Subskrybuj kanał RSS bloga Okiem Jadwigi Subskrybuj kanał RSS z komentarzami do wszystkich wpisów bloga Okiem Jadwigi

Archiwum kategorii ‘Informacje’

Poeci Anińscy 4.09.2010Wszyscy wiedzą, że  rok 2010 jest rokiem obchodów 100 lecia Anina. Klub Kultury „Anin” zaprosił mieszkańców i sympatyków Anina dzisiaj, w dniu 4 września na muzyczno- słowno- taneczny prezent z tej właśnie okazji. W programie przewidziano wręczenie nagród laureatom konkursów „Bywalec Anina”, oraz popołudnie w towarzystwie  anińskich poetów, których wiersze recytował Tadeusz Woźniakowski, jednocześnie konferansjer a przed wieloma laty wspaniały polski piosenkarz, śpiewak operetkowy i kompozytor muzyki rozrywkowej, a także muzyk i aktor.. Od roku 1956 koncertował na estradzie. W latach 1958-1960 był aktorem operetki w Łódzkim Teatrze Muzycznym. W latach 1961-1970 stworzył liczne nagrania z Orkiestrą Taneczną Polskiego Radia pod dyr. Edwarda Czernego  i z Orkiestrą pod dyr. Henryka Debicha. W latach 1971-1979 aktor i piosenkarz teatru “Syrena” w Warszawie. Kompozytor licznych piosenek, za które otrzymał wiele nagród na festiwalach i konkursach. Jego utwory to między innymi: „Automobil”, „Gdy ci serca brak”, „Imieniny, imieniny”, Zawołaj, „Niech pan nie zamyka bramy”, ”Kiedyś w święto winobrania”, ”Mnie wystarczy Monte Verde”, „W dni wielkie i skończone”, „Lutnia i żołnierz”, ”Most zakochanych”, „Posłuchaj coś ci powiem”, 100 lecie Anina i tort z tej okzaji serwowany po koncercie„Znów razem”, „Żurawie odlatują” i wiele innych. Starsi fani pamiętają Pana Tadeusza Woźniakowskiego z wykonania takich piosenek jak: „Komu piosenkę”, „Wspomnienie”, „Ty jeszcze nie wiesz”, „Wiosną mi bądź”, „Czy pani tańczy twista” (wykonanie razem z Violetta Villas), „Rudy rydz”, „Zginęła mi dziewczyna”, i wielu, wielu innych. Po wręczeniu nagród laureatom konkursu Pan Tadeusz prezentował anińskich poetów czytając ich wiersze. Wasz sprawozdawca starał się bardzo odnotować wszystkich prezentowanych anińskich twórców, jak również odnotować tytuł wiersza odczytanego gościom. Oto nasi twórcy w kolejności alfabetycznej:

Barbara Broniatowska –związana  z Aninem od kolebki, a jej wiersze nie tylko dotyczą Anina, prezentowany wiersz – „Piosenka o wpółutraconym Aninie”, Bolesław Bryński- potrafi odnaleźć poezję w szarej prozie dnia- prezentowany wiersz „Wyszedłem w letni wieczór podochocony na Anin..”, Maria Chodorek- mówi o sobie” „Jestem poetką okazjonalną”, mieszka w Aninie od urodzenia, jest biologiem stojącym od lewej Aldona Kraus i Jadwiga Teresa Szymczakna straży tradycji i piękna krajobrazu- prezentowany wiersz: ”Lament aniński 2005”; Alicja Francman- jej poezja jest utkana z najpiękniejszych nici słów, artysta plastyk, od 1939 r związana z Aninem- prezentowany wiersz „Osiedle poetów”; Zdzisław Głowacki – chciałby zatrzymać czas i cieszyć się zwykłą chwilą spędzoną z bliską osobą, wrażliwy artysta, któremu nieobce sa różne dziedziny sztuki – prezentowany wiersz Anińskie lasy”; Joanna Oxyvia Jankowska- wielka aglomeracja jest dla niej źródłem natchnienia, ale tez zmorą od której pragnie uciec w świat przyrody – prezentowany wiersz: ”Znajoma ulica”; Krystyna Kaczyńska Fusiecka – bardzo często w swoich lirykach stosuje ironię, prezentowany wiersz: „Zza ściany”; Andrzej Kosiński – wkracza w świat historii małych i wielkich ojczyzn (Anina, Falenicy i Kresów Wschodnich) uwikłanych w dzieje ludzkości, prezentowany wiersz: „ Ballada na koniec wieku”; Maria Kościuszko – poetka „linii otwockiej” ukazuje piękno Aldona Kraustego regionu, prezentowany wiersz: „W anińskiej Farlandii mieszkał poeta Konstanty…”; Aldona Kraus – ukołysana przez komorowski ogród zamieszkała wśród wawerskich sosen i bezgranicznie oddała się Aninowi. Urodzona w Konstancinie, emocjonalnie związana z Komorowem, ale wiersze o bogatej skali nastrojów, zaczęła pisać w Aninie. Jej dom przeniknęła poetycka aura, także za sprawa ks. Jana Twardowskiego, spędzającego wakacje u poetki, która nazywa siebie „lekarzem okulista piszącym wiersze” –prezentowany wiersz: „ Z myślą o Julianie Tuwimie”; Małgorzata Krupińska Nowicka – potrafi ukazać różne odcienie smutku w krótkim poetyckim przekazie: prezentowany wiersz: „Jan od biedronki”; Henryk Ławrynowicz – stosował bogatą gamę nastrojów tworząc wiersze refleksyjno- historyczne, okolicznościowe oraz o charakterze egzystencjonalnym – prezentowany wiersz: „Madrygał na cześć mamusi i jej pierworodnej”; Aneta Michalska – pokazuje swiat rozpięty między niebem a ziemią, dostrzega żywioły tkwiące w człowieku, ale wyciszone dzięki metaforom, prezentowany wiersz: „Planeta Anin”; Jakub Michalski –jego wiersze melodyjnie wpływają do serca, ponieważ nieobca mu jest również muzyka- prezentowany wiersz: „Las aniński”; Katarzyna Nowak – aktualizuje kulturę Aneta Michalskaantyczna i nowożytną , aniński limeryk sugeruje, że autorka skrywa także ironiczny ogląd świata- prezentowany wiersz: „Limeryk aniński”; Wacław Okniński –zapatrzony w przeszłość ukazuje piękno otaczającego nas świata – prezentowany wiersz: „Piosenka na pięćdziesiątą rocznicę matury”; Dariusz Osiński – nazywa swoje wiersze „glinianymi” odwołując się do wykonywanego zawodu – artysty ceramika-prezentowany wiersz: „Anińskie pogaduszki”; Mirosław Perzyński – błyskotliwe połączenie refleksji i żywiołu miasta, a czasem czarnego humoru- prezentowany wiersz „Piękna pani z ulicy Hertza…” Karina Stolarska – ukazuje kobiety doświadczone przez miłość- miłość, która rani. Pojawiający się w jej wierszach dom i ogród, przemykające zwierzęta, subtelny dowcip koją dusze. Ukazują urok dnia codziennego- prezentowany wiersz: „Ulica jakże moja”; Maria Sulich Wawrzyk – łączy refleksję z ostrym spojrzeniem na świat- prezentowany wiersz: „Anin- jej azyl”; Maria Suska Klink- satyra, ironia, żart to oręż poetki- prezentowany wiersz: „Pociąg pana Tuwima”; Lidia Szafrańska – potrafi każde zdarzenie ująć w ciekawy splot metafor- prezentowany wiersz: „Księże Janie”; Jadwiga T.Szymczak – uważa, że „ poeci zmuszają ciszę do mówienia”, ona zmusza ludzi do twórczego działania, ale przede wszystkim siebie do aktywnego życia, a pomaga jej w tym literatura- prezentowany wiersz: „ Alicji”; Wiesława Zborowska- subtelnie działa na zmysły – Karina Stolarskaprezentowany wiersz: ‘Moje miejsce Anin”;  Podczas recytacji wierszy a także koncertu pana Tadeusza Woźniakowskiego sprzedawana była książka pt: „Aninianie Aninianom” – Antologia Poetów Anińskich, wydana przez Klub Kultury ANIN 2010, pod redakcją pani Beaty Lewickiej. Właśnie ta książka pomocna mi była w zaprezentowaniu naszych anińskich poetów i bardzo jestem szczęśliwa, że właśnie dzisiaj miałam okazję poznać tych wspaniałych ludzi, którzy przechodzą obok nas, a my nie zawsze wiemy, z jakimi wspaniałymi ludźmi mieszkamy w naszym Aninie.

Na zakończenie wszyscy nasi poeci bardzo chętnie podpisywali książkę: Aninianie  Aninianom, antologia poetów anińskich“Antologia Poetów Anińskich”pod tytułem “ Aninianie  Aninianom” a ja skorzystałam z tej możliwości i nie tylko zdobyłam autografy ale też zrobiłam kilka zdjęć bohaterom dzisiajszego dnia. Oczywiscie był też tort 100 lecia, który państwu prezentuję powyżej! Bardzo smakowity, niestety nie udało mi się zdobyć przepisu za co serdecznie przepraszam.

Sprawozdanie z koncertu w Aninie oraz  ze spotkania z Poetami anińskimi

Przygotowała  Wasza Jadwiga

Dzisiaj 1 września, rozpoczynamy nowy rok szkolny 2010/2011. Można powiedzieć radosny szkolny rok. Ale czy zawsze radosny? Pewnie nie dla wszystkich. Niektóre dzieci rozpoczną marsz do szkoły po raz pierwszy w życiu, inne idą już po raz któryś i nie są tym wcale zmartwione, gdyż spotkają swoje koleżanki i kolegów a opowieści wakacyjne będą trwały długo, bardzo długo. Najwięcej emocji czeka na pierwszaki, najmłodsze nasze pociechy, które w tym właśnie roku zaczynają swoją edukację.  Pamiętam mój pierwszy szkolny rok, moją nową granatową spódniczkę plisowaną i białą bluzkę uszytą przez koleżankę mojej mamy. Wystrojona w nowy obowiązkowy szkolny strój maszerowałam do szkoły mając we włosach nieśmiertelne białe kokardy a na czubku głowy dumnie sterczącego “motyla” -kokardę specjalnie na tę okazję upiętą przez mamę. Głowę trzymałam sztywno aby ta kokarda przez cały dzień nie przekrzywiła się ani na milimetr. Byłam bardzo dumna, że jestem taka dorosłą, że mam naszą panią, która od dzisiaj będzie “moją panią”, że mam swoje miejsce w klasie i mam nowe koleżanki i kolegów. Jedną z nich mam do dzisiaj. Renia jest moją przyjaciółką od 58 lat. Mieszka na stałe w Indonezji w Jakarcie, ma dwie córki: Sitę i Devi i dwoje wnucząt. Nasza przyjaźń przetrwała tyle lat, ale im dłużej trwa tym jest piękniejsza  i tym jest mocniejsza. Żyjemy każda swoim życiem, jednak kontaktujemy się często, przekazując sobie nawzajem informacje o naszych kłopotach i radościach. Pierwszy telefon Reni po śmierci jej ukochanego męża był do mnie. Razem dzieliłyśmy smutek i żal, ale też radość z narodzin wnuczki prawie w tym samym momencie gdy Koen odchodził. Takie jest nasze życie i wesołe i smutne, rozpacz zmieszana z radością. Nasze kontakty choć na odległość trwają, i będą trwały tak długo jak długo słowo “ Przyjaźń” będzie istniało na tym świecie. Cieszę się, że mam Przyjaciółkę, która wie, iż mimo dzielącej nas odległości może na mnie liczyć w każdej życiowej sytuacji.

Chciałabym życzyć wszystkim naszym dzieciakom, rozpoczynajacym dzisiaj nowy rok szkolny, zdrowia i szczęścia oraz zawierania przyjaźni od lat najmłodszych, które będą trwały tak jak moja i Reni. Dzisiaj zapraszam wszystkich do lektury opowiadania naszej wnuczki Julii - lat 14, która napisała poniższe opowiadanie przy końcu roku szkolnego 2009/2010. Otrzymała za nie wyróżnienie Burmistrza Dzielnicy Praga Południe i Ośrodka Edukacji Kulturalnej SBM”Grenadierów” . Zapraszam do lektury:

Julia Szalewicz  

„Łza”  

dyplom JuliiZapewne większość z was nie uwierzy w moją historię, ponieważ mnie samemu też było trudno w nią uwierzyć. No cóż, może zacznę od tego, że nie mam imienia i mogę tylko powiedzieć, że jestem… manekinem. Manekinem? – zapytacie. Otóż tak i to nie byle jakim. Choć do niedawna wolałem zakryć moją osobę wszelkimi kreacjami, pewien dzień odmienił moje „życie” i zmienił poglądy, posłuchajcie…

W pewnej małej, cichej uliczce w Warszawie mieszkająca nieopodal kobieta założyła sklep z modą damską. Emilia mogła pochwalić się najpiękniejszymi a zarazem najdroższymi cudeńkami, najwybitniejszych projektantów z całej Polski. Pewnego dnia sprzedawcy przywożący nowy towar do sklepu wypakowali z samochodu pewien dziwny przedmiot. – Pani Emilio, mamy na zbyciu manekin, nie jest nam potrzebny a u pani tak pusto na wystawie… Może się pani skusi – zaproponował jeden z nich – za darmo! – uśmiechnął się i podkręcił wąsy. – Dziękuję, panowie, u mnie na pewno znajdzie się miejsce – rozchmurzyła się pani Emilia, która od rana monotonnie uzupełniała firmowe papiery. – Jeśli mógłby pan… – wskazała drzwi do sklepu. Sprzedawca podniósł mnie, postawił przy oknie i zdjął ze mnie zakurzoną folię. Ach, nareszcie byłem wolny. Poczułem różany olejek zapachowy i pośpiesznie spojrzałem przez okno – cóż to był za widok! Każda kamienica stłumiona była zielonymi pnączami a na trawnikach puszyły się piękne róże. Rozległe błękitne niebo rozmyte było białymi chmurami. Od tej pory pani Emilia stała się moją matką a sklep ciepłym domem.

Niestety rok później naprzeciwko naszego różanego butiku pojawił się drugi, z większym asortymentem i trzema manekinami, które okazale prezentowały się na swojej wystawie. Ku mojemu zdziwieniu stali klienci Pani Emilie nie przychodzili już do naszego sklepu, tylko podążali jak ślepi do trzech przyciągających ich, pięknych manekinów z naprzeciwka. Mimo tego, że Pani Emilie bardzo o mnie dbała i wciąż powtarzała mi, że jestem piękny, tak bardzo zazdrościłem konkurencyjnym manekinom. Nasz butik odwiedzało coraz mniej ludzi. Tak bardzo chciałem wiedzieć co jest w tych kukłach takiego, czego we mnie nie ma. Gdyby ktoś dał mi lusterko… – myślałem. Mijały kolejne dni i z czasem manekiny zaczęły się ze mnie wyśmiewać, pokazywały moją niższość i brzydotę a pani Emilia, mająca problemy z pieniędzmi ,rozmyślała nad zamknięciem sklepu. Nie mogłem jej pomóc i obwiniałem za to moją urodę. Pewnego dnia spoglądając naprzeciwko na tłumy klientek i pakującą swoje rzeczy panią Emilię nie mogłem już dłużej wytrzymać, po chwili uroniłem wielką, połyskującą łzę, która spłynęła po moim, plastikowym policzku. Spoglądająca na mnie klientka zauważyła mokry policzek i wielkie, smutne, spoglądające na nią oczy. Wielce zszokowana, zawołała swoje wszystkie sąsiadki. Nikt nie wierzył własnym oczom. Wszyscy patrzyli na płaczącego manekina. Przychodziło coraz więcej ludzi a w tym wszyscy klienci z naprzeciwka. Zaintrygowani moim widokiem pośpiesznie wbiegli do sklepu i zawołali panią Emilię, która ,potykając się o papierowe pudełka, wybiegła na ulicę. Ujrzawszy mnie wypuściła z ręki papiery, które rozwiały się po całej ulicy. Wzruszona zaczęła płakać a w jej ślady poszli wszyscy obserwujący mnie ludzie. Następnego dnia roiło się od klientów a trzy wściekłe manekiny odwróciły się plecami od widoku wielkich kolejek w naszym niewielkim butiku. Od tej pory pani Emilia nie mogła opędzić się od ludzi. Miała najwięcej klientów i wiele zaprzyjaźnionych sprzedawców którzy przywozili jej najwybitniejsze i niepowtarzalne dzieła projektantów. Żaden sklep w Warszawie nie miał tak wielkiego asortymentu. Było wspaniale, ja również cieszyłem się popularnością i otrzymywałem wiele uśmiechów od przybywających ludzi. Jednak ciągle nie wiedziałem co tak naprawdę sprawiło, że wszyscy ludzie zaczęli tamtego dnia ze mną płakać. Przecież mogli mnie wyśmiać i pogrążyć dorobek życia pani Emilii.

Jakiś czas później kiedy pnącza na kamienicach nabrały czerwonego koloru a róże zostały przykryte białymi tkaninami, pewien niedaleko mieszkający mężczyzna, który remontował mieszkanie nad naszym sklepem, niósł przez ulicę wielkie lustro. Zasapany zatrzymał się na chwilę przed różanym butikiem, postawił lustro na ziemi i wziął głęboki oddech. Przed moimi oczami stanął obraz mojej niesamowitej osoby. Wtedy dostałem odpowiedź na moje wszystkie pytania. Miałem wspaniałe, mądre oczy, które wyrażały wszystkie ludzkie uczucia i troski. Tym pięknem było moje wnętrze. Spojrzałem na trzy manekiny, które pogrążyły się w nieudanych próbach wywołania płaczu. Nie umiały zapłakać, współczuć a nawet się cieszyć. Były puste, a ich plastikowe oczy niczego nie ukazywały. Gdy po raz ostatni spojrzałem na naburmuszone manekiny ,już nie wyglądały tak pięknie i okazale. W tym momencie to ja byłem najpiękniejszy ….

Pomnik Małego Powstańca fot.J.Ślawska SzalewiczO Powstaniu Warszawskim napisano bardzo dużo, a może i wszystko? Ja przedstawię powstanie w odmienny sposób. Sięgnęłam do książki Zbigniewa Adrjańskiego Pt. „Złota Księga Pieśni Polskich” Wydawnictwa Bellona, Warszawa 2010, ponieważ chcę przedstawić Powstanie Warszawskie poprzez piosenki śpiewane przez młodych walczących ludzi, których do walki gnała wiara w zwycięstwo. Nie jest moim zamiarem omawianie powstania dzień po dniu, ulica po ulicy, walk toczonych, analizowania taktyki, ustawienia barykad i założeń Kedywu, nazw poszczególnych oddziałów biorących w nim udział. Nie, nie, moim zamysłem jest pokazanie młodości, wiary w zwycięstwo i bezsilności walczących, ale prawdziwym bohaterem tego wpisu będą piosenki. Zapraszam:

„…1 sierpnia 1944 r. Pierwszy dzień powstania warszawskiego. Pierwszy dzień nadziei i klęski. 43 młodych ludzi z 3. szwadronu ułanów dywizjonu „Jeleń” zrywa się do ataku na Belweder. Odrzuca ich ogień nieprzyjaciela. Chcą atakować gmach Gestapo w Al. Szucha. Znowu liczne straty. Atakują zatem redakcję niemieckiej gadzinówki przy rogu Marszałkowskiej i Polnej. Pomnik Powstania Warszawskiego fot.J.Ślawska Szalewicz Jeszcze jedna nieudana „szarża”. Leżą potem w chwastach Pola Mokotowskiego, ostrzeliwują się Niemcom. Wśród tych wciśniętych w ziemię „ułanów” dziewczyna. To łączniczka. Krystyna Krahelska. O Krahelskiej nie śpiewa się piosenek. To ona śpiewa innym własne i powszechnie znane utwory: Hej chłopcy bagnet na broń, Kujawiaczka partyzanckiego, Kołysankę o zakopanej broni.

W tym jednak szwadronie, który fason ma kawaleryjski i fantazję junacką K. Krahelska „Danuta” wszystkich onieśmiela. Już za życia ma sławę i legendę. To właśnie jej rysy twarzy i popiersie wyrzeźbiła Ludwika Nitschowa w pomniku Warszawskiej Syreny nad Wisłą. Nadal gorączkowo terkoczą karabiny maszynowe w stronę zdziesiątkowanych powstańców na skraju ulicy Polnej. Jeden z nich dostaje postrzał w głowę. Legendarna już „Danuta” podnosi się i biegnie mu na pomoc. Pada po chwili ugodzona trzema kulami w płuca.

Hej chłopcy, bagnet na broń
Bo kto wie, czy na jutro, pojutrze czy dziś
Przyjdzie rozkaz, że już, że już trzeba nam iść…

Cm. Wojskowy na Woli fot.J.Ślawska SzalewiczJuż nigdzie z nami nie pójdzie ta bohaterska łączniczka, sanitariuszka i autorka najpiękniejszych pieśni Polski Podziemnej. Cztery dni później! Pałac Blanka, 4 sierpnia, czwarty dzień powstania. Jest tu kilku chłopców z batalionu „Parasol” zaplatanych tu przypadkowo. Mieli dotrzeć do swego batalionu na Wolę, nie zdążyli jednak. Dowodzi nimi pdch. „Krzysztof” –Kamil Baczyński. Widok mają na Śródmieście i Starówkę wspaniały. Atmosfera dobra. Trochę niepokoją Niemcy, którzy wypatrzyli posterunek i strzelają do nich zaciekle. Wreszcie ogień czołgów zmusza ich do zejścia na pierwsze piętro. Tu z narożnego okna pchor. „Krzysztof” ostrzeliwuje się niemieckim snajperom. Nagle zatacza się, pada, obficie broczy krwią. Coś jeszcze usiłuje bezładnie mówić o żonie Basi i matce. Umiera. Nikt właściwie jeszcze nie wie, że pchor. „Krzysztof” to jeden z największych poetów Podziemnej Polski. To później Jerzy Zagórski zatytułuje swój szkic o nim alarmistycznym tytułem Śmierć Słowackiego. To jeszcze później tę zaszczytną analogię z „wielkim Juliuszem” potwierdzi wielu krytyków i poetów. Na razie podkomendni „Krzysztofa” wiedzą, że jest on autorem piosenki o Barbarze i beztroskiego utworu  Maszeruje pluton… Żołnierski pogrzeb poety, na dziedzińcu pobliskiego Ratusza. Kilka osób, parę desek. Ktoś usiłuje śpiewać:

Maszeruje pluton przez zielony las
Uśmiechnięta wolność naprzód wiedzie nas…

Pomnik Powstania WarszawskiegoMilknie jednak. Piosenka ta wydaje się niestosowna. Wokół powaga, dymy, odgłosy detonacji. Ujadanie cekaemów. W kilka dni później umiera w szpitalu, o parę ulic dalej Barbara Drabczyńska-Baczyńska. Żona „Krzysztofa” Kamila. Umiera trafiona odłamkiem w głowę. O śmierci męża nic nie wie. Ale umierając ściska w ręku tomik jego wierszy otwarty na stronie, gdzie widnieją słowa:

Wołam cię obcy człowieku,
Co kości odkopiesz białe,
Kiedy wystygną już boje
Szkielet mój będziesz miał w ręku…
Sztandar Ojczyzny mojej.

W dwa tygodnie później, na Starym Mieście przy ulicy Przejazd, gdzie mieściła się słynna reduta powstańcza kpt. „Nałęcza”, ginie Tadeusz Gajcy. Wielki rywal Baczyńskiego do poetyckiej sławy największego poety konspiracji. Autor piosenki Na nowe drogi:

Żegnaj sielska młodości,
Żegnajcie beztroskie dni,
Nam wysoki zaśpiewa pocisk
I żelazne będą sny

Jeszcze później chłopcy z „Parasola” dźwigają kanałami z Placu Krasińskich do Śródmieścia swego bohaterskiego dowódcę pchor. „Ziutka” – Józefa Pomnik Polegli Niepokonani fot.J.Ślawska SzalewiczSzczepańskiego. Pieśniarza batalionu „Parasol”, autora buńczucznej śpiewki Pałacyk Michla. Podchorąży „Ziutek”  zrobił w ciągu miesiąca karierę nie mniejsza niż jego utwór. Z dowódcy drużyny na Woli, został zastępcą dowódcy kompanii. Później dowodzi resztkami wykrwawionego batalionu na Starym Mieście. Tu usiłuje jeszcze dodać wszystkim odwagi nowa piosenką:

Godłem nam Biały Ptak,
A parasol to znak
Naszym hasłem piosenka szturmowa.
Pośród bomb, huku dział,
Oddział stoi jak stał,
Chociaż chłopców zginęła połowa.

Wreszcie wynoszą go z kanałów w broniącym się jeszcze Śródmieściu. „Ziutek” żyje jednak tylko kilka godzin. Właśnie Mieczysław Fogg śpiewa w Alejach Ujazdowskich:

Pałacyk Michla, Żytnia, Wola
bronią się chłopcy spod „Parasola”…

„Ziutek” już tego nie słyszy. Zresztą wszystko, co jest w tekście tej pieśni, wydaje się nieaktualne. Czy dalej trzeba mnożyć te tragiczne metryki do pieśni? Przecież i tak – tak ślepo, tak bezgranicznie je kochamy. Śpiewając konspiracyjne piosenki, czy zastanawiamy się nad tym, kto je napisał i kiedy. Nie szukamy nazwisk poetów i kompozytorów. Nie staramy się chwalić wiedzą i erudycją na temat twórców tego repertuaru. Szukamy natomiast zamkniętego w tych tekstach i melodiach nastroju. Żadna ze znanych pieśni tego okresu nie ma wielkich ambicji hymnicznych, politycznych, programowych. Może tylko napisany w przededniu powstania marsz Warszawskie Dzieci  Stanisława Ryszarda Dobrowolskiego wyróżnia się spiżowym tonem. Powstanie warszawskie rodzi dwie znane piosenki, które rozbrzmiewają na szańcach Woli i barykadach Mokotowa. Są to Pałacyk Michla oraz Marsz Mokotowa. Reszta utworów powstaje w różnym czasie. Są to piosenki pisane według pewnego żołnierskiego schematu. O ukochanej Cm.Wojskowy na Wolidziewczynie i rozstaniu. O ćwiczeniach i marszach w leśnych podchorążówkach. O konieczności walki z wrogiem i poświęceniu dla Ojczyzny. Przy czym słowo „Ojczyzna” nie jest tu zbytnio nadużywane. Piosenka ta jest programowo wyciszona i niepatetyczna. Nie grzmi wielkimi słowami. Lubi humor i śmiech przez łzy! Nawet Baczyński i Gajcy piszą świadomie takie właśnie zwykłe bezpretensjonalne i pogodne utwory. Tragicznych spraw i wydarzeń jest wokół takie mnóstwo. Zadaniem piosenki tego okresu jest nie deprymować, lecz mobilizować do walki, łagodzić, rozładowywać dramaty…”.

Warszawskie dzieci

Słowa Ryszard Dobrowolski „Goliard”, Muzyka Andrzej Panufnik  

Nie złamie wolnych żadna klęska
Nie strwoży śmiałych żaden trud,
Pójdziemy razem do zwycięstwa,
Gdy ramię w ramię stanie lud.
Warszawskie dzieci pójdziemy w bój,
Za każdy kamień Twój, Stolico, damy krew!
Warszawskie dzieci, pójdziemy w bój,
Gdy padnie rozkaz Twój, poniesiem  wrogom gniew!  
Powiśle, Wola i Mokotów,
Ulica każda, każdy dom,
Gdy padnie pierwszy strzał bądź gotów,
Jak w ręku Boga złoty grom.
Warszawskie dzieci, pójdziemy w bój…  
Od piły, dłuta młota, kielni,
Stolico, synów swoich sław,
Że stoją wraz przy Tobie wierni
Na straży swych żelaznych praw
Warszawskie dzieci, pójdziemy w bój…  
Poległym chwała, wolność żywym,
Niech płynie niebo dumny śpiew,
Wierzymy, że nam Sprawiedliwy,
Odpłaci za przelaną krew.
Warszawskie dzieci, pójdziemy w bój…  

Autorem tekstu jest wybitny poeta i pisarz Stanisław Ryszard Dobrowolski (1907-1985). Napisał go 4 lipca 1944 r. i zaraz opublikował w konspiracyjnym piśmie „Demokrata”. ST.R. Dobrowolski brał czynny udział w konspiracji od 1942 r. Kierował sekcją literacką przy KG AK, inspirując wielu autorów, poetów kompozytorów do uprawiania twórczości patriotycznej w dziedzinie pieśni i piosenki. Muzykę pisali wybitni kompozytorzy, m.in. W. Lutosławski, organista Andrzej Panufnik (1914-1991), Bronisław Rutkowski, dyrygent Olgierd Straszyński, pianista Jan Ekier (autor Szturmówki), pianista Jan Markowski (autor Marszu Mokotowa). Autor muzyki Warszawskie dzieci Andrzej Panufnik, od roku 1953 przebywający za granicą, należy do grona najwybitniejszych współczesnych Cm.Wojskowy na Wolikompozytorów polskich. Jego Warszawskie dzieci weszły na stałe do skarbca pieśni narodowych z okresu walki podziemnej z okupantem. I jeszcze jedna bardzo znana piosenka spopularyzowana onegdaj przez Mieczysława Fogga. Oto ona: 

Pałacyk Michla

Pałacyk Michla, Żytnia, Wola,
Bronią jej chłopcy od „Parasola”,
Choć na „tygrysy” maja visy,
To warszawiaki, fajne chłopaki są.
Czuwaj wiaro i wytężaj słuch,
Pręż swój młody duch, pracując za dwóch!
Czuwaj wiaro i wytężaj słuch,
Pręż swój młody duch jak stal!
Każdy chłopaczek chce być ranny…
Sanitariuszki, morowe panny,
I gdy cię trafi kula jaka,
Poprosisz pannę da ci buziaka, hej!
Czuwaj wiaro i wytężaj słuch…
Z tyłu za linią dekowniki,
Intendentura, różne umrzyki,
Gotują zupę, czarna kawę-
I tym sposobem walczą za sprawę, hej!
Za to dowództwo jest morowe,
Bo w pierwszej linii nadstawia głowę
A najmorowszy z przełożonych
To jest nasz „Miecio w kółko golony”, hej!
Czuwaj wiaro i wytężaj słuch…
Wiara się bije, wiara śpiewa,
Szkopy się złoszczą, krew ich zalewa,
Różnych sposobów się imają
Co chwila „szafę” nam posuwają, hej!
Czuwaj wiaro i wytężaj słuch…
Lecz na nic szafa i granaty,
Za każdym razem dostają baty,
I co dzień się przybliża chwila,
Że zwyciężymy! I do cywila, hej!

Józef Szczepański i „Ziutek”, autor licznych piosenek harcerskich i powstańczych, był podchorążym w kompanii „Agat” batalionu „Parasol” AK. Ów wesoły, powszechnie lubiany młody człowiek nazywany był pieśniarzem „Parasola”. Pałacyk Michla napisał w pierwszych dniach powstania warszawskiego, w czasie, gdy pełnił służbę na terenie tytułowego obiektu przy ul. Żytniej w Warszawie. Piosenka podchwycili żołnierze „Parasola”. Muzykę do piosenki skomponował Józef Szczepański na motywach popularnej przed II wojną światową piosenki Nie damy Popradowej fali (nieznanego kompozytora). Józef Szczepański zginął w pierwszych dniach września 1944 r., w rejonie pałacu Krasińskich w Warszawie, gdzie dowodził, mimo ciężkich ran odniesionych wcześniej, resztkami batalionu „Parasol”. Wspomnianym w tekście piosenki „Mieciem w kółko golonym” był ppor. Antoni Sakowski, ranny w głowę w czasie walk na warszawskiej Woli, któremu trzeba było ogolić głowę przed założeniem opatrunku. Tak ta piosenka stała się kroniką powstańczych wydarzeń….„.  Wymienię jeszcze najpopularniejsze piosenki powstania warszawskiego, o których napisał pan Zbyszek Adrjański, a były to:

„Dorota”, słowa i muzyka Jarzy Dargiel „Henryk”, „Natalia” muzyka i słowa Wacław Bojarski, Marek Zaleski, „Maszeruje pluton” słowa Krzysztof Kamil Baczyński „Krzysztof”, muzyka Witold Rowicki, „Sanitariuszka Małgorzata” muzyka Jan Markowski „Krzysztof” słowa Mirosław Jezierski, „Mała dziewczynka z AK”, muzyka Jan Markowski „Krzysztof”, słowa Mirosław Jezierski „Karnisz”, ”, „Hej, chłopcy, bagnet na broń” muzyka i słowa Krystyna Krahelska „Danuta”.

Autorom piosenek nie stawia się pomników. Przywilej ten zastrzeżony jest dla wielkich twórców i poetów. Ale jest w Warszawie nad Wisłą pomnik pół- kobiety, pół-ryby, który jest herbem miasta, czymś rodzaju pomnika autorki piosenek. Stało się to przypadkowo! Do rzeźby Warszawskiej Syrenki Ludwice Nitschowej pozowała na krótko przed wybuchem II wojny światowej młoda i urodziwa absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego Pomnik polegli Niepokonani rozcięta Syrenka WarszawskaKrystyna Krahelska. Krahelska, dziewczyna zresztą rodem znad Prypeci, obdarzona pięknym głosem, muzykalnością i talentem poetyckim, w konspiracji była łączniczką pułku „Baszta” AK, później sanitariuszką w I plutonie trzeciego szwadronu dywizjonu „Jeleń”, 7. Pułku ułanów AK. Pisywała wiersze i piosenki (jej tomik Smutna rzeka ukazał się dopiero w Londynie, w roku 1964). Piosenkę „Hej, chłopcy, bagnet na broń” napisała prawdopodobnie w 1942 r. Opublikowano ją 20 listopada 1943 r. na łamach wychodzącego w Warszawie podziemnego dwutygodnika harcerskiego „Bądź gotów” i natychmiast podchwycili ją żołnierze AK i BCh w całym kraju. Zginęła w czasie Powstania Warszawskiego na ulicy Polnej w natarciu na tzw. Dom Prasy przy ul. Marszałkowskiej 3/5, trafiona trzema kulami prawe płuco. Los zrządził, że jej popiersie nad Wisłą w czasie Powstania zostało również trzykrotnie przestrzelone. Czy jest na świecie pomnik, który ma bardziej wymowną i wzruszającą historię?…”.  

Gdyby ktoś z Państwa był zainteresowany większa ilością szczegółowych informacji dotyczących polskich piosenek Powstania Warszawskiego, ( ale nie tylko) polecam książkę „Złota Księga Pieśni Polskich” autorstwa Zbigniewa Adrjańskiego, Wydawnictwo Bellona, Warszawa 2010.

Od pewnego czasu używam nowego telefonu komórkowego emporiaELEGANCE, który ostatnio pojawił się na polskim rynku. Telefon ten jest bardzo prosty w obsłudze, a jednocześnie elegancki, można powiedzieć emporiaELEGANCEszykowny i stylowy. Jakby „skrojony” na moją miarę: elegancki i estetyczny, zgodny ze współczesnymi trendami wzornictwa. Dzisiaj, będąc w lecznicy dla zwierząt, zadzwoniła do mnie Ania, ponieważ mój dzwonek jest ustawiony na 5. poziom głośności, słychać go było donośnie, a i melodia jest świetna, ponieważ jest to fragment Wilhelma Tella. Telefon wzbudził zainteresowanie osób, które go zobaczyły i zaczęło się wypytywanie, a gdzie kupiłam taki ładny i elegancki aparat, ile kosztuje, zarówno klienci lecznicy, jak i lekarze stwierdzili, że może on być świetnym prezentem dla osoby, która ukończyła 50 lat i potrzebuje większego wyświetlacza z dużą czcionką i łatwo wyczuwalnych klawiszy. Poza tym musiałam odpowiedzieć u jakich operatorów można go kupić (u wszystkich czterech największych w Polsce: Plus, Era, Play i Orange). Duże zainteresowanie wywołał wyświetlacz OLED – to organiczne diody elektroluminescencyjne, które cechuje duża jasność przy mocnym kontraście, co znakomicie ułatwia czytanie smsów bez potrzeby korzystania z okularów. Ponadto emporiaELEGANCE ma duże, łatwo wyczuwalne klawisze oraz szeroki wyświetlacz z czytelnymi literami. Bardzo łatwa jest obsługa telefonu,  nie wymaga instrukcji, a blokada klawiszy oraz przełączanie na funkcję sms odbywają się poprzez boczne przyciski. Na pytanie jednego z lekarzy, dotyczące tego aparatu w zakresie fotografii czy połączenia z Internetem, odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że nie ma w nim takich opcji, bo i po co. Telefonu używam do odbierania rozmów, a także do rozmów z najbliższymi oraz do wysyłania smsów, więc nie potrzebuję dodatkowych gadżetów, w których lubują się ludzie bardzo młodzi. Ja używam swojej prostej w obsłudze komórki do komunikowania się z bliskimi, a nie po to, by imponować innym ilością funkcji w moim aparacie. Bardzo się ucieszyłam z rozmowy z klientami oraz lekarzami z mojej kliniki weterynaryjnej, gdyż oni też stwierdzili, że właściwie od telefonu wymagają podstawowych funkcji. 

Po zakończeniu dyskusji na temat mojego nowego telefonu emporiaELEGANCE mogliśmy przejść do sprawy zasadniczej, jaką było czyszczenie uszu mojej nowej kotki psotki Nuriny.

O tym poinformowała Was Wasza Jadwiga

Pełnia lata

Burza i dwie godziny deszczu schłodziły temperaturę do 24 stopni. Nareszcie! Po prawie trzech tygodniach wielkich upałów i temperaturach dochodzących do 40 stopni ochłodzenie przyniosło nam wszystkim ulgę. Oskar i Glen czyli Pat i PataszonNasze zwierzaki: owczarek niemiecki Oskar, Jack Russel Terrier – Glen, i koty Zara i Nurina ogłosiły strajk i nie chciały wychodzić na dwór chyba, że o piątej rano, więc cóż miałam zrobić? Potulnie wstawałam i wychodziłam z kubkiem kawy w ręku i całym zwierzyńcem. Radość była ogromna, ponieważ moje towarzystwo bardzo im odpowiadało, szczególnie o piątej rano, tylko, że piąta rano nie jest moją ulubioną godziną. Ale co się nie Kot Zararobi dla zwierzaków? Jeżeli nie jest to to, co tygrysy lubią najbardziej, starajmy się przynajmniej zobaczyć w tym piękno. I zobaczyłam. Wschód słońca, różnorodne odgłosy ptaków, nawoływanie synogarlic, stukot dzięcioła leczącego jedną z naszych sosen oraz wiewiórki ganiające się wokół pnia dębu. Niby nic nadzwyczajnego, ale wstający dzień jest pełen magii i pojawiającego się życia po upalnej nocy. Te chwile dawały radość nie tylko psom i kotom, ale też mnie, siedzącej na tarasie i słuchającej kwiat liliowcanadzwyczajnego koncertu. W ogrodzie kwitną już lilie, liliowce, floksy, dziewanny i rudbekie, a na tarasie pelargonie. Lilia (Lilium L.) jest rodzajem byliny cebulowej z rodziny liliowatych, obejmującej około 75 gatunków. Wiele to znane rośliny ozdobne.  Zapylane są przez motyle dzienne i nocne oraz inne owady. Lilie, ze względu na swą urodę, są pięknie opisane, ja podałam na jej temat podstawową informację. Starożytni Grecy wierzyli, że lilia powstała z kropel Lilia tygrysiamleka, które uroniła bogini Hera. Nazywali ją leirion, od przymiotnika leiros (delikatny, cienki, wrażliwy). Przypisywane są jej nawet magiczne właściwości. Od niepamiętnych czasów lilia symbolizuje chwałę, królewskość i majestat. Niezwykły kształt kwiatów lilii znalazł swoje stałe miejsce w sztuce ludowej, jako motyw zdobniczy czy w symbolice chrześcijańskiej – jako oznaka czystości i niewinności. Lilia stanowi też wzór heraldyczny. Liliowce (Liliales Perleb), rośliny zielne należące do klasy Liliowce najładniej się prezentuja posadzone w kępachjednoliściennych. Są to głównie rośliny wieloletnie, wytwarzające zwykle kłącza, bulwy lub cebule. Promieniste, rzadziej grzbieciste, często duże i efektownie zabarwione. Kwiat to 2 okółki po 3 listki. Kwiaty są owadopylne – owady przywabiane są przez barwny okwiat i zbierają nektar produkowany przez miodniki umieszczone w zalążni słupka.

floks wiechowatyFloks wiechowaty, lub płomyk wiechowaty (Phlox paniculata) to bylina z rodziny wielosiłowatych. W stanie dzikim występuje w części Ameryki Północnej. W Polsce rozpowszechniony w uprawach, niestety niekiedy dziczejący. Jest to roślina ozdobna, uprawiana ze względu na swoje piękne i pachnące kwiaty. U nas w ogrodzie floksy rosną na rabacie i nie są cięte do wazonów, ponieważ stoją tylko dwa lub trzy dni, natomiast na rabacie potrafią kwitnąć kilka tygodni. W zależności od odmiany, floksy kwitną od lipca do sierpnia, a nawet nieco dłużej, jeżeli w czerwcu je lekko przytniemy, wtedy rozkrzewiają się i dłuższe kwitnienie jest zapewnione. floksyFloksy wiążą się z moimi wspomnieniami rodzinnymi z wakacji pod Opatowem. W ogrodzie mojej ukochanej babci kwitły różnobarwne floksy. Kolorowy zawrót mojej małej głowy. Wydawało mi się, że ogród w zasadzie składa się z samych floksów, bo ich kępy były w ogródku i było ich tak dużo! Kolory? Purpurowe, różowe, jasnoróżowe przechodzące prawie w biel, ciemnokarminowe, kardynalskie. A kiedy wieczorem cała nasza rodzina siadała na ławkach przed domem, przy stole wykonanym przez ojca, my musieliśmy wypić mleko z wieczornego udoju (osobiście bardzo tego rytuału nie lubiłam, ponieważ mleka nie znoszę), ale lilie i floksynagrodą była atmosfera ciszy i przedwieczornego spokoju, a także upojnego zapachu floksów. Jakież było moje zdziwienie wiele lat później, gdy znowu odwiedziłam rodzinne strony i zobaczyłam tamten nasz przed ogródek, który nie był taki wielki, wcale to a wcale. Ale w dalszym ciągu kwitły ukochane floksy mojej Babci. Dzisiaj nie ma Babci, nie ma jej floksów, pozostały słodkie wspomnienia małej dziewczynki i floksy, które posadziłam sama w moim ogrodzie. Siedząc przy porannej kawie często wracam do moich wspomnień z rodzinnego domu, a Babcia moja ukochana, (która zmarła w roku 1978) zawsze  tym wspomnieniom towarzyszy.

dziewanna i floksyKolejną rośliną, która jest związana z moimi dziewczęcymi wspomnieniami jest dziewanna, która rosła na wsi przy drodze. Z daleka widać było jej sztywne łodygi skierowane w górę z kwiatkami żółtozłocistymi. Dziewanna jest rośliną dochodzącą do dwóch metrów wysokości pokrytą biało-żółtymi włoskami. Rośnie na piaszczystych, słonecznych miejscach, na skrajach lasów, przydrożach i łąkach. Jako roślina dwuletnia, w pierwszym roku wypuszcza liście — duże, szerokie, gęsto owłosione. W drugim roku wytwarza kwiatostany. Kwiaty są kwitnąca dziewannazłocistożółte, osadzone po kilka na górnej części łodygi. Cała roślina wydziela przyjemny, miodowy zapach. U nas w ogrodzie wysiewa się sama, i w zasadzie rośnie tam gdzie chce, najczęściej jednak w miejscu słonecznym, przed tarasem. Dziewannę można uprawiać w ogrodzie. Lubi miejsca słoneczne, suche, udaje się na każdej glebie, jednak lepiej uprawiać ją na ziemi żyznej, gdyż tylko wtedy dobrze się rozrasta. Nasiona wysiewa się na powierzchnię ziemi, lekko ją potem ugniatając. Czy wiecie, że jest takie powiedzenie: tam gdzie rośnie dziewanna posagu nie ma panna! Może i tak było kiedyś, ale dzisiaj wracamy do natury, do wiejskich klimatów i posiadanie dziewanny w ogrodzie już nie jest objawem zubożenia rodziny. Nieprawdaż?

pelargonieW tym roku taras został obsadzony pelargoniami w kolorze makowym, trochę to dziwnie brzmi, ale jak mam nazwać ten kolor ognistej czerwieni jak nie makowy? Pierwsze kwiaty były dorodne, ale wszyscy pamiętamy maj i czerwiec. Deszcze, deszcze, deszcze. Moje pelargonie przekwitły i koniec. Liście owszem były, ale kwiatów na lekarstwo. I tu się przyznam, że podlewając pelargonie oczywiście dodawałam nawóz, ale nie tyle ile powinnam była. Stąd po korekcie, po wzmocnionym nawożeniu pelargonie odwdzięczają się pięknymi kwiatami.

różeBardzo wcześnie zakwitły moje róże. Bardzo je lubię, ale one nie bardzo lubią mnie, a może miejsca, które im wybrałam. Nasz ogród został stworzony przeze mnie na działce leśnej. Ziemia tu jest marna, prawie piach i musiałam nawieźć w ciągu wielu lat ponad 86 ton czarnoziemu. Kto taki ogród ma, to wie, o czym mówię. Siermiężna praca, upór i miłość do kwiatów dawały mi siły do wykonania tej gigantycznej różeroboty. Udało się. Tylko róże jakoś nie chcą się zadomowić na stałe pomimo oprysków, nawożenia, dopieszczania a nawet gróźb, że w końcu je wykopię i tyle będzie. W tym roku zakwitły wysokopienne i nie powiem, były śliczne, ale deszcze skróciły im żywot, bo nawet nie wiem czy kwitły tydzień, czy też dwa.

Za to nawłoć, czyli polska mimoza, rośnie ze zdwojoną siłą i jak tak dalej będzie na rabacie lilii królewskiej królować będzie ta polna i przydrożna roślina. O swoich wspomnieniach, psach i kotach a także przygodzie z ogrodem opowiadała

Wasza Jadwiga

Wakacje, wakacje, wakacje, znowu są wakacje (piosenka Big Cyca), u nas wakacje trwają, jeździmy w najróżniejsze rejony świata, i zwiedzamy. U mnie też trwa sezon wakacyjny, więc skorzystam znowu z listu, tym razem Beaty, która wyjechała na kilka dni szukać natchnienia, pięknych miejsc, wschodów i zachodów słońca i tego wszystkiego, co na wakacjach znajdujemy, atmosfery, pocztówkowych widoków i miejsc, gdzie możemy pomarzyć i nasza wyobraźnia pracuje na pełnych obrotach. Ja takie magiczne miejsca znajdowałam w Szkocji np. wzgórze i punkt widokowy Waltera Scotta, zachodnie wybrzeże czy piękne jeziora szkockie, w których przeglądają się chmury i są one okolone z rzadka urokliwymi domami. Beata napisała do nas z Canterbury, a ja jak zwykle zamieszczam wakacyjną  korespondencję:  

Canterbury Canterbury w hrabstwie Kent zawsze kojarzyło mi się raczej negatywnie, bo ze śmiercią Tomasza Becketa. Jako że wyobraźni mi nie brak, to oczyma duszy widziałam ociekający krwią miecz uniesiony przez siepaczy Henryka II nad głową arcybiskupa konającego w mękach przy ołtarzu katedry. Zadarł on z angielskim królem, podobnie jak nasz nieszczęsny biskup Stanisław niecałe sto lat wcześniej z Bolesławem II. Królom, jak i biskupom, nie wyszło takie posunięcie na zdrowie; Stanisław i CanterburyTomasz zostali natychmiast ogłoszeni męczennikami i świętymi oraz z przepychem pochowani w katedrach. Henryk II musiał się ukajać i wysłać 200 rycerzy na wojnę świętą. Bolesławowi II nie udało się wykręcić sianem i musiał chyżo zmykać z kraju i spędzić resztę życia w klasztorze w Ossiach na terenie obecnej Austrii, bodajże. Dywaguję jednakże od głównego tematu, to jest uroku Canterbury. Już z oddali widać piękną wieżę katedry zbudowaną w okresie późnego gotyku w stylu perpendykularnym. Dla mniej obeznanych z architekturą, styl perpendykularny charakteryzuje się wielkimi oknami, bogatymi podziałami ścian i spektakularnymi wachlarzowymi sklepieniami. Katedra została wpisana na listę światowego dziedzictwa kulturalnego UNESCO, podobnie jak najstarszy zachowany w Anglii kościół parafialny św. CanterburyMarcina, założony przez Świętego Augustyna, który przybył do Anglii w roku 597. Trzecim dziedzictwem kultury UNESCO w tym mieście są ruiny wczesnośredniowiecznego opactwa, zbudowanego również przez Augustyna; zostało ono zniszczone w okresie reformacji, ale nie przeszkadzało to w masowym odwiedzaniu tego miejsca przez pielgrzymów w poprzednich stuleciach, a współcześnie przez turystów. Na uwagę zasługują również ruiny zamku, co prawda zostały z okazałej budowli właściwie tylko ściany i parę korytarzy, ale w słoneczny dzień zamek osadzony przy starych murach miasta kusi i co wytrwalsi wdrapują się na drugie piętro, żeby popatrzeć z wysokości na podwórzec. Średniowieczne ulice miasta słyną z uroczo pochylonych ze starości domów, jak chociażby ten z 1180 roku – szpital dla biednych księży, z 1190 dla Canterburybiednych pielgrzymów czy też trochę późniejszy z 1500 roku, The Weavers, w którym obecnie mieści się sympatyczna restauracja. Całe stare miasto otaczają mury, a obok nich romantycznie wije się rzeka Stour, po której można się za parę groszy przejechać większą lub mniejszą łódeczką. Przy jednej z miejskich wież, West Gate Tower, roztaczają się śliczne ogrody pełne kolorowych kwiatów, z fascynującym, ponad 200-letnim platanem o przeogromnym pniu. W jego cieniu można usiąść, odpocząć, popatrzeć na płaskodenne łódeczki z turystami przepływające w pobliżu czy tez nakarmić kaczki niecierpliwie czekające na otwarcie torebki z chlebem. W czasie moich bliższych i dalszych podróży zawsze staram się wypatrzeć polskie akcenty: tutaj takowe też były. Wielkim wydarzeniem był w tym roku festiwal muzyki współczesnej z utworami polskich kompozytorów. Katedra była wspaniałym tłem dla „Pasji Św. Łukasza” Krzysztofa Pendereckiego pod jego batutą i dusza rosła, jak po zakończeniu owacje trwały przez 10 minut!  Na zakończenie mojej opowiastki, zagadka: w „Opowieściach z Canterbury” Chaucera, tych pięknych wierszowanych historyjkach, którymi pielgrzymi umilali sobie drogę z Londynu do Canterbury, jaka jest odpowiedź na pytanie żony z Bath:, „Co kobiety kochają najbardziej”? Miłego przypominania lektury szkolnej, a uroki tego miasta niech ukażą zdjęcia.

Pozdrowienia dla Wszystkich

Beata

Seminarium szkoleniowe

Uczestniczyłam w uczestniczki seminarium, pierwszy rząd druga z lewej.E.Radziszewska, autorka  drugi rząd pierwsza z prawej w czerwonym żakiecieseminarium szkoleniowym „Liderki Sportu”, które odbyło się w Centrum Olimpijskim Polskiego Komitetu Olimpijskiego w Warszawie przy ul. Gdyńskie Wybrzeże 4. Seminarium zostało zorganizowane przez Ministerstwo Sportu oraz  Pełnomocnika Rządu do Spraw Równego Traktowania. Brały w nim udział kobiety działające w sporcie: między innymi Monika Maciejewska olimpijka trener szermierki i Otylia JędrzejczakOtylia Jędrzejczak, Monika Maciejewska, Alicja Rutecka, Anna Lewczuk, Anna Wasilewska, menadżerki sportu, przedstawicielki polskich związków sportowych, a także osoby zaproszone: Ryszard Stachurski – Sekretarz Stanu w Ministerstwie Sportu,
Andrzej Kraśnicki – Prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego,
Elżbieta Radziszewska – Pełnomocnik Rządu ds. Równego Traktowania,
Urszula Jankowska – radca generalny w Ministerstwie Sportu i Turystyki,
Andrzej Person – senator,
Beata Bublewicz – posłanka na Sejm Rzeczpospolitej Polskiej, Wiceprzewodnicząca Komisji Kultury Fizycznej i Sportu,
Adam Krzesiński – sekretarz generalny polskiego Komitetu Olimpijskiego,
Anna Budzanowska – dyrektor Departamentu Sportu Kwalifikowanego i Młodzieżowego,
Prof. Ewa Kozdroń – AWF Warszawa,
Dr Joanna Sobiecka – AWF Kraków,
Dorota Idzi – przewodnicząca Komisji Sportu Kobiet,
Agnieszka Olejkowska – rzecznik prasowy PZPN.

Elżbieta Radziszewska (z prawej) i prof. Ewa Kozdroń AWF WarszawaZ przyjemnością chciałabym odnotować wystąpienie pani Elżbiety Radziszewskiej – Pełnomocnika Rządu ds. Równego Traktowania, która na zadania w sporcie, zarządzanie i liderki sportu, popatrzyła przez pryzmat równego traktowania kobiet i mężczyzn (a także przez pryzmat walki z rasizmem, szkoleń i awansów, zatrudnienia płci, orientacji Otylia Jedrzejczak pozdrowienia dla czytelników bloga www.okiemjadwigi.plseksualnej, religii, wieku, niepełnosprawności, rasy). Podkreśliła, że od roku 1919 w Polsce wybierałyśmy i mogłyśmy być wybierane, że Polska jest drugim na świecie państwem, które ma dwuizbowy parlament, starszy jest tylko parlament Anglii. Poinformowała, że 30.04.2008 r. powołano pełnomocnika rządu ds. równego traktowania, aby zasada równego traktowania była respektowana. Unia Europejska ma swoje Sportsmenka - Kobietą sukcesu, pod redakcją naukową Jadwigi Kłodeckiej Różalskiejwymogi i Polska musi się do tego dostosować. Ponadto przekazała, że trwają prace dotyczące niezależnego od rządu publicznego organu, którego zadaniem byłoby dawanie rządowi zaleceń dotyczących respektowania prawa w tym zakresie, a także udzielanie pomocy prawnej i wsparcie dla osób dyskryminowanych. Takim organem ma być Rzecznik Praw Obywatelskich z prof. Ireną Lipowicz na czele (niebawem zostanie powołana). W swoim wystąpieniu pani Radziszewska pokazała również, że w sporcie nie ma zasad równego traktowania, o czym świadczyć może na przykład ilość kobiet – prezesów w polskich związkach sportowych.

I tu nasuwa mi się osobista dygresja. W roku 1991 zostałam wybrana prezesem Polskiego Związku Badmintona. Byłam pierwszą kobietą – prezesem w polskim sporcie. Pamiętamy trudne czasy lat dziewięćdziesiątych i transformacji, jaką wszyscy przechodziliśmy, w tym także polski sport. Doskonale pamiętam wrzesień roku 1991 i pismo, które otrzymałam z ministerstwa. W związku z trudną sytuacją finansową państwa i rządu oraz dziurą budżetową, Polski Związek Badmintona musiał oddać do budżetu 47% dotacji przyznanej na rok 1991. Pismo otrzymaliśmy we wrześniu, czyli w naszym przypadku zrealizowaliśmy 80% budżetu na rok 1991. Na nic zdały się tłumaczenia, pisma, odwołania, staliśmy na straconej pozycji i nie było dyskusji. Zresztą wszystkie związki sportowe musiały oddać część przyznanych pieniędzy. Proszę sobie wyobrazić, jakich sztuk dokonywaliśmy, aby zrealizować szkolenia dla zawodników, aby nie przerwać przygotowań do najważniejszych imprez, jakimi w roku 1992 były m.in. Igrzyska Olimpijskie w Barcelonie. Zakwalifikowaliśmy WTEDY 5 KOBIET i 1 MĘŻCZYZNĘ. Międzynarodowe mistrzostwa Polski, które wtedy odbywały się w Płocku, zostały zorganizowane, i proszę mnie nie pytać, jakim wysiłkiem i nakładem sił i środków. Długi, które zaciągnęliśmy u naszych kontrahentów spłacaliśmy do września 1992 r., ale wszystkie akcje szkoleniowe seniorów, starty polskich zawodników zostały zrealizowane zgodnie z planem. Starty w zaplanowanych turniejach kwalifikujących do IO Barcelona 1992 – a  trzeba było wystartować w co najmniej 10 wielkich turniejach międzynarodowych, punktowanych, a punkty te zliczane razem dawały miejsce na listach światowych Międzynarodowej Federacji badmintona IBF, realizowaliśmy bądź to na koszt klubów, bądź na koszt własny związku, z odroczonymi terminami  płatności. To były bardzo trudne chwile dla nowego prezesa – kobiety, która musiała sobie ze wszystkim poradzić. I poradziła!  Byłam wówczas jedyną kobietą na takim stanowisku i nie mogłam pokazać, że się boję, obawiam, że nie dam rady, (oczywiście, że się bałam, oczywiście, że nocami nie spałam, ale o tym wiedzieliśmy tylko ja i mój mąż) dałam radę, znajdowałam różnego rodzaju rzeczy niemożliwe, które stawały się możliwymi i wyszliśmy z badmintonem na prostą, wzięliśmy udział w Igrzyskach Olimpijskich w badmintonie Barcelona 1992 i Polska po raz pierwszy na tych zawodach zajęła 9. miejsce w grze podwójnej kobiet. Bożena Siemieniec i Wioletta Wilk były zdobywczyniami tej pozycji. Dopiero trzy lata później związek jeździecki wybrał kobietę na stanowisko prezesa (zajmowała je tylko rok lub półtora). Na damskiego prezesa zdecydował się też związek łuczniczy – Justyna piastowała tę funkcję przez jedną kadencję, natomiast prezesem w Polskim Związku Lekkiej Atletyki w latach 1997-2009 była pani Irena Szewińska, ale to było 6 długich lat po tym, jak ja prezesowałam mojemu związkowi. Pracowałam jako prezes Polskiego Związku Badmintona  od 1991 do stycznia 2005 roku. Poprzez tę dygresję chciałam pokazać, jak nas, kobiet, na pozycjach liderek w sporcie jest mało. Obecnie żaden związek sportowy nie ma chyba kobiety prezesa.

Wracając do seminarium:konferencja liderki sportu E.Radziszewska

Pani Elżbieta Radziszewska stwierdziła, że aby osiągnąć poważne stanowisko w zarządzaniu w sporcie musimy mieć pasję. To prawda, zgadzam się z panią całkowicie. Tylko dzięki pasji, ukochaniu sportu, codziennemu współzawodnictwu z mężczyznami osiągnęłam sukces, wytrwałam i doszłam do wyznaczonego przeze mnie celu.

konferencja liderki sportu Urszula JankowskaUla Jankowska, radca generalny w Ministerstwie Sportu zapoznała nas z działaniami ministerstwa w tym zakresie, jak również poinformowała nas o kongresie, jaki odbył się w dniach 20-23 maja tego roku w Sydney: Kobiety i Sport/weź udział/pomyśl/zmień, w którym uczestniczyło 460 osób z 60 państw. Polska została wyróżniona i głośno było o naszej inicjatywie dotyczącej najlepszych zawodniczek posiadających stypendia sportowe. Gdy zawodniczki zachodzą w ciążę i rodzą dziecko, mają szansę powrotu do wielkiego wyczynu poprzez uregulowania prawne (2005 r.) – w dalszym ciągu otrzymują stypendia sportowe i mogą wrócić do swojej dyscypliny sportowej oraz do wielkiej formy, gwarantującej im uzyskanie kolejnych świetnych wyników sportowych, dzięki tej pomocy.

konferencja liderki sportu Ewa RutkowskaCiekawe były również dwie prezentacje: Ewy Rutkowskiej i Doroty Bregin, reprezentujących Grupę Doradczą Równości Płci o tematach “Polityka równości a sektor sportowy” oraz “Możliwości rozwiązań równościowych w sektorze sportu”. Mottem wykładu pani Ewy Rutkowskiej był wyjątek z deklaracji z Brighton w sprawie kobiet w sporcie z roku 1994: ”… Mimo wzrostu udziału kobiet w sporcie, który miał miejsce w ostatnich latach, oraz pomimo zwiększania szans uczestnictwa w wydarzeniach sportowych o randze krajowej i międzynarodowej, zjawiskom tym nie towarzyszył wzrost udziału kobiet w zakresie podejmowania decyzji i sprawowania funkcji kierowniczych w sporcie. Kobiety są zdecydowanie słabo reprezentowane wśród kadry zarządzającej, trenerów i urzędników, w szczególności wyższych szczebli. Dopóki brak będzie kobiet na stanowiskach kierowniczych i decyzyjnych oraz brak będzie kobiecych wzorców w sporcie, postulat równych szans dla kobiet i dziewcząt nie będzie możliwy do zrealizowania”. Minęło 16 lat od ustanowienia tej deklaracji, i nie bardzo w to wierzę, że się coś zmieniło. Wiemy, że zmiany te są wynikiem ciągłego, długiego procesu, którego efekty będzie można ocenić w ciągu kilku lat.

konferencja liderki sportu A.ZagórskaBardzo mi się podobała prezentacja przedstawiona przez dr Adrianę Zagórską na temat „Technika „skutecznie” jako element  budowania siebie”. Pani Adriana przedstawiła kilka możliwych do zastosowania technik. Aby być skutecznym i móc realizować siebie, należy zachować poniższe zasady: ciało, umysł, duch. Powiedziała w swym wystąpieniu, że myślenie jest czynnością umysłową, mózg zaś jest ślepym narządem, który przetwarza wszystko, co mu zostanie przesłane. Człowiek reaguje na wyobrażenia, a ciało odpowiada na to, co mózg sobie wyobraża. Czym zatem jest technika „skutecznie”?  Jest to zbiór technik psychologicznych wspierających pewność siebie i poczucie własnej skuteczności.  Pewność siebie to wiara, że możesz osiągnąć sukces, wykonać to co zamierzasz, wiara w swój potencjał, a pewność siebie rozwija pozytywne emocje, ułatwia koncentrację, wpływa na formułowanie celów, zwiększa wysiłek wkładany w działanie, wpływa na strategię „grać aby wygrać”. Własna skuteczność “self efficacy” – poczucie własnej kompetencji, która pozwoli na  efektywne radzenie sobie z różnymi stresującymi sytuacjami, jest to nasze przekonanie, że możemy skutecznie działać dla osiągnięcia celu. Niski poziom własnej skuteczności związany jest z lękiem, poczuciem bezradności, nasileniem smutku i przygnębienia. Pani dr Adriana Zagórska wprowadzała nas w te i inne aspekty pewności siebie, skuteczności, energii życiowej, a także stresu i paliwa do życia w formach diety, ruchu, snu, czasu wolnego, planów i marzeń, spełnień życiowych, kultury i duchowości. Były to sprawy jakby proste, o których na co dzień nie myślimy, ale one wpływają na nasze działania. Bardzo dobra psychologiczna strona w technikach skuteczności, z punktu widzenia naukowego w psychologii. Wykład bardzo ciekawy, zmuszający do pewnych przemyśleń. Na zakończenie odbył się panel dyskusyjny “Jakimi metodami należy promować i rozwijać sport kobiet?”. Dyskusja trwała godzinę i wzięły w niej udział prawie wszystkie uczestniczki spotkania. Konferencja konferencja liderki sportu dr psychologii Jadwiga Kłodecka-Różalskaciekawa, potrzebna, świetnie moderowana przez dr psychologii Jadwigę Kłodecką-Różalską. Jestem bardzo zadowolona, że brałam udział w tym wydarzeniu. Wszystkim osobom, które miały swoje prezentacje serdecznie dziękujemy za ich przekazanie.

A ja chciałabym dodatkowo podziękować pani Uli Jankowskiej, która była dobrym duchem tego seminarium.

Sprawozdawca – uczestnik

Wasza Jadwiga                                                                                                                  Honorowy Prezes
Polskiego Związku Badmintona

 

Jan Rozmarynowski urodził się w roku 1940 w Warszawie na Woli. Od młodych lat interesował się fotografią, pJan Rozmarynowski z Waldemarem Baszanowskimrzeszedł całą drogę w swoim fachu, począwszy od laboranta, skończywszy na mistrzu obiektywu. Pasją Jego życia była kulturystyka, zakładał Ośrodek Ćwiczeń „Herkules”, był też zawodnikiem w podnoszeniu ciężarów. W środowisku znał wszystkich i wszyscy znali Jego. W warszawskim klubie podnoszenia ciężarów „Hades” na AWF poznał trenera, dr. Augustyna Dziedzica i jego wychowanków: Waldemara Baszanowskiego, Norberta Ozimka, Zygmunta Smalcerza oraz przyjaciela Henryka Jasiaka (dziennikarza, autora książek). Kulturystyka i podnoszenie ciężarów, atmosfera, snobistyczna moda na kult pięknego, rzeźbionego ciała  jawiły się w dobie socjalizmu, siermiężnej szarości obowiązującej dookoła, jako nowy, odbiegający wręcz od rzeczywistości, modny styl życia. Pracował w „Sporcie dla wszystkich”, „Dysku Olimpijskim”, „Wiadomościach Sportowych”. Choć związany przede wszystkim z podnoszeniem ciężarów, które kiedyś z racji wyników sportowych za czasów prezesa Janusza Przedpełskiego i trenera kadry narodowej Klemensa Rogulskiego, było sportem narodowym traktowanym na równiz lekką atletyką i boksem (w czasach świetności), Jan Rozmarynowski fotografował sport, różne dyscypliny sportowe, w tym również mój ukochany badminton. Janek, bo tak Go nazywam, obchodzi właśnie 70-lecie swoich urodzin, niedługo będzie obchodził 50-lecie pracy z aparatem w dłoni.

Drogi Jubilacie!

Serdeczne życzenia pomyślności i zdrowia, pogody ducha, jaką zawsze prezentujesz, uśmiechu na co dzień, radości twórczej, wszystkiego najlepszego Życzy Tobie z okazji Twojego Jubileuszu, 

Jadwiga

U stóp Etny

Ludowo przystrojony wózKatania jest jednym z miast, które najbardziej ucierpiały po wielkim wybuchu Etny w 1669 r., jako, że leży u samych stóp groźnego wulkanu. Od miasta do Etny prowadzi nawet droga, najdłuższa na Sycylii i zbudowana z lawy Via Etnea. Wiele budynków w Katanii również powstało z materiałów wyrzucanych przez wulkan, dlatego niektóre z nich wyglądają jak lekko przykurzone, a dominujące barwy to szarości, brązy i beże. Pomimo tego Katania wita nas burzą kolorów. Jest sobota rano i na głównym placu właśnie odbywa się przejazd wozów ciągniętych przez kolorowo przystrojone konie. Na każdym wozie wystrojona w ludowe szaty orkiestra gra ludowe melodie. Każda orkiestra gra swoją piosenkę, więc po wjeździe kilkunastu wozów na plac słychać jedną wielką kakofonię. Uciekamy do Duomo – ogromnej katedry pod wezwaniem św. Agaty, patronki miasta. Zbudowano ją na ruinach term Achillesa w latach 1078-93. Trzęsienie ziemi w 1693 r. zniszczyło ją prawie doszczętnie. Po zwiedzeniu katedry przystajemy na chwilę pod wielką fontanną przedstawiającą wykonanego z Słoń Liotrolawy wulkanicznej słonia Liotro z egipskim obeliskiem na grzbiecie. Słoń ten jest symbolem Katanii i ma chronić miasto przed wybuchami Etny.

Kolejny przystanek to słynna katańska pescheria – targ rybny. Tłumy kłębią się przy stoiskach z rybami i skorupiakami. Wiadra maleńkich ośmiorniczek. Wielkie połacie ryby-szpady, gigantyczne tuńczyki, kałamarnice, góry krewetek. Aby zachęcić do zakupów sprzedawcy, którzy przed chwilą o własnych siłach wydzierali morzu jego skarby (widać to po ogorzałych twarzach i marynarskich czapkach) przekrzykują się nawzajem lub śpiewają piosenki zachwalające towar. Zapach jest nieco mniej miły niż widok, dlatego szybko idziemy dalej.

Zwiedzamy niedokończony kościół San Nicolo, największy na Sycylii, a później udajemy się na poszukiwanie ruin rzymskiego amfiteatru. Długo Pescheria w Kataniichodzimy w kółko i jakoś nie możemy ich znaleźć. Okazuje się, że wejście do ruin jest przez drzwi z ulicy, zupełnie jakby wchodziło się do sklepu. Ruiny Teatro Romano kryją całkiem dobrze zachowany Odeon, gdzie występowali muzycy i recytowano wiersze. Większość widowni mieszczącej pierwotnie aż 7 tys. widzów i przejścia podziemne również cieszą oko współczesnych turystów. Zahaczamy też o Zamek Ursino, gdzie zwiedzamy wystawę stałą i wystawy czasowe.

Teatr grecki w TaorminieOpuszczamy piękną Katanię i udajemy się do jeszcze piękniejszej Taorminy. Jest to jedna z najstarszych osad na wyspie. Jej początki sięgają 735 r. p.n.e., kiedy to pochodzący z Aten Teokles założył w okolicy pierwszą grecką kolonię – Naxos. Później Naxos zostało przeniesione na górę Tauro, gdzie obecnie znajduje się Taormina. Tutaj sceneria przypomina romantyczne filmy. Małe uliczki, piękne kamienice i zapierający dech w piersiach widok – z jednej strony daleko w dole morze i rezerwat naturalny na wyspie Isola Bella, a z drugiej strony ośnieżona Etna. Kręcimy się po uliczkach, wdychamy bogatą atmosferę (dużo tu luksusowych samochodów, luksusowych turystów i bardzo drogich pamiątek), jemy granitę i trafiamy do ruin greckiego teatru z epoki hellenistycznej, później przebudowanego przez Rzymian. Urok Torminy na przestrzeni wieków przyciągał największych tego świata. Przyjeżdżali tu: Greta Garbo, Marlena Dietrich, Dali, Goethe, Dumas czy Oscar Wilde. Guy de Maupassant napisał:, „Jeśli ktoś, kto będzie mógł spędzić tylko jeden dzień na Sycylii i spytałby cię, co trzeba zobaczyć, odpowiedz bez zastanowienia: Taorminę” (za „Sycylia: plaże, gaje oliwne i antyczne miasta”, Bezdroża, Kraków 2010, s. 88) . W latach 1920-1923 w Taorminie mieszkał również angielski pisarz D. H. Lawrence, autor słynnego „Kochanka Lady Chatterley”.

EtnaTematem kolejnej całodniowej wycieczki staje się Etna. Wyjazd wcześnie rano, po dwóch godzinach jesteśmy u podnóża wulkanu. Krajobraz księżycowy, wszędzie spalone, wyschnięte drzewa, góry zastygłej lawy, roślinność dopiero się odradza. Etna to najwyższy w Europie czynny wulkan. Ostatnia erupcja miała miejsce 6 listopada 2009 r., wybuch z 2001 r. zniszczył stację kolejki linowej (obecnie już odbudowana) i część kompleksu turystycznego Rifugio Sapienza. Według starogreckiego mitu wnętrze wulkanu zamieszkuje uwięziony tam przez Zeusa, stugłowy olbrzym Tyfon. Z jednej strony siła wulkanu jest niszcząca, z drugiej wulkaniczne gleby są wręcz idealne m.in. do hodowli winogron i oliwek. Wulkanolodzy są zdania, że Etna zmienia się ze spokojniejszego wulkanu lawowego w wulkan mniej bezpieczny i mniej przewidywalny – wyrzucający gazy i materiały wulkaniczne. Aktywność Etny jest związana z jej położeniem na styku płyt tektonicznych: europejskiej i afrykańskiej.

Jak dostać się na Etnę? Najlepiej samochodem, wjeżdżając w kierunku Piano Provenzana. W pewnym momencie droga się jednak kończy i na szczyt maszeruje się pieszo lub wjeżdża busami. Piesza wycieczka może potrwać cztery-pięć godzin w jedną stronę, warto, więc zadbać o specjalistyczne buty Księżycowa Etnaz grubymi podeszwami i grube, wiatro odporne ubrania. Słońce świeci, ale temperatura sięga 5 stopni i mniej. Nie można, więc zapomnieć także o posmarowaniu odsłoniętych części ciała kremem z wysokim filtrem (mój mąż niestety zapomniał i po całodniowej wycieczce prezentował się niczym Wielka Stopa po polowaniu na prerii). Niezależnie od wybranego środka transportu wycieczka jest dość męcząca i zajmuje praktycznie cały dzień. Jednak warto zrezygnować z jednego dnia opalania na rzecz bajkowych widoków i dreszczyku emocji na karku.

Pozdrawiam serdecznie z wakacji mojego życia

Kasia

Prognoza pogody zapowiadająca pochmurny dzień skłania nas do zaplanowania całodniowego wypadu na północny wschód wyspy. Jest tyle do zwiedzenia, a dzieli nas z tym regionem ponad 300 km drogi w jedną stronę, musimy więc dokonać selekcji: decydujemy się na odwiedzenie Palermo, salin w okolicach Trapani, Corleone i Cefalu. Jest jeden z ostatnich dni maja. Do Palermo docieramy o 9 rano, termometr w samochodzie pokazuje 33 stopnie w cieniu. Czyli jakieś 8 stopni więcej niż na południu Z lewej La Martonara, z prawej San CataldoSycylii. Palermo nas rozczarowuje, spodziewaliśmy się feeri barw i wielokulturowego rozgardiaszu, a spotykamy smutne, nieco przykurzone i zakorkowane miasto. Postanawiamy więc zwiedzić ekspresowo najważniejsze zabytki. Na parkingu wita nas ciemnoskóry „parkingowy”. Czytaliśmy, że parkingowi są często jednym z najniżej położonych mafijnych ogniw (chociaż mafii jako takiej już podobno na Sycylii nie ma), więc postanawiamy zapłacić. Murzyn słysząc, że jesteśmy z Polski jest wniebowzięty i wyjaśnia nam, że jesteśmy w takim razie jak rodzeństwo, bo Włosi traktują ciemnoskórych i Polaków na równi jako dużo niższą kastę społeczną. Na szczęście przez cały pobyt na Sycylii nie spotykamy się z żadnymi objawami włoskiej dominacji.Biegniemy w stronę zabytków, oglądamy Piazza Pretoria (Palazzo Pretorio pełni funkcję Quattro Canti, Palermo2ratusza) z piękną XVI-wieczną „fontanną wstydu”, nazwaną tak gdyż pruderyjnych mieszkańców Palermo krępowały rzeźby przedstawionych na niej nagich postaci, a także kościoły: San Giuseppe dei Teatini z XVII wieku, San Cataldo, saraceńską kaplicę z XII wieku zwieńczoną czerwonymi kopułami w arabskim stylu i średniowieczny kościół La Martonara sfinansowany w 1143 r. przez normandzkiego admirała, dowódcę floty króla Rogera II, Jerzego z Antiochii. Następnie odwiedzamy plac Quattro Canti (Cztery Rogi), powstałe w 1611 r., barokowe skrzyżowanie, które dzieli na cztery części centrum Palermo. Podziwiamy fasady pałaców zdobione rzeźbami przedstawiającymi pory roku, hiszpańskich królów Sycylii czy patronkę Palermo, św. Rozalię. Idziemy dalej, by zobaczyć okazałą, średniowieczną Cattedrale, światowej klasy normandzki zabytek z XII w. Wizytę w Palermo kończymy zakupami w małym sklepie z pamiątkami, gdzie zaskakuje nas bogactwo produktów z migdałów i pistacji, z których hodowli słynie Sycylia. Kupujemy kilka słoików masła pistacjowego, pistacjowe pesto i sycylijskie ciastka, które z pewnością pokocha mój dziadek. 

Słynne cannoliSycylia nie ma sobie równych jeśli chodzi o ciastka i słodycze. Rozpoczynając od pysznych, jak z resztą w całych Włoszech, lodów (najlepiej kupować je w małych, lokalnych lodziarniach, gdyż coraz więcej sprzedawców ze względu na większy zysk decyduje się na sprzedaż lodów przemysłowych i nie produkuje ich na miejscu, ku rozczarowaniu turystycznych podniebień), przez  wspaniałe przetwory z cytryn i opuncji figowej, cassaty (lodowe torty z dodatkiem kandyzowanych owoców i grubych warstw marcepanu) aż po słynne Wybór słodyczy przyprawiający o zawrót głowycannoli, czyli wypełnione serem ricotta rurki z ciasta. Kosztujemy na Sycylii dwóch rodzajów cannoli: w Noto jemy wersję pikantną oblaną czekoladą (jedna sztuka za bajońskie 3 euro), zaś w Cefalu wersję słodką, ze skórką pomarańczową w środku. Zdecydowanie bardziej przypada mi do gustu ta druga opcja. Zanurzając się w świat sycylijskich słodkości nie można też zapominać o cudach z marcepanu, które można kupić w każdej cukierni i sklepie z pamiątkami. Wybór i precyzja wykonania przyprawiają o zawrót głowy: są marcepanowe maleńkie owoce, warzywa, a nawet różne rodzaje wykonanych z marcepanu mini rybek. Takie marcepanowe cudeńka widzimy drugi raz, za pierwszym razem próbowaliśmy ich dwa lata temu na targu w Nicei. Tym razem chcemy pokazać je również najbliższym, więc kupujemy kilka opakowań do zabrania do domu.

Saliny w okolicach MarsaliWracając jednak do całodniowej wyprawy. Kolejny punkt programu to saliny w okolicach Trapani. Długo ich szukamy, gdyż żaden z przewodników nie podaje dokładnego położenia, a GPS wskazuje inną drogę niż drogowskazy, które z resztą często ustawione są w innych miejscach niż powinny. Wreszcie trafiamy, a saliny okazują się być nie w Trapani, tylko w położonej 30 kilometrów na południe Marsali. Jesteśmy trochę rozczarowani brakiem wielkich gór soli, które obiecywały przewodniki, ale pociesza nas widok starych młynów i mętnej wody o dziwnej barwie. Na Sycylii odchodzi się od pozyskiwania soli z wody morskiej tą metodą – są dziś dużo tańsze i bardziej nowoczesne sposoby. Salina w okolicach Marsali jest już tylko muzeum. 

Castellammare di Golfo - widoki jak marzenie2Jedziemy w stronę Corleone, po drodze zatrzymując się nad Castellammare di Golfo aby podziwiać z wysokich skał piękną panoramę. Droga do Corleone jest fatalna, co nas dziwi – mafia nie zadbała  o dobry dojazd do swojej kolebki? W samym mieście, które jest spokojne i praktycznie puste, nic się nie dzieje, działa tu jedno muzeum „antymafijne” z kolekcją zdjęć oraz kilka knajpek. Przejeżdżamy zatrzymując się tylko na zdjęcia z tablicą z nazwą miasta. Całą drogę do i z Corleone czytam o sycylijskiej mafii. Przez ponad 50 lat Corleone było ulubionym miejscem spotkań przywódców mafii. Wywodzili się stąd m.in. Luciano Leggio, Salvatore Riina i Bernardo Provenzano. Ten ostatni pełnił funkcję Corleone to kolebka sycylijskiej mafii2capo dei tutti capi przez 13 lat,  został schwytany dopiero w 2006 r. Jest winien morderstw dwóch sędziów śledczych walczących z mafią: Giovanniego Falcone i Paolo Borsellino. Obaj zginęli w krótkich odstępach czasu w 1992 r. Pierwszy wraz z żoną i trzema ochroniarzami od wybuchu 500 kg TNT na autostradzie między Palermo a lotniskiem, drugi od bomby umieszczonej w samochodzie. Skąd wywodzi się sycylijska mafia? Jej początki sięgają tyrańskiej władzy na wyspie. Mafiosi uchodzili za obrońców pospólstwa przed tyranami. Wkrótce jednak mafia przestała pełnić swoją pierwotną funkcję stając się elementem struktur władzy i dbając wyłącznie o zyski swoich „rodzin”. To właśnie „rodzina” dowodzona przez dona jest podstawową mafijną jednostką. Obecnie coraz rzadziej słyszy się o mafijnych porachunkach na Sycylii. Ostatni z aresztowanych bossów, Salvatore Leo, uważany za spadkobiercę Provenzana, trafił do aresztu w 2007 r. Jego zrobiony głównie na nieruchomościach i przemyśle budowlanym majątek o wartości 6 miliardów euro przejęło Palermo. Sycylijczycy powoli zapominają o micie dobrego mafiosa, którego uważali za rodzimego Robin Hooda. Nikt już nie ma wątpliwości na czym zarabia mafia, a przyzwolenie społeczne dla jej działań jest coraz mniejsze. 

Katedra w Cefalu2Ostatni przystanek tego długiego dnia to Cefalu. Pada deszcz, a mnie pęka głowa, więc jestem trochę nieszczęśliwa. Na pocieszenie zjadam cannoli, tabletka od bólu głowy zakupiona w lokalnej aptece też robi swoje. Tabletkę kupuje mój mąż, ja mam siłę tylko usiąść na krawężniku obok apteki. Pani w aptece oczywiście nie rozumie po angielsku, a my zostawiliśmy rozmówki w samochodzie, mąż pokazuje więc na głowę i masuje ją w powietrzu rękami, pani wnioskuje, że chce kupić szampon. Druga próba gestykulacji: palec w stronę głowy i znaczące posykiwanie z nutą irytacji i bólu. I sukces! Stajemy się szczęśliwymi właścicielami sycylijskich środków przeciwbólowych. Starcza nam siły na pogapienie się na katedrę i wizytę w starej pralni zbudowanej na rzece. Cefalu jest małe, urocze, tuż po Taorminie najbardziej typowo turystyczne miejsce na Sycylii: mnóstwo sklepów z pamiątkami, kawiarni, restauracji. Małe, romantyczne, kamieniste uliczki. Cudnie. Dzień kończymy w przemiłej pizzerii z tarasem z widokiem na uderzające w skały morze. W Noto jesteśmy przed północą i śpimy już po sekundzie od wejścia do łóżka.

Pozdrawiamy i do następnego spotkania, czeka na nas Etna!

Kasia

cdn