Subskrybuj kanał RSS bloga Okiem Jadwigi Subskrybuj kanał RSS z komentarzami do wszystkich wpisów bloga Okiem Jadwigi

Archiwum miesiąca Październik 2011

Od kilku dni wszyscy odwiedzamy bliskich na naszych cmentarzach. W Polsce Święto Zmarłych jest Świętem refleksji i zadumy. Wracamy myślami do naszych bliskich, którzy odeszli od nas całkiem niedawno jak i lata temu. Odwiedzamy ich groby, stawiamy świeczki i przynosimy kwiaty. Tak jak uczyli nas Dziadkowie, Rodzice, jak my sami uczymy nasze dzieci. Wraz z globalizacją przyszło do nas Święto Halloween, mające akurat u nas zwolenników jak i przeciwników. Wymieniając korespondencję z Beatą, otrzymałam jeszcze w lipcu, jak zwykle bardzo ciekawy list dotyczący starego londyńskiego Cmentarza Kensal. Byłyśmy tam kiedyś razem, dlatego Beata o nim wspomniała. Uważam, że właśnie ten list świetnie nadaje się do opublikowania dzisiaj, gdyż przed nami 1 Listopada, który w Polsce niezmiennie od lat obchodzimy w ten sam sposób. Zapraszam  wszystkich do Anglii na jeden z londyńskich cmentarzy tym razem  Kensal. Oto list Beaty:

Co ma wspólnego królowa Wiktoria z naszym Fryderykiem i Gotami? Wydawałoby się, że niewiele, a jednak… W słoneczne popołudnie wybrałam się na Kensal, piękny stary londyński cmentarz. Cmentarze i wszystkie z nimi związane tematy przyprawiają mnie o dreszcze, ale tym starym cmentarzem z epoki królowej Wiktorii byłam zafascynowana od dłuższego czasu. Przypomina on swoją wyniosłością tak dobrze znany polakom paryski cmentarz Pere-la-Chaise. W Londynie jest kilka takich starych cmentarzy i wszystkie są godne odwiedzenia, ale Kensal kusi corocznymi nietypowymi uroczystościami, z których uzyskane fundusze są przeznaczane na cel ratowania tych zabytków. Feta na owym cmentarzu jest stonowana, ale również ekscytująca ze względu na poruszaną w moich poprzednich blogach, angielską ekscentryczność. Otóż panie i panowie zwiedzający cmentarz w tym dniu ubierają się w stroje żałobne z epoki królowej Wiktorii. Dla osób niewtajemniczonych, wejście na cmentarz i ujrzenie przechadzających się pomiędzy grobami zawoalowanych pań w czarnych krynolinach i towarzyszących im panów w surdutach i kapeluszach może spowodować gwałtowne palpitacje serca. Atmosferę wręcz filmową potęgują samochody pogrzebowe pamiętające naszych pradziadków; żebyśmy nie mieli wątpliwości, że to samochody pogrzebowe, to niektóre z trumnami w środku. Dla wyjaśnienia dodam, że pustymi, choć na jednej z nich zaczęły się podejrzanie gromadzić muchy… Śmierć i pogrzeby w XIX wieku były zupełnie inaczej traktowane niż obecnie. Śmierć towarzyszyła rodzinom, na co dzień. Statystyki wskazują, że 3 na 20 dzieci umierało przed pierwszymi urodzinami. Średnia życia mężczyzny wyższej klasy wynosiła 42 lata a robotnika 22.  Ludzie umierali zazwyczaj w domu i niejednokrotnie małżonkowie lub rodzeństwo dzielili łoże z umierającym. Czuwanie przy zmarłym trwało kilka dni, aby umożliwić zjechanie się całej rodziny na uroczystości pogrzebowe. Pokój ze zmarłym był wypełniany kwiatami i palącymi świecami, dlaczego pozostawiam to wyobraźni czytelników. Lustra zasłaniano czarnym materiałem, gdyż wierzono, że dusza w ten sposób będzie mogła spokojnie przejść na ”drugą stronę”. Zasłonięcie ich miało też uniemożliwić zobaczenie siebie w lustrze, co oznaczałoby rychłą śmierć. Szeroko stosowaną metodą na uniknięcie śmierci było zawiązanie czarnej kokardki przed wejściem do domu zmarłego. Zwłoki wyprowadzano nogami, żeby zmarły nie mógł przywołać w zaświaty dalszych członków rodziny. Uroczystości pogrzebowe były huczne, pachołkowie, ozdobne halabardy, liczne czarne konie w zaprzęgu, strusie pióra, srebrne dekoracje. Żona po mężu pozostawała w żałobie przez 12 miesięcy i w tym czasie nosiła obowiązkowo czarne suknie.

Przykład najdłuższej żałoby dała w Anglii sama królowa, która pozostała w tym stanie przez 40 lat po śmierci swojego ukochanego Alberta. Kolor czarny uznawany był za żałobny już w starożytnym Rzymie; panów obowiązywała toga pulla a panie –lugubria, niemniej jednak żałobnym kolorem również uznawano w niektórych okresach kolor czerwony jak również biały (szczególnie w okresie średniowiecza).

W trakcie żałoby dopuszczalne było noszenie tak zwanej biżuterii żałobnej, którą były na przykład bransoletki wykonane z…..włosów zmarłego po ich uprzednim wygotowaniu w sodzie. Popatrzmy jednak teraz na cmentarz Kensal; zaskakująco wielkie mauzolea, tradycyjne przebogate groby z pięknymi urnami, wysmukłe, lecz ułamane kolumny, popiersia, egipskie obeliski, piramidy, gotyckie fantazyjne wieżyczki, anioły – jak widać, iście eklektyczny zbiór. W niektórych grobach montowany był dzwonek.

Dzwonki takie były dołączane za pomocą specjalnych łańcuszków do trumny i gdyby ktoś został przedwcześnie pochowany to dawało mu to szansę na podniesienie alarmu. Stąd też wzięło się angielskie powiedzenie „saved by the bell” (uratowany przez dzwonek).

No cóż, nawet Fryderyk Chopin bał się pochowania za życia i kazał przysięgać, że po śmierci zostanie wykonane post mortem. Wraz ze śmiercią królowej Wiktorii szeroko rozwinięte rytuały pogrzebowo żałobne zaczęły powoli zanikać. Ponowne zainteresowanie cmentarzami przyszło z zaskakującej strony – od współczesnych gotów. Ich fascynacja śmiercią i dostrzeganie piękna w przemijaniu i rozkładzie spowodowały, że w uroczystościach na cmentarzu Kensal biorą oni czynny udział.

Paradują, więc w swoich czarnych strojach, z tatuażami i ekscentrycznym makijażem obok tych XIX wiecznych krynolin i w jakiś niewytłumaczalny sposób do siebie pasują. Nie wiem czy wizualna harmonia uzyskana jest przez ten dominujący czarny kolor czy też przez przyjazne uśmiechy wszystkich biorących udział. Ważne, że jest serdecznie, ciekawie i wcale nie makabrycznie.

Zaczęliśmy od królowej Wiktorii to i na niej skończmy. Żałoba dla niej też się skończyła, gdyż pocieszenie przyniósł jej szkocki służący, John Brown (brawurowo zagrany przez Billy Connolly w filmie Mrs Brown). Ponoć nawet go potajemnie poślubiła; przynajmniej tak twierdził ksiądz Norman Maclead, ale dowodów na to jednoznacznych nie ma. Po śmierci Johna, jako kobieta już 68 letnia nawiązała bardzo bliski kontakt z hinduskim służącym o imieniu Abdul Karim, który miał zaledwie 24 lata! Rodzina jej tego nie wybaczyła i po jej śmierci spalili wszystkie listy i dokumenty, w których wystąpiło jego nazwisko.

Niemniej John Brown chyba był jej największą miłością, bo nakazała do swojej trumny włożyć jego fotografię, listy, lok włosów jak również pierścień, który od niego dostała. Wznieśmy, więc toast za zmarłych i za tych, co mają odwagę żyć, szczególnie niekonwencjonalnie!

Mam nadzieje, że wybaczycie mi ten wpis, gdyż sama przejechałam już wszystkie Cmentarze w Warszawie, gdzie śpią moi bliscy. Zresztą jak wiecie odwiedziłam tego lata również Moją Ukochaną Babcię, Siostrzenicę oraz grób mojego pierwszego Męża.

Dzisiaj zaś, postanowiłam pokazać  Wam inną tradycję, kulturę, nie tak nostalgicznie i refleksyjnie, ale z  Szacunkiem.

Wasza Jadwiga

Lech Terpiłowski w swojej przedmowie do płyty Pani Lucyny Arskiej „Na Cygańską Nutę” tak napisał: „…Obserwując dzisiaj jak z dnia na dzień Cyganie podlegają procesom asymilacji, stając się społecznością osiadłą i stateczną, aż trudno sobie wyobrazić, że kiedyś byli uosobieniem rozwichrzonych wędrowników. Ech, gdzie te czasy, gdzie niegdysiejsze romanse cygańskie… Któregoś dnia przyjdzie nam chyba uwierzyć piosence, że istotnie – prawdziwych Cyganów już nie ma. Że pozostała jedynie barwna legenda i zachowane w piosence już tylko, kolorowe rekwizytorium cygańszczyzny. Z jej taborami, ogniskami, wróżbiarstwem i fantastycznymi opowieściami o napawających dreszczem zwyczajach i obyczajach tej nacji, stanowiącej niegdyś jakże wdzięczny temat dla autorów powieści odcinkowych w gazetach: bez bogatego panicza, porwanego dziecka przez Cyganów, powieść taka była nieważna.

Przecież nie tylko bulwar żył z folkloru cygańskiego. Karmili odbiorców egzotyką taborową także i twórcy cieszący się estymą w narodzie. Sama tylko „Chata za wsią” Kraszewskiego posłużyła za kanwę libretta operowego paru kompozytorom, w tym Noskowskiemu i samemu Ignacemu Paderewskiemu („Manru”). Dusznym dramatom sekundował na scenie operetkowej Straussowski „Baron Cygański”, a w biedermeierowskich salonikach panienki z dobrych domów wygrywały na fortepianach smętne romanse cygańskie: te oryginalne, którym wdzięku szczególnego przydawał Aleksander Wertyński, i te produkowane seryjnie w teatrzykach lat międzywojennych przez niezmordowaną Zofię Bajkowską dla Stanisława Ratolda, Karola Hanusza i słynnej naszej grand romansistki, Serafiny Talarico.

Ale to już wszystko brzmi, jak opowieści zza światów. Póki, więc jeszcze folklor cygański do reszty nie roztopił się w magmie kultury bieżącej – korzystajmy z okazji posłuchania starych romansów z nowymi słowami. Śpiewa je z nieukrywanym sentymentem i upodobaniem gatunku, LUCYNA ARSKA. I choć śpiewa bardzo różne piosenki, koncertując w kraju i poza granicami (Paryż, Bruksela, Amsterdam, Kanada, USA), najlepiej czuje się w repertuarze romansowym, gdzie sentymenty, nastrój zadumy i sekretne cygańskie smutki panują, gdzie tamburino podzwania i pod wtór skrzypiec „marzenie dzwoneczkiem ucieka”… Chwytajmy je, więc, póki jeszcze uchwytne, póki „Oczy czarne” mają ten swój nieodgadniony blask nad przeboju kilku epok…”

http://w127.wrzuta.pl/audio/36pqNSnIkWs/05_sciezka_5 Oczy czarne

Czytając wywiady z Lucyna Arską znalazłam takie oto stwierdzenie:

„… Przylgnęła do pani etykietka jedynej w Polsce wykonawczyni romansów cygańskich, specjalistki w tym gatunku muzyki. Nie czuje się pani zaszufladkowana? Oto odpowiedź pani Lucyny: „…Zdaję sobie sprawę, że były ku temu powody, na moich płytach ukazywały się głównie romanse cygańskie, przeważnie z nimi jeździłam na występy zagraniczne wreszcie na koncertach w Polsce proszono mnie o taki repertuar. Nie dziwię się nawet, bo są to lubiane piosenki, a w Paryżu, na przykład, niezmiennie za nimi szaleją. Jest to jednak zaledwie część mojego repertuaru. Niemniej mogę powiedzieć, że przez cały czas nie wychodzę z kręgu pieśni i piosenek do tak zwanego kameralnego słuchania, gdzie ważna jest melodia i tekst, a nie rytm i nasilenie dźwięku. Ale wracając do romansów nigdy nie usiłuję udawać „prawdziwej” cyganki, śpiewam je od siebie.

http://w127.wrzuta.pl/audio/4F1EsRSlgYE/12_sciezka_12 Całuj

http://w127.wrzuta.pl/audio/4TH9Flg00J2/10_sciezka_10 Furtka

Pierwsze występy po ukończeniu szkoły miałam w Lublinie w Teatrze im. Juliusza Osterwy, tytuł przedstawienia „Warszawska Piosenka” w reżyserii Jerzego Rakowieckiego i Mariana Jonkajtysa, autorem przedstawienia był mój mąż Zbigniew Adrjański, kierownictwo muzyczne spektaklu sprawował Zbigniew Rymarz.  Z Lublina dostałam angaż do Wrocławia występowałam z Wojciechem Dzieduszyckim i w Teatrze Rozmaitości. Później występowałam we wszystkich Estradach jeżdżąc po całej Polsce, następnie w variette „Wiosenne Perypetie”, które to przedstawienie było połączone trochę z cyrkiem ( zresztą brały dwa miśki, a jeden z nich w auli w Krakowie, nawet raz uciekł treserowi w stronę publiczności, ale nikomu nic się nie stało).

W tym czasie PAGART i niezmordowany Władysław Jakubowski organizował w Warszawie przeglądy dla impresariów z całego świata, ja już wtedy śpiewałam cygańskie piosenki i romanse i tak między innymi dostałam angaż i zaczęły się wojaże zagraniczne, trwające po kilka miesięcy, nagrałam też płytę, później następną długogrającą „Na Cygańską Nutę”, dużo tekstów napisał dla mnie mój mąż, który pisał pod różnymi pseudonimami jak Marta Bellan, Jacek Podkomorzy i Zbigniew Szczęsny. Zresztą dzięki temu dysponowałam dużym repertuarem w skład, którego wchodziły ballady, romanse, piosenki warszawskie.

Przygotowaliśmy razem z mężem piosenki Marleny Dietrich z filmu „Błękitny Anioł” z jej wielkim przebojem: „ Ja jestem tylko na to żeby kochać mnie i to się dobrze wie, i nic więcej”, który wykonywałam wzorując się, ale krótko, na tej artystce (stąd moje blond włosy). Występowałam w USA i Kanadzie wyjechaliśmy na wielkie tournée z panem Mieczysławem Foggiem.W programie  jubileuszowym„Sentymentalny Pan” z okazji 50- lecia pracy artystycznej pana Mieczysława.  W widowisku występowali: Lucyna Arska,  Ewa Ulasińska,  Karol Stępkowski, Wiktor Śmigielski i gościnnie zaproszony autor „Czerwonych maków” Feliks Konarski  (Ref-Ren).Trzecie moje tournee amerykańskie odbyłam w reprezentacyjnym programie Pagartu i Jana Wojewódki „Pod polskim niebem, do którego scenariusz napisał Zbigniew Adrjański, tam występowałam z Agnieszką Fitkau-Perepeczko, Markiem Perepeczko, Martą Bochenek,Kazimierzem Wichniarzem, Ryszardem Adrjańskim i Zbyszkiem Rymarzem. Program reżyserował Marian Pysznik.

W moim repertuarze były też piosenki wojskowe, stąd nie można mnie zaszufladkować tylko do repertuaru romansów cygańskich. Pracowałam jeżdżąc i występując po całym świecie, z jednym wyjątkiem nigdy nie byłam w ZSRR, choć byłam we wszystkich państwach bloku wschodniego, w USA, w Kanadzie, a nawet w Japonii, w Europie zachodniej, to jakoś do ZSRR nie dojechałam a szkoda, ponieważ Rosjanie mają wybitnych wykonawców romansów cygańskich, tylko, że wtedy nie wypuszczali ich za granicę.

W Warszawie długo występowałam w „Podwieczorku przy mikrofonie”, spotkałam wielu aktorów, jak wiadomo wtedy mówiło się, że aktorzy tam trochę chałturzyli, jednak mogę powiedzieć, że ja bardzo się przykładałam do tych występów wychodząc z założenia, że jak cię widzą tak cię piszą. Byłam zawsze uczesana, ( o co było nietrudno, ponieważ moje włosy z natury się kręcą), ale też zawsze ubrana w strój najchętniej uszyty własnoręcznie przeze mnie. (O tych strojach, o szyciu, robieniu na szydełku i haftach napiszę w oddzielnym opowiadaniu, jak również za pozwoleniem pani Lucyny sfotografuję wszystkie suknie przygotowane przez nią na scenę). Dla mnie wskazówką, a także moim cicerone w zakresie estradowego emploi była Dalida, którą poznałam, była wytworna w każdym calu i bardzo zadbana.

Spośród artystów najmilej wspominam Kalinę Jędrusik przyjaźniłyśmy się bardzo, Barbarę Rylską, kiedyś dawno śpiewałyśmy w duecie występując na studenckich  balach. Spotykałam się prywatnie i na scenie z Panią Hanką Bielicką, (która brała mnie do swoich programów) bo bardzo mnie  lubiła. Koncertowałam z Marią Koterbską, Lidią Korsakówną, Kazimierzem Brusikiewiczem, Januszem Gniatkowskim, Urszulą Dudziak, Anną German,  Wojciechem Dzieduszyckim, Emilem Karewiczem i Wojciechem Siemionem.

A wracając do miłych wspomnień roku 1962, studenci teatrzyku Rudy Kot w Gdańsku, zorganizowali konkurs piosenki, ja byłam wtedy jeszcze w szkole, ale pojechałam i brałam udział w czterech czy pięciu rundach eliminacji, to było śmieszne jak sobie dzisiaj pomyślę, bo ja wygrałam zajmując I miejsce, II miejsce zajął Czesław Wydrzycki wtedy po tym konkursie dopiero zaczął używać pseudonimu Niemen, a III miejsce zajął Piotr Szczepanik..”, nota bene jury pracowało pod przewodnictwem Franciszka Walickiego, ojca chrzestnego wielu kolorowych zespołów polskiego rocka…”

Pani Lucyna opowiada o sobie o swoim zamiłowaniu do wsi, do przyrody, o ich przenosinach na wieś, które miały dwa etapy, najpierw do Puszczy Białej, a później na wieś mazowiecką. Dzisiaj państwo Adrjańscy  mieszkają w uroczym miejscu na wsi pod Warszawą, gdzie pani Lucyna swego czasu prowadziła gospodarstwo rolne. „Początkowo ludzie na wsi byli nieufni, z czasem polubiliśmy się i stąd wzięła się moja praca społeczna na rzecz mojej wsi. A problemów jak w każdej społeczności wiejskiej mamy dużo, zresztą bliskość Warszawy jest pozorna, a problemy poważne”. Na zakończenie pani Lucyna pokazuje mi wydawnictwo – Lucyna Arska przypomina, Romanse Cygańskie, w środku znajduję taką oto dedykację:

Ten skromny zresztą wybór romansów cygańskich, z mojego repertuaru, zamieszczonych w tym albumie, dedykuje przede wszystkim – moim wspaniałym autorom, kompozytorom i muzykom, z którymi współpracuję: Z. Kaszkurowi, Cz. Lubczy- Seniuchowi, W. Sieradzkiej Z. Rymarzowi, A. Seroczyńskiemu i L. Kozłowskiemu, który nagrał ze mną specjalna płytę pt. „Romanse i niuanse”- Lucyny Arskiej. A także znakomitym partnerom i śpiewakom, z którymi w repertuarze romansów cygańskich występowałam na scenie: M. Kawskiemu, J. Giżewskiemu, P. Thorowi, B. Krzywickiemu. Zanim do tego doszło wiele zawdzięczam profesorom: W. Wermińskiej, W. Brzezińskiemu, H. Skarżance, A. Janowskiej, K. Łubieńskiej i Ludwikowi Sempolińskiemu, który na egzaminie dla aktorów estradowych orzekł powinna pani śpiewać romanse cygańskie. Tak jak kiedyś Niuta Bolska, Iza Kremer i Serafina Talarico, zadumał się głęboko, wspominając widocznie dawne gwiazdy warszawskich kabaretów i café chantanów. Nie powiedziałam wtedy prof. Sempolińskiemu, na tym egzaminie aktorskim, że znam wiele pieśni i romansów cygańskich od Mojej Matki, Ciotek, Kuzynek. Im także należą się w tym miejscu specjalne wspomnienia. Ale najwięcej w dziedzinie romansów zawdzięczam

Mojemu Kochanemu Mężowi i Wiernemu Przyjacielowi na mojej artystycznej drodze, który dla mnie stworzył wiele specjalnych tekstów, programów i kabaretów z cygańską piosenką. Sam zresztą jak chce, to śpiewa te pieśni najlepiej na świecie. Tylko, że nie chce!

Tobie Zbyszku, dziękuję najbardziej!

Lucyna

Tak moi drodzy, w ten sposób pani Lucyna podziękowała swoim Bliskim i Najbliższym za lata współpracy, za tysiące kilometrów przejechane po świecie, za piękna muzykę i wspaniałe teksty tworzone dla niej.

A ja zapraszam wszystkich do jeszcze jednego spotkania z panią Lucyną, tym razem będzie o sukniach, strojach i o tworzeniu magii  scenicznego emploi.

Wasza Jadwiga

Dzisiaj przedstawię Państwu niezwykłą osobę, piosenkarkę popularną w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, laureatkę konkursów i Radiowych Giełd Piosenek, o których pisałam w dn. 28.01 i 31.01.2011 r., śpiewającą ciepłym altem o niepokojącym i zmysłowym brzmieniu, kobietę o wielkiej urodzie, którą pan Ludwik Sempoliński namówił do wykonywania cygańskich i salonowych romansów. Pani Lucyna jest absolwentką Liceum Sztuk Plastycznych i PŚSM w Warszawie.  Dlaczego chcę wam przedstawić panią Lucynę? Ano, dlatego, że poznałyśmy się pewnego zimnego dnia w ZAIKS-ie, na benefisie Jej męża Zbigniewa Adrjańskiego (wpis z tego wydarzenia nosi datę 19 listopada 2010).Ponadto szukając materiałów w sieci znalazłam skąpe informacje dotyczące Lucyny ARSKIEJ. Wydaje mi się, że ze względu na urodę głosu i piękną aparycję Lucyna powinna być zaprezentowana szerszej publiczności. Poparciem tych słów niech będzie wpis na jednym z blogów muzycznych, dotyczący płyty winylowej pod tytułem „Na cygańska nutę”: „..Trafiłem przypadkowo na ten winyl, przygarnąłem, gdyż bladego pojęcia nie miałem, że taki w ogóle był. http://polskieplytywinylowe.blogspot.com/2010/03/lucyna-arska-1978-na-cyganska-nute.htm1 Winyl zatytułowany „Na cygańską nutę”, ale dość mocno podlany klimatem „rosyjskich romansów”. Piosenki bardzo dobre, wpadły mi w ucho od pierwszego posłuchania. W tle przygrywa orkiestra, więc ładnie to zagrane i zaaranżowane. Pani zjawiskowa! Powiem tak, trochę lepiej ten winyl gra niż wygląda okładka (sfatygowana), ale tylko trochę. Może kiedyś trafię na lepszy egzemplarz, póki co, do posłuchania to, co jest. Myślę, że warto. Kim była Lucyna Arska?

Pytanie w sieci postawione pozostało do dnia dzisiejszego bez odpowiedzi. I właśnie na to pytanie ja postanowiłam odpowiedzieć, ponieważ miałam możliwość spotkać się z panią Lucyną Arską- Adrjańską. Z Lucyną i Jej mężem spotkaliśmy się  jakiś czas temu ( ja i ślubny) w Centrum Olimpijskim, gdyż ten budynek znajduje się po drodze do domu państwa Adrjańskich. W rozmowie przyznali się, że  ilekroć przejeżdżają tędy, tyle razy budynek budzi ich zachwyt. Wiedząc o ich upodobaniu do budynku PKOL, a jednocześnie zamiłowaniu do dobrej kuchni, wymyśliłam właśnie Centrum na nasze kolejne spotkanie, gdyż pierwsze odbyło się w ich klimatycznym domu. Lucyna tak, jak obiecała przyniosła swoje wycinki z gazet, zdjęcia, płyty, programy występów. Spędziliśmy kilka godzin razem, najpierw zwiedzając Centrum Olimpijskie wraz z Muzeum Sportu (co gorąco polecam wszystkim, tym, którzy tam jeszcze nie byli), a później siedząc w przytulnej restauracji Moonsfera z widokiem na panoramę Warszawy, rozmawialiśmy na tematy występów, recitali, wyjazdów do wielu ciekawych krajów oraz o pracy z wieloma wspaniałymi artystami. W  jednym z wywiadów z roku 1987 Lucyna tak odpowiadała pytającemu ją dziennikarzowi o udział w wielkich festiwalach piosenek: „… prawdę mówiąc, nie nadaję się na wielkie festiwale. Jestem raczej piosenkarką w kameralnym stylu i nastroju. Źle się czuję na wielkiej estradzie, po której można jeździć czołgiem…” I dalej na pytanie dziennikarza – „Ma pani przecież duży, piękny głos altowy, którym pani pięknie operuje”, „Ale paraliżuje mnie trema. Te wszystkie orkiestry, fanfary jupitery, wejścia i zejścia konferansjerów. Słowem: ceremoniał [...] Na moje recitale przychodzi publiczność stateczna, w stylu retro. A jeśli trafiają się młodzi, to są to zakochani. Moja pierwsza płyta długogrająca nosi świadomie przekorny tytuł: ”Romanse i niuanse”. Nie śpiewam bowiem cygańskich pieśni taborowych. Nie naśladuję zbytnio chyba śpiewających cyganów i sama nie udaję przy tym cyganki… Po prostu śpiewam piosenki „z epoki, której już nie ma”. Jestem niepoprawną romantyczką, a rodowód cygańskich romansów nie zawsze jest cygański. Raczej rosyjsko-mołdawsko-węgierski. Romans cygański został wytopiony w tyglu z muzyką, do którego wrzucono różne rytmy, melodie. Węgierskiego czardasza i rumuńską horę. Oszalałą zawadiacką czastuszkę i rosyjską pieśń ludową…”. Na ten temat można długo mówić.

Sama o sobie opowiada: Moja przygoda z romansami cygańskimi zaczęła się dawno. Moja mama pochodziła z Jekaterynosławia (Dniepropietrowska) nad Dnieprem vis a vis ujścia Samary w Rosji. Pochodziła z rodziny Czajkowskich, bardzo pięknie śpiewała. Pochodzę z bardzo muzykalnej rodziny. W domu śpiewała mama i siostry. Wystarczyło, że zebrały się trzy osoby i już powstawał chórek trzygłosowy. Romansów cygańskich nauczyła mnie mama, miała je w swym repertuarze. Ojciec był pilotem. Latał w PLL LOT, nie było go bardzo często w domu, a mama tęskniąc śpiewała właśnie te romanse i ja je od niej dostałam, bo żeby śpiewać romanse trzeba śpiewać je sercem.

Naukę śpiewu pogłębiałam na wydziale estradowo-piosenkarskim, u sławnych mistrzów śpiewu Wandy Wermińskiej i Wacława Brzezińskiego. Moimi wykładowcami byli też: Aniela Świderska, żona Bronisława Pawlika, który często przychodził do nas na zajęcia, Wacław Brzeziński, który przed wojną wraz z Mieczysławem Foggiem śpiewał w Chórze Dana, Hanka Skarżanka, Alina Janowska, Karolina Łubieńska aktorka (świetna przedwojenna pływaczka, przepłynęła dystans z Sopotu na Hel), Aniela Świderska, prof. Ludwik Sempoliński, Nata Lerska, Juliusz Sztatler. Uczono nas piosenki, dykcji, interpretacji piosenki, harmonii muzycznej, solfeżu, fortepianu, instrumentów, pozwalających poznać stronę muzyczną danego utworu. Dyplom zdawałam przed Komisją Egzaminacyjna dla Aktorów, której przewodniczącym był  prof. Aleksandrem Bardinim, a członkami prof. Kazimierz Rudzki i  prof. Ludwik Sempoliński, za namową którego zaczęłam śpiewać romanse. To właśnie pan Sempoliński słysząc mnie i widząc  namówił  na śpiewanie tego gatunku piosenek, widząc we mnie  następczynię przedwojennej diwy śpiewającej romanse pani Serafiny Talarico oraz Niuty Bolskiej. Dał mi kilka starych romansów, których nikt nie znał i tak w nie wsiąkłam. http://w140.wrzuta.pl/audio/6fRhnTol0Zv/06_sciezka_6

DRAGO śpiewa Lucyna Arska  , muz. K.Ananiew tekst Marta Bellan

http://w140.wrzuta.pl/audio/7p0jWOluYxf/01_sciezka_1

Romans przy ognisku śpiewa Lucyna Arska , muz. L.Kozłowski tekst Marta Bellan

Pani Lucyna opowiada o sobie, że jest urodzonym Skorpionem, a ludzie spod tego znaku są wszechstronni, toteż potrafi posługiwać się młotkiem, pędzlem, siekierą tzn. w razie potrzeby wbija gwóźdź, maluje pokój. Ma dyplom szkoły pielęgniarskiej Akademii Medycznej w Gdańsku i dyplom kartografa.  Jest aktorką estradową, która prowadziła gospodarstwo rolne. Na ziemi szóstej klasy otrzymywała 35 kwintale zboża z hektara. Do punktu skupu odwoziła najczystsze zboże. W swoim gospodarstwie rolnym hodowała kaczki, kury, indyki, gęsi, kozę. Pewnego razu przez pół roku wraz z czterema królikami karmiła cztery zajączki. Gdy podrosły, poszły w pole. Całą zimę przechowywała dziką kaczkę, która pofrunęła wiosną. Dwa lata temu po podwórku biegało dwanaście psów. Teraz trzyma psa i przybłędę,  czarnego kota na szczęście.

O sobie mówi: lubię haftować, rysować, robić na drutach na szydełku. Niektórzy mówią, że robótki to dla starej daty osób, wiekowych. Ja miałam dwadzieścia lat, jak się tym zajmowałam. Nieraz jadąc na koncert w autokarze dziergałam, haftowałam. Sama projektowałam suknie i szyłam je. Podczas wyjść na scenę otrzymywałam olbrzymie brawa. Oryginalne kreacje publiczność od razu zauważała.

W szkole, do której uczęszczali  wraz ze mną  Łucja Prus, Regina Pisarek, Stenia Kozłowska, M.Nowak, Anna Prucnal, Elżbieta Jodłowska,  zostałam chyba „przeuczona”. Śpiewałam za dużo piosenek w różnych stylach, rytmach i gatunkach. Nagrywałam zresztą ze znanymi orkiestrami: E. Czernym, P. Figlem, A. Mundkowskim, L. Bogdanowiczem. Miałam nawet przeboje i szlagiery (np. słynne „Orzeszki w czekoladzie”, „Powtórz mi”, „Lunatycy”, ”Nigdy więcej”, „Nie zawiodło mnie przeczucie”). Wygrywałam Giełdy piosenek i konkursy. Ale instynktownie czułam, że wszystko to, nie jest  moje, własne, choć technicznie, czyli aktorsko i wokalnie wykonywane  poprawnie. Po prostu trzeba było czasu, doświadczeń, licznych występów na estradach, żeby dojść do własnego stylu. Mam swoje ukochane mniej znane piosenki i piosneczki, lub wcale nieznane, które śpiewam najchętniej. („Ikony, ikony”, „Malowany czas” „Rzekę”, „Uliczkę do serca”).

http://w393.wrzuta.pl/film/7dU6naVDvMk/vts_01_1 (Malowany Czas)

Lucyna udzielając tego wywiadu występowała jednocześnie w trzech widowiskach Stołecznej Estrady „Pieśni  sercu bliskie” w reżyserii Zbigniewa  Adrjańskiego,  „W ogródku Eldorado” w reżyserii Zbigniewa Rymarza, w  „Warszawskiej Piosence” w reżyserii Zbigniewa Adrjańskiego. Przez długi czas śpiewała w kawiarni „Nowy Świat” w kabarecie „Szerszeń”  w reżyserii Ludwika Klekowa (na pięterku). Występowała również w kabarecie „Kalejdoskop” w Hotelu Victoria z takimi aktorami jak Janusz Gajos, Krzysztof Piasecki, Krzysztof Jaroszyński, Tadeusz Drozda, Irena Karel, Alina Janowska , Krzysztof Daukszewicz, Elżbieta Zającówna, Maciej Zembaty, Anna Jantar.

Niewiele osób wie, że pani Lucyna mieszkając pod Warszawą działała społecznie będąc przewodniczącą Rady Sołeckiej, Koła Gospodyń Wiejskich, Komisji Rewizyjnej Kółek Rolniczych. No cóż Kobieta, która żadnej pracy się nie boi i nigdy się nie bała.

Siedząc w restauracji mogłyśmy rozmawiać długo, Lucyna opowiadała i widziałam w niej skromną osobę, która o swoim śpiewaniu mówi z fascynacją w głosie, o występach, spotkaniach z innymi wykonawcami znanymi ludźmi jak: Mieczysław Fogg, Ewa Ulasińska, Karol Stępkowski, Wiktor Śmigielski, Anna Jantar, Lidia Wysocka, Teresa Terka, Adam Zwierz, Agnieszka Fitkau Perepeczko, Sława Przybylska, Alina Janowska, Kazimierz Wichniarz, Jadwiga Land, Marek Perepeczko, Zbyszek Rymarz, Marta Bochenek,  jednak największą fascynacją w Jej życiu jest Jej mąż, znany nam wszystkim pan Zbigniew Adrjański, o którym pisałam wielokrotnie na łamach tego blogu. Zbyszek pisał piękne teksty do romansów i ballad do istniejącej już muzyki ludowej. W swojej żonie znalazł najlepszego i najpiękniejszego wykonawcę. Nie wszyscy wiedzą, że Marta Bellan, Jacek Podkomorzy czy Zbigniew Szczęsny to pseudonimy pana Adrjańskiego. Ponadto był reżyserem wielu spektakli rozrywkowych. Ponieważ ten wpis dotyczy Lucyny stąd proszę moich czytelników o wybaczenie, o Zbyszku możecie przeczytać wpisy z dni 30.04.2010, 19.11.2010, 2021.04.2011, oraz z  25.01, 27.01, 28.01, 30.01, 1.02 i 2.02.2010. Zapraszam!

Lucynka znalazła dla mnie jeszcze jeden wywiad z roku 1998, w którym Tadeusz Matulewicz napisał: „…W Polsce międzywojennej romanse cygańskie wykonywała Niuta Bolska właściwie Józefa Olesińska, aktorka występująca w teatrzykach rewiowych, kabaretach i scenach operetkowych. Obdarzona pięknym głosem –napisał Ludwik Sempolińskim – i jeszcze piękniejszą urodą w krótkim czasie stała się muzą „Sfinksa”. Drugą znakomitą odtwórczynią cygańskich romansów była Olga Kamieńska obdarowana przez naturę aksamitnym, o niskim brzmieniu głosem. Inteligentną interpretacją w krótkim czasie zdobyła popularność najpierw w „Feminie” a później w „Małym Qui pro Quo”, gdzie występowała wraz z Mirą Zimińską, Dymszą, Olszą i Boguckim. W romansach cygańskich specjalizowała się też Serafina Talarico, występująca w „Mirażu”, pieśniarka o niskim miłym głosie.

Lucyna Arska kontynuuje tradycje gatunku w najlepszym tego słowa znaczeniu. Stworzyła swój niepowtarzalny styl poetycki, łącząc w całość romantykę, liryzm i ekspresję. Jej repertuar nie ogranicza się do romansów, jest bogaty. Są w nim pieśni i piosenki retro z przedwojennych teatrzyków i kabaretów, ballady warszawskiej ulicy, utwory na wszelkiego rodzaju okazje.  Ta wszechstronność wynika z jej wykształcenia. Arska wzięła udział w pierwszej premierze Giełdy Piosenki Autorów i Kompozytorów wraz z Łucją Prus, Stenią Kozłowską i Lilianą Urbańską. Jej artystyczna kariera zaczęła się błyskawicznie. Podbiła słuchaczy głosem, urodą, wdziękiem. Rozpoczęła koncerty na estradzie, nagrania w radiu. Stała się jedną z popularniejszych piosenkarek w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Jeździła z recitalami po kraju. Została wielokrotną laureatką konkursów piosenkarskich i Radiowych Giełd Piosenek. Uczestniczyła w licznych występach zagranicznych w krajach Europy wschodniej  z wyjątkiem ZSRR oraz w Belgii, Holandii, Francji, Kanadzie i USA. Występowała z Mieczysławem Foggiem w rewii pod tytułem „Sentymentalny Pan” i programie jubileuszowym Mistrza. W sumie wzięła udział w ponad dwóch tysiącach imprez i koncertów  estradowych. Nagrała wiele piosenek dla Programu III PR i Telewizji oraz dwie płyty długogrające.

Cdn.

W spotkaniu z Lucyną Arską Adrjańską  i Zbigniewem Adrjańskim

Uczestniczyła i przygotowała wpis

Wasza Jadwiga

Dzisiejszy wpis będzie poświęcony kobietom, trzem niezwykłym Paniom, które zostały uznane przez Komitet Noblowski najwyższym uhonorowaniem ich działalności, a mianowicie otrzymały Pokojową Nagrodę Nobla. Są to trzy niezwykłe kobiety, które walczą w świecie zdominowanym przez mężczyzn, nie bojąc się ich, nie bojąc się religii, która w ich krajach obowiązuje, a także nie bojąc się reperkusji. O kim mowa? Oto pierwsza z nich: 72-letnia Johnson Sirleaf, obecna pani prezydent Liberii, pierwsza kobieta na tym stanowisku w Afryce. Pod koniec lat osiemdziesiątych pani Sirleaf  pełniła w rządzie Liberii funkcję ministra finansów. W styczniu 2006 roku Johnson Sirleaf objęła już fotel prezydencki. Komitet Noblowski argumentował, że laureatka od początku urzędowania przyczyniła się do zapewnienia bezpieczeństwa w Liberii, a także do promocji gospodarczej i społecznej  swojego kraju oraz  do uzyskania stabilizacji w  Liberii. Kolejna Liberyjka, Leymah Gbowee jest działaczką na rzecz praw człowieka i pokoju. Jej organizacja, Women of Liberia Mass Action for Peace, przyczyniła się do zakończenia wojny domowej. Według uzasadnienia Komitetu, pani Leymah Gbowee umożliwiła budowanie mostów między podzielonymi częściami Liberii oraz pracowała na zwiększenie roli tego kraju w Afryce. Została doceniona również za mobilizowanie kobiet i „zagwarantowanie ich udziału w wyborach”.

Trzecia kobieta nagrodzona przez Komitet Noblowski to 32-letnia pani  Tawakkul Karman – jedna z głównych postaci protestów przeciwko prezydentowi Jemenu Alemu Abd Allahowi Salahowi. Jest dziennikarką i bojowniczką na rzecz praw człowieka, demokracji i wolności słowa. Należy do reformatorskiej partii Al-Islah i przewodzi organizacji zrzeszającej dziennikarki – Women Journalists Without Chains, którą założyła w 2005 roku. Karman oświadczyła, że swoją nagrodę dedykuje uczestnikom Arabskiej Wiosny. – Nie pozwolimy, aby nasza rewolucja pozostała niezakończona. Chcemy demokratycznego, nowoczesnego Jemenu – powiedziała w telewizji Al-Dżazira. – Będziemy kontynuować nasz pokojowy ruch. (…) To przede wszystkim zwycięstwo młodych ludzi. Jesteśmy tu, by wywalczyć pełną wolność i godność. Nasza młoda rewolucja domaga się pełnych praw – mówiła Karman z miejsca zwanego Placem Zmian w Sanie, który stał się symbolem sprzeciwu wobec reżimu.
Thorbjoern Jagland- Przewodniczacy Komitetu Noblowskiego, wyjaśnił, że trudno było znaleźć lidera arabskiej wiosny, zwłaszcza wśród rzeszy bloggerów, którzy mobilizowali protestujących. Wskazał, że Karman zaczęła odgrywać ważną rolę na kilka lat  przed wybuchem protestów w Jemenie.

Przewodniczący Komitetu Noblowskiego wyraził nadzieję, że tegoroczne wyróżnienie uwrażliwi społeczność międzynarodową na gwałty i inną przemoc, której ofiarami padają kobiety, a także na rolę kobiet w promowaniu demokracji w Afryce oraz świecie arabskim i islamskim. Nagroda o wartości 10 miliona koron szwedzkich (ok. miliona euro) zostanie wręczona trzem laureatkom 10 grudnia, w rocznicę śmierci Alfreda Nobla. Do tej pory w 110-letniej historii Pokojowej Nagrody Nobla otrzymało to wyróżnienie 12 kobiet, a razem z tegorocznymi laureatkami jest ich już 15.

Czytając informacje prasowe na temat  nagród i uhonorowania tych właśnie Pań najwyższym w świecie (według mnie) wyróżnieniem jakim jest Pokojowa Nagroda Nobla, zastanawiałam się tylko nad jednym, jak to było kiedyś z kobietami walczącymi, mądrymi, może bardziej światłymi od współcześnie im żyjących mężczyzn. I wtedy właśnie otrzymałam list od Beaty, jak zwykle był on na czasie i świetnie wkomponował się w nagrodę Nobla, zresztą pokojową. Oto odpowiedź na moje pytanie czy zawsze niezwykłe  kobiety były właściwie oceniane i doceniane, tak jak to się wydarzyło kilka dni temu.

„…Bardzo dawno temu,  kobiety były oskarżane o czary. Torturami uzyskiwano od nich zeznania i w majestacie prawa skazywano je na  śmierć. Dawno temu? W roku 2011 w samych Indiach oskarżono 200 kobiet  o uprawianie czarów, o statystykach na Czarnym Lądzie nie wspomnę. No ale, jeżeli myślicie że to tylko bardzo dawno temu albo bardzo daleko, w prymitywnych krajach, to niech przytoczę przykład z 1976  kiedy to dom niemieckiej „wiedźmy” został podpalony albo w 1981 w Meksyku tłum ukamienował kobietę która czarami spowodowała  zamach na papieża Jana Pawła II. Tak więc kobiety nawet teraz, w XXI wieku są  torturowane i zabijane.  A dlaczego by nie? W końcu te kobiety, dokładnie mówiąc, czarownice, podlegają wpływom diabła i obdarzone są mocą rzucania uroków!!! W przeszłości, rozszalała wszechmogąca  inkwizycja ścigała je i oskarżała o burze, deszcze, plagi, rzucanie uroku. Obowiązkowo latały one na miotłach lub też wilkołakach. Oczywiście było mnóstwo świadków takich praktykach! Czarownice czasem trochę tolerowano, bo potrafiły pomóc w chorobie. Były to przeważnie zielarki i znachorki.  Czarownicą być źle, ale za to czarownikiem? Doskonała fucha! Czarownik się przechwalał swoimi umiejętnościami magii, obiecywał góry złota, a kobitka, która przykładała ziele na ropiejącą ranę, musiała się chować po lasach. Królowie się czarownikom podlizywali, bogaci płacili za porady a biedni, no cóż, oni się zajmowali pracą. Chyba najwięcej szkody kobietom wyrządziła bulla papieża Innocentego VIII z roku 1484, „Summis desiderantes”, która nakazywała udzielanie inkwizycji wszelkiej pomocy w ściganiu czarownic oraz wiekopomne dzieło, „Młot na czarownice” (1486) – podręcznik oskarżający kobiety, że są lekkomyślne i podatne na pokusy cielesne, dlatego nawiązują  pakt z diabłem!  Dlaczego tylko diabeł mógł zaspokoić te nieokiełznane chucie, to nie wiem, ale skoro najwybitniejsze głowy państwa i kościoła tak mówiły, to znaczy, że tak było. Obwiniano bidulki nie tylko o rozwiązłość, ale również o wszelkie choroby, gradobicia, impotencję, odbieranie mleka krowom.  Sposobów na wykrywanie czarownic w tej księdze było multum. Kobiety rozbierano i sprawdzano czy nie ma blizn albo pieprzyków, bo to oczywiście były znamiona diabła, potem kłuto i bito celem przekonania się, czy czart tych kobiet nie znieczulił na ból. Przy dalszych wątpliwościach poddawano je próbie wody – jeżeli nie tonęła, to oczywiście wiedźma, jeżeli tonęła to niewinna, ale niewiele to nieszczęsnej kobiecie pomagało. Inne przyjemności to miażdżenie stóp i dłoni rozciąganie i łamanie ciała, palenie ogniem, katowanie z użyciem różnych zmyślnych narzędzi. Czyż to wszystko nie przypomina nam marzeń sado-masochistycznego dewianta? Nic dziwnego, że większość z kobiet przyznawała się do wszelkich zarzucanych im czynów, bo spalenie na stosie było ich wyzwoleniem. Stosy zapłonęły w całej Europie, również w Polsce.  Ile kobiet tak zginęło trudno powiedzieć, ale niektóre statystyki wskazują że na świecie nawet do ośmiu milionów, a w Polsce do 40 tysięcy. W Polsce, czarownice przestały być palone na stosach dopiero po Sejmie w 1776 roku,  za króla Stanisława Poniatowskiego! No ale zastanówmy się, dlaczego tak się działo. Przede wszystkim obwinianie kobiety o czary było bardzo dochodowym zajęciem. Oskarżający dostawał znaczne nagrody, a kościół konfiskował majątki ofiar. Nienawiść i zazdrość też odegrała dużą rolę w oskarżaniu. Poza tym kobieta była dobrą ofiarą, na którą można było zrzucić wszelkie problemy z którymi księża sobie nie mogli poradzić. No cóż, nie zawsze modlitwy mogły zakończyć plagi czy gradobicia. Ale może najważniejszym powodem takiego traktowania było odwieczne utrzymywanie kobiet w ciągłym podporządkowaniu mężczyźnie, popierane przez wszelkie religie i filozofie. Męski lęk przed kobietą wykształconą lub dominującą był siłą napędową takiego podejścia. Dlatego też od wieków, słabsze fizycznie kobiety były traktowane jako istoty niższe. Czy to starożytna Grecja czy Rzym, pogarda dla kobiet jest udokumentowana wszechstronnie. Chrześcijaństwo i inne religie popierają ten model w pełni. Czy to chrześcijaństwo czy judaizm czy też islam, wyznaczają one rolę kobiety jako istoty podporządkowanej mężczyźnie, której obowiązkiem było małżeństwo i rodzenie dzieci.  Tymoteusz (2, 11) nakazuje: „Kobieta niech się uczy w cichości i w pełnej uległości”. Apostoł Paweł pisze: „Nie pozwalam zaś kobiecie nauczać ani wynosić się nad męża”, Mojżesz (2, 20) mówi: „żona ma być uległa względem swojego męża”,  Święty Paweł pisze: „mężczyzna nie został stworzony dla kobiety, lecz kobieta dla mężczyzny”. W Emiratach Arabskich bicie żon jest dopuszczalne, lecz według ostatnich orzeczeń sądowych z roku 2010, mąż nie powinien zostawiać śladów bicia. Oczywiście prawo do bicia żon oparte jest na przesłankach Islamu, gdzie księgi podają, że żona może być bita jeżeli nie dba o siebie i mąż uzna, że nie jest dla niego wystarczająco piękna, gdy odmawia seksu lub wychodzi z domu bez pozwolenia męża. Czytamy w księdze Abu Dawud (2141): „bicie czasem jest potrzebne, żeby kobieta znała swoje miejsce” lub też : „mąż nie może być kwestionowany dlaczego bije żonę.” To właśnie te przesłania i takie podejście mężczyzn do kobiet  uprawomocniło podporządkowanie kobiet mężczyznom na całym świecie. Rola kobiet na szczęście się zmienia i ich pozycja umacnia. Już od niemal stu lat mamy prawo głosowania (w Europie), ale walka kobiet o pełne uprawnienie nie jest całkiem zakończona, do dnia dzisiejszego w Emiratach Arabskich kobiety nie mogą……prowadzić samochodu! I pewnie, kto to widział, baba za kierownicą!

Wasza Wojująca Beata

A ja tylko dodam, że w świetle tego listu Beaty innego wymiaru nabiera przyznanie Pokojowej Nagrody Nobla trzem Paniom Johnson Sirleaf (72-letniej pani prezydent Liberii), Leymah Gbowee wojującej o prawa kobiet w Liberii i pani Tawakkul Karman, osoby dzięki której rewolucja w Jemenie mogła się rozwinąć. Moje, a właściwie nasze najszczersze gratulacje!  Przecież jeszcze nie tak dawno mężczyźni z tych państw (innych zresztą też) w nagrodę za głoszenie takich bezeceństw umieściliby te Damy na stosie!

Wasza Jadwiga

Jadwiga, urodziła się na Węgrzech w dniu 18 lutego 1374 roku, jako córka Ludwika Węgierskiego, Andegawena i Elżbiety księżniczki bośniackiej. Królewnie zapewniono staranne wykształcenie i wychowanie. Początkowo tron polski nie był jej przeznaczony w planach dynastycznych. Jak kazał ówczesny zwyczaj w poważnym wieku czterech lat została obiecana, jako narzeczona nieletniemu ośmioletniemu Wilhelmowi Habsburgowi, synowi Leopolda, księcia Austrii. W międzyczasie zmarł jej ojciec, a matka słysząc żądanie dostojników polskich postanowiła zmienić obietnicę i przeznaczyła ją na tron polski.

Do Kraju leżącego nad Wisłą Jadwiga przybyła latem w wieku dziesięciu lat w roku 1384, przekraczając granicę na Przełęczy Dukielskiej nieopodal Biecza. Jan Długosz tak odnotował jej przyjazd:

„… zaprawdę nadzwyczajnym widowiskiem był ów wjazd niedorosłego dziewczęcia, samego bez matki, otoczonego tylko wspaniałym dworem, wiedzionego przez sędziwe duchowieństwo, urzędników poważnych…Kraj w Jadwidze, w” młodym królu” swym w dziewicy zachwycającej pięknością, której sam wiek dodawał uroku widzieli zbawcę i zesłańca bożego.”.

Jadwiga często wracała do Biecza pierwszego miasteczka leżącego na Jej szlaku do Krakowa. To właśnie tutaj na wyniosłym wzgórzu stoi wymurowany budynek dawnego szpitala do dzisiaj nazywany szpitalem, fundacji Św. Jadwigi królowej z roku 1395. Wzgórze, na którym zlokalizowany jest szpitala szczególne znaczenie historyczne, gdyż badania archeologiczne wykazały, że już w X-XI wieku istniała tu na wzgórzu osada. W tym miejscu stał też zamek, dwór królewski, który w roku 1395 już nie istniał. Prace konserwatorsko – badawcze prowadzone w roku 1982 wykazały, że zachowany do chwili obecnej budynek szpitala, został wzniesiony po uzyskaniu zezwolenia przez Królową, na części fundamentów nieistniejącego w tym czasie zamku. Świadczą o tym odkryte części fundamentów starszych od szpitala i odkopany bruk we wschodniej części budynku na głębokości 80 cm, stanowiący pozostałość po pierwotnym obiekcie. Budynek szpitala Św. Ducha w Bieczu wzniesiony jest z gotyckiej cegły, a zewnętrzne mury zdobione są zendrówką we wzory geometryczne, charakterystyczne dla budownictwa tego okresu. Na zewnątrz zachowały się dwa portale od strony wschodniej prawdopodobnie z czasów budowy i od strony zachodniej z wmurowanym orłem jagiellońskim z datą 1487 r., który został wzniesiony później i prawdopodobnie pochodzi z trzeciego zamku starościńskiego. Wewnątrz budynku zachował się układ pomieszczeń z drewnianymi przepierzeniami o konstrukcji sumikowej, które niestety usunięto bezpowrotnie w końcu XX wieku. Zachowały się zaś pierwotne drewniane stropy i belki stropowe oraz ślad po dużym „szafiastym kominie”. Wewnątrz pod grubą warstwą tynków zachowały się tynki ze śladami polichromii, które uległy niestety całkowitemu zniszczeniu w latach 90-tych XX wieku. Szpital stanowi jeden z trzech budynków wolnostojących w Polsce, a mianowicie w Sandomierzu, Wiślicy i ten w Bieczu. Obecnie utworzono fundację na rzecz Szpitala dla Ubogich im. Św. Jadwigi Królowej, co rokuje nadzieje, na uratowanie tego zabytku, jedynego zachowanego szpitala z fundowanych przez św. Jadwigę Królową w Polsce. Obok budynku szpitala stał kiedyś kościół pod wezwaniem Św. Ducha, który był wzniesiony razem z budynkiem szpitalnym. Kościół przetrwał do połowy XIX wieku, a miejsce gdzie stał dawny zamek, szpital i kościół jest otoczone resztkami murów obronnych.

16 października 1384 r. Jadwiga została koronowana Królem Polski. We wszystkich podejmowanych przez młodą Królową działaniach wysuwa się na czoło Jej osobowość:

„Okazywała rozsądek i dojrzałość mimo młodego wieku, cokolwiek mówiła albo czyniła, wydawało jakby sędziwego wieku powagę.”

Niedługo potem pojawił się w Krakowie 15 letni Wilhelm Habsburg, ale nie był mile widzianym gościem na dworze. Panowie polscy chcieli wydać młodą Królową za Władysława Jagiełłę, który kilka dni wcześniej przyjął chrześcijaństwo. Ten argument przeważył i przekonał Jadwigę do małżeństwa z o wiele starszym i pod wieloma względami zupełnie obcym poganinem. Podróżując do Wielkopolski zarysowała się różnica pomiędzy małżonkami dotycząca postępowania w stosunku do ubogiej ludności, a historia zapisała pamiętne jej wyrazy;

Gdy wieśniacy skarżyli się o zabranie im podwody w podróży królewskiej, a król pocieszał, ze się to im wynagrodzi, Jadwiga wyrzekła wówczas znane słowa: „ krzywdy się wynagrodzi, ale któż łzy im powróci”

W roku 1387 Jagiełło udał się na Litwę w celu udziału w chrystianizacji Litwy, Królowa zaś stanęła na czele wyprawy na Ruś Czerwoną, osiągając cel i ziemie powróciły do Polski. W latach dziewięćdziesiątych Królowa stawała się coraz bardziej popularna, rozumiała tajniki polityki, ujawniając przenikliwość, zwłaszcza w sprawach krzyżackich i litewsko-ruskich. Stała się orędowniczką pokoju zakonu z Polską

Nakładem Jadwigi wybudowano kościół Najświętszej Marii Panny, hojnie wyposażyła Kościół Mariacki w Krakowie, założyła Zakon Benedyktynów, była dobroczyńcą innych klasztorów. Na Wawelu w Katedrze ufundowała ołtarz Wniebowzięcia.

Jadwiga miłowała książki. Według Jana Długosza miała ogromną bibliotekę, dbała o Akademie Krakowską i za zgodą Papieża otworzyła wydział teologiczny. Popierała ludzi zdolnych i wielkiego umysłu: Jana Gersona wielkiego kanclerza, biskupów: Jana Radlica i Piotra Wysza, Mateusza z Krakowa, Stanisława ze Skalbmierza, Bartłomieja z Jasła, Pawła z Włodkowic, Jakuba z Paradyża i innych uczonych, którzy rozsławili Akademię Krakowską w świecie i przyczynili się do rozwoju nauki polskiej. Królowa Jadwiga otaczała opieką szpitale i ubogą ludność. Jako bardzo młoda osoba lubiła piękne stroje, klejnoty, zabawy i wielkie uczty.

22 czerwca 1399 Królowa powiła córeczkę Elżbietę Bonifację, która w niecały miesiąc później zmarła, a Jadwiga Królowa Polski zmarła 17 lipca tego samego roku. Cały kraj objęła żałoba, Jadwigę pochowano w Katedrze na Wawelu z berłem drewnianym, pozłacanym i koroną, a przy boku ułożono córkę. Królowa miała tylko 25 lat. Po śmierci Królowej zaczął szerzyć się jej kult, spisywano cuda, jakie miały miejsce przy Jej grobie. W roku 1986 ogłoszono Ją błogosławioną, zaś w 1997 r podczas wizyty Papieża Jan Pawła II na Błoniach krakowskich podczas mszy Papież ogłosił Ją Świętą.

W polskiej tradycji historycznej Jadwiga zajmuje ważne miejsce, jako jedyna kobieta Król na tronie polskim i jako władczyni, która zasłużyła się dla całego kraju.

Dziś 15 Października obchodzimy imieniny Jadwigi. Właśnie, dlatego wróciłam do XIV wieku przypominając historię oraz naszą najsławniejszą Królową Polski – Jadwigę, osobę niezwykłą, mądrą, wykształconą i piękną. Jej grób na Wawelu wykonany z pięknego alabastru jest miejscem pielgrzymek ludzi z całego świata i ja tam też przychodzę zawsze ze świeżymi kwiatami, bądź, co bądź Królowa Jadwiga jest też moją patronką i cieszę się, że właśnie mnie dano na chrzcie Jej imię. Naszej wielkiej, mądrej i wykształconej, choć tak krótko żyjącej jedynej kobiecie na tronie Polski.

Życzę wspaniałego weekendu!

Wasza Jadwiga

Byłam na bazarze Szembeka. Chociaż nie jestem zwolenniczką jesieni to muszę jednak przyznać, że ma ona swój urok, mieniąc się wszystkimi kolorami na bazarowych ladach. Kapusta pekińska razem z włoską i naszą cukrową, pomidory malinowe, gruntowe długie, z Janowa, koktajlowe słodkie i zwykłe dobre, na przetwory, włoszczyzna z pięknym selerem pyszniącym się wielkością i marchewkami oraz pietruszką mu towarzyszącymi, jabłka, których nazw nawet nie mogę zapamiętać, gruchy, gruszki i gruszeczki, winogrona z pestkami i bez pestek, bakłażany fioletowe błyszczące, śliwki dąbrowickiej i prawdziwe węgierki, ale te już się kończą, pigwa i pigwowce pachnące małe żółte i zielone. Niestety producenci nie wytrzymali i pigwowce  zostały zerwane za wcześnie, przez to pozbawione są złotego koloru i wspaniałego zapachu, a powinny być zrywane z krzaków dopiero za około tydzień, tuż przed przymrozkami. Co bardziej przedsiębiorczy zerwali je już teraz, zanim nabrały odpowiedniej barwy i zapachu. Kiedyś pigwowiec był używany nie tylko do wyrobu galaretek, czy nalewek, ale także służył do układania w szafie, aby bielizna miała przyjemny owocowy zapach. Dzisiaj dysponując wielkimi ilościami dostępnych środków w sklepach perfumeryjnych pigwowca używamy raczej do przygotowywania nalewek oraz do dosmaczania dżemów np. pomarańczowo- pigwowych lub też do robienia dżemów i galaretek.  Pośród jabłek, ananasów, pomarańczy, kiwi i mango leżą mniejsze i większe dynie, pięknie pomarańczowe lub żółte w zależności od gatunku. Dynia – cucurbita to roślina jednoroczna z rodziny dyniowatych. Obejmuje około dwudziestu gatunków, rośnie sobie pięknie w strefach klimatu gorącego i ciepłego. U nas gatunkiem popularnym typowym jest dynia zwyczajna – cucurbita pepo, dynia olbrzymia – cucurbita maxima, dynia piżmowa – cucurbina moschata.

Czy wiecie, że dynie są niskokaloryczne i zawierają tylko 27 kcal w 100g produktu  i są wszechstronnym warzywem wykorzystywanym w kuchni? Z dyni możemy przygotować pyszną zupę krem z kleksem śmietany pośrodku – będzie wyglądała malowniczo i pysznie smakowała. Dynia zawiera beta karoten, fitoestrole (to substancje obniżające cholesterol). Możemy ją jeść jako warzywo i jako dodatek w placuszkach, babeczkach, cieście, w pierogach na słodko lub słono oraz jako dodatek do mięs, a moją ulubioną potrawą jest dynia w occie na słodko. Surowa dynia nie jest zbyt smaczna, za to po ugotowaniu lub upieczeniu nabiera pożądanego wykwintnego smaku.

Zupa krem z dyni

Składniki: dynia 1,5 – 2 kg, czosnek ilość wg uznania, ja dodaję całą główkę, aby smak był wyrazisty, cebula 2-3 sztuki, 3 łyżki oleju z pestek winogron, ziemniaki 4 sztuki, sól, pieprz, gałka muszkatołowa, śmietana 18 % do zupy, groszek ptysiowy

Wykonanie: Na patelni rozgrzewamy olej, przesmażamy obrany czosnek drobniutko pokrojony, dodajemy pokrojoną w piórka cebulę, szklimy cebulę i przekładamy do garnka, w którym mamy 2 litry bulionu. Na tej samej patelni przesmażamy dynię, obraną na golasa, bez miękkich części ( kto by je lubił?). Podsmażone  przekładamy do garnka z bulionem. Dodajemy ugotowane, pokrojone na cząstki ziemniaki. Całość zagotowujemy, dodajemy sól i pieprz oraz gałkę muszkatołową, miksujemy towarzystwo na najwyższych obrotach w malakserze. Dosmaczamy wg naszego gustu. Podajemy z groszkiem ptysiowym kładąc na środku kleks śmietany, która pięknie będzie wyglądała na tle pomarańczowej zupy kremu.

Dyniowe ciasto lub babeczki

Składniki: 400 g dyni, 300 g cukru trzcinowego, 4 jajka, 300 g mąki, trochę orzechów i trochę migdałów, ile, kto lubi, skórka ze świeżej pomarańczy, 2 kopiaste łyżeczki proszku do pieczenia, łyżeczka cynamonu mielonego, 175 ml oliwy

Wykonanie: obraną dynię miksujemy, pozostałe składniki wrzucamy do malaksera i również mieszamy końcówką do ciasta. I tyle, koniec, kropka.

Ciasto wlewamy do formy, lub w wersji babeczek do foremek, pieczemy 40 minut w temperaturze 180 stopni.

Proste? Tak? łatwe? nie? Pani rozumie, bo ja nie…. Oczywiście, przepis jest i prosty i łatwy i szybkościowy, ponadto jest inny niż dotychczasowe polecane ciasta, ale wiecie przecież dynia w modzie, teraz właśnie jest najlepsza.

Placuszki z dynią

Oto ostatnia z moich propozycji na szybkie śniadanie lub podwieczorek, a może nawet na obiad, jeżeli dzieciaki lubią placuszki.

1 kg dyni obieram ze skóry oraz części miękkich i taką na golasa wkładam do piekarnika w brytfannie wyłożonej papierem na 45 minut, aby się podpiekła i była miękka. Można ją też pokroić na cząstki, kwadraty, prostokąty, jak kto chce, tylko pod jednym warunkiem – niezbyt duże. Jeżeli dynia jest pokrojona to piec ją krócej tak, aby zmiękła. (Można dynię obrać, wyjąć miękkie wnętrze, pokroić cienko na paseczki lub zetrzeć na tarce jarzynowej, kto jak chce i jak woli. Istnieje dowolność pełna i nie jestem tutaj niewolnicą przepisów, że tylko ma być tak i tak, inaczej nie będzie. Będzie, bo mamy swoje przyzwyczajenia i jedni lubią tak a inni inaczej).

Do misy wkładam podpieczoną dynię, 3 jajka całe, mleko pół litra może być tłuste, prawdziwe, lekko odtłuszczone, jak kto lubi i preferuje, wybór należy do Was (ostatnio wybory były więc nie należy się zbytnio narzucać), dodaję pół torebki proszku do pieczenia (2 łyżeczki, mąkę Babuni z Biedronki, mąki tyle, aby ciasto wymieszane wraz z dynią miało konsystencję śmietany, ale takiej do zupy, raczej lejącej. Na patelni mocno rozgrzewam olej, smażę placuszki na rumiany kolor z obu stron, przekładam na deskę wyłożoną ręcznikiem papierowym, aby odsączyć tłuszcz, przekładam na półmisek, posypuję cukrem pudrem. Ot i cała praca została wykonana. Dynię można przygotować poprzedniego dnia, aby smażąc placuszki na śniadanie było mniej pracy. Polecam takie placuszki na jesienne dni i chłody, dzieciaki po ciepłym śniadaniu z większą energią pojadą do szkoły.

Dynia w occie na słodko

Składniki: cała dynia raczej średniej wielkości aniżeli duża, cukier, goździki, ocet biały jabłkowy,

Wykonanie: dynię kroimy na części obieramy ze skóry i wybieramy miękkie części wraz z pestkami (pestki wybrane z miękkich części możemy ususzyć w piekarniku), kroimy na małe kawałki, w garnku gotujemy wodę z niewielka ilością octu, do wrzącej wrzucamy partiami pokrojona dynię, krótko blanszujemy (musi zabulgotać dwa, trzy razy), wyjmujemy łyżką cedzakową na durszlak lub sito, w osobnym garnku gotujemy zalewę: woda, ocet jabłkowy, cukier, goździki i cynamon w lasce, zagotowujemy. Moja zalewa jest raczej słodka, można powiedzieć nawet bardzo słodka, za to nie jest koszmarnie kwaśna poprzez fakt używania octu jabłkowego a nie spirytusowego 10 %. Do wyparzonych słoików wkładamy ciepłą dynię, zalewamy przygotowana słodko kwaśną zalewą, zakręcamy słoik i ustawiamy go na ściereczce do góry dnem. I tak ustawione słoiki czekają do następnego dnia. Sposób na zamknięcie słoików jest prosty i łatwy, warunek jest jeden, trzeba słoiki mocno zakręcić, aby zalewa nie wylewała się z nich. Polecam, tak przygotowana dynia jest świetnym dodatkiem do wszystkich rodzajów mięs oraz do pieczonego drobiu. Smacznego!

I jeszcze jeden krótki przepis na dynię z mięsem mielonym (z indyka, łopatki lub wołowiny)

300g dyni hokkaido obranej, to piękna orangowa dynia raczej mała, na zdjęciu leży na olbrzymiej, 500 g dowolnego mięsa mielonego (ja używam z indyka), 2 całe jajka, 5 ząbków czosnku, 6 łyżek otrąb pszennych, pęczek posiekanego szczypiorku, pęczek posiekanego koperku, sól, pieprz, gałka muszkatołowa do smaku, trochę ciepłej wody do mięsa aby było pulchne,

Wykonanie: dynię obieramy i ucieramy w malakserze na tarce jarzynowej, do miski wkładamy mięso i pozostałe produkty wraz z dynią, mieszamy, pulchną masę  wkładamy do blaszki pasztetowej szerszej wyłożonej papierem do pieczenia, pieczemy w rozgrzanym piekarniku 45 minut w temperaturze 200 stopni. Smacznego!

Czy wiecie, że w Australii bardzo popularnym dodatkiem do mięsa jest dynia upieczona na golasa (obrana i upieczona i już)? Jadłam i powiem wam, warto spróbować.

Życzę wszystkim udanych wypieków i przetworów, pozdrawiam serdecznie

Wasza Jadwiga

Mojemu Ojcu

Budowę Zajezdni autobusowej Inflancka R-5 rozpoczęto w latach trzydziestych XX wieku, jednak z powodu wybuchu II Wojny Światowej zajezdnię ukończono w roku 1948. Przez wiele lat była najważniejszą zajezdnią autobusową w Warszawie i jako jedyna posiadała pełne wyposażenie zaplecza technicznego. I właśnie w tej Zajezdni autobusowej znalazł zatrudnienie, po powrocie z przymusowych robót w Niemczech, mój Tata. Został przeszkolony i zatrudniony, jako kierowca autobusów w Miejskich Zakładach Autobusowych R-5 i przepracował tam 40 lat jeżdżąc codziennie swoimi ukochanymi autobusami na różnych liniach. W ówczesnych czasach MZA Inflancka obsługiwała linie autobusowe północnych rejonów miasta i były to linie: 103, 110, 112, 116, 121, 122, 148,166,171, 175, 201,208,357,416,422,432,490, A, A bis, E, M. Ja i mój brat bardzo lubiliśmy nasze wycieczki po Warszawie, kiedy to Mama wydawała polecenie, oto masz tutaj wałówkę dla Taty, idźcie na pl. Dzierżyńskiego (obecnie pl. Bankowy), tam macie poczekać na przystanku na autobus Taty, wałówkę proszę oddać, tu jest termos z herbatą, i jak chcecie zrobić jeden kurs to możecie, ale pamiętajcie, tylko jeden kurs! No właśnie z tym było najgorzej, bo jeden kurs w zależności od długości trasy trwał i 1,5 godziny, a my uwielbialiśmy jeździć po Warszawie. Stąd nasze eskapady były raczej nieprzewidywalne. Czasami zdarzało się (szczególnie rano) w niedzielę przejechać i dwa i trzy kursy, bo było fajnie a z okien autobusu Warszawa jawiła się, jako ogromna metropolia. Poza tym Tata był wspaniałym kierowcą przewodnikiem po Warszawie. O każdym mijanym ciekawym budynku opowiadał. Snuł opowieści o przedwojennych czasach, gdy sam biegał po Warszawie, aż do wybuchu II wojny. Jakie te opowiadania były ciekawe! Poza tym właśnie podczas naszych „wycieczek” obserwowaliśmy pracę kierowcy autobusowego. W związku z tym mój sześcioletni brat chciał być raz strażakiem, a raz „tramwajarzem”, a ja niestety „marynarką”. Chyba tylko, dlatego, że „…marynarz po morzach pływa…”, a mnie wtedy wydawało się, że skoro ten marynarz po morzach pływa to wszędzie może wypłynąć i to jest taka duża frajda, jak jeżdżenie autobusem po Warszawie. Więc „marynarka” tak było ustalone, takie było moje życiowe przeznaczenie i taki cel w życiu. Długo chciałam być „marynarką”, aż do chwili, kiedy dostałam w prezencie strój marynarski i codziennie musiałam w nim chodzić, wszędzie! Przez kilka lat z rzędu „marynarka” w stroju marynarskim pozbywała się tego munduru galowego, wieszając go na trzepaku, ponieważ pod sukienką miałam zawsze strój gimnastyczny, na wszelki wypadek, który składał się z koszulki białej gimnastycznej porozciąganej (od codziennego prania) we wszystkie strony oraz granatowych majtek niby spodenek. Taki strój obowiązywał na lekcjach wf w szkole i w takim codziennie paradowałam nosząc mój strój marynarza, co po morzach pływa. Marzenie o byciu „marynarką” trwało dopóki dopóty nie wyrosłam ze swojego stroju marynarskiego. Wtedy raz na zawsze porzuciłam swoje marzenie o pokonywaniu mórz i oceanów. Skutecznie do dzisiaj! I muszę przyznać, że dobrze się stało, gdyż w roku 1980 płynąc promem z Hoek van Holland do Harwich połowę drogi spędziłam z głową między nogami, a raczej w toalecie, torsje miałam dalej niż widziałam i na samo wspomnienie moich marzeń robiło mi się w dwójnasób niedobrze.

Początkowo Tata jeździł autobusami przestarzałymi, Chaussonami, których zdjęcia przedstawiam tutaj. Zrobiłam je w Warszawie przy. ul. Ostrobramskiej, gdzie znajduje się jedna z istniejących jeszcze Zajezdni autobusowych. Chaussony sprowadzono z Francji. Był to dar Paryża dla prawie nieistniejącej Warszawy. Z opowiadań wiem, że pojazdy te nie posiadały wspomagania i tylko ten zrozumie trud pracy kierowcy w końcu lat czterdziestych, początku pięćdziesiątych, kto jeździł samochodem bez wspomagania, a trzeba tu podkreślić, że za kółkiem kierowcy spędzali dziewięć, a często i dziesięć godzin. Ryk silnika znajdującego się pod przykrywą w autobusie był okropny. O rozmowie nie było mowy, ale ten wynalazek bardzo się sprawdzał podczas jazdy, gdy co bardziej pomysłowi kierowcy kładli pod maską pęto kiełbasy zwyczajnej i po przyjeździe na pętlę autobusową jedli ją na gorąco. Proszę sobie wyobrazić ten zapach podczas jazdy, każdy bar wysiadał! Po kilkunastu latach Warszawa – Zajezdnia Inflancka otrzymała w 1979 r nowe wyposażenie i były to autobusy Jelcze – pamiętacie? Pewnie, kto by tych autobusów nie pamiętał, długo jeszcze jeździły po naszych drogach w ramach taboru PKS, a i czasami jeszcze teraz pewnie widać je na naszych polskich drogach. Z notatek mojego ojca wynika, że Ikarusy dostarczono w roku 1979, ale w międzyczasie też Zajezdnia Inflancka posiadała Berliety. Nie wiem, jaka jest czy była różnica pomiędzy tymi autobusami, ale z opowiadań mojego ojca wynikało, że najgorzej wspomina pierwsze Ikarusy. Dlaczego? Nie wiem. Wiem tylko jedno, w Zajezdni Inflancka tabor zmieniał się i to bardzo. Były pojedyncze egzemplarze w ramach eksperymentów taborowych i pojawiały się krótkie serie nietypowych autobusów jak Neoplan, Ikarus 405, eksperymentalne Jelcze i inne. Eksperymenty miały odpowiedzieć na pytanie, który autobus będzie najlepszy w wyposażeniu Zajezdni dla Warszawy. Dzisiaj na ulicach Warszawy królują autobusy niskopodłogowe, Neoplany, Solarisy Urbino, zresztą na oko bardzo piękne, a jakie są w eksploatacji tego nie wiem, ponieważ mój Tata w roku 1983 przeszedł na emeryturę po 42 latach pracy. Tydzień temu jadąc z moim staruszkiem na wycieczkę po Warszawie, szczególnie zwracał uwagę na autobusy i tramwaje. Od mojej wnuczki dowiedziałam się, że te piękne tramwaje nazywane są dżdżownicami, wyglądają wspaniale, a autobusy niskopodłogowe, ciche i wygodne. Ech czasy…!

Ale wróćmy do moich wspomnień i do roku 1964. Mam niespełna dziewiętnaście lat i oto w domu pojawił się pierwszy telewizor „Neptun”. Jaka to była radość, dodatkowa gratyfikacja za dobrą jazdę, oszczędności ogumienia i nie wiem dokładnie, czego jeszcze umożliwiła nabycie ostatniego cudu techniki, telewizora. Tak było w domu, a w pracy?

W tym samym roku 1964 powstały Miejskie Zakłady Komunikacyjne – zakład transportowy w Warszawie obsługujący transport zbiorowy w latach 1964 – 1994.  1 Marca 1994 roku uznano, że najlepszą formą organizacyjną będzie rozbicie całego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego na Tramwaje Warszawskie, Miejskie Zakłady Autobusowe w Warszawie, do obsługi linii autobusowych oraz Spółdzielnię Usług Socjalnych, jako organ zarządzający i odpowiadający za przejęte dawne ośrodki wypoczynkowe MZK Warszawa w Międzywodziu, Mrzeżynie, Rybitwach, Karpaczu, Łazach, i Warszawie (hotele Suseł i Wisełka). W roku 1992 powstał Zarząd Transportu Miejskiego sprawujący funkcję kontrolno – zarządzające z ramienia miasta oraz prowadzący dystrybucje biletów i kontrolę.

Tramwaje Warszawskie Sp. z o.o. zajęła się prowadzeniem komunikacji tramwajowej na terenie miasta Warszawy. Powstała w wyniku podziału majątku MZK, później w roku 2003 została przekształcona w jednoosobową spółkę pod nazwą Tramwaje Warszawskie Sp. z o.o. Siedzibą jej był mój ukochany „Pałac Błękitny” mieszczący się przy ul. Senatorskiej 37 w Warszawie. Dlaczego ukochany? Bo po pierwsze jest piękny, a po drugie w roku 1965 rozpoczęłam tam swoją pierwszą pracę w dziale kadr MZK, jako stażystka, ale o tym i innych moich doświadczeniach zawodowych będzie, kiedy indziej. Dzisiaj tematem jest warszawski transport oczami mojego ojca. Niestety w roku 2005 Tramwaje Warszawskie przeniosły się do swoich budynków na ul. Siedmiogrodzką 20, a „Pałac Błękitny – Zamoyskich” stoi i czeka na kapitalny remont oraz przywrócenie mu należnego blasku. Łza się w oku kręci, gdy ostatnio robiąc zdjęcia patrzyłam na to moje „cudo”. Pałac Zamoyskich lub Pałac Błękitny wziął nazwę od koloru dachu, jakim pokryto pałac w roku 1807.

W roku 1726 Pałac należał do Stefana Potockiego, który podarował go Królowi. Król August II przebudował Pałac w stylu rokoko i w prezencie podarował go Annie Orzelskiej – swojej córce. Anna Orzelska piękność nad pięknościami, nawet dzisiaj mogłaby stawać w szranki najpiękniejszej kobiety. Jej portret w pięknej sukni (pozycja stojąca, aby uwydatnić piękno sukni) możemy zobaczyć w galerii obrazów w Wilanowie. Anna Orzelska podarowała w roku 1730  ten pałac z powrotem ojcu – królowi, a ten podarował go Marii Zofii z Sieniawskich Denhoffowej, wdowie po wojewodzie połockim i hetmanie polnym litewskim Stanisławie. Zofia Denhoffowa, wyszła za mąż w roku 1731 za Augusta Czartoryskiego i pałac długie lata był własnością rodu Czartoryskich. W 1811 roku Zofia, córka Adama Kazimierza i Izabeli z Flemingów Czartoryskich wyszła za mąż za Stanisława Zamojskiego. W latach 1811 – 1944 w Pałacu mieszkali Zamoyscy, którzy zainicjowali przebudowę pałacu w stylu klasycystycznym. Do 1939 roku w pałacu znajdowała się wspaniała biblioteka Zamoyskich słynna Biblioteka Ordynacji Zamoyskiej oraz zbiory artystyczne. Wybuch II wojny światowej zniszczył częściowo pałac, a ocalałe pozostałości zbiorów bibliotecznych, a także cennych przedmiotów Niemcy wywieźli, niektóre rzeczy po prostu spłonęły. Po wojnie w latach 1948 – 1950 Pałac został odbudowany, nie ma już dobudowanej oficyny, nie ma wielu budynków pomocniczych, które stanowiły dodatkową zabudowę i mieściły się na obecnej przestrzeni części placu Bankowego aż do końca usytuowanego tu hotelu Saskiego, patrząc od Pałacu Błękitnego. Obecnie Pałac posiada korpus zasadniczy i dobudowaną w późniejszych latach oficynę, w której przez wiele lat mieściło się Towarzystwo Przyjaźni Polsko Chińskiej. W roku, 1965 gdy zaczynałam tam pracę pałac był siedzibą Miejskich Zakładów Komunikacyjnych, zaś później Zarządu Transportu Miejskiego.  Dzisiaj Pałac czeka na swoje odnowienie i mam nadzieję, że Warszawa zyska jeszcze jeden piękny historyczny budynek.

Ale wróćmy jeszcze na chwilę do Zajezdni Inflancka i roku 1959. Czasy powojenne i bardzo trudne. Jeszcze nie odbudowaliśmy Warszawy po zniszczeniach wojennych, jeszcze nie wyszliśmy na prostą po wszystkich zawieruchach politycznych. Stąd na zakładach pracy spoczywał dodatkowo obowiązek objęcia opieką dzieci pracowników. Dlatego też mogliśmy wyjeżdżać na wakacje nad morze do Międzywodzia, czy Mrzeżyna, lub do Rybitwy czy też do Karpacza. Korzystałam z tych dobrodziejstw pełną gębą. Stąd moje wspomnienia wspaniałych kolonii w Międzywodziu. Pamiętam, że ostatni raz byłam na koloniach w Redęcinie, mając całe 16 la. Czy dzisiaj byłoby to możliwe? Pewnie nie, bo kto w tak poważnym wieku jedzie na kolonie, no, kto?  Pamiętam jeszcze jeden bardzo ważny epizod w moim życiu, epizod.. hm..? Trwał on całe 10 lat więc nazywać go epizodem nie można. Moja mama bardzo chciała abym grała na pianinie, no może fortepianie, ale jak do mieszkanka 28 m 2 wstawić taki sprzęt? Trzeba byłoby wyprowadzić się z niego z całą rodziną. Rada rodzinna postanowiła wysłać mnie na lekcje muzyki i tak od siódmego roku życia grałam na mandolinie w DKD (Dom Kultury Dziecka) mającym siedzibę w Warszawie na Kole (dzielnica Wola), zaś po przeprowadzce na Młynów (ul. Świerczewskiego obecna Solidarności) przeniesiona zostałam do pana W. Bochenka, który uczył muzyki w MZA Warszawa ul. Inflancka 3. Jako dziewięcioletnia dziewczyna zaczęłam grę na skrzypcach, co było bardzo praktyczne, gdyż nie wymagało wyprowadzenia Rodziny do lokalu zastępczego (tak jak by to było w przypadku wniesienia pianina lub fortepianu) oraz maestro Władysław Bochenek namówił mnie do gry na gitarze i trąbce, tak, tak, trąbce? Biedni moi sąsiedzi. Sądzili, że moje etiudy ćwiczone godzinami na skrzypcach ukoją ich stargane życiem nerwy, niestety jak bardzo się mylili. Jeszcze gitarę wytrzymywali, bo pięknie zawodziła, miała strojenie hiszpańskie oraz cudny wzmacniacz, ciężki jak cholera (osobiście go dźwigałam a ważył 5 kg), ale jak już tę gitarę zespoliłam z wzmacniaczem ton wydobywany był zachwycający. A moje ćwiczenia? Początki były raczej trudne, moje wprawki, moje etiudy, moje gamy, akordy, które musiałam umieć na przemian ze skrzypcami i trąbką… Proszę sobie to wyobrazić, nie moje godziny spędzane nad doskonaleniem gry, ale naszych sąsiadów mieszkających pod numerem 13, chyba ten numer mieszkania ich naznaczył, że ciągle słyszeli trą la lala lala i tak w kółko, albo gitara albo trąbka, albo skrzypce. A ja? Ja bardzo się starałam, ale przecież nie byłam urodzonym mistrzem tych instrumentów, ćwiczyłam, bo matka za ścianą bardzo tych moich wprawek pilnowała i wiecie, co? Jak ja tych ćwiczeń nienawidziłam, mnie dusza się rwała na podwórko, na trzepak, do chłopaków, aby pograć w szmaciankę, ale nie, moja karząca ręka sprawiedliwości pilnowała tych 3 godzin ćwiczeń. Dzisiaj z rozrzewnieniem wspominam tamte czasy, tamte ćwiczenia, tamte wprawki, a do tego jeszcze próby z orkiestrą, jakie odbywały się o 17.00  Dwa razy w tygodniu na ul. Bródnowskiej 22 w prywatnym mieszkaniu pana Bochenka. Tam dopiero był kocioł, tam była kakofonia dźwięków, a tamto mieszkanie wcale nie było większe od naszego, bardzo podobne a zbieraliśmy się w nim, ja (gitara i trąbka) Józek (perkusja) Max fortepian, Janusz saksofon, Elżbieta saksofon altowy i pan Bochenek też saksofon. Próba trwała około 1,5 godziny, po czym zmienialiśmy instrumenty i kolejne 1,5 godziny trwała próba akordeonistów. Pamiętam również wielki przebój tamtych czasów Petit fleur  http://www.youtube.com/watch?v=M9Gmmu2ligI&feature=related w wykonaniu Sandor Benko na klarnecie, i jhttp://www.youtube.com/watch?v=7VcPtsuy9wU&feature=related jeszcze Petite fleur w wykonaniu na akordeonie , a ja wygrywałam na  trąbce, no nie powiem, podczas moich występów, podczas przygrywania do tańca wiele razy proszono o zagranie a młoda solistka grała a i owszem za pieniądze!  Tak, tak pamiętam to jak dziś, choć od tamtych czasów minęło już pięćdziesiąt lat. Jakie wspaniałe wspomnienia, nasze wyjazdy na tzw.: „Łączność miasta ze wsią”, występy estradowe, oczywiście moje solówki, bo w orkiestrze miałam jeszcze jedną rolę, deklamowałam, lub nieudolnie podśpiewywałam refreny, refrenistka chansonistka, hihihi. Dzisiaj mogę powiedzieć jedno, nie zostałam gwiazdą rockową, nie zostałam nijaką piosenkarką, za to mogę stwierdzić, że poprzez ten epizod moja młodość była zupełnie inna, poznałam świat muzyki, świat wielkich nazwisk kompozytorów, inny zaczarowany świat nut tonów i półtonów, ćwierćtonów, synkop, ósemek, świat zaczarowany, którego poznanie czyni człowieka lepszym. Wcale, ale to wcale nie żałują tamtych dziesięciu lat spędzonych na ćwiczeniach, dzisiaj za to wiem o muzyce więcej. I choć moje życie później z muzyką miało niewiele wspólnego, cieszę się, że pewnego dnia zostałam zaprowadzona na lekcję muzyki. I właśnie ta muzyka, ten zespół, a właściwie dwa zespoły (graliśmy podwieczorki taneczne, przygrywaliśmy do tańca pracownikom MZA, występowaliśmy z różnych okazji na estradach Warszawy i w tym wszystkim ja wielka artystka w wieku piętnastu, a może siedemnastu czy dziewiętnastu lat) działały w ramach MZA Zajezdnia Inflancka. Było, minęło i miło wspominać. Nasza Zajezdnia zakończyła swoją działalność w roku 2003 wtedy, gdy miasto sprzedało Budimex’owi tereny Inflanckiej po pięć tysięcy złotych za metr kwadratowy, kolejną ziemię w roku 2005 i w 2006 r pozostałą część za niespotykaną kwotę trzynastu tysięcy sześciuset złotych za metr kwadratowy. Hale zostały zburzone i w miejscu tym powstało osiedle apartamentowców o nazwie „Inflancka”. I to tyle, co pozostało po Zajezdni MZA „Inflancka” i tyle  wspomnień mojego taty i moich dotyczących naszego życia.

Wasza Jadwiga

Wczoraj w dniu 1.10.2011 r w Centrum Olimpijskim w Warszawie odbył się Nadzwyczajny Krajowy Zjazd Delegatów Polskiego Związku Badmintona. Jako prezesi honorowi ja i Andrzej zostaliśmy zaproszeni i oczywiście wzięliśmy udział. Od godziny 13.00 do 19.30 trwały obrady delegatów, które rozpoczęły się raczej w atmosferze mało sympatycznej, powiedziałabym w atmosferze bijatyki. Zresztą, ponieważ jestem emocjonalnie związana z Polskim Związkiem Badmintona nie mogłabym przygotować tego wpisu z dystansem do sprawy, zatem zapraszam wszystkich zainteresowanych na stronę  prowadzoną przez red. Janusza Rudzinskiego i Monikę Plata, którzy znakomicie zrelacjonowali przebieg Zjazdu: 

gdzie znajdziecie interesujacy reportaż z tego wydarzenia. (Wpis nosi tytuł „Czy badminton stanie sie sportem powszechnym?” po wejściu na strone, należy zjechać na dół, artykuł jest czwartym od góry, jak wiecie w sporcie rozgrywanych jest wiele  imprez w weekend stąd konieczność wyszukania owego artykułu).  Interesujący a także pokazujący jak łatwo zyskać głosy delegatów wygrać wybory,rządzić nie zwracajac uwagi na swoich wyborców a po 7 latach takich rządów, stracić  zaufanie ludzi, którzy dokonują wyboru najwyższych władz związku sportowego, i oto ci sami ludzie, którzy wybrali cię na stanowisko prezesa stają się twoimi największymi nie przyjacielami można powiedzieć wrogami, tylko dlatego, że ich nie szanowałeś, nie zwracałeś uwagi na  własnych członków,na kluby które wyborcy ci reprezentowali, na  trenerów, na  zawodników, którzy startowali w wielu zawodach zdobywali medale aby związek był opromieniony sławą. Niestety za często zdarzają się takie sytuacje nie tylko w sporcie ale też w naszym życiu.
Zapraszam do  bardzo pouczającej  lektury
Jadwiga Ślawska Szalewicz
Honorowy Prezes
Polskiego Związku Badmintona
Content Protected Using Blog Protector By: PcDrome.