Subskrybuj kanał RSS bloga Okiem Jadwigi Subskrybuj kanał RSS z komentarzami do wszystkich wpisów bloga Okiem Jadwigi

Archiwum miesiąca Grudzień 2010

Życie kochanie, trwa tyle, co taniec. Piękna piosenka o życiu, śmierci i przemijaniu.

http://www.youtube.com/watch?v=MaM8_Lbg2vk

Już za dwie godziny Sylwester! Niektórzy z nas wybierają się na bale, inni na prywatki, dyskoteki lub też na spotkania w małym gronie zaprzyjaźnionych ze sobą osób, albo na place w miastach, gdzie organizowane są występy najpopularniejszych polskich wykonawców.

Pamiętam mój pierwszy bal w hotelu MDM, ówczesnej jednej z najlepszych restauracji w Warszawie. Po sławetnym stwierdzeniu, no, bo ja nie mam, co na siebie włożyć, z uskładanych zaskórniaków udało mi się kupić piękny materiał brokat w kolorze dukatowego złota przetykanego zielenią. Kolor tego wykwintnego materiału, jak również krój, pamiętam do dzisiaj. Zaprzyjaźniona ze mną sąsiadka pani Stenia uszyła mi sukienkę bardzo prostą, a zarazem bardzo elegancką. Jaką? Zwykłą sukienkę typu „koszulka” na cieniutkich ramiączkach, jedyną ozdoba była z przodu na wysokości biustu przymarszczona pliska. Panie będą wiedziały, o co chodzi, natomiast panowie… Niestety takie szczegóły damskiej garderoby nie są do opanowania przez panów. Sorry, chyba, że są oni związani z damskim krawiectwem, lub wielką modą. Wracamy do sukni. Pani Stenia była moją czarodziejką przez wiele lat, a przywożone przeze mnie z zza granicy Burdy stanowiły naszą wykładnię mody i modeli. Wystrojona w piękna sukienkę, buciki od szewca posiadającego również sklep na ul. Rutkowskiego, pana Radolińskiego, udałam się na bal, mój pierwszy bal.

http://www.youtube.com/watch?v=M9Y3duYpC9Y

Byliśmy na tym balu grupą kilkunastu osób z mojej ówczesnej uczelni. To „wyjście” chyba nie zrobiło na osiemnastoletniej, czy też dziewiętnastoletniej dziewczynie należytego wrażenia, skoro bardziej pamiętam sukienkę aniżeli zabawę i tańce. Pamiętam za to chłopaka, który mi towarzyszył i koniecznie chciał się ze mną ożenić, ale nic z tego nie wyszło. Może, dlatego, że znaliśmy się zbyt krótko lub nie bardzo wierzyliśmy w siebie? Po latach wydaje mi się, że pan miał lekko w czubie, gdy wygłaszał swoje do mnie przemowy i dlatego później, po wytrzeźwieniu do ślubu nie doszło. I tak oto być może przeszła mi pierwsza z szans na męża!? Któż to wie? Następne moje bale odbywały się w klubach studenckich. W „Stodole” czy u „Medyków”. A prawdziwy bal, jaki doskonale pamiętam to bal w Hotelu „Bristol”. Wtedy byłam trzydziestoletnią kobietą i bawiliśmy się razem z przyjaciółmi ,a do domu wracaliśmy dorożką! To był bal, śnieg padał, a my popijaliśmy szampana ekstra drogiego, ekstra marki „Sowietskoje szampanskoje”, ale wtedy nikt nie zawracał sobie głowy marką. Byliśmy młodzi, śmieliśmy się, byliśmy pijani od muzyki, pewnie też i lekko podchmieleni zakochani i szczęśliwi i nawet nam nie zniszczył humoru kelner, który przyniósł  na godzinę 24.00 zamówionego przez nas szampana i otwierał go…. korkociągiem! ponieważ inaczej francuska butelka szampana nie dawała się za żadne pieniądze otworzyć. Nie powiem, butelka tego szampana wtedy kosztowała około 800 zł, co było zawrotną ceną, ale w końcu przy płaceniu rachunku ogłosiliśmy protest, może pierwszy w Warszawie, i za skwaśniałego szampana(!)  nie zapłaciliśmy,  twierdząc ponadto, że z winy obsługi, nie mogliśmy wznieść toastu szampanem na powitanie nowego roku. Na wielu balach później bawiliśmy się, a będąc żoną Andrzeja bywało, że w jeden wieczór byliśmy i na dwóch balach. Bawiliśmy się i bawimy teraz, w myśl zasady, kto się nie bawi, ten się starzeje, a starzejemy się, dlatego, że się nie bawimy. Tytuł mojego wpisu dotyczy zaś pięknej piosenki o życiu, śmierci i przemijaniu, którą skomponował Seweryn Krajewski, a słowa napisała Agnieszka Osiecka, zaś wykonała perfekcyjnie koleżanka z roku z AWF Warszawa pani Maryla Rodowicz.

Odwołam się tutaj też do książki pana Zbigniewa Adrjańskiego „Pochody Donikąd”, który pod tytułem „Niech żyje bal” napisał tak, cyt.: „… Literatura przedmiotu jest tu niezwykle bogata. ”Bal w Operze” – J. Tuwima, „Bal u Salomona”- K.I. Gałczyńskiego. A przede wszystkim „Bal u Senatora”- A. Mickiewicza w III części Dziadów. W prozie mamy przepiękne opisy tańców i balowych zwyczajów: u Deotymy, czyli Jadwigi Łuszczewskiej („Panienka z okienka”), W. Gąsiorowskiego („Pani Walewska”), W. Gomulickiego („Miecz i łokieć), E. Orzeszkowej („Nad Niemnem”), S. Żeromskiego („Popioły”) i wielu innych. A jest jeszcze Leon Schiller ze swoimi inscenizacjami widowisk szlacheckich. Są piosenki ułańskie z okresu powstania listopadowego – słowem jest, w czym wybierać! Mistrzem balowego tematu jest chyba Julian Tuwim, nie tylko ze względu na wspomniany już: „Bal w Operze”, ale i liczne melorecytacje oraz wiersze i piosenki w tym stylu. Wspaniałe są np. ”Melodie Warszawy”- J. Tuwima, które kiedyś wykonywała Hanka Ordonówna. Po wojnie, w jednym z pierwszych programów Piwnicy pod Baranami pojawił się tekst „Grand valse brillante” według J. Tuwima, do którego to tekstu muzykę napisał Zygmunt Konieczny. Ten utwór wykonywał Mieczysław Święcicki. A później genialnie interpretowała Ewa Demarczyk. Słynny konferansjer i założyciel „Piwnicy pod Baranami” Piotr Skrzynecki tak o tym powiedział, „Kiedy walca Koniecznego śpiewał Święcicki – słowa wtedy się zgadzały, ale piosenka nie bardzo mu wychodziła. Potem zaczęła ją śpiewać Ewa Demarczyk i teraz słowa się nie zgadzają, ale piosenka jakoś wychodzi”. Jeszcze wcześniej, przed Ewą Demarczyk pięknie o dawnych balach, rautach, maskaradach, redutach opowiada w swoich piosenkach Ludwik Sempoliński. A niekiedy i … Mieczysław Fogg! Słucha ich publiczność, która nigdy nie była na prawdziwym wytwornym balu. Na zabawy chodzi się na Mariensztat lub MDM. Albo na imprezy taneczne organizowane przez Rady Zakładowe, w siermiężno-partyjnym stylu. Po wielu latach pojawia się kilka ładnych piosenek o balu, głównie za sprawą Agnieszki Osieckiej- „Mój pierwszy bal” (muz. Franciszki Leszczyńskiej), którą tak pięknie interpretowała Kalina Jędrusik.

I dramatycznie zaśpiewany przez Marylę Rodowicz „Niech żyje bal” (muz. Seweryna Krajewskiego). Z tym, że ten utwór jest nie tylko o balu. Jest przede wszystkim o życiu, śmierci i przemijaniu…”

Bo czyż każdy bal Sylwestrowy jest do powtórzenia? Oczywiście, że nie. Kolejny bal, będzie dotyczył kolejnego nowego roku, a my? A my będziemy znowu o rok starsi!

Moi Mili i Kochani,

Wszystkim Wam Życzę Najlepszego, Najzdrowszego, Najwspanialszego Roku 2011!

DOSIEGO ROKU!

Wasza Jadwiga

Po Świętach

 

Ślubny zaskoczył mnie świątecznie. Dzień przed Wigilią wjechał do domu, a z nim ogromna taca, na której pyszniła się ryba. Ryba faszerowana, którą przygotował szef Restauracji Moonsfera. Wiedząc, że zbieram przepisy kulinarne wraz z rybą otrzymałam w prezencie przepis na przygotowanie świątecznej pysznej ryby faszerowanej, mało tego, że pysznej, ale też pięknie przybranej. Rybę możemy podziwiać na zdjęciu obok, natomiast przepis podaję poniżej. Na Sylwestra możemy przygotować tylko to jedno danie, a efekt będzie fantastyczny!

„…Ryba faszerowana jest jedną z potraw zanikających w naszej kuchni, a szkoda, ponieważ jest to potrawa wykwintna, ale niestety bardzo pracochłonna. Plasterek ryby faszerowanej rekompensuje długi okres przygotowań i naszych starań, jest to po prostu delikates.

A więc do dzieła!

Świeżą rybkę patroszymy starannie od środka, wycinamy ości i kręgosłup nie uszkadzając skórki. Po tych czynnościach myjemy ją dokładnie i osuszamy papierowymi ręcznikami, skrapiamy od środka alkoholem, solimy i pieprzymy. Przygotowanym farszem napełniamy rybkę wypełniając ją tak żeby nabrała opływowego kształtu rybiego.

Sam farsz przygotowujemy mieląc białą rybę np.: dorsza lub tilapię lub solę (lub po trochu każdej z nich). Miksujemy ją ze śmietaną 36% i ubitymi białkami, solimy, pieprzymy, dodajemy kieliszek brandy dla poprawienia walorów smakowych. Kroimy drobniutko koperek, paprykę w kosteczkę a krewetki koktajlowe lekko blanszujemy ( w gotującej wodzie 2-3 minuty) i wszystko dodajemy do zmielonego i zmiksowanego farszu. Mieszamy wszystko razem, a następnie napełniamy tym farszem rybkę nadając jej właśnie rybi kształt. Kolejnym etapem jest zafoliowanie przygotowanej ryby (folią przezroczystą do żywności). Wkładamy do kąpieli wodnej na około 1,5 godziny w temperaturze 85-87 stopni C, ten czas i temperatura są obliczone dla ryby o wadze około 2 kg, jeżeli ryba jest większa lub mniejsza odpowiednio zmieniamy czas (można wstawić też do piekarnika z parowaniem). Po upływie podanego czasu sprawdzamy czy nasza rybka jest dobra. Jeżeli jest ugotowana odstawiamy na parę godzin, aby wystygła i się „związała”. Wystudzoną rybę wyjmujemy ostrożnie z folii, starannie kroimy bardzo ostrym nożem, układamy na tacy na postumencie sporządzonym z namoczonego pieczywa, ukształtowanego na wielkość, (długość i szerokość ryby). Chleb okrywamy wodorostami (takimi, jakie używamy do robienia sushi), aby ryba się ładnie prezentowała. Postument wykonujemy tak, aby z przodu był wyższy a z tyłu niższy, wtedy nasza potrawa będzie się lepiej prezentowała. Po ułożeniu pokrojonej na plastry ryby dekorujemy ją cytryną pokrojoną w ósemki oraz limonkami. Masło wyciskami z tubki robiąc różyczki, można je podfarbować na różne kolory w zależności od naszego gustu. Nasza ryba była udekorowana rakami,  ułożono je po obu bokach. W paszczę ryby włożono cytrynę pięknie powycinaną. Tak przygotowana rybka pojechała do lodówki, aby zastygła i w odpowiednim momencie została podana na stół. Efekt był piorunujący, nikt nie zachwycał się przygotowanymi przez mnie rybami „po grecku” faszerowanymi w galarecie, śledziami w oliwie, czy też pod pierzynką, natomiast wszyscy zachwycali się rybą faszerowaną wykonana po mistrzowsku przez szefa Restauracji Moonsfera. Nie ma się, co dziwić, sama byłam zaaferowana, że można było tak pięknie przygotować rybę. Niestety, takich potraw coraz mniej na naszych stołach, bo kto z nas ma czas na tak perfekcyjne z wielką miłością, przygotowanie faszerowanej ryby w całości? Jednak chciałam się z Wami wszystkimi podzielić tym wspaniałym przepisem kulinarnym. A może któraś z pań skusi się na wykonanie takiego dania? Na  wszelkie pytania w tym zakresie będzie udzielał odpowiedzi Pan Jarosław Uściński z Restauracji Moonsfera.  Ja nie miałabym śmiałości. Po prostu taaakiej! Ryby nigdy nie robiłam, ale z obowiązku podałam przepis. Czasami warto spróbować, a może nie jest to takie trudne jak się nam wydaje?

Życzę smacznego, poświątecznie!

Wasza Jadwiga

Długo zastanawiałam się nad tematem Polskie Boże Narodzenie, Wigilia, ponieważ czas ten jest dla mnie czasem magicznym, ale też i trudnym. W tym roku odeszła Mama, w 1939 r rozstrzelano Dziadka Stanisława, w 2000 roku zabrakło Mojej Ukochanej Teściowej, o której wszyscy mówili Babcia Marcysia. I jak to wszystko pogodzić z Wigilią i Narodzeniem Pańskim? W końcu po wielu lekturach dotyczących Świąt Bożego Narodzenie znalazłam w książce Zbigniewa Adrjańskiego pt. ”Złota Księga Pieśni Polskich” Wydawnictwo Bellona 2010, piękny podrozdział  dotyczący polskich kolęd. Ponieważ na temat Bożego Narodzenia pisano wiele i zajmowali się tym wybitni pisarze ,jak choćby Zygmunt Gloger, postanowiłam z nikim nie konkurować o palmę pierwszeństwa i znaleźć, dla Was umiłowani czytacze, coś fajnego, coś innego. A oto, co wyszukałam i zacytuję:

”…Boże Narodzenie. Z pierwszą gwiazdą rodziny polskie zasiadają do wigilijnej wieczerzy. Wszyscy z wszystkimi dzielą się opłatkiem. Składają sobie życzenia. Całują się i prawią różne serdeczności, których niestety nie uświadczysz, na co dzień. Trwa wielki festiwal powszechnej życzliwości, miłej adoracji. A na stole przykrytym śnieżnym obrusem tradycyjne potrawy. Siedem potraw w rodzinie chłopskiej, dziewięć w rodzinie szlacheckiej, jedenaście w pańskiej, jak zanotował kiedyś pod hasłem „wigilia” w Encyklopedii staropolskiej, skrupulatny jak zawsze Zygmunt Gloger. Tak było kiedyś! Ale wiele z tych zwyczajów zachowało się po dzień dzisiejszy. Jest zatem zielona choinka, pięknie przystrojona bombkami, piernikami. Jest sianko pod obrusem. Jest i wolne miejsce za stołem. Chociaż jak pisze Wincenty Pol w Pieśni o ziemi naszej, kiedyś takich miejsc zostawiano więcej:

„…A trzy krzesła polskim strojem,

koło stołu stoją próżne, …”

Hej! Łza się w oku kręci. Bo skąd wziąć te „trzy krzesła próżne” i w dodatku umieścić za stołem we współczesnym typowym polskim M-3?.Ale jedno miejsce, jako się rzekło, zawsze czeka. Dla spóźnionego gościa. Dla kogoś, kto jest daleko w tym dniu od rodzinnego domu. A czasem dla kogoś, kogo już nie ma wśród żyjących, lecz duchem obecny jest z rodziną. No i śpiewa się kolędy! Piękne polskie wzruszające kolędy i pastorałki, których jest taka w naszym śpiewniku narodowym obfita mnogość. Kolędy, które przy wigilijnym stole jednoczą wszystkich. A więc: Wśród nocnej ciszy, Dzisiaj w Betlejem, Lulajże Jezuniu, Bóg się rodzi, W żłobie leży itd. Tych kolęd znanych, lubianych i powszechnie śpiewanych jest chyba z kilkadziesiąt, a może nawet kilkaset! Trudno naprawdę policzyć! Są kolędy wiejskie i miejskie, szlacheckie i ludowe. Stare i nowe. Są kolędy żołnierskie, powstańcze, partyzanckie, robotnicze, więzienne i obozowe. Sporo z nich powstało w latach ostatniej wojny i okupacji. Są nawet w śpiewniku polskim kolędy rewolucyjne. A całkiem ostatnio, o zgrozo, słyszy się kolędy w wykonaniu zespołów rockowych adresowane do najmłodszej generacji Polek i Polaków. Aliści próżny to trud, bowiem nasza młodzież, która często w pogardzie ma dawne pieśni narodowe, w ten jednakże wigilijny dzień, który zdarza się raz w roku, preferuje właśnie staromodne kolędy. I w ten sposób dziadek śpiewa z wnukiem, zacierając pokoleniowe różnice. Mało tego! Jest to dzień, w którym śpiewają wszyscy. I ci, co głos mają, i co go nie mają! Na temat patriotycznej lub społecznej funkcji kolędy ludowej można napisać niejedną naukowa rozprawę. Dziwna na ogół jest ta polska kolęda i to polskie kolędowanie. Dziwne i jakżeż zachwycające. Wspomniany tu Zygmunt Gloger napisał, że gdyby ktoś, kto nie zna dokładnie Nowego Testamentu chciał sobie wyrobić zdanie na temat pochodzenia Świętej Rodziny tylko na podstawie naszych kolęd, to rychło doszedłby do przekonania, że „mały Pan Jezusek” urodził się gdzieś w Polsce, w wiejskiej stajence. A Maryja Panna i św. Józef też byli Polakami. Sadzę nawet, że nasz znakomity encyklopedysta nie dopowiedział jeszcze jednej myśli, iż roszczenia, co do miejsca urodzenia małego Jezusa mogą być nawet regionalne. A stąd już tylko krok do dawnych dzielnicowych waśni i swarów, o których przecież z takiej okazji pisać się nie godzi. A jednak, co robić, kiedy w różnych kolędach ludowych śpiewa się raz po kaszubsku, raz mazurząc, to znowu z góralska. Gdzie, zatem umieścić na mapie regionów to „polskie Betlejem”? Zgódźmy się, zatem na kompromis, że szopka z kolędy jest zwyczajną szopką, czyli stajenką po prostu! Że przed tą szopką zbierają się pasterze o dźwięcznych polskim imionach Bartek, Wojtek, Kuba czy Michał, ponieważ jeden z nich zobaczył na niebie zorzę i zawołał:

Bracia patrzcie jeno, jak niebo goreje,

Znać, że coś dziwnego w Betlejem się dzieje.

No tak, jeśli to szopka wędrowna, z którą „po kolędzie” chodzi od domu do domu, w towarzystwie niedźwiedzia lub tura, śmierci, diabła i króla Heroda oraz innych tradycyjnych postaci z jasełek – to czy np. Herod też jest polskiego pochodzenia? Jak jest z tym Herodem? Zgódźmy się zatem, że Herod jest królem żydowskim polskiego pochodzenia i basta! Ale jest też w kolędach ludowych coś jeszcze dziwnego! A mianowicie, swego rodzaju serdeczna poufałość do świętych, do świętej Rodziny, zawsze jednak na granicy taktu i dobrego tonu:

Oj maluśki, maluśki, maluśki, Kieby rękawicka.

Alboli tu jakoby, jakoby, Kawalecek smycka…

- śpiewają sobie górale o małym Jezusku. W tej góralskiej kolędzie św. Józef jest zwyczajnie nazywany „kochanym Tatusiem”, a Maryja „ubożuchną Matką”. Czy można to jeszcze piękniej wyrazić? W tej samej kolędzie górale wspominając jak to dobrze się Jezusowi powodziło w niebie, a jak źle na ziemi, zatroskani śpiewają:

Tam pijałeś ceć jakieś, ceć jakieś, Słodkie małmazyje,

Tu się Twoja gębusia, gębusia, Łez gorzkich napije

Dodajmy przy okazji, ze małmazyja, czyli wino małmaskie było trunkiem przednim, cenionym wyżej od węgrzyna, czyli lud prosty tego nie pijał. A zatem niedwuznaczna tu aluzja do szlachecki obyczajów w „królestwie niebieskim”. Mam nadzieję, że Czytelnicy wybaczą mi ten żartobliwy ton w omawianiu kolędowego tematu. Boć też kolęda, szczególnie jej późniejsza osiemnastowieczna odmiana w postaci polskiej pastorałki, nie zawsze przecież jest poważna. Są tu teksty humorystyczne, satyryczne nawet. I toż samo dotyczy muzyki. Wiele bogactwa wnieśli do naszej tradycji bracia zakonu franciszkanów w połowie XIII wieku. Oni to właśnie przywieźli ze sobą do Polski obyczaj urządzania i wystawiania w kościele szopki z drewnianą figurką Pana Jezusa. Liczne powinowactwa odnaleźć można również miedzy średniowieczną kolędą polską i czeską. Braciom Czechom też tu wiele zawdzięczamy. Wreszcie są w naszej kolędzie ślady znanych madrygałów i muzyki rokoka. Czasem na nutę a la Corelli, czasem słychać w nich muzykę Vivaldiego. Słychać w nich czasem menuety, gawoty i sarabandy, czyli utwory taneczne. Znakomity muzykolog prof. Adolf Chybiński odkrył nawet w jednej z naszych kolęd rytmy portugalskiego tańca La Falia. Ośmielony tym widocznie lud polski, widząc i słysząc jak to się modne w ówczesnej Europie do potrzeb kolędowania przystosowuje, dawajże tworzyć własne kolędy pod muzykę skocznych mazurków, zawiesistych polonezów, łagodnych kujawiaków. W każdym razie, kiedy znany śpiewnikarz ksiądz M. Mioduszewski wydawał swój Śpiewnik kościelny w roku 1843, były tam już całkiem inne niż w średniowieczu utwory. I jeszcze jedno spojrzenie na podsumowanie kolędowych myśli. Prawie wszystkie znane polskie kolędy są anonimowe. Dotyczy to muzyki i tekstu, chociaż starali się tu zdobyć laury popularności i Kochanowski (Kolęda na nowe lato), i Słowacki (Kolęda ze złotej czaszki), też i Mickiewicz (Kolęda z Dziadów). Nie osiągnęły one jednak większej popularności. Być może są zbyt literackie. Wszak nawet Leon Schiller, układając swoją Pastorałkę sięgnął przede wszystkim do kolęd ludowych. Dwaj tylko wielcy doczekali się w tym względzie satysfakcji: Franciszek Karpiński ma swoją popularna kolędę Bóg się rodzi i wiele lat po nim Teofil Lenartowicz, który napisał Mizerna, cicha stajenka licha. Widocznie do napisania lub skomponowania dobrej kolędy trzeba mieć specjalny talent. Ale śpiewać za to mogą wszyscy…”

„Wśród nocnej ciszy”

http://www.youtube.com/watch?v=tur9Vtn_QYE

„Dzisiaj w Betlejem”

http://www.youtube.com/watch?v=MnQ4_10Te-o&feature=related

„Bracia, patrzcie jeno”

http://www.youtube.com/watch?v=vCE-xvKQNgg&feature=more_related

„Mizerna cicha”

http://www.youtube.com/watch?v=SoqgBzOAh-k&feature=related

,„Gdy się Chrystus rodzi”

http://www.youtube.com/watch?v=MesFpjpCbE4&feature=related

„Pójdźmy wszyscy do stajenki”

http://www.youtube.com/watch?v=10-1sY8UGQU&feature=related

„Lulajże Jezuniu”

http://www.youtube.com/watch?v=mpYjJaLoD-Y&feature=more_related

„Jezus malusieńki”

http://www.youtube.com/watch?v=zX8smtls-3k&feature=related

„Oj Maluśki, maluśki”

http://www.youtube.com/watch?v=nLHMHoTwft4&feature=related

http://www.youtube.com/watch?v=JcPzxWHIIt4&feature=related

„Gdy śliczna Panna”

http://www.youtube.com/watch?v=qEqiNInbdto&feature=related

„Bóg się rodzi”

http://www.youtube.com/watch?v=UA1e9Xgex34&feature=related

Ten BLOG bierze udział w konkursie na BLOG ROKU 2010 kategoria JA i MOJE ŻYCIE

Sandacz z jajami

Od wielu lat w naszych sklepach można kupić świeżego sandacza. Wszystkim miłośnikom ryb polecam sandacza jako polskie danie wigilijne. Zresztą sandacza możemy podać również na ciepło jako danie świąteczne. Sprawioną rybę umyć, oprószyć pieprzem i odrobiną soli oraz polać sokiem z cytryny. Ułożyć w brytfannie, piec w temperaturze 170 stopni przez 25 – 30 minut. Czas pieczenia zależy od wielkości ryby.

Ugotować jajka na twardo- 10 sztuk minimum , a jak sandacz większy to więcej. Ja zużywam do tej potrawy 15 jaj. Ugotowane i wystudzone jaja obieram i kroję w kostkę, na patelni rozpuszczam masło, tak około pół kostki, wrzucam pokrojone jajka i przesmażam.  Upieczoną rybę wykładam na półmisek, okładam przesmażonymi jajkami (należy uważać aby nie przypalić jaj), podaję z gotowanymi ziemniakami oraz cząstkami cytryny.

Czy nie uważacie, że danie jest błyskawiczne? A jakie pyszne !

Sola pod beszamelem

Filety z soli myjemy, suszymy na ręczniku papierowym, układamy na brytfannie, układamy wiórki masła na rybie, oprószamy lekko pieprzem, wstawiamy do nagrzanego piekarnika, temperatura 170 stopni, na 10-15 minut. W tym czasie przygotowujemy beszamel. Na patelni rozpuszczamy pół kostki masła,  na roztopione wsypujemy 2-3 łyżki mąki, rozprowadzamy dokładnie, dodajemy gałki muszkatołowej, soli i pieprzu, dolewamy mleko, mieszamy tak, aby beszamel był jedwabistą jednolitą masą. Tak przygotowanym beszamelem polewamy solę i zapiekamy kolejne 7 minut. Potrawę możemy przygotować wcześniej, a podczas Wigilii wyjąć tylko z ciepłego piekarnika w którym czekała na swoją kolej serwowania.

Podałam wiele przepisów na ryby i mięska, ale do tej pory nie podałam żadnego przepisu na sałatkę. Wszyscy robimy sałatki jarzynowe. Każda z pań tak jak ją mama nauczyła. Dlatego o tej sałatce nie będę pisała. Tym razem podam przepis na moją  ulubioną

sałatkę z selera naciowego

mandarynek, ananasa (świeżego lub z puszki), orzechów włoskich, płatków migdałowych w sosie curry.

Wykonanie: obcinamy końcówkę selera naciowego, myjemy i drobno kroimy. Dodajemy pokrojone lub zmielone orzechy włoskie, migdałowe płatki, mandarynki obrane i podzielone na cząstki, oraz pokrojone ananasy. Sałatkę polewamy sosem sporządzonym z majonezu z 2 łyżeczkami curry oraz cukrem waniliowym. Smakuje wybornie, nie mówiąc już o tym, że seler jest naturalną miotłą dla organizmu, co, przy lekkim obżarstwie, nie jest bez znaczenia.

Smacznego!

Czy poznajesz Mikołaja ?

Ho ho hooo! Jestem tańczący Święty Mikołaj i mam dla ciebie życzenie. Zobacz moją wideo pocztówkę na

http://www.dancingsantacard.com/?santa=326677

Z serdecznymi  życzeniami

Zdrowych Radosnych i Pogodnych oraz Rodzinnych Świąt Bożego Narodzenia!

Wasza Jadwiga

Na dzisiaj przygotowałam świąteczne przysmaki, które będziemy mogli podać na Wigilię, ale też i w Święta.

Kapusta z grzybami – danie Wigilijne

1 kg kwaszonej kapusty, 10 ziaren ziela angielskiego, 10 ziaren pieprzu, 2-3 listki laurowe, 10 dkg grzybów suszonych, 2 cebule, 20 polskich śliwek suszonych (mogą być wędzone), 1 lub 2 jabłka, 5 łyżek oleju (ja używam z pestek winogron)

Obrane cebule kroimy w piórka i smażymy na oleju tak, aby były zeszklone. Śliwki zalewamy gorącą wodą, odstawiamy. Kwaśną kapustę płuczemy, dodajemy przyprawy i gotujemy na małym ogniu dodając śliwki wraz z niewielką ilością wody oraz zeszkloną cebulę. Grzyby moczymy w niewielkiej ilości ciepłej wody i gotujemy do miękkości. Ugotowane grzyby kroimy w cienkie paseczki, dodajemy wodę, w której się gotowały, jak również obrane ze skórki pokrojone jabłka, gotujemy około godziny. Gotową kapustę dosmaczamy pieprzem, powinna być raczej ostra (zależy to od naszego gustu). Kapustę z grzybami podajemy podczas przygotowanej Wigilii. Pozostała po Wigilii kapusta może być zamrożona w pojemniku i w odpowiednim momencie odgrzana (jest bardzo dobra).

Pieczony boczek, schab karkowy, oraz schab środkowy nadziewany śliwką lub figami

Moja Rodzina bardzo lubi pieczone mięsa jakie przygotowuję na każde święta. Schab karkowy, boczek czy schab środkowy nadziewany figami lub śliwkami. Podaję przepisy, które są proste, łatwe a upieczone mięso bardzo smaczne. Te przepisy otrzymałam od babci i mamy.

1,5 kg schabu karkowego, nacieramy solą z majerankiem oraz czosnkiem przepuszczonym przez praskę. Odstawiamy na 12 godzin do lodówki. W ten sposób przygotowany schab owijam dokładnie folią aluminiową i piekę około 45 min, w temperaturze 180 stopni, sprawdzając patyczkiem czy mięso już jest gotowe. Gdy jest miękkie odkrywam folię i podpiekam tak, by schab  nabrał rumianego koloru.

1,5 kg boczku świeżego bez skóry nacieram solą z majerankiem i czosnkiem przepuszczonym przez praskę, odkładam do lodówki, aby się dobrze zmacerowało. Owijam folią aluminiową i piekę razem ze schabem na tej samej brytfannie, na którą nalewam gorącej wody 2 szklanki, aby parowała a mięso nam nie wyschło. Sprawdzam patyczkiem, gdy jest miękkie rozrywam folię, przypiekając boczek.

Ostudzony schab, i  boczek po wystygnięciu wkładam do lodówki, aby zastygł i dobrze się kroił.

Dokładnie tak samo postępuję ze schabem środkowym. Natarty schab czosnkiem, majerankiem i solą odstawiam do lodówki, następnego dnia nadziewam  śliwkami lub figami namoczonymi w kieliszku alkoholu (koniak lub nalewka). Ja do nadziewania używam trzonka drewnianej łyżki, którą staram się włożyć pośrodku mięsa, w powstałą dziurę wkładam po kolei śliwki lub figi. Piekę w nagrzanym piekarniku w temp.180 stopni przez około 60 min, oczywiście sprawdzając schab patyczkiem, oraz podlewając wyparowaną wodę. Schab można obłożyć śliwkami suszonymi uprzedniego dnia namoczonymi tak, by podczas pieczenia powstał pyszny sos śliwkowy, upieczone mięso kroimy w plastry, polewamy sosem i podajemy na ciepło. Do tak przygotowanego schabu zawsze serwuję prażone jabłka z cynamonem.

Podane sposoby przygotowania zimnych mięs są łatwe, szybkie i pewne, a my zbieramy podczas świąt zasłużone pochwały.

Przepisy z własnego zbioru podała

Wasza Jadwiga

Święta Bożego Narodzenia bez piernika obejść się nie mogą. Podaję przepis na pachnący korzeniami, świąteczny staropolski, ale bardzo prosty przepis na:

piernik:

1 szklanka kwaśnej śmietany, 1 szklanka cukru kryształu, 25 dkg miodu płynnego, pół kostki masła lub margaryny „Kasi”, 40 dkg mąki, 5 jaj, 2 płaskie łyżeczki cynamony, 1,5 łyżeczki sody oczyszczanej, 1,5 łyżeczki amoniaku, rodzynki i orzechy wg uznania.

Składniki: 1 szklanki kwaśnej śmietany, 1 szklanka cukru kryształu, 25 dkg miodu płynnego, pół kostki masła lub margaryny np. „Kasi” wkładamy do rondla i mieszając zagotowujemy. Do gorącej masy dodajemy 40 dkg mąki i mieszamy trzepaczką. Masę studzimy. Zimną masę ucieramy dodając po 1 żółtku. Dodajemy 2 płaskie łyżeczki cynamonu, 1,5 łyżeczki sody oczyszczanej, 1,5 łyżeczki amoniaku, rodzynki i orzechy wg uznania. Na samym końcu dodajemy ubitą pianę z białek i powoli mieszamy. Blachę wykładamy papierem do pieczenia wykładamy ciasto i pieczemy w temp. 180 stopni około 45-50 minut, po 10 minutach pieczenia nacinamy piernik pośrodku, kontrolując stan pieczenia. W razie potrzeby piernik w czasie pieczenia można przykryć papierem do pieczenia. Po wystudzeniu piernik można przekroić na pół i posmarować dżemem z czarnej porzeczki lub pomarańczowo- imbirowym, a warstwę wierzchnią oblać polewą czekoladową, lukrem, lub masa kajmakową.

Ginger cake

1 glass of sour cream, 1 glass of granulated sugar, 250g honey, 125g of butter, 400g of flour, 5 eggs, 2 small tea spoons of cinnamon, 1.5 tea spoon of baking powder.

Heat in the pan cream, sugar and honey. Add flour mixing continuously. Set aside to cool and add egg yolks one by one beating the paste continuously, then cinnamon baking powder and fold in stiffly beaten egg whites.  Bake in 180 degrees for 45-50 minutes 

Podaję kolejny sprawdzony przepis świąteczny, tym razem makowiec, ale inaczej

makowiec

Składniki na ciasto: 30 dkg mąki, 30 dkg cukru pudru, 15 dkg masła, 6 jajek, 2 łyżeczki proszku do pieczenia, 1 cytryna nieduża . Wykonanie: Żółtka ucieramy z cukrem, ucierając dodajemy sok z cytryny i startą skórkę z cytryny, oraz mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia. Na koniec dodajemy ubita pianę i powoli mieszamy.

Mak

30 dkg maku, 3 jajka, 1 szklanka cukru pudru, 1 cukier waniliowy, olejek migdałowy

Wykonanie: mak sparzyć, zmielić 2 razy w maszynce. Żółtka utrzeć z cukrem dodać cukier waniliowy. Do maku dodać utarte żółtka, olejek migdałowy oraz ubita pianę i powoli wymieszać. Blaszkę wyłożyć papierem do pieczenia, wyłożyć połowę ciasta, wyłożyć mak i resztę ciasta. Upiec w piekarniku na 170-180 stopni przez około 60 min, sprawdzić patyczkiem po 45 minutach.

Poppy seed cake  

For paste: 300g flour, 300g icing sugar, 150g butter, 6 eggs, 2 tea spoons of baking powder, 1 lemon. 

Beat yolks with sugar, add lemon juice and some lemon peel, flour, baking powder and fold in stiffly beaten egg whites. Filling: 300g poppy seeds, 3eggs, 1 glass of sugar, 1 small bag of vanilla sugar, almond essence. Treat poppy seeds with hot water, mince it twice. Beat egg yolks with sugar, add vanilla sugar, essence and fold in stiffly beaten egg whites. Bake in 180 degrees for 60 minutes. 

Ciasto orzechowe z kajmakiem

Pieczemy dwa ciasta: Ciasto I

Składniki: 5 jaj, 0,5 szklanki cukru, cukier waniliowy, 2 łyżki miodu, 1 łyżka proszku do pieczenia, 1 łyżka kakao, 1,5 szklanki maki

Białka ubić dodać cukier i cukier waniliowy, ubijać dalej, dodać żółtka, miód, mąkę z proszkiem do pieczenia i kakao. Wymieszać wszystko i upiec w temperaturze 180 stopni przez 15 minut.

Ciasto II

Składniki: 5 jajek, 0,5 szklanki cukru, cukier waniliowy, 2 łyżki miodu, 1 łyżeczka proszku do pieczenia 1 łyżka kawy rozpuszczalnej, 0,75 kg orzechów krojonych, 1,5 szklanki mąki.

Wykonanie takie samo jak ciasto I

2 puszki mleka skondensowanego słodzonego gotujemy 3 godziny w wodzie uzupełniając wyparowaną wodę. Od kilku dni w sklepach można kupić masę krówkową w puszce. Kajmak studzimy, ale nie całkowicie, otwieramy ciepły bardzo uważając przy otwieraniu puszki, ponieważ ciepły kajmak potrafi strzelać.

Ciasto z orzechami przekroić na pół, posmarować ugotowanym karmelem, przełożyć ciastem z kakao, znowu posmarować kajmakiem, na koniec przykrywamy drugą połówka ciasta z orzechami, wierzch smarujemy kajmakiem, posypujemy krojonymi orzechami. Gotowe! Ciasto jest pyszne.

Smacznego!

Przepisy z własnej kolekcji przygotowała

Wasza Jadwiga

Jak zwykle serdecznie dziekuje Beacie za piękne tłumaczenia ciast z języka polskiego na  język angielski

Życie jest pełne niespodzianek. Jedną z wielu jest nasza znajomość z Piotrem Wittem. W maju tego roku, z okazji 100-lecia Anina, braliśmy udział w akcji „Otwarte ogrody”. Otworzyliśmy bramy naszego ogrodu dla wszystkich chętnych, którzy zainteresowani byli ogrodem, wystawą znaczków olimpijskich, prezentacją zbiorów obrazków, miniatur, miedziorytów z naszej kolekcji badmintonowej oraz, co najważniejsze, pokazaliśmy dorobek genealogiczny, drzewo genealogiczne rodziny Szalewicz, a także Andrzej opowiadał o badaniach genetycznych używanych przy ustalaniu powinowactwa między poszczególnymi członkami rodzin o nazwisku Szalewicz. Wśród wielu gości, którzy tego dnia nas odwiedzili był Józef oraz Jego serdeczny przyjaciel mieszkający na stałe w Paryżu pan Piotr Witt (wpis z dnia 23 maja 2010). Jak się okazało Piotr jest zapalonym genealogiem i to Go połączyło z Andrzejem. Długie godziny spędzone na dyskusjach, sposobie dochodzenia do poszczególnych ustaleń wspólnych przodków zajęło im kilka ładnych godzin. Tu muszę także wspomnieć o pani Jolancie Karpińskiej- Warzecha, która bierze udział w podobnej akcji „Otwartych Ogrodów” w Józefowie, a tego dnia była naszym gościem. Pani Jola jest wielką miłośniczką Fryderyka Chopina i Konstancji Gładkowskiej. Piotr Witt, już  w tym czasie pracował nad ostatnią swoją książką o Fryderyku Chopinie i jego pobycie w Paryżu. W czasie długich rozmów przy szklaneczce wina państwo ustalili, że Piotr opowie o swoich odkryciach o Fryderyku Chopinie i jego aż nadto skromnej 15-miesięcznej egzystencji w Paryżu (od przyjazdu do momentu odniesienia sukcesu). Tak zrodził się pomysł występu Piotra podczas otwartych ogrodów u Pani Joli Karpińskiej-Warzecha, która zatytułowała swoje ogrody „Losy Fryderyka Chopina i Jego młodzieńczej miłości do panny Konstancji Gładkowskiej”. Piotr był jednym z występujących autorów – największym znawcą tematyki o Fryderyku Chopinie w Paryżu. Oczywiście w tym miejscu usłyszę, że jest wielu znamienitszych znawców tego tematu, gdyż Chopin jest naszym dobrem narodowym, najgenialniejszym z genialnych, ale ja nie bez podstaw tak twierdzę. Otóż Piotr wydał w roku 2005 znakomitą książkę „Hotel de Monaco” – Ambassade de Pologne (Flammarion, Paryż 2005). Cóż to takiego ten Hotel de Monaco? Ano to obecna Ambasada RP mieszcząca się we Francji, w Paryżu w Hotelu de Monaco, czyli Rezydencji Monaco. Ambasada RP w Paryżu to jeden z najpiękniejszych budynków w Paryżu. Znajduje się pod opieka Konserwatora Zabytków. Piotr napisał książkę monografię wspaniałą literacką francuszczyzną, bogato ilustrowaną kolorowymi fotografiami, zawierającą wiele anegdot. Po prostu wspaniałą i atrakcyjną, jakby można powiedzieć po francusku „toutes proportions garde” – przy zachowaniu wszelkich proporcji, gdyż książka urodzie Pałacu nie ustępuje. Kilka słów o Rezydencji Monako.

Rezydencja powstała w XVII wieku na polecenie córki markiza francuskiego i włoskiego Marie Catherine de Brignole-Sale, księżnej Monako, żony „Suwerennego Księcia Monako, Honoriusza III”, ale żyjącego z nim w separacji, co oczywiście było wielkim skandalem w Paryżu ówczesnych czasów.  Marie Catherine była bardzo bogata z domu, kazała wybudować tak piękną rezydencję, aby była ona swoistego rodzaju schronieniem, w którym zapomniałaby o swoich kłopotach i przejściach z mężem wielkim tyranem. Podczas rewolucji francuskiej Marie Catherine wyemigrowała do Genui, a jej piękna rezydencja przechodziła z rąk do rąk, przeżywając różne losy. Wtedy najwspanialszym okresem dla Pałacu Monako był ten, kiedy mieściła się w nim Ambasada Austrii od roku 1826, gdy dla tego wielkiego mocarstwa wynajęto właśnie „Hotel de Monaco”. Ambasador Austrii Hrabia Anton Apponyi, reprezentował jedną z najstarszych i najbogatszych rodzin węgierskich. Na salony państwa hrabiostwa Apponyi można było wejść tylko dzięki protekcji, znanych i możnych, czyli „przyjaciół” naszych „przyjaciół”. To wszystko i jeszcze więcej znajduje się w książce z roku 2005 Piotra Witta, natomiast w najnowszej „Przedpiekle sławy” rzecz o Chopinie. Piotr Witt rozprawia się z legendą dotyczącą najważniejszego dnia pobytu Fryderyka Chopina w Paryżu, a mianowicie ustalenia nowej daty koncertu pana Chopina, który zadecydował o rzuceniu elit Paryża na kolana i diametralnej odmianie biednego dotychczasowego życia Fryderyka Chopina. Otóż przygotowując książkę – monografię „Rezydencja Monako” Piotr Witt musiał przestudiować setki dokumentów na temat Pałacu, jego losów, właścicieli czy też gospodarzy. Podczas tej pracy, Piotr Witt, który jest historykiem, znalazł dokumenty stwierdzające ponad wszelka wątpliwość prawdziwą datę triumfu Fryderyka Chopina. A zatem:

Fryderyk Chopin przybył do Paryża w okresie Powstania Listopadowego 1830 roku. Z Warszawy, z której dochodzą wieści o pożarach, powstaniu, walkach wzniecanych przez generała I.Paskiewicza na przedmieściach Warszawy po to, aby ją zdobyć. W tym czasie w Paryżu Chopin daje kilka koncertów i pewne zainteresowanie wzbudza, ale nie można tego nazwać triumfem.  Otóż historycy uważali, że data triumfalnego koncertu oscyluje na dzień 25 lub 26 lutego 1832r. w Sali Pleyela ( producenta fortepianów). Oczywiście ten koncert się odbył, ale nie w Sali Pleyela, gdyż ta została wybudowana dopiero 6 lat po śmierci Chopina. Pomylono tu sale Pleyela z salonem Pleyela, w którym Chopin koncertował wzbudzając zainteresowanie, ale nie triumf. Nic bardziej błędnego. Pan Piotr Witt ustalił, że nie mogło tak być. Dlaczego zapytacie? Ano, dlatego, że w Paryżu rozszalała się epidemia cholery, co spowodowało, że wszystkie znamienite osoby, wszyscy bogaci ludzie opuścili Paryż. Teatry zostały zamknięte i sale koncertowe też. Chopin przeżywa depresję, chce wyjechać nie tylko z Paryża, ale i z Francji. Mieszka w Paryża w nieogrzewanej mansardzie na V piętrze bez windy – a to jest wysokość odpowiadająca dzisiejszemu 7-8 piętru. O ile do piętra czwartego wysokość schodów była prawie dzisiejsza to od tego właśnie wchodziło się na mansardy schodami „młynarza”, czyli bardzo wąskimi i stromymi. Wszyscy mu ówcześni zachwycali się widokami rozpościerającymi się z okien mansardy, jednak nikt schodami. Dodajmy, ze mansarda nie była ogrzewana i przebywanie w niej oprócz widoków nie było zachwycające. Znajdujący się w stanie depresyjnym Chopin spotyka całkiem przypadkiem na Wielkich Bulwarach Paryża księcia Walentyna Radziwiłła, którego zna z Polski, gdyż Książe opiekował się Rodziną Chopinów, a jego posiadłość z Pałacem w Nieborowie była niedaleko położona od Żelazowej Woli, gdzie mieszkali Chopinowie. Chopin opowiada o swojej nadzwyczaj trudnej sytuacji w Paryżu, a Książe Radziwiłł człowiek wielce praktyczny zabiera Go na koncert, na który się udaje. A tam? A tam jest cały Paryż, „Tout Paris” intelektualny, muzyczny z najzimniejszym audytorium z zimnych, najbardziej zblazowany i najbardziej wybredny z wybrednych. I tu Chopin gra i odnosi sukces, rzec można triumf. Paryż leży u Jego stóp. Mnożą się zaproszenia, prośby o lekcje, nota bene za godzinę lekcji dawanej Fryderyk dostaje 20 fr. w złocie, a dawał tych lekcji 5 – 7 godzin dziennie. Równowartość 100 franków w złocie to przy dzisiejszym przeliczeniu 5000 Euro. A więc triumf Chopina przekłada się na całkowitą odmianę Jego losu. „Tak narodził się Chopin, ten Polak, ten marzyciel natchniony, którego przysyła nam wygnanie” – tak pisała o tym wydarzeniu i Chopinie kronikarka życia towarzyskiego w Paryżu Madame de Girardin.

W jaki sposób Piotr Witt ustalił datę owego koncertu na dzień 30 grudnia 1832 roku? Po liście bez daty jednak zawierającym ważne wydarzenia i szczegóły, jaki Chopin napisał do Polski. List ten nie miał daty, stąd nie bardzo był brany pod uwagę przez innych badaczy. Dopiero Piotr Witt z zawartych w nim informacji ustalił, na podstawie tych faktów i wiadomości o śmierci księżnej de Yaudemont – głównej protektorce Chopina, która zmarła „niecały tydzień temu” a w wycinku gazetowym z dnia 6 stycznia znajduje się jej nekrolog, że koncert odbył się 30 grudnia 1832 r. i właśnie w Rezydencji Monako. W koncercie tym brali udział znany już w Paryżu Franz Liszt, Kalkbrenner i Fryderyk Chopin i tu właśnie pokonał on wielką konkurencję. „Jego kariera (Chopina) paryska, czyli jego kariera w ogóle, zaczęła się w przyszłej ambasadzie Polski we Francji…” napisał w swej książce Piotr Witt. Te i inne jeszcze wspaniałe historie znajdziemy w książce Piotra Witta „Przedpiekle sławy” Rzecz o Chopinie, która została wydana przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, a jeszcze „ciepły” egzemplarz podpisał dla nas Piotr Witt. Przytoczę tu jeszcze jedną ciekawostkę, a mianowicie to nie przypadek, ze Piotr Witt został „wybrany” do opisania tego wydarzenia znaczącego w życiu Chopina, a także dla nas Polaków, bowiem przyczyną była pewna depesza, która została zaszyfrowana i wysłana z ambasady polskiej w Paryżu do sztabu generalnego w Warszawie 24 sierpnia 1939 roku o następującej treści: „ toczą się intensywne rokowania niemiecko-sowieckie; początek akcji wojskowej przeciwko Polsce przewidziany na dzień 26-28 VIII 1939 r, 4.IX.1939 Przybycie Niemców nad starą granicę niemiecko-rosyjską”. Pewne źródło w depeszy nie pomyliło się za bardzo i 1 września 1939 r Niemcy wkroczyli do Polski. Tym pewnym źródłem, które zaszyfrowało i wysłało depesze z ambasady był Zygmunt Witt – ojciec Piotra Witta.

Sam Piotr Witt w wypowiedzi dla radia stwierdził, że: „Moja książka jest bukietem finalnym szeregu fajerwerków, które wystrzelono na cześć Fryderyka Chopina w ciągu ostatnich miesięcy roku 2010…” W „Sygnałach dnia” w wywiadzie Piotr zaznaczył, że życie Chopina we Francji dzieliło się na dwa etapy – pierwszy przed triumfem i drugi po triumfie. O ile drugi okres jest świetnie dokumentowany poprzez gazety, informacje o dawanych koncertach sukcesach, kompozycjach, o tyle 15-miesięczny okres przed triumfem jest czasem zupełnie nieznanym, bowiem biedni nie maja historii”.

I jeszcze jedna ciekawostka, o której napisał Piotr Witt w swojej książce a mianowicie o grze Fryderyka Chopina. Pianista grał na zupełnie innym fortepianie niż dzisiaj, grał na Pleyelu. Sposób gry na tym instrumencie wymuszał silne uderzenie, którego Chopin nie miał. Mógł dawać koncerty w salonach, gdyż wtedy jego wirtuozeria była słyszana, natomiast sposób i siła jego uderzenia zupełnie nie nadawały się na wielkie sale koncertowe, w jakich odbywały się koncerty Franza Liszta, który potrafił porwać struny podczas tylko jednego koncertu, tak silne miał uderzenie (wtedy nie było mikrofonów, nagłośnienia i słyszalność zależała właśnie od siły uderzenia w klawisze a tego właśnie brakowało naszemu Fryderykowi). O tych i innych ciekawostkach z życia Fryderyka Chopina, a także o epoce, w której żył Chopin, o Francji i Paryżu przeczytacie państwo w książce Piotra Witta, którego poznaliśmy osobiście podczas otwartych ogrodów w Aninie, w naszym domu. Co ma do tego Pani Jola Karpińska-Warzecha, ano to, że ona właśnie namówiła Piotra do spisania tej wielce interesującej historii, jak również pomogła przy realizacji wydania książki w Polsce? Powiedzcie, czy życiem nie rządzą przypadki? Czyż nie jest pełne niespodzianek?

O wieczorze autorskim poprowadzonym pięknie przez pana Macieja Marię Putowskiego (scenografa filmowego do filmów „Lalka”, „Ziemia Obiecana”, „Wesele” i innych) w Bibliotece Narodowej przy ul. Koszykowej 26/28 w Warszawie, o spotkaniu z panem Piotrem Wittem autorem książki „Przedpiekle sławy” Rzecz o Chopinie

Opowiadała

Wasza Jadwiga

W internecie znalazłam wywiad Piotra Witta jakiego udzielił w dniu 11.12 2010 r „Sygnałom dnia” w PR posłuchajcie wspaniałego gawędziarza człowieka o wielkiej wiedzy i kulturze:

http://www.polskieradio.pl/7/158/Artykul/281582,Zanim-poznal-sie-na-nim-swiat

Kioto , Kyoto,  czyli  miasto stołeczne – miasto w zachodniej części japońskiej wyspy Honsiu. Dawniej stolica Japonii i siedziba cesarza. Kioto jest częścią obszaru metropolitalnego Keihanshin, zamieszkiwanego przez ok. 18 mln osób. Miasto założono w widłach  rzek: Kamo i Katsura. Ze względu na wznoszące się wokół miasta góry, Kioto słynie z parnych letnich nocy, z całkowicie nieruchomym powietrzem.  Oto co znalazłam w sieci na temat Kioto „…Na przestrzeni wieków Kioto znacznie się rozrosło, wychodząc poza pierwotny prostokąt Heian-kyō, przede wszystkim na drugi brzeg rzeki Kamo. Kamo-gawa stała się dość rzadkim w Japonii przypadkiem rzeki ujętej bulwarem i nabrzeżnym parkiem, rzeki włączonej do przestrzeni miasta. Rozległy kompleks parkowy nowego pałacu, Kyōto Gyoen, prostokąt o bokach 1,3 km na 0,7 km, znajduje się dzisiaj na północnych krańcach śródmieścia. Zachodnim skrajem kompleksu biegnie główna południkowa ulica śródmieścia – Karasuma-dōri, która na jego południowym krańcu przebiega obok głównego dworca kolejowego. Najważniejszą przecznicą jest obecnie Shijō-dōri („Czwarta ulica”). Przy niej, w okolicach skrzyżowania z Kawara-machi grupują się najważniejsze sklepy i domy towarowe Kioto. Miejsce to, wraz z dzielnicą położoną za mostem Shijō-ōhashi po wschodniej stronie rzeki Kamo, jest również centrum życia nocnego. Główna dzielnica biurowa znajduje się w okolicach dworca na południu i w centrum miasta. Inna przecznica alei Karasuma – Sanjō-dōri („Trzecia ulica”) – tradycyjnie główna ulica śródmieścia, zachowała pierwotną szerokość i wiele elementów zabudowy z wcześniejszych okresów.  Znajduje się przy niej interesujące Muzeum Kultury Kioto.  Specyficznym miejscem są okolice chramu sintoistycznego Heian Jingū z 1895r. położonego na wschodnim brzegu rzeki, mającego przypominać Pałac Cesarski dawnego Kioto. Przekształciły się one w skupisko muzeów sztuki, wyróżniające się wielką skalą zabudowy. Po drugiej stronie miasta kompleks świątyni Myōshin-ji stanowi oryginalny konglomerat wielkich drewnianych budowli, otoczonych setką małych drewnianych domów…” Na terenie historycznych dzielnic, za nowszą zabudową głównych ulic, w głębi kwartałów zachowały się tysiące drewnianych domów, willi w ogrodach otoczonych murami, małych świątyń. Otaczające najstarszą część miasta obszary nie posiadają już regularnej siatki ulic. Kioto jest jednym z nielicznych japońskich miast, gdzie ulice mają swoje nazwy, ponieważ w Japonii ulic się nie nazywa. Kioto jest otoczone  z trzech stron górami,  Higashiyama, Kitayama i Nishiyama, o wysokości dochodzącej do 1000 m n.p.m. Na stokach wzgórz oraz u ich podnóży położonych jest wiele rezydencji i świątyń. Nazwą Kiyomizu-dera, którą zwiedzałam, określa się kompleks kilku drewnianych budowli we wschodnim Kioto, a szczególnie główną świątynię poświęconą bogini Kannon. Nazwa jest związana z wodospadem, który powstał na strumieniu wypływającym z zalesionych zboczy Higashiyama. Pierwszą świątynię w tym miejscu założył około 794 r. buddyjski mnich Enchin pod wpływem wizji, w której otrzymał polecenie odszukania źródła czystej wody. W  794 r. cesarz Kammu, przenosząc stolicę do nowej siedziby w Kioto, podarował budynek ze starą salą tronową głównemu generałowi Sakanoue no Tamuramaro,  jako nagrodę za służbę wojskową. Ponieważ generał był żarliwym wyznawcą Kannon, przekazał budynek Enchinowi, z przeznaczeniem na główną świątynię bogini. W roku 1629 pożar zniszczył zabudowania świątyni. Kiedyś świątynia należała do zabudowań pałacu, dlatego jej dach zamiast dachówek  pokryty jest drzewem cyprysowym. Interesującym szczegółem jest fakt, że świątynia zbudowana jest z drewna bez użycia gwoździ, o czym się sama przekonałam.  Obecnie kompleks jest główną świątynią buddyjskiej sekty Hossō-shū (dosł. przejawy zasad), jednej z najstarszych w Japonii, stworzonej  w 661 r. Główny budynek świątyni Kiyomizu słynie ze wspaniałej, rozległej werandy – butai (scena tańców) – wspartej na wielopoziomowej konstrukcji, wystającej ze zbocza stromego wzgórza i zapewniającej piękny widok na okolicę. W dawnych czasach ta weranda służyła również samobójcom, ale to było dawno temu.  Poniżej jest wodospad Otowa no taki, którego trzy strumienie wpadają do stawu. Woda wypływa z niego trzema strumieniami i można tylko napić się z jednego z nich, w zależności od tego, czy chcemy zapewnić sobie zdrowie, miłość czy urodę, (niektórzy przewodnicy mówią zdrowie, wiedzę czy długie życie). W Kioto jest ponad 1600 świątyń buddyjskich i około 400 świątyń shinto, między innymi Ryoan-ji, czyli Świątynia Uspokojonego Smoka z pięknym kamiennym ogrodem zen, w którym można medytować, Kinkaku-ji , czyli Świątynia Złotego Pawilonu. Do Kioto pojechałam na jeden jedyny dzień jaki mogłam dostać. Zabrałam sie z wycieczką amerykanskich turystów, i to był mój największy błąd. Co prawda wyboru nie miałam żadnego, bo wycieczka była organizowana dla gości  Hotelu Otaniemi, ale  moje hostessy wiedząc o moim marzeniu zobaczenia Kioto pomogły, tylko sobie wiadomymi sposobami, uczestniczyć w tej wycieczce razem z amerykanami. Przewodniczka mówiła po angielsku, i nawet ją rozumiałam, choć akcent leciał na ostatnie sylaby we wszystkich wyrazach, ale to uszło. Podczas naszej krótkiej podróży -tylko 80 km okazało się, ze pada deszcz, no trudno, Kioto jest warte padającego deszczu niech będzie. Przeżyję. Autostrada- o tym należy napisać. Autostrady to drogi dwupasmowe wybudowane są na wysokośći 10-12 metrów na betonowych podporach, jak nasze największe rozjazdy na skrzyżowaniach na przykład w Warszawie przy ul. Marsa z ul. Grochowską. Po dwa pasy w jedną stronę i dwa pasy w drugą, wszystko jest obrzeżone wysokim płotem wygłuszajacym hałas, więc widoku na prawo i lewo nie ma żadnego, może tylko miejscami z daleka. I tak przez całądrogę. Dojechaliśmy, nasz autokar udał sie zgodnie z planem do studia nagrań filmowych filmów Ninija. No świetnie, ale ja wcale tego nie chciałam oglądać, mając do wyboru świątynię Kiyomizu-dera, Złoty Pawilon, Pałac Cesarski, my do Niniji! Nie byłam zadowolona, wcale, tym bardziej, że spędziliśmy tam 3 godziny po nic, to wszystko można było oblecieć w godzinę. Nastepny punkt to lunch, bo zrobiła się 12.00 w południe, no to mogę wybaczyć, bo poszliśmy do restauracji japońskiej i dostaliśmy bento, koszyk z jedzeniem o którym pisałam w poprzednim wpisie na temat Osaki. Znowy stracilismy godzinę, i w końcu dotarliśmy do światyni Kiyomizu-dera. Tam nareszcie była uczta duchowa, piękno światyni opisywane w licznych przewodnikach jest niczym gdy widzi się wszystko bezpośrednio w realu. Nakręciłam kilka filmów, ale nie umiem ich tu wmontować, więc nie mogę pokazać, a szkoda. W Kioto kupiłam 4 kimona, nie takie jakie noszą gejsze, tylko takie więcej zmodernizowane z jedwabiu w kwiaty, dla córki niebieski, dla wnuczek czerwone no i dla siebie, później jeszcze dokupiłam kilka, więc yukata dostali prawie wszyscy (bawełniane kimona na lato). No i niestety zrobił się wieczór i trzeba było wracać. Chyba to jest jeden z powodów do odwiedzenia Kioto jeszcze raz , bo Złoty Pawilon, Pałac Cesarski, Ogród najpiekniejszy na świecie i kilka jeszcze innych wspaniałości zostało do obejrzenia, a ja zamiast tego oglądałam filmowego Nijnje.

Na szczytach wzgórz wokół Kioto, ulokowało się wiele klasztorów. Kioto jest uważane za kulturalne centrum Japonii. Przynajmniej do XVIII w. miasto promieniowało na cały kraj twórczością artystyczną, kształtowaną w kręgu dworu cesarskiego. Szczyt rozwoju Kioto przypada  na lata 1573-1603. Narodziły się wówczas nowe formy malarstwa (ścienne i parawanowe), reprezentowane przez indywidualności artystyczne. Mistrzem tworzenia ogrodów i sztuki picia herbaty był wówczas Kobori Enshu. W czasie II wojny światowej Kioto zostało oszczędzone, dlatego jest jednym z najlepiej zachowanych miast Japonii, gdzie na każdym kroku widzimy piękne pałace, ogrody czy też oryginalną architekturę. W rejonie Kioto znajduje się wiele z najsłynniejszych japońskich zabytków, między innymi: Kiyomizu-dera –  drewniana świątynia, o której już pisałam, Złoty Pawilon, Srebrny Pawilon, chram shinto ku czci rodziny cesarskiej zbudowany w 1895 r, Ryoan-ji ze słynnym skalnym ogrodem, Świątynia Shukoin, Pałac Cesarski, Cesarska Willa Katsura, Cesarska Willa Shugaku-in, najpiękniejszy ogród w stylu japońskim. ( informacje pochodzą z przewodnika  o Kioto). Ja chciałam jednak przejść do tego, co obiecałam, a więc do spotkania z Gejszą.

W Kioto jest pięć dzielnic gejsz: Hanamachi – „dzielnica kwiatów”), Gion Kobu,  Pontocho (wzdłuż Kiyamachi-dōri na zachodnim nabrzeżu rzeki Kama), Miyagawa-chō (za teatrem Minamiza), Kamishichiken (na wschód od chramu Kitano Tenman-gū), Gion Higashi. Słowo Gejsza (Geisha) składa się z wyrazów gei „sztuka” i sha „człowiek”. Tak więc chodzi tu o kogoś uprawiającego tradycyjne japońskie sztuki, innymi słowy – artystę. W Kioto używa się terminu geiko, co oznacza „kobietę zajmującą się sztuką”. Gejsze są mistrzyniami w sztuce konwersacji, tańca, śpiewu i gry na tradycyjnych instrumentach japońskich, głównie shamisen. Jest to trzystrunowy, szarpany instrument, wyglądem przypominający mandolinę. Jego boki są wykonane z drewna, natomiast spód i wierzch jest z kociej skóry. Rzadziej używane są bębenki zwane taiko, a także koto (trzynastostrunowy instrument szarpany podobny do cytry), a czasem i flety bambusowe (shakuhachi). Gejszom dobrze znane są kaligrafia, ikebana, origami czy też inne sztuki japońskie. Oto czego dowiedziałam się o gejszach i ich życiu. Moimi rozmówczyniami były dwie panie. Kandydatki na gejsze mają tylko pięć lat. W pierwszym okresie treningu zwanym shikomi, kandydatki są zwykłymi pomocnicami. Daje się im wiele trudnych zadań, aby wybrać te „najtwardsze”. Jeśli tylko kandydatka opanowała odpowiednie sztuki oraz zdała  końcowy egzamin z tańca, zostaje promowana do drugiego etapu treningu: minarai. W tym krótkim okresie, który trwa zazwyczaj miesiąc, kandydatki poznają wiele praktycznych zagadnień związanych z byciem gejszą. Następnie kandydatka kończąc zazwyczaj 16 lat przechodzi do ostatniego etapu treningu, gdzie zostaje Maiko (kobietą tańca). Etap ten w zależności od dzielnicy może trwać wiele lat. Zadaniem gejszy jest nauczyć Maiko wszystkiego, co sama potrafi. Gejsza będzie ją polecała w herbaciarniach oraz innych ważnych miejsc spotkań, pozna ją z odpowiednimi ludźmi.

Trzeba wiedzieć, że początkowo gejszami zostawali tylko mężczyźni, dopiero w późniejszych czasach dołączały do tego zawodu kobiety, dla odróżnienia zwane onna geisha czyli „kobieta gejsza”. Obecnie gejszami zostają wyłącznie kobiety. Gejsze, jak to się niektórym wydaje, nie były i nie są prostytutkami czy też zwykłymi kurtyzanami. Po drugiej wojnie światowej Amerykanie okupujący Japonię korzystali z usług prostytutek, które podawały się za gejsze stąd też wziął się wizerunek gejszy – prostytutki poza granicami Japonii. Prawdziwa gejsza nosi ciężkie kimono składające się z kilku warstw oraz pas zwany obi. Kimono waży około 20 kg zaś pas obi ma 7 metrów długości i należy go wiązać w bardzo specjalny sposób, tak aby pas z tyłu luźno zwisał (Maiko) a był precyzyjnie zawiązany u gejszy. Dlatego nie możemy ubrać się bez pomocy, do tego specjalnie uczesana fryzura. Maiko chodzą do fryzjera raz w tygodniu. Ponieważ mają swoje własne długie włosy czesane są w specjalny kok z odpowiednim przystrojeniem kwiatami, innymi dla każdego miesiąca. Uczesanie Maiko w odpowiedni kok jest pracochłonne i drogie, dlatego Maiko chodzą do fryzjera raz na tydzień. Po zostaniu gejszą włosy są obcinane i gejsze noszą tylko i wyłącznie peruki o wadze około 3 kg. Wyobraźcie sobie teraz jak Maiko śpi? Śpi się na specjalnej drewnianej podstawce tak, aby nie zrujnować fryzury, a więc aby przewrócić się podczas snu na bok należy się obudzić, przekręcić, i wtedy znowu możesz spokojnie zasnąć. Bardzo łatwe, no nie! Ubranie się w kimono jest skomplikowane i może zająć ponad godzinę i to z profesjonalną pomocą! (Świadczyć usługi seksualne i ubierać się w takie kimono po każdym kliencie…. to byłoby raczej męczące.) Maiko nosi okobo – klapki na 10-15cm koturnie (jeśli maiko jest zbyt wysoka, to ich  nie nosi). Inną cechą charakterystyczną gejsz jest makijaż, całkowicie biały z czerwonymi ustami oraz czarnymi i czerwonymi akcentami wokół oczu i brwi. Zrobienie takiego makijażu wymaga sporego doświadczenia i jest niezwykle czasochłonne. Makijaż gejszy zależy od jej wieku. Jak już powiedziałam nauka zawodu trwa wiele lat, Maiko mieszka u opiekunki, która z reguły sama była gejszą, a teraz będąc na emeryturze prowadzi szkołę dla gejsz. Tam Maiko jest uczona rozmowy, tańca, gry na shamisenie, bębenku, ceremonii parzenia herbaty, podawania sake, przestrzegania etykiety, układania kwiatów, tańca, śpiewu. W naukę Maiko inwestuje się bardzo duże pieniądze, wartość kimona to niebagatelna kwota około 30.000$, a przecież musi ona posiadać kilka kimon ze względu na porę roku, czy pogodę, ponadto nauka języków obcych, wiedza z zakresu sztuki. Aby zostać Maiko – nauka trwa tylko 10 lat, natomiast nauka Maiko, aby zostać Gejszą trwa 6 lat. Jest to ciężka i bardzo trudna praca, gdyż dziewczyna z reguły nie ma swojego prywatnego życia i jeżeli ma szczęście to może mieć 1- 2 dni w miesiącu wolne, wtedy może chodzić bez kimona, specjalnej fryzury, makijażu, wtedy przez te dwa dni może być normalna młodą dziewczyną. Podczas nauki Maiko ani specjalnie nie chwalimy ani nie potępiamy. Jeżeli w tym czasie Maiko zrezygnuje z nauki i odejdzie, czeka ją wyklęcie ze środowiska, bez prawa powrotu. Gdy w Kioto widzimy (bardzo rzadko to się zdarza) idąca Maiko to wiemy, że mamy przed sobą kobietę wartą około 80.000$.   Niezwykle ważna w stawaniu się gejszą jest inicjacja życia seksualnego zwana mizuage, czyli utrata dziewictwa. Opiekunka przyszłej gejszy, Okasan, szuka i wybiera odpowiedniego kandydata lub co jest teraz bardziej rozpowszechnione, a o czym się prawie nie mówi jest ogłoszony „przetarg” który z możnych, wysoko postawionych społecznie i politycznie mężczyzn da więcej. Wszystko zależy od Maiko, z jakiej szkoły pochodzi i z jakiej dzielnicy oraz jaką i gdzie u kogo pobierała naukę, u której z byłych gejsz. Z pozyskanych przez mnie informacji wynika, że najlepsza szkoła gejsz w Kioto jest usytuowana w dzielnicy Gion. Oczywiście w Tokio też istnieją znakomite szkoły gejsz, ale ja  o nich nie mogę napisać, gdyż tam nie byłam. Czy zauważyliście, ze Kioto jest anagramem Tokio? Przenosząc stolicę z Kioto w nowe miejsce zastanawiano się, jak ją nazwać i dlatego użyto anagramu Kio-to, To-kio.  W naszej kulturze gejsze kojarzone są z kobietami uległymi czy nawet bezwolnymi. Nic bardziej mylnego. Aby przeżyć w swojej społeczności, często musiały być bezwzględne wobec swoich adwersarzy, a swoją pozycję społeczną zdobywały ciężką pracą oraz poświęceniem.
Gejsze zamieszkują w domach zwanych okiya (w Tokio geishaya), a chadzają na przyjęcia głównie do tradycyjnych herbaciarni ochaya, czyli niewielkich domów z drewna, obowiązkowo z wyjściem na tradycyjny ogród w stylu japońskim. W opinii Japończyków, gejsze uchodziły za ideał pięknej kobiety. Dawniej, gejsze miały wielki wpływ na gospodarkę oraz politykę Japonii. W epoce Meiji mówiono, że ambitny urzędnik powinien mieć dwa cele w życiu: wziąć za żonę gejszę i zostać ministrem. Jednak nawet gejsze nie będące żonami urzędników posiadały ogromne wpływy. Odegrały również znaczącą rolę w kształtowaniu się kultury japońskiej. Japończycy ubóstwiają chodzić na festiwale tańca z udziałem gejsz. W Kioto, Wiosenne Festiwale z udziałem gejsz odbywają się regularnie od 1875 roku.
W XX wieku popularność na bycie gejszą znacznie spadła. Na początku XX wieku funkcjonowało ponad 80.000  gejsz, obecnie szacuje się, że liczba ta spadła poniżej 2 000, ja natomiast w rozmowach w Kioto usłyszałam, że prawdziwych gejsz jest około 200. Niemniej jednak w ciągu ostatnich kilku lat zauważa się wzrost zainteresowania zawodem gejszy wśród japońskich nastolatek. W tym roku, w Kioto, pierwszy raz od ponad 40 lat liczba kandydatek (maiko) do pozostania gejszą przekroczyła 100, 30 lat wcześniej było to mniej niż 30 dziewcząt. Według ekspertów jest to spowodowane tym, że Japończycy coraz bardziej cenią sobie kulturę i tradycję własnego kraju, ja jednak uważam, że posiadanie gejszy w rodzinie stanowi dla tej rodziny znakomite źródło dochodu. Każda gejsza musi być zarejestrowana w urzędzie rejestracyjnym kenban. Japońska gejsza nie ma odpowiednika w innych kulturach na świecie. Przygotowanie wieczorne do wyjścia rozpoczyna się około godziny 18.00. Już po około dwóch godzinach Maiko, lub Gejsza są gotowe i wychodzą do Herbaciarni. Nikt nigdy oficjalnie nie powiedział, ile kosztuje godzina usług Gejszy czy Maiko, ale cena kształtuje się na poziomie od 1000 do 2000 $ za godzinę, zależny to od Gejszy, jej wykształcenia, sposobu bycia, umiejętności śpiewu, urody, umiejętności zabawiania gościa rozmową, umiejętności odpowiedniego podawania sake, (a nawet jej picia czyli od silnej głowy), czyli od tego wszystkiego czego latami się uczyła. Im lepsza dzielnica, gdzie mieści się szkoła, im piękniejsza gejsza, w im piękniejsze kimono ubrana, tym cena wielokrotnie rośnie. Jednak Maiko nie otrzymuje pieniędzy bezpośrednio, te płacone są nauczycielce, natomiast gejsze… hm kto to wie, ja nie mogłam się zbyt dużo dowiedzieć na tematy finansowe gejsz. Niech to pozostanie jedną z wielu ich tajemnic.

O  Kioto , Maiko i Gejszach opowiadała

Wasza Jadwiga

Dzisiaj minął dokładnie rok blogerki, rok z Wami moimi czytaczami.
Dziękuje za to, że jesteście, za to że chcecie mnie odwiedzać, za to że zaakceptowaliście moje pisanie, za wszystkie odwiedziny, pozostawione komentarze, za serdeczne podejście do mnie i do mojego pisania. Za serdeczność, za wiarę we mnie i otrzymany kop w sprawie książki. Zośko rok temu Ty pierwsza napisałaś cyt „… to idzie na książkę…”. Beata dolała oliwy do tego ognia i chyba w końcu pójdzie. Równolegle z wpisami powstaje książka o podróżach z lotką.  Za To Wam też serdecznie dziękuję, a że jutro Św. Mikołaja to niniejszym informuję, że  wpisy 1999, 2000, 2001 otrzymają przyrzeczone upominki, a mianowicie:

komentarz 1999 to  Ciotka Pleciuga książka „Historia badmintona w Polsce”

komentarz 2000 Basia (czarnawrona) komplet rakietek do badmintona

komentarz 2001 Yrsa książka  „Nauka badmintona w weekend”

komentarz 2002 zośka,  2003  Andrzej (Barnaba), 2004 Natalia, 2005 Kaśka, 2006 Tomek, 2007 Monika, 2008 Randdal otrzymają nagrody dodatkowe ufundowane przez Andrzeja Szalewicza książkę „90 lat Polskiego Komitetu Olimpijskiego oczami kolekcjonera”. Firma Emporia Telekom również przygotowała drobne upominki, które wraz z nagrodami zostaną wysłane pocztą. Nagrodę specjalną za pomoc i PR mojego bloga otrzymuje  Jagódka z „Chaty Magoda”.

Moje gratulacje!

Proszę o kontakt email na adres blog@okiemjadwigi.pl w celu ustalenia sposobu dostarczenia upominków.

Życzę wszystkiego dobrego, dużo zdrowia, radości w tym czarodziejskim dniu Św.  Mikołaja.

Wasza Jadwiga

PS.: statystyki: odwiedzin 47.196;  odsłon 69.900

Osaka 2007

W roku 2007, w sierpniu odbywały się w Osace Mistrzostwa Świata w lekkiej atletyce. Pojechałam jako kierownik 92 osobowej grupy zawodników, trenerów masażystów i lekarzy. Wyjazd trudny, bo lekka atletyka jest królową sportu i należą jej się stosowne hołdy jak to królowej. Trudny również dlatego, że daleko (przy różnicy czasu około 9 godzin) a kontakt z krajem zawodnicy mieli wyłącznie poprzez magiczny Internet. Zawody odbywały się na pięknym stadionie w Osace, a my mieszkaliśmy w hotelu Sheraton, można powiedzieć, że w samym centrum miasta. Nie będę pisała tym razem o wynikach, gdyż lekka atletyka, jako królowa sportu ma piękna oprawę zawodów – mnóstwo transmisji telewizyjnych i radiowych. Media prześcigają się podając wiele ciekawostek o startujących zawodnikach, ci zaś prześcigają się nie tylko sportowo, ale też prezentując modę, nowe trendy, fryzury czy tipsy, jak to było za sprawą sprinterki Florence Griffith-Joyner w roku 1988 r podczas Igrzysk Olimpijskich w Seulu. Lekka atletyka posiada również wielu znakomitych sponsorów. Te wielkie firmy podczas zawodów zwracają uwagę na pojawiające się potencjalne gwiazdy, aby z nimi podpisywać intratne kontrakty. Wyniki zawodów są fascynujące, gdyż startują w nich tak wspaniali sportowcy z całego świata jak Usain Bolt, czy caryca tyczki Jelena Isinbajewa, nie mówiąc już o naszych zawodniczkach Ani Rogowskiej czy Monice Pyrek w skoku o tyczce. W niedzielę 28.11.2010 Monika udowodniła, że jest też świetną tancerką zdobywając wraz ze swoim partnerem Robertem Rowińskim Kryształowa Kulę XII edycji „Tańca z Gwiazdami”. Ale wracamy do Osaki.

Praca kierownika ekip jest wielce odpowiedzialna, gdyż należy zorganizować wyjazd ekipy z Polski i powrót do kraju (nie piszę tutaj o sprawach szkoleniowych, gdyż te należały wtedy do kierownika wyszkolenia PZLA pana Henryka Olszewskiego, który pełnił również funkcję trenera Tomasza Majewskiego, zawodnika w pchnięciu kulą). Skupiam się tylko na organizacji wyjazdu oraz pobytu. Wylot w trzech grupach różnymi liniami lotniczymi w tym Lufthansą, Air France oraz KLM. Oczywiście ja razem z p. Andrzejem Lasockim wylecieliśmy dwa dni wcześniej, aby przygotować transfer zawodników przyjeżdżających z Kochi do Osaki, szybko ich zakwaterować, tak by nie zajęło to ogromu czasu, choć osób było sporo. Wyladowaliśmy na lotnisku Kansai International Airport 9 km od Osaki. Czy wiecie, ze to ogromne lotnisko, na którym moga ladować najwieksze samoloty świata,  zostało zbudowane na  wyspie, którą usypano z kamieni i ogromych betonowych bloków? Lotnisko Kansai z Osaką łączy  most o długości 9 km., a w ogóle w Osace jest 900 mostów!

 Andrzej i ja długie godziny spędziliśmy w hotelu, w którym pracowało biuro zawodów wraz z biurem IAAF. Tam po przylocie należało dokonać stosownych opłat za pobyt ekipy, na podstawie list zgłoszeń oraz podanych wcześniej informacji dotyczących przylotów i odlotów poszczególnych zawodników wraz z trenerami i lekarzami oraz masażystami. W biurze organizatorów i IAAF spędziliśmy około 8 godzin, z tym, że na specjalnej tablicy wpisaliśmy się w kolejności przyjazdu do hotelu tak, że mogliśmy pojechać do naszego hotelu, aby złożyć bagaże, rozpakować się, wziąć prysznic i złapać szybką krótką drzemkę. Około 20.00 wróciliśmy do biura, które pracowało całą dobę, a nasza kolejka znacznie się skróciła i już po godzinie siedzieliśmy w boxie IAAF, uzgadniając wszystkie przesłane dane. Cała rejestracja i uzgodnienia trwały około 2 godzin i po ustaleniu wszystkich danych zapłaciliśmy za pobyt ekipy polskiej i otrzymaliśmy zamówione i przyznane nam ilości pokoi jedno i dwuosobowych w naszym hotelu. Tu muszę wyjaśnić, że sprawa pokoi jest ważna, ponieważ na daną ilość zgłoszonych osób przypada stosowna ilość pokoi jedno i dwuosobowych.  Choć sprawy finansowe są zawsze bardzo trudne, jednak mając listy zawodników, trenerów, masażystów, ekipy lekarskiej, zgłoszenia imienne zawodników, dokładne daty i godziny przylotów i odlotów, numery rejsów lotniczych przygotowane przez Monikę w Warszawie, wiedzieliśmy, że o pomyłkach nie może być mowy i dokładnie mieliśmy policzone, ile mamy dopłacić. Tym niemniej, jak to w życiu bywa, zawsze mogą być jakieś niespodzianki, o których raczej nie chcieliśmy myśleć, ale czasami jednak trudno ich uniknąć. Nasi zawodnicy przylecieli do Japonii około 2 tygodni wcześniej i mieli zorganizowany obóz treningowy w Kochi.  Na kilka miesięcy przed mistrzostwami, już w lutym, uzgodniono gdzie, w jakiej miejscowości i w jakim terminie zawodnicy będą przebywali na zgrupowaniu treningowym, jednocześnie będącym przystosowaniem się do warunków klimatyczno-czasowych, panujących w Japonii. Wybrano Kochi, (jako próbę również dla zgrupowania aklimatyzacyjnego przed Igrzyskami Olimpijskimi w Pekinie w roku 2008), gdyż przejazd z Osaki do Kochi i z powrotem nie trwał zbyt długo, jak na warunki Japonii, i po około 6-7 godzinach od momentu przylotu zawodnicy byli na miejscu. Ten aspekt organizacyjny był brany również pod uwagę w przygotowaniach do Igrzysk Olimpijskich w następnym roku. Ważną sprawą była też oferta zakwaterowania w Kochi, gdyż należy pamiętać, że niektórzy polscy sportowcy są ludźmi dobrze zbudowanymi, a także są wysokimi, jak Tomasz Majewski, Piotr Małachowski, czy Szymon Ziółkowski. Sportowcy japońscy są raczej niewysocy. Po ustaleniu wielu szczegółów, m.in. wielkości łóżek, ilości autokarów niezbędnych do przewiezienia ekipy oraz dodatkowego transportu bagażu, tyczek i innego sprzętu, należało uzgodnić również menu dla zawodników podczas pobytu w Kochi. Wyobraźcie sobie, że otrzymaliśmy jadłospis na cały pobyt ekipy oraz dodatkowo zaoferowano nam również możliwość przygotowania dań kuchni europejskiej. Podczas pobytu zaś okazało się, że organizator chciał wielce dogodzić reprezentacji i kilkakrotnie były serwowane dania polskie przygotowywane pod czujnym okiem panów kucharzy pobliskich restauracji.  Oczywiście zawsze można wszystko zorganizować jeszcze lepiej i jeszcze sprawniej, ale w tym wypadku okazało się, że pracując tylko poprzez emaile udało się wszystko załatwić jak należy. Piszę o tym, gdyż naprawdę nie bardzo zdajemy sobie sprawę, jak wygląda organizacja przelotów na imprezy światowe, szczególnie takie jak Mistrzostwa Świata w lekkiej atletyce, gdzie nazwiska mówią same za siebie i wszelkie komentarze są zbyteczne, a wymaganiom należy sprostać. Nam widzom, ludziom siedzącym po drugiej stronie ekranu telewizorów, wydaje się to takie proste. No polecieli, mieli zdobyć tyle medali, a zdobyli tyle. Albo się cieszymy, albo odsądzamy od czci i wiary naszych idoli. Natomiast kuchni organizacyjnej wyjazdów nikt nie ogląda i o niej z reguły się nie pisze. Chyba, że jest totalna wpadka. Wtedy najbardziej widać to w prasie radiu i TV. Ponadto proszę sobie wyobrazić sytuację, gdy zawodnicy mają tyczki do skoku o tyczce specjalnie przygotowywane dla danego zawodnika, czy zawodniczki z włókien sztucznych o specjalnej giętkości, których długość wynosi do około 5,20 m. Są one przygotowywane dla każdego zawodnika osobno z uwzględnieniem wzrostu, wagi, techniki skoku i innych bardzo ważnych parametrów, jak giętkość czy twardość. Zawodnik używa tyczek w zależności od dnia, pogody i temperatury panującej na stadionie.  Z tyczkami w podróży zawsze jest najwięcej problemów, ponieważ są długie i muszą lecieć w dużym luku bagażowym, natomiast sprawa zabrania tyczek do luku bagażowego nigdy do końca nie jest jasna, gdyż nie wiadomo, który samolot ile bagażu będzie zabierał, jak on będzie rozmieszczany w lukach i w jaki sposób będzie ten luk dzielony. Nie wchodzę tu w szczegóły spraw związanych z przewozami lotniczymi, bo się na tym zupełnie nie znam, ale choć trochę przybliżam problem. Stąd zawsze najwięcej nerwów zabierała nam sprawa tyczek i przelot tej grupy zależał od możliwości załadowania tego sprzętu. Zresztą może państwo pamiętają z tv lub radia, gdy nasza Monika Pyrek nie mogła odnaleźć nadanych tyczek po powrocie ze znanego mityngu, a było to tuż przed Igrzyskami Olimpijskimi w Pekinie w roku 2008. Zdarzyło się też i tak, gdy nasza reprezentacji młodzieżowa leciała do Ameryki Południowej na Młodzieżowe Mistrzostwa Świata i po przylocie na miejsce i odebraniu nadanego pakietu tyczek, okazało się, że są one obcięte o około 80 cm, gdyż nie mieściły się w luku bagażowym. Nasz reprezentant skakał wtedy na pożyczonych tyczkach i choć miał szanse na medal zajął „tylko” V miejsce. Różne zdarzają się przypadki. Dlatego tak ważne jest, aby przed główną imprezą roku, zawodnicy mieli wszystko dopięte na ostatni guzik. Przyjazd autokarami naszych reprezentantów z Kochi do Osaki i szybka akredytacja, a następnie przejazd do hotelu odbył się bez przeszkód i przygód. Sprawnie bez zbędnej straty czasu, przydział pokoi i zakwaterowanie zakończone. Każda ekipa miała przydzielone hostessy do pomocy. Polska też. Codziennie pracowało ze mną na jednej zmianie (od 8 do 14.00 i od 15.00 do 22.00) od 4 do 6 pań mówiących lepiej lub gorzej po angielsku, jednak zawsze miłych, chętnych do pomocy i oczekujących na nas w sali hostess w naszym hotelu. Dziewczyny były oddelegowywane przeze mnie na treningi szczególnie z miotaczami, dyskobolami, czy z zawodnikami reprezentującymi nas w skoku o tyczce. Pomoc hostess mówiących po japońsku i angielsku była bardzo wskazana. Moim biurem był mój pokój hotelowy, w którym zainstalowałam sobie laptop i w ten sposób miałam połączenie z biurem w Warszawie i na bieżąco prowadziliśmy prace w Warszawie i w Osace. Było to o tyle ważne, gdyż kilka razy należało przebukować bilety lotnicze z tego na inny termin, ustalić odbiór zawodników w Warszawie, dalszy przejazd i inne drobne sprawy organizacyjne pozałatwiać. Na miejscu w Warszawie pracowały Monika i Małgosi , a ja w Osace.

Wyżywienie na Mistrzostwach Świata jest bardzo ważną sprawą szczególnie dla zawodników, ponieważ to oni są głównymi bohaterami na stadionie. Kuchnia hotelowa zorganizowała restaurację w największej sali recepcyjnej i z wyjątkiem dwu godzinnej przerwy od 2.00 do 4.00 rano restauracja pracowała dla nas na okrągło. Co było serwowane? Płatki śniadaniowe, mleko, jogurty o różnych smakach, masło, szynka, jajka, jajka sadzone, omlety, dżemy, zupę miso, makaron ryżowy, makaron ryżowy z grzybami shitake, makaron ryżowy podsmażany (bardzo smaczny), bambus, ryby, mięso wołowe smażone i duszone w sosie, sałaty, pomarańcze, banany, jabłka, mandarynki, arbuzy, ryż gotowany na sypko, ryż rozmaitości z groszkiem, marchewką i omletem z jajek pokrojonym w paseczki, jajecznicę, bekon, kiełbaski. Nie podawano sushi sashimi jak również nagiri. Choć byliśmy w Japonii, jednak ten rodzaj potraw jest drogi, a nie wszyscy go lubią, dlatego nie serwowano nam jedzenia typowo japońskiego. Muszę jednak powiedzieć, że na zakończenie Kongresu IAAF odbył się uroczysty bankiet w wielkiej sali gdzie serwowano koszyk bento (potrawy podawane są w maleńkich miseczkach w koszykach lub box’ach, stąd nazwa). Co tam znalazłam? Ano krewetki, rybę surową, białą i łososia, wodorosty, rodzaj alg, kapusty morskiej, miso, czyli japońską zupę. Wwszystko było elegancko ułożone, można powiedzieć nawet artystycznie i w ilościach minimalnych. Jednak po tym bankiecie nie byłam głodna.

Drugi raz jadłam lunch w Kioto i też był to koszyk bento, ale o wyjeździe do Kioto i o gejszach opowiem w następnym wpisie. Cdn.

Wasza Jadwiga

Content Protected Using Blog Protector By: PcDrome.