Wszyscy wiedzą, że rok 2010 jest rokiem obchodów 100 lecia Anina. Klub Kultury „Anin” zaprosił mieszkańców i sympatyków Anina dzisiaj, w dniu 4 września na muzyczno- słowno- taneczny prezent z tej właśnie okazji. W programie przewidziano wręczenie nagród laureatom konkursów „Bywalec Anina”, oraz popołudnie w towarzystwie anińskich poetów, których wiersze recytował Tadeusz Woźniakowski, jednocześnie konferansjer a przed wieloma laty wspaniały polski piosenkarz, śpiewak operetkowy i kompozytor muzyki rozrywkowej, a także muzyk i aktor.. Od roku 1956 koncertował na estradzie. W latach 1958-1960 był aktorem operetki w Łódzkim Teatrze Muzycznym. W latach 1961-1970 stworzył liczne nagrania z Orkiestrą Taneczną Polskiego Radia pod dyr. Edwarda Czernego i z Orkiestrą pod dyr. Henryka Debicha. W latach 1971-1979 aktor i piosenkarz teatru “Syrena” w Warszawie. Kompozytor licznych piosenek, za które otrzymał wiele nagród na festiwalach i konkursach. Jego utwory to między innymi: „Automobil”, „Gdy ci serca brak”, „Imieniny, imieniny”, Zawołaj, „Niech pan nie zamyka bramy”, ”Kiedyś w święto winobrania”, ”Mnie wystarczy Monte Verde”, „W dni wielkie i skończone”, „Lutnia i żołnierz”, ”Most zakochanych”, „Posłuchaj coś ci powiem”,
„Znów razem”, „Żurawie odlatują” i wiele innych. Starsi fani pamiętają Pana Tadeusza Woźniakowskiego z wykonania takich piosenek jak: „Komu piosenkę”, „Wspomnienie”, „Ty jeszcze nie wiesz”, „Wiosną mi bądź”, „Czy pani tańczy twista” (wykonanie razem z Violetta Villas), „Rudy rydz”, „Zginęła mi dziewczyna”, i wielu, wielu innych. Po wręczeniu nagród laureatom konkursu Pan Tadeusz prezentował anińskich poetów czytając ich wiersze. Wasz sprawozdawca starał się bardzo odnotować wszystkich prezentowanych anińskich twórców, jak również odnotować tytuł wiersza odczytanego gościom. Oto nasi twórcy w kolejności alfabetycznej:
Barbara Broniatowska –związana z Aninem od kolebki, a jej wiersze nie tylko dotyczą Anina, prezentowany wiersz – „Piosenka o wpółutraconym Aninie”, Bolesław Bryński- potrafi odnaleźć poezję w szarej prozie dnia- prezentowany wiersz „Wyszedłem w letni wieczór podochocony na Anin..”, Maria Chodorek- mówi o sobie” „Jestem poetką okazjonalną”, mieszka w Aninie od urodzenia, jest biologiem stojącym
na straży tradycji i piękna krajobrazu- prezentowany wiersz: ”Lament aniński 2005”; Alicja Francman- jej poezja jest utkana z najpiękniejszych nici słów, artysta plastyk, od 1939 r związana z Aninem- prezentowany wiersz „Osiedle poetów”; Zdzisław Głowacki – chciałby zatrzymać czas i cieszyć się zwykłą chwilą spędzoną z bliską osobą, wrażliwy artysta, któremu nieobce sa różne dziedziny sztuki – prezentowany wiersz Anińskie lasy”; Joanna Oxyvia Jankowska- wielka aglomeracja jest dla niej źródłem natchnienia, ale tez zmorą od której pragnie uciec w świat przyrody – prezentowany wiersz: ”Znajoma ulica”; Krystyna Kaczyńska Fusiecka – bardzo często w swoich lirykach stosuje ironię, prezentowany wiersz: „Zza ściany”; Andrzej Kosiński – wkracza w świat historii małych i wielkich ojczyzn (Anina, Falenicy i Kresów Wschodnich) uwikłanych w dzieje ludzkości, prezentowany wiersz: „ Ballada na koniec wieku”; Maria Kościuszko – poetka „linii otwockiej” ukazuje piękno
tego regionu, prezentowany wiersz: „W anińskiej Farlandii mieszkał poeta Konstanty…”; Aldona Kraus – ukołysana przez komorowski ogród zamieszkała wśród wawerskich sosen i bezgranicznie oddała się Aninowi. Urodzona w Konstancinie, emocjonalnie związana z Komorowem, ale wiersze o bogatej skali nastrojów, zaczęła pisać w Aninie. Jej dom przeniknęła poetycka aura, także za sprawa ks. Jana Twardowskiego, spędzającego wakacje u poetki, która nazywa siebie „lekarzem okulista piszącym wiersze” –prezentowany wiersz: „ Z myślą o Julianie Tuwimie”; Małgorzata Krupińska Nowicka – potrafi ukazać różne odcienie smutku w krótkim poetyckim przekazie: prezentowany wiersz: „Jan od biedronki”; Henryk Ławrynowicz – stosował bogatą gamę nastrojów tworząc wiersze refleksyjno- historyczne, okolicznościowe oraz o charakterze egzystencjonalnym – prezentowany wiersz: „Madrygał na cześć mamusi i jej pierworodnej”; Aneta Michalska – pokazuje swiat rozpięty między niebem a ziemią, dostrzega żywioły tkwiące w człowieku, ale wyciszone dzięki metaforom, prezentowany wiersz: „Planeta Anin”; Jakub Michalski –jego wiersze melodyjnie wpływają do serca, ponieważ nieobca mu jest również muzyka- prezentowany wiersz: „Las aniński”; Katarzyna Nowak – aktualizuje kulturę
antyczna i nowożytną , aniński limeryk sugeruje, że autorka skrywa także ironiczny ogląd świata- prezentowany wiersz: „Limeryk aniński”; Wacław Okniński –zapatrzony w przeszłość ukazuje piękno otaczającego nas świata – prezentowany wiersz: „Piosenka na pięćdziesiątą rocznicę matury”; Dariusz Osiński – nazywa swoje wiersze „glinianymi” odwołując się do wykonywanego zawodu – artysty ceramika-prezentowany wiersz: „Anińskie pogaduszki”; Mirosław Perzyński – błyskotliwe połączenie refleksji i żywiołu miasta, a czasem czarnego humoru- prezentowany wiersz „Piękna pani z ulicy Hertza…” Karina Stolarska – ukazuje kobiety doświadczone przez miłość- miłość, która rani. Pojawiający się w jej wierszach dom i ogród, przemykające zwierzęta, subtelny dowcip koją dusze. Ukazują urok dnia codziennego- prezentowany wiersz: „Ulica jakże moja”; Maria Sulich Wawrzyk – łączy refleksję z ostrym spojrzeniem na świat- prezentowany wiersz: „Anin- jej azyl”; Maria Suska Klink- satyra, ironia, żart to oręż poetki- prezentowany wiersz: „Pociąg pana Tuwima”; Lidia Szafrańska – potrafi każde zdarzenie ująć w ciekawy splot metafor- prezentowany wiersz: „Księże Janie”; Jadwiga T.Szymczak – uważa, że „ poeci zmuszają ciszę do mówienia”, ona zmusza ludzi do twórczego działania, ale przede wszystkim siebie do aktywnego życia, a pomaga jej w tym literatura- prezentowany wiersz: „ Alicji”; Wiesława Zborowska- subtelnie działa na zmysły –
prezentowany wiersz: ‘Moje miejsce Anin”; Podczas recytacji wierszy a także koncertu pana Tadeusza Woźniakowskiego sprzedawana była książka pt: „Aninianie Aninianom” – Antologia Poetów Anińskich, wydana przez Klub Kultury ANIN 2010, pod redakcją pani Beaty Lewickiej. Właśnie ta książka pomocna mi była w zaprezentowaniu naszych anińskich poetów i bardzo jestem szczęśliwa, że właśnie dzisiaj miałam okazję poznać tych wspaniałych ludzi, którzy przechodzą obok nas, a my nie zawsze wiemy, z jakimi wspaniałymi ludźmi mieszkamy w naszym Aninie.
Na zakończenie wszyscy nasi poeci bardzo chętnie podpisywali książkę:
“Antologia Poetów Anińskich”pod tytułem “ Aninianie Aninianom” a ja skorzystałam z tej możliwości i nie tylko zdobyłam autografy ale też zrobiłam kilka zdjęć bohaterom dzisiajszego dnia. Oczywiscie był też tort 100 lecia, który państwu prezentuję powyżej! Bardzo smakowity, niestety nie udało mi się zdobyć przepisu za co serdecznie przepraszam.
Sprawozdanie z koncertu w Aninie oraz ze spotkania z Poetami anińskimi
Przygotowała Wasza Jadwiga


Zapewne większość z was nie uwierzy w moją historię, ponieważ mnie samemu też było trudno w nią uwierzyć. No cóż, może zacznę od tego, że nie mam imienia i mogę tylko powiedzieć, że jestem… manekinem. Manekinem? – zapytacie. Otóż tak i to nie byle jakim. Choć do niedawna wolałem zakryć moją osobę wszelkimi kreacjami, pewien dzień odmienił moje „życie” i zmienił poglądy, posłuchajcie…
O Powstaniu Warszawskim napisano bardzo dużo, a może i wszystko? Ja przedstawię powstanie w odmienny sposób. Sięgnęłam do książki Zbigniewa Adrjańskiego Pt. „Złota Księga Pieśni Polskich” Wydawnictwa Bellona, Warszawa 2010, ponieważ chcę przedstawić Powstanie Warszawskie poprzez piosenki śpiewane przez młodych walczących ludzi, których do walki gnała wiara w zwycięstwo. Nie jest moim zamiarem omawianie powstania dzień po dniu, ulica po ulicy, walk toczonych, analizowania taktyki, ustawienia barykad i założeń Kedywu, nazw poszczególnych oddziałów biorących w nim udział. Nie, nie, moim zamysłem jest pokazanie młodości, wiary w zwycięstwo i bezsilności walczących, ale prawdziwym bohaterem tego wpisu będą piosenki. Zapraszam:
Jeszcze jedna nieudana „szarża”. Leżą potem w chwastach Pola Mokotowskiego, ostrzeliwują się Niemcom. Wśród tych wciśniętych w ziemię „ułanów” dziewczyna. To łączniczka. Krystyna Krahelska. O Krahelskiej nie śpiewa się piosenek. To ona śpiewa innym własne i powszechnie znane utwory: Hej chłopcy bagnet na broń, Kujawiaczka partyzanckiego, Kołysankę o zakopanej broni.
Już nigdzie z nami nie pójdzie ta bohaterska łączniczka, sanitariuszka i autorka najpiękniejszych pieśni Polski Podziemnej. Cztery dni później! Pałac Blanka, 4 sierpnia, czwarty dzień powstania. Jest tu kilku chłopców z batalionu „Parasol” zaplatanych tu przypadkowo. Mieli dotrzeć do swego batalionu na Wolę, nie zdążyli jednak. Dowodzi nimi pdch. „Krzysztof” –Kamil Baczyński. Widok mają na Śródmieście i Starówkę wspaniały. Atmosfera dobra. Trochę niepokoją Niemcy, którzy wypatrzyli posterunek i strzelają do nich zaciekle. Wreszcie ogień czołgów zmusza ich do zejścia na pierwsze piętro. Tu z narożnego okna pchor. „Krzysztof” ostrzeliwuje się niemieckim snajperom. Nagle zatacza się, pada, obficie broczy krwią. Coś jeszcze usiłuje bezładnie mówić o żonie Basi i matce. Umiera. Nikt właściwie jeszcze nie wie, że pchor. „Krzysztof” to jeden z największych poetów Podziemnej Polski. To później Jerzy Zagórski zatytułuje swój szkic o nim alarmistycznym tytułem Śmierć Słowackiego. To jeszcze później tę zaszczytną analogię z „wielkim Juliuszem” potwierdzi wielu krytyków i poetów. Na razie podkomendni „Krzysztofa” wiedzą, że jest on autorem piosenki o Barbarze i beztroskiego utworu Maszeruje pluton… Żołnierski pogrzeb poety, na dziedzińcu pobliskiego Ratusza. Kilka osób, parę desek. Ktoś usiłuje śpiewać:
Milknie jednak. Piosenka ta wydaje się niestosowna. Wokół powaga, dymy, odgłosy detonacji. Ujadanie cekaemów. W kilka dni później umiera w szpitalu, o parę ulic dalej Barbara Drabczyńska-Baczyńska. Żona „Krzysztofa” Kamila. Umiera trafiona odłamkiem w głowę. O śmierci męża nic nie wie. Ale umierając ściska w ręku tomik jego wierszy otwarty na stronie, gdzie widnieją słowa:
Szczepańskiego. Pieśniarza batalionu „Parasol”, autora buńczucznej śpiewki Pałacyk Michla. Podchorąży „Ziutek” zrobił w ciągu miesiąca karierę nie mniejsza niż jego utwór. Z dowódcy drużyny na Woli, został zastępcą dowódcy kompanii. Później dowodzi resztkami wykrwawionego batalionu na Starym Mieście. Tu usiłuje jeszcze dodać wszystkim odwagi nowa piosenką:
dziewczynie i rozstaniu. O ćwiczeniach i marszach w leśnych podchorążówkach. O konieczności walki z wrogiem i poświęceniu dla Ojczyzny. Przy czym słowo „Ojczyzna” nie jest tu zbytnio nadużywane. Piosenka ta jest programowo wyciszona i niepatetyczna. Nie grzmi wielkimi słowami. Lubi humor i śmiech przez łzy! Nawet Baczyński i Gajcy piszą świadomie takie właśnie zwykłe bezpretensjonalne i pogodne utwory. Tragicznych spraw i wydarzeń jest wokół takie mnóstwo. Zadaniem piosenki tego okresu jest nie deprymować, lecz mobilizować do walki, łagodzić, rozładowywać dramaty…”.
kompozytorów polskich. Jego Warszawskie dzieci weszły na stałe do skarbca pieśni narodowych z okresu walki podziemnej z okupantem. I jeszcze jedna bardzo znana piosenka spopularyzowana onegdaj przez Mieczysława Fogga. Oto ona:
Krystyna Krahelska. Krahelska, dziewczyna zresztą rodem znad Prypeci, obdarzona pięknym głosem, muzykalnością i talentem poetyckim, w konspiracji była łączniczką pułku „Baszta” AK, później sanitariuszką w I plutonie trzeciego szwadronu dywizjonu „Jeleń”, 7. Pułku ułanów AK. Pisywała wiersze i piosenki (jej tomik Smutna rzeka ukazał się dopiero w Londynie, w roku 1964). Piosenkę „Hej, chłopcy, bagnet na broń” napisała prawdopodobnie w 1942 r. Opublikowano ją 20 listopada 1943 r. na łamach wychodzącego w Warszawie podziemnego dwutygodnika harcerskiego „Bądź gotów” i natychmiast podchwycili ją żołnierze AK i BCh w całym kraju. Zginęła w czasie Powstania Warszawskiego na ulicy Polnej w natarciu na tzw. Dom Prasy przy ul. Marszałkowskiej 3/5, trafiona trzema kulami prawe płuco. Los zrządził, że jej popiersie nad Wisłą w czasie Powstania zostało również trzykrotnie przestrzelone. Czy jest na świecie pomnik, który ma bardziej wymowną i wzruszającą historię?…”.
szykowny i stylowy. Jakby „skrojony” na moją miarę: elegancki i estetyczny, zgodny ze współczesnymi trendami wzornictwa. Dzisiaj, będąc w lecznicy dla zwierząt, zadzwoniła do mnie Ania, ponieważ mój dzwonek jest ustawiony na 5. poziom głośności, słychać go było donośnie, a i melodia jest świetna, ponieważ jest to fragment Wilhelma Tella. Telefon wzbudził zainteresowanie osób, które go zobaczyły i zaczęło się wypytywanie, a gdzie kupiłam taki ładny i elegancki aparat, ile kosztuje, zarówno klienci lecznicy, jak i lekarze stwierdzili, że może on być świetnym prezentem dla osoby, która ukończyła 50 lat i potrzebuje większego wyświetlacza z dużą czcionką i łatwo wyczuwalnych klawiszy. Poza tym musiałam odpowiedzieć u jakich operatorów można go kupić (u wszystkich czterech największych w Polsce: Plus, Era, Play i Orange). Duże zainteresowanie wywołał wyświetlacz OLED – to organiczne diody elektroluminescencyjne, które cechuje duża jasność przy mocnym kontraście, co znakomicie ułatwia czytanie smsów bez potrzeby korzystania z okularów. Ponadto emporiaELEGANCE ma duże, łatwo wyczuwalne klawisze oraz szeroki wyświetlacz z czytelnymi literami. Bardzo łatwa jest obsługa telefonu, nie wymaga instrukcji, a blokada klawiszy oraz przełączanie na funkcję sms odbywają się poprzez boczne przyciski. Na pytanie jednego z lekarzy, dotyczące tego aparatu w zakresie fotografii czy połączenia z Internetem, odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że nie ma w nim takich opcji, bo i po co. Telefonu używam do odbierania rozmów, a także do rozmów z najbliższymi oraz do wysyłania smsów, więc nie potrzebuję dodatkowych gadżetów, w których lubują się ludzie bardzo młodzi. Ja używam swojej prostej w obsłudze komórki do komunikowania się z bliskimi, a nie po to, by imponować innym ilością funkcji w moim aparacie. Bardzo się ucieszyłam z rozmowy z klientami oraz lekarzami z mojej kliniki weterynaryjnej, gdyż oni też stwierdzili, że właściwie od telefonu wymagają podstawowych funkcji.
Nasze zwierzaki: owczarek niemiecki Oskar, Jack Russel Terrier – Glen, i koty Zara i Nurina ogłosiły strajk i nie chciały wychodzić na dwór chyba, że o piątej rano, więc cóż miałam zrobić? Potulnie wstawałam i wychodziłam z kubkiem kawy w ręku i całym zwierzyńcem. Radość była ogromna, ponieważ moje towarzystwo bardzo im odpowiadało, szczególnie o piątej rano, tylko, że piąta rano nie jest moją ulubioną godziną. Ale co się nie
robi dla zwierzaków? Jeżeli nie jest to to, co tygrysy lubią najbardziej, starajmy się przynajmniej zobaczyć w tym piękno. I zobaczyłam. Wschód słońca, różnorodne odgłosy ptaków, nawoływanie synogarlic, stukot dzięcioła leczącego jedną z naszych sosen oraz wiewiórki ganiające się wokół pnia dębu. Niby nic nadzwyczajnego, ale wstający dzień jest pełen magii i pojawiającego się życia po upalnej nocy. Te chwile dawały radość nie tylko psom i kotom, ale też mnie, siedzącej na tarasie i słuchającej
nadzwyczajnego koncertu. W ogrodzie kwitną już lilie, liliowce, floksy, dziewanny i rudbekie, a na tarasie pelargonie. Lilia (Lilium L.) jest rodzajem byliny cebulowej z rodziny liliowatych, obejmującej około 75 gatunków. Wiele to znane rośliny ozdobne. Zapylane są przez motyle dzienne i nocne oraz inne owady. Lilie, ze względu na swą urodę, są pięknie opisane, ja podałam na jej temat podstawową informację. Starożytni Grecy wierzyli, że lilia powstała z kropel
mleka, które uroniła bogini Hera. Nazywali ją leirion, od przymiotnika leiros (delikatny, cienki, wrażliwy). Przypisywane są jej nawet magiczne właściwości. Od niepamiętnych czasów lilia symbolizuje chwałę, królewskość i majestat. Niezwykły kształt kwiatów lilii znalazł swoje stałe miejsce w sztuce ludowej, jako motyw zdobniczy czy w symbolice chrześcijańskiej – jako oznaka czystości i niewinności. Lilia stanowi też wzór heraldyczny. Liliowce (Liliales Perleb), rośliny zielne należące do klasy
jednoliściennych. Są to głównie rośliny wieloletnie, wytwarzające zwykle kłącza, bulwy lub cebule. Promieniste, rzadziej grzbieciste, często duże i efektownie zabarwione. Kwiat to 2 okółki po 3 listki. Kwiaty są owadopylne – owady przywabiane są przez barwny okwiat i zbierają nektar produkowany przez miodniki umieszczone w zalążni słupka.
Floks wiechowaty, lub płomyk wiechowaty (Phlox paniculata) to bylina z rodziny wielosiłowatych. W stanie dzikim występuje w części Ameryki Północnej. W Polsce rozpowszechniony w uprawach, niestety niekiedy dziczejący. Jest to roślina ozdobna, uprawiana ze względu na swoje piękne i pachnące kwiaty. U nas w ogrodzie floksy rosną na rabacie i nie są cięte do wazonów, ponieważ stoją tylko dwa lub trzy dni, natomiast na rabacie potrafią kwitnąć kilka tygodni. W zależności od odmiany, floksy kwitną od lipca do sierpnia, a nawet nieco dłużej, jeżeli w czerwcu je lekko przytniemy, wtedy rozkrzewiają się i dłuższe kwitnienie jest zapewnione.
Floksy wiążą się z moimi wspomnieniami rodzinnymi z wakacji pod Opatowem. W ogrodzie mojej ukochanej babci kwitły różnobarwne floksy. Kolorowy zawrót mojej małej głowy. Wydawało mi się, że ogród w zasadzie składa się z samych floksów, bo ich kępy były w ogródku i było ich tak dużo! Kolory? Purpurowe, różowe, jasnoróżowe przechodzące prawie w biel, ciemnokarminowe, kardynalskie. A kiedy wieczorem cała nasza rodzina siadała na ławkach przed domem, przy stole wykonanym przez ojca, my musieliśmy wypić mleko z wieczornego udoju (osobiście bardzo tego rytuału nie lubiłam, ponieważ mleka nie znoszę), ale
nagrodą była atmosfera ciszy i przedwieczornego spokoju, a także upojnego zapachu floksów. Jakież było moje zdziwienie wiele lat później, gdy znowu odwiedziłam rodzinne strony i zobaczyłam tamten nasz przed ogródek, który nie był taki wielki, wcale to a wcale. Ale w dalszym ciągu kwitły ukochane floksy mojej Babci. Dzisiaj nie ma Babci, nie ma jej floksów, pozostały słodkie wspomnienia małej dziewczynki i floksy, które posadziłam sama w moim ogrodzie. Siedząc przy porannej kawie często wracam do moich wspomnień z rodzinnego domu, a Babcia moja ukochana, (która zmarła w roku 1978) zawsze tym wspomnieniom towarzyszy.
Kolejną rośliną, która jest związana z moimi dziewczęcymi wspomnieniami jest dziewanna, która rosła na wsi przy drodze. Z daleka widać było jej sztywne łodygi skierowane w górę z kwiatkami żółtozłocistymi. Dziewanna jest rośliną dochodzącą do dwóch metrów wysokości pokrytą biało-żółtymi włoskami. Rośnie na piaszczystych, słonecznych miejscach, na skrajach lasów, przydrożach i łąkach. Jako roślina dwuletnia, w pierwszym roku wypuszcza liście — duże, szerokie, gęsto owłosione. W drugim roku wytwarza kwiatostany. Kwiaty są
złocistożółte, osadzone po kilka na górnej części łodygi. Cała roślina wydziela przyjemny, miodowy zapach. U nas w ogrodzie wysiewa się sama, i w zasadzie rośnie tam gdzie chce, najczęściej jednak w miejscu słonecznym, przed tarasem. Dziewannę można uprawiać w ogrodzie. Lubi miejsca słoneczne, suche, udaje się na każdej glebie, jednak lepiej uprawiać ją na ziemi żyznej, gdyż tylko wtedy dobrze się rozrasta. Nasiona wysiewa się na powierzchnię ziemi, lekko ją potem ugniatając. Czy wiecie, że jest takie powiedzenie: tam gdzie rośnie dziewanna posagu nie ma panna! Może i tak było kiedyś, ale dzisiaj wracamy do natury, do wiejskich klimatów i posiadanie dziewanny w ogrodzie już nie jest objawem zubożenia rodziny. Nieprawdaż?
W tym roku taras został obsadzony pelargoniami w kolorze makowym, trochę to dziwnie brzmi, ale jak mam nazwać ten kolor ognistej czerwieni jak nie makowy? Pierwsze kwiaty były dorodne, ale wszyscy pamiętamy maj i czerwiec. Deszcze, deszcze, deszcze. Moje pelargonie przekwitły i koniec. Liście owszem były, ale kwiatów na lekarstwo. I tu się przyznam, że podlewając pelargonie oczywiście dodawałam nawóz, ale nie tyle ile powinnam była. Stąd po korekcie, po wzmocnionym nawożeniu pelargonie odwdzięczają się pięknymi kwiatami.
Bardzo wcześnie zakwitły moje róże. Bardzo je lubię, ale one nie bardzo lubią mnie, a może miejsca, które im wybrałam. Nasz ogród został stworzony przeze mnie na działce leśnej. Ziemia tu jest marna, prawie piach i musiałam nawieźć w ciągu wielu lat ponad 86 ton czarnoziemu. Kto taki ogród ma, to wie, o czym mówię. Siermiężna praca, upór i miłość do kwiatów dawały mi siły do wykonania tej gigantycznej
roboty. Udało się. Tylko róże jakoś nie chcą się zadomowić na stałe pomimo oprysków, nawożenia, dopieszczania a nawet gróźb, że w końcu je wykopię i tyle będzie. W tym roku zakwitły wysokopienne i nie powiem, były śliczne, ale deszcze skróciły im żywot, bo nawet nie wiem czy kwitły tydzień, czy też dwa.
Canterbury w hrabstwie Kent zawsze kojarzyło mi się raczej negatywnie, bo ze śmiercią Tomasza Becketa. Jako że wyobraźni mi nie brak, to oczyma duszy widziałam ociekający krwią miecz uniesiony przez siepaczy Henryka II nad głową arcybiskupa konającego w mękach przy ołtarzu katedry. Zadarł on z angielskim królem, podobnie jak nasz nieszczęsny biskup Stanisław niecałe sto lat wcześniej z Bolesławem II. Królom, jak i biskupom, nie wyszło takie posunięcie na zdrowie; Stanisław i
Tomasz zostali natychmiast ogłoszeni męczennikami i świętymi oraz z przepychem pochowani w katedrach. Henryk II musiał się ukajać i wysłać 200 rycerzy na wojnę świętą. Bolesławowi II nie udało się wykręcić sianem i musiał chyżo zmykać z kraju i spędzić resztę życia w klasztorze w Ossiach na terenie obecnej Austrii, bodajże. Dywaguję jednakże od głównego tematu, to jest uroku Canterbury. Już z oddali widać piękną wieżę katedry zbudowaną w okresie późnego gotyku w stylu perpendykularnym. Dla mniej obeznanych z architekturą, styl perpendykularny charakteryzuje się wielkimi oknami, bogatymi podziałami ścian i spektakularnymi wachlarzowymi sklepieniami. Katedra została wpisana na listę światowego dziedzictwa kulturalnego UNESCO, podobnie jak najstarszy zachowany w Anglii kościół parafialny św.
Marcina, założony przez Świętego Augustyna, który przybył do Anglii w roku 597. Trzecim dziedzictwem kultury UNESCO w tym mieście są ruiny wczesnośredniowiecznego opactwa, zbudowanego również przez Augustyna; zostało ono zniszczone w okresie reformacji, ale nie przeszkadzało to w masowym odwiedzaniu tego miejsca przez pielgrzymów w poprzednich stuleciach, a współcześnie przez turystów. Na uwagę zasługują również ruiny zamku, co prawda zostały z okazałej budowli właściwie tylko ściany i parę korytarzy, ale w słoneczny dzień zamek osadzony przy starych murach miasta kusi i co wytrwalsi wdrapują się na drugie piętro, żeby popatrzeć z wysokości na podwórzec. Średniowieczne ulice miasta słyną z uroczo pochylonych ze starości domów, jak chociażby ten z 1180 roku – szpital dla biednych księży, z 1190 dla
biednych pielgrzymów czy też trochę późniejszy z 1500 roku, The Weavers, w którym obecnie mieści się sympatyczna restauracja. Całe stare miasto otaczają mury, a obok nich romantycznie wije się rzeka Stour, po której można się za parę groszy przejechać większą lub mniejszą łódeczką. Przy jednej z miejskich wież, West Gate Tower, roztaczają się śliczne ogrody pełne kolorowych kwiatów, z fascynującym, ponad 200-letnim platanem o przeogromnym pniu. W jego cieniu można usiąść, odpocząć, popatrzeć na płaskodenne łódeczki z turystami przepływające w pobliżu czy tez nakarmić kaczki niecierpliwie czekające na otwarcie torebki z chlebem. W czasie moich bliższych i dalszych podróży zawsze staram się wypatrzeć polskie akcenty: tutaj takowe też były. Wielkim wydarzeniem był w tym roku festiwal muzyki współczesnej z utworami polskich kompozytorów. Katedra była wspaniałym tłem dla „Pasji Św. Łukasza” Krzysztofa Pendereckiego pod jego batutą i dusza rosła, jak po zakończeniu owacje trwały przez 10 minut! Na zakończenie mojej opowiastki, zagadka: w „Opowieściach z Canterbury” Chaucera, tych pięknych wierszowanych historyjkach, którymi pielgrzymi umilali sobie drogę z Londynu do Canterbury, jaka jest odpowiedź na pytanie żony z Bath:, „Co kobiety kochają najbardziej”? Miłego przypominania lektury szkolnej, a uroki tego miasta niech ukażą zdjęcia.
seminarium szkoleniowym „Liderki Sportu”, które odbyło się w Centrum Olimpijskim Polskiego Komitetu Olimpijskiego w Warszawie przy ul. Gdyńskie Wybrzeże 4. Seminarium zostało zorganizowane przez Ministerstwo Sportu oraz Pełnomocnika Rządu do Spraw Równego Traktowania. Brały w nim udział kobiety działające w sporcie: między innymi
Otylia Jędrzejczak, Monika Maciejewska, Alicja Rutecka, Anna Lewczuk, Anna Wasilewska, menadżerki sportu, przedstawicielki polskich związków sportowych, a także osoby zaproszone: Ryszard Stachurski – Sekretarz Stanu w Ministerstwie Sportu,
Z przyjemnością chciałabym odnotować wystąpienie pani Elżbiety Radziszewskiej – Pełnomocnika Rządu ds. Równego Traktowania, która na zadania w sporcie, zarządzanie i liderki sportu, popatrzyła przez pryzmat równego traktowania kobiet i mężczyzn (a także przez pryzmat walki z rasizmem, szkoleń i awansów, zatrudnienia płci, orientacji
seksualnej, religii, wieku, niepełnosprawności, rasy). Podkreśliła, że od roku 1919 w Polsce wybierałyśmy i mogłyśmy być wybierane, że Polska jest drugim na świecie państwem, które ma dwuizbowy parlament, starszy jest tylko parlament Anglii. Poinformowała, że 30.04.2008 r. powołano pełnomocnika rządu ds. równego traktowania, aby zasada równego traktowania była respektowana. Unia Europejska ma swoje
wymogi i Polska musi się do tego dostosować. Ponadto przekazała, że trwają prace dotyczące niezależnego od rządu publicznego organu, którego zadaniem byłoby dawanie rządowi zaleceń dotyczących respektowania prawa w tym zakresie, a także udzielanie pomocy prawnej i wsparcie dla osób dyskryminowanych. Takim organem ma być Rzecznik Praw Obywatelskich z prof. Ireną Lipowicz na czele (niebawem zostanie powołana). W swoim wystąpieniu pani Radziszewska pokazała również, że w sporcie nie ma zasad równego traktowania, o czym świadczyć może na przykład ilość kobiet – prezesów w polskich związkach sportowych.
Ula Jankowska, radca generalny w Ministerstwie Sportu zapoznała nas z działaniami ministerstwa w tym zakresie, jak również poinformowała nas o kongresie, jaki odbył się w dniach 20-23 maja tego roku w Sydney: Kobiety i Sport/weź udział/pomyśl/zmień, w którym uczestniczyło 460 osób z 60 państw. Polska została wyróżniona i głośno było o naszej inicjatywie dotyczącej najlepszych zawodniczek posiadających stypendia sportowe. Gdy zawodniczki zachodzą w ciążę i rodzą dziecko, mają szansę powrotu do wielkiego wyczynu poprzez uregulowania prawne (2005 r.) – w dalszym ciągu otrzymują stypendia sportowe i mogą wrócić do swojej dyscypliny sportowej oraz do wielkiej formy, gwarantującej im uzyskanie kolejnych świetnych wyników sportowych, dzięki tej pomocy.
Ciekawe były również dwie prezentacje: Ewy Rutkowskiej i Doroty Bregin, reprezentujących Grupę Doradczą Równości Płci o tematach “Polityka równości a sektor sportowy” oraz “Możliwości rozwiązań równościowych w sektorze sportu”. Mottem wykładu pani Ewy Rutkowskiej był wyjątek z deklaracji z Brighton w sprawie kobiet w sporcie z roku 1994: ”… Mimo wzrostu udziału kobiet w sporcie, który miał miejsce w ostatnich latach, oraz pomimo zwiększania szans uczestnictwa w wydarzeniach sportowych o randze krajowej i międzynarodowej, zjawiskom tym nie towarzyszył wzrost udziału kobiet w zakresie podejmowania decyzji i sprawowania funkcji kierowniczych w sporcie. Kobiety są zdecydowanie słabo reprezentowane wśród kadry zarządzającej, trenerów i urzędników, w szczególności wyższych szczebli. Dopóki brak będzie kobiet na stanowiskach kierowniczych i decyzyjnych oraz brak będzie kobiecych wzorców w sporcie, postulat równych szans dla kobiet i dziewcząt nie będzie możliwy do zrealizowania”. Minęło 16 lat od ustanowienia tej deklaracji, i nie bardzo w to wierzę, że się coś zmieniło. Wiemy, że zmiany te są wynikiem ciągłego, długiego procesu, którego efekty będzie można ocenić w ciągu kilku lat.
Bardzo mi się podobała prezentacja przedstawiona przez dr Adrianę Zagórską na temat „Technika „skutecznie” jako element budowania siebie”. Pani Adriana przedstawiła kilka możliwych do zastosowania technik. Aby być skutecznym i móc realizować siebie, należy zachować poniższe zasady: ciało, umysł, duch. Powiedziała w swym wystąpieniu, że myślenie jest czynnością umysłową, mózg zaś jest ślepym narządem, który przetwarza wszystko, co mu zostanie przesłane. Człowiek reaguje na wyobrażenia, a ciało odpowiada na to, co mózg sobie wyobraża. Czym zatem jest technika „skutecznie”? Jest to zbiór technik psychologicznych wspierających pewność siebie i poczucie własnej skuteczności. Pewność siebie to wiara, że możesz osiągnąć sukces, wykonać to co zamierzasz, wiara w swój potencjał, a pewność siebie rozwija pozytywne emocje, ułatwia koncentrację, wpływa na formułowanie celów, zwiększa wysiłek wkładany w działanie, wpływa na strategię „grać aby wygrać”. Własna skuteczność “self efficacy” – poczucie własnej kompetencji, która pozwoli na efektywne radzenie sobie z różnymi stresującymi sytuacjami, jest to nasze przekonanie, że możemy skutecznie działać dla osiągnięcia celu. Niski poziom własnej skuteczności związany jest z lękiem, poczuciem bezradności, nasileniem smutku i przygnębienia. Pani dr Adriana Zagórska wprowadzała nas w te i inne aspekty pewności siebie, skuteczności, energii życiowej, a także stresu i paliwa do życia w formach diety, ruchu, snu, czasu wolnego, planów i marzeń, spełnień życiowych, kultury i duchowości. Były to sprawy jakby proste, o których na co dzień nie myślimy, ale one wpływają na nasze działania. Bardzo dobra psychologiczna strona w technikach skuteczności, z punktu widzenia naukowego w psychologii. Wykład bardzo ciekawy, zmuszający do pewnych przemyśleń. Na zakończenie odbył się panel dyskusyjny “Jakimi metodami należy promować i rozwijać sport kobiet?”. Dyskusja trwała godzinę i wzięły w niej udział prawie wszystkie uczestniczki spotkania. Konferencja
ciekawa, potrzebna, świetnie moderowana przez dr psychologii Jadwigę Kłodecką-Różalską. Jestem bardzo zadowolona, że brałam udział w tym wydarzeniu. Wszystkim osobom, które miały swoje prezentacje serdecznie dziękujemy za ich przekazanie.
Katania jest jednym z miast, które najbardziej ucierpiały po wielkim wybuchu Etny w 1669 r., jako, że leży u samych stóp groźnego wulkanu. Od miasta do Etny prowadzi nawet droga, najdłuższa na Sycylii i zbudowana z lawy Via Etnea. Wiele budynków w Katanii również powstało z materiałów wyrzucanych przez wulkan, dlatego niektóre z nich wyglądają jak lekko przykurzone, a dominujące barwy to szarości, brązy i beże. Pomimo tego Katania wita nas burzą kolorów. Jest sobota rano i na głównym placu właśnie odbywa się przejazd wozów ciągniętych przez kolorowo przystrojone konie. Na każdym wozie wystrojona w ludowe szaty orkiestra gra ludowe melodie. Każda orkiestra gra swoją piosenkę, więc po wjeździe kilkunastu wozów na plac słychać jedną wielką kakofonię. Uciekamy do Duomo – ogromnej katedry pod wezwaniem św. Agaty, patronki miasta. Zbudowano ją na ruinach term Achillesa w latach 1078-93. Trzęsienie ziemi w 1693 r. zniszczyło ją prawie doszczętnie. Po zwiedzeniu katedry przystajemy na chwilę pod wielką fontanną przedstawiającą wykonanego z
lawy wulkanicznej słonia Liotro z egipskim obeliskiem na grzbiecie. Słoń ten jest symbolem Katanii i ma chronić miasto przed wybuchami Etny.
chodzimy w kółko i jakoś nie możemy ich znaleźć. Okazuje się, że wejście do ruin jest przez drzwi z ulicy, zupełnie jakby wchodziło się do sklepu. Ruiny Teatro Romano kryją całkiem dobrze zachowany Odeon, gdzie występowali muzycy i recytowano wiersze. Większość widowni mieszczącej pierwotnie aż 7 tys. widzów i przejścia podziemne również cieszą oko współczesnych turystów. Zahaczamy też o Zamek Ursino, gdzie zwiedzamy wystawę stałą i wystawy czasowe.
Opuszczamy piękną Katanię i udajemy się do jeszcze piękniejszej Taorminy. Jest to jedna z najstarszych osad na wyspie. Jej początki sięgają 735 r. p.n.e., kiedy to pochodzący z Aten Teokles założył w okolicy pierwszą grecką kolonię – Naxos. Później Naxos zostało przeniesione na górę Tauro, gdzie obecnie znajduje się Taormina. Tutaj sceneria przypomina romantyczne filmy. Małe uliczki, piękne kamienice i zapierający dech w piersiach widok – z jednej strony daleko w dole morze i rezerwat naturalny na wyspie Isola Bella, a z drugiej strony ośnieżona Etna. Kręcimy się po uliczkach, wdychamy bogatą atmosferę (dużo tu luksusowych samochodów, luksusowych turystów i bardzo drogich pamiątek), jemy granitę i trafiamy do ruin greckiego teatru z epoki hellenistycznej, później przebudowanego przez Rzymian. Urok Torminy na przestrzeni wieków przyciągał największych tego świata. Przyjeżdżali tu: Greta Garbo, Marlena Dietrich, Dali, Goethe, Dumas czy Oscar Wilde. Guy de Maupassant napisał:, „Jeśli ktoś, kto będzie mógł spędzić tylko jeden dzień na Sycylii i spytałby cię, co trzeba zobaczyć, odpowiedz bez zastanowienia: Taorminę” (za „Sycylia: plaże, gaje oliwne i antyczne miasta”, Bezdroża, Kraków 2010, s. 88) . W latach 1920-1923 w Taorminie mieszkał również angielski pisarz D. H. Lawrence, autor słynnego „Kochanka Lady Chatterley”.
Tematem kolejnej całodniowej wycieczki staje się Etna. Wyjazd wcześnie rano, po dwóch godzinach jesteśmy u podnóża wulkanu. Krajobraz księżycowy, wszędzie spalone, wyschnięte drzewa, góry zastygłej lawy, roślinność dopiero się odradza. Etna to najwyższy w Europie czynny wulkan. Ostatnia erupcja miała miejsce 6 listopada 2009 r., wybuch z 2001 r. zniszczył stację kolejki linowej (obecnie już odbudowana) i część kompleksu turystycznego Rifugio Sapienza. Według starogreckiego mitu wnętrze wulkanu zamieszkuje uwięziony tam przez Zeusa, stugłowy olbrzym Tyfon. Z jednej strony siła wulkanu jest niszcząca, z drugiej wulkaniczne gleby są wręcz idealne m.in. do hodowli winogron i oliwek. Wulkanolodzy są zdania, że Etna zmienia się ze spokojniejszego wulkanu lawowego w wulkan mniej bezpieczny i mniej przewidywalny – wyrzucający gazy i materiały wulkaniczne. Aktywność Etny jest związana z jej położeniem na styku płyt tektonicznych: europejskiej i afrykańskiej.
z grubymi podeszwami i grube, wiatro odporne ubrania. Słońce świeci, ale temperatura sięga 5 stopni i mniej. Nie można, więc zapomnieć także o posmarowaniu odsłoniętych części ciała kremem z wysokim filtrem (mój mąż niestety zapomniał i po całodniowej wycieczce prezentował się niczym Wielka Stopa po polowaniu na prerii). Niezależnie od wybranego środka transportu wycieczka jest dość męcząca i zajmuje praktycznie cały dzień. Jednak warto zrezygnować z jednego dnia opalania na rzecz bajkowych widoków i dreszczyku emocji na karku.
Sycylii. Palermo nas rozczarowuje, spodziewaliśmy się feeri barw i wielokulturowego rozgardiaszu, a spotykamy smutne, nieco przykurzone i zakorkowane miasto. Postanawiamy więc zwiedzić ekspresowo najważniejsze zabytki. Na parkingu wita nas ciemnoskóry „parkingowy”. Czytaliśmy, że parkingowi są często jednym z najniżej położonych mafijnych ogniw (chociaż mafii jako takiej już podobno na Sycylii nie ma), więc postanawiamy zapłacić. Murzyn słysząc, że jesteśmy z Polski jest wniebowzięty i wyjaśnia nam, że jesteśmy w takim razie jak rodzeństwo, bo Włosi traktują ciemnoskórych i Polaków na równi jako dużo niższą kastę społeczną. Na szczęście przez cały pobyt na Sycylii nie spotykamy się z żadnymi objawami włoskiej dominacji.Biegniemy w stronę zabytków, oglądamy Piazza Pretoria (Palazzo Pretorio pełni funkcję
ratusza) z piękną XVI-wieczną „fontanną wstydu”, nazwaną tak gdyż pruderyjnych mieszkańców Palermo krępowały rzeźby przedstawionych na niej nagich postaci, a także kościoły: San Giuseppe dei Teatini z XVII wieku, San Cataldo, saraceńską kaplicę z XII wieku zwieńczoną czerwonymi kopułami w arabskim stylu i średniowieczny kościół La Martonara sfinansowany w 1143 r. przez normandzkiego admirała, dowódcę floty króla Rogera II, Jerzego z Antiochii. Następnie odwiedzamy plac Quattro Canti (Cztery Rogi), powstałe w 1611 r., barokowe skrzyżowanie, które dzieli na cztery części centrum Palermo. Podziwiamy fasady pałaców zdobione rzeźbami przedstawiającymi pory roku, hiszpańskich królów Sycylii czy patronkę Palermo, św. Rozalię. Idziemy dalej, by zobaczyć okazałą, średniowieczną Cattedrale, światowej klasy normandzki zabytek z XII w. Wizytę w Palermo kończymy zakupami w małym sklepie z pamiątkami, gdzie zaskakuje nas bogactwo produktów z migdałów i pistacji, z których hodowli słynie Sycylia. Kupujemy kilka słoików masła pistacjowego, pistacjowe pesto i sycylijskie ciastka, które z pewnością pokocha mój dziadek.
Sycylia nie ma sobie równych jeśli chodzi o ciastka i słodycze. Rozpoczynając od pysznych, jak z resztą w całych Włoszech, lodów (najlepiej kupować je w małych, lokalnych lodziarniach, gdyż coraz więcej sprzedawców ze względu na większy zysk decyduje się na sprzedaż lodów przemysłowych i nie produkuje ich na miejscu, ku rozczarowaniu turystycznych podniebień), przez wspaniałe przetwory z cytryn i opuncji figowej, cassaty (lodowe torty z dodatkiem kandyzowanych owoców i grubych warstw marcepanu) aż po słynne
cannoli, czyli wypełnione serem ricotta rurki z ciasta. Kosztujemy na Sycylii dwóch rodzajów cannoli: w Noto jemy wersję pikantną oblaną czekoladą (jedna sztuka za bajońskie 3 euro), zaś w Cefalu wersję słodką, ze skórką pomarańczową w środku. Zdecydowanie bardziej przypada mi do gustu ta druga opcja. Zanurzając się w świat sycylijskich słodkości nie można też zapominać o cudach z marcepanu, które można kupić w każdej cukierni i sklepie z pamiątkami. Wybór i precyzja wykonania przyprawiają o zawrót głowy: są marcepanowe maleńkie owoce, warzywa, a nawet różne rodzaje wykonanych z marcepanu mini rybek. Takie marcepanowe cudeńka widzimy drugi raz, za pierwszym razem próbowaliśmy ich dwa lata temu na targu w Nicei. Tym razem chcemy pokazać je również najbliższym, więc kupujemy kilka opakowań do zabrania do domu.
Wracając jednak do całodniowej wyprawy. Kolejny punkt programu to saliny w okolicach Trapani. Długo ich szukamy, gdyż żaden z przewodników nie podaje dokładnego położenia, a GPS wskazuje inną drogę niż drogowskazy, które z resztą często ustawione są w innych miejscach niż powinny. Wreszcie trafiamy, a saliny okazują się być nie w Trapani, tylko w położonej 30 kilometrów na południe Marsali. Jesteśmy trochę rozczarowani brakiem wielkich gór soli, które obiecywały przewodniki, ale pociesza nas widok starych młynów i mętnej wody o dziwnej barwie. Na Sycylii odchodzi się od pozyskiwania soli z wody morskiej tą metodą – są dziś dużo tańsze i bardziej nowoczesne sposoby. Salina w okolicach Marsali jest już tylko muzeum.
Jedziemy w stronę Corleone, po drodze zatrzymując się nad Castellammare di Golfo aby podziwiać z wysokich skał piękną panoramę. Droga do Corleone jest fatalna, co nas dziwi – mafia nie zadbała o dobry dojazd do swojej kolebki? W samym mieście, które jest spokojne i praktycznie puste, nic się nie dzieje, działa tu jedno muzeum „antymafijne” z kolekcją zdjęć oraz kilka knajpek. Przejeżdżamy zatrzymując się tylko na zdjęcia z tablicą z nazwą miasta. Całą drogę do i z Corleone czytam o sycylijskiej mafii. Przez ponad 50 lat Corleone było ulubionym miejscem spotkań przywódców mafii. Wywodzili się stąd m.in. Luciano Leggio, Salvatore Riina i Bernardo Provenzano. Ten ostatni pełnił funkcję
capo dei tutti capi przez 13 lat, został schwytany dopiero w 2006 r. Jest winien morderstw dwóch sędziów śledczych walczących z mafią: Giovanniego Falcone i Paolo Borsellino. Obaj zginęli w krótkich odstępach czasu w 1992 r. Pierwszy wraz z żoną i trzema ochroniarzami od wybuchu 500 kg TNT na autostradzie między Palermo a lotniskiem, drugi od bomby umieszczonej w samochodzie. Skąd wywodzi się sycylijska mafia? Jej początki sięgają tyrańskiej władzy na wyspie. Mafiosi uchodzili za obrońców pospólstwa przed tyranami. Wkrótce jednak mafia przestała pełnić swoją pierwotną funkcję stając się elementem struktur władzy i dbając wyłącznie o zyski swoich „rodzin”. To właśnie „rodzina” dowodzona przez dona jest podstawową mafijną jednostką. Obecnie coraz rzadziej słyszy się o mafijnych porachunkach na Sycylii. Ostatni z aresztowanych bossów, Salvatore Leo, uważany za spadkobiercę Provenzana, trafił do aresztu w 2007 r. Jego zrobiony głównie na nieruchomościach i przemyśle budowlanym majątek o wartości 6 miliardów euro przejęło Palermo. Sycylijczycy powoli zapominają o micie dobrego mafiosa, którego uważali za rodzimego Robin Hooda. Nikt już nie ma wątpliwości na czym zarabia mafia, a przyzwolenie społeczne dla jej działań jest coraz mniejsze.
Ostatni przystanek tego długiego dnia to Cefalu. Pada deszcz, a mnie pęka głowa, więc jestem trochę nieszczęśliwa. Na pocieszenie zjadam cannoli, tabletka od bólu głowy zakupiona w lokalnej aptece też robi swoje. Tabletkę kupuje mój mąż, ja mam siłę tylko usiąść na krawężniku obok apteki. Pani w aptece oczywiście nie rozumie po angielsku, a my zostawiliśmy rozmówki w samochodzie, mąż pokazuje więc na głowę i masuje ją w powietrzu rękami, pani wnioskuje, że chce kupić szampon. Druga próba gestykulacji: palec w stronę głowy i znaczące posykiwanie z nutą irytacji i bólu. I sukces! Stajemy się szczęśliwymi właścicielami sycylijskich środków przeciwbólowych. Starcza nam siły na pogapienie się na katedrę i wizytę w starej pralni zbudowanej na rzece. Cefalu jest małe, urocze, tuż po Taorminie najbardziej typowo turystyczne miejsce na Sycylii: mnóstwo sklepów z pamiątkami, kawiarni, restauracji. Małe, romantyczne, kamieniste uliczki. Cudnie. Dzień kończymy w przemiłej pizzerii z tarasem z widokiem na uderzające w skały morze. W Noto jesteśmy przed północą i śpimy już po sekundzie od wejścia do łóżka.