arską- Adrjańską. Ileż to razy siedzieliśmy razem przy kawie i ciastkach u nich na tarasie w Łomiankach, a Zbyszek z wrodzoną sobie swadą opowiadał, pięknie  i prosto przywołując obrazy z Jego ukochanych Kresów.  My tylko donosiłyśmy z Lucynką kolejne herbatki,  słuchaliśmy  Jego opowieści. Ja z nieodłącznym notesem i długopisem. Tak zrodził się pomysł naszych rozmów, tak się rodziły Jego wspomnienia publikowane na moim blogu. W 2010 roku po raz pierwszy opublikowałam opowiadanie „O Batiuszce co ptakiem latał”. Romantyczną gawędę z kresów wschodnich. I od tamtej pory co jakiś czas przypominaliśmy kolejne Zbigniew Adrjańskiopowiadania, książki  w tym „Pochody Donikąd” „Kresowe opowieści” Polesia czar” i wiele innych. Andrzej i ja kochaliśmy te wspólne posiedzenia przy kieliszeczku swojskiej naleweczki, których już nie będzie…

Zbyszku wiem, że Lucynka i TY przeżyliście wiele wspaniałych lat. Byliście małżeństwem niezwykłym! Ona piosenkarka, dla której wynajdowałeś coraz to bardziej nieznane romanse cygańskie, a jak ich  nie starczało tworzyłeś je sam. Byłeś wiernym towarzyszem, zawsze z troską mówiącym o Lucynce – Twojej Muzie.

Dzisiaj Ona sama stawia czoło wszystkim ludziom, którzy śpieszą z wyrazami kondolencji. Telefon Lucyna Arska Adrjańska i Zbigniew Adrjańskidzwoni bez przerwy.

Kochany Przyjacielu!

Żegnamy Ciebie wierząc, że w dalszym ciągu będziesz troszczył się o swoją

rodzinę a Lucynkę jak zwykle otoczysz największą opieką i czułością!

 

Requiescat In Pace!

Zbigniew Adrjański

 

 

 

Stanisław Adrjanski pierwszy z prawej na statku "Szczara"

Stanisław Adrjanski pierwszy z prawej na statku „Szczara”

J.Sz. Zbyszku, twoje związki z Podlasiem i Polesiem – są…

Z.A. Odwieczne. Linia łukowsko-siedlecko-brzeska z której pochodzę wywodzi się chyba od Józefa Andryjańskiego, który na Podlasiu (1767) był właścicielem Andryjanek. Ten miał syna Marjana, który miał syna Ignacego ożenionego z Witkowską, po którym pozostał syn Andrzej wylegitymowany ze szlachectwa, w roku 1856…

J.Sz. Czujesz się szlachcicem?

Z.A. Nie za bardzo! Bo niedawno czytałem w jakimś artykule heraldycznym, że Andryjańscy są również mieszczanie (np. w Lubartowie). A jeszcze jeden Adrjański prowadził nawet kolekturę z loterią, w przedwojennej Warszawie? Po za tym są Adriańsy, Adryańscy, Adrjańscy, Adrejewscy i Andrejanowicze.

J.Sz. Wszyscy herbu Rubiesz albo Alabis?

Z.A. Tak jakoś się składa , albo nie składa? Moje nazwisko w dokumentach babci i dziadka, brzmi Andryjańscy. To wiem na pewno, bo mam te dokumenty i stąd nasza przechwałka, że Andryjanki na Podlasiu, kiedyś do nas należały. No i ten herb Rubiesz, który jest identyczny z herbem Sapiehów. A nawet Bociek na Podlasiu. Trzy wręby srebrne na czerwonym polu i strzała. Jest legenda, u Kaspra Niesieckiego zapisana, że jeden z Andryjańskich (podobno był to Kozak siczowy?) w bitwie pod Byczyną (1526) tak dzielnie przeciw Moskwie stawał, że ten herb od Stefana Batorego dostał. Albo do herbu Sapiehów został przypisany? Jak było naprawdę – trzeba chyba zapytać znakomitego heraldczyka i genealoga Andrzeja Szalewicza, którego znasz zapewne?

Na Niemnie

Na Niemnie

J.Sz. Znam, bo to mój ślubny małżonek…

Z.A. No. Właśnie! Andrzej pewnie powie, że są jeszcze Andryjanki. W powiecie Próżany, Andryjanów w powiecie sieńskim, Andryjaszki w powiecie mińskim, Andryjaszowka w powiecie jampolskim, Andryjanowka nad rzeką Skwilą (wszystko dawne Kresy Wschodnie, które po roku 1918 – zostały na terenie Rosji Sowieckiej. Zresztą też podobno chutor kozacki?

J.Sz. Nie lubisz Kozaków?

Z.A. Nie lubię Kozaków – bo powiesili mojego pradziadka Kazimierza, leśnika i powstańca 1863 w lasach koło Ulany na południe od Łukowa, gdzie po powstaniu ukrywał się i przechowywał sztandar powstańczy. Ten miał córkę Józefę Adryjańską i syna Antoniego czyli mego dziadka dalej wszystko się zgadza. Chociaż Antoni, ojciec mojego ojca, już po powstaniu styczniowym nie chlubił się swoim szlachectwem tylko wziął do ręki toporek ciesielski i nim wyczarowywał z drzewa różne młyny wodne i przystanie.

J.Sz. Czyli był „budowniczym wodnym”.

Z.A. Mało tego ożenił się z córką holenderskich osadników, moją ukochaną babcią  Stefanią, o której tak wiele piszę i pływał z nią takim młynem wodnym od mająteczku do mająteczku szlacheckiego po całym Polesiu i Podlasiu. Grała muzyczka. A on młócił zboże i budował dalsze młyny i przystanie.

J.Sz. Co to była za muzyczka?

Z.A. Muzyczka była „gramofonowa”. Były już wtedy gramofony na tubę. Dziadek słuchał śpiewaków włoskich. Uwielbiał też pieśni neapolitańskie.

J.Sz. Płyń do Sorento?

Z.A. Płyń do Sorento oraz pieśni innych kompozytorów.A płynął właśnie do Pińska.

J.Sz. Oryginalnego miałeś dziadka

sprawdzanie stanu technicznego promu też należy do zadań inspektora

sprawdzanie stanu technicznego promu też należy do zadań inspektora

Z.A. Oryginalnego. I właściwie z przekonań „pozytywistę” . Szlachta na Podlasiu, po powstaniu styczniowym uciekała za granicę. Nie zabierała się za różnego rodzaju (biznesy) jak się to obecnie mówi. A szła do pracy na kolei, bo to była firma stabilna. Szli tam więc spokrewnieni z nami: Dworakowscy, Zachoszcze, Majewscy, Sadowscy, Chołodkowscy itd. A ten (mój dziadek!) zakasał rękawy i zaczął budować najpierw „krypy” na Nurcu. Potem przystanie. Potem młyny wodne. Choć marzył że kiedyś zbuduje wielką barkę wodną i ruszy nią na Krym, razem z żoną i dziećmi. A może i dalej.

J.Sz. A co tej podróży przeszkadzało?

Z.A. Dziadek utopił się w Bugu, gdy wracał do domu po lodzie. Bug był zamarznięty. Dziadek nie dostrzegł wyrąbanej w lodzie przerębli. I tak zginął w Bugu, w rzece, która go dotychczas żywiła, karmiła.

J.Sz. Wcześniej jeszcze wychowywała.

Z.A. Cała nasza rodzina zresztą związana jest z Bugiem. Po „mieczu”, oczywiście. A po kądzieli z Niemnem i Wilnem, z którego pochodziła moja mama.

J.Sz. Z czego jesteś bardziej dumny?

Z.A. Trudne pytanie? I Brześć i Wilno – to dwie głębokie rany w moim sercu. Tylko tyle powiem . Brześć po prostu bardziej pamiętam. I Podlasie. O tym piszę swoje książki. Wilnem interesuje się w ostatnich latach, mój młodszy brat Ryszard. Może on sam o tym kiedyś napisze. Choć trudno będzie! Na Litwie nie lubią nas Polaków bardziej, niż na Białorusi – gdzie na przykład mnie ostatnio zapraszano. I trochę pisze się o moich książkach.

J.Sz. Pisze się o tobie, czy o twoim ojcu.

Z.A. O moim ojcu wcale się nie pisze, choć on miał swoje duże zasługi na Litwie, Białorusi i Ukrainie. Bardzo konkretne zresztą i wymierne. Bo pracował tam dla tych ziem kresowych . Ja ? Cóż mogę o sobie powiedzieć. Jestem: dziennikarz, literat, skromny literat nadbużański.

J.Sz. Ze Zbigniewem Adrjańskim, „skromnym literatem nadbużańskim” – rozmawiała Jadwiga Ślawska-Szalewicz.

Zbigniew Adrjański

Zbigniew Adrjański

Długo, bardzo długo nie rozmawialiśmy z Panem Zbigniewem Adrjańskim Moim Wielkim Przyjacielem, Pisarzem Zabużańskim. Dzisiaj zapraszam na kolejną długą rozmowę, zresztą bardzo na czasie, którą niedawno odbyliśmy:

Okiem Jadwigi: Zbyszku, czy to przyjemnie być pisarzem zabużańskim?

Zbigniew Adrjański : Nie zabużańskim, ale nadbużańskim. Tak mnie ostatnio nazywają, po moich trzech książkach na temat Polesia i Podlasia oraz po ostatniej wystawie pt. Polesie, którego już nie ma … w Muzeum Niepodległości w Warszawie. Wystawa była zresztą zasługą mego ojca, Stanisława Adrjańskiego, inspektora dróg wodnych na Polesiu, którego zbiory fotograficzne po nim tam przygotowałem. No i różne inne pamiątki.

O.J.  Ale Twój wieczór autorski i komentarze do tej wystawy, a właściwie aż trzy wieczory, był w stylu bardzo wańkowiczowskim.

Z.A.  No widzisz, mam zatem prawo zrobić sobie pieczęć ozdobną, z napisem: Zbigniew Adrjański – „literat nadbużański”? To się nawet rymuje.

O.J.  Masz prawo! Ludzie robią sobie obecnie różne pieczęcie, z tytułami tak zaszczytnymi, że aż dech zapiera, ze zdumienia? A ty chcesz napisać sobie skromnie: „literat nadbużański”? A dlaczego nie pisarz?

Z.A. Pisarz – to brzmi poważnie.

O.J.   Masz z 15 książek w dorobku. Z tysiąc piosenek, w tym wiele z Czesławem Niemenem. Super  przebój „Płonącą stodołę”, wiele widowisk teatralnych i estradowych. Kilkaset artykułów publicystycznych i reportaży.

Z.A.  A co ma Niemen do mego tytułu: „literat nadbużański”?

O.J.  Jak to co? Niemen – to obecnie już klasyk, drugi Stanisław Moniuszko i kompozytor kresowy. A do tego Twój krajan. Tyle, że on z nad Niemna. A Ty z nad Bugu.

Wspomnienia z Polesia Zbigniew Adrjański

Wspomnienia z Polesia Zbigniew Adrjański

Z.A.  To prawda bardzo lubiłem Czesława Niemena. Nawet wtedy, gdy nie miał swoich pomniczków z brązu, ławeczek w parkach i nazw ulic. Wiesz ulica Czesława Niemena jest nawet w Łomiankach, gdzie mieszkam.

O.J.  A był Niemen kiedyś w Łomiankach?

Z.A.  Nie kpij sobie! Był wielokrotnie w moim domu. Napisałem z nim chyba kilkanaście piosenek. A może i więcej? Bo są jakieś trudności z „inwentaryzacją utworów” Czesława . I moich zresztą też.

O.J.  Mówią, że „Płonie stodoła” – to jeden z najtrudniejszych prozodycznie utworów polskiego rocka. Mówią też, że sam Czesław Niemen nie wiedział: o czym ma być ten utwór?

Z.A.  Nie wiedział, bo dał nam prymkę muzyczną z funkcjami (mnie i Zbigniewowi Kaszkurowi, który męczył się wraz ze mną nad rytmiką tego utworu) i wyszła nam właściwie opowieść rockowa  „O chłopskim, czy strażackim weselu?”

O.J.   A może gawęda muzyczna?

Z.A.  Niech będzie „gawęda rockowa”. Ale zaprotestować muszę, że jest to utwór trudny. Czy bardzo trudny, skoro ma go w swoim repertuarze co drugi piosenkarz w Polsce. W tym: Maleńczuk, Radek, „Bułecka”, Łobaszewska, bracia Cugowscy itd.

"O Batiuszce co ptakiem latał"

„O Batiuszce co ptakiem latał”

O.J.  Wróćmy jednak do spraw zabużańskich. Jedni porównują twoją prozę z Bułhakowem (szczególnie: „O Batiuszce, co ptakiem latał). Inni z Wańkowiczem, mając na uwadze przede wszystkim styl: „Tędy i owędy” i twój: „Polesia czar. Wspomnienia i opowieści”.

Z.A.  Lew Kaltenbergh, znakomity pisarz, krytyk literacki i legendarny już gawędziarz radiowy – komplementował mnie, że jest coś w moich opowieściach, ze stylu rosyjskiego pisarza Leskowa – który pisał różne dziwne opowieści. A już całkiem ostatnio doczekałem się specjalnego wydania Miesięcznika Kulturalnego, i tam Ryszard Ulicki porównuje  moje skromne pisanie, do sławnego Kolumbijczyka, Gabriela Garci Marqueza, którego „świat realizmu i fantazji” przypomina mu moja proza.

O.J.   A ty co na to?

Z.A.  Komu nie jest przyjemnie, gdy tak pisze o nim, znakomity poeta i pisarz, Wiceprezes Związku Literatów Polskich i krytyk – który zna się na literaturze. A w dodatku: piosenko pisarz i autor: „Kolorowych jarmarków”. Ale znam proporcję Mościa Pani! „Kudy” mnie do Marqueza czy Wańkowicza.

O.J.   Jak powiedziałeś: „kudy”?

Z .A.  „Kudy”. Albo co? „Kudy” – to rusycyzm. Po polsku jest poprawnie: Gdzie mi tam.

O.J.   A ty przecież rusycyzmów nie używasz, choć nastrój w twoich opowieści jest czasem rosyjski, białoruski czy ukraiński. Ale najczęściej sarmacki.

Z.A.  Bóg zapłać, za dobre słowo. Pisarz „sarmacki” – to brzmi dumnie. Chociaż właściwie sarmatyzm w Polsce nie zawsze brzmi dumnie. A gdzie ty widzisz droga Jadziu mój sarmatyzm?

O.J.   W opowieści „Żarłok” czyli Obywatel z Oszmiany.

Z.A.  Jak ktoś jest żarłok to od razu jest Sarmatą?. Bo jak za króla Sasa: je, pije, popuszcza pasa? Żarłok to opis zwykłego szlachciury, z oszmiańskiego powiatu, który włóczy się nad Bugiem bo ciągnie go na Litwę czy Polesie. A w Drohiczynie, w gospodzie Gees  wyprawia różne brewerie i zapija swoje smutki za Oszmianą.

O.J.   A Pan Kulesza – to jest Sarmata?

Z.A.  Pan Kulesza – jest Sarmatą – całą gębą, choć żyje w czasach Peerelu. Zresztą tzw. Peerel i „socjalizm po polsku”, miał wiele cech sarmackich. „Pan Kulesza” – to opowiadanie niedokończone. Jak wydawca z Marpress pozwoli, chciałbym je uzupełnić, wydać oddzielnie i pokazać Pana Kuleszę, w pełnej sarmackiej krasie.

O.J.  A o czym jest Żołnierz Kościuszki”?

Z.A.  Jak to o czym? Na konferencji naukowej w Nowym Jorku, organizowanej przez Fundację Kościuszkowską , pojawia się – żołnierz Kościuszki. A dokładnie żołnierz z oddziału Berka Joselewicza i zabiera głos. Wymądrza się na różne historyczne tematy i w ogóle budzi powszechne zainteresowanie.

O.J. Czyli jest to duch?

Z.A. Duch żołnierza żydowskiego z oddziału Berka Joselewicza. A czy ja tam nie napisałem, że jest to opowieść z duchem?

O.J. Napisałeś. Ja tylko prowokuję do następnego pytania Zbyszku. Czy ty wierzysz w duchy?  Bo skąd tyle duchów, w Twoich opowieściach?

Polesia Czar -Zbigniew Adrjański

Polesia Czar -Zbigniew Adrjański

Z.A. Polesie to ziemia duchów. Swoich i obcych. Czy znasz Poleszuka, który w duchy nie wierzy? A cóż dopiero: Zbigniew Adrjański – „literat nadbużański”. Bug to również rzeka „duchów”. Rzeka „magiczna”. „Rzeka Święta”. Nie ma takiej drugiej w Europie i świecie – gdzie tylu ludzi, tylu żołnierzy różnych armii świata potopiło się w jej nurtach. W czasie różnych walk nad Bugiem, forsowania tej rzeki pod gradem kul i wystrzałów z Twierdzy Brzeskiej.

O.J. Mówisz, że Bug – to taki poleski Ganges?

Z.A. Może nie Ganges, bo w Gangesie odbywają się rytualne kąpiele Hindusów. Tam się uroczyście pali zmarłych. A ich prochy sypie się do rzeki. Nad Bugiem wiele tysięcy żołnierzy spoczywa. Wojów ruskich czy wojów Chrobrego na dnie rzeki. A do tego Litwinów, Szwedów, Krzyżaków, Tatarów, Kosaków Francuzów, żołnierzy ruskiego cara, bolszewików i Niemców.

O.J. Nie strasz turystów nadbużańskich.

Z.A. Nie przeszkadza to nikomu, bo wiele osób kąpie się w Bugu, po polskiej i białoruskiej stronie. Ja też się kąpie. Najchętniej w okolicach Drohiczyna lub Wyszkowa, bo rzeka  tam ma prześliczne zakola. A w ogóle jest piękna i czysta, bo już dawno nad Bugiem nie było wojen. I mam nadzieję że nie będzie.

O.J. Zbyszku. A kto Tobie o duchach najwięcej opowiadał?

Z.A. Moja ukochana Babcia Stefania. Moja babcia Stefania miała do duchów (rodzinnych zresztą) stosunek pragmatyczny. Nie bała się duchów. Pan Bóg stworzył duchy, tak samo jak stworzył człowieka. Duch po nim zostaje na tym świecie. Czasem tupie i rozrabia na strychu, bo o nim zapomniano. Babcia w takich wypadku brała talerzy poziomek oraz wnuka ze sobą i razem szliśmy na cmentarz w Brześciu postawić dziadkowi obok kwiatów i znicza talerzyk poziomek.

O.J. I co się działo z tymi poziomkami?

Z.A. Zjadali je na deser Cyganie, którzy mieli swoje groby w pobliżu. Trudno się było nawet na nich gniewać, bo Cyganie przynosili na groby swoich zmarłych „cygańską kiełbasę” którą częstowali przechodniów. A nawet częstowali ich dobrą nalewką. Toteż na cygańskich grobach było bardzo wesoło.

O.J. A co na to twoi rodzice: na takie wychowanie wnuków?

Z.A.  Moi rodzice krzywili się na takie wychowanie całkiem niesłusznie. Ale gdyby dożyli naszych czasów i obecnych programów telewizyjnych – to dopiero mieliby „zgryz” wychowawczy. Polska telewizja pełna jest duchów potworów, wampirów, strzyg, wilkołaków, przybyszów z kosmosu, zielonych ludzików itd. Zagraniczna telewizja również! Zresztą cała ta makabra, z Zachodu do nas przybyła a nie ze Wschodu. A do tego trup ściele  się  gęsto, a krew płynie strumieniami. Co program to duchy. Są programy pełne duchów od rana do wieczora. Opowieści mojej babci – to niewinna literatura mówiona, dla małych dzieci, które w dodatku zawsze miały jakiś morał, na zakończenie.

O.J. Telewizja zatem jest zabobonna?

Z.A. Telewizja jest w wielu przypadkach szkodliwa. Zamiast obchodzić jak to kiedyś bywało melancholijnie „Zaduszki” telewizja każe nam zakładać na głowy drążone dynie, w których wycina się jakieś okropne gęby i oczodoły oraz straszyć tymi czaszkami z dyni sąsiada.

O.J. To jest amerykańskie święto Halloween, które przywędrowało do nas z Ameryki

Program z wystawy; "Polesie jakiego już nie ma"

Program z wystawy; „Polesie jakiego już nie ma”

Z.A. A co to mnie obchodzi. Mamy swoje święto, swoje Zaduszki, swoje Dziady. Tak pięknie – zresztą opisane przez mistrza Adama w dramacie narodowym Dziady, który od lat wystawiany jest na polskiej scenie. Mickiewiczowskie Dziady – to właśnie dziady poleskie, dziady zabużańskie, o których opowiadała  Mickiewiczowi jego poleska niania. I jej właśnie obyczajom i zwyczajom poleskiego ludu – zawdzięczamy, tak wielki i mądry dramat narodowy do którego każde pokolenie  dopisuje swoją własną refleksję. A my, co ? Ganiamy się z ciężkimi dyniami na głowach!?

O.J.  Zbyszku wróćmy jeszcze do tematu twoich książek?

Z.A.  Moje książki najlepiej sprzedają się w Krakowie i okolicy. W 17 księgarniach trafiłem na  „Polesia Czar”. Wspomnienia, gawędy i opowieści. A na Podlasiu,  dla którego przecież specjalnie piszę  – ani w jednej księgarni, którą odwiedziłem – nie natrafiłem na  egzemplarz, choć wielu ludzi z Podlasia mnie o tę książkę pyta. Na Podlasie zatem nie jeżdżę jako autor, bo i po co?  Mówię tu żartobliwie, że jestem Zbigniew Adrjański – „literat nadbużański”, ale nie ma mnie w hurtowniach, księgarniach, bibliotekach. Po co mam jeździć jak spotkanie takie przypomina trochę sytuację z piosenki dziadowskiej. „Stał się cud pewnego razu, oj! Przemówił dziad do obrazu, oj! A obraz do niego ani słowa, oj! Taka była ich rozmowa! Oj, joj, joj, joj!” Pociechę za to mam taką, że w dalekim Melbourne w Australii kilku aktorów wystawiło moje opowieści na scenie i cieszą się one znacznym powodzeniem. A inne jeszcze małżeństwo aktorskie w Kanadzie, gdzie jest przecież duża Polonia oraz emigracja ukraińska, białoruska i ruska wystawiło „Batiuszkę co ptakiem latał” – i było na tym spotkaniu sporo śmiechu i łez.

O.J. To wszystko?

Z.A. A to mało jeszcze? Dodam zatem, że życie „literata nadbużańskiego”, nie jest takie złe jakby się wydawało. Z Brześcia nad Bugiem otrzymałem miłe zaproszenie, na wieczór autorski i wizytę, do której się powoli przygotowuję . Zaprasza mnie Brzeski Kurier i sympatyczny redaktor naczelny tego czasopisma pan Mikołaj Aleksandrow. Ma być prasa brzeska, wielu dziennikarzy i literatów,przedstawicieli Konsulatu Generalnego RP, Polonii oraz mieszkańców Brześcia”

O.J.  Boisz się?

Z.A.  Rozumiem, że to pytanie ze „Strasznego Dworu” , aria Skołuby?

O.J.  Zażyj tabaki…

Z.A.  Boję się wspomnień. Zmiany obrazów i miejsc z mego dzieciństwa. Pójdę pewnie na grób mego dziadka Antoniego, który zmarł w Brześciu nad Bugiem. A właściwie utopił się w Bugu w jakiejś przerębli wracając późno w nocy do domu, po zakończeniu budowy młyna wodnego, w majątku pana Łakowicza. Pewnie uronię łzę na grobie dziadka i powiem: Wybacz dziadku. Nie byłem tu siedemdziesiąt kilka lat…

O.J.  Teraz ja się pewnie rozpłaczę, jak nie zakończymy tej opowieści. Dziękuję za rozmowę Zbyszku. Ze Zbigniewem Adrjańskim, „literatem nadbużańskim rozmawiała”: Jadwiga Ślawska – Szalewicz – autorka blogu: Okiem Jadwigi.

Content Protected Using Blog Protector By: PcDrome.