Poniedziałek 30.08 przywitał nas piękną pogodą - słoneczną z lekkim wiatrem. Umówiliśmy się z naszą wnuczką na stacji metra Montparnasse, aby razem dojechać do Sacre Coeur. Była 10 rano i Montrmartre dopiero budził się ze snu. Szybki zakup wody, croissant i bagietki w Patisserie i idziemy pod górę do Bazyliki, mijając po drodze studzienkę z woda w
pięknym starym stylu. Wychodzimy na słynny Plac Pigalle. Nie wiem czy kasztany były najlepsze na tym placu –zgodnie z tym, co Hans Kloss mówił do swojego partnera w „Stawce większej niż życie” wiele, wiele lat temu. My nie zauważyliśmy kasztanów, za to pooglądaliśmy prace wielu artystów, którzy już zaczynali malować, a także handlować tym, co namalowali. Turystów pełno, tłum przewalał się wokół każdego z artystów, trwały targi i zakupy. My udaliśmy się prosto do Bazyliki, choć kilka razy po drodze byliśmy zaczepiani w sprawie wykonania portretów. Pewnie chodziło im o młodą damę, która nam towarzyszyła.
Bazylika Sacré-Cœur -Bazylika Najświętszego Serca – kościół na szczycie
wzgórza Montmartre w Paryżu. W roku 1870 wybuchła wojna francusko-pruska. Wtedy dwaj przemysłowcy francuscy przysięgli sobie, że jeżeli Paryż nie zostanie zniszczony, w podziękowaniu wybudują bazylikę ku sercu Jezusowemu. Gdy okazało się, że Paryż został nietknięty przemysłowcy postanowili wypełnić swoją obietnicę i w roku 1876 rozpoczęto budowę, a ukończono dopiero w 1914. Konsekracja bazyliki nastąpiła w roku 1919 po zakończeniu pierwszej wojny światowej. Zdjęcie bazyliki nie mogło ukazać jej piękna, gdyż nijak nie mieściła mi się w kadrze. Jednak zapewne wszyscy znają ją z licznych fotografii, więc to, co ja prezentuję jest li tylko jej przypomnieniem. Jednocześnie starałam się zrobić widok Paryża ze
wzgórza Montrmartre. Nie wiem czy oddaje on całą urodę stolicy Francji, ale mnie zawsze zatyka dech w piersi. Nasyceni pięknymi widokami postanowiliśmy zjeść lunch w jednej z brasserie Montrmartre. Zamówiliśmy zupę cebulową, sałatę z krewetkami, omlet z szynką, serem i pieczarkami oraz piwo i wodę. I znowu stwierdziliśmy, że deser i kawę wypijemy w innej cafe. Po dejeneur postanowiliśmy spacerem przejść do Moulin
Rouge mieszczącego się na Bv de Clichy. Moulin Rouge to kabaret wybudowany przez Josepha Llera –właściciela Olimpii w dzielnicy czerwonych latarni, niedaleko Montrmartre. Jest znany ze swego symbolu - czerwonego młyna postawionego na dachu. Oczywiście zrobiliśmy kilka zdjęć. Idąc w stroną Moulin Rouge minęliśmy Cmentarz Montrmartre, któremu trzeba poświęcić kilka chwil.
Cmentarz Montmartre –jedna z najstarszych nekropolii Paryża. Położony jest u stóp wzgórza Montmartre. Został założony w 1795 roku, a otwarty w 1798. Zbudowano go w miejscu dawnych kamieniołomów. W 1888 roku przecięty został mostem-wiaduktem usytuowanym nad cmentarzem. Leży na zachód od Cmentarza Pére Lachaise i na wschód od Cimetière de Passy, a na północ od Cimetière de Montparnasse. Na tym cmentarzu pochowani są wielcy artyści francuscy i zagraniczni - kompozytorzy, poeci, aktorzy, pieśniarze, malarze, naukowcy, architekci, a między innymi: Edgar Degas- francuski malarz, Alexandrze Dumas syn-pisarz, Teophile Gautier- francuski poeta, Sacha Guitry- aktor/reżyser, Jacques Offenbach francuski kompozytor, Dalida, francuska piosenkarka http://www.youtube.com/watch?v=o8MlH93xd9g&NR=1 , ulubioną piosenkę Gigi L’amoroso wszystkim dedykuję, Stendhal (Marie-Henri Beyle) francuski poeta/pisarz, Emile Zola francuski pisarz. A oto jeszcze jedna popularna piosenka Dalidy, której towarzyszy Alain Delon, ” Parole, parole”: http://www.youtube.com/watch?v=eZFs33Eq0-M&feature=related
Znajdujemy tu również znakomite nazwiska polaków: Jan Ledóchowski, Wacław Niżyński, Juliusz Słowacki – jeden z najwybitniejszych poetów polskich doby romantyzmu dramaturg i epistograf, Alina Szapocznikow - rzeźbiarka, grafik. Wielkie zasługi dla rodzin i Polaków pochowanych na paryskim cmentarzu Montrmartre oddał Józef Alojzy Reitzenheim – pamiętnikarz i publicysta, powstaniec listopadowy i styczniowy, Polak z wyboru. Po przyjeździe z Polski do Paryża po stłumieniu Wiosny Ludów, inicjując niewcielone założenia zmarłego w 1855 roku Leona Stempowskiego, rozpoczął wieloletnie stawianie kwatery dla wybitnych polskich emigrantów na cmentarzu Montmartre. Dzięki wysiłkom Reitzenheima prochy wielu znanych, polskich postaci życia emigracyjnego nie uległy rozproszeniu i zapomnieniu. Z jego inicjatywy powstało wiele pomników przyozdobionych różnego rodzaju polskimi patriotycznymi symbolami i polskimi nazwiskami.
A oto Dalida i Serge Lama w jednej z ostatnich piosenek Dalidy jakby mówiącej o bliskim końcu Jej życia: „Je suis Malade”
http://www.youtube.com/watch?v=bKg7LCRgwoQ&feature=related
Metrem jedziemy na Bd Saint Germain, aby stąd przejść do Hotel de la
Invalide. Idziemy przez Bd des Invalides, mijamy piękny ogród po prawej stronie, zaś po lewej Muzeum Rodina. Jesteśmy na Avenue de Tourville przed wejściem do Kościoła Inwalidów – Dome des Invalides wzniesionego w 1706 roku na polecenie Króla Ludwika XIV – przez Julesa Hardouin Mansarda. Początkowo kościół miał służyć wyłącznie królowi i miał być miejscem spoczynku rodziny królewskiej. Jednak po
śmierci Ludwika XIV zrezygnowano z tych planów. W 1840 roku do Paryża zostały sprowadzone szczątki Napoleona Bonaparte, podstępem wywiezione z Wyspy Św. Heleny. Zbalsamowane ciało Napoleona zamknięto w sześciu trumnach z cyny, mahoniu, z ołowiu (trzecia i czwarta), z hebanu i ostatnia z czerwonego fińskiego porfiru.
Pogrzeb odbył się dopiero w roku 1861, gdy sarkofag i krypta były gotowe. Osiągnięcia militarne Napoleona są przedstawione w postaci zwycięstw otaczających kryptę, a ich nazwy wygrawerowano w podłodze –Austerlitz, Jena, Marengo, zaś zasługi dla państwa, których miał wiele, są wyrzeźbione na niższym reliefie ozdabiającym ściany krypty
(należały do nich scentralizowanie administracji państwa czy jego pacyfikacja). Oprócz Napoleona Bonaparte w Kościele Inwalidów pochowani są marszałkowie - Ferdynand Foch, Sebastian Vauban, Turenne, Ludwik Lyautey oraz starszy brat Napoleona I, Józef Bonaparte i młodszy Napoleon II. Kościół Inwalidów widać z daleka, gdyż zwieńczony jest piękną złotą kopułą, do której złocenia zużyto 12 kg
złota. Pod kopułą znajduje się fresk namalowany przez Charlesa de la Fosse. Iglica kościoła ma 105 metrów wysokości. Epitafium Napoleona I mówi:
„ Ta kopuła to chełm na głowę giganta. Niech spoczywa w spokoju.”
Powoli wracamy do metra, jednak pod drodze wypijamy kawę, jemy mus czekoladowy i creme brulee. I tak kończymy nasz bardzo krótki pobyt w
Paryżu. Czy można było zobaczyć więcej? Według mnie nie. Jest to nasza czwarta wizyta w Paryżu. Zwiedziliśmy bardzo dużo znaczących, historycznych budowli, nie licząc tego, co lubimy najbardziej, czyli Louvru, który ja zwiedzałam przez cztery dni, będąc tu w roku 1996 na 100 lecie Sportu podczas Kongresu Sportu, Muzeum d’Orsay, Jardin des Touileries, Centrum
Pompidou, Muzeum de Cluny, czy Sorbony. Tym razem chodziliśmy przede wszystkim pieszo, starając się zapamiętać Paryż, jako miasto mody, pięknych kobiet, pięknych piosenek niezapomnianych gwiazd: Dalidy, Edith Piaf : „La Vie En Rose”
http://www.youtube.com/watch?v=rKgcKYTStMc&feature=related
dobrej kuchni oraz pokazać naszej wnuczce to, czego ona jeszcze nie widziała w Paryżu. Następnego dnia wyjeżdżamy taksówką na lotnisko CDG już o godzinie 11.30 razem z Ritchie Campbel’em. Odlot samolotu mamy prawie o tej samej godzinie - on z terminalu 2E my 2F. Do widzenia, do zobaczenia następnym razem. Żegnamy się kolejny raz z Paryżem.
O Mistrzostwach Świata w badmintonie, Kongresie Europejskiej Konfederacji Badmintona i spacerach po Paryżu opowiadała
Wasza Jadwiga
Na zakończenie piosenka Edith Piaf ” Non je ne regrette rien”


Niedziela po południu. Jedziemy na halę i stąd na Pola Elizejskie. Wiadomo, że nie widząc tłumów na Avenue des Champs Elysees, nie widziałeś Paryża, nie byłeś w Paryżu. Umawiamy się z nasza wnuczką i razem wyruszamy na spacer. Avenue des Champs-Élysées, czyli po polsku: Aleja Pól Elizejskich, potocznie nazywana les Champs Élysées -Pola Elizejskie – reprezentacyjna aleja Paryża, łącząca plac Zgody -Place de la Concorde z placem Charles’a De Gaulle’a -dawniej plac Gwiazdy, Place de l’Etoile z monumentalnym Łukiem Triumfalnym, a dalej z nowoczesną dzielnicą biznesową, La Défense i jej symbolem Grande Arche, Wielkim Łukiem, który stanowi zamknięcie tej Wielkiej Osi. Pola Elizejskie rozciągają się na odcinku trzech kilometrów w VIII dzielnicy, w północno-zachodniej części centralnego Paryża. Pola Elizejskie z licznymi teatrami, restauracjami, kinami i ekskluzywnymi sklepami są miejscem często odwiedzanym przez turystów. W pobliżu znajduje się Pałac Elizejski z ogrodem. Palais de l’Élysée znajduje się w Paryżu przy rue du Faubourg Saint Honoré numer 55, nieopodal Pól Elizejskich i jest obecnie oficjalną rezydencją prezydenta Francji oraz miejscem posiedzeń Rady Ministrów.
podziwianych w całym Paryżu i dlatego kupił go sam król Ludwik XV Burbon - jako rezydencję dla swojej metresy Madame Pompadour. Jeszcze 400 lat temu ciągnęły się tu pola uprawne. Dzisiaj czynsz za wynajem 100 metrów kwadratowych wynosi 1 milion 250 tysięcy Euro- informacja dla tych, którzy marzą o mieszkaniu na tej najpiękniejszej alei świata (powiedzenie Francuzów).
technologia i niska cena przywróciły Szwajcarię ponownie do grona największych producentów zegarków. Zresztą marketing właśnie tej firmy postawił na młodzież i w ten sposób Swatch został na długie lata jednym ze sponsorów Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego i wybitnych zawodników reprezentujących takie dyscypliny jak: piłka plażowa, snowboard, BMX, styl dowolny w motocross, surfing i wiele innych. Zajrzeliśmy więc do tego znanego sklepu, zakupując zegarek z najnowszej kolekcji tej marki. Następnie odwiedziliśmy perfumerię Guerlaine w poszukiwaniu moich ulubionych perfum. Jak się okazało woda kolońska „Parure” produkowana od roku 1961, mimo popularności zakończyła swój marsz przez świat i firma przestała ją produkować. Dotarliśmy do placu de la Concorde i zgodnie udaliśmy się na Avenue de Montigny. To ulica największych butików bardzo znanych marek „Houte Couture”. To właśnie tutaj mają swoje sklepy Gucci, Valentino, Chanel, Prada czy YSL. Paryż – największa aglomeracja miejska Francji, 11 milionowa metropolia, stolica mody, projektantów i kreatorów, a w Paryżu Avenue Montigny, najsłynniejsza ulica butików i eksplozja talentu projektantów i
wirtuozów pracujących w modzie. Najbardziej znani projektanci mody, najlepsze perfumerie, najlepsze marki. Ponad stuletnie tradycje. To wszystko znaleźliśmy na Avenue Montigny w Paryżu: Coco Chanel, Cartier, Salvadore Ferragamo, Valentino, Prada, Gucci - najbardziej znane marki na świecie.
fascynującej nazwie: „lotte” z warzywami.
zajrzałam do internetu i oto co tam znalazłam: żabnica w całej swej krasie, brrrrrrrrrrr!
łososia – łosoś pokrojony w bardzo cieniutkie plastry z rukolą a także z pyszną pachnącą cytryną. Niby cóż to jest cytryna, u nas w każdym sklepie można dostać, ale ta, którą podano miała zapach drzewa cytrusowego, a w smaku była lekko słodka. Razem niebo w gębie. Kolejne danie to jagnięcina upieczona tak, aby mięsko przy kostce nie było spalone, lecz lekko czerwone. Sama jagnięcina była bardzo miękka. Do tego sos z czerwonym winem i gładkie, delikatne, po prostu jedwabiste puree z ziemniaków. Moja ryba „lotte” to zwykła żabnica. Podano mi tylną jej część - od grzbietu do ogona. Podana w całości, gotowana, a do tego pomidor krojony w plastry, przekładany cukinią i zapieczony krótko w piekarniku, oczywiście cytryna i sos krabowy.
Po tak smacznym obiedzie postanowiliśmy nie jeść deseru tutaj, lecz w innej cafe, w której oprócz kawy jedliśmy mus czekoladowy i krem caramel. Wróciliśmy do stacji metra na Champs des Elysees i do hotelu.
O godz. 8.00 autokar zabiera nas do siedziby Francuskiego Komitetu Olimpijskiego, mieszczącego się pod adresem: Maison du sport Francis, 1 avenue de Pierre de Coubertin, 75640 Paris cedex 13 – gdzie o godz.9.00 obrady rozpoczyna doroczne spotkanie delegatów wszystkich narodowych związków badmintona z Europy, czyli: Annual Delegates Meeting European Badminton Confederation. Na Kongres zostali zaproszeni wszyscy dotychczasowi członkowie Rady w tym: Gisela Hoffmann – były sekretarz generalny, Irene Delvai – były dyrektor zawodów, Andrzej Szalewicz - były vice prezydent EBU, Jadwiga Ślawska Szalewicz – były dyrektor marketingu, były dyrektor rozwoju i były vice prezydent BEC, Horst Kullnigg – były dyrektor finansowy (nie mógł przybyć), Torsten Berg – były dyrektor rozwoju, były prezydent BEC, obecny vice prezydent WBF do spraw Europy, a także były pracownik biura – Chris Harvey. Najważniejszym gościem zaproszonym na Kongres był Prezydent Badminton World Federation (Światowej Federacji
Badmintona) dr Kang Young Joong z Korei Płd. oraz vice prezydent BWF Paisan Rangsikitpho USA. Prezydent Francuskiego Związku Badmintona Paul Andre Tramier powitał wszystkich delegatów, którzy reprezentowali 32 narodowe związki badmintona. Następnie głos zabrał prezydent Światowej Federacji Badmintona - dr Kang. Wyraził on swoją wdzięczność działaczom europejskim z Tomem Bacherem oraz Zarządem Europy na czele, którzy doprowadzili do ustabilizowania sytuacji w światowym badmintonie. Życzył wszystkim udanych obrad.
Przedstawiono plan strategii na lata następne, zatwierdzono przedstawiony budżet na rok 2010 i lata następne (prowizorium budżetowe), zatwierdzono nowe przepisy BEC, zatwierdzono nowy regulamin dyscyplinarny BEC, zatwierdzono propozycję Szwedzkiego Związku Badmintona w sprawie dzikich kart na turniejach, a następnie przystąpiono do wyborów władz BEC. Nowym prezydentem BEC został wybrany jednogłośnie przez aklamację Poul-Erik Hoyer. Zgromadzenie wybrało poprzez re-elekcję następujące osoby: Hans Lenkert ze Szwecji ponownie na vice prezydenta BEC, Peter Tarcala Słowacja, ponownie na dyrektora sportowego, Gregory Verpoorten Belgia ponownie na dyrektora rozwoju, Ritchie Campbell Szkocja ponownie na dyrektora finansowego, wybrano audytora - ponownie została wybrana firma KPMG. Następnie poinformowano o sprawach kolejnego kongresu BWF w Kuala Lumpur, w dniu 15 maja 2010.
Badmintona. Jego wystąpienie dotyczyło rezygnacji Toma Bachera -Dania ze stanowiska dotychczasowego prezydenta BEC, na miejsce którego wybrano Poul-Erika Hoyera z Danii. Joao przedstawił historię Toma i jego działalności w badmintonie, jako wybitnego badmintonisty, zawodnika, który siedem razy zdobywał tytuł ALL England champion w latach sześćdziesiątych. Wtedy nie było jeszcze mistrzostw świata i zawody ALL England pełniły tę rolę. Tom był wybitnym zawodnikiem w grze podwójnej mężczyzn. Został wybrany na stanowisko prezydenta BEC w roku 2004, po niespodziewanej rezygnacji Torstena Berga. Dużą rolę w wyborze Toma na stanowisko prezydenta odegrała autorka tego tekstu, które wówczas pełniła w zarządzie funkcję dyrektora rozwoju. Tom Bacher wyprowadził Konfederację z zapaści finansowej na szerokie wody, podpisał kilka znaczących kontraktów sponsorskich, które dały wielką niezależność finansową a także wymienił cały skład zarządu na ludzi młodych. Po prawie 7 latach zdecydował odejść, gdyż stwierdził, że badminton jest sportem ludzi młodych i młodzi powinni nim zarządzać. W swoim końcowym wystąpieniu jednak podkreślił rolę starego zarządu, bez
którego te zmiany nie byłyby możliwe. Wymienił z nazwiska i imienia najbardziej zasłużone osoby: Giselę Hoffmann, Irenę Delvai, Jadwigę Ślawską Szalewicz, Andrzeja Szalewicza.
Coubertina na dalszy ciąg zawodów – finały Mistrzostw Świata w badmintonie. Poniżej podaję wyniki finałów:
Debel kobiet
Galeria „Na Trawiastej” w Aninie zaprosiła nas dzisiaj na wystawę malarstwa księdza Jerzego WOLFFA. Pozwólcie, że przybliżę wszystkim postać księdza Wolffa, osoby legitymującej się niezwykłym wprost życiorysem, powiedziałabym wręcz dramatycznym. Anin miał to szczęście, że ksiądz Jerzy Wolff dwa lata był tutaj wikariuszem i katechetą.W roku 1952 aresztowany został wikary ks. Franciszek Różalski. Ówczesny Proboszcz naszej Parafii ks. Piotr Pieniążek wystąpił do władz kościelnych o przydzielenie nowego wikarego, którym był Jerzy Wolff.
Jego uczniów, Lidki Nowakowskiej z d.Rzepko i Andrzeja Szalewicza). Po dwóch latach, ze względów zdrowotnych, przeniesiony został do Otwocka, następnie zaś do Warszawy i do Lasek, gdzie spędził ostatnie 27 lat.
Pod koniec wojny znaczna część jego prac (głównie rysunki i akwarele) spłonęła. W 1944 roku, po krótkim pobycie w Lublinie, przez kilka miesięcy inwentaryzował zbiory malarstwa w Pałacu Kozłowieckim. W 1945 roku zamieszkał na Saskiej Kępie w Warszawie. W pierwszych latach po wojnie aktywnie uczestniczył w organizowaniu życia artystycznego. Wraz z Janem Cybisem redagował „Głos Plastyków”. Był wiceprezesem Zarządu Głównego ZPAP w latach 1947 – 1948. Latem 1948 roku wyjechał na trzymiesięczne stypendium do Francji. Po powrocie do kraju wstąpił do Seminarium Duchownego w Warszawie. Porzucił malarstwo. W 1952 roku otrzymał święcenia kapłańskie. Był duszpasterzem w Aninie, Otwocku, Warszawie, a od 1958 roku w zakładzie dla Niewidomych w Laskach pod Warszawą. Wiosną 1959 roku, po jedenastoletniej przerwie, wrócił do malarstwa. Od tego czasu brał udział w wystawach w kraju i za granicą. Miał siedem wystaw indywidualnych: w Zachęcie w Warszawie (1959, 1966, 1973, 1981) ; W KMPiK-u w Białymstoku (1971), w Domu Artysty Plastyka w Warszawie (1978); w Muzeum Archidiecezji Warszawskiej (1979). W 1974 otrzymał Nagrodę Krytyki im. C.K. Norwida. W 1979 został laureatem Nagrody Fundacji im. Alfreda Jurzykowskiego w Nowym Jorku. Bibliografia
publikacji Jerzego Wolffa liczy ponad 100 pozycji. Przed wojną pisał m. in. w „Głosie Plastyków”, „Arkadach”, „Prosto z Mostu”, „Ateneum”. W latach czterdziestych publikował m. in. w „Odrodzeniu”, „Zdroju”, „Przeglądzie Artystycznym”, „Problemach”, „Twórczości”, „Nowinach Literackich”. Po 1959 roku zamieszczał teksty o sztuce m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Więzi”, „Znaku”, „Twórczości”, „Tekstach”. Wydał książkę o Aleksandrze Gierymskim (1948), studium o malarstwie Zygmunta Waliszewskiego (1969) i zbiory esejów: „Kształt Piękna” (1973) i „Wybrańcy sztuki” (1982). Kilkanaście jego książek w rękopisach i maszynopisach znajduje się w zbiorach Sekcji Rękopisów Biblioteki Uniwersyteckiej KUL w Lublinie…” Przytoczyłam tu informację dotycząca Jerzego Wolffa, napisaną przez pana Krzysztofa Hrabaszewskiego. Wydaje mi się, że aby poznać lepiej malarza powinno się oddać mu głos, aby sam siebie zaprezentował. Poniżej tekst, w formie listu, do pani Heleny Kuszell, (list znajduje się w Jej posiadaniu) rzeźbiarki, uczennicy Wolffa:
Pytasz o radę odnośnie Twojego „fachu”. Widzisz – fachowcem w sztuce to się zostaje przez wysiłek w codziennej pracy, dającej owoce. Nie ten jest fachowcem, kto skończył akademię, czy jaką inną szkolę artystyczną (w sztuce dyplom jest niczym), ale ten, kto ma coś do powiedzenia, i kto wypowiada się dobrym językiem plastycznym (jeśli jest plastykiem). Wielkie ambicje są bardzo pożyteczne, wielkie ukochania czynią życie bogatym, ale dobrą sztukę robi ten, kto posiadł dobre „rzemiosło”, które zdobywał codzienną, świadomą pracą, nie ma innego środka, niż praca. Ale widzisz, ta praca, ten codzienny wysiłek musi pochodzić z potrzeby wewnętrznej jakiejś całkiem absolutnej – muszę rzeźbić, muszę malować, bo mi to jest potrzebne do życia, jak oddychanie. Jeśli to nie jest konieczne, to widać powołanie jest jakieś inne. Kiedy Bóg polecił mi wstąpić do Seminarium, to tak od razu uczynił, że malowanie przestało być dla mnie koniecznością, a ludzie tak sobie jakoś naiwnie wyobrażają, że ja teraz wrócę do malarstwa (raz, czy parę razy na tydzień). Po co miałbym wracać, skoro malarstwo przestało być dla mnie koniecznością? Ten jest artystą, kto sobie może powiedzieć za św. Pawłem: „biada mi, gdybym nie malował, nie rzeźbił”. Tylko ten. Ten jest artystą, kto swoje dzieło nosi w sobie jak kura jajko, i kto myśli wciąż o tym, by znaleźć odpowiednie miejsce i odpowiedni czas, by to jajko znieść. Można tak to jajko nawet całe lata w sobie nosić, i można czuć, jak ono tam w nas pęcznieje do tego stopnia, że w końcu znosimy je już byle gdzie, byle się tego słodkiego ciężaru pozbyć. (….) X.J.Wolff Anin, 23 XI 1952
wiosennego dnia roku 59, gdy mi w oko wpadł pejzaż z dachem równie kaplicy czerwonawym, jak bliżej, tuż, bliziutko, czerwona cegła w kupę złożona. I z drzewami licznymi, jakich tutaj nie brak, skoro w lesie wszyscy w Laskach siedzimy. A pamiętam tym lepiej, że wciąż mieszkam tu dalej i oglądam codziennie równie dachy kaplicy, jak i drzewa te same. Cegły tylko już dawno wywieziono i ludzi brak też dawnych i miłych. Jak to zwykle, oczywiście, w tym życiu. Tam ich wszystkich jednak pewnie zobaczysz. Co to będzie za radość! Znów się spotkać, rozmawiać! Zaś odnośnie malarstwa, to mnie zafrapowało najbardziej, żem się poczuł tak swobodny, jak dawniej – tak zupełnie, jak gdyby jedenaście lat owe nie liczyły się ani trochę, wcale. Tak, jak gdybym nie przestawał malować.Po tej pierwszej temperce przyszły inne natychmiast – z tego okna, tamtego – bo z każdego z tych okien coś widziałeś ładnego, co kusiło po dawnemu do pracy. Naprzód z okien malowałem, a potem, gdy zrobiło się cieplej, tom wychodził na pejzaż jak za dawnych lat całkiem: czasem z farbą, a czasami z ołówkiem. I znów stałem się malarzem, tak raptem, jak nim kiedyś być przestałem, też raptem. Lecz poczułem się malarzem dopiero w czas „wakacji” w Sobieszewie, nad morzem. Bom się wybrał tam, jak dawniej z farbami, z tekturkami, sztalugą, po to, aby malować z dawnym moim sprzed lat wielu zapałem. No i przywieźć do „domu” plon obfity następnie, bom tam nieraz malował po trzy razy na dobę. Z okien również czasami, ale często w plenerze: niebo, drzewa i domy, i niekiedy też wodę, skoro staw byt niedaleko od domu. A był pejzaż ładny wszędzie, naprawdę. Stąd pławiłem się równie w obserwacjach, jak w pracy, odnajdując siebie znowu dawnego. Już tym razem, mam nadzieję, na „zawsze”! Choć to „zawsze” nie zawsze całkiem było, prawdę mówiąc, jednakie,
skoro tamtej jesieni, po powrocie z Sobieszewa nie mogłem się czas pewien znów zabrać tak jak zwykle, jak trzeba, do sztuki. Był listopad, dość chmurny, jak to zwykle listopad, i to mnie tak do pracy zrażało, żem – pamiętam – się nie mógł wcale zebrać. Dopiero koło grudnia się jakoś odetkało i jużem wtedy zabrał się z pasją do malarstwa z powrotem, mając stale w pamięci mą wiosenną tegoroczną wystawę, która również wpłynęła jednak bardzo na mą pasję, bo skoro kiedyś byłem malarzem, mogę teraz z powrotem nim znów zostać, gdy zechcę. A że chciałem, więc nuże… Trzeba zacząć malować! Malowałem więc pejzaż, stale pejzaż z początku. Z tego okna, tamtego. Od sąsiadów na piętrze. Pejzaż tu jest dość ładny, by mnie sobą zachęcać. Miałem przy tym tradycję w moim życiu w tym sensie. Ilem ja ich napłodził! Przyszedł jednak czas taki, gdy odniosłem wrażenie, że natura to wiele, ale jednak absolutnie nie wszystko. Jeżeli coś ci do głowy malarskiego przychodzi, no to maluj, człowieku, z głowy, a nie z natury tylko, stale, koniecznie. Nosić w sobie pomysły, nie korzystać z nich nigdy, to tak, jakbyś płód nosił miast go zrodzić po ludzku, wydać na świat, by żyło, co się w tobie w jakiś sposób poczęło. Że mi stale do głowy coś przychodzić zaczęło, to był widać znak jakiś: maluj, człeku, coś sobie wyśnił jakby na jawie! Maluj człeku… powiedzieć wiele łatwiej niż czynić. Bo choć we mnie się rodzić tamte rzeczy zaczęły późno bardzo, bo koło sześćdziesiątki,
gdy byłem już „dojrzałym” całkowicie malarzem – tak by mogło w każdym razie się zdawać – to mi wcale nie poszło łatwo owo rodzenie. Doskonale pamiętam jak to było z tą pierwszą moją wizją abstrakcyjną poniekąd – ile było nieprzewidzianych trudności. (…) Jeśli bowiem punktem wyjścia jest wizja – ta wewnętrzna – to do niej tak nie możesz powracać, jak wracasz do pejzażu przed sobą, czy butelki na stole, gdy malujesz przed naturą do „końca”. Kiedy punktem dla cię wyjścia jest wizja, to się ona w czas pracy powolutku, jak gdyby, rozpływa. No i wizję pierwotną zastępuje powoli wizja płótna, obrazu, który trzeba ci tworzyć korzystając z twej wiedzy, na czym obraz w gruncie rzeczy polega. Stąd nie jesteś „kopistą” nigdy wizji pierwotnej, ale twórcą nieustannie obrazu i stąd trzeba ci wciąż korzystać z twej wiedzy artystycznej – inaczej nie podołasz nigdy w życiu zadaniu. Ona będzie ci bowiem przewodnikiem, ta wiedza. Wiedza o tym, czym obraz jest naprawdę, w swej treści literalnie najgłębszej, a więc treści artystycznej, formalnej. Że jest jakąś plastyczną w gruncie rzeczy konstrukcją, „po prostu”. Stąd też owo malowanie „z fantazji” jest wspaniałym doskonałym ćwiczeniem, egzaminem jakowymś ustawicznym z tej wiedzy, jaką w życiu artystycznym nabyłeś. I dlatego tak ogromnie czymś cennym w twoim życiu artystycznym, malarskim. A zarazem jest prawdziwie czymś ważnym niezrywanie całkowite z naturą, która dla nas jest zawsze, bo być musi, koniecznym punktem wyjścia, w jakiś sposób, w malarstwie. Nawet kiedy uprawiasz abstrakcję, to z natury w gruncie rzeczy wychodzisz, skoroś z niej to zaczerpnął pojęcia: równie barwy, jak waloru i linii. A poza tym – co jest ważne niezmiernie, bo stanowi w danym razie fundament twego życia calutkiego artysty – też gry barwnej koloru. Jedno z drugim, wobec tego uprawiaj. Maluj sobie przed naturą, lecz również maluj „z głowy”, jeżeli ci do głowy coś przyjdzie. A przychodzić wciąż będzie, jeśli twoje widzenia punktem wyjścia się staną w powstawaniu kompozycji twoich jakichś malarskich. Wtedy one pomyślą sobie bodaj, że warto tego kogoś zapładniać, skoro dzieci z niego stale się rodzą, kompozycje powstają stale, jedna za drugą. Bo inaczej by one – te widzenia, te wizje – zniechęciły całkowicie się chyba? (…)
„Już jesień, już wrzesień kolory śle…” lalaalalala lalalala, tak sobie podśpiewywałam chodząc po moim ulubionym targu w Warszawie przy ul. Zamienieckiej, popularnie zwanym „Bazarem Szembeka”. Od czasu do czasu melodia zamieniała się w piosenkę Czesława Niemena „… mimozami jesień się zaczyna…” to prawda, mimozami, ale też i grzybami. A na straganie u pana Daniela i Eli grzybów zatrzęsienie. Ponieważ sama boję się grzyby zbierać, a zresztą nie mam takich możliwości w lasach podwarszawskich więcej zbierających aniżeli grzybów, postanowiłam kupić kilka kilogramów obranych maślaków, tak, tak obranych, no i kilka kilogramów podgrzybków. Mam okazję pokazać co robię z grzybkami i jak je przygotowuję, aby na Boże Narodzenie, gdy będziemy znowu Rodzinnie robić pierogi i gotować zupę grzybową sięgnąć po nie na półkę i przygotować ulubione rodzinne danie.
Oto pierwszy przepis na maślaki:
Maślaki w śmietanie
Podgrzybki suszone
pieprzu, ziela angielskiego, 4-5 listków laurowych, 5 goździków, , cebula pokrojona w piórka, ale może być też bez cebuli, sól do smaku. Ja dodaję 2 łyżeczki cukru. Zalewę gotujemy i gorącą zalewamy gorące grzyby w słoikach, zakręcamy mocno, stawiamy na ściereczce do góry dnem i zostawiamy do następnego dnia. Naklejamy karteczki z napisem i datą wykonania i to wszystko.
Trwa sezon owocowy, a teraz już zaczęły dojrzewać śliwki, moje ukochane śliwki węgierki.
składniki: 10 kg śliwek węgierek, 0,7 kg cukru, (ilość cukru zależy od tego jak słodkie śliwki mamy do przerobienia)
mieszania śliwek podczas ich smażenia!
wykonanie: wszystko miksujemy razem, tylko jajka dodajemy po jednym ciągle miksują (cukier i masło cukier waniliowy i proszek do pieczenia),smarujemy brytfannę oliwą, posypujemy mąką, wylewamy całe ciasto i układamy dowolną ilość śliwek,wstawiamy do zimnego piekarnika, pieczemy 45 min w temperaturze 180 stopni.
W piątek pojechaliśmy na zawody zobaczyć halę Pierre de Coubertin, przywitać Znajomych bliższych i dalszych. Ubrana w cienką sukienkę uważałam, że jestem przygotowana na umiarkowane ciepło. Na Hali zawodów okazało się, że upał jest ogromny, wentylacji ani śladu, jak też klimatyzacji. Ja to ja, po prostu płynęłam, zużywając ponadwymiarowe ilości chusteczek, ocierając pot z czoła. A co mieli mówić zawodnicy, rozgrzani, grający, biegający po boisku? Hala pięknie przygotowana, wszędzie królował kolor fioletowy. W upale, w miłej atmosferze przyjacielskich spotkań dotrwaliśmy do końca pierwszej części gier przypadających na piątek. Po południu postanowiliśmy iść na spacer. Wieża Eiffla, którą widzieliśmy z okien hotelu była tak blisko… Kusząco blisko. Toteż Andrzej z mapą w ręku poprowadził nas, (towarzyszyła nam znajoma) w stronę wieży. Nie wiem czy była to najkrótsza trasa, czy biegła ona wokół naszej dzielnicy Porte de Versailles oraz wokół terenu Expo, przy którym mieszkaliśmy, a zajmuje on kilkanaście hektarów ziemi, ale poprzez ulice Rue de la
Croix Nivert, przechodząc do placu Cambronne, a następnie Rue Cambronne. Spacer był długi i męczący i zabrał nam ponad 5 godzin, a im bliżej była Wieża tym moje nogi były bardziej zmęczone i chciały mi wejść w uszy. W końcu jakoś idąc Rue Cambronne wyszliśmy całkiem niespodziewanie na Ecole Militaire i tutaj przed nami roztaczał się już Champ de Mars, a na jego zwieńczeniu stała nasza Wieża Eiffla. Piękna budowla XIX stulecia. Jeszcze nie była oświetlona, jeszcze była groźna żelastwem, z którego była zbudowana przez inżyniera Eiffla, ale oto przed nami stał symbol Paryża w całej swojej maestrii. Wieżę Eiffla wybudowano z okazji wystawy światowej zorganizowanej na stuletnią rocznicę rewolucji francuskiej. Wieża posłużyła, jako brama wejściowa na tereny wystawy. Nazwano ją od nazwiska jej budowniczego, francuskiego inżyniera budowy mostów Aleksandra Gustawa Eiffla. Budowla składa się z ponad 18000 elementów połączonych ze sobą ponad 2, 5 milionami nitów i waży około 10500 ton. Na pierwszym piętrze znajduje się restauracja, a na drugim – taras. Kiedyś miała tu swoje biura gazeta „Le Figaro”. Wieża jest konserwowana co 7 lat, a do jej odmalowania zużywa się 50 ton brązowej farby. Co roku odwiedza ja około 3 milionów turystów. Ponieważ minęła godzina 20.00 nagle wieża rozbłysła milionem świateł, co jest pokazane na zdjęciu obok. Nie jestem wytrawnym fotografem, aparat mam taki typu „a la idiot” stąd być może zdjęcia nie są tak ostre, jak być powinny, jednak pokazują jak wyglądała „staruszka” wieczorem. Przeszliśmy jeszcze
nad Sekwanę, popatrzyliśmy na pływające stateczki, a ja stwierdziłam, że dalej bez wypicia kawy oraz kieliszka wina iść nie mogę, no może być jeszcze jakaś pyszna tarta. No po prostu nie i już. Na Avenue de Suffren pełno jest małych Braserie, i jedna z nich stała się naszą przystanią na ponad godzinę. Czerwone wino dla Andrzeja i Haliny, dla mnie kawa, creme caramel, i tarta jabłkowo- bezowa oraz na deser creme brulee. Same pyszności, szczególnie po marszu 12 kilometrowym. Być może dla Was to nic, ale dla mnie był to pierwszy spacer po drugiej operacji stawu kolanowego, kiedy po raz drugi wymieniono mi protezę kolana. Jak dla mnie bomba. Okazało się, że choć nogi, a właściwie kolana są zmęczone, to jednak dałam radę! Dlatego tak bogaty zestaw deserów był mi na ten dzień przeznaczony. W bardzo dobrych humorach, śmiejąc się prawie przez cały czas naszej eskapady, metrem wróciliśmy do hotelu.W jakim błedzie byliśmy sądząc, że na dzisiaj program wypełniliśmy z nawiązką. W hotelu czekało na nas zaproszenie na kolację, która zaczynała się o godz.22.00.Europejska Konfederacja Badmintona zaprosiła nas na spotkanie starego i nowego Councilu. Szybki prysznic, zmiana garderoby i znowu jesteśmy z Andrzejem na dole. Joao Matos- Portugalia, Alberto Miglietta –Włochy, obaj Vice Prezydenci BEC z żonami, Rittchi T. Campbell- dyrektor finansowy, Korina Dan, dyrektor ds. współpracy między federacjami, Andrej Pohar- Słowenia dyrektor administracyjny, Christine Skropke Niemcy- dyrektor marketingu oraz pozostali członkowie starej i nowe Rady, w tym ja
i Andrzej- Polska, Gisela Hoffman (była sekretarz generalna) Niemcy, Irene Delvai (była dyrektor ds. zawodów, była sędzina) Szwajcaria, zasiedliśmy wokół przygotowanego dla nas stołu. Wybór dań nie sprawiał kłopotu, ja poprosiłam o mix sałat, Andrzej- jagnięcinę, a na deser? No nie, ja już wszystkie desery świata miałam za sobą, a na więcej nie było już miejsca. Kawa double espresso towarzysząca rozmowom, zarówno tym poważnym, jak i wesołym zakończyła wspaniale ten długi dzień. Jak miło było znowu spotkać naszych Kolegów, z którymi ja pracowałam ponad 16 lat, a Andrzej 4 lata. Przywołując wspomnienia z różnych wspólnych wyjazdów, popijając kawę, żartując przy kolejnym kieliszku czerwonego wina, tak upłynął nam wieczór. Zmęczenie powróciło wraz z powrotem do pokoju. Długa kąpiel w wannie przyniosła oczekiwany relaks zmordowanym nogom.
Spotykamy znajome osoby, w tym kandydata na prezesa Europejskiej Konfederacji Badmintona, złotego medalistę Igrzysk Olimpijskich w Atlancie w 1996 r., w grze pojedynczej mężczyzn Duńczyka Petera Hoyer Larsena. Miła rozmowa trwa z pół godziny. Wspominamy Atlantę, sukcesy Petera i życzymy wszystkiego dobrego w prowadzeniu naszej Konfederacji (Kongres w niedziele 29.08.2010). W VIP Longue są wszyscy ważni dla światowego i europejskiego badmintona. Jest Prezes Francuskiej Federacji Badmintona pan Paul-Andre Tramier, któremu gratulujemy świetnej organizacji zawodów. Hala pełna, telewizja Eurosport transmituje gry, dobra robota.
samej nazwie „Notre Dame ” na kawie (Gisela jest przed operacją obu stawów biodrowych), stąd musimy zwracać szczególną uwagę na jej możliwości chodzenia. My z Andrzejem idziemy do ulubionych przez nas bookinistów mających swoje kramy nad Sekwaną. Już w pierwszym stoisku kupujemy dwa obrazki z le volant i tenisem, a w następnych wynajdujemy kolejne dwa. Jesteśmy bardzo zadowoleni, gdyż ja od 30 lat zbieram rysunki związane z badmintonem, volantem, tenisem jednakże muszą one być stare i stylowe. Najwięcej moich obrazków o tej tematyce zakupiłam w Anglii, jednak zakupy w okolicy katedry, zawsze są stałym punktem naszego pobytu w Paryżu. Dla porządku i ze zwykłej ciekawości przeglądamy wszystkie stoiska, aby nie mieć do siebie żalu, że cokolwiek przeoczyliśmy. Nie, jednak nie przeoczyliśmy. Mamy cztery nowe obrazki. Wracamy do oczekujących pań,
wypijamy kawę a niektórzy nawet piwo – to Andrzej, i wracamy razem, bardzo powoli do hotelu, do którego docieramy około godziny 20.30. Jutro trzeba wstać bardzo rano, ponieważ o godz.8.00 autokar zabiera nas do Francuskiego Komitetu Olimpijskiego na Kongres Europejskiej Konfederacji Badmintona.
Wyjazd do Paryża był niespodzianką zarówno dla mnie jak i dla Andrzeja. Planowaliśmy nasze tygodniowe wakacje, jednak raczej sądziłam, że polecimy do naszej ulubionej Grecji aniżeli do Paryża. Jednak jak to w życiu bywa planujemy jedno a realizujemy zupełnie coś innego. Ale zacznijmy wszystko od początku. W kwietniu tego roku miał się odbyć Doroczny Kongres Europejskiej Konfederacji Badmintona w Manchesterze przy okazji organizowanych tam zawodów. Niestety ze względu na wybuch wulkanu islandzkiego na Kongres nie doleciała wystarczająca liczba delegatów i w związku z tym nie było quorum, stąd też Rada Europy postanowiła zorganizować nadzwyczajny zjazd podczas Mistrzostw Świata, które w dniach 23-29 sierpnia odbywały się w Paryżu. I tak uzgodniono, nową datę 29 sierpnia o godz.9.00 i zaproszono delegatów. Zaproszenie dotarło również do mnie i Andrzeja, prezesów honorowych Polskiego Związku Badmintona a jednocześnie byłych Vice Prezydentów Europejskiej Unii Badmintona – obecnie Badminton Europe Confederation. Wyjaśniam, że zarówno Andrzej jak i ja byliśmy Vice Prezydentami BEC – Andrzej w latach 1987 -1989, ja w latach 2005 – 2007.
hali gdzie trwają pojedynki kwalifikacyjne. My raczej nie mamy powodów do świętowania dobrych wyników, ponieważ zarówno Przemek Wacha w singlu mężczyzn, jak i debel męski Michał Łogosz/Adam Cwalina, oraz w deblu kobiet Agnieszka Wojtkowska Wojtkowska/Natalia Pocztowiak wszyscy odpadli w pierwszej rundzie zawodów. Nasz exportowy mixt Robert Mateusiak/Nadia Zięba w pierwszej rundzie miał wolny los, a w następnej rundzie przegrał w trzech setach z mixtem z Singapuru. I nie ważne jest, że w drugim secie grali świetnie, byli parą rozstawioną na tych Mistrzostwach z numerem trzy i mieli realną szansę na brązowy medal, jednak jak to w życiu bywa, nie bardzo znany mixt (20 miejsce na liście światowej) wygrał tym razem i nasza para bardzo rozgoryczona pożegnała zawody. Wielka szkoda. Prawdę powiedziawszy widząc losowanie właśnie tej pary, bardzo się ucieszyłam, że lecimy na ćwierćfinały, półfinały i finały do Paryża, gdyż kilka razy już zapowiadałam, w moich wpisach, że właśnie oni mają największe szanse na medal na mistrzostwach świata i kolejnych Igrzyskach Olimpijskich. Ale życie ciągle płata nam figle, i tym razem też. Wielka szkoda. Moje przewidywania nie były gołosłowne gdyż w programie zawodów wydanych przez Francuską Federację Badmintona zdjęcie naszej pary zajmuje całą stronę a komentarz do niego był mniej więcej taki: spośród zawodników reprezentujących Europę największe szanse w grze mieszanej ma polska para Robert Mateusiak/Nadia Zięba. Bardzo ale to bardzo żałuję, być może straciliśmy na zawsze szansę zdobycia medalu na Mistrzostwach Świata, trudno, jak to się mówi może „ next time” , oby! Niestety przyjechaliśmy w czwartek a nasi zawodnicy skończyli swoje gry wcześniej, tak więc mogę tylko skorzystać z relacji naocznego świadka. Pozwólcie, że zacytuję urywek sprawozdania z zawodów, przygotowanego przez pana Janusza Rudzińskiego, który był na Mistrzostwach Świata i relacjonował je na bieżąco na stronie
Mateusiak i Zięba spadli o kolejny stopień. Przegrali już w 1/16 finału, czyli zajęli miejsce 17-32. Dalej nie zaszli również pozostali nasi reprezentanci, odpadając też w 1/16 lub wcześniej. Polakom nie udało się nie tylko wygrać choćby jednego meczu, ale nawet jednego seta (z wyjątkiem miksta Mateusiak/Zięba). Obserwując grę wszystkich naszych reprezentantów trudno mi było wyobrazić sobie, że mogliby zdobyć medal nawet przy dużo lepszym losowaniu. Potwierdzają to pośrednio również wyniki pogromców Polaków. Singapurczycy, którzy wyeliminowali Mateusiaka i Ziębę, przegrali w następnej rundzie z Hindusami. Hindusi przegrali w następnej rundzie z Koreańczykami. Koreańczycy ulegli potem Chińczykom. Tajemnica słabych wyników Polaków na mistrzostwach świata polega między innymi na tym, że konkurencja szykuje na te zawody szczyt formy i dlatego Biało-Czerwonym trudniej osiągnąć tam wysokie lokaty. Nie można powiedzieć, że Polacy prezentowali się na tegorocznych mistrzostwach zupełnie słabo. Moim zdaniem troje zawodników grało na wysokim poziomie (Michał Łogosz, Wojciech Szkudlarczyk, Nadia Zięba, ta ostatnia jednak nieco nerwowo), na średnim poziomie grał Adam Cwalina, nierówno i zdecydowanie poniżej swoich możliwości grał Robert Mateusiak, blado wypadły Agnieszka Wojtkowska, a zwłaszcza Natalia Pocztowiak. Przemek Wacha grał bardzo słabo w pierwszym secie, średnio w drugim. Z dużym zainteresowaniem czekałem na występ duetu Cwalina/Łogosz . Nie zauważyłem, by ktoś liczył na ich zwycięstwo z Indonezyjczykami, ale… Wielu kibiców pamięta zwycięstwo Łogosza i Mateusiaka na Igrzyskach w Atenach nad silną parą indonezyjską. Wprawdzie obecni przeciwnicy deblistów to para opromieniona wielkimi sukcesami, ale można było liczyć na podjęcie z nimi wyrównanej walki.
Na pocieszenie deblistom pozostało to, że ich pogromcy zdobyli przynajmniej w Paryżu brązowy medal. Przemek Wacha nie potrafi powrócić do wielkiej formy sprzed lat…(..) Największe nadzieje wiązano, jak powszechnie wiadomo, ze startem polskiego topowego miksta. Jego klęska stanowiła niemalże szok dla kibiców i – jak się wydaje – dla samych zawodników, którzy schodzili z areny Pierre de Coubertin jak bokserzy po porażce przed czasem. Klęska ta odbiła się więc znaczącym echem; wspominaliśmy już wcześniej o wypowiedzi Mateusiaka dla Polskiej Agencji Prasowej. Teraz zwróćmy uwagę na publikację w białostockim wydaniu „Gazety Wyborczej”. Jej dziennikarz, Adam Muśko, rozmawia zarówno z Zico (Robert Mateusiak”, jak i prezesem PZBad, Michałem Mirowskim. Gazeta anonsuje na początku, że trzecia para w rankingu światowym – Robert Mateusiak/Nadieżda Zięba – już po pierwszym meczu odpadła z mistrzostw świata. Polacy nie wygrali żadnego meczu w Paryżu. Najbardziej utytułowany nasz badmintonista twierdzi, że główną przyczyną fatalnych wyników są działania zarządu Polskiego Związku Badmintona. Zacytujmy wybrane fragmenty wypowiedzi Mateusiaka.
- W środowisku badmintonistów wszyscy się dziwią, jak my to robimy. Bez masażysty, trenera wygrywamy największe imprezy na świecie. Na zwycięstwo [...] Miało wpływ także to, że od września do kwietnia gramy w bardzo silnej lidze w Danii, gdzie mamy okazję konfrontacji z najlepszymi. Wtedy jesteśmy w formie. Naszej parze brakuje stabilizacji głównie, dlatego, że nie mamy trenera, który byłby z nami na stałe. Te wyniki to wyłącznie zasługa moja i Nadii, naszego uporu i dążenia do celu. Związek jedyne, w czym nam pomaga, to po prostu wysyła nas na te turnieje. [...]
Wszyscy wiedzą, że rok 2010 jest rokiem obchodów 100 lecia Anina. Klub Kultury „Anin” zaprosił mieszkańców i sympatyków Anina dzisiaj, w dniu 4 września na muzyczno- słowno- taneczny prezent z tej właśnie okazji. W programie przewidziano wręczenie nagród laureatom konkursów „Bywalec Anina”, oraz popołudnie w towarzystwie anińskich poetów, których wiersze recytował Tadeusz Woźniakowski, jednocześnie konferansjer a przed wieloma laty wspaniały polski piosenkarz, śpiewak operetkowy i kompozytor muzyki rozrywkowej, a także muzyk i aktor.. Od roku 1956 koncertował na estradzie. W latach 1958-1960 był aktorem operetki w Łódzkim Teatrze Muzycznym. W latach 1961-1970 stworzył liczne nagrania z Orkiestrą Taneczną Polskiego Radia pod dyr. Edwarda Czernego i z Orkiestrą pod dyr. Henryka Debicha. W latach 1971-1979 aktor i piosenkarz teatru „Syrena” w Warszawie. Kompozytor licznych piosenek, za które otrzymał wiele nagród na festiwalach i konkursach. Jego utwory to między innymi: „Automobil”, „Gdy ci serca brak”, „Imieniny, imieniny”, Zawołaj, „Niech pan nie zamyka bramy”, ”Kiedyś w święto winobrania”, ”Mnie wystarczy Monte Verde”, „W dni wielkie i skończone”, „Lutnia i żołnierz”, ”Most zakochanych”, „Posłuchaj coś ci powiem”,
„Znów razem”, „Żurawie odlatują” i wiele innych. Starsi fani pamiętają Pana Tadeusza Woźniakowskiego z wykonania takich piosenek jak: „Komu piosenkę”, „Wspomnienie”, „Ty jeszcze nie wiesz”, „Wiosną mi bądź”, „Czy pani tańczy twista” (wykonanie razem z Violetta Villas), „Rudy rydz”, „Zginęła mi dziewczyna”, i wielu, wielu innych.
na straży tradycji i piękna krajobrazu- prezentowany wiersz: ”Lament aniński 2005”; Alicja Francman- jej poezja jest utkana z najpiękniejszych nici słów, artysta plastyk, od 1939 r związana z Aninem- prezentowany wiersz „Osiedle poetów”; Zdzisław Głowacki – chciałby zatrzymać czas i cieszyć się zwykłą chwilą spędzoną z bliską osobą, wrażliwy artysta, któremu nieobce sa różne dziedziny sztuki – prezentowany wiersz Anińskie lasy”; Joanna Oxyvia Jankowska- wielka aglomeracja jest dla niej źródłem natchnienia, ale tez zmorą od której pragnie uciec w świat przyrody – prezentowany wiersz: ”Znajoma ulica”; Krystyna Kaczyńska Fusiecka – bardzo często w swoich lirykach stosuje ironię, prezentowany wiersz: „Zza ściany”; Andrzej Kosiński – wkracza w świat historii małych i wielkich ojczyzn (Anina, Falenicy i Kresów Wschodnich) uwikłanych w dzieje ludzkości, prezentowany wiersz: „ Ballada na koniec wieku”; Maria Kościuszko – poetka „linii otwockiej” ukazuje piękno
tego regionu, prezentowany wiersz: „W anińskiej Farlandii mieszkał poeta Konstanty…”; Aldona Kraus – ukołysana przez komorowski ogród zamieszkała wśród wawerskich sosen i bezgranicznie oddała się Aninowi. Urodzona w Konstancinie, emocjonalnie związana z Komorowem, ale wiersze o bogatej skali nastrojów, zaczęła pisać w Aninie. Jej dom przeniknęła poetycka aura, także za sprawa ks. Jana Twardowskiego, spędzającego wakacje u poetki, która nazywa siebie „lekarzem okulista piszącym wiersze” –prezentowany wiersz: „ Z myślą o Julianie Tuwimie”; Małgorzata Krupińska Nowicka – potrafi ukazać różne odcienie smutku w krótkim poetyckim przekazie: prezentowany wiersz: „Jan od biedronki”; Henryk Ławrynowicz – stosował bogatą gamę nastrojów tworząc wiersze refleksyjno- historyczne, okolicznościowe oraz o charakterze egzystencjonalnym – prezentowany wiersz: „Madrygał na cześć mamusi i jej pierworodnej”; Aneta Michalska – pokazuje swiat rozpięty między niebem a ziemią, dostrzega żywioły tkwiące w człowieku, ale wyciszone dzięki metaforom, prezentowany wiersz: „Planeta Anin”; Jakub Michalski –jego wiersze melodyjnie wpływają do serca, ponieważ nieobca mu jest również muzyka- prezentowany wiersz: „Las aniński”; Katarzyna Nowak – aktualizuje kulturę
antyczna i nowożytną , aniński limeryk sugeruje, że autorka skrywa także ironiczny ogląd świata- prezentowany wiersz: „Limeryk aniński”; Wacław Okniński –zapatrzony w przeszłość ukazuje piękno otaczającego nas świata – prezentowany wiersz: „Piosenka na pięćdziesiątą rocznicę matury”; Dariusz Osiński – nazywa swoje wiersze „glinianymi” odwołując się do wykonywanego zawodu – artysty ceramika-prezentowany wiersz: „Anińskie pogaduszki”; Mirosław Perzyński – błyskotliwe połączenie refleksji i żywiołu miasta, a czasem czarnego humoru- prezentowany wiersz „Piękna pani z ulicy Hertza…” Karina Stolarska – ukazuje kobiety doświadczone przez miłość- miłość, która rani. Pojawiający się w jej wierszach dom i ogród, przemykające zwierzęta, subtelny dowcip koją dusze. Ukazują urok dnia codziennego- prezentowany wiersz: „Ulica jakże moja”; Maria Sulich Wawrzyk – łączy refleksję z ostrym spojrzeniem na świat- prezentowany wiersz: „Anin- jej azyl”; Maria Suska Klink- satyra, ironia, żart to oręż poetki- prezentowany wiersz: „Pociąg pana Tuwima”; Lidia Szafrańska – potrafi każde zdarzenie ująć w ciekawy splot metafor- prezentowany wiersz: „Księże Janie”; Jadwiga T.Szymczak – uważa, że „ poeci zmuszają ciszę do mówienia”, ona zmusza ludzi do twórczego działania, ale przede wszystkim siebie do aktywnego życia, a pomaga jej w tym literatura- prezentowany wiersz: „ Alicji”; Wiesława Zborowska- subtelnie działa na zmysły –
prezentowany wiersz: ‘Moje miejsce Anin”; Podczas recytacji wierszy a także koncertu pana Tadeusza Woźniakowskiego sprzedawana była książka pt: „Aninianie Aninianom” – Antologia Poetów Anińskich, wydana przez Klub Kultury ANIN 2010, pod redakcją pani Beaty Lewickiej. Właśnie ta książka pomocna mi była w zaprezentowaniu naszych anińskich poetów i bardzo jestem szczęśliwa, że właśnie dzisiaj miałam okazję poznać tych wspaniałych ludzi, którzy przechodzą obok nas, a my nie zawsze wiemy, z jakimi wspaniałymi ludźmi mieszkamy w naszym Aninie.
„Antologia Poetów Anińskich”pod tytułem „ Aninianie Aninianom” a ja skorzystałam z tej możliwości i nie tylko zdobyłam autografy ale też zrobiłam kilka zdjęć bohaterom dzisiajszego dnia. Antologia jest bogato ilustrowana reprodukcjami obrazów mieszkanki Anina pani Janiny Zdanowicz, która swoje obrazy wystawiała w maju tego roku w Domu Kultury „Anin” podczas „Otwartych Ogrodów Anina”. Tylko z reporterskiego obowiązku i wielkiej życzliwości dla pani Janiny informuję, że autorka ciągle tworzy mimo swojego młodego wieku 90 lat. Gratulujemy!
Zapewne większość z was nie uwierzy w moją historię, ponieważ mnie samemu też było trudno w nią uwierzyć. No cóż, może zacznę od tego, że nie mam imienia i mogę tylko powiedzieć, że jestem… manekinem. Manekinem? – zapytacie. Otóż tak i to nie byle jakim. Choć do niedawna wolałem zakryć moją osobę wszelkimi kreacjami, pewien dzień odmienił moje „życie” i zmienił poglądy, posłuchajcie…