Subskrybuj kanał RSS bloga Okiem Jadwigi Subskrybuj kanał RSS z komentarzami do wszystkich wpisów bloga Okiem Jadwigi

Archiwum miesiąca Listopad 2010

Święta zaczynają nam wchodzić do domów drzwiami i oknami. W sklepach rozpoczyna się wielkie bum!!! Kolędy, dzwoneczki, a w mojej zaprzyjaźnionej kwiaciarni Flora Point zmiana wystroju. Jest pięknie świątecznie, a bombek tysiące. I takie i takie i czerwone i zielone i brązowe i z koronkami i żaby magiczne na szczęście i latarenki i latarnie i choinki, sztuczne i prawdziwe n,a razie tylko w doniczkach, ale jeszcze chwilka i będą duże prawdziwe i być może pachnące. Poszłam, aby zobaczyć jakie trendy w ubieraniu choinki w tym roku będą panowały. I tu wielki szok. Bollywood najprawdziwszy, a więc kolory fioletowe, zielone, różowe, jasno różowe i ciemno różowe, ale też jest dużo choinek przystrojonych w same srebra z takimiż bombkami, czy też czerwone lub  z przeważającymi kolorami złota. Byłam też po to, aby nabrać smaku na jakiś szczególny detal na choince, aby dzieci powiedziały: znowu coś fajnego wymyśliłaś. Niestety nie zdecydowałam się na konkretny wybór. Muszę wszystko przejrzeć i jeszcze raz pomyśleć, jakby wykorzystać to co mam, dodając tylko pikanterii poprzez detale, tak by choinka była taka sama, ale zupełnie inna.  Jutro znowu pojadę do Flora Point, ale tym razem z aparatem fotograficznym, aby Wam pokazać wszystkie proponowane przez panią Izabelę Kaszubę cuda.  Dziewczyny pracujące razem z nią już od miesiąca przygotowywały nowe dekoracje, a że lokal znacznie się powiększył, sceneria jest bajkowa. Lubię ten stan wybierania, oglądania i obmyślania, co by tu zrobić, aby zaskoczyć najbliższych. Pewne pomysły już krążą w moich myślach , ale nie uprzedzajmy, zobaczymy czym się to skończy.

Teraz chcę zaproponować stare – nowe przepisy dotyczące Adwentu no i oczywiście Świąt Bożego Narodzenia.  Oto pierwszy przepis na:

Ciasteczka adwentowe

Składniki: 70 dkg maki krupczatki, 30 dkg masła, 20 dkg cukru pudru, 5 żółtek, 1 jajko, białko do smarowania, możemy dodać kilka kropli zapachu jeżeli ktoś lubi

Wykonanie: do miski lub na stolnicę wsypujemy mąkę, cukier puder, dodajemy masło, oraz żółtka, siekamy nożem a następnie zagniatamy ciasto, wkładamy do lodówki na 10 minut (lub do zamrażarki)

Po tym czasie wyjmujemy i formujemy wałeczki o długości do 10 cm. Z ciasta układamy i formujemy cyferki, ósemki i inne (mogą być te które nam przynoszą szczęście), smarujemy białkiem, maczamy w maku, pieczemy na złoty kolor w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni.

Advent Cookies

 700 grams of Krupczatka flour, 300 grams of butter, 200 grams of sugar, 5 egg yolks, 1 egg,   

Mix flour, sugar, butter and yolks. Leave in the fridge for 10 minutes.  Form 10 cm long rollers and make of them favourite shapes, like letters or numbers. Spread some egg whites on them and sprinkle cookies with poppy seeds. Bake until gold in 180 degrees.

Wynalazłam w swoich starych notatkach kilka przepisów na tort makowy, oto jeden z nich:

Składniki: 30 dkg maku, 5 dkg tartej bułki, 2 łyżki miodu tego który aktualnie mamy w domu, olejek migdałowy, 8 całych jaj, 25 dkg cukru pudru, orzechy włoskie (ilość  wg uznania ), mleko 0,5 litra do zaparzania maku

Wykonanie: mak zaparzamy gorącym mlekiem, lekko podgotowujemy, odstawiamy na 30 minut. Odcedzamy mak, mielimy raz przez sitko normalne i 2 razy przez sitko o małych oczkach tak, aby masa była jednolita. Dodajemy bułkę tartą, miód, kilka kropli olejku migdałowego, orzechy włoskie mogą być lekko zmielone. W misce ustawionej na garnku z gotującą wodą ubijamy na parze 8 jaj z cukrem pudrem – najlepiej mikserem około 5-7 minut. Z masy odlewamy kubeczek na później. Resztę masy jajecznej mieszamy z makiem  lekko, ale szybko, wlewamy do tortownicy nasmarowanej masłem i obsypanej tartą bułką. Pieczemy w dobrze nagrzanym piekarniku 5 minut w temperaturze 200 stopni i 35 minut w temperaturze 180 stopni.

Masa kawowa : 20 dkg masła ucieramy w misce z 5-8 dkg cukru pudru, dodajemy 2-3 łyżki kawy rozpuszczalnej, ucieramy do momentu, gdy kawa cała jest utarta, do tego dodajemy odlaną wcześniej masę jajeczną, dodajemy 2-3 łyżki spirytusu lub koniaku lub co kto ma, aby masa nabrała pikanterii. Wystudzony tort makowy smarujemy masą, możemy również tort przekroić wzdłuż  na pół i posmarować spodni blat tortu masą, a następnie wierzch. Ja wierzch posypuję wiórkami kokosowymi, aby tort wyglądał tak, jakby go śniegiem zasypało. Życzę smacznego!

Ciasto drożdżowe bardzo proste

Składniki: 4 szklanki mąki, 10 dkg drożdży, 1,5 szklanki cukru, kostka masła, 4 jajka, 1 szklanka mleka, zapach wg uznania co kto lubi, rodzynki ilość zależy od nas ile kto lubi, może być skórka pomarańczowa, jeżeli ktoś lubi.

Wykonanie: na tarce jarzynowej ucieramy masło, dodajemy cukier, jajka, pokruszone drożdże, ciepłe mleko, mieszamy i odstawiamy na 2 godziny. Po tym czasie dodajemy mąkę, zapach, ewentualnie rodzynki mieszamy, wylewamy na blachę posmarowaną masłem obsypaną bułką tartą lub na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Pieczemy 1 godzinę w piekarniku w temperaturze 150 – 160 stopni. Po upieczeniu posypujemy cukrem pudrem przez siteczko lub kruszonką lub lukrem. Smacznego!

Yeast cake

 4 glasses of flour, 100 grams of yeasts, 1.5 glass of sugar, 250 grams of butter, 4 eggs, 1 glass of milk, Raisings and orange peel  

Grate butter, add sugar, eggs, yeasts and milk. Add raisings and orange peel.  Leave for 2 hours. Bake for 1 hour in 150-160 degrees. Sprinkle with sugar.

 Więcej przepisów podam w kolejnych wpisach.

Przepisy z własnej kolekcji podała

Wasza Jadwiga

8 grudnia 2010 r. minie pierwszy rok mojego blogowania.  Dzisiaj czyli 25.11.2010r. sprawdziłam statystyki: wejść  44 457, wpisów 162 , komentarzy  1961. Jak na początkującego blogowicza wynik całkiem niezły. Postanowiłam ufundować drobne nagrody dla tych z Was, którzy napiszą komentarz 1999, 2000 oraz 2001.

Nagrody będą przesłane na Wasze adresy, a imiona zwycięzców  podane na moim blogu. Miło mi poinformować, że nagroda główna za 2000 wpis to komplet rakietek do badmintona, nagroda za wpis 1999 – książka, oczywiście „ Historia badmintona w Polsce”, nagroda III za wpis 2001 to również książka „Nauka badmintona w weekend”. Będą też nagrody pocieszenia, ale to na razie sekret. Książki będą miały dedykację  autorów.

Zapraszam do zabawy wszystkich miłych czytaczy.

Pozdrawiam niezwykle serdecznie i do następnego postu o Gejszach ( już się pisze… tfu, moja polonistka mówiła: „nie pisze się, pisze to diabeł palcem po ścianie”) no cóż, nauka nie idzie w las tylko w nas.

Do miłego usłyszenia

Wasza Jadwiga

W dniach 20- 21 listopada 2010 r. po raz pierwszy w Polsce odbył się Festiwal  Kultury Japońskiej, zorganizowany przez Ambasadę Japonii w Polsce. Podczas Festiwalu odbywały się wystawy i warsztaty prezentujące dziewiętnaście tematów takich jak: ceremonie parzenia herbaty, sztukę tworzenia obrazów z japońskiego papieru czerpanego, kaligrafię, akwarele japońskie, ceramikę współczesną, kompozycje bonseki – czyli miniaturowe obrazy, malowane na tacy przy użyciu piasku, żwiru, drobnych kamieni. Jest to forma japońskiego ogrodu kamiennego (karesansui). W sobotę w dniu 20 listopada odbył się koncert i pokazy, w których uczestniczyły chóry, Zespół Mandolin, Pieśni Lirycznych, Zespół Taisho-Goto. Odbył się pokaz kimon i ikebany oraz koncert fortepianowy muzyki Fryderyka Chopina. Występy rozpoczął Zespół Taisho- Goto, czyli panie grające na instrumentach posiadających struny. Instrumenty muzyczne stały na stołach, a panie grały specjalnymi kostkami na strunach, lewą ręką poruszając po gryfie lub jego odpowiedniku, aby wyczarować dźwięki. W ten sposób odegrano kilka japońskich pieśni, jak również polską bardzo znaną w Japonii  piosenkę „ Szła dzieweczka”, którą Pani prowadząca zapowiadała w sposób następujący: A teraz znana polska piosenka”Sziła dziewieczka” oraz „kukułeczka” . Następna prezentacja to Chór Utagoe – Radosny Śpiew. Przedstawił piosenki japońskie oraz „Sziła dziewieczka” i „Hej mój Jasinek”. Oklaski i brawa wielce zasłużone. Kolejnym był Zespół Mandolin brawurowo poprowadzony przez Panią, która jednocześnie grała na mandolinie pierwszym głosem. Widać było, że muzykowanie sprawia jej wielką radość, a prowadzenie tego zespołu to wielka przyjemność. My zaś bawiliśmy się przy dźwiękach mandolin i wspólnie odśpiewaliśmy piosenkę „Szła dzieweczka” i „Sto Lat”.

Kolejny Zespół to Zespół Pieśni Lirycznych, który wykonał piękne pieśni japońskie, a prowadzony był przez byłą śpiewaczkę operową. Nie zabrakło Chóru reprezentującego Polskę. Chór Zacisze, który odśpiewał „Cichy wieczór”, „Laurę i Filona,”  oraz trzy pieśni japońskie w tym hymn „Sakura”. Oczywiście kulminacyjnym momentem wieczoru był pokaz prawdziwych japońskich kimon. Nie zdążyłam niestety odnotować wszystkich ich nazw, ale to co zapisałam postaram się przekazać. Po pierwsze w Japonii moda noszenia tradycyjnych kimon raczej należy do przeszłości. W wielkich miastach na ulicy jeansy, koszule, swetry, a jeżeli do pracy to garnitury i kostiumy. Japonki gustują w ubraniach markowych i im lepsza firma cię zatrudnia, tym lepsza marka kostiumu. To samo dotyczy garniturów oraz akcesoriów (zegarków, spinek, okularów, czy gadżetów typu ipod, itp.,itd.).  Młodzi ludzie ubierają się różnie w zależności od upodobań i stylu, w jakim chcą się nam zaprezentować (punk, heavy metal czy lolitki młode dziewczyny). Jednak należy stwierdzić, że są takie święta i okazje, gdzie żaden Japończyk nie założy nic innego niż tylko i wyłącznie kimono.  Ponieważ w Japonii, tak jak i w Polsce, są cztery pory roku, kimona dostosowane są do każdej pory. Co należy wiedzieć o kimonie? Jest to ubiór, który w lecie nazywa się Yukata, gdyż jest uszyty z prawdziwej bawełny zarówno dla kobiet jak i dla mężczyzn. Różni się oczywiście wzorem nadruku na bawełnie oraz ilością zużytego materiału. Kimono zawsze posiada pas  (obi) i ten w zależności od kimona jest zawsze bardzo ozdobny. Udało nam się zrobić zdjęcia z tego pokazu, choć nie było to zgodne z prośbami prowadzącej, ale przepraszamy za to. Nie mogliśmy przecież obejrzeć pokazu i nie podzielić się z Wami moimi czytaczami, tym co tak pięknie prezentowały Panie z Ambasady oraz grupa polskich studentek Japonistyki i jeden student. Prezentowano kimona w kolejności letnie bawełniane Yukata ( nasze studentki na zdjęciach w kolorowych bawełnianych kimonach oraz ich kolega, na nogach klapki typu „japonki”). Choć na uszycie kimona zużywa się dużo materiału, sposób zakładania i noszenia jest zawsze taki sam: ciasno, z utrudnieniami w chodzeniu, dlatego Japonki chodzą „drobiąc” kroki, ponieważ nie mogą chodzić inaczej. Tylko kimona bawełniane są lekkie i przewiewne, ponieważ noszone są w lecie, kiedy temperatura wynosi około 30 – 32 stopni Celsjusza i jest bardzo wilgotno. Wtedy inne kimona byłyby nie do założenia. Natomiast wiosna, jesień i zima to kimona uszyte z prawdziwego jedwabiu, a na jedno kimono zużywa się około 12 metrów. Należy do tego dodać jeszcze spodnie kimono, plus  pas ozdobny obi, oraz w zimę dwa spodnie kimona plus wierzchnie kimono i pas ozdobny razem około 20 kg ciasno owiniętego jedwabiu wokół sylwetki. Jak można wtedy iść szybko śpiesząc się do autobusu lub metra? To prawie niemożliwe, mając na nogach „japonki na koturnach” (gata), a do tego na nogach specjalne skarpetki z  jednym dużym palcem, które pozwalają nam założyć to obuwie.

A oto co znalazłam w internecie na temat kimon. Jest to ciekawy artykuł pana Kornela Drzewińskiego cyt: „…Historia ubioru w Japonii zaczyna się kilka tysięcy lat temu lecz dopiero w okresie Heian (794-1180) i Edo (1603-1867) dokonało się gruntowne jego przeobrażenie, które doprowadziło do powstania współczesnego kimona. Sztuka wykonania, zakładania i noszenia kimona jest określana jako Droga Ubioru (Sodo), której filozofia w swoim założeniu opiera się na istocie piękna, harmonii i szacunku dla innych i jest żywym przekazem miłości. Estetyka kimona nie polega na wyróżnianiu się, ale na harmonii z otoczeniem. Kimono jest przejawem japońskiej sztuki i tradycji, a także jest oryginalnym ubiorem w skali całego świata. Podstawowym elementem ubioru w okresie Edo było kosode, które stało się wzorem dla ubioru noszonego do dziś pod nazwą kimono. Niektórzy historycy sztuki przyjmują, że w środkowym okresie Heian arystokratki wkładały jedwabne kosode jako pierwszą, przylegającą do ciała warstwę, a na nią zakładały kilkanaście nieraz warstw, które składały się na strój zwany kasane shozoku. Termin „kimono“ oznacza dosłownie „rzecz do noszenia“. Ki – pochodzi od czasownika „kiru“ (wkładać, nosić), mono – oznacza „rzecz“. Współcześnie, kimona wykonuje się z bawełny, lnu, jedwabiu lub wełny na okres zimy. Tkaniny te mogą być farbowane, malowane oraz haftowane. Malowanie pejzaży na kimonach, które miało swój szczytowy okres w XVII wieku. wiązało się z wcześniejszą tradycją malowanych jedwabnych zwojów pionowych (kakemono) lub poziomych (emakimono), parawanów i wewnętrznych ścian pomieszczeń. Dużą popularnością cieszyły się w okresie Edo widoki z Kioto (które było wówczas centrum produkcji kimon) oraz sceny z życia codziennego. W tym okresie powstało też wiele kimon, na których elementy kaligrafii japońskiego pisma łączyły się m.in. z motywami kwiatów czy drzew. Często pojawiały się słowa lub cytaty ze słynnych poematów lub antologii poezji waka Kokinwakashu (915-920r.) czy Wakanroeishu (1013r.). Arystokraci z okresu Heian zapoczątkowali umieszczanie herbów rodowych na kimonach. Używali ich także wojownicy z okresu Muromachi. Liczba herbów (1 /2 /5), rozmieszczonych w ustalony sposób, zależała od rodzaju kimona. Po odpowiedniej stylizacji kimono począwszy od XVI w. pełniło także rolę kostiumu teatralnego w teatrze no i kyogen oraz od XVII wieku w teatrze kabuki. Fascynacja kulturą zachodnio – europejską w okresie Meiji (1867-1912) spowodowała, że zaczęto nosić ubrania w nowym stylu. Szczególnie po II wojnie światowej, tradycyjne kimono stało się rzadko używanym, kosztownym i luksusowym nabytkiem. Na terenie Japonii powstało Stowarzyszenie Konsultantów Kimona Sodo oraz Akademia Kimona Sodo, których celem jest szerzenie wiedzy wśród młodego pokolenia Japończyków i na świecie na temat kimona, jako narodowego stroju japońskiego. Kimona i haftowane pasy obi często przechodzą w darze z pokolenia na pokolenie i stają się cenną pamiątką rodzinną.
Pomimo, że w Japonii istnieje obecnie powszechne upodobanie do zachodniego sposobu ubierania się, podyktowane wygodą i niską ceną, to w kimonach nadal wita się Nowy Rok, odbywają się ceremonie ślubne, jak również noszone są podczas wielkich specjalnych uroczystości. Urok kimona polega na tym, że dodaje każdemu gracji oraz wyszukanej elegancji. Od około poł. XVI w. krój kimona damskiego i męskiego jest taki sam. Zróżnicowana jest tylko długość rękawów kimon mężatek i kobiet niezamężnych. Kimono kobiece jest krojone z kawałka materiału dł. ok.12 m i szer.ok.36cm. Poszczególne części wykroju mają taką samą szerokość, niezależnie od wzrostu i sylwetki. Długość rękawów dopasowywana jest indywidualnie. Wykrój kimona dla kobiety jest dłuższy o ok.20cm od jej wzrostu. Nadmiar materiału podwija się pod pasem obi. Wykrój na kimono męskie dopasowuje się do określonego wzrostu. Przód wykroju składa się z 6 elementów:
- górna część kołnierza (tomoeri)
- dolna część kołnierza (eri)
- lewa wierzchnia poła (shitamae)
- prawa spodnia poła (uwamae)
- dwa doszyte pasy materiału (okumi), równych połowie shitamae i uwamae.
Rękawy (sode) są prostokątne, a ich dolna część zwie się (furi) i pozostaje niezszyta do połowy od strony pachy. Przód kimona zwie się (mae migoro), a jego tył (ushiro migoro).Pod kimono zakłada się dwa rodzaje bielizny, bezpośrednio przylegające do ciała (shitagi) oraz podobną w kroju do kimona, węższą (nagajuban) przewiązaną pasem (obishitajime). Kimono uzupełniane jest dodatkami w postaci pasa (obi), białych skarpetek z jednym palcem (tabi), obuwia typu drewniaki na wysokim obcasie (geta), wykonanego dawniej z drewna paulowni lub sandały na niższym obcasie (zori) oraz torebki dla kobiet – ściąganej sznurkiem sakwy lub torebki w stylu zachodnim. Pas obi z okresu Edo był wynikiem ewolucji sznura oraz wąskich pasów jakich używano w przeszłości. Obecnie najczęściej są stosowane cztery rodzaje pasa obi: maru obi, fukuro obi, nagoya obi i hanhaba obi, które zakłada się w zależności od uroczystości czy innych okazji. Kimona męskie przewiązuje się pasem (kaku obi) a yukatę – szarfą (heko obi) stosowaną także przy kimonach dzieci.
Do kimona zamężne kobiety tradycyjnie czeszą się w koki ozdobione dużymi szpilami lub grzebieniem. Niezamężne kobiety upinają włosy do góry w dowolny sposób lub współcześnie noszą krótko obcięte włosy.
W okresie Edo mężczyźni zarzucali na kimono kurtę (haori), która na przeł. XIX i XXw. stała się modna także wśród kobiet.Współczesne kimona można podzielić ogólnie na męskie i kobiece oraz sklasyfikować w/g stanu cywilnego (mężatki i kobiety niezamężne), a także z uwagi na porę roku. Dzieci są ubierane w kimona bardziej kolorowe przy okazji różnych uroczystości. Najmniejsze dzieci noszą kurteczkę (hanten). Niezamężne kobiety noszą kimona (furisode) z szerokim rękawem, czasami furisode wpuszczane jest do spodni (hakama), mężatki noszą kimona o węższych rękawach zwane (tomesode), wizytowe kimono (homongi) może być noszone przez panny i mężatki. Męski odświętny, ślubny ubiór stanowi kimono oraz spodnie hakama. Panna młoda ubiera białe kimono i białe (uchikake), zamieniane potem na wielobarwne uchikake. Podobna w kroju do kimona jest yukata – letnia, bawełniana szata, używana także jako szlafrok po kąpieli. Yukatę wiąże się pasem hanhaba obi o szer. ok.15cm i dług. ok.3m. Z okazji dziesiątej rocznicy intronizacji cesarza Akihito, w październiku 1999r. w Muzeum Narodowym w Kioto otwarto wystawę kolekcji „Kyoto Style –Trends in 16th- 19th Century Kimono”.  W roku 1998 w Filharmonii Narodowej odbył się pokaz kimon, no i oczywiście w sobotę 20 listopada. Na zdjęciach obok możemy zobaczyć kimona i modelki”.

Kimona i tkaniny znajdują się także w zbiorach Centrum Sztuki i Techniki Japońskiej „ Manngha” w Krakowie, Muzeum Narodowym w Krakowie i w Warszawie.

Wydaje mi się, że tematyka japońska jest fascynująca szczególnie dla osób, które nie były w Japonii, a ze względu na odległość naszych krajów i odrębność kulturową przedstawienie tych materiałów uznałam za doskonalenie naszej wiedzy historyczno – obyczajowej. Nam Japonia kojarzy się z II wojna światową, a obecnie z rozwiniętym gospodarczo państwem oraz kapitalną elektroniką na potrzeby przemysłu, jak również do użytku codziennego.

Osobnym rozdziałem w życiu Japonii jest historia samurajów oraz Gejsz.

Tematy kuchni japońskiej,  Gejsz i ich edukacji chciałabym przedstawić w następnym poście, gdyż miałam to szczęście i byłam w Japonii w 2007 r  w Osace i Kioto – sławnym mieście Gejsz.

O Festiwalu Kultury Japońskiej zorganizowanym przez Ambasadę Japonii w Polsce opowiadała

Wasza Jadwiga

W ubiegłym tygodniu otrzymałam zaproszenie na spotkanie z Panem Zbigniewem Adrjańskim w dniu 18 listopada 2010 r. z okazji 50-lecia Jego działalności twórczej oraz promocji nowo wydanej książki pt. „Pochody Donikąd”. Ponieważ autor jest mi bliski postanowiliśmy z Andrzejem uczestniczyć w tym Wydarzeniu. Warszawa ul.Hipoteczna 2, Dom ZAIKSu, wieczór. Było to raczej spotkanie towarzyskie, gdyż wszystkie zaproszone osoby znały się znakomicie. Na sali plejada nazwisk znanych w czasach mojej młodości. Wśród nich trzy Panie, których naprawdę nie trzeba przedstawiać, a właściwie trzy diwy polskiej sceny: Lucyna Arska, Janina Jaroszyńska i Sława Przybylska.http://www.youtube.com/watch?v=PwxRvmhzulA

 Panowie ze świata kultury, literatury i muzyki, a także ówcześni Dyrektorzy i Prezesi ZAIKSu np. pan Ryszard Ulicki, Ryszard Rokicki. No i oczywiście, a może przede wszystkim, autor wielu książek, niesłychany gawędziarz, literat, człowiek kochający literaturę słowiańską, a przede wszystkim Jego Rodzinne Kresy Wschodnie - Pan Zbigniew Adrjański.

Spotkanie towarzyskie – wieczór autorski, wspomnienia z Polesia. Urywki Jego „Pochodów Donikąd” czytają Przyjaciele pana Zbyszka: Janina Jaroszyńska, Janusz Wasylkowski , Ryszard Ulicki (autor piosenki ”Kolorowe Jarmarki” przebojowo zaśpiewanych przez Marylę Rodowicz),

http://www.youtube.com/watch?v=JojVvFVkQyw  Bohdan Krzywicki, Andrzej Łukaszewski, oraz kompozytor, piosenkarz, autor wielu piosenek i tekstów, bard ówczesnych czasów Pan  Tadeusz Woźniakowski, który znakomicie ilustrował muzycznie występy Kolegów.

Wieczór wspomnień, żartów („nasi sojusznicy Amerykanie i Anglicy i armia czerwona przez nich uzbrojona”,) żarty dotyczące literatury: ” literatura nie ma być prawdziwa, ma być prawdopodobna…”.  Wieczór promocyjny, ale dla mnie przede wszystkim spotkanie literatów przez duże L. Ludzi tworzących i kochających kulturę, współtwórców wielu szlagierów polskiej „muzy podkasanej” jak się mówiło w czasach PRL. Pan Zbyszek w swoim wystąpieniu mówił, dzisiaj nie możemy mówić o muzie podkasanej, dzisiaj na estradzie widzimy wszystko od przełyku do pępka i vice versa. Żarty, atmosfera życzliwości, czar „Wspomnień Poleskich”, nostalgia i nieprawdopodobny humor ludzi, którzy w czasach PRL-u tworzyli kulturę (a była ona wbrew pozorom na bardzo wysokim poziomie, bo to czego nie lubili cenzorzy z miejsca stawało się przebojem lub hitem, jakbyśmy to dzisiaj nazwali). Twórcy Festiwalu w Opolu, Kabaretów, STS-u, wspominający z rozrzewnieniem Prezydenta miasta Opola, dobrego ducha Festiwalu Opolskiego, który dla artystów i dla Festiwalu potrafił wyczarować wszystko…

W tej atmosferze wspomnień, wypominków i aury minionych czasów upłynął nam wieczór, aby przejść w wieczór bilateralnych spotkań towarzyskich przy ciasteczkach i szklaneczce wina. Byłam zauroczona atmosferą, wspomnieniami,  dowcipami, serią zdjęć – slajdów autora z minionych czasów, przy pięknie śpiewanych balladach cygańskich przez żonę muzę Pana Zbigniewa Adrjańskiego (panią Lucynę Arską, jedną z najpiękniejszych artystek) przeplatanych  piosenkami śpiewanymi przez Tadeusza Woźniakowskiego. Tak nam upłynął ten niezapomniany wieczór. Pan Zbigniew Adrjański oraz pani  Weronika Gołębiowska wyrazili zgodę na opublikowanie poniższego tekstu, dotyczącego promocji książki „Pochody Donikąd”, którą z przyjemnością przedstawiam:

„… Zbigniew Adrjański to znany i ceniony, zarówno w kraju, jak i zagranicą, autor książek poświęconych pieśni i piosence polskiej. „Pochody donikąd” to najnowsza książka autora, opisująca czasy PRL-u oglądane  przez pryzmat tekstów popularnych w owym czasie pieśni, piosenek, anegdot i haseł, które zostały pogrupowane w kilkadziesiąt kategorii tworzących „Leksykon nostalgiczno-ironiczny z czasów PRL”. Teksty popularnej twórczości stanowią dla autora punkt wyjścia do opisania swoich własnych wspomnień. „Pochody donikąd” są bowiem przede wszystkim opisem życia codziennego Polaków w okresie Polski Ludowej, zwyczajów i obyczajów charakterystycznych dla PRL-u. Zbigniew Adrjański upamiętnia w książce między innym: Fundusz Wczasów Pracowniczych i związanych z nim kaowców oraz popularne polskie kurorty (m.in. Sopot, Kołobrzeg, Chałupy, Zakopane, Karpacz), artystów polskiej piosenki estradowej, a także pierwsze koncerty rockowe, pierwszy Festiwal Muzyczny w Jarocinie, FAMĘ, Artos, zwyczaj wzywania na dywanik oraz podróżowania autostopem, towarzysza Bieruta, biwaki nad Wisłą, bikiniarzy i wiele innych zwyczajów związanych z życiem codziennym w powojennej Polsce. Obok tych wesołych, utrzymanych w tonie ironiczno-nostalgicznym, wspomnień pojawią się także wspomnienia związane z trudnymi powrotami Polaków po wojnie, z oddziałem generała Andersa, czy też piosenki upamiętniające wydarzenia strajkowe w Gdyni w grudniu 1970 roku. Wspomnienia autora opisane w „Pochodach donikąd” są związane z wieloma zakątkami Polski zarówno tej współczesnej, jak i tej historycznej – np. z Brześciem nad Bugiem, gdzie Zbigniew Adrjański się urodził, ale także z Białą Podlaską, gdzie mieszkał przez pewien czas w okresie II wojny światowej, z Sopotem, gdzie skończył gimnazjum i liceum im. B. Chrobrego oraz z Warszawą, gdzie skończył studia i pracował zawodowo, a także z polskimi kurortami wczasowymi i miastami związanymi z polską piosenką (m.in. Opole, Jarocin) i kulturą (m.in. Kraków). „Pochody donikąd” to bardzo ciekawa pozycja zarówno dla ludzi młodych, którzy mogą się z niej wiele dowiedzieć, jak i dla osób starszych, jako swoista księga pamiątkowa minionego czasu. Polecam wszystkim także ze względu na walory literackie.”

Weronika Gołębiowska

http://www.youtube.com/watch?v=nNrT9ys6-EU

Autor: Zbigniew Adrjański, Tytuł: „Pochody donikąd”, Wydawca: Novae Res, Gdynia 2010, Wydanie: Pierwsze Liczba stron: 404

ISBN: 978-83-61194-22-4

Oczywiście książkę nabyłam i jeszcze nieraz wyjątki będę prezentowała za otrzymaną od autora zgodą na moim blogu.

Dziękuję serdecznie Panu Zbigniewowi Adrjańskiemu i Jego Małżonce za zaproszenie na tak miły wieczór.

reporter Wasza Jadwiga

Oto list Pana Zbigniewa Adrjańskiego otrzymany wkrótce po pięknym wieczorze autora:

Refleksje po wieczorze jubileuszowym

Rozpromieniony świątecznie obecnością tylu sławnych i znakomitych osób (do których i Państwa Szalewiczów zaliczam) na moim jubileuszu 50-lecia pracy literackiej i zawodowej oraz przynależności do ZAIKS-u, który odbył się w dniu 18 listopada br., zapomniałem zupełnie, że miałem coś powiedzieć sympatycznego na temat ZAIKS-u, organizatora mojej uroczystości, stowarzyszenia, do którego należę już pół wieku! W tym celu przygotowałem sobie nawet krótkie przemówienie, które trzymałem w kieszeni. Ale, że lubię gadać sobie z głowy – czyli „z niczego” – zapomniałem o tym przemówieniu i rozgadałem się na zupełnie inny temat. Co gorzej, zapomniałem podziękować oficjalnie Panu Ministrowi Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Bogdanowi Zdrojewskiemu, za odznakę honorową (nr 3892): Zasłużonego dla Kultury Polskiej! Nie wiem, dlaczego tak się stało? Może wzruszenie odebrało mi głos, ale tak być nie powinno! Mam już przecież odznakę dla Zasłużonego Działacza Kultury, Złotą Odznakę za Zasługi dla Warszawy, Złotą Odznakę ZMW, Zasłużonego Opolszczyźnie itd. Nie powinienem zatem tak bardzo się wzruszać i zapominać „języka w gębie”. Być może uważałem ten akt dekoracji za żart i dowcip aktorski, ponieważ pudełeczko z odznaką wręczyła mi nagle, znana z dowcipu właśnie, aktorka i monologistka estradowa – Janeczka Jaroszyńska, która przed chwilą występowała ze mną na scenie. Spojrzałem zatem podejrzliwie na to „pudełeczko” i schowałem machinalnie do kieszeni. I wyszło jakoś nieładnie! Co wzbudziło później liczne uwagi i komentarze na widowni?! W każdym razie, nie chciałem tego i teraz za pośrednictwem blogu pani Jadwigi Ślawskiej-Szalewicz, „Okiem Jadwigi”, bardzo, Panie Ministrze Kultury, dziękuję za pamięć oraz za odznaczenie.

Z poważaniem,

Zbigniew Adrjański

Codziennie wieczorem Renata i Koen oczekiwali na nasz powrót, aby otrzymać pełen raport z wydarzeń na hali. A było wiele do opowiadania. Hala Selatan jest ogromna. Czy widzieli państwo halę sportową mieszcząca 20 tysięcy widzów, na której brak było jakichkolwiek wolnych miejsc, a w przejściach stało następne ileś osób, co daje na parterze i na piętrze kolejne 6 tysięcy? Ja takiej widowni nie widziałam. Nie widziałam tego tłumu przed halą, tych setek stoisk na których można było kupować najtańsze koszulki bawełniane świata, na kilogramy, nie na sztuki, oczywiście z nadrukiem badmintonowy. Nie, nie są państwo w stanie wyobrazić sobie tej ilości sprzedawców, różnych gadżetów, koszulek, czapeczek i innych rzeczy, które były wtedy do nabycia. Indonezja, biedny kraj, gdzie tylko 25 milionów ludzi miało pracę, a populacja wynosiła 180 milionów. Fakt, klimat równikowy nie wymagał specjalnie ubiorów. Klapki, koszulka i spodnie cienkie z bawełny to wszystko  czego potrzeba. Jedno należy stwierdzić, w roku 1989 ryż był tani, koszt 1 kg wynosił około 500 rupii. Nie wiem oczywiście, ile należy zapłacić za kilogram ryżu dzisiaj, ale polityka państwa była taka, że na ryż każdego było stać. Oprócz tego warzywa, na każdym targu, na który jeździłyśmy z Renią, wybór warzyw był ogromny. Wiele takich jak w Polsce, a ile takich, których nazw nie znałam, nie mówiąc o tym, że widziałam je pierwszy raz w życiu. Któregoś dnia rano Renia zapowiedziała, że pojedziemy na targ w góry. Rano to nie jest rano w Europie. To jest bardzo rano, około 6 rano, zaraz po wschodzie słońca, które wstaje o 6.00 i o 18.00 zachodzi. Wtedy jest przyjemnie, nie ma upału i jazda nie jest tak męcząca. Pojechaliśmy do Puncaku, w góry. Im wyżej jechaliśmy, tym piękniejsze widoki były przed nami. Nie wiem, na jakiej wysokości w końcu się znaleźliśmy, ale rzeczywiście targ był wspaniały, warzywa świeżuteńkie, wielkie. Renia kupowała całymi wielkimi pękami. Tył samochodu był wypełniony po brzegi. Na koniec powiedziała, że teraz jedziemy do fabryki herbaty. To było niedaleko i żal byłby wielki gdybyśmy nie zobaczyli jak zbiera się herbatę na Jawie. Nie ma problemu, dla nas to jeszcze jedno wspaniałe doświadczenie. Graliśmy tego dnia po południu, więc nic nas nie zatrzymywało i spokojnie pojechaliśmy do Fabryki. No tak, tak naprawdę to z okna samochodu widziałam góry z pięknymi widokami pól z krzakami, a wśród tych krzaków uwijały się kobiety ubrane w sarongi, kolorowe jak ptaki, z koszami zawieszonymi na plecach. Zbierały listki herbaty z najwyższych partii krzewów. Renata stwierdziła, że one zbierają liście, z których będzie wyprodukowana najlepsza herbata. Postaliśmy, popatrzyliśmy i weszliśmy do hali, w której stały trzy ogromne stoły takie po 20 metrów długości każdy, i  szerokości 2 metrów każdy (oczywiście na oko). Na te stoły przynoszono zebrane liście. Kilka osób przeglądało je, czy są odpowiedniej wielkości, czy nie są zanieczyszczone. Ale jak mogły być zanieczyszczone, skoro my znajdowaliśmy się wysoko w górach, coś 1000 – 1200 metrów n.p.m, a w okolicy nie było żadnego przemysłu? Żadnego. Nic, tylko pola krzewów herbacianych. Po sprawdzeniu stoły ruszyły w ruch, a nad nimi dmuchawy plujące gorącym powietrzem. Hałas nie do opisania. Zanim dokonaliśmy zakupów, poczęstowano nas herbatą. Była wspaniała. Może fakt, że piliśmy ją na dworze, z widokiem na krzewy, na poranek, na unoszące się mgły nad krzewami herbacianymi sprawił, że była taka nadzwyczajna?  Proszę nie pytajcie mnie, jaka to była herbata i jakiej firmy. Nie pamiętam. Ale wiem, że nie była bardzo droga. Kupiliśmy tej w najlepszym gatunku po kilogramie. Renia kupiła dla siebie, ale też dla mamy i siostry. Tę miałam zabrać ze sobą, a wiadomo, limit wagi nie mógł być zbyt przekroczony. Powrót do domu, do piekła. Upał w Dżakarcie niemiłosierny. Ruch takoż, każdy jeździ jak chce i gdzie chce, nie bardzo używając kierunkowskazów za to bez przerwy używając klaksony. Harmider nie do opisania. Wstępujemy jeszcze do Centrum Handlowego Senayan. Nie, to nie takie centrum jak na Mokotowie, czy Promenada. To taki rodzaj wielkiej hali z tysiącem różnych stoisk. My szukamy cienkich koszulek t -shirtów na ten upał. I nagle stojąc na środku placu, nie wiem skąd  spada ogromny deszcz, ulewa trwa 40 minut. Nie ma się gdzie schować, kierowca odjechał, bo ma przyjechać dopiero za godzinę, lub półtorej, a deszcz leje. No to co myślę sobie, a niech leje. W końcu jesteśmy w tropiku, głowę umyję, a jak skończy padać to szybko wyschnę. Strumienie wody zamieniają się w rwąca rzekę, ja w klapkach typu „japonki” idąc po kolana ! w wodzie chlapię sobie na głowę. Zdejmuję więc moje obuwie i idę na bosaka. Nie bardzo się spieszymy, bo i po co. Niech leje. Wchodzimy na targowisko mokrzy do przysłowiowej „suchej nitki”, a raczej „mokrej nitki”. Jest bardzo ciepło i ubranie schnie w ekspresowym tempie. Robimy zakupy kilkanaście t-shirtów za dwa lub trzy dolary i szybko wracamy na zewnątrz, bo może jest już nasz kierowca. Jest! Przyjeżdżamy do domu jest 10.30, piękny, słoneczny dzień. Renia krzyczy do służby, aby wypakowywała warzywa, owoce i wszystko to co kupiliśmy. Przed domem stoi Sarini, kucharka i zrywa listki z płotu. Ja zadziwiona biegnę do Reni i mówię, słuchaj, Sarini na dworze skubie płot, o co chodzi? Liście zżółkły, choroba je dopadła, trzeba je oskubać, czy co? Porządki robi? O co chodzi? Nic, spokojnie – odpowiada Renia. Dzisiaj na obiad będzie „pager” po indonezyjsku ,po polsku znaczy płot! Acha! Płot, no dobrze ale dlaczego płot? Nie możemy jeść czegoś innego? Tyle warzyw kupiliśmy. Nie, płot jest pyszny i przypomina w smaku naszą zupę szczawiową. No nareszcie zrozumiałam, o co chodzi. U nas płot, to płot, tutaj płot jest do jedzenia. Niech będzie. Kilka razy jeszcze łapałam się na cudach, jakich tutaj doświadczałam. Oczywiście cuda te dla Indonezyjczyków cudami nie były, była to ich rzeczywistość, ich świat, gdzie wszystko miało swoje miejsce i nie było cudem. Tylko ja to tak nazywałam.

Wchodząc do domu powiedziałam do Reni: „Wiesz, ja jeszcze nigdy nie jadłam kokosu, nawet nie wiem, jak to wygląda”. I to była najprawdziwsza prawda. Przecież w Warszawie kokosy nie rosły, teraz można dostać owoc tej palmy na niektórych straganach na targu, ale w roku 1989? Nie, takich rzeczy jeszcze nie było. Mówiąc o tym zajęłam się przygotowaniem herbaty a przede wszystkim szybka kąpielą w swojej łazience, gdzie woda w cebrzyku akurat nadawała się do polewania, do schłodzenia rozgrzanego narastającym upałem ciała. Sarini podała nam herbatę i zapytała, co oprócz „pageru” będziemy jedli. Ja bez zastanowienia odpowiedziałam ryż i tempe, sos chili, lub czosnkowo- słodki. No i woda. Dużo wody. Wyjaśniam, co to jest tempe: są to placuszki smażone na oleju, placuszki z soi, po usmażeniu drobno pokrojone. Proste smaczne, a z ryżem ugotowanym na parze z dodanymi sosami, jakimi kto chce, potrawa na taki upał wystarczająca. W ogóle należy stwierdzić, że kuchnia indonezyjska jest prosta, smaczna, a ze względu na religię je się kurczaki, ale nie codziennie.  Mnie smakowało bardzo nasi-goreng, to znów ryż ugotowany al dente, odcedzony, odparowany.

 Na patelnię lejemy trochę oliwy, lub oleju, może być kilka kropli oleju sezamowego, dodajemy cebulkę drobno pokrojoną, sos sojowy słodki, sambal olek (można u nas dostać w supermarketach, tam gdzie są przyprawy kuchni azjatyckiej), sól do smaku. Smażysz, do tego na drugiej patelni smażysz szybko omlet z jajek z solą, pieprzem i szczypiorkiem, wymieszaj i wylej na patelnię, usmaż, przełóż na deskę pokrój w cienkie paseczki i ułóż na ugotowanym ryżu polej sosem. Półmisek, na którym podajemy nasi-goreng można udekorować świeżym ogórkiem, który jest skrobany widelcem, aby był bardziej ozdobny. (Ogórek obieramy, kroimy na cztery i z każdej ćwiartki z góry na dół jedziemy widelcem, aby uformowały się piękne ozdoby). Ta potrawa w wydaniu wykwintnym podawana była ze smażonymi obranymi krewetkami oraz z omletem, ale wydanie codzienne też było pyszne. Do ryżu Sarini podawała surówkę z kapusty pekińskiej lub jej odmiany z sosem popularnie nazywanym gado-gado. W skrócie gado-gado jest ostrym sosem orzechowym. Kapustę pekińską rwiemy na drobne kawałki, marchew obieramy, kroimy wzdłuż na cztery części i jeszcze w środku na pół, mamy teraz osiem słupków, które kroimy na zapałkę, wrzucamy na wrzątek i szybko blanszujemy. Kroimy świeży ogórek w kostkę, jajko na twardo też kroimy i w Indonezji mamy gotowy sos orzechowy, w Europie nie ma go, czasami można, (ale raczej nie) dostać orzech sprasowany w kostkę, który po rozpuszczeniu jest sosem orzechowym, ale czego nie można wymyśleć. Ja do gado- gado używam masło orzechowe, które w sklepach można dostać, po rozrobieniu w ciepłej wodzie dodaniu oleju, chili, usmażeniu na patelni z pokrojona trawą cytrynową mam już gotowy sos- tego nauczyła mnie Ibu Bożena – siostra Reni, która w Indonezji mieszkała kilka lat. Do porwanej kapusty pekińskiej dodajemy kiełki fasoli mung, pokrojony w kostkę pomidor oraz zielony groszek, może być z puszki, polewamy przygotowanym sosem gado-gado i potrawa gotowa.  Sarini była wytrawną kucharką, zaś jej mąż był nadwornym „praczem”. Codziennie raniutko przed świtem zabierał naszą „garderobę” do prania. Robił to skrupulatnie i wieczorem nasze ubrania leżały równo poukładane na łóżkach, były uprasowane, a że schły na słońcu to pięknie pachniały. Sarini nie znała języka polskiego, ale pracowała u Reni wiele lat, chyba 14, więc ze względu na dziewczynki i Renię wiele rozumiała. Następnego dnia rano była chyba 6, a może wcześniej, usłyszałam jakieś walenie nad głową, Zupełnie nie wiedziałam, co się stało. Wróciliśmy przecież z hali bardzo późno, więc nie spodziewałam się porannego budzenia. Pobiegłam do Reni, która już była na nogach, z niemym pytaniem, o co chodzi. Renia śmiejąc się mówi: „wczoraj Sarini usłyszała, że nie jadłaś jeszcze kokosu, więc Koko – jej syn, wlazł na drzewo i właśnie ścina dla nas kokosy! Cholera nie można się odezwać, bo już masz faceta na drzewie, a jakby w łóżku”. Uśmiałyśmy się obydwie. O dalszym spaniu nie było mowy, ale za to zobaczyłam, jak Koko rozbija kokos i wylewa z niego płyn do garnka. Sarini wygarnęła miąższ, ale nie cały, tylko to co można zjeść i dodała do płynu, który jest o dziwo przezroczysty. Wszystko zostało wstawione do lodówki, aby po schłodzeniu było dobre do picia.

Skoro o kokosie mowa, to podam jeszcze jeden przepis na kurczaka w kokosie, jakiego gotowała Sarini. Kurczak został pokrojony na drobne części, włożony do miski, wysmarowany czosnkiem i solą, zostawiony na kilka godzin, aby się zmacerował. Po kilku godzinach obsmażamy kurczaka na patelni na oliwie, przekładamy do garnka, zalewamy mlekiem kokosowym z puszki i na małym ogniu nasz kurczaczek pyrka się wolniutko. Gdy już jest miękki, podajemy go z ryżem ugotowanym na sypko z szafranem. Nie wiem czy wszystkie potrawy zapisałam w należytej kolejności, ale proszę mi uwierzyć, że w klimacie tropikalnym warzywa i owoce oraz trochę ryżu w zupełności wystarczą do życia. Ja powiem jeszcze, że wtedy właśnie nauczyłam się jeść papaję i przepadam za jej smakiem do dziś. Zdrowa, tania, świetna na żołądek, ale zjedzenie większej ilości powoduje kłopoty. W południe znowu ruszamy na halę. Jednocześnie Renia prosi o umówienie całej ekipy na wyjazd na sug, ponieważ zakupy w takim miejscu są dużą frajdą. Ponadto jest tam wiele ciekawych miejsc i dużo atrakcji dalekiego wschodu. Po uzgodnieniu z Ryszardem wszyscy jedziemy trzema samochodami na wielki bazar, czyli sug i zaczyna się zabawa. Dziewczyny wraz z Sitą i Devi oczywiście lądują przy torebkach z wężowej i krokodylowej skóry (wtedy nie obowiązywał jeszcze zakaz przywozu takich wyrobów) oraz takich samych butach. Panowie wraz z Koenem idą oglądać inną część bazaru. Ja, Andrzej i Renata idziemy do jej znajomego rzeźbiarza, który sprzedaje piękne produkty własnoręcznie wykonane. Oczywiście po długich targach, trwały może godzinę, przy herbacie, kilkukrotnym wychodzeniu ze sklepu, nabywam dwie rzeźby prawie za bezcen. Mam je do dzisiaj i są pięknym wspomnieniem z naszych podróży do Indonezji. Po zakupach czeka nas niespodzianka. Koen, jako głowa Rodziny, zaprasza nas wszystkich do domu na specjalnie dla nas przygotowaną kolację. Radość i ciekawość zarazem. Gry mamy za sobą, przed nami jeszcze jeden dzień wolnego, a więc takie miłe zaproszenie jest przyjęte z radością. Dojeżdżamy do domu późnym popołudniem, wszyscy chodzimy na bosaka, dziewczyny w moim pokoju myją się, chłopcy odświeżają w pokoju Andrzeja.  Do kolacji zasiadamy po turecku na podłodze w dużym pokoju na wielu rozłożonych poduszkach. Potrawy są porozstawiane na podłodze, kolorowe, bajkowe, już wiem, dlaczego Sarini dzisiaj mówiła, że jest koniec Ramadanu. Zawsze po 30 dniowym poście, zwanym w islamie Ramadan, jest wielka świąteczna kolacja, która oznajmi koniec tego miesięcznego postu. I choć Ramadanu nie było Sarini i Koko wraz ze wszystkimi przygotowywali uroczystą kolację łącznie z wyplatanymi z liści bananowca koszyczkami, w które wkładało się ryż i w takich sakiewkach gotowało. Ta jedna właśnie potrawa jest przygotowywana wyłącznie z okazji zakończenia Ramadanu, ale dzisiaj też jest. W domu Koena spotkały się dwie religie islam i katolicyzm, Koen pozostał przy swojej, Renia z dziewczynkami są katoliczkami. Jednak zwyczaje pozostają wspólne. Święta Bożego Narodzenia świętują wszyscy, le baran również świętują wszyscy no i zakończenie Ramadanu także świętują wszyscy. Niezwykle miło upływa nam wieczór. Koen siada do pianina, przyjeżdżają Jego dalsi i bliżsi krewni i dopiero wtedy rozpoczyna się prawdziwy koncert. My z Koenem śpiewamy polskie piosenki, a Jego Rodzina śpiewa indonezyjskie, gamelan im towarzyszy. Jest bardzo miło, radośnie, uroczyście. Na zakończenie wieczoru wręczamy wszystkim drobne upominki, aby przypominały o naszym tutaj pobycie. Rozmowom nie ma końca, chyba do 2.00 W nocy rozstajemy się z naszą ekipą, która zostaje odwieziona do hotelu. My jeszcze trochę rozmawiamy i w końcu idziemy spać. Pojutrze odlot do Warszawy. Często korzystałam z pomocy Reni i Koena i ich gościnności. Na miesięcznych stażach w najlepszym Ośrodku pod Jakartą ćwiczyli nasi zawodnicy, a spanie, spanie zawsze było u Renaty i Koena. Tak odbył swoją podróż i staż Darek Zięba (dzisiaj jeszcze świetny zawodnik, mąż Nadii Kostiuczyk dzisiaj Zięba), tak swój pobyt miała zorganizowany Kaśka Krasowska. W ten sposób Renia miała kontakt z krajem, a ja wiedziałam, że choć moi zawodnicy są wysłani daleko, będą w dobrych rękach, bo Renata nie pozwoli, aby im się cokolwiek złego przytrafiło.

10 sierpnia 2010 Renia zadzwoniła do mnie i powiedziała: Wiesz, dwie godziny temu zmarł Koen. Nie mam komu opowiedzieć o tym. Siostra na wakacjach, gdzieś w Polsce, nie mam nikogo, tylko Ciebie. Muszę o tym porozmawiać po polsku, nie umiem mego żalu wypowiedzieć po malajsku. Tylko po polsku, nie będę płakała. Chcę tylko  porozmawiać. Reniu, w imię naszej wieloletniej przyjaźni, mów, kochana, mów moja droga, moja przyjaciółko. Wiem, że to pomoże, Tobie i mnie”. Rozmawiałyśmy długo. Wiedziałam, że Koen był bardzo chory na cukrzycę. Przeszedł kilka operacji, bardzo cierpiał. Była przy nim  cała Jego Rodzina, dalsi i bliżsi krewni, pani Sari Loppies Dyrektor Zjednoczenia Producentów Produktów Zbożowych na Indonezję , siostrzenica Koena była wsparciem dla Reni, a on? On miał jedno wielkie marzenie: powrót do Polski, którą ukochał bardzo. Tu chciał pozostać do końca swoich dni i o tym tylko mówił, gdy był już bardzo bardzo chory.

Renia jego wierna piękna żona powiedziała:”… Kunuś musisz choć trochę wydobrzeć i wrócimy do Polski, do Warszawy na ul. Solidarności, tam gdzie do mnie przychodziłeś, tam gdzie opowiadałeś mi o Indonezji i o Dżakarcie oraz o swojej Rodzinie. Tam gdzie urodziły się nasze dziewczynki Sita i Devi… Kunuś,  musisz…” Ale Koen już tego nie usłyszał. Już nie mógł usłyszeć nic. Odszedł  od nas na zawsze z marzeniami o swojej drugiej Ojczyźnie.

Raden Mas Koenhendrarso  Soerjosoeharto,

Jego Wysokość Książe Koenhendrarso Soerjosoeharto.

O mojej Przyjaciółce Renacie, Jej Mężu, oraz o Reprezentacji Polski w Dżakarcie w roku 1989

biorącej udział w Mistrzostwach Świata „Sudirman Cup” opowiadała

Wasza Jadwiga

Zawody są w toku. Skończyliśmy rozgrywki drużynowe, które trwały cały tydzień. Zaczynamy turniej indywidualny. Losowanie już znamy.  Moja „mała” podopieczna przeżywa katusze. Oczy zapuchnięte, czerwone. Widzę, że nocami nie śpi. W końcu odbywam z nią długą rozmowę i mówię: „Kochana co ma być to będzie, jak już w końcu otrzymamy informacje, to będziemy się martwić. Teraz musimy się skupić na grze i na tym, aby jak najlepiej wypaść w zawodach indywidualnych”. Łatwo mówić, trudniej zrobić. Roger widząc mnie tylko się uśmiecha, ani on, ani nikt nie może nic zrobić. A ja? No cóż, jem tę żabę razem z Andrzejem i Ryśkiem, choć Ryszard ma na głowie gry indywidualne, treningi z zawodnikami, którzy zaczynają później, odprawy z sędzią głównym, czyli huk roboty, którą dzielimy  w miarę możliwości między siebie. Oprócz tego jest kongres, czyli Annual General Meeting, na który przyjeżdżają z całego świata  prezesi i sekretarze generalni poszczególnych związków badmintona. W owym czasie IBF liczyło około 110 członków dzisiaj liczy 170.

Nie pamiętam dokładnie całego Kongresu. Byłam zarówno przy ekipie jak i starałam się towarzyszyć prezesowi w najważniejszych spotkaniach robiąc notatki. Przyjazd wszystkich najważniejszych osób na Kongres to jedyna możliwość bezpośredniego spotkania oraz wymiany zdań dotyczących przyszłej współpracy. Kuluary Kongresu były zawsze najważniejsze, a ilość wypitych kaw, czy herbat była miarą sukcesów dyplomatycznych, gdyż wtedy można było spokojnie porozmawiać o konkretnych sprawa dotyczących trenerów i zawodników. Pamiętajmy, że Azja funkcjonuje zupełnie inaczej niż Europa. Tam spotkanie jest planowane z wyprzedzeniem, uzgodnione, konkretna godzina ustalona przed przylotem na drodze wymiany telexowej, spotkanie musi być przygotowane i ważne = korzystne dla obu stron. Stąd wiele godzin spędzałam na przygotowaniu trzech, czterech spotkań z przedstawicielami najważniejszych związków: CHRL, Indonezji, Korei Płd, czy też Japonii. No i jeszcze jedna ważna rzecz: Prezes Związku – Andrzej Szalewicz był osobą znaną w badmintonie ,a więc aranżowanie spotkań nie było zbyt uciążliwe. Z przedstawicielami państw europejskich spotykaliśmy się w hotelu, bądź przy śniadaniu, bądź na hali przy herbacie.  Robiliśmy zawsze następujące założenie: z każdych dużych zawodów musieliśmy wrócić z podpisanym planem współpracy z największymi związkami badmintona na minimum kolejny rok ,a najlepiej na dwa lata. W przypadku Chin pomagała nam Ambasada ChRL w Warszawie. Również po naszym pierwszym wyjeździe do Indonezji bardzo pomocna dla Polskiego Związku Badmintona była Ambasada Indonezji w Warszawie. Można powiedzieć, że byliśmy jej częstymi gośćmi, a jeden z Ambasadorów przez okres pobytu w Polsce zawsze brał udział w zawodach Międzynarodowych Mistrzostwach Polski, gdziekolwiek one były organizowane. Te kontakty  bardzo pomagały w codziennej pracy, ale też i w kontaktach ze związkiem na drodze dyplomatycznej.  Ale wracamy do Dżakarty.

Pamiętam, to był wtorek 6 dni po sławetnym badaniu. Jestem na hali- w pobliżu kortu na którym debel kobiet gra z zawodniczkami z Tajlandii. Hałas okropny, temperatura na hali w granicach 48 stopni Celsjusza bez klimatyzacji !!!!!!!!!! Nasze wygrały pierwszego seta. Ja cała rozkrzyczana, czerwona i cholernie zdenerwowana, no bo może wygramy choć raz, choć  pierwszy raz z Azjatkami?  Nie zauważyłam Rogera Johanssona, który podszedł przytrzymał mnie za łokieć i usłyszałam ciche, bardzo ciche: „… Jadwiga, don’t worry, everything is ok..” i ja, która wróciłam w tym momencie z dalekiej podróży: „… ok? Roger, Are you sure? Yes, I have got official information from Perth, your player is ok. The A probe is all right. Official information you are going to get very soon. Thank you Roger, thank you very much, indeed!…”

Cholera, cholera, cholera, krzyczę na cały głos, którego i tak nikt nie słyszy. Rzucam się na szyję Rogera, całuje go w policzek! O Matko Moja, o Matko wszystkich, o Boże , dziękuję, jesteśmy uratowani! Moje dziewczyny spoglądają na mnie, na boisku akurat jest przerwa pomiędzy pierwszym a drugim setem, tylko kilkadziesiąt sekund. Moja dziewczynka patrzy na mnie, a ja uśmiechnięta od ucha do ucha. Zrozumiała! Już wie! Jest dobrze. Dzięki. Komu ja właściwie dziękuję?  Jej, sobie, Bogu, komu? Wszystko jedno, wszystkim.

Po meczu podchodzi do mnie moje dziecko, moja zawodniczka, moje siedem dni nieszczęść wszelakich, nic nie mówimy, tylko ona płacze w moich ramionach. „No już nic, no już dobrze, córcia, już dobrze. Wiesz, że przeżywałam to razem z tobą, ale Ty tego nie wiesz, przecież Ty nie wiesz, że ja już nawet szukałam nowej pracy, nie tylko dla siebie ale i dla Ryśka. A drużyna ? Przecież byliśmy już w mojej głowie zdyskwalifikowani  …”.

Dopiero długo po powrocie do kraju spotkałam się z Piotrem A. sędzią, naszym znakomitym chemikiem pracownikiem naukowym na Uniwersytecie w Poznaniu. Wtedy to Piotr mi wytłumaczył dokładnie, jak to było możliwe, że próbka A, pewnie i B była w porządku. Otóż, proszek z kogutkiem lub z krzyżykiem zawierał wówczas takie składniki chemiczne, które po maksimum 48 godzinach były usuwane z organizmu. Powiedział również, że klimat tropikalny, temperatura, picie wody, aby nie odwodnić organizmu, bardzo duże pocenie spowodowały szybkie usunięcie tego specyfiku z organizmu, założył ,że w ciągu 36 godzin już nie było po nim śladu. Tylko ani ja ani nikt tego w Dżakarcie wtedy nie wiedział! Przecież nie było telefonów komórkowych, aby zadzwonić, zapytać, wyjaśnić!  Jedno jest pewne, zdarzenie to odnotowała cała ekipa w swojej pamięci i w kolejnych latach nie słyszałam, aby ktokolwiek cokolwiek brał na ból głowy lub na inne dolegliwości, jeżeli zachodziła taka potrzeba moi zawodnicy chodzili do lekarza z listą leków i substancji zakazanych. Nauczkę mieli wszyscy na bardzo długie lata. Swoją drogą muszę powiedzieć, że w całym światowym badmintonie odnotowano tylko jeden przypadek  użycia substancji niedozwolonej. Jak to się mówi specyfika dyscypliny, nie można brać środków dopingowych w dyscyplinie, w której wychodzisz na kort i spędzasz na nim średnio 20 do 40 minut (obecnie), a kiedyś nawet i 90 minut, bo tyle trwał najdłuższy mecz o tytuł mistrza świata w 1983 r. w Kopenhadze pomiędzy Liem Swee King a Icukiem Sugiarto. Zresztą ten mecz był tak dobry szkoleniowo, że wiele pokoleń zawodników  na nim szkolono. W mojej bibliotece video jest do dzisiaj, i pomimo tego, że byłam na wszystkich mistrzostwach świata od 1983 nie widziałam takiego perfekcyjnego jak ten.

Wracając do substancji zabronionych. Nie ma takiej, która mogłaby działać w dyscyplinie badminton przez taki czas, i dzięki Bogu, że nie ma. Dlatego tylko ciężka praca, trening, technika, taktyka oraz gra z najlepszymi zawodnikami świata mogą dać efekty. Tak… w roku 1989 sukcesów nie odnieśliśmy. Ale był to jeden z etapów w szkoleniu, w zdobywaniu wiedzy, w drodze ku mistrzostwu.

Dopiero w roku 2010 podczas zawodów Djarum Indonesia Open Super Series Grand Slam 2010, które odbyły się w Dżakarcie prawie w tym samym terminie 22-27.06, polski mixt Robert Mateusiak/Nadia Zięba (Kostiuczyk) zdobyli złoty medal w grze mieszanej. Można powiedzieć w jaskini lwa, w Azji w turnieju z pulą nagród 250.000 $ , ile to lat po naszym wyjeździe ?

Tak 21 lat później. Oczywiście zarówno Nadia jak i Robert wygrywali już silne turnieje, ale ten indonezyjski sukces był bardzo wiele mówiący, przynajmniej dla mnie, Ryszarda i Andrzeja. Trzeba było od 1989 r.  jeszcze dwa razy wymienić skład reprezentacji, trzeba było jeszcze zestawić ten mixt w roku 2004, ułatwić im pracę, wyjazdy, aby w końcu sięgnąć po złoto. Tak, ale my już starzy, ciągle zakochani w badmintonie, patrzymy na to od kilku lat, jako najwierniejsi widzowie, wracający wspomnieniami do wszystkich zdarzeń, jakie po drodze należało pokonać, aby wygrać złoto w Dżakarcie. Przecież ten sukces powstawał latami, a nie w ciągu jednego czy trzech lat…

Cdn.

A teraz kilka słów o Indonezji i jej stolicy Dżakarcie. Dżakarta zajmuje obszar 661 km kwadratowych. To największe miasto Indonezji, obecnie aglomeracja liczy 18,2 mln ludzi, w roku 1989 liczyła 12,4 mln. Dżakarta zmieniała swoją nazwę kilkakrotnie. Nazywała się Sunda Kelapa (397-1527), Jayakarta (1527 – 1619), Batavia (1619 – 1942) oraz Djakarta (1942 – 1972). Jest położona w południowo-zachodniej części Indonezji i w północno-zachodniej części wyspy Jawa. Dżakarta jest kulturalnym, gospodarczym i politycznym centrum kraju. Jest dwunastym największym miastem na świecie pod względem ludności  i stała się ważnym portem handlowym Królestwa Sunda. Miasto powstało w IV wieku głównie, jako stolica kolonii Holenderskich Indii Wschodnich. Zostało przemianowane na Jakartę w 1942 r. podczas japońskiej okupacji Jawy. Po zdobyciu niepodległości po II wojnie światowej, Dżakarta stała się stolicą kraju. W Dżakarcie są dwa czynne porty lotnicze: Soekarno-Hatta i Halim Perdanakusuma oraz nieużywany już Kemayoran. W 1527 r. miasto znalazło się pod kontrolą sułtanatu Bantam (wówczas zmieniono jego nazwę na Djakartę). Pod koniec XVI w. na Jawie pojawili się Holendrzy. W 1619 r. Holendrzy pod dowództwem Jana Pieterszoona Coena zdobyli miasto i założyli na jego terenie twierdzę Batavia, która stała się główną siedzibą holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej i kolonii holenderskiej Indii Wschodnich, nazywane też Djakarta. Silne trzęsienie ziemi zniszczyło miasto w 1699 r. Po kilku latach w rękach brytyjskich w 1814 r. Batavia powróciła w ręce Holendrów. W okresie 1942-1945 Dżakarta znajdowała się pod okupacją wojsk japońskich. Po II wojnie światowej, mimo ogłoszenia niepodległości, miasto zostało zajęte przez Holandię i dopiero w 1949 r. Dżakarta powróciła do niepodległej Indonezji, jako jej stolica.

W tym właśnie mieście przyszło nam grać Sudirman Cup – I Drużynowe Mistrzostwa Świata. Do zawodów zgłoszono 28 drużyn, Polska grała w grupie 4 i zajęła w końcowej klasyfikacji 18 miejsce. Rezultaty meczy grupy 4 były następujące: Szkocja- RFN 3-2, Szkocja- Australia 4-1, Szkocja- Polska 4-1, Australia-RFN 3-2, Australia-Polska 3-2, RFN-Polska 3-2. Tytuł mistrzowski zdobyła Indonezja wygrywając mecz z Koreą 3-2, która tym samym zdobyła medal srebrny. Trzecie miejsce zdobyły Chiny, a czwarte Dania. Być może niektórzy z was powiedzą: eee tam, po co było jechać na mistrzostwa na drugi koniec świata? Czy tylko po to, aby przegrać mecze i zająć 18.  miejsce? Otóż są państwo w błędzie. Na zawody trzeba było pojechać, po pierwsze, dlatego, że Międzynarodowa Federacja Badmintona przyznawała każdemu Związkowi tak zwany grant – pewną sumę pieniędzy na opłacenie kosztów pobytu ekipy. Po drugie Azja – Indonezja to swoistego rodzaju mekka dla zawodników badmintona. Ponadto jak szkolić młodych ambitnych ludzi, którzy poświęcają swój wolny czas, pracują ponad siły po 8 godzin dziennie, aby zdobyć mistrzostwo sportowe i na koniec powiedzieć, przepraszamy, ale na mistrzostwa świata nie jedziemy z braku pieniędzy. Wielu zawodników w takiej sytuacji powiedziałoby: dziękujemy, to my już nie będziemy grali w badmintona skoro na główne zawody w roku nie możemy pojechać. Badminton w roku 1989 w Polsce dynamicznie się rozwijał. Przyjechał do Polski pierwszy chiński trener Zhou Jun Ling, stworzono pierwszy Ośrodek Przygotowań Olimpijskich w Olsztynie.  Mieliśmy ot tak po prostu powiedzieć, że nie, że nie umieliśmy załatwić pieniędzy na wyjazd? Nie, nie, nie. Ogromnym wysiłkiem, rozmowami w GKKFiS, PKOL, przekonaliśmy wszystkich, że należy nas wysłać tym bardziej, że pokrywaliśmy tylko koszty przelotu w złotówkach, natomiast koszty pobytu miały być pokryte przez Międzynarodowa Federacje Badmintona (IBF) a GKKFiS pożyczył nam tylko na chwilę gotówkę w dolarach. Ufff! Było ciężko, ale się udało. W tak trudnych czasach pokonanie wszelkich przeszkód powodowało wzrost zaufania zawodników, klubów i okręgów do osób zarządzających Związkiem, ale nie tylko. Przed nami był rok 1992 i możliwość udziału zawodników w Igrzyskach Olimpijskich w Barcelonie. Jeżeli  nie wzięlibyśmy udziału w mistrzostwach świata to, czy moglibyśmy marzyć o igrzyskach, o kwalifikacjach do nich? W tym miejscu należy dodać, że te państwa, które nie startowały w mistrzostwach świata, na kolejnych rozgrywanych w roku 1991 w Danii musiały startować z ostatnich pozycji. Ten drobny punkt w regulaminie mistrzostw spowodował nasz ogromny wysiłek, aby wziąć udział w zawodach w Indonezji. Wydaje mi się, że teraz po tych wyjaśnieniach już wiecie, dlaczego start w mistrzostwach świata był tak ważny dla naszych zawodników. Związek Badmintona został założony w roku 1977, przez kilka lat budowaliśmy struktury organizacyjne, kluby, okręgi, szkoliliśmy trenerów, instruktorów oraz sędziów. Jednocześnie sprowadzaliśmy do Polski szkoleniowców ze Szwecji, Niemiec, Danii, Anglii, aby pracowali na zgrupowaniach z kadrą narodową Polski, aby szkolili naszych instruktorów i trenerów. Aby móc wystartować w mistrzostwach Europy czy świata trzeba było dysponować reprezentacją składającą się, z co najmniej 4 mężczyzn i co najmniej 4 kobiet. Wyszkolenie zawodnika trwa około 8 lat, stąd konieczność wożenia najlepszych po świecie, ułatwianie im startów w bardzo silnych turniejach tak, aby wiedzieli, do czego dążymy, a dążyliśmy do startu w Igrzyskach Olimpijskich. Udział  w zawodach to też nauka, oglądanie najlepszych, podglądanie w jaki sposób chodzą po boisku, jak atakują lotkę, jakie zwody wykonują, jak wygląda zagrywka mistrzów. Badminton był pokazową grą w Seulu w roku 1988. Tam polskich zawodników nie było, turniej był pokazowy i za zaproszeniami dla najlepszych z najlepszych – nasz badminton był dopiero w powijakach.  Natomiast Barcelona była naszą wielką ambicją, gdyż Związek, który nie ma swoich reprezentantów na Igrzyskach Olimpijskich nie liczy się w świecie sportu wcale. A my wszyscy tak bardzo pragnęliśmy sukcesu. Małego, malutkiego, ale jednak. Od tego przecież zależały dalsze losy całej dyscypliny, oraz ilość otrzymanych pieniędzy w każdym następnym roku. Przed Igrzyskami było to bardzo ważne. Ale wróćmy do naszej Indonezji, do Dżakarty i do meczy tam rozgrywanych. Po jednym z meczy podszedł do mnie Roger Johansson – Szwed, który odpowiadał na tych zawodach za badania antydopingowe. – Jadwiga – mówi, proszę oto protokół dla zawodniczki. W ciągu godziny macie się zgłosić do mnie w celu pobrania moczu do badania. Ok, nie ma problemu, będziemy. Na badania idzie zawsze trener, ale ponieważ Ryszard obsługuje mecz, poza tym wybrano dziewczynę idziemy we dwie. Pokój, stół, Roger, ja i moja zawodniczka oraz członkini Komisji Antydopingowej. Rozpoczyna się procedura, nazwisko, imię, wiek, państwo, itp. Odpowiedzi są protokołowane, ja służę za tłumacza. W pewnym momencie pada rutynowe pytanie: Czy w ostatnim czasie brała pani jakieś leki. Ja pewna swego zadaję pytanie zawodniczce  i słyszę natychmiastową odpowiedź: Tak, brałam. Kiedy? – pada następne pytanie. Odpowiedź – W samolocie w trakcie lotu do Indonezji. Ja w dalszym ciągu tłumaczę pytania i odpowiedzi, choć stół zaczyna mi wirować, a krzesło zaczyna się chwiać pode mną. Ale co mogę zrobić? Moja pokerowa twarz tylko dziwnie zszarzała. Roger w dalszym ciągu zadaje kolejne pytania: Ok, dobrze. A jakie to były lekarstwa? Bądź też lekarstwo? Odpowiedź pada natychmiast – To ten proszek od bólu głowy, taki z krzyżykiem (takie proszki można było kupić w każdym kiosku Ruchu). I dodatkowe tłumaczenie: Bardzo bolała mnie głowa w samolocie, wiec wzięłam jeden. Moja twarz z szarej nabrała czerwonego koloru. Syczącym szeptem zadałam pytanie: Jak to jest możliwe? A Roger spokojnie: Czy otrzymałaś instrukcje o środkach zakazanych? Odpowiedź: Tak. Czy się z nią zapoznałaś? Odpowiedź: Tak. Czy wiesz, że środki przeciwbólowe są umieszczone, jako pozycja nr 1 na liście leków zakazanych. Odpowiedź: Tak. Tu głos mojej dziewczyny załamał się i uderzyła w płacz.  Widząc, co się dzieje, przepraszam za nią i spokojnie proszę Rogera o kontynuowanie procedury. Przechodzimy do kabin, gdzie należy oddać mocz do pojemników w obecności członka komisji i mojej. Chodzi o to, aby wykluczyć możliwość zamiany próbek. Nie wiem, czy wszyscy sobie zdają sprawę z tego, że po ciężkim wysiłku, czy przy ogromnym stresie, zrobienie siusiu jest rzeczą bardzo trudną. Podaję butlę z wodą, ale stres robi swoje. Po dwóch godzinach nareszcie coś nam się udaje i obie próbki są zamknięte, zabezpieczone, sprawdzone przez mnie i zawodniczkę i zaplombowane. W specjalnym pojemniku polecą do  Perth w Australii do autoryzowanego przez MKOL laboratorium. Wynik ma być przesłany do Komisji w Dżakarcie w ciągu 7 dni. Rozpoczyna się najgorsze siedem dni w moim życiu. Siedem dni horroru, czekania na wynik próbki. Nie tylko mojego horroru. Przede wszystkim osobistej tragedii mojej zawodniczki. Wracamy na halę, a ja proszę, aby nie mówiła nic nikomu. Teraz nikomu nie pomoże dodatkowa hiobowa wieść, że cała drużyna znalazła się w trudnej sytuacji.  Oczywiście Andrzej i Rysiek otrzymują dokładne sprawozdanie z przebiegu badania. Decydujemy, że tu na hali absolutnie nie ma tematu. Musimy zebrać myśli i zastanowić się, co robimy dalej. Myśli, które mi przelatują przez głowę są porażające. Nie dość, że skompromitujemy się na oczach całego świata, to także obciążą nas w Polsce za głupotę i bezmyślność. A dziennikarze? No ci to sobie na nas użyją. Już widzę te wielkie nagłówki w gazetach. A Urząd? No tak, oni każą nam zwrócić pieniądze za przelot ekipy. Skąd ja wezmę tyle pieniędzy? Mało tego, mogą zdyskwalifikować nam jedną z najlepszych naszych zawodniczek. Mało tego, pewnie wyrzucą mnie z pracy. Mało tego, pewnie Rysiek pożegna się z pracą. Mało tego, mało tego, mało tego… Cholera, budzę się mokra nie tylko od upału, ale też od natłoku mar sennych! W nocy nie śpię. Myśli fruwają tak, że słyszę je jak wirują w upiornym nocnym tańcu. Jak my wytrzymamy te siedem dni? Jak ona wytrzyma te siedem dni i siedem nocy? Dni to jeszcze jakoś – hala, treningi, zawody, gry, treningi, masaże, czynności rutynowe, jak to na zawodach. Nieeee! Dość! Głupie myśli przyciągają głupie rozwiązania. Nie, nie, nie i jeszcze raz nie! Tyle pracy na nic? Taki wysiłek zmarnowany bez sensu. A może, a może, ale co może? Nie wyjdzie? Nie wykryją w laboratorium w Perth? O czym ja myślę? Chyba zgłupiałam. Przecież to jest wszystko jakiś sen. Jakiś koszmarny sen w upale, w tropiku, na hali gdzie temperatura dochodzi do +48 stopni. Mam zwidy i omamy, cholera, co ja zrobię?…

Cdn.

Polski Związek Badmintona powołano w dniu 7 listopada 1977 r.  podczas I Walnego Zjazdu, który odbył się tego właśnie dnia w sali Klubu „Olimp” OPO Warszawa na Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie. Zanim jednak do tego doszło i zanim zebrano wszelkie dokumenty, w tym samym roku w dniu 29 maja spotkali się w Głubczycach działacze, przedstawiciele klubów i podpisali deklaracje o przystąpieniu do Polskiego Związku Badmintona. Jak napisał w relacji z tego spotkania Julian Krzewiński: ”… gdy przewodniczący zebrania Jerzy Wrzodak zaprosił do podpisania deklaracji członkowskich założycieli PZBad, przedstawicieli 9 klubów sportowych, nastąpiła przez moment wiele mówiąca cisza. W tej doniosłej chwili starszym działaczom zwilżyły się oczy, a na twarzach młodych wyczytać można było radość i zadowolenie, że nareszcie, że to prawda, że będą traktowani na równi ze swymi kolegami z innych dyscyplin sportowych, że ich dyscyplina nie będzie gorsza od innych…”.  Deklaracje członkowskie w kolejności podpisali przedstawiciele następujących klubów:

Bolesław Zdeb ZKS Polonia Głubczyce, Mieczysław Zyśk SKS Start Gdynia, Roman Słota KS Stal Brzezinka Mysłowice, Jerzy Suski KS Stal FSO Warszawa, Andrzej Szalewicz KS Stal FSO Warszawa, Marian Krasowski BZKS Chrobry Opole, Eugeniusz Jaromin KS Unia Bieruń Stary, Jerzy Szuliński GHKS Bolesław Bukowno, Wiesław Tomaszewski AZS Katowice, Janusz Musioł AZS AWF Wrocław. Na zebraniu przyjęto także projekt statutu związku. Poinformowano również wszystkich obecnych o sprowadzeniu z Chin przez CHPiS w Łodzi, lotek piórkowych „Pioneer” – 60.000 granatowych przeznaczonych do treningu i 60.000 zielonych przeznaczonych do gier turniejowych. 27 lipca w Restauracji „Adria” w Warszawie tymczasowy Zarząd PZBad w składzie: Andrzej Szalewicz, Julian Krzewiński, Jerzy Wrzodak (w skład tymczasowego Zarządu wchodzili też: Janusz Musioł, Eugeniusz Jaromin) spotkali się z sekretarzem generalnym Polskiego Związku Szermierczego Jadwigą Ślawską aby nakłonić ją  do profesjonalnego poprowadzenia nowo powstającego Związku. Było to decydujące spotkanie. W dniu 27 sierpnia 1977 r decyzję nr 6010/397/77 III Wydział Spraw wewnętrznych Urzędu m.st. Warszawy postanowił wpisać do rejestru stowarzyszeń i związków pod numerem 1011 POLSKI ZWIĄZEK BADMINTONA.

I tak zaczęły się przygotowania do I Walnego Zjazdu powołującego Polski Związek Badmintona, zarząd i komisję rewizyjną, który odbył się 7 listopada 1977 roku, 33 lata temu.

O narodzinach Polskiego Związku Badmintona

Z okazji 33 rocznicy przypomniała

Wasza Jadwiga

25 październik rozpoczął się tragicznie dla środkowej Jawy. Najpierw trzęsienie ziemi na wyspach Indonezji –Mentawai o sile 7,7 w skali Richtera oraz ogromna fala tsunami spowodowana tym trzęsieniem, w wyniku, którego zginęło, co najmniej 311 osób a ponad 400 jest uznawane za zaginione. Archipelag Mentawai jest jednym z najbardziej narażonych na trzęsienia ziemi regionów Indonezji. Oprócz surferów, wyspy nie przyciągają jednak wielu turystów, gdyż są trudno dostępne. We wtorek, doszło do erupcji wulkanu Merapi, mającego wysokość 2914 metrów n.p.m., położonego na gęsto zaludnionych terenach, w odległości 26 km od miasta Jogyakarta – pierwszej starej stolicy Indonezji.  Jak podała Agencja AP ponad 20 tysięcy osób pozostało bez dachu nad głową; W następstwie wybuchu wulkanu Merapi zginęło, co najmniej 30 osób, a 17 odniosło obrażenia. Jak podał Indonezyjski Czerwony Krzyż, erupcja spowodowała ewakuację ok. 36 tys. osób. Na żyznych zboczach Merapi mieszkało ok. 11 tys. ludzi. Indonezja oczekuje na pomoc i już pierwsze samoloty z namiotami, wodą lekami lądują w Jakarcie. Dzisj ponownie nastąpiła erupcja wulkanu Merapi co najmniej 100 osób zginęło, po fali goracych gazów i popiołu wyrzucanych na wysokość 6000 m, ogromna chmura pyłu pokryła teren 250 km kwadratowych, erupcja przybiera na sile, a strefa zagrożenia zwiększyła się do 20 km w promieniu wokół wulkanu. 100 tysiecy odób przebywa obecnie w obozach w pobliżu Yogyakarty.Jak pisze agencja EFE, obecnie głównym problemem logistycznym jest znalezienie właściwego środka transportu na dostarczenie na odległe wyspy Mentawai pomocy tysiącom poszkodowanych. Podróż łodzią zajmuje kilkanaście godzin, a wysokie fale sprawiają, że jest niebezpieczna. Indonezja to państwo wyspiarskie położone na 17 508 wyspach. Około 6 tys. z nich jest niezamieszkanych. Należą one do Archipelagu Malajskiego. Wyspy Indonezji rozciągają się na długości ponad 5 tys. km wzdłuż równika i na długości 1750 km z południa na północ. Ich brzegi opływają Ocean Spokojny i Indyjski. Na wyspach znajdują się liczne wulkany. Indonezja jest często nękana przez trzęsienia ziemi i tsunami. Najwyższym szczytem jest Puncak Jaya – wysokość 4884 m. Indonezja graniczy z Papuą- Nową Gwineą na Nowej Gwinei, Malezją na Borneo i Timurem Wschodnim na Timurze. Dlaczego właśnie ta informacja spowodowała moje poruszenie? Odpowiedź na to pytanie jest bardzo prosta, moja serdeczna przyjaciółka Renata, mieszka w Indonezji od roku 1975, stąd wszelkie informacje dotyczące Indonezji są mi niezwykle bliskie. Z Renatą przyjaźnimy się od 57 lat to jest od pierwszej klasy szkoły podstawowej.  

Trzeba też wiedzieć, że Indonezja posiada bardzo silną reprezentację narodową w badmintonie i pierwsze medale zdobyte przez to państwo na Igrzyskach Olimpijskich w ogóle a było to w Barcelonie 1992 roku , oraz w 1996 roku w Atlancie zdobyli zawodnicy tej właśnie dyscypliny. W Barcelonie: Alan Budi Kusuma złoty medal w grze pojedynczej mężczyzn, Ardy Wiranata medal srebrny w tej samej grze, Hermawan Susanto medal brązowy, w deblu mężczyzn Rudy Gunawan i Eddy Hartono złoty medal, i w grze pojedynczej kobiet Susi Susanti medal złoty.W Atlancie: Mia Audina srebrny medal a Susi Susanti medal brązowy w grze pojedynczej kobiet, i Rexy Mainaky/Ricky Subagja medal złoty w deblu mężczyzn. Z powyższego jasno wynika, że moje zainteresowanie Indonezją jest jak najbardziej uzasadnione.  

Był rok 1989 – maj. Polska została zaproszona do udziału w pierwszych drużynowych mistrzostwach świata o Puchar Sudirman, którego fundator Dick Sudirman był założycielem Buluntangkis Seluruh Indonesi- PBSI czyli Indonezyjskiego Związku Badmintona i przez 22 lata był Prezesem tego Związku. Był członkiem Zarządu Międzynarodowej Federacji Badmintona IBF- Vice Prezydentem i pamiętając o Nim i Jego pracy na rzecz rozwoju badmintona nie tylko w Azji ale też na świecie postanowiono wystąpić z inicjatywą zorganizowania I Drużynowych Mistrzostw Świata  w badmintonie razem z indywidualnymi mistrzostwami świata- fundując puchar i nazywając go Pucharem Sudirmana. Sam puchar jest imponujących rozmiarów. Ma 80 cm wysokości, jest wykonany ze srebra pokrytego 22 karatowym złotem na  podstawie ośmiokątnej wykonanej z drewna „ jaiti”- tekowego. Puchar przedstawia lotkę na zwieńczeniu której jest postawiona replika świątyni Borobudur- ósmego cudu świata. Uchwyty tego Puchary przedstawiają tor lotu lotki badmintonowej.

Do Dżakarty  mieliśmy polecieć w składzie 8 zawodników: Jacek Hankiewicz, Jerzy Dołhan , Grzegorz Olchowik, Janusz Czerwieniec, Bożena Siemieniec, Bożena Haracz, Marzena Masiuk, Elżbieta Grzybek, trenera Ryszarda Borka, Prezesa Związku Andrzeja Szalewicza na Kongres IBF (Międzynarodowej Federacji Badmintona) oraz niżej podpisanej, jako kierownika ekipy. Niestety już na początku wydarzyło się wielkie nieszczęście, ponieważ w wypadku samochodowym zginął maleńki syn Jurka Dołhana. Z wiadomych względów Jurek musiał pozostać w domu. Przed wylotem odbyło się arcymiłe pożegnanie naszej ekipy w Ambasadzie Indonezji w Warszawie, w którym brał udział Pan Ambasador, Jego Małżonka oraz wszyscy pracownicy Ambasady. Przygotowano dla nas informacje na temat Indonezji oraz pyszną kolację, na którą składały się dania kuchni indonezyjskiej, zobaczyliśmy też film o Indonezji, byliśmy, bowiem pierwszą ekipą sportową, która wyjeżdżała do Indonezji na Mistrzostwa Świata. Bilety zakupiłam przed 1 kwietnia i w ten sposób zaoszczędziłam dla Związku 40% kosztów, gdyż po tym terminie nastąpiła zmiana taryf cen biletów lotniczych. Główny Komitet Kultury Fizycznej i Sportu pożyczył Związkowi dewizy na wyjazd, które zostały zwrócone( IBF przyznał nam stosowną kwotę dolarów i w ten sposób mogliśmy spłacić nasze zobowiązania w stosunku do GKKFiS) po przyjeździe ekipy do Kraju. Pierwszy lot o godz.9.40 samolotem Lufthansa z Warszawy do Frankfurtu nad Menem. We Frankfurcie lądujemy o godz.11.00. Cały bagaż mamy nadany bezpośrednio do Jakarty –Indonezja. Jest tego dużo, bo aż 14 toreb a nadbagaż wynosi jak zwykle około 180 kg. Do Indonezji lecimy na kilkanaście dni a więc mamy stroje treningowe, reprezentacyjne, i trochę własnych ubiorów oraz jak zwykle trochę europejskiego jedzenia. Przed wyjazdem do Dżakarty odbyło się spotkanie ze wszystkimi osobami odlatującymi  na Mistrzostwa. Zawodnicy zostali szczegółowo poinformowani o zasadach uczestnictwa, ponadto o badaniach dopingowych oraz otrzymali xero listy substancji zabronionych. Przed wyjazdem również zostały dokonane wyrywkowe badania kontroli antydopingowej naszych mistrzów. Wydawało się, że nie zaniechaliśmy żadnych procedur.  We Frankfurcie Andrzej, ja i Rysiek, mamy uzgodnione spotkanie z sekretarzem generalnym Niemieckiego Związku Badmintona panem Helmutem Altmanem. Spotkanie dotyczy planów współpracy Niemieckiego i Polskiego Związków Badmintona na rok 1990 i lata następne. Spotkanie miało się odbyć w Hotelu Steingbergerhof. O godz.12.30 nasza trzyosobowa grupa dotarła do lobby hotelu. Spotkanie trwało prawie dwie godziny i uzgodniliśmy szczegóły wspólnych akcji na rok następny i kolejne. Reprezentacja Niemiec miała wziąć udział w Międzynarodowych Mistrzostwach Polski juniorów i juniorów jak również mecze Polska Niemcy, my zaś mieliśmy wziąć udział w German Open i zawodach w Gutersloh, czyli w Niemieckich Mistrzostwach Juniorów. Ponadto ustaliliśmy, że do Polski przyjedzie na zgrupowanie kadry narodowej trener kadry Niemiec Guther Huber. Zgrupowania naszej kadry odbywały się w tym czasie w hotelu Hańcza i Hali OSiRu w Suwałkach. Ze względu na zbliżająca się godzinę odlotu samolotu do Dżakarty zadowoleni z dokonanych ustaleń i podpisanego planu wymiany powróciliśmy na lotnisko. Trzeba wiedzieć, że w roku 1989 obywateli polskich obowiązywały wizy zarówno do Niemiec jak i do Indonezji. Reprezentacja Polski, którą pozostawiliśmy w umówionym miejscu na lotnisku miała na nas czekać a ponieważ jechała tranzytem nie potrzebowała wiz, natomiast Ryszard, Andrzej i ja mieliśmy wizy załatwione w Ambasadzie Niemiec w Warszawie przy ul. Katowickiej. Po ponownym przejściu granicy, dokonanych formalnościach paszportowych wróciliśmy do naszych zawodników i tu czekała nas duża niespodzianka. Otwierając butelkę kapslowanej wody mineralnej takim starym sposobem, o coś opierało się kapsel i waliło z góry ręką, kapsel odskakiwał, Janusz wykonał to wielce niefortunnie i rozciął sobie dość głęboko prawą dłoń, ponieważ szyjka butelki odpadła i jego dłoń nadziała się na sterczące szkło. Janusz został przez służby ratownicze działające na lotnisku odtransportowany do Szpitala mieszczącego się w obrębie portu lotniczego, a że nie miał wyrobionej wizy nastąpiły pewne komplikacje i wizę musiał nabyć za kilkadziesiąt marek zachodnioniemieckich, nie licząc tego, że należało zapłacić dodatkowo dwieście kilkadziesiąt marek za wykonanie rtg ręki oraz założenie kilkunastu szwów. W sumie jedno nierozważne otwarcie butelki wody mineralnej kosztowało nas ponad 300 marek. Rok 1989 nie był rokiem, w którym działały ubezpieczenia wielu firm, a my, jako reprezentacja nie byliśmy ubezpieczani na wyjazdy zagraniczne. Pomimo tego skontaktowałam się telexem (to taki rodzaj faxu, ale działającego w oparciu o perforowana taśmę, na której kodowało się treść depeszy i wysyłało specjalnym łączem sztywnym do danego odbiorcy w danym kraju) z biurem naszego Związku z nagłą prośba ubezpieczenia ekipy na wyjazd do Indonezji, natychmiast, w dniu dzisiejszym, co się Markowi udało. Nie wdawałam się w dyskusję tylko poprosiłam o dokonanie ubezpieczenia od dnia dzisiejszego. Marek zrozumiał, że coś musiało się stać i bez zbędnych dyskusji dokonał tego, o co go poprosiłam. Ekipa była od tej pory ubezpieczona i bezpieczna przynajmniej w tym zakresie. A ja od tamtego sławetnego zdarzenia na lotnisku we Frankfurcie, nauczona smutnym doświadczeniem, zawsze pilnowałam, aby nasza reprezentacja miała ubezpieczenia i właśnie, dlatego sponsorami Związku zostawały kolejno różne Firmy ubezpieczeniowe (Bankowe Towarzystwo Ubezpieczeń i Reasekuracji „Heros”, Towarzystwo Ubezpieczeniowe „Warta”, i następnie „Compensa”).

Janusz otrzymał antybiotyk w zastrzyku oraz informację na piśmie o zdarzeniu na lotnisku jak również stosowne zaświadczenie o podanych lekarstwach i zastosowanym leczeniu.  W tej sprawie miałam dokumenty dla lekarza IBF, którego musiałam powiadomić, bezpośrednio po przylocie, ze względu na badania antydopingowe, ale najważniejsza sprawą był przelot Janusza do Dżakarty. Po takim wypadku oraz po szyciu ręki, po podanym  antybiotyku, nie wiedzieliśmy jak organizm wytrzyma ten wielogodzinny lot do Singapuru (9 godzin) plus prawie dwie godziny oczekiwania w Singapurze i 4 godziny lotu do Jakarty. Pełni obaw wsiadaliśmy do naszego transkontynentalnego Jumbo Jeta szykując się do lotu. Niezbadane są losy ludzkiego młodego organizmu, Janusz pewnie z wrażenia i stresu zasnął w samolocie i w bardzo dobrym stanie dotarł do celu podróży, nawet nie miał gorączki, natomiast ja przez całą drogę myślałam jak to wszystko ułoży się zarówno w podróży jak i na miejscu, choć właściwie wiedziałam, że o pobyt w Dżakarcie nie mam powodów zbytnio się martwić, bo Renata i jej mąż Raden Mas  Koenhendrarso Soerjosoeharto (inaczej mówiąc  Książe Koenhendrarso Soerjosoeharto) będą czekali na nas na lotnisku i cała ekipa Polska zostanie otoczona troskliwa opieką.

Koenhendrarso Soerjoseharto, potomek błękitnej krwi, wywodził się z rodziny Książąt władców Sułtana Mangkumegara II dan Palmbowono. W Indonezji jest jeszcze jedno znaczniejsze Księstwo Yogyakarty Mangkunegar I, potomkowie Sułtana Hamengkawono, obecnie jest Sułtan Hamengkawono X.

Po wielu godzinach podróży oczekiwania we Frankfurcie i Singapurze wreszcie długiego lotu po prawie 20 godzinach w końcu wylądowaliśmy w Dżakarcie. Koen oczekiwał na naszą ekipę i razem z organizatorami pojechaliśmy do Hotelu Indonesia. Zmęczeni niemiłosiernie szybko załatwiliśmy meldunek, oraz akredytacje, bez których na żadnej imprezie nie można funkcjonować, ekipa udała się do pokoi. Rysiek wraz z ekipą mieszkał w hotelu zaś ja i Andrzej pojechaliśmy z Koen’em do jego domu-względy ekonomiczne nie pozwoliły nam na wynajem hotelu. Dom Koena na Martimbang położony w Dżakarcie Selatan (Selatan Południowej). Dżakarta dzieli się na cztery: Pusat – Centralną, Timur-Wschodnia, Utara- Północną, Selatan –Południową, Barat –Zachodnią.   Hmmm, do domu, no tak pamiętamy wszyscy nasze lokale mieszkalne typu M2, M3, czy moje M4, które składało się z trzech pokoików i kuchni oraz mikroskopijnej łazienki o łącznym metrażu 48 metrów kwadratowych. A tu Indonezja, państwo nie za bogate a zostaliśmy przywiezieni na osiedle domków jednorodzinnych PERTAMINA ( Firma, która zajmowała się importem i sprzedażą ropy naftowej powiedzmy jeden z potentatów na rynku Azjatyckim w tym zakresie, w której pracował dr chemii Koenhendrarso  Soerjosoeharto, który chemię ukończył na Politechnice Warszawskiej mieszkając w Polsce 16 lat). Piękny bungalow, parterowy dom w holenderskim stylu neokolonialnym o powierzchni ponad 400 metrów kwadratowych, wokół palmy kokosowe, bananowce, drzewa papai, i innych nienazwanych przez mnie przepięknych krzewów. Zatkało nas z wrażenia. Na progu żona Koena, piękna Ibu Renata jej dwie jeszcze ładniejsze córki Sita i Devi. Renata moja przyjaciółka z lat szkolnych. Tu należy się wszystkim pewne wyjaśnienie. W roku 1989 dewizy na wyjazdy zagraniczne przydzielano i były one limitowane. Trzeba było otrzymać po pierwsze zgodę GKKFiS na wyjazd ekipy za granice, trzeba było uzyskać zgodę na przydział dewiz a dewizy były bardzo, ale to bardzo limitowane. W tym wypadku pieniądze na pobyt pożyczyliśmy od Urzędu a właściwie za zgoda GKKFiS od COSu, który działał w imieniu Urzędu w sprawach paszportów i dewiz. Po przeliczeniu okazało się, że ekipa może zamieszkać w hotelu, bo dla niej pieniędzy wystarczy, ale ja i Andrzej musimy zorganizować sobie coś innego, dlatego Koen i Renata byli naszą szansą. Ulokowano nas w osobnym małym dwupokojowym bungalowie. Obok była łazienka z cebrzykiem wody ciągle uzupełnianej, gdyż temperatura w Dżakarcie nigdy nie spada poniżej 30, w ekstremalnych warunkach do 26 stopni stopni. Stąd stojąca woda w cebrzyku zawsze była mile chłodna.  Prezenty przywiezione gospodarzom zostały oddane a my „padliśmy” każde w swoim pokoju. Wiedząc, że Ryszard jest z ekipą mieliśmy czyste sumienie, ekipa miała załatwiony trening, lotki i wszystko, co było potrzebne, natomiast my mieliśmy dojechać po zakończonym treningu następnego dnia. Mistrzostwa Świata „Sudirman Cup” zorganizowano na Hali Sportowej Selatan mieszczącej 20.000 widzów, która była zlokalizowana prawie w Centrum Jakarty. Podróż z Hotelu na Hale nie trwała długo około 20 minut. Hotel był klimatyzowany niezbyt nowoczesny, jednak wystarczająco wygodny. Mieszkanie u Renaty i Koena było komfortowe, oraz miało dodatkowy plus a mianowicie, jako jedyna ekipa biorąca udział w Mistrzostwach dysponowaliśmy swoim własnym transportem. Koen dał nam, bowiem do dyspozycji mini bus marki Toyota wraz z kierowcą. My tylko musieliśmy wiedzieć, gdzie chcemy jechać, tak, więc codziennie Renata pisała na kartce gdzie jedziemy np. z domu na hale, z hali do Hotelu Borobudur – tam mieszkał sędzia główny, któremu trzeba było dostarczać skład drużyny na kolejny mecz, następnie z Hotelu Borobudur na sug, aby kupić picie i owoce itp. Nie bardzo wiedziałam, dlaczego Renia codziennie nas indaguje skąd, dokąd jedziemy, z jakiego hotelu do hali, do której hali głównej czy treningowej z hali, do którego hotelu, zastanawiałam się czyżby myślała, że „urwiemy się gdzieś”, jeżeli tak to gdzie, ja przecież nie znałam ani Dżakarty, ani malajskiego a trzy słowa, które pojęłam dziękuję-trimakasi, buluntangkis- badminton,  Dżakarta Selatan czy Martimang,  nie wystarczały aby się dogadać, nie miała do nas zaufania? Sprawa okazała się banalna. Pan kierowca był analfabetą i nie umiał czytać, więc ona pisała kartki dla mnie abym ja panu mogła przeczytać na głos i aby on wiedział już gdzie jedziemy, dacie wiarę? Kierowca analfabeta, ale takich i innych niespotykanych sytuacji mieliśmy więcej, ale o nich w następnym odcinku.

Cdn.

Basen w AninieNowy zespół basenowy w Aninie przy ul. V Poprzecznej 22 dla mieszkańców Wawra i okolic został w dniu dzisiejszym uroczyście otwarty. W skład zespołu wchodzą dwie sale do squash’a, sauny, solarium, sala fitness, siłownia oraz skatepark, który w zimie będzie lodowiskiem. Na uroczystość otwarcia przybyli: Pani Prezydent m.st. Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz, Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Sportu i Turystyki Katarzyna Sobierajska, Zastępca Prezydenta m.st. Warszawy Jacek Wojciechowicz, Dyrektor Biura Sportu m.st. Warszawy Wiesław Wilczyński, olimpijczycy: Władysław Zieliński (Igrzyska Olimpijskie Rzym 1960 brązowy medal), Dariusz Goździak (złoty medal pięciobój nowoczesny Igrzyska Olimpijskie 1992 Barcelona), Jacek Wszoła (złoty medal Igrzyska Olimpijskie Montreal 1976, i srebrny medal Igrzysk Olimpijskich w Moskwie), Kazimierz Czarnecki (brązowy medal Igrzysk Olimpijskich1976 w Montrealu) pełniący funkcję zastępcy Dyrektora Biura Sportu m.st.Warszawy, Prezes Polskiego Związku Łyżwiarstwa Figurowego Zenon Dagiel, były kapelan sportu polskiego ks. Prałat Mirosław Mikulski, ksiądz kan. Marek Doszko z Parafii Matki Bożej Królowej Polski w Warszawie Pani Prezydent m.st.Warszawy Hanna Gronkiewicz Waltz i Podsekretarz stanu w Ministerstwie Sportu i Turystyki Pani Katarzyna SobierajskaAninie oraz Radni gminy Wawer i  mieszkańcy. Kompleks basenowo – lodowiskowy to największa inwestycja dzielnicy Wawer. Olimpijczycy na czele z Andrzejem Szalewiczem byłym prezesem Polskiego Komitetu Olimpijskiego, wręczyli Burmistrzowi gminy Wawer Jackowi Duchnowskiemu i dyrektorowi Ośrodka Sportu i Rekreacji Januszowi Olędzkiemu flagę PKOL z życzeniami, aby na tym basenie były organizowane zawody nadziei olimpijskich.

Część basenowa składa się z basenów: basenu z 6 torami pływackimi 25 mx 12 m, rekreacyjnego 12,5 m  wraz z jacuzzi. Lodowisko to zadaszona część kompleksu, która w zimie będzie mogła przyjąć ponad 100 osób na 600-metrowej płycie. Najmłodsi będą mieli do swojej dyspozycji 60-metrową ślizgawkę. W sezonie letnim i jesiennym w miejscu lodowiska będzie skatepark. Obiekt jest piękny i bardzo nowoczesny. Mieszkańcy czekali na niego długo, ale dzisiaj po wizycie i obejrzeniu zespołu basenów należy stwierdzić, że Andrzej Szalewicz b.prezes PKOL drugi z prawejwarto było czekać, aby być świadkiem otwarcia takiego pięknego kompleksu sportowego.

W uroczystości otwarcia pięknego kompleksu sportowego zaprojektowanego przez inż.architekta Pawła Tiepłowa   zawody sztafet gimnazjalistów na otwarcie basenu w Aniniebrała udział

Wasza Jadwiga

Content Protected Using Blog Protector By: PcDrome.