Subskrybuj kanał RSS bloga Okiem Jadwigi Subskrybuj kanał RSS z komentarzami do wszystkich wpisów bloga Okiem Jadwigi

Archiwum miesiąca Grudzień 2011

Kochani!

Wszystkim składam najlepsze i najserdeczniejsze życzenia moc serdeczności a szczególnie:

szczęścia w życiu osobistym, sukcesów w pracy, dobrego zdrowia, domku z ogrodem i basenem, eleganckiej limuzyny, samych zwycięstw, spełnienia marzeń, miłych niespodzianek losu, grona prawdziwych przyjaciół, niewyczerpanych pokładów energii, uśmiechu na co dzień, drogi usłanej różami, satysfakcji z pracy, genialnych pomysłów, niskich podatków, słodkiego, miłego życia, świeżości spojrzenia, głównej wygranej na loterii, pozytywnej aury, pogody ducha, pomyślnych wiatrów, gorącej miłości, wygodnych butów, cudownych wakacji, szczęścia i pociechy z dzieci/wnuków, punktualnych pociągów, świętego spokoju, jachtu, żadnych trosk, powodzenia u płci przeciwnej, wysokich lotów, rześkich poranków, pomyślności, trafnych decyzji, intuicji w interesach, prezentów od losu, dużego łóżka, pękatego portfela, szerokiej drogi, miłego szefa, jasności umysłu, niebanalnych wyzwań, miłych snów, pewności siebie, wielkiej fortuny, wielu uśmiechów, bogatego wujka, błyskotliwych ripost, romantycznych wieczorów, udanych łowów, pasjonującej pracy, szansy na sukces, dużo słodyczy, pozycji lidera, szampańskiej zabawy, mocnego dachu nad głową, samych pozytywnych wibracji, pełni życia, wielu niezapomnianych chwil, dużo słońca, olimpijskiej kondycji, pomyślności, jak najmniej zmartwień, wyjścia z każdej sytuacji, uwielbienia u podwładnych, pasma sukcesów, niezmiennie zielonego światła, czystego nieba, stu lat życia, końskiego zdrowia, sławy, pokaźnego konta, manny z nieba, wysokich wygranych, ciągle nowych rekordów, niskich kosztów, bezpiecznych lądowań, wielu ciekawych znajomości, wygranych przetargów, sumiennych dłużników, taaaakiej ryby, najwyższego miejsca na podium, dobrego fryzjera, Radosnych Świąt, serca jak dzwon, pewnej ręki, komfortowych warunków, przyjemnych doznań, wielu wzruszeń, mocnej głowy, powodzenia, stopy wody pod kilem, otrzymania najwyższych odznaczeń, osiągnięcia wyznaczonych celów, pełnego sejfu, szczęścia w kartach, sprzyjającej pogody, dobrych zbiorów, kolorowych chwil, twórczego podejścia do pracy, połamania pióra, góry pieniędzy, samych słonecznych dni,  uroku osobistego, mnóstwa prezentów, udanych negocjacji, serdecznych przyjaciół, grzecznych dzieci, udanych wakacji, miejsca w Księdze Rekordów Guinessa, większości w parlamencie, miłego wypoczynku, wesołego towarzystwa, dobrego apetytu, szczęśliwej podroży, złotej jesieni, poczucia humoru, anielskiej cierpliwości przy czytaniu tych życzeń, wiecznej młodości, licznego potomstwa, nie wieszającego się komputera, sławy i chwały, lekkości bytu, pokojowego rozwiązania wszystkich konfliktów, szybkiego rozwoju gospodarczego, hojnych sponsorów, korzystnego układu gwiazd, miłosnych uniesień, czytelnych instrukcji, cichych wielbicieli/elek, mistrzowskich zagrań, dobrej nocy, wielkiej przygody, słodkich snów, wystrzałowej zabawy sylwestrowej, zgranej ekipy, pomyślności na nowej drodze życia, pociechy z pociechy, lojalnych współpracowników, bujnej wyobraźni, interesujących przeżyć, rodzinnej atmosfery, pomyślnych wieści, radości życia, dobrego serca, pełnego szkła, suto zastawionego stołu, złotej rybki, zimnego piwa, zasięgu w każdym miejscu, gry fair play, nieomylnych decyzji, miejsca w historii, głównych ról, kreatywności, podróży dookoła świata, udanych szkoleń, efektywnych poszukiwań, pakietu kontrolnego, bogatej kolekcji, dużo wolnego czasu, beztroskiego życia, dobrej passy, celnych strzałów, zdobycia Mount Everestu, wolności, trafnych wyborów, gradu prestiżowych nagród, spokoju ducha, oddechu od codzienności, samych piątek w szkole, godnych przeciwników, szczerych komplementów, wszelkiej pomyślności, codziennych atrakcji, świetlanej przyszłości, hossy na giełdzie, korzystnego horoskopu, zdjęcia na okładce, franka po 2,20, miłych sąsiadów, wiary w sukces, wielu alternatyw, przychylności bogów, tolerancji, własnego odrzutowca, gorączki sobotniej nocy, piwniczki pełnej wina, silnej woli, wyrozumiałego spowiednika, zamku w Szkocji, ambitnych planów, kilku odkryć i kilku wynalazków, owacji na stojąco, zniewalającego uśmiechu, szczęśliwego trafu, płomiennych uczuć, pomocnej dłoni, niezawodnej pamięci, nieprzemijającej urody, asa w rękawie, sprawnych hamulców, miękkiego lądowania, dużo nadzienia w pączku, strumieni szampana, kominka, rozbicia banku, recepty na szczęście, zabawy do białego rana, odwagi cywilnej, dobrej prasy, ptasiego mleczka, przygód z happy endem, długich wakacji, dużo rodzynek w cieście, zmysłowych nocy, gwiazdki z nieba, wiernego psiaka, celnego oka, sportowego wozu, biletów na Euro 2012, różowych okularów, ruchu w interesie, stabilnej waluty, zgrabnej figury, siły perswazji, zdolności nadprzyrodzonych, ostatniego słowa, dobrego smaku, własnego sposobu na życie, w zdrowym ciele – zdrowego ducha, właściwych wniosków, widoków na przyszłość, podzielnej uwagi, czterolistnej koniczyny, etc.

Tego a nawet jeszcze więcej życzy Wam w Nowym 2012 Roku !

Wasza Jadwiga

Na podstawie książki Melchiora Wańkowicza pt. „Od Stołpców po Kair” (Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1971 r., wydanie drugie, strony 277 – 284) oraz książki tego samego autora „Droga do Urzędowa” (Wydawnictwo Polonia , Warszawa 1989 r., Rozdział V, strony 93- 97), a także opowiadania uczestnika, sąsiada Szalewiczów, który znalazł się wśród skazanych na śmierć:

Był drugi dzień świąt Bożego Narodzenia. Godzina policyjna obowiązywała o dwudziestej. Nagle w oddali padły trzy strzały rewolwerowe. Noc mroźna, około trzydziestu stopni mrozu. W Aninie trwa obława. Ludzi z ulicy patrole zabierają na wartownie, uprzednio ich obszukawszy. W małej wartowni jest coraz ciaśniej, gdyż ciągle przybywa mężczyzn. Żołnierze wyprowadzają wszystkich na podwórze i każą stać z podniesionymi rękami. Męka – te ręce w górze. W końcu mogą je trzymać założone na karku. Po dwóch godzinach, wzywają po kilka osób, spisują personalia i puszczają do domu! Matka i żona informują o obławie w Aninie, gdyż w kawiarni zastrzelono dwóch żołnierzy niemieckich. Idą spać. Po godzinie słychać tupot ciężkich buciorów na ganku. Stuk kolby do drzwi, wchodzi czterech żołnierzy z rewolwerami w rękach. – Czy pan jest Polakiem? Tak.– W wojnie udział brał? – Tak w 1920, w polsko-bolszewickiej. Dowódca patrolu wyprowadza z drugiej połowy willi Szalewicza. Wypchnięci z domu brną obaj w śniegu. Przed budynkiem komendy młodziutki chłopak o dziewczęcej twarzy pyta głosem cieniutkim, chyba jeszcze przed mutacją: – Haben sie einen Rjevolvjer? Na placu stoi już kilka osób, po prawej stronie Szalewicz, po lewej urzędnik starostwa. Znają się, ale nie dają tego po sobie poznać. Stoją na mrozie i tupią, Niemcy kopią tupiących. Głowa starego Szalewicza trzęsie się. Przez siatkę widać jak prowadzą coraz to nowych wyłapanych. Wśród mężczyzn jest woźny województwa oraz lekarz weterynarii, za którym przybiegł jego pies. Nie dawał się odpędzić. Znowu sięgnięto do trzęsącej się głowy Szalewicza. Skowyt kopanego psa, razy rozdawane przez Niemców, śnieg, mróz, noc i otępienie bitych ludzi.

O trzeciej nad ranem z gmachu komendy wyszli trzej oficerowie gestapo. Wyczytali z listy urzędnika starostwa, dyrektora fabryki, właściciela willi, Szalewicza i jego sąsiada (jeden tylko Szalewicz stojący wśród nich był w starej zniszczonej jesionce, pozostali mieli dostatnie futra). Po kolei wzywano ich na komendę. Wracali natychmiast, notowano ich nazwiska, rok, miejsce urodzenia i kazano wyjść. Cztery tradycyjne pytania przed egzekucją. Czterech kazano odprowadzić do domu. Myślą, że to egzekucja, odchodzą do domów, żołnierze każą iść, szybko – pewnie teraz będą strzelali, myśli każdy z nich. Koło jednego domu stoi wartownik, hanowerczyk, starszego rocznika. – Puścili pana? Prędko, prędko do domu. – powiedział z ulgą w głosie. Niektórzy mieszkańcy wiedząc co się dzieje i przeczuwając nieszczęście, biegli od domu do domu uprzedzając, aby mężczyźni uciekali w las. Jedna kobieta ze strachu nie chciała otworzyć stukającemu i właśnie jej później zabrano syna. Usłyszawszy ruch na werandzie, przybiegła pani Szalewiczowa. – Gdzie Stasio? Powinien za chwilę tu być. Jednak Szalewicz nie wracał. Około piątej nad ranem usłyszano silną salwę kilku karabinów maszynowych. Po salwie krótkie strzały pojedyncze. – Zabijają! Krzyczała spazmatycznie Szalewiczowa. Salwy powtarzały się co pewien odstęp czasu. O szóstej koniec godziny policyjnej. Pani Szalewiczowa biegnie w stronę, gdzie strzelano. Szarzeje. Na drodze ukazuje się biegnący cień. To Szalewiczowa: – Zamordowali Stasia! Znalazła jego trupa z wywalonym okiem i częścią mózgu. Przybiegła córka Szalewiczów, nauczycielka gimnazjum Władysławy Lange przy ul. Senatorskiej 6, prywatnej szkoły żeńskiej. Wykładała historię, przedmiot zakazany przez hitlerowskie władze okupacyjne. Niemcy zgromadzili na placu dwustu mężczyzn, po 100 za jednego zabitego żołnierza. Kobiety biorą sanki dziecinne i idą po ciało Szalewicza. Z okien domów widać jak wiele kobiet idzie z sankami w tamtą stronę. Wkrótce potem dwie kobiety, Szalewiczowa wraz córką wloką ciało męża na śmiesznie małych sankach. Ciało nie może się zmieścić , więc Salewiczowa trzyma nogi uniesione wysoko, a córka ciągnie. Ludzie biegają i wołają, aby uciekać, podczas gdy kobiety krzątają się przy zabitych. Męska ludność ucieka.

Wypuszczony przez Niemców sąsiad Szalewiczów postanawia wyjechać do Warszawy. Na dworcu pokazują mu kobietę, której zabito męża i syna, studenta politechniki. Innej matce zabito czterech synów. Nad jedną się „zlitowali” – spytali, którego z dwóch mają wziąć. Wybrali sami. Sąsiad w drodze spotkał dwóch braci z ostatnich dziesiątek już nierozstrzelanych. Opowiedzieli mu przebieg egzekucji. Skazańcom kazano iść w stronę plantu, przeszli tunelem aż na pole, gdzie stały karabiny maszynowe. Wydzielono dwudziestkę, kazano klęknąć i modlić się. Z dwu stron błysnęły reflektory ciężarówek i padła salwa. Potem dobijano. Przy ostatnich oszczędzonych ktoś powiedział: – Pan pułkownik daruje wam życie pod warunkiem pogrzebania zabitych. Niemcy odjechali. Z gromady trupów poderwał się nagle jakiś chłopak i jak oszalały pomknął w las. Potem wstał, chwiejąc się na nogach fryzjer i obłędnie pytał: – Proszę państwa, co ja mam robić, co ja mam robić? Miał w dwu miejscach przestrzelone plecy. Przy ciele weterynarza leżał zabity pies.

Pogrzebano zabitych równymi rzędami i postawiono na nich krzyże. Jest krzyży sto siedem, a na nich nazwiska i daty urodzenia – od czternastu do siedemdziesięciu sześciu lat.

Ci, których kochamy nigdy nas nie opuszczają.

Opracowanie
Wasza Jadwiga

Tekst ten napisałam w 2009 r., kiedy to rozpoczęłam prowadzenie bloga. Wiem, że nie wszyscy z Was wracają do tekstów wcześniejszych, archiwalnych,  dlatego dzisiaj publikuję go,  jako przypomnienie tamtych wojennych, okrutnych czasów, oraz pierwszej  egzekucji, która miała miejsce w Warszawie Wawrze. Była  początkiem najkrwawszej wojny w której zginęły miliony ludzi na całym świecie.

Stanisław Szalewicz ( dziadek mojego ślubnego) urodził się w Hołodziszkach, był synem Adolfa i Tekli z Jodków. W Archiwum Historycznym w Petersburgu pod numerem 951 z dnia 20 XI 1887 r. jest przechowywane świadectwo szlachectwa braci bliźniaków (brat Bronisław), a także wpis do księgi szlacheckiej z dnia 21 I 1888 r. pod numerem 431. Stanisław za ukończenie Konstantynowskiego Instytutu Mierniczego w Moskwie z tytułem „inżyniera mierniczego”. W roku 1900 otrzymał srebrny medal ufundowany z okazji koronacji Mikołaja II Romanowa z prawem do noszenia na wstędze orderu św. Andrzeja (order do dziś znajduje się w rodzinnych archiwaliach). Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ tylko dlatego mógł być zatrudniony jako starszy pomocnik pomiarowy z prawem do rangi urzędnika X klasy. Następnie pracował jako pomocnik geodety powiatowego guberni petersburskiej, później został geodetą powiatowym, czyli mierniczym w guberni petersburskiej. Jako wysokiej klasy fachowiec piął się po szczeblach kariery pracując również w Głównym Zarządzie Uwłaszczenia i Rolnictwa, kolejno w Ministerstwie Sprawiedliwości, a w roku 1919 występował jako starszy geodeta guberni wiackiej do spraw uwłaszczenia. Był lubiany przez współpracowników, a w ramach działalności społecznej prowadził chór w Wiatce.

Koniec pierwszej wojny światowej przyniósł możliwość powrotu do kraju, repatriacji polskich inżynierów oraz techników rozsianych w okresie zaborów po całym świecie. Powracający z emigracji inżynierowie założyli Koło Inżynierów Mierniczych przy Stowarzyszeniu Techników, w ramach którego organizowano trzyletnie kursy dla pomocników mierniczych. Jednym z wykładowców był prapradziadek Stanisław. Początkowo pracował jako mierniczy przysięgły w Białymstoku, a od 1934 roku był mianowanym radcą w Wydziale Rolnictwa i Reform Rolnych Urzędu Wojewódzkiego w Warszawie. Jego żona Maria (o której napiszę osobny wpis) wraz z dziećmi (Bronisławem i Heleną) oraz swoim ojcem wróciła do Warszawy w 1921 roku. Stanisław zajmował się do ostatniej chwili organizacją pociągów ewakuacyjnych z Rosji. Wrócił do niepodległej Polski dopiero w 1923 r. Stanisław i Maria nie zdecydowali się niestety na natychmiastową realizację czeku wszytego w palto swojego syna, sześcioletniego Bronisława i hiperinflacja polskiej waluty spowodowała, że cała „fortuna” przywieziona z Rosji w krótkim czasie była warta tyle, co paczka zapałek… Żona Maria pracowała jako dentystka, najpierw w męskim Gimnazjum Kazimierza Jakuba Kulwiecia założonym w 1918 r. w Warszawie przy Placu Trzech Krzyży 8 w kamienicy Naimskich i Jungów. Później prowadziła prywatną praktykę w Aninie. We wspomnieniach Zofii Górzyńskiej z domu Wojciechowskiej (stryjecznej wnuczki prezydenta Rzeczpospolitej Polski Stanisława Wojciechowskiego czytam: „Cała rodzina składała się z pięciu osób, bo oprócz pani Marii, pana Stanisława i ich dwojga dzieci była jeszcze pani Nisia – rezydentka, którą przywieźli ze sobą z Rosji. Obie panie jakby nie przystawały wyglądem do okresu lat trzydziestych. Ich ubiór, sposób uczesania i sposób bycia bardziej pasował do dziewiętnastowiecznego niż do dwudziestego wieku. Suknie długie, ciemne, bardzo skromne, uczesanie gładkie. Całość rodziny uzupełniały dwa psy – gryfon Buma i brązowy jamnik Żaba. Obydwa psy myśliwskie, bo pan Stanisław był zapalonym myśliwym. W mieszkaniu było sporo elementów mówiących o sukcesach myśliwskich pana Stanisława. W roku poprzedzającym wybuch wojny światowej cała rodzina przeprowadziła się do nowoczesnej willi w Nowym Aninie. Niestety nie wiedzieć, dlaczego (może nie za dobrze się czuli w tym domu) wrócili na stare pielesze. Niestety, po dwakroć niestety! Gdyby nie podjęli tej decyzji powrotu, pan Stanisław nie byłby zginął w wawerskiej egzekucji. Niemcy, bowiem tej pamiętnej nocy grudniowej – 26 XII 1939 roku nie doszli ( z łapanką i wyciąganiem mężczyzn w wieku od czternastu do siedemdziesięciu sześciu lat, z ich domów w odwecie za zabicie dwóch żołnierzy, którzy chcieli aresztować w wawerskiej kawiarni jakiegoś człowieka a ten ich zabił trzema strzałami z rewolweru) do Nowego Anina”.

Prapradziadek został zamordowany w masowej egzekucji w Wawrze koło Warszawy w dniu 27 XII 1939 r. Na placu między ulicami Błękitną i Spiżową rozstrzelano stu siedmiu mężczyzn. Egzekucję w Wawrze, jako pierwszy na zachodzie, opisał Melchior Wańkowicz. Nie widząc możliwości wydania swoich książek emigracyjnych w kraju, Melchior Wańkowicz włączał fragmenty poprzednio opublikowanych tekstów do nowych książek. I tak w wyborze reportaży zatytułowanym „Od Stołpców po Kair” ów wybitny pisarz umieścił fragmenty „Drogi do Urzędowa”. W tych fragmentach, mimo zaznaczenia, iż wszystkie nazwiska użyte w książce są fikcyjne, w rozdziale V pod tytułem „Anin” przy opisie aresztowania, Melchior Wańkowicz używa autentycznego nazwiska – Szalewicz. Relację o tragedii w Wawrze przekazał autorowi jeden z przedzierających się do Anglii pilotów, a przed wojną mieszkaniec Anina, Jan Barankiewicz.

Prapradziadek Stanisław został pochowany w Warszawie, na Cmentarzu Ofiar Wojny, przy ulicy Dębowej (później Śnieżki, a obecnie Kościuszkowców). Żona Maria zmarła w roku 1978.

Wnukom ku pamięci, a dorosłym ku przestrodze.

Wasza Jadwiga

Po opublikowaniu tego wpisu w dniu 5 Stycznia 2010 r mój mąż otrzymał lisyt z USA następujacej treści (publikuję bez korekty tekstu):

Andrzeju,

Chyba Ci wspominałem, że moja rodzina Barankiewiczów przyjaźniła się z Szalewiczami. Mój stryj Jan Barankiewicz ( starszy brat mojego ojca, urodzony w 1900 r.) był bardzo zaprzyjaźniony z Twoim dziadkiem i z Twoim Ojcem. W naszym albumie rodzinnym chyba są przedwojenne zdjęcia z Szalewiczami.

Zbrodnia Wawerska: znam z opowiadań rodziców, że mój stryj Jan po zabraniu z domu zakładników, trzymał się z Twoim dziadkiem Stanisławem cały czas. Obok siebie stanęli w szeregu nakazanym przez Niemców. Stryj był jednym z nielicznych, których nie rozstrzelano. Wypuszczono z rzędu kilku pierwszych z szeregu kończąc na moim stryju i kazano się wynosić. Stojący tuż obok jego przyjaciel  S. Szalewicz pozostał w szeregu. Stryj był przekonany że wnet i następną grupę z Szalewiczem rozpuszczą. Tak się jednak nie stało.

Jan Barankiewicz – stryj nie mógł znieść, że stracił bliskiego przyjaciela w tak okrutny sposób, a on się uratował i po miesiącu czy dwu opuścił Anin i z żona Ilze Barankiewicz ( Niemka)  i przez Jugoslawie, Bułgarię, Palestynę trafił do Erytrei, gdzie, jako cywilny pracownik brytyjskiego lotnictwa (RAFu) umarł po wojnie w czasie przyjęcia dyplomatycznego na anginę pectoris. Pilotem nie był, choć podobno dla przyjemności latał. Został pochowany na brytyjskim woskowym cmentarzu w Asmarze, jako jedyny albo jeden z nielicznych cywilów. Ciągle mam niezrealizowany plan, aby odwiedzić ten cmentarz i grób stryja.

Trochę o moim stryju i Zbrodni Wawerskiej można znaleźć w niedawno wydanej książce „Patent na życie”- Jarosława Abramowa-Newerlego, gdzie wymieniany jest Twój dziadek wyłącznie, jako Szalewicz. Mam też kartki pocztowe z 1940 roku wysyłane przez Jana i Ilze, w których jest prośba o przekazanie pozdrowień Szalewiczom.

Moj ojciec Wiktor dobrze znal Twojego ojca i pamiętam z dzieciństwa wiele wizyt, gdy z nim odwiedzałem Twój dom.

Tyle…

Pozdrowienia

Jerzy

Opowiadanie wg książki M.Wańkowicza „Od Stołpców do Kairu” opublikuję 27.12.2011 r.

Szukając materiałów dotyczących zwyczajów i tradycji kulinarnych na przestrzeni wieków, zwróciłam uwagę na artykuł autorstwa Joanny Paprockiej Gajek, omawiający kulturę jedzenia. Myślę, że warto zapoznać się z jego treścią, gdyż jest bardzo pouczający, a i historyczne podejście do spraw stołu i sposobu jedzenia jest znakomicie ujęte. Dlatego teraz w okresie przedświątecznym warto przeczytać ten niewielki wpis dotyczący transformacji związanej zdawałoby się z banalnym temate : Jedzenia i kulturalnym zachowaniem się przy stole.

„…Spożywanie posiłków w kameralnym gronie najbliższych osób lub w większym towarzystwie było i jest najpowszechniejszą formą rozrywki, sposobem obchodzenia uroczystości kościelnych, rodzinnych (np. zaślubin) oraz celebracją imprez o randze państwowej, takich jak przyjęcie poselstw, zawieranie traktatów, itp. Gościnność wyrażająca się częstowaniem dobrym i obfitym jadłem była formą demonstracji pozycji społecznej, wyrazem osiągniętego poziomu życia, a niekiedy sposobem zdobywania zwolenników. W czasach średniowiecza, kiedy sztućce były rzadkością, używanie ich przy stole miało charakter zwykle demonstracyjny, a nie praktyczny (sztućcami posługiwał się jedynie np. król). Traktowano je również jako przedmiot o wartości dekoracyjnej.

Wyposażenie stołu w sztućce poprzedza proces przemian manier i zachowań, które ukształtowały obowiązujące w całym cywilizowanym świecie obyczaje podczas spożywania posiłków. Zasady zachowania przy stole ewoluowały przez wieki. Proces kształtowania norm i zaleceń dotyczących zachowań przy stole zmieniał się bardzo powoli. Ton przemianom nadawały najwyższe kręgi dworskie, następnie te zachowania naśladowały, zazwyczaj na miarę potrzeb i możliwości, niższe warstwy społeczne. Opisywano je, przekazywano ustnie, a nawet omawiano w rozprawach pod ogólnym hasłem zachowań „cywilizowanych”. Odbiorcą tych przekazów nie byli jednak ci, którzy je kształtowali, ale ci, którzy chcieli i potrzebowali je posiąść i naśladować, jak np. szlachta z prowincji, bogacąca się burżuazja lub mieszczaństwo. Kiedy pewne „wypracowane” przez warstwę dworską zachowania stały się zbyt powszechne, ta tworzyła nowe, bardziej eleganckie i wyrafinowane.

Istotne dla cywilizacji zachodu uwagi na temat zachowania przy stole opublikował w roku 1530 Erazm z Rotterdamu w De civilitate morum puerilium. Rozprawa ta stała się katechizmem cywilizowanego zachowania się dla człowieka renesansu. Wkrótce została przetłumaczona i opublikowana w 12 edycjach. Autor pisał m.in. nie zanurzaj pierwszy ręki w półmisku, który właśnie podano nie tylko, dlatego że zdradzasz swą żarłoczność, lecz również, dlatego że jest to często połączone z niebezpieczeństwem. Jeśli bowiem ktoś nie spróbowawszy bierze do ust coś zbyt gorącego, musi to wypluć lub sparzy sobie podniebienie przy połykaniu. Jedno i drugie budzi zarówno śmiech, jak i politowanie oraz dalej Tylko nieokrzesany chłop zanurza palce w sosie. Bierze się to, na co się ma ochotę, nożem i widelcem, nie gmerając po całym półmisku, jak to robią łakomcy, lecz biorąc to, co akurat leży przed tobą*. W roku 1560 o używaniu sztućców pisał C. Calviaca w Civilité: Niemcy posługują się raczej łyżką jedząc zupy i wszelkie płynne potrawy. Włosi natomiast widelcem. Za się Francuzi jednym i drugim jak im się podoba i jak jest im wygodniej. Włosi na ogół wcale nie dbają o to, by każdy miał swój nóż. Ale Niemcy przykładają do tego szczególną wagę, i to tak dalece, że są bardzo niezadowoleni, gdy sięga się po nóż leżący przed nimi lub się o ich nóż prosi. Francuzi przeciwnie: liczne towarzystwo przy stole posługuje się dwoma lub trzema nożami i nikogo nie wprawia to w zakłopotanie, gdy musi prosić o nóż, wziąć go lub użyczyć, jeśli takowy ma**.

W roku 1533 ukazały się w Krakowie Wiersze o obyczajach chłopców, w których pisano: Jać radzę, abyś się miał strzec, łakomo jako żarłok jeść. Ściągaj twoje wargi jedząc, jedz cudnie, nie kląskaj żwiąc. Aczkolwiek starzy leżeli, piersi o stół podpierali, alić ten to niniejszy czas, prosto już siedzieć naucza nas […], Trzema palcami jeść masz brać, wielkich sztuk nie masz ukęsać[…] Dwu w gębę na raz nie masz kłaść, a z obu stron je nie żwać***.

Nowe maniery nie przyjęły się natychmiast. Wiadomym jest, że Ludwik XIV nadal jadał palcami, natomiast w połowie XVIII w. we Flamandii widelca używały jedynie warstwy burżuazji i to też jeszcze nie jako sztućca podstawowego, a raczej okazjonalnie.

Symptomem postępujących zmian są również uwagi publikowane w 1672 r. przez Antoine`a de Courtin w Nouveau traité de Civilité. Pisze on: pamiętaj także, że trzeba zawsze wytrzeć łyżkę, jeśli już się nią posłużywszy chcesz wziąć coś z innego półmiska, bywają, bowiem ludzie tak delikatni, że nie jedliby zupy, w której ją zanurzyłeś, jeżeli już uprzednio miałeś ją w ustach. Toteż w wielu domach podaje się dziś łyżki w wazach, służące jedynie do zaczerpnięcia zupy i sosu****. Niemniej w poradniku Cyvilite francoise z 1714 r. wciąż jeszcze zwraca się uwagę, aby mięsa z półmiska nie brać rękami.

W Polsce od średniowiecza co najmniej do połowy XVII w. również jadano głównie rękami. Palcami chwytano porcje ze wspólnej misy, starając się w miarę możliwości o schludność i czystość podczas jedzenia. Do dzielenia dużych porcji mięsa używano noży. W zamożnych domach potrawy płynne coraz częściej jedzono łyżką. W końcu XVII w. w warstwach najbogatszych wspólne użytkowanie naczyń, jedzenie ze wspólnej miski czy używanie wspólnych sztućców coraz częściej postrzegano jako rzecz niecywilizowaną, nietaktowną, niemiłą dla współbiesiadników. Powoli rodziła się potrzeba używania innych sztućców, nie tylko łyżek.

W połowie XVIII w. o posługiwaniu się sztućcami pisał Jędrzej Kitowicz: Nożów i widelców u wielu panów nie dawano po końcach stołu, trwał albowiem długo … zwyczaj, iż dworzanie i towarzystwo, a nawet wielu z szlachty domatorów nosili za pasem nóż, jedni z widelcami, drudzy bez widelców, inni zaś prócz noża za pasem z widelcami miewali uwiązaną u pasa srebrną, rogową lub drewnianą… łyżkę w pokrowcu skórzanym… przeto póki taka moda trwała, miano za dość pośrodek stołu opatrzyć łyżkami, nożami i widelcami, wiedząc, że ci którzy zasiędą końce stołu, będą mieli swoje noże i łyżki… Jeśli zaś, który nie zastał u stołu łyżki gospodarskiej i swojej nie miał, pożyczał jeden u drugiego, skoro ten, rzadkie zjadłszy, do gęstego się zabrał, albo zrobił sobie łyżkę z skórki chlebowej, zatknąwszy ją na nóż, co nie było poczytane za żadne prostactwo w wieku wykwintnością francuską nie bardzo jeszcze zarażonym, czyli nie wypolerowanym*****.

K. Nakwaska, której szczególnie leżało na sercu wpojenie i rozpowszechnianie poprawnych zasad obycia przy stole wśród burżuazji i ziemiaństwa, w połowie XIX w. w książce Dwór wiejski pisała: …Proszę Cię, każ odmieniać sztućce wszystkim! Jest to coś nieprzyjemnego, a nawet obrzydliwego, jeść śmietankę łyżką od barszczu, albo mącznik, po rybim sosie…******

Obycie towarzyskie, znajomość etykiety było jednym z ważniejszych kryteriów dopuszczenia osoby do tzw. „wyższych sfer”. Niejednokrotnie braki w tej dziedzinie mogły doprowadzić w późniejszym wieku do załamania karyery, utratę protekcji dystyngowanych osób i rozmaite trudności*******, o czym pisano w poradnikach omawiających zasady zachowania się.

Reasumując należy podkreślić, że przemiany obyczajów następowały niezwykle powoli. Wędrowały w dół drabiny społecznej przez wiele pokoleń. Przełomem w upowszechnieniu zasad zachowania przy stole był okres Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Następujące po tych wydarzeniach przemiany w obrębie świadomości społecznej, obyczajów oraz zachowań przy stole dotyczyły już nie tylko najwyższych warstw społeczeństwa, ale również średnio- i mniej zamożnych. W Polsce takie przemiany przypadły na okres przełomu XVIII i XIX w. Ich odzwierciedlaniem była indywidualizacja „procesu jedzenia”. Dla każdego biesiadnika świadomego tych wymogów i przeobrażeń, przygotowywano w miarę możliwości osobne talerze, z czasem i sztućce (goście coraz rzadziej przynosili je ze sobą) niekiedy także serwety. Ale w chłopskiej izbie jeszcze w latach 40. XX w. jadano ze wspólnej misy, drewnianymi łyżkami, a jedyny w chacie widelec był atrybutem gospodarza, który jadł z osobnego talerza.
A dzisiaj? Jak dzisiaj jadamy? Czy nadal w pośpiechu stojąc „na jednej nodze”? Czy w biegu wypijamy kawę i pędzimy do pracy?
Czy Święta, spotkania rodzinne, biesiady oraz wielkie wydarzenia jak śluby, chrzty czy też komunie to spotkanie o najwyższym zaangażowaniu pani domu, czy nasz stół wygląda pięknie? Czy wystarcza nam sztućców? Czy umiemy z nich korzystać? Warto sobie zadać kilka pytań i postarajmy się na nie odpowiedzieć, wtedy będziemy wiedzieli na pewno co powinniśmy zmienić, aby każda uroczystość miała odpowiednią oprawę.

Życzę udanego tygodnia, który dla wielu będzie pracowity, gdyż przed nami Wigilia i najpiękniejsze z pięknych

Święta Bożego Narodzenia!

Wasza Jadwiga

Nasze jury ukończyło obrady i oto prezentujemy listę bloggerów, którzy zostali zwycięzcami:    Randdal ( Bluźniercze plotki),   

Barnaba (Andrzej) Echa Wydarzeń,   

Tomek (Jeest radość)

Nagrody specjalne otrzymują:

Babcia Jadwiga

Czesia (Objazdowy blog)

Gosia,  (Pół wieku… i co z tego)

Jabed 

Jakub, 

JanToni 

Morela

Teresa

Rodorek  

Wyróżnienia nagrody specjalne 

Azalia60

Aleksandra

Ciotka Pleciuga   (Nie takie bryły…) 

Elliza z Australii (blog Gallery under the Lemon tree- Gdzie wszystko cytrynowy ma smak)

Gordyjka

 

Nagroda specjalna Firmy Flora Point pojedzie do Szpilki – za komentarz z dn.28.11.2011 do wpisu Mikołaj z konkursem)

Wszystkich nagrodzonych uprzejmie proszę o kontakt na adres email:

blog@okiemjadwigi.pl, celem uzgodnienia sposobu dostarczenia paczek

Jednocześnie chciałabym serdecznie wszystkim podziękować za dwa lata znajomości, odwiedzin komentowania moich wpisów a także za to, że jesteście, przecież cały ten blog prowadzę dla Was!

Serdecznie pozdrawiam

Wasza Jadwiga

Czytając sterty książek (dobrze robi na rozum) przeglądając czasopisma, (pożyteczne, bo sprawdzamy spostrzegawczość) wyszukałam artykuł Ireny Turnau z magazyny „Mówią Wieki: z roku 1967 nr 11, a w nim znalazłam opis dawnych zwyczajów świątecznych i wigilijnych. Uważam, że pora jest odpowiednia a im bliżej Świąt to miłe Panie i Panowie nie będą dla mnie mieli aż tyle czasu pewnie, aby studiować moje wpisy. Dlatego podzielę się z Wami wyszperanym przeze mnie artykułem, bo jak sami Wiecie na łamach tego bloga oprócz wspomnień i przepisów kulinarnych staram się wracać do staropolskiej naszej przeszłości, do historii, bo my będąc obecnie na tym łez padole tworzymy również historię dla naszych następców, i wcale nie wiemy czy im będzie się ona podobała, jak nam nasza staropolska, kto to wie? Tym niemniej zapraszam do lektury, gdyż od przyszłego tygodnia podam kilka przepisów kulinarnych a dziś- Zwyczaje wigilijne i noworoczne.

Zwyczaje świąteczne i noworoczne związane są z tradycją ludową. Jednakże wiele z nich zostało zapożyczonych z zagranicy stosunkowo niedawno. Na przykład obdarowywanie dzieci prezentami w czasie Bożego Narodzenia przyjęło się w Warszawie w okresie rządów pruskich po 1795 roku. Wcześniej dotarł na tereny Rzeczpospolitej z Niemiec zwyczaj przebierania się 6 grudnia za Mikołaja. Jeden z domowników ubierał się wtedy w szaty świętego i wręczał podarki. Z tego samego kraju przywędrował zwyczaj ubierania choinki. Wkrótce połączono go z wcześniejszymi Mikołajkami i postać biskupa pojawiła się w domach w Wigilię.

Z Wigilią związane były również jasełka. Od XVIII wieku wystawiano je w każdym niemal kościele. Cieszyły się dużą popularnością wśród mieszczan, dla których stanowiły wspaniałą rozrywkę. W świątyniach wystawiano także szopki z figurkami ludzi i zwierząt.

Tradycja wysyłania życzeń świątecznych i noworocznych przyjęła się w Rzeczpospolitej w XVIII wieku. Kartki kupowano na straganach lub wykonywano samodzielnie. Wszystkie warstwy mieszczaństwa chętnie w taki właśnie sposób składały życzenia najbliższym.

W trakcie święta Trzech Króli, kończącego okres Bożego Narodzenia, na warszawskich ulicach i straganach sprzedawano kadzidło i święconą kredę, którą na drzwiach pisano pierwsze litery trzech imion króli: K M B. W tym dniu pieczono placek z jednym dużym migdałem, który podczas wieczornej zabawy roznoszono wraz z kawą. Ten, kto trafił na migdał, musiał w zapusty wyprawić zabawę taneczną. Gdy „rodzynek” znalazła młoda panna oznaczało to, że w tym roku kalendarzowym wyjdzie za mąż.

A dzisiaj? Nasze zwyczaje, jak byśmy je opisali? Kartek świątecznych prawie nie wysyłamy, wszechobecny Internet będzie pracował ze zdwojoną energią przesyłając miliony maili, będziemy sobie życzyli Wesołych Świąt przy pomocy e kart, z e życzeniami, właściwie prezenty kupujemy w e sklepach, nawet zakupy żywnościowe możemy robić w ten sam sposób. Czyli prawie nie wychodząc z domu. Nie jestem pewna czy jest to najlepszy sposób na życie.

Warszawa jest pięknie oświetlona, wczoraj musiałam przejechać Trakt Królewski a swoją wędrówkę rozpoczynałam od ul. Gagarina i pojechałam Al. Ujazdowskimi do Pl. Trzech Krzyży, i dalej do Nowego Światu, Krakowskiego Przedmieścia i Zamku Królewskiego, gdzie nad pl. Zamkowym góruje choinka pięknie ozdobiona, stanowiąc atrakcję nie tylko dla dzieci. Taki filmik znalazłam na you tube http://www.youtube.com/watch?v=yrhe0iSM9Z0 

http://www.youtube.com/watch?v=-FuebJbVZHY&feature=related i jeszcze jeden z muzyką Chopina

http://www.youtube.com/watch?v=orSW8S8-oUg&feature=related

Magiczny czas świąt. Cieszę się, że moja Warszawa z każdym dniem jest piękniejsza, czystsza, uporządkowana i otrzymuje nowe rozwiązania nie tylko budowlane, ale również drogowe. Nawet nie bardzo przeszkadzają mi miejscami objazdy, zamknięte ulice czy brak dojazdu do niektórych części miasta. To nic, da się wytrzymać, tylko po to, aby można było wygodniej żyć, wygodniej jeździć a także, aby było po prostu ładnie.  Za 14 dni święta. Najmilsze święta w roku, życzę wszystkim spokojnych przygotowań bez obłędnego ganiania po sklepach. Zapewniam i po świętach będzie można wszystko kupić także, pozdrawiam i życzę miłego weekendu!

Wasza Jadwiga

Konkurs zakończony, obraduje jury, w poniedziałek podam wyniki,

pozdrawiam

j

Wczorajszy dzień imienin Mikołaja był bardzo miły. Jak się okazało wystarczy być tylko trochę grzecznym a prezenty przyjadą, no może nie saniami zaprzężonymi w renifery z Rudolfem na czele, ale jednak. Wszystko zaczęło się od rana, gdy dwa Mikołaje stanęły pod drzwiami, a że były z czekolady to wcale nie szkodzi. Zaraz po tym, dzwonek do furtki, przesyłka kurierska, nie zdążyłam jeszcze dojść do domu, gdy po raz drugi ktoś znowu dzwonił do furtki. Z jednej przesyłki wypakowałam trzy książki, a z drugiej – Telefon emporiaEleganceplus, hmmm…. Ucieszona zadzwoniłam do ślubnego i Moniki, ale obydwoje powiedzieli mi, że żadnych przesyłek nie zamawiali!

Jak nie to nie, skoro tak, przyjęłam do wiadomości, że jednak Św. Mikołaj grasuje po świecie w tym też po Warszawie i pewnie przez zupełną pomyłkę podesłał mi w ten niekonwencjonalny sposób prezenty. Aby nie było, że to nie dla mnie, sprawdziłam jeszcze raz adres. No cóż…wszystko się zgadzało. Najpierw napiszę o książkach: pierwsza to książka Magdy Gessler „Kocham gotować” przepis na życie, Wydawnictwa Świat Książki, Grupy Wydawniczej Weltbild Warszawa 2011, Mikołaj chyba się nie pomylił, wie, że zbieram książki kucharskie i obdarował mnie jeszcze jedną, najnowszą przygotowaną przez niezwykle ciekawą osobę panią Magdę, malarkę, która jest absolwentką Akademii Sztuk Pięknych w Madrycie, a gotowania nauczyła się od swojej Mamy Olgi, znakomitej kucharki całe życie karmiącej wielkich ludzi tego świata- intelektualistów, malarzy, reżyserów, pisarzy, dziennikarzy. Ojcem chrzestnym Magdy był Ryszard Kapuściński, mama pochodziła ze Lwowa, z kolei babcia Magdy była Rosjanką. Matka ojca, czyli druga babcia była Włoszką z Florencji, a ojciec Mirosław Ikonowicz urodził się w Wilnie. Prawie wybuchowa mieszanka kulturowa i smakowa. Miłość do kuchni i jedzenia wyniosła z rodzinnego domu, pełnego smaków. Sama o tym mówi tak”… tylko język smaku, zapachu i koloru jest zrozumiały dla wszystkich na świecie. Moja kuchnia to moja mama i moja babcia. I moje podróże. Robię genialne makowce, ale takiego makowca, takiego ciasta drożdżowego, jak robiła babcia, nie zrobi nikt.” Ojciec jej całe życie pisał ona całe życie malowała, wychowywała się w środowisku twórczym. Lubi tworzyć, dlatego otwiera kolejne restauracje. Nie dla pieniędzy. Dla niej to jak malowanie obrazu, tylko rozmach jest większy.

Podczas licznych przyjęć wydawanych dla znajomych rodziców Magda zauważyła, jak jej piękna mama czaruje znajomych urodą i wspaniałą kuchnią. Znakomita potrawą w restauracji u Fukiera (sprawdzoną przez nas) są kołduny zabaglione z lubczykiem na maśle, ręcznie robione według przepisu mamy a ta potrawą mama zawojowała Fidela Castro, przyjmując go w domu na Kubie, goście byli oszołomieni. Jako dziecko Magda mieszkała w Sofii, będąc podlotkiem mieszkała już w Hawanie ( na Kubie rodzina Ikonowiczów przebywała w latach 1964-1970, a w roku 1964 na Kubie zostało wszystko po Amerykanach, samochody, budynki, ludzie mieli jeszcze w głowie przeszłość, wyglądali znakomicie, pachnieli, cudownie funkcjonowały restauracje, w powietrzy unosił się zapach tropiku, cygar, rumu, idealnie wyprasowanych białych koszul). Swojego pierwszego męża poznała w Hiszpanii w roku 1980, był korespondentem i cała rodzina wraz z nim przeniosła się do Madrytu, malowała, miała kilka wystaw.

Mąż zachorował na raka, był w szpitalu. Magda chciała za wszelka ceną sobie poradzić, miała już synka. Zaczęła od cateringu w domach madryckiej socjety. Potem odważyła się zrobić kolację dla przyjaciółki króla Hiszpanii. Przygotowywała też catering na dwór króla Hiszpanii i dla rozkapryszonych dam towarzystwa. Wygrała konkurs na najbardziej oryginalna przekąskę- startowało ponad dwudziestu madryckich kucharzy, doceniono jej czereśnie faszerowane twarożkiem z czarnuszką. W Madrycie pracowała w restauracji austriackiej, trzy kolejne były francuskie a dwie z nich były najlepsze w stolicy Hiszpanii. Już wtedy łączyła smaki, przeplatała kuchnię polską, litewską i hiszpańską. Magda miała 33 lata, gdy mąż zmarł. Z Hiszpanii wraz z pięcioletnim synem przyjechała do Polski w roku 1989 na wakacje, wcale nie na stałe. To był przypadek, że trafiłam do kawiarni braci Gesslerów i obaj panowie zaproponowali mi małżeństwo. Wybrałam jednego z nich…” Dzisiaj wydaje się oczywiste, że jej drogi z Gesslerami musiały się skrzyżować. Wróciła do rodzącej się nowej Polski, w której zaczął się czas transformacji. Wiedziała, czego rodakom potrzeba po latach smutku, szarości i wyposzczenia. Magda wyciągnęła z polskiej kuchni to, co najsmaczniejsze, i połączyła z doświadczeniami bałkańskimi, hiszpańskimi i kubańskimi, ale bazą są smaki dworkowe, które podkręciła swoimi doświadczeniami zagranicznymi. Odciążyła ciężkie sosy, ciężkie zasmażki. Lubi smaki solidnie wykonane na sposób południowy, sosy na maśle, ale bez mąki, promieniste, słoneczne. Smak czerwonego barszczu podkręca wiśniami. Powstaje absolutnie genialny smak.

 Tak właśnie gotowała pochodząca ze wschodu babcia Magdy. Kuchnia Magdy odzwierciedla ją sama, jej życie, i przejawia się to też w wystroju wnętrz. Wystarczy obejrzeć jej program „Kuchenne rewolucje”.

Mogłabym jeszcze długo pisać o Magdzie Gessler o jej powodzeniach i nie powodzeniach w życiu rodzinnym, jednak uważam, że lepiej będzie polecić Państwu książkę „Imperium Gessler od kuchni” Małgorzaty Pietkiewicz Wydawnictwo Czerwone i Czarne sp. z o.o. Warszawa 2011, która o tym wszystkich napisała, a którą ja w nocy przeczytałam. Jaka miła niespodzianka dwie książki o tej samej osobie o pani Magdzie Gessler polskiej ikonie stylu i kuchni. Polecam serdecznie, zweryfikujcie swoje o Niej wyobrażenia i wiadomości, podawane dotychczas przez tabloidy, które jak zawsze bardzo mijają się z prawdą. Obie książki są bardzo ciekawe, ale jednak obie w jakiś sposób uzupełniają się, w jednej znajdują się  przepisy kulinarne malowane kolorem a w drugiej odsłonicie rąbek prawdziwego życia tej nadzwyczaj interesującej osoby.  

Polecam!

O trzeciej książce napiszę innym razem, gdyż  dotyczy ona kuchni włoskiej.

Druga paczka jak już napisałam zawierała telefon emporiaEleganceplus. Jest to nowy model telefonu komórkowego, który wyróżnia się kilkoma dodatkami. Ten prosty w użyciu telefon to kontynuacja popularnego modelu Elegance o którym pisałam w dniu   „Emporia dla Silverów”. Ponieważ od pewnego czasu używam telefonu Elegance dzisiaj zamienię go na emporięEleganceplus, a dla Taty już przygotowałam telefon emporiaLife. Ponieważ stan zdrowia Taty nie jest dobry, a ja muszę wyjeżdżać z domu, aby zrobić zakupy, pozałatwiać sprawy w Banku, Gminie, na poczcie, czy też zwyczajnie muszę pojechać do Przychodni Rodzinnej zamówić wizytę lekarską czy też dostarczyć skierowanie na badania krwi Tata musi przez ten czas pobyć troszkę w towarzystwie wilczura. Jednak sam wyjazd jest dla mnie stresujący, dlatego z okazji 87 urodzin Tata otrzyma emporięLife, która jest bardzo prosta w obsłudze a gdyby coś się działo, Tata już wie, jak należy nacisnąć czerwony guzik, aby dać mi znać, że coś się dzieje nie tak. W ten sposób On będzie pewien, że w razie nagłej potrzeby zostanę szybciutko zawiadomiona.

Wszystkim Państwu zaś przypomnę, że po naciśnięciu czerwonego guzika (ratuj życie) w telefonie emporiaLife lub czarnego dyskretnego guzika w telefonie emporiaEleganceplus,  telefon wysyła sms do osoby zaprogramowanej (IEC in case of emergency)  w książce telefonicznej z wiadomością, że zaraz nadejdzie alarmowy telefon, odbiorca (syn, córka, wnuczka) może być na naradzie i ma np. wyciszony telefon, jednak ten wibruje i daje znać o alarmowej sytuacji, odbiorca musi nacisnąć trzy razy zero, wtedy wiadomym jest, że jest gotów odebrać alarmowy telefon. Jeżeli nie zrobi tego, telefon wysyła sms  do kolejnej zaprogramowanej osoby,i cała sytuacja się powtarza. I tak jest (wysyłanie sms, oczekiwanie na potwierdzenie odbioru, odbiór alarmowego telefonu, dopóki , dopóty kolejny odbiorca odbierze alarmowy telefon. Jeżeli pomimo wysyłanych sms niestety żadna z zaprogramowanych osób nie odbiera wiadomości a tym samym telefonu, wtedy następuje automatyczne powiadomienie policji na numer 112. Tak… jest to dla mnie rozwiązanie optymalne, gdyż w końcu przestanę się bać moich nawet króciutkich wyjazdów z domu. Dlatego bardzo dziękuję Mikołajowi za dostarczone prezenty. Nie dość, że bardzo przydatne to jeszcze takie praktyczne, warto było być grzecznym i przeczyścić we wrześniu kominy. Serdecznie pozdrawiam mikołajkowo!

Wasza Jadwiga

Przypominam o konkursie, który trwa do 9 Grudnia 2011 do godz.24.00

 

 

Czy wiecie , że w ten sposób zadane pytanie potrafi być przyczyną rodzinnych sporów? Ale po kolei, zaraz wszystko wyjaśnię. Poszukując odpowiedzi na to pytanie musimy niestety nieco cofnąć się w czasie do Powstania Listopadowego. I tu rodzi się kolejne pytanie: a co ma powstanie listopadowe do Wigilii? Upadek powstania listopadowego pozbawił Polaków wszelkich złudzeń. Wobec zlikwidowania państwa polskiego z jego podstawowymi instytucjami i rosnącego nacisku ze strony zaborców, w celu unicestwienia myśli o odzyskaniu niepodległości, rodził się nowy kształt kultury narodowej, w którego obszar wchodziły także wzory kulinarne. Dokonało się to spontanicznie, a stymulowane było przez literaturę, ukazujące się pamiętniki i listy rodaków rzuconych poza granice ojczyzny. Podtrzymywanie tradycji uzyskało nową rangę. Powstał kanon kuchni narodowej, trwający aż do dziś. W tym wzorcu poczesne miejsce zajęły potrawy związane ze Świętami Bożego Narodzenia i Wielkiejnocy. Podobny status uzyskały dania popularne w całej Polsce od wieków jak: bigos, barszcz, pierogi czy zrazy. Tysiącom emigrantów czy zesłańców ojczyzna kojarzyła się nie tylko z przydrożnymi wierzbami, bocianami, strzechami i puszczaniem wianków w noc świętojańską, ale również z poszczególnymi potrawami. Dlatego spotykamy opisy potraw w literaturze na przykład u Henryka Rzewuskiego w imionniku Marii Szymanowskiej z opisem barszczu, pierogów, kartofli z cebulą, kurczaków nadziewanych z koprem i pietruszką, jak również opis bigosu, wspomnienia kawy, polewki piwnej, litewskiego chłodnika czy zrazów w „Panu Tadeuszu” Adama Mickiewicza, gdzie poeta utrwalił w ten sposób apoteozę polskiej kuchni.  A u Jana Bartkowskiego znajdujemy wspomnienia z uczty emigracyjnej złożonej z wybornego barszczu, smażonych zrazów z kaszą obwarzaną i pirogów leniwych. W listach i wspomnieniach wygnańców pojawiają się stale wzmianki o potrawach pamiętanych z młodości, którymi niespodziewanie ich ugoszczono na obczyźnie, słowami najczulszymi opisywanymi, a dotyczącymi smaków i zapachu polskich dań. W ten sposób jedzenie stało się nieoczekiwanie nośnikiem wartości narodowych, podtrzymujących na duchu w smutnej rzeczywistości emigracji, zsyłki czy dnia codziennego w podbitym kraju. W życie szlachty wkroczył głód i niedojadanie – zjawisko dotychczas nie znane. Bo jak pamiętamy głód dotyczył raczej chłopów i biedoty miejskiej. Inne warstwy spotykały się z nim wyjątkowo. Stąd zesłańcy, Polacy emigranci, zubożali obywatele, którzy szukali zarobku na obczyźnie poznają wartość kawałka chleba. Pojawiają się też opisy o tanich obiadach w Warszawie „ u Szmelcowej”, gdzie można było dostać zupę, chleb, mięso i jarzyny za 1 zł i 6 gr. Wtedy tez w okresie głodu i chłodu zapewne narodził się szacunek dla chleba. Chleb traktowano odtąd z czcią , nie wolno było wyrzucać resztek, a chleb który upadł podnoszono i całowano na znak przeprosin. Tak, ten chleb stał się dla wygnańców symbolem kojarzonym z ojczyzną. W XIX wieku kuchnia polska zbliża się do kuchni europejskiej, z zachowaniem narodowego charakteru. Polska przedrozbiorowa była ogromnym państwem wielonarodowym, spojonym dzięki historii i sarmackiej kulturze szlachty, która w owym czasie stanowiła naród, naród polski. Poczucie tożsamości narodowej chłopów praktycznie nie istniało, , a mieszczaństwo składało się z ludzi osiadłych w Polsce od paru pokoleń zaledwie. Wydawało się, że taka sytuacja spowoduje wynarodowienie Polaków w krótkim czasie, tymczasem szok utraty niepodległości, pierwsze próby walki o wolność , antynarodowe działania zaborców, zwłaszcza Rosji, spowodowały obudzenie poczucia więzi narodowej w coraz szerszych warstwach społecznych. Efekt rozdarcia państwa zaznaczył się w obyczajowości i w kuchni. Jak wiemy w każdym państwie istnieją kuchnie regionalne. We Francji, Hiszpanii, Niemczech czy Włoszech specjalności poszczególnych regionów (katalońskich, neapolitańskich, bawarskich, prowansalskich) powstawały lokalnie. W przypadku Polski różnice kuchni regionalnych stanowią spuściznę po zaborcach, bo choć pogranicze zawsze przejmuje pewne potrawy od sąsiadów, to teraz upodobanie kulinarne objęły teren całego zaboru. Nawet sławetny samowar, który przyjął się w Królestwie i przetrwał do I wojny światowej. Choć prawdę  powiedziawszy nasz samowar z Tuły przyjechał do Polski do Warszawy z Babcią Marią w roku 1921. Inne nawyki kulinarne były znacznie trwalsze i ogromne przemieszanie ludności w wyniku II wojny światowej ich nie zatarło. I tu dochodzimy do pytania zadanego w tytule: co Państwo jedzą na Wigilię? Aby ujawniły się różnice, pomimo upływu lat, bo barszcz czy zupa grzybowa, śledzie, kapusta z grochem czy kapusta z grzybami, pierogi czy kutia, makowiec czy kluski z makiem stanowią zasadniczy problem w poszczególnych rodzinach, w których małżonkowie pochodzą z różnych regionów Polski.

Poznańskie przejęło pewne cechy kuchni niemieckiej: golonkę, kluski drożdżowe, kluski na parze, ciasta drożdżowe podawane do kawy, przygotowywanie przetworów warzywnych i owocowych, marynat i marmolad oraz kompotów. Zabór rosyjski przejął samowar i długo wszystko co rosyjskie było pomijane, nawet bliny i pierogi, pewnie z nienawiści do okupanta, że o kutii nie wspomnę. To czym się zajadano to flaki, rosoły, krupniki, pieczenie, kotlety. Najwięcej potraw przejęto od zaborcy i sąsiadów w Galicji. Galicja stanowiąc część Cesarstwa Austro-Węgierskiego posiadała kontakty  z Czechami, Węgrami, Rumunami i Ukraińcami, we Lwowie było wielu Ormian, a także Żydów. Można powiedzieć rzesze Żydów. Kuchnia była terenem na którym kultury narodów stykały się i przenikały. Jedzono więc paprykę we wschodniej Galicji, bakłażany, mamałygę, gulasz węgierski, bliny, pierogi ruskie, kutię, a także przejęte z kuchni wiedeńskiej wspaniałe słodycze, a nade wszystko torty. Dawni Polacy cenili dobre jedzenie, mówili i pisali o nim chętnie. Stąd piękne teksty M.Reja, J.Kochanowskiego, Potockiego, Morszczyna, Kochowskiego, Kitowicza. Poezja sprawia, że wierzymy w sielski obraz naszej najsmutniejszej historii. I tu literatura znowu staje się nośnikiem wartości patriotycznych. Nagle Wigilia staje się Polską Gwiazdką. Emigranci, zesłańcy w tym dniu utożsamiają opłatek, barszcz czy mak z oddalonym krajem, a kolacja wigilijna staje się symbolem ojczyzny, po prostu obrasta w emocje nie znane innym narodom. I znów przełomem było powstanie styczniowe, restrykcje po kolejnym upadku zrywu patriotycznego, zsyłki, konfiskaty mienia, emigracja, uwłaszczenie chłopów w Kongresówce są motorem głębokich zmian. Żałoba narodowa nie sprzyjała zbytkom i pisaniu o sprawach stołu, było wręcz niestosowne. Nastąpiła zmiana hierarchii wartości. Pisanie na temat jedzenia było nietaktem. I ani Reymont, Orzeszkowa, Prus czy Sienkiewicz nie rozpisywali się na temat jedzenia, dalecy byli od sybarytyzmu. Kuchnia w tym czasie kończy okres przeobrażeń. Przemieszczanie się ludności ze wsi do miast zwiększyło zapotrzebowanie na książki kucharskie, w których znajdujemy przepisy na potrawy smaczne i tanie. Bestsellerem stulecia stała się książka Ćwierciakiewiczowej „365 obiadów za pięć złotych”. Książki kucharskie starały się ułatwiać życie podając dokładne przepisy. Kuchnia końca  XIX wieku niewiele różni się od dzisiejszej, ponieważ ostatecznie zwyciężyła kuchnia prosta, chudopacholska, rodem z czasów Rzepichy, nie ze stołów barokowych. Przetrwał kapuśniak, barszcz i rosół, bigos, mięsiwa pieczone i duszone, pierogi, kluski i  naleśniki i z tych udoskonalonych  potraw przygotowujemy dzisiaj nasze  dania wigilijne. No to w końcu zadam pytanie: co Państwo jedzą na Wigilię?

A pytania zadawała szperając w swojej bibliotece  i opisując dawne czasy przy pomocy Krystyny Bockenheim i jej książki „Przy Polskim Stole”

Wasza Jadwiga

KONKURS  przypominam o ogłoszonym konkursie:

Dlatego dzisiaj po dwóch latach blogowania zapraszam wszystkich do zabawy mikołajkowej: z okazji drugiej rocznicy mojego blogowania ja , Firma Emporia Telecom, i  Flora Point,  przygotowaliśmy upominki dla 3 osób, które komentując moje wpisy zajmą zaszczytne miejsca 5999, 6000, 6001, oraz 8 upominków mikołajkowych dla tych, którzy wpiszą najciekawsze komentarze. Jury konkursowe to Grzegorz i Monika, moi wierni od lat Przyjaciele. Niestety nie mogę napisać, jakie to będą upominki, gdyż Mikołaj przyniesie je, jako prezenty niespodzianki w ramach obchodów dnia Św. Mikołaja.

 

Oczywiście wyniki konkursu zostaną ogłoszone a zwycięzcy otrzymają swoje wygrane upominki pocztą. Zapraszam do zabawy! Serdecznie pozdrawiam i życzę wspaniałego tygodnia!

Wasza Jadwiga

Content Protected Using Blog Protector By: PcDrome.