Subskrybuj kanał RSS bloga Okiem Jadwigi Subskrybuj kanał RSS z komentarzami do wszystkich wpisów bloga Okiem Jadwigi

Archiwum miesiąca Marzec 2011

Urodził się w dniu 3 października 1925 r w Warszawie syn Anny Horodeckiej z domu Tereszyńskiej i pułkownika Leona Janusza Horodeckiego herbu Świnka vel Świnicz. Tym herbem pieczętowali się Horodeccy należący do północnej gałęzi rodu. Pochodzili oni z Witebszczyzny, a po represjach rosyjskich mających miejsce po upadku Napoleona zamieszkali ziemię Wileńską i Wilno. Część Rodziny osiadła na Podolu w rejonie Winnicy. Zadecydował o tym rozwój przemysłu na ziemiach należących do Branickich. W roku 1918 wyjechali na zawsze z Rodziną do Warszawy.

Andrzej Horodecki ukończył studia magisterskie na Wydziale Elektrycznym Politechniki Warszawskiej w 1950 roku uzyskując dyplom nauk technicznych i inżyniera elektryka. Praca dyplomowa dotyczyła elektrycznych silników asynchronicznych na dużą liczbę włączeń. Promotorem pracy był prof. J. Lando. Studiując na Politechnice będąc na trzecim roku jednocześnie podjął studia matematyczne na Wydziale Matematyczno-Fizycznym Uniwersytetu Warszawskiego, zaliczył do roku 1951 trzy lata z czteroletnich studiów, ponieważ w tym samym roku rozpoczął pracę zawodową.  Stopień doktora nauk technicznych uzyskał w 1963 r. na Wydziale Elektrycznym Politechniki Warszawskiej. Tematem pracy była analiza pracy układu napędu elektrycznego z silnikiem asynchronicznym zasilanym przez wzmacniacze magnetyczne. Promotorem rozprawy był profesor J. Lando. Tytuł naukowy profesora nadzwyczajnego otrzymał w 1987 r., a w roku 1992 został powołany przez Ministra Edukacji Narodowej na stanowisko profesora zwyczajnego w Politechnice Lubelskiej. Tak przedstawia się kariera naukowa Pana Profesora. Zawodowo Pan Profesor związany był 29 lat z Politechniką Warszawską z Katedrami: Napędów Elektrycznych, jako asystent, wykładowca, st. wykładowca, w Instytucie Sterowania i Elektroniki Przemysłowej, jako st. wykładowca. Jednocześnie pracował w Katedrze Matematyki i w Katedrze Napędów Elektrycznych, a także w Instytucie Elektrotechniki w latach 1951 -2001 początkowo, jako Kierownik Sekcji Napędów Dźwigowych, następnie kierownik Samodzielnego Zespołu Pracowni Napędowych i jako kierownik Zakładu Zautomatyzowanych Napędów. W 1962 r został mianowany przez Ministra Przemysłu Maszynowego na samodzielnego pracownika naukowo-badawczego, a w 1973 r mianowany na docenta zaś w latach, 1990 – 1998 jako profesor w Zakładzie Badań Podstawowych M.G. i PAN w Instytucie Elektrotechniki, a w okresie 1998 -2001 jako doradca Dyrektora Instytutu Elektrotechniki.

Pan Profesor przez 43 lata związany był z Polską Akademią Nauk w latach 1965- 1990 r., jako Sekretarz Naukowy Komitetu Elektrotechniki. W latach 1970-1982 był zastępcą Redaktora Serii Wydawniczej „Postępy Napędu Elektrycznego” PAN.

Osobnym etapem Jego pracy była Politechnika Lubelska gdzie był zatrudniony na Wydziale Elektrycznym w latach 1976/77 i od 1990 do 2003. Był Kierownikiem Katedry Napędów Elektrycznych, zaś w latach 1998 – 2003 Kuratorem Katedry Maszyn Elektrycznych. Od 1992 powołany przez MEN na stanowisko profesora zwyczajnego, był członkiem Rady Wydziału Elektrycznego, członkiem Senatu, Przewodniczącym Komisji Senackiej Dyscyplinarnej, członkiem Senackiej Komisji ds. Badań Naukowych i Rozwoju Kadry. Od roku 1991 do 2001 był Przewodniczącym Komisji Egzaminów Dyplomowych w zakresie napędu elektrycznego i maszyn elektrycznych, w roku 2001 do 2003 dokooptowany do Rady Programowej Studium Doktoranckiego Wydziału Elektrycznego. Pan Profesor prowadził szeroko rozumiana działalność badawczą w zakresie:

Opracowania matematycznych metod wyboru układów napędu elektrycznego, współudział i kierownictwo prac badawczych dotyczących modernizacji krajowych układów napędowych maszyn papierniczych, opracowywanie metod określających potrzebę wprowadzania systemów diagnostycznych do układów napędu elektrycznego, oraz problemów ekonomicznych dotyczących układów napędu elektrycznego zasilanych z niekonwencjonalnych źródeł energii.

Jest autorem ogółem 193 opracowań w tym 4 książek

Dwóch monografii wydanych przez Elsevier Science Publishers w Holandii:

“Electric drive systems dynamics. Selected problems”, w roku 1990 wspólnie z  

 Prof. Szklarskim i dr. K. Jaraczem,

„Selecting electromechanical drive system” r 1991,

Dwie monografie wydane przez Państwowe Wydawnictwo Naukowe PWN:

„Ocena i wybór układów elektromechanicznego przetwarzania energii” r 1984 w ramach serii wydawniczej „Postępy Napędu Elektrycznego” PAN

„Selecting electromechanical drive systems” r 1991,  książka wydana wspólnie przez PWN i Elsevier. Nie sposób opisać całej działalności Pana Profesora, bo jak opisać w kilkunastu zdaniach prace naukowe, działalność dydaktyczną na Politechnice Warszawskiej, Politechnice Lubelskiej uczestnictwo w komitetach naukowych z wyboru, w komitetach naukowych konferencji krajowych i zagranicznych, uczestnictwo w Radach Naukowych z wyboru, działalność w Towarzystwach Naukowych, innych stowarzyszeniach nienaukowych, czy też opisać staże zagraniczne i wyjazdy zagraniczne. Nie jest to możliwe, ponieważ posiadany przeze mnie życiorys Pana Andrzeja Horodeckiego na podstawie, którego przygotowywałam ten wpis liczy dwa tomy, z których jeden ma 210 stron, a drugi 115. Mogę jedynie napisać to, co ja pamiętam od roku 1954, kiedy wraz z Rodzicami sprowadziliśmy się do domu przy ul. Świerczewskiego, dzisiaj Solidarności byłam 9 letnią dziewczynką, zaś pan Andrzej miał wówczas 29 lat i od czterech lat był magistrem nauk technicznych. Moje wspomnienia mogą dotyczyć czasów, gdy ja nieco podrosłam, miałam już lat 18 i zastanawiałam się nad wyborem uczelni, wtedy, jako sąsiedzi odbywaliśmy dyskusje dotyczące moich zainteresowań, a starszy Kolega doradzał mi i starał się pokazać plusy i minusy moich wyborów. Wiele przeżyliśmy zawirowań, wiele zdarzeń, wydarzeń czy chociażby wizyt z okazji imienin, bądź kolejnych sukcesów naukowych. Pan Andrzej zawsze w garniturze, obowiązkowo w białej koszuli, pod krawatem, ale też bardzo często w muszce, co mi się bardzo podobało, ale nieco peszyło. Nasze drogi na chwilę się rozeszły  w momencie mojego zamążpójścia i odejścia z domu, ale nie oznaczało to, że kontakty się urwały. Częste rozmowy telefoniczne, informacje dotyczące moich studiów, mojej pracy w nietypowej jak dla kobiety dziedzinie sportowej w judo, moja praca magisterska związana z Japonią z judo i mistrzostwami Polski seniorów, dwa odrębne światy, inżyniera, matematyka z Politechniki Warszawskiej i kobiety z Akademii Wychowania Fizycznego, organizatora w kulturze fizycznej i sporcie, przyszłego Prezesa Polskiego Związku Badmintona i Vice Prezydenta Europejskiej Unii Badmintona. Dwa różne światy, ale te same dążenia rozwoju naukowego, rozwoju duchowego, w zupełnie różnych dziedzinach życia. Pamiętam nasze Mamy, które jak to sąsiadki często przystawały i prowadziły rozmowy każda zachwalając swoje dziecko rozmawiały o nas, dzieciach, jak pani Anna Horodecka z Taraszkiewiczów była oddaną i dumną ze swojego syna Mamą, który odwdzięczał się niespotykaną miłością synowską. Dawne czasy, trudne czasy. W roku 1968 zmarła „starsza pani” jak Ją nazywałam. W tym samym roku ja wyprowadziłam się na Sadybę i nasze  kontakty się urwały. Dopiero po latach, gdy bardzo ciężko zachorowała moja matka ponownie nastąpiło zacieśnienie naszej znajomości. Moi Rodzice, jako najbliższe osoby mieszkające od lat w tym samym budynku byli bardzo zaprzyjaźnieni z Panem Andrzejem i Aleksandrą Krystyną Horodecką z domu Mularską, najukochańszą żoną Pana Profesora. Częste wizyty, kawki, wspólne wieczory oto, co pamiętam, pamiętam też czasy, gdy Pan Andrzej z żoną wyjeżdżali za granicę i moi rodzice pełnili obowiązki opieki nad mieszkaniem,  ulubionymi fiołkami alpejskimi pani Krysi oraz podlewaniem kwiatów, ot zwykłe sąsiedzkie przysługi. W roku 2003 po serii udarów zmuszeni zostaliśmy do zabrania Rodziców do Anina. Dla Moich Przyjaciół była to ogromna strata, ponieważ przez 50 lat mieszkali „razem” choć osobno.   Wtedy też  Pan Andrzej pomagał mi w drobnych sprawach związanych z mieszkaniem Rodziców, i w tym czasie nasze kontakty znowu odżyły. Przez ostatnie osiem lat byłam częstym gościem na Solidarności a nasi Przyjaciele przyjeżdżali do nas na herbatkę i obowiązkowo pyszne ciasteczka. Tak wieloletnia Przyjaźń Moich Rodziców, przekazana została mi jakby wraz z tradycją pomagania sobie nawzajem. Mogę powiedzieć jedno, jestem dumna z tej znajomości, jestem dumna, że mieszkając w jednym domu mogłam obcować z tak wybitnym człowiekiem, który był uosobieniem Skromności, Dobra, Honoru i poczucia wartości drugiej osoby. Pozostanie mi na zawsze obraz Jego uśmiechniętej twarzy, towarzyszący rozmowie oraz najwyższej klasy uprzejmość, jaką się cechował.

Rok temu po pogrzebie Mamy zostałam zaproszona do domu Państwa Horodeckich na herbatkę i wtedy właśnie poproszono mnie o ostatnią przysługę, w momencie odejścia Jego i Jego Ukochanej Małżonki Aleksandry Krystyny.  Panie Andrzeju, mam nadzieję, że dzisiejsze Uroczystości Pogrzebowe spełnią Pana oczekiwania. Bardzo mi na tym zależało.

Do widzenia Drogi i Jedyny w swoim rodzaju Przyjacielu. Takich Ludzi jak Pan już prawie nie ma.

Spoczywaj w spokoju!

W dniu 24 marca 2011 roku zmarł Pan Prof.dr hab.inż Andrzej Horodecki, Wielki Przyjaciel naszej Rodziny Moich Rodziców i Nasz.

Uroczystości pogrzebowe odbędą się:

Msza Pożegnalna odbędzie się w dniu 30 marca 2011  w Kościele Księży Pallotynów ul.Skaryszewska 12 o godz.12.30 .

przejazd autokarem na Stary Cmentarz Powązkowski oraz

nabożeństwo żałobne w Kościele Karola Boromeusza tego samego dnia 30 marca 2011 o godz.14.40 po czym nastąpi wyprowadzenie do grobu rodzinnego.

Cześć Jego pamięci!

Jesteśmy w okresie Wielkiego Postu. W dawnej Polsce poszczono nie tylko z okazji Świąt Wielkiej Nocy lecz także ze względu na podjęte zobowiązania i z powodu różnych okoliczności. Zalecenia kościelne były respektowane, jednak w wiekach XVII, XVIII  post stał się kulinarna odmianą, związaną tradycyjnie z przygotowaniem smakowitych ryb z dodatkiem rozmaitych  potraw.  Wgląd do postnego menu umożliwia nam poemat Postny obiad albo zabaweczka, z połowy XVII wieku pióra Hiacynta Przetockiego. W wierszowanych opisach i dygresjach na temat różnych dań autor wymienia polewki (migdałową, winną, kaparową i będący zmorą poszczących barszcz.). Wśród licznych ryb pojawiają się śledzie, czeczugi, kiełbie, jesiotr, szczupak, karp, łososie, węgorze ryby w rosole (tj. wywarze z jarzyn i ryb) i zapiekane w kruchym cieście. Wśród ryb wymieniono też minogi, a nawet ślimaki. W eleganckim postnym menu ważne miejsce zajmowały tzw. wety, czyli słodycze i desery: ciasta, tzw. cukry czyli barwione głowy cukru, orzechy i owoce. Postny posiłek mógł być całkiem smaczny i wcale nie musiał być tani: szlachetne gatunki ryb, egzotyczne przyprawy, migdały, rodzynki, cukier i egzotyczne owoce należały do najdroższych produktów żywieniowych.

Należy jednak pamiętać, iż pojęcie „postnej potrawy” było dosyć rozciągliwe i tak np. za postną potrawę uważano ogon bobra tzw. plusk, który był osobliwym rarytasem na pańskich stołach. Pojawiały się tam także ryby gotowane w mięsnym sosie i karpie ze słoniną, o których wspominał w swoim dziele pamiętnikarz Jędrzej Kitowicz. Najsławniejszymi potrawą była potrawa przyrządzana z mięsa kaczki łyski, popularna wśród przepisów Kucharza doskonałego Wojciecha Wielądka, czyli łyska z grochem tureckim lub duszona. Kaczka zaliczona została przez Wojciecha Wielądki do ryb morskich, ”ponieważ względem jej zimnej natury, w dzień postny się jeść godzi”. W pewnym sensie nie należy dziwić się takim praktykom, bowiem jak pisze w swoim artykule ksiądz Jan Kracik, postna ryba mogła być konsumowana z mięsem innych zwierząt zimnokrwistych bądź tych, które dadzą się sprowadzić do ryb (ad pisces reductive pertinent), czyli raków, homarów, ostryg, żółwi, ale również kaczek i kurek wodnych.  W ten sposób ryba nie była mięsem, ptak wodny stawał się rybą, a ptasie jaja – mięsem ciężko łamiącym post! Ponadto niektóre średniowieczne zakony o łagodniejszej regule twierdziły, iż jeśli Bóg tego samego dnia powołał do bytu zarówno ryby jak i ptactwo, to można je spożywać nie łamiąc postnych zakazów. Za zwierzęta wodne, które można było spożywać w post uznawano również wydry, o których pisał w swoim dziele Jędrzej Kitowicz: Kiedy jedzą /reformaci/ w refektarzu, tedy do napoju nie zażywają szklanek, ale miseczek glinianych płaskich, wyrażając w tej manierze dawnych pustelników, którzy brali napój żółwimi skorupkami; kaczki dzikie, nurkami i łysicami zwane, także bobry, wydry i żółwie jedzą za ryby, ponieważ te zwierzęta maja więcej przyrodzenia wodnego niż ziemnego.

Tego typu praktyki postne świadczą niezbicie o tym, iż bogatsze warstwy społeczeństwa opierały własne pojmowanie postu kościelnego jeszcze poprzez pryzmat tradycyjnej dawnej wiedzy. Liczyły się przepięknie i suto zastawione stoły, wyrafinowanie oraz mnogość potraw, które zazwyczaj uchodzić za postne w żaden sposób nie mogły. Jak teraz wygląda post w XXI wieku, czy stosujemy się do nakazów religijnych, czy przygotowujemy specjalne potrawy z tej okazji? Trudno odpowiedzieć, wiele osób pewnie pości w środę czy w piątek, ale czy jest to związane z tradycją, wychowaniem czy z nakazami kościelnymi?

W moim domu ryby są często podawane, ze względu na wartości odżywcze oraz fakt, że ich cena jest na poziomie cen dobrego mięsa, a moja kochani uważają, że są lepsze od najlepszego mięsa.

Lubimy łososia smażonego na maśle z dodatkiem odrobiny oleju po 3 minuty z każdej strony, którego serwuję z marchewką glazurowaną, brokułami blanszowanymi przez 3 min w osolonej wodzie, i kartofelkami z wody lub ćwiartkami ziemniaków pieczonych w piekarniku, jak również sandacza, mintaja, śledzie w oleju z cebulką podawane z kartofelkami z masłem, lub z puree ziemniaczanym przygotowanym z masłem i śmietaną, szczególnie w te dni, gdy moje wnuki do nas wpadają z krótka wizytą. Zachęcam do wymiany informacji na temat postnych potraw, bądź przepisów na przygotowanie ryb, które powinny dość często gościć na naszych stołach, ze względu na zawarte w nich składniki cenne dla naszego zdrowia a przede wszystkich kwasy Omega 3, które są  błogosławieństwem dla serca. Wiem, że wiele Pań domu ma swoje sekretne przepisy, dlatego proszę o uchylenie rąbka tajemnicy w tym zakresie. Życzę wszystkim dobrego tygodnia, dużo zdrowia i pogody ducha, pomimo wszystkich wydarzeń tragicznych jakie miały ostatnio miejsce na świecie, ale o tym będzie już w następnym wpisie.

Wasza Jadwiga

Wpis opracowałam na podstawie Silva Rerum i artykułu M.Spychaj

Kilka dni temu otrzymałam list. Jako że niektóre listy publikuję na blogu, ten list postanowiłam również Wam – moim tumbywalcom, jak mawia Gosia, udostępnić. Szczególnie teraz kiedy wiosna skrada się do nas, kiedy temperatura oscyluje w granicach 6 stopni i jest nadzieja na wyższą, kiedy za chwilę będziemy wbijać się w swoje zeszłoroczne sukienki i ubabranka i znowu poważnie stwierdzimy, że chyba niestety dramatycznie złą pralnię mamy, bo jakoś dziwnie od zeszłej wiosny ubranka się skurczyły. Gdy przed nami nowy sezon grillowy, gdy już, już, będziemy wybierali ten jedyny niepowtarzalny wyjazd na nasze długo oczekiwane wakacje. A zatem przed wszystkimi tymi miłymi czynnościami przeczytajcie porady lekarskie, abyście później nie mówili, że choć wiecie dużo, to jednak gdybym ja to przedtem wiedział/ła to pewnie bym tego nie zrobił/ła. Jesteście moimi Przyjaciółmi, dlatego dzielę się z Wami wszystkim co dobre. Zapraszam do lektury!

Mówią, iż należy codziennie jeść jedno jabłko ze względu na żelazo i jednego banana ze względu na potas. I też jedną pomarańczę na witaminę C i pół melona, żeby poprawić trawienie oraz należy wpić filiżankę zielonej herbaty bez cukru, aby zapobiegać cukrzycy. Każdego dnia należy pić dwa litry wody (tak, a potem je wysikać na co schodzi dwukrotnie więcej czasu niż na wypicie).Codziennie należy pić Activię lub inny jogurt, żeby mieć L. Casei Defensis i choć nikt nie wie co to za g.. jest, wygląda na to że jeśli codziennie nie zjesz półtora miliona, zaczynasz widzieć ludzi niewyraźnie.
Codziennie  masz połknąć jedną aspirynę, żeby zapobiegać zawałowi i wypić lampkę czerwonego wina w tym samym celu, plus jeszcze jedną białego na układ nerwowy. I jedno piwo już nie pamiętam na co. Jeśli wypijesz to wszystko razem, to nawet jeśli od razu dostaniesz wylewu, to nie masz się co przejmować, bo nawet się nie zorientujesz.
Codziennie trzeba jeść błonnik. Dużo, ogromne ilości błonnika, aż zdołasz wypróżnić cały sweter. Należy przyjmować między sześcioma a ośmioma posiłkami dziennie, lekkimi, i oczywiście nie zapominając o dokładnym pogryzieniu sto razy każdego kęsa. Robiąc małe obliczonko już na samo jedzenie zejdzie Ci z pięć godzinek.
A, po każdym posiłku należy umyć zęby, to znaczy po activii, i błonniku zęby, po jabłku zęby, po bananie zęby… i tak dokąd starczy zębów..
Lepiej powiększ łazienkę i wstaw sprzęt audio, ponieważ między wodą, błonnikiem i zębami spędzisz tam dziennie wiele godzin.
Trzeba spać osiem godzin i pracować kolejne osiem, plus pięć jakie potrzebujemy na jedzenie = 21. Jeśli nie spotka Cię coś niespodziewanego, zostają Ci trzy. Wg statystyk oglądamy telewizję trzy godziny dziennie. No dobrze, już nie możesz, bo codziennie trzeba spacerować co najmniej pół godziny (dane z doświadczenia – lepiej po 15 minutach wracaj, bo inaczej z pół godziny zrobi Ci się godzina).
Należy dbać o przyjaźnie, gdyż są jak rośliny, należy je podlewać codziennie, i jak jedziesz na wakacje, to jak sądzę również. Ponadto należy być dobrze poinformowanym, więc trzeba czytać co najmniej dwa dzienniki i jeden artykuł z czasopisma, żeby skontrastować informacje. Aaaa i trzeba uprawiać sex każdego dnia, ale bez popadania w rutynę, trzeba być innowatorskim, kreatywnym, odnowić uczucie pożądania. To wymaga swojego czasu. A co dopiero jeśli ma to być sex tantryczny! (celem przypomnienia: po każdym posiłku myjemy zęby!)
Na koniec z moich obliczeń wychodzi mi jakieś 29 godzin dziennie.

Jedyne rozwiązanie jakie przychodzi mi do głowy to robienie kilku rzeczy na raz, na przykład : bierzesz prysznic  w zimnej wodzie i z otwartymi ustami, w ten sposób połykasz 2 litry wody.
Wychodząc z łazienki ze szczoteczką do zębów w ustach uprawiasz sex (tantryczny ) ze swoim partnerem/partnerką, który w międzyczasie ogląda telewizję, i opowiada Ci co się dzieje na ekranie, w czasie gdy szczotkujesz zęby, masz jeszcze jedną wolną rękę? Zadzwoń do przyjaciół!! I do rodziców!!  A teraz czas na wypicie wina (po telefonie do rodziców przyda się). Uff.. Jeśli zostały Ci jeszcze dwie minuty, to skopiuj i prześlij ten list dalej do przyjaciół (których trzeba podlewać jak rośliny). A teraz już Cię zostawiam, bo z jogurtem, połową melona, piwem, pierwszym litrem wody i trzecim posiłkiem z błonnikiem, nie wiem już co zrobić, ale pilnie potrzebuję ubikacji. A po drodze wezmę szczoteczkę do zębów…
Jeśli już wcześniej Ci to tym mówiłam lub pisałam, to wybacz, to pewnie Alzheimer, którego mimo tylu środków zapobiegawczych nie uniknęłam…

Beata, moja angielska przyjaciółka, zawsze stara się poprawić mi nastrój w chwilach trudnych, jakie od czasu do czasu i mnie spotykają. Wczoraj znalazłam się znów na kilka godzin w szpitalu, a po powrocie okazało się, że jest list od Beaty. „Masz coś miłego, podziwiam tę osobę od zawsze, odkąd jestem w Anglii, odkąd poznałam historię Albionu, stąd mój list z informacjami, czytaj i ciesz się oraz wracaj do formy.” Kochana Beata! Jak zwykle w trudnym momencie jest przy mnie. Dziękuję, a Wam wszystkim przedstawiam historię tej niezwykłej kobiety:

Zafascynowanie cudownym pomnikiem królowej Boadicea (lub Boudiki jak niektórzy ją nazywali), przedstawiający ją na rydwanie z dwiema córkami, zaprowadziło mnie do zajęcia się jej postacią i poświęcenia jej całkiem dużego ustępu w mojej nowej (jeszcze niewydanej) książce. Ta dzielna kobieta może być porównana do Joan d’Arc, która to swoim zapałem i odwagą dała przykład całemu narodowi.  Boadicea była królową Icenów (wschodnia Brytania) w czasach, gdzie Anglia została niemal całkowicie zawojowana przez armię rzymską.  Trzymali oni całą Anglię w szachu i żadne z plemion nie odważyło się podnieść głowy, aż do czasu, kiedy to Rzymianie nastąpili na odcisk Boadicea! Wracając do panowania rzymskiego w Anglii, to należy im się drobna pochwała za opanowanie Anglii, bo przywieźli ze sobą centralne ogrzewanie (tak, tak, centralne), toalety, bieżącą wodę i inne nowinki techniczno-kulturalne, no, ale odbiegam od tematu. Owa dzielna kobieta została obrabowana w majestacie prawa z majątku i korony, a gdy zaprotestowała, została wychłostana, a jej córki zgwałcone.  No i to był ten moment, gdzie Boadicea powiedziała, basta. Scaliła plemiona Brytów w południowej i zachodniej Anglii i  poprowadziła powstanie. Najpierw około 61 roku naszej ery złupiła skórę oddziałom rzymskim w Colchester, potem puściła z dymem Londyn, a na koniec powaliła na kolana armię wroga w St. Albans. Tego już było Rzymianom za wiele. Scentralizowane legiony XIV Gemina i XX Valeria Victrix pod wodzą Swetoniusza Paulinusa zaatakowały armię Boadicea w drodze pomiędzy Londynem a Wroxeter i wycięły w pień 80 tysięcy Brytów. Brytowie byli totalnie nieprzygotowani na walki w ścisku, do tej pory walczyli indywidualnie; tutaj nie mieli żadnych szans przeciwko żołnierzom rzymskim specjalizującym się właśnie w takich bitwach. Nie tylko styl walki decydował o przegranej, należy również wspomnieć, że duży procent armii powstańców to były kobiety i dzieci, nie wojownicy.  Boadicea i jej dwie córki, podobnie jak polska Wanda, co nie chciała Niemca, wolały popełnić samobójstwo niż oddać się w ręce wroga.  Najeźdźcy, dokonali całkowitej pacyfikacji plemiona Icenów jak też innych Brytów.  To jednak Boadicea króluje we współczesnym Londynie, a nie Rzymianie – jej wspaniały pomnik naprzeciw Big Ben’a, przy moście Westminster podziwiany jest codziennie przez tysiące turystów i mieszkańców stolicy Anglii, natomiast po Swetoniuszu Paulinusie nie pozostał ślad….

Beato, dziękujemy za zapoznanie nas z historią królowej Bodicea, dzielna Kobieta!

Wszystkim życzę dobrego tygodnia!

Wasza Jadwiga

4.03 – Imieniny Kazimierza, w sporcie był jeden Kazimierz, najsławniejszy i najmilszy, trener tysiąclecia. Mowa oczywiście o Panu Kazimierzu Górskim. Gdyby żył to w dniu 2 marca ukończyłby 90 lat.

Cokolwiek byśmy nie napisali o Panu Kazimierzu to będzie za mało. To będzie tylko nasze spojrzenie, choć dalekie od prawdy, bowiem całkowicie subiektywne spojrzenie na Pana Kazimierza, człowieka, który żył dla innych. Kiedyś powiedział: „… miałem szczęście do ludzi, miałem taką możliwość, że spotkałem ich wielu i wiele ciekawych postaci, a poza tym mam takie usposobienie, że zawsze lubiłem towarzystwo…”. Papierosów nie palił, ale okazjonalnie zapalał cygaro, mówiąc: jak zapalę to padnie bramka. Jego ulubionym trunkiem był „Napoleon”. Pani Maria – żona Pana Kazimierza, osoba niezwykle ciepła, pełna miłości i zrozumienia dla pasji męża, odeszła w roku 2005. W tym szczęśliwym małżeństwie przeżyli 60 lat.

Pana Kazimierza poznałam wiele lat temu i mogę powiedzieć, że lubiliśmy się i to bardzo.  Spotykaliśmy się w Polskim Komitecie Olimpijskim, na spotkaniach oficjalnych i towarzyskich, Balach Mistrzów Sportu, gdzie zawsze siedział przy tym samym stoliku ze swoją małżonką w towarzystwie Krystyny i Henryka Loski, wiecznie uśmiechnięty, sypiący dowcipami, czarujący pan, prawiący miłe komplementy damom. Pan Kazimierz… W roku 1992 w Barcelonie przesiedzieliśmy w hotelowym barku chyba do czwartej rano, sącząc jakiś złocisty trunek. Rozmowa dotyczyła sportu, piłki nożnej no i oczywiście badmintona. Uważał, że jest to świetny sport dla młodzieży i był pełen podziwu, że jestem prezesem tego Związku. Na marginesie dodam, że na IO 1992 w Barcelonie badminton debiutował w programie Igrzysk, a Polski Związek Badmintona zakwalifikował do tych Igrzysk 5 zawodniczek – Bożenę Siemieniec, Wiolettę Wilk, Beatę Sytę, Bożenę Wojtkowską Haracz, Katarzynę Krasowską i zawodnika Jacka Hankiewicza.

Żona pana Kazimierza, Maria kiedyś powiedziała cyt.”… Kazik to dziwny człowiek, bardziej troszczył się o innych niż o siebie. Przesadzał, bo czasami wiązaliśmy koniec z końcem, a on powtarzał swoje „widocznie los tak chciał”. Najbardziej wkurzył mnie po mistrzostwach światach w RFN, kiedy najpierw komuś z PZPN podarował lekką rączką samochód marki BMW, i to tylko, dlatego, że sam go otrzymał w prezencie… Potem setki innych upominków porozdawał zupełnie obcym ludziom”. ( Na podstawie książki M. Polkowskiego Alfabet pana Kazimierza”.

Lubił korzystać z tramwaju lub autobusów, aby dowiadywać się bezpośrednio od kibiców, co sądzą o reprezentacji oraz całej piłce nożnej. Pan Kazimierz…

W ubiegłym tygodniu, w Muzeum Sportu i Turystyki odbyła się promocja książki Macieja Polkowskiego pod tytułem „Alfabet Pana Kazimierza”. Autor książki urodził się w Warszawie, jest dziennikarzem, absolwentem filologii polskiej na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Od 1972 do 2004 był dziennikarzem „Przeglądu Sportowego” a w latach 1990-1994 redaktorem naczelnym. Jest redaktorem naczelnym „Polskiej Piłki” oraz przewodniczącym Komisji ds. Mediów PZPN. Poza tą książką wydał kilka innych oczywiście dotyczących piłki nożnej. Alfabet Pana Kazimierza jest książką, która powstała na bazie wywiadu nagranego z panem Kazimierzem wtedy, gdy zdrowie mu dokuczało i to bardzo, ale Maciek zdążył. I chwała mu za to.  A oto kilka urywków z promowanej książki:

„… D jak Deyna

Kazimierz Deyna - czasami wybuchają spory, kto pierwszy, a kto drugi? Ale na pewno Kazio mieści się w trójce najlepszych piłkarzy w historii Polski. Był kapitanem reprezentacji w tym najświetniejszym okresie; nazwali go królem środka boiska. Indywidualista taki, a miał coś w psychice, ze lubił być taki trochę samotny. To była taka pewna cecha charakteru. W zespole mile widziany z tego powodu, iż coś potrafił w czasie gry. Wydaje mi się, iż był trochę takim marzycielem. Kazio bokiem tu, bokiem tam, ale nikomu to nie przeszkadzało. Mocno przeżyłem jego tragiczną śmierć, 1 września 1989 r w wypadku drogowym na autostradzie w San Diego. Niektórzy uważali Kazia za mruka i jednocześnie człowieka pozbawionego poczucia humoru. Nic bardziej mylnego. Potrafił z kamienna twarzą, zrobić kawał, o którym długo opowiadano. Jedną z jego „ofiar” bywał Jacek Gmoch. Pamiętam, kiedy podczas mistrzostw w 1974 roku niemal odchodził od zmysłów, gdy ginęły notatki z jego bezcennymi zapiskami, jako szefa banku informacji. Zbieramy się na odprawę, a Jacek wierci się, gdzieś lata jak kot z pęcherzem. No i potem okazało się, że to Kazio schował mu notatnik na żyrandolu wiszącym pod sufitem…”

Zbigniew Religa – o, pan doktor lubi piłkę nożna i to bardzo. Nie jest żadną tajemnicą, że kibicuje Górnikowi. Głównie chyba, dlatego, że kierował kliniką kardiologiczną w Zabrzu. Jest wybitnym fachowcem znanym na całym świecie. O jego sportowej pasji świadczył między innymi fakt, że zdecydował się wejść do Rady Patronackiej PZPN. Teraz pracuje na stanowisku ministra zdrowia i wcale nie ma mu, czego zazdrościć. (Zmarł 7 marca 2009 r).

Feliks Stamm –nawet wczoraj o nim rozmawialiśmy. Ja zawsze lubiłem boks, a miałem wielu znajomych bokserów. Wszyscy byli zawodnicy, olimpijczycy, medaliści nie mówią nigdy o nim inaczej, że oprócz tego, że był trenerem, to także był dla nich jak ojciec. Szczególnie lubię słuchać jak opowiada o nim Jurek Kulej – jak Papa Stamm ustawiał zawodników, jakie dawał rady. On, jak to się powiada, umiał czytać walkę w ringu. Facet, który znał boks od podszewki i umiał znaleźć odpowiednią receptę. Jego uwagi z reguły były słuszne i trafne..”

Pozwólcie, że zacytuję kilka ulubionych powiedzonek pana Kazimierza:

„…A za błędy się płaci…

Dopóki piłka w grze… to nigdy nic nie wiadomo…

Można wygrać, przegrać albo zremisować..

Jeżeli chodzi o filmy, to zawsze byłem po stronie Indian…

Piłka to bardzo prosta gra, cała intencja polega na tym, żeby strzelić jedną bramkę więcej…

Twierdziłem, że jestem monarchistą, bo pijam… „Napoleona”…

W roku 2006 w dniu 2 marca rozpoczęła się wielka seria uroczystości z okazji 85 lecia urodzin „Trenera Tysiąclecia”.  3 marca 2006 r został odznaczony przez Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski.

23 maja o godzinie 7.04 Pan Kazimierz Górski zakończył życie.

Alfabet Pana Kazimierza – wysłuchał i spisał Maciej Polkowski, Oficyna Wydawniczo-Poligraficzna „Adam” Warszawa 2011

Nową pozycję na rynku wydawniczym przedstawiła

Wasza Jadwiga

Około 9 rano, a może trochę później, przyjechałam do maleńkiego miasteczka za Wałbrzychem. Nie wiem jak to się stało, ale pod wskazany adres dojechałam pytając tylko raz o drogę. Może dlatego, że samochód był oflagowany, oblepiony znakami Polskiego Komitetu Olimpijskiego, z napisem „ Fiat sponsor reprezentacji olimpijskiej, sponsor Polskiego Komitetu Olimpijskiego”. Jechało mi się jak po „maśle”. A może sprawa, jej ranga i powaga sytuacji pomagały mi w tej podróży? Jednym słowem dojechałam szczęśliwie pokonując prawie 500 km. Pamiętam ten dzień, słoneczny i taki radosny, ciepły, z podmuchami wiosny i zapachem ziemi i roślin budzących się do życia. Przed klatką stała jakaś sąsiadka. Na moje pytanie o pana Rajmunda ,padła krótka odpowiedź: Tak to tutaj na pierwszym piętrze. Krótkie pukanie, drzwi otworzyła Pani, jak się później okazało Jego żona. Poprowadziła mnie do pokoju, w którym na fotelu siedział jej mąż, autor listów wysłanych do PKOL, pan Rajmund. Powitanie serdeczne i rozmowa. Na początku trochę niezręczna, z dłuższymi przerwami, z ciszą zapadającą zbyt często. Biorę sprawy w swoje ręce. Przedstawiam się, opowiadam o moim mężu, o Polskim Komitecie Olimpijskim i o sobie. Opowiadanie o mnie i mojej pracy w sporcie zajmuje mi chwilę, ponieważ staram się nawiązać kontakt. Siedzę z jednej strony stołu  popijając herbatę, pan Rajmund z drugiej, zaś żona oraz córka i syn siedzą z boku, nie przeszkadzają, jak również nie wtrącają się do rozmowy. W pewnym momencie przypominam sobie, że mam list Prezesa PKOL do Pana Rajmunda, który mu wręczam i wtedy sytuacja zmienia się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Już wiadomo, że jestem tą właśnie osobą, na którą czekano od dłuższego czasu. Już wiadomo, że mam upoważnienie do działania w imieniu PKOL, już wiadomo, że jestem wysłannikiem, który ma pomóc w odebraniu materiałów i przekazaniu ich do Muzeum Sportu. Atmosfera się rozluźnia, spędzam około dwóch godzin na bardzo miłej pogawędce zarówno z Panem Rajmundem jak i Jego Małżonką oraz córką i synem. Pijemy kawę, jemy ciasto, nie wiem doprawdy kiedy upływają nam kolejne godziny. Około drugiej po południu stwierdzam, że muszę już wracać, tak się umówiłam z moją Rodziną. Opowiadam o wnuczce, czteroletniej panience, która właśnie z prababcią Marcysią urzęduje u nas w domu. Ponieważ dokumenty Pana Rajmunda były spakowane w kartony, obiecuję, że każde pismo zostanie przeze mnie opracowane, zapisane, skatalogowane i wtedy wszystkie materiały zostaną przekazane do Muzeum Sportu i Turystyki w Warszawie za pokwitowaniem, które będzie przesłane na adres darczyńcy listem poleconym.

Wróciłam do Warszawy mając w oczach obraz człowieka siedzącego od lat w fotelu, mimo tego, pogodnego, uśmiechniętego, otoczonego Rodziną, która go kocha i szanuje. W sierpniu 1994 roku otrzymałam następujący list:

„… Miła mojemu sercu Pani Jadwigo! Odpisuję tym razem na adres Fundacji. Dostałem dziś list od Pani i ze smutkiem stwierdziłem, że mój list wysłany listem poleconym na Pani adres domowy, nie dostał się do Pani rąk. Wysłałem ten list na drugi dzień po otrzymaniu od pani powiadomienia, że wszystkie moje dokumenty przekazała Pani do Muzeum Sportu i Turystyki. Zawiadomiłem Panią w tym liście i potwierdzam w dniu dzisiejszym o ogromnej wdzięczności mojej za starania, jakie włożyła Pani w tą sprawę, ażeby wszystkie te dokumenty miały tak jasny wyraz objaśniający mój wysiłek dokumentujący wyraźnie, że w czasie mojej pracy wykonałem ogółem 1210 dwugodzinnych pokazów atletycznych oraz, że w moich występach nie opuściłem ani jednego województwa w naszym Kraju, a nawet w niektórych występowałem dwu i trzykrotnie. Jestem Pani oraz Jej Szanownemu Małżonkowi za Ich staranie niewymownie wdzięczny…. Dziękuję też za piękne zdjęcie, które otrzymałem. Pani prześliczna buzia uśmiechnięta będzie teraz zawsze przy mnie i będzie rozjaśniać moje smutne dni kalekiego starca. Dziękuję też Pani za karteczkę z Pani podróży. Czekam też na październik w moim życiu niezmiernie ważny, bo powinien być potwierdzeniem, że moje ciężkie życie, które poświęciłem jako żołnierz dla obrony Ojczyzny i jako sportowiec dla reprezentowania idei sportowych, nie poszły na marne i zostały właściwie docenione…”. Wymiana korespondencji trwała i mniej więcej co tydzień otrzymywałam listy odpisując na wszystkie skrupulatnie, a nawet wysyłając kartki i krótkie listy z moich podróży do Lozanny, Birmingham, Glasgow, czy innych miejsc, gdzie mieliśmy zawody w badmintonie lub też wyjeżdżałam w sprawach olimpijskich , a z tym wiązał się moje udział w  konferencjach marketingowych organizowanych przez MKOL w różnych miastach Europy jak Limassol, Florencja , Londyn, Spała, Lozanna, Kopenhaga, Denver, Colorado Springs, czy różnemiejscowości w Polsce. Starałam się napisać i wysłać dwa, trzy zdania, aby Pan Rajmund uczestniczył choć trochę w moim zwariowanym i szybkim życiu. Obowiązki służbowe związane z pracą w Polskiej Fundacji Olimpijskiej, kolejne umowy sponsorskie negocjowane przeze mnie oraz Arka B, pełnienie funkcji Prezesa Polskiego Związku Badmintona znacznie ograniczały mój wolny czas, jednak zawsze znalazłam chwilę, aby napisać krótki list do Pana Rajmunda.  Pod koniec listopada kapituła „Wawrzynu olimpijskiego”  Polskiego Komitetu Olimpijskiego ogłosiła wyniki konkursu. Oto one:

1994 rok

w zakresie fotografii

Wyróżnienia
Józef Krzywdziński - za 12 prac czarno-białych
Tadeusz Kowalski - wyróżnienie za portrety sportowe

w zakresie sztuk plastycznych Brązowy Wawrzyn
Edward Łagowski - „Kajakarz górski”, „Wioślarze”, rzeźba na kolumnie „Olimpijczyk”
Ewa Krynicka - ”Gimnastyczka” i „Gol”

w zakresie literatury

Złoty Wawrzyn
Bogdan Tuszyński - ”Przerwany bieg”, „Radio i Sport”, „Sportowe Pióra”

Srebrny Wawrzyn
Raymund Paprzyca-Niwiński - „Nigdy nie dałem kopnąć się w…”

Brązowy Wawrzyn
Elżbieta Duńska-Krzesińska - ”Zamiatanie warkoczem”

Pomimo wielu obowiązków, pomimo zawodów w badmintonie oraz bardzo napiętego harmonogramu prac w PKOL, Andrzej dał się namówić na wyjazd do Pana Rajmunda i wręczenia mu dyplomu „Wawrzynu Olimpijskiego”. Pojechaliśmy samochodem, aby móc odbyć tę podróż w jeden dzień, na więcej brakowało czasu. Oto list jaki w  styczniu 1995 r otrzymałam : ”… Pani list z pozdrowieniami i zdjęciami Waszego pobytu w Boguszowie i u Was na Świętach ogromnie nas wszystkich ucieszyły. Zdjęcia były piękne. Dostojeństwo Pana Andrzeja wręczającego mi Dyplom Wawrzynu Olimpijskiego po prostu biło z Jego twarzy.(-) Pani Jadwigo, Pani jest u schyłku moich dni, jedyną osobą, która z niewiadomych dla mnie powodów schyliła się nad moim losem, zapisanym w mojej książce, podała mi swoją kochana dłoń w pracowitym geście, spisała te moje sportowe wysiłki w jedną całość i dokonała tego, że nawet za sto lat po moim odejściu w nicość, ktoś przeczyta, że był jakiś Paprzyca, co tam coś zrobił dla swojej ukochanej Ojczyzny i dla sportu…”. Kolejny list otrzymałam w maju 1995 r. jako odpowiedź na moją korespondencję wysłaną z Lozanny. Nie będę przytaczała całości bardzo serdecznego listu tylko dwa a może trzy najważniejsze zdania: ”…Pytasz się Kochana Dziecinko co u nas się dzieje. Wyobraź sobie że przed kilku tygodniami odwiedził nas z Telewizji Polskiej program I redaktor Pan Frąckiewicz, mówiąc, że chce zrobić film dokumentalny z mojego życia.(-). Zakończył robić zdjęcia 13 kwietnia. Obiecał ukazanie się filmu w miesiącu maju lub czerwcu w programie pierwszym, który ma mieć tytuł „Zawsze po godzinie 21ej w Środy- film dokumentalny”.  Następne listy odebrałam 1sierpnia, a kolejny  otrzymałam dzień przed moimi imieninami  to jest 14 października 1995 r. Oto on:

”… Szanowna Pani Jadwigo,

Wczoraj otrzymaliśmy od Pani list z Londynu. Dziękujemy za pamięć. Niestety mój Kochany tato , nie zdążył go już przeczytać. Zmarł 3.10.95 roku rano o czwartej godzinie. Jak Pani wie, ostatnie 14 lat przesiedziane w domu, były dla niego niezwykle ciężkie. Ostatnie tygodnie zaś, były pasmem cierpień i bólu. Dla nas mimo swego odejścia, zawsze będzie z nami i zawsze będziemy odczuwali jego obecność i opiekę. Był człowiekiem szczególnym i dlatego tak trudno pogodzić się nam z jego odejściem. (-) O ile to jest możliwe, prosimy również o utrzymywanie z nami kontaktu listownego. Jeszcze raz za wszystko Państwu dziękujemy, ja, moja mama i cała rodzina. Z Szacunkiem Joanna Niwińska”. Kolejny list od Joanny otrzymałam w styczniu 1996 r z informacją o operacji jaką przeszła Pani Eugenia, żona Rajmunda, cytuję: ”… Przed Świętami ukazał się w programie I TVP program o ojcu. Realizował go red. Włodzimierz Frąckiewicz, jeszcze wiosną. Tato czekał dobrych parę  miesięcy no i oczywiście emisja nastąpiła trochę za późno. To tyle wieści, pozdrawiam w imieniu Mamy i brata, Aśka Niwińska…”

Oto cała historia Mojego Przyjaciela Rajmunda, człowieka dla którego słowo Ojczyzna nie było czczym słowem, a o którym tak pięknie napisał w jednym ze swoich listów do mnie:

„… wszystko poświęciłem  dla wolności mojej Ojczyzny, a właściwie aby być godnym w swoich oczach chwały wojennej moich przodków…”

O swoim Wielkim Przyjacielu Rajmundzie o Jego trudnym życiu i przyjaźni zawartej na chwilę,  a może zbyt późno

wspominała

Wasza Jadwiga

Był marzec, a może kwiecień roku chyba 1994. Andrzej przyjechał do domu i położył przede mną na stole  listy, jedne z wielu jakie przychodziły na adres PKOL w Warszawie. Powiedział tylko: czy możesz to przeczytać?  Oczywiście przeczytałam. Urywki przytaczam w całości bez jakichkolwiek poprawek:

„…Wielce Szanowny Panie , w dniu 8 listopada b.r. w godzinach wieczornych w Polskiej Telewizji w Dzienniku usłyszałem niestety niepełny komunikat. Przedstawiciela Polskiego Komitetu Olimpijskiego mówiący o tym, że w roku 1994 jest jakaś rocznica, nie dosłyszałem jaka, Polskiego Komitetu Olimpijskiego mówiący o tym , że w roku1994 ma być ogłoszony konkurs dla artystów, a więc zrozumiałem aktorów, pisarzy i poetów, jednym słowem ludzi pióra i kultury o „laur” powiedzmy prościej o pierwsze miejsce, dla tego, kto najbardziej w swoim życiu piórem i czynem zabłyśnie w propagandzie wyczynowego sportu. Panie Przewodniczący stałem się niedawno pisarzem. Wydano książkę mojego życia, dziewiętnaście opowiadań, wszystkie przeze mnie przeżyte w walce o wolność Polski i w występach publicznych sportowych. Wydaną książkę napisałem samodzielnie…(-). Piszę dalej w skrócie, aby nie męczyć Pana rozwlekłością tematu. W moim życiu najpierw z zamiłowania, a potem też z wynikłych okoliczności, w jakich się znalazłem zostałem atletą w starej formie z przed lat, a więc popisując się publicznie gięciem sztab kowalskich. Stara sztuka dziś już w całkowitym zapomnieniu. Od 1957 roku do 1974 roku wykonałem na terenie całej Polski 1210 dwugodzinnych pokazów sportowych organizowanych przez kluby sportowe Górnik Wałbrzych i Kolejarz Sosnowiec. Wszystkie pokazy otrzymały zezwolenia Wojewódzkich Komitetów Kultury Fizycznej i Wojewódzkich Wydziałów Kultury Fizycznej pod nadzorem Wydziałów Finansowych. Wszystkie te zezwolenia z całych dziewiętnastu lat mam złożone do wglądu. Posiadam także wszystkie opinie wielkiej wartości, z wszystkich tych województw. Oprócz tego posiadam dziewięć książek z opiniami z tych Powiatowych Komitetów Kultury Fizycznej na łączną sumę 1210 zarejestrowanych występów. Jako czynny zawodnik w 1947 roku zdobyłem trzecie miejsce w wadze ciężkiej w barwach Wisły Kraków w dźwiganiu ciężarów. W boksie wykonałem 105 walk w wagach od średniej do ciężkiej. W rzucie młotem w roku 1956 byłem na 6 miejscu w mistrzostwach Polski. W okresie wojny byłem w walkach od 1 września 1939 roku do 7 października na wojnie, a już 16 listopada 1939 roku w Oddziale majora Hubala (Majora Dobrzańskiego), następnie w Oddziale Huragan pow. Radom, w Oddziale AK „Maryśka” Pionki, a potem już do końca w Batalionach Chłopskich Majora Graba do 5 maja 1945 r. w Puszczy Kozienickiej. Dwa razy ciężko ranny. Odznaczony Krzyżem Virtuti Militari kl. V, Krzyżem Walecznych i za służbę u Hubala srebrnym Krzyżem Zasługi. Odpisy odznaczeń załączam. Całą dokumentację z dziewiętnastu lat występów mam w takim stanie, że mogę ją złożyć w ciągu 2 godzin do wszechstronnego wglądu. W styczniu 1994 roku kończę 80 lat życia. Od 1981 roku jestem kaleką poruszającym się po mieszkaniu o 2 laskach. Na skutek ogromnych obciążeń w czasie występów zniszczyłem stawy kolanowe i biodrowe. Ponieważ mieszkam na pierwszym piętrze od dwunastu lat nie byłem na dworze na świeżym powietrzu. Na dodatek w ciągu doby śpię najwyżej 2 godziny w fotelu. Na zakończenie prośba do Pana Przewodniczącego. Jeżeli prawdą jest o tym konkursie o „laur” ogłoszony przez Polski Komitet Olimpijski w 1994 r, proszę po przeczytaniu mojej książki, aby Pan Przewodniczący mając na względzie mój stan zdrowia kogoś ze swoich urzędników wydelegował w listopadzie lub grudniu 1993 roku, abym mógł zdać mu komisyjnie wszystkich dokumentów z moich występów za pokwitowaniem, abym mógł nawet gdybym nie dożył końca konkursu brać w nim udział, jako zakończenie mojego życia na pamiątkę dla mojej żony, dzięki której przeżyłem moje życie, tak jak je przeżyć chciałem. Panie Przewodniczący Polskiego Komitetu Olimpijskiego o tę przysługę prosi pana żołnierz kaleka dwukrotnie ciężko ranny w walkach o wolność Ojczyzny, człowiek, który całe życie służył Polskiemu Sportowi. Zasyłam serdeczny uścisk dłoni.

Rajmund Paprzyca Niwiński Pseudonim Rajmondo Aldini

11 listopad 1993 r. ..”

Do listu dołączona była książka pt.: „ Nigdy nie dałem się kopnąć w ….”. Cisza, jaka zapadła po przeczytaniu tego listu i następnych  była wielce znacząca. Rok 1994, w lutym odbyły się Igrzyska Olimpijskie w Lillehamer (Norwegia) jest już kwiecień , mija 29  lat mojej  pracy zawodowej w sporcie. Ile znaczy napisanie takiego listu dla 80-letniego człowieka, nikt nie może sobie wyobrazić, kto nie przeżył tego, co ten umęczony człowiek, w końcu siłacz, wychowawca młodzieży. Do listu były dołączone zaświadczenia i opinie z klubu KS ”Kolejarz” w Sosnowcu, datowane na dzień 4 marca 1974 r, w których czytam: „… o bezwzględnej wartości pokazów pod względem pedagogiczno-wychowawczym świadczą opinie Wojewódzkich i powiatowych Komitetów Kultury Fizycznej i Turystyki. Za dotychczasowe wzorowe zachowanie i propagowanie tak pięknej i zanikającej w Polsce dziedziny sportu po osiągnięciu ponad 1000 pokazów Ob. Rajmund Niwiński został wytypowany przez Klub do odznaczenia „Zasłużony Mistrz Sportu”. Za Zarząd: Bendor Sabina sekretarz, Prezes inż. Strzelecki Witold.” Pan Rajmund dołączył również dwa zaświadczenia o przynależności do organizacji podziemnej wydane w Pionkach 20 IX.1957 r oraz zaświadczenie o przynależności do konspiracji i udziale w walkach partyzanckich pod wsią Krasną pow. Koneckiego, pod Szewcami koło Kielc, na przejeździe Rykoszyny koło Kielc, pod wsią Zakrzów w pow. Włoszczowskim.

Siedziałam jak „słup soli”, intensywnie myśląc, jaką rolę ja mam odegrać w życiu tego staruszka. Z rozmyślań wyrwał mnie telefon od córki, która prosiła, abym zajęła się wnuczką, ponieważ ma egzaminy na Uczelni, a mała nie ma, z kim zostać.  Powiedziałam, wiesz, ale ja właśnie jutro raniutko wyjeżdżam, jeżeli zaś chodzi o małą to Andrzej z Babcią Marcysią poradzą sobie, mnie nie będzie tylko dzień. Gdzie Ty znowu jedziesz?  Wiesz muszę wyjechać na południe Polski jakieś 450 km w jedną stronę, mam nadzieję, że obrócę w jeden dzień. Mamo, co Ty znowu kombinujesz? Zapytało moje dziecko. Nic, zupełnie nic, tylko… i opowiedziałam o listach , a także przeczytałam kilka  urywków. Moje dziecko, powiedziało bo i trzeba było tak powiedzieć, rozumiem, że teraz absolutnie musisz jechać, bo przecież pojedziesz? Oczywiście, że pojadę. Następnego dnia o czwartej rano wyjechałam w daleką jednodniową podróż, nie wiedząc zupełnie, jaki efekt ona przyniesie. List był skierowany do Prezesa PKOL, a nie do mnie, jednak ja jechałam załatwić sprawę, w końcu ten Pan wiele lat pracował dla sportu, przesiedział w swoim fotelu 12 lat, cóż znaczy, więc krótka podróż, jaka mnie czekała tego dnia, do najdalszego zakątka Polski za daleki Wałbrzych do Boguszowa. Zresztą poniekąd byłam związana z PKOL, ponieważ pracowałam w Polskiej Fundacji Olimpijskiej, jako jej Vice Prezydent ds. Marketingu.

Cdn.

Content Protected Using Blog Protector By: PcDrome.