Subskrybuj kanał RSS bloga Okiem Jadwigi Subskrybuj kanał RSS z komentarzami do wszystkich wpisów bloga Okiem Jadwigi

Archiwum miesiąca Sierpień 2010

przetwory domowe sałatka ogórkowa, dżemy winogronowy, brzoskwiniowy, Trwa sezon ogórkowy. Dzisiaj podam przepisy na ogórki małosolne, które w mojej rodzinie cieszą się wielkim powodzeniem a także na dwie sałatki z ogórkami w roli głównej.  

Ogórki małosolne

 Składniki

 2 kg ogórków „kiszeniaków”,3 litry gotowanej wody wrzącej, 2 łyżki soli, 3 ząbki czosnku, koper do kiszenia ogórków, korzeń chrzanu, 1-2 liście wiśni (ale jak nie ma to nie szkodzi) 

Wykonanie: ogórki myjemy, układamy w glinianym garnku a jak nie ma garnka  to w słoju, wrzucamy czosnek, może być nie obrany, wkładamy chrzan, listki wiśni,. Do dzbanka wlewamy przegotowana wodę (wrzątek) dodajemy 2 łyżki soli, mieszamy aby sól się rozpuściła i zalewamy nasze ogóreczki, dociskamy kamieniem, lub zakręcamy słój zakrętką. Odstawiamy w miejsce ciepłe aby ogórki szybko się zakisiły (po trzech dniach sprawdzamy stan ukiszenia). Przy temperaturach jakie ostatnio panowały w Polsce ogórki małosolne dobre są do spożycia już na  drugi dzień, natomiast gdy jest chłodniej muszą postać dłużej.  Tak samo przygotowuję ogórki kiszone na zimę, kto lubi może dodać gorczycy troszeczkę, i ziele angielskie, jednak dla mnie smak kiszonych ogórków zawsze związany jest z koprem i czosnkiem oraz chrzanem.  

Sałatka ogórkowa wg przepisu cioci Joli  

Składniki

4 kg  świeżych ogórków umyć i pokroić w plastry razem ze skórką, 0,5 kg cebuli obrać i pokroić w talarki, 0,25 kg marchwi obrać i pokroić w paseczki, 0,25 kg pietruszki z natką obrać i pokroić w paseczki, 1 główka czosnku, 1 szklanka octu 10%, 1 szklanka oleju z pestek winogron, 2 płaskie łyżeczki soli, 1 szklanka cukru 

Przygotowane składniki wrzucić do miski i razem wymieszać dokładnie. Sałatkę włożyć do słoików wymytych i wyparzonych (jeżeli myjemy w zmywarce to już proces parzenia możemy pominąć). Do każdego słoika wrzucamy 4 ziarenka pieprzu, 2 ziarenka ziela angielskiego, pozakręcać ale nie do końca ( dokręcimy po pasteryzowaniu). Pasteryzujemy w garnku z woda przez 30 minut. Po tym czasie dokręcamy zakrętki, stawiamy na ściereczce „do góry dnem”. Przyklejamy opis tak byśmy w zimie łatwo rozpoznały co znajduje się w słoiku i jaka była data  wyprodukowania tego właśnie specjału.  Wszystkim , którzy przygotowują przetwory życzę udanych prac oraz znakomitego smaku ich wyrobów. Nie ma to jak własny śliwki w occie i piękna miętadżem czy też sałatka przyniesiona z piwnicy w chłodny zimowy dzień, kiedy wszyscy oczekujemy na słonko, na dłuższe dni i tęsknimy do lata.

Będąc dzisiaj na targu znalazłam piękny świeży czosnek, który na straganie wyglądał raczej mało zachęcająco. Jednak właścicielka namówiła mnie na zakup i miała rację, po obraniu ukazały się świeże piękne ząbki. Proponuję wszystkim przygotowanie czosnku marynowanego wg przepisu cioci Joli.  

Czosnek marynowany   

1 kg dużego świeżego czosnku – obrać, Zalewa: 200 ml wody (niepełna szklanka), 200 ml octu 10% (niepełna szklanka), 1 duża łyżka soli, 2 łyżeczki cukru, 2 ziarenka pieprzu, 5 ziarenek ziela angielskiego, 3 listki laurowe, szczypta cynamonu pół małej łyżeczki.

 Wykonanie:  ząbki czosnku sparzyć na sitku osolonym wrzątkiem, odcedzić, włożyć natychmiast do zimnej wody.

Zalewa : wszystkie podane w przepisie składniki gotujemy z woda i octem, studzimy. Czosnek wkładamy do słoiczków i zalewamy ostudzona zalewą, zakręcamy słoiki. Tak przygotowany czosnek nie psuje się, ma specyficzny smak i kolor. Podajemy do wędlin na talerzyku skropiony oliwą.  

Sałatka szwedzka wg przepisu babci Dziuni  

2 kg ogórków, 0,25 kg marchwi, 0,25 kg cebuli, garść natki pietruszki posiekanej, 20 dkg cukru, 0,5 szklanki oliwy, 0,5 szklanki octu 10%, 2 łyżki soli, liść laurowy, ziele angielskie, goździki.  

Wykonanie: ogórki myjemy i kroimy w plasterki, cebula i marchew obieramy i kroimy w plasterki.  Wszystkie składniki mieszamy w misce. Czekamy aż sałatka puści sok. Wkładamy do słoików, zakręcamy zakrętki i gotujemy w garnku w wodzie 5-10 minut. Sałatka gotowa, ja jeszcze wyjmuję i stawiam słoiki do góry dnem, ale proszę uważać, gdyż są gorące.   

Likier mleczny,  bajkowy!  

nalewki Wszyscy w rodzinie wiedzą, że mleka od małego nienawidzę, ale ten przepis na likier jest pyszny i proszę się nie sugerować nazwą – mleczny! Po wykonaniu zobaczycie, że po mleku nawet marzenia sennego nie ma, ślad ginie. I to jest wg mnie zaleta tego likieru.  

Składniki: 1 litr spirytusu, 1 kg cukru rozpuszczamy w 1 litrze mleka, dodajemy cukier waniliowy, całą cytrynę obieramy ze skórki, kroimy w plastry, 1 szklanka soku pomarańczowego. Podane wyżej składniki wkładamy do słoja na 6 tygodni. Po tym czasie klarowny płyn koloru lekko żółtego lub jak kto woli jasno żółtego ostrożnie zlewamy, zaś ścięte mleko w postaci galarety wyrzucamy, jeżeli nie udało nam się odcedzić płynu bez zmącenia całości przecedzamy przez bibułę filtracyjną lub watę włożoną do lejka.

Likier jest pyszny a z mleka pozostała tylko wielce myląca nazwa, polecam gorąco!  

Dzisiejsze nietypowe przepisy przygotowała

Wasza Jadwiga

ps. Bardzo przepraszam ale od dzisiaj 26.08 do dnia 31.08.2010 wyjeżdżamy ze ślubnym do Paryża na Mistrzostwa Świata w badmintonie, które  w dniach 23 – 29.08.2010 są właśnie tu rozgrywane. Jesteśmy gośćmi Badminton Europe. Spotkamy się natychmiast po powrocie. Obiecuję przywieźć reportaż z pobytu na zawodach, oraz z Paryża, do usłyszenia -Wasza Jadwiga

Wielki Chiński Mur i Jadwiga16.01.1986

No i śpię, ale o 6.40 Szalewicz mnie budzi przez pomyłkę. Nie napiszę tego co mu powiedziałam. Przecież Rysiek ma nas obudzić o 8.00, więc dlaczego myli się o półtorej godziny? Oczywiście sen odleciał, więc wstaję, mycie i przygotowanie do wyjazdu na Chiński Mur – po raz pierwszy w życiu. Śniadanie: jajka sadzone, grzanki, dżem, kawa i mleko. Wyjeżdżamy o 9.30. Jazda 60 km zajmuje nam jakieś dwie godziny autostradą z szybkością 50-60 km na godzinę. Zadziwiające, bo na drogach II kategorii jeżdżą jak wariaci, reprezentacja Polski w badmintonie na Chińskim Murze-1986 rna trzeciego, na szóstego, okropnie. Chiński Mur jest rzeczywiście imponujący, widać go jak wężykiem układa się na górach, ale żeby go zobaczyć trzeba wspiąć się na kilka górek, co oczywiście jest moim marzeniem. Ale idę. Robimy zdjęcia, dużo zdjęć, pogoda, słonecznie, tylko wiatr szaleje. Do hotelu wracamy autokarem, ja ze zmęczenia i tej wspinaczki śpię w drodze powrotnej. Jest takie powiedzenie, kto nie widział Chińskiego muru i pandy, nie pił małtaj i nie jadł kaczki po pekińsku, ten nie był w Chinach. Właściwie od lewej Bożena Siemieniec -Bąk, Ja, Andrzejzostała nam tylko degustacja kaczki.

 

Biegiem na górę, przebieram się w kostium, białą bluzkę, biorę przygotowane upominki i szybko na dół. I już jesteśmy w restauracji o wdzięcznej, wiele mówiącej nazwie Pekińska Kaczka. Obecni: Zhou Zen – Prezydent Chińskiego Związku Badmintona (najsilniejszego związku badmintonowego na świecie), przedstawiciel polskiej ambasady, Lu Shengrong (późniejszy Prezydent Międzynarodowej Federacji Badmintona IBF), sekretarz generalny Chińskiego Związku Badmintona, Xiao Taowu, Jurek, Rysiek, Andrzej, Szi od lewej Ryszard Borek trener kadry narodowej w badmintonie i Andrzej Szalewicz Prezes PZBad 1986 rPin i ja, zawodnicy przy dwóch okrągłych stołach. Światowo, pięknie i elegancko. Restauracja to 5 pięter różnej wielkości sal, które są wynajmowane w zależności od ilości osób biorących udział w biesiadzie. U nas zamawiamy stół dla czterech osób, tam salę na 12, 16 czy 20 osób.

 

Kelnerzy serwują: jajko gołębie, kaczkę smażoną, pędy, kapustę, kurczaka, wołowinę, mątwę, żołądek, krewetki smażone, krewetki duże  i oczywiście kaczkę po pekińsku, hodowaną przez 40 dni (tuczoną), specjalnie pieczoną na ogniu z drewna owocowego. Kroi ją sam szef kuchni, używa do tego ogromnego tasaka, którym włada tak, jakby miał w ręku mały nożyk, a oprawa kaczki zajmuje mu kilka minut. Do kaczki podają maleńkie naleśniczki, drobniutko krojone pory, specjalny sos śliwkowy, jabłka w lukrze, słodkie koszyczki, a my polską wódkę. Kaczkę jemy w sposób następujący – naleśniczek smarujemy sosem śliwkowym, nakładamy trochę porów pokrojonych na zapałkę, do tego plasterek kaczuchy, zawijamy w rulonik i ten cudownego smaku naleśnik ląduje w naszej buzi. Jest pyszny, nic mu nie może dorównać. Majstersztyk.  

Podczas kolacji załatwiamy:

przyjazd trenera chińskiego na minimum dwa lata,

przyjazd ekipy polskiej na mistrzostwa Świata w 1987 r. do Pekinu (na koszt organizatorów, czyli Chińskiego Związku Badmintona),

przyjazd ekipy chińskiej na międzynarodowe mistrzostwa Polski w roku 1986 ! UFFFFFFFFF, jestem spocona z wrażenia, że tyle spraw udało nam się załatwić.

ekipa i mur 1986W czasie całego pobytu naszej reprezentacji powtarzałam: od naszego zachowania, wywołanego wrażenia na gospodarzach we wszystkich miejscowościach, od naszej postawy, a także postępowania, wyrażania opinii na tematy szkolenia w badmintonie zależeć będzie kilka istotnych spraw po które pojechaliśmy. Zrealizowaliśmy plan maksimum!  

Na zakończenie uroczystej kolacji wręczamy upominki dla Lu Shengrong: piękne lustro oprawione w srebro (cały czas latało w moim bagażu), wszyscy otrzymali proporczyki, te pięknie haftowane, Prezydent Zhou ja, sekr.gen Chinskiego Badmintona. Xiao Taowu, Shi Pin tylemZen wspaniałą inkrustowaną tacę, sekretarz generalny i Xiao Towu duże tace srebrne na owoce, oczywiście wszyscy otrzymali też polską wódkę. Mój bagaż znacznie zmniejszył swoją objętość oraz ciężar. Nawet przedstawiciel polskiej ambasady został uhonorowany naszymi upominkami. W tym miejscu warto zaznaczyć, że nasi polscy sponsorzy LOT i FSO przygotowali nam wiele drobiazgów, które mogliśmy wręczyć gospodarzom w poszczególnych miastach. Jurek Szuliński niespodziewanie podarował Madame Lu czapeczkę i szalik z naszych mistrzostw Europy – Helvetia Cup, zyskując aplauz obecnych. Na zakończenie jeszcze raz poprosiliśmy sekretarza generalnego o pomoc w dalszej współpracy, Mme Lu Shengrong od 1995 Prezes IBF gdyż Xiao powiedział mi, że właściwie wszystkie sprawy od niego zależą. Korzystając z tej informacji powróciłam do zasadniczej rozmowy jak sekretarz z sekretarzem. Madame Lu również obiecała nam pomóc. ( Madame Lu w 1995 r została wybrana Prezydentem Międzynarodowej Federacji Badmintona -IBF) I w ten sposób o 20.15 wylądowaliśmy w hotelu. Shi Pin, nasza Jola, zaczyna wywiad dla Radia Pekin. Co nam się podobało, jaka publiczność, jaki chiński badminton, co zobaczyliśmy? Andrzej jako prezes odpowiada na pytania.  

Szybki powrót do pokoju, pakuję rzeczy chyba po raz ostatni na tym wyjeździe. Proszę sobie wyobrazić, że wszystkie delikatne upominki jeździły w moim bagażu, więc chcąc nie chcąc był on wielokrotnie rozpakowywany do samego spodu. Sen niespokojny, czy w domu wszystko dobrze, jak moja córcia? 17 dni w podróży, żyliśmy jak w  kołowrotku, lot, przylot powitanie, rozpakowanie lekkie bagaży, obiad powitalny, targ w Chinachkolacja pożegnalna, 2 treningi codziennie, oficjalne mecze, zwiedzanie, kolacja pożegnalna, pakowanie i dalej. Najgorzej było jak nam się obiad pożegnalny z kolacją powitalną trafiał. W sumie wielkie przeżycia, wymagające ogromnej dyscypliny wewnętrznej. Pakowanie, rozpakowywanie i ekspresowe zakupy, na to było zawsze najmniej czasu. Wszystko kosztem snu, udziału w treningach, a jeszcze dodatkowo prowadzone oficjalne rozmowy lub spotkania, i na każde spotkanie wyprasowana świeża bluzka, odprasowany kostium i tak co dnia. Dzisiaj mogę powiedzieć, że to była podróż mojego życia. Azja, 17 dni, 3 klimaty, przestrzeń, widoki, maleńkie poletka, bieda i dostatek, ale też mogę stwierdzić, że w sklepach było wszystko, czego ludzie potrzebowali do życia, pożegnanie my i upominkia u nas? Za tanio nie było. Zarobki w granicach 90-120 Yuanów, termosy na pompkę kosztowały około 16 Yuanów a koc wełniany 70-120 Yuanów. Tylko oni takich koców nie używali, kołdry bajowe i już, bo ciepłe i tanie.  

Pozwólcie mi wrócić na chwilę do wielkiego chińskiego muru – wybudowany jako mur obronny w czasie panowania dynastii Ming, wysoki miejscami na 10-12 metrów. Otaczał Chiny pasmem około 5000 kilometrów, to jest tak, jakby postawić go na naszych granicach i wtedy dwukrotnie można byłoby je otoczyć. Imponujący, zbudowany z kamieni, ostro w górach, pod górę i w dół, co jakieś 500-600 metrów wieże obronne. W pobliskich górach też postawiono wieże obronne. Zbudowano go jako mur obronny przed wojskami mongolskimi Dżingis Chana. 

17.01.1986 

Godz. 5.55 pobudka. Śniadanie na lotnisku. Oddajemy 18 sztuk bagaży, mamy również bagaże podręczne, trochę szarpaniny, bo nie chcą nas wpuścić z nimi do kabiny. Przepychanka trwa kilkanaście minut, ja powrotny lotniewzruszona, a jednak wchodzimy. Startujemy o 9.50, szybko w górę. Pod nami widać wielki chiński mur. Siedzimy z Andrzejem w trzyosobowym rzędzie. Fotel między nami jest wolny. Pogoda piękna, ale widok raczej zamglony, wielka szkoda.

 

Andrzej czyta China Sport, staram się coś wynotować, dużo informacji dotyczących badmintona. Ludność w Chinach 1 mld 200 mln ludzi, 1/3 uprawia sport, ponad 120 mln ludzi gra w badmintona. Jest ponad 16 000 szkól popularnych, wyższych i uniwersytetów, do tego należy dodać jeszcze 2000 sportowych instytutów oraz zajęcia dla dzieci Chiński Murw szkołach i przedszkolach, a w nich ćwiczy 20 mln młodych potencjalnych mistrzów. Oczywiście podaję dane z roku 1986.

 

Przelatujemy na Irkuckiem i Krasnojarskiem, jest 7.15 czasu moskiewskiego, czyli 12.15 czasu pekińskiego, o godzinie 16.07 mijamy Ural (jest 11.07 czasu moskiewskiego). Podczas lotu spotykamy się z reprezentacją ZSRR, wymiana zdań, dowiadujemy się, że w Szanghaju podczas treningu używają już magnetowidów, kamer, mają opracowane badania naukowe, specjalne badania lekarskie. Jednak od tych tematów nasi gospodarze Rysiek, ja i Andrzejsprytnie uciekali. Lądujemy zgodnie z planem – jest 18.15 czasu pekińskiego czyli 13.30 czasu moskiewskiego, kontrola, bilety, bony obiadowe i już poczekalnia tranzytowa. Przed nami 6 godzin oczekiwania przy lodach, kawie i szampanie. Obiad zamawiam na godz. 16.00. Wszyscy są bardzo zmęczeni, zresztą co tu się dziwić. Nogi spuchnięte, a oprócz tego mam katar (zbyt częsta zmiana klimatów).W tej chwili w Pekinie jest 2.58, w Warszawie 19.58, to już 20 godzina w podróży. Właściwie to od trzech dni podróżujemy, bo ten krótki postój w Pekinie trudno nazwać pobytem. Szybko hotel, szybko spać, szybko śniadanie, szybko wielki mur, szybko przebrać się, szybko na bankiet, szybko, szybko, szybko, cholera trochę za szybko.

W domu kręcę się jakoś ospale, wszystko jest ok. W pracy urwanie głowy, a to sprawy sprzętu nie tak załatwione, a to nie zgadzają się przesłane ilości spodenek, Bilety do Budapesztu inaczej załatwione, a dodatkowo musze pojechać do LOTu do Krzysztofa Ziębińskiego i do FSO do Krzysztofa Panufnika z podziękowaniami i drobnymi upominkami z wyjazdu do Chin. 

A 22 stycznia o 16.00 wylot do Budapesztu. Na lotnisku w Budapeszcie spotykamy całkiem niespodziewanie Andrzeja Żabińskiego i Piotra Nurowskiego. Piotr leci do Maroka na placówkę. Krótka wymiana zdań. Ale pobyt w Budapeszcie to całkiem inna historia, o której jeszcze opowiem.  

Wasza Jadwiga

przetwory domowe dżem brzoskwiniowo nektarynkowyWakacje mają się ku końcowi. Powoli zaczynamy wracać z wojaży, tych bardzo dalekich i tych bardzo bliskich. Skoro tak, może warto pomyśleć o dobrych przetworach domowych, które serwowane rodzinie w miesiącach zimowych będą wspaniałym wspomnieniem lata. 

Stragany targowe oferują nam bogaty wybór nektarynek i brzoskwiń, które możemy kupić za niewielkie pieniądze.  Ja zaś proponuję pyszny i bardzo łatwy do wykonania

Dżem brzoskwiniowo – nektarynkowy wg sposobu cioci Joli

Składniki:  

3 kg brzoskwiń, 2 kg nektarynek ( lub na odwrót), 0,5 kg  cukru

Wykonanie:  

Owoce myjemy, osuszamy, kroimy w plasterki, przesypujemy cukrem, gdy puszczą sok wstawiamy w garnku na kuchnię i dusimy do zagotowania (tak, aby masa zaczęła puszczać bąble). Wyłączamy kuchnię i studzimy. Miksujemy. Odstawiamy do następnego dnia i powtarzamy uważając, aby masa się nie gotowała  (gdyż może się przypalić). Gdy zaczyna puszczać bulki, gorącą masę wkładamy do wymytych słoików, zakrętki smarujemy spirytusem i zamykamy na gorąco, odwracamy słoik „do góry dnem”, stawiamy na ściereczce i czekamy do następnego dnia, aby się dobrze zamknął. Z ilości 5 kg brzoskwiń zmieszanych z nektarynkami otrzymujemy około 8 półlitrowych słoików. Oto bardzo prosty sposób na pyszny dżem brzoskwiniowo- nektarynkowy. U nas z takim dżemem serwowane są naleśniki z serem lub jabłkami, lub z masą orzechową. Podczas zimowych dni naleśniki z dżemem przypomną nam upalne lato, a my będziemy delektować się słońcem zaklętym w przetworach.

Smacznego!  

Buraki z papryką wg przepisu babci Stasi 

Składniki:

3 kg buraków ugotowanych w łupinach, 0,5 kg papryki, 0,5 kg cebuli.  

Zalewa: 

1 szklanka cukru, 1 szklanka octu, 1 szklanka wody, 1 łyżka soli.

Wykonanie

Wszystkie składniki zalewy gotujemy, do gotującej się zalewy wkładamy obraną cebulę i paprykę pokrojone w kostkę, gotujemy 7 minut; dodajemy buraki starte na tarce jarzynowej lub w malakserze o grubych oczkach i gotujemy wszystko 5 minut. Gorącą sałatkę wkładamy do wyparzonych słoików, zalewamy każdy słoik paroma kroplami oleju z pestek winogron, zakręcamy i stawiamy na ściereczce do góry dnem.

przetwory domowe aroniówkaNalewka z aronii wg przepisu babci Stasi 

Składniki:

1,2 kg aronii, 1,5 kg cukru, 5 dkg kwasku cytrynowego, 400 sztuk liści z wiśni, 3 litry wody, 1,5 litra spirytusu. 

Wykonanie  

Aronie, liście i 3 litry wody zagotować 15 minut, nie mieszać, po tym czasie zdjąć z ognia, przecedzić przez sito, wsypać kwasek cytrynowy. Ostudzić i wtedy dopiero dodać spirytus. Im dłużej stoi, tym nalewka jest lepsza, bo nabiera specyficznego smaku, u nas w przygotowanie nalewki z aroniidomu potrzebne są dwa wściekłe wilczury, aby postała choć przez 3 miesiące.

Życzę wszystkim udanych przetworów oraz

 

 

 

gotowanie owoców aronii, lisci wiśni, wody i cukruSmacznego!

Wasza Jadwiga

Andrzej z misiem panda wykonanym z kurczaka11.01.1986 Lotnisko Czangdu  

Rano o 8.00  śniadanie, tym razem europejskie: grzanki, masło, dżem, jajecznica, kawa, herbata. O 8.50 autokarkiem i samochodem Toyota jedziemy na lotnisko. Krótka odprawa biletowo bagażowa i jesteśmy w poczekalni. O godz.10.10 – odlot, ale tylko teoretycznie, ponieważ jest 13.30 A my ciągle czekamy, po obiedzie to prawda, ale czekamy. Znowu przegryzka: ryż, mięsko i papryka i coś jeszcze, cola i znowu czekamy. W międzyczasie rozmawiam z zawodnikami, ciekawe są ich spostrzeżenia na temat Chin. Pobyt na lotnisku kończymy o godz.17.44. Przyjechano po nas i wróciliśmy do hotelu Jin Yian, kolacja o Prezes i znak szczęścia dla polskiego badmintona19.00 Składająca się z ryżu, ostrej potrawy, papryki z mięsem, ryby smażonej na ostro, zupy warzywnej orzeszków z ostra przyprawą, szpinakiem, kapusty pekińskiej z wody, i soku pomarańczowego w puszkach. Idziemy do pokoju, Rysiek, Jurek, Andrzej Jola Shi Pin i ja wypijamy po szklaneczce wódeczki z sokiem i Jola tłumaczy nam chińskie znaczenie naszych imion. Mnie wychodzi, ze jestem prawa moralność, jedyna blokada. Co to znaczy, nawet nie usiłuję dochodzić, cokolwiek to znaczy idę spać zmęczona głównie wielogodzinnym oczekiwaniem.  W telewizji pokazują urywki naszego meczu oraz mecz Bożeny, w którym wygrała z chińską zawodniczką, wiadomość na miarę sensacji. Pokazują też Andrzeja i mnie. Niestety komentarza nie uchwyciłam, chyba za mało znam słówek w języku chińskim. 

12.01.1986 r.  

Śniadanie zjadamy na lotnisku: jajka sadzone, ciasta z nadzieniem, ciasto francuskie, rolady i kokosanki. No i zamiast o 7 rano odlatujemy o 8.44, zamiast wczoraj to dzisiaj i zamiast do Wu-han to do Czangsza. Niech będzie, aby do przodu, aby szczęśliwie, właściwie, co to za różnica gdzie lądujemy (oczywiście na lotnisku), i tak tu nie byliśmy, więc radość duża. Na lotnisku oczekuje spora grupa. Jedziemy do hotelu Hunan Lotus Hotel prosto na obiad:   Zupa warzywna, ryba w sosie, zapiekanki w sosie pomidorowym, kapusty, kiełbasy, ostrego chrzanu, piwa, lemoniady.

Program pobytu przedstawia się następująco:

12.01 – godz. 12.00 –obiad
15.30 Trening na hali gdzie będziemy grali mecz
19.00 Kolacja

13.01 - 8.00 Śniadanie
9.00 – 11.00 Trening w szkole
12.30 Obiad i zwiedzanie fabryki haftu i porcelany
17.00 – 19.00 Oddzielny trening zawodników polskich
19.30 Kolacja

14.01 - 8.00 śniadanie
9.00 – 11.00 trening
12.00 obiad i zakupy
17.00 lekka kolacja
19.00 oficjalny mecz

15.01 – 7.00 śniadanie
8.00 wyjazd na lotnisko
10.00 odlot do Pekinu

mecz P-ChrlUstalamy ilość meczy: 2 gry pojedyncze mężczyzn, 1 gra pojedyncza kobiet, 2 gry podwójne mężczyzn, 1 gra podwójna kobiet, 2 mixty razem mecz na 8 gier. Reprezentacja Chin składa się z 3 kobiet i 4 mężczyzn.

13.01.1986

8.00 śniadanie składające się z:  jajka sadzone, grzanki, schab w plastrach, sałatka owocowa, kawa, mleko.  

Po ustaleniu planu pobytu zawodnicy jadą na trening, my z Andrzejem zwiedzamy szkołę sportową Prowincji Czangsza. Szkoła nowoczesna, uczy się w niej 600 osób, z czego 200 studiuje na Akademii Wychowania Fizycznego, pozostali w klasach sportowych różnych dyscyplin sportu. Nas interesuje oczywiście badminton : i-mał-czo.  Hala do badmintona ma 12 boisk, kilkunastu trenerów, zajęcia na hali odbywają się przez cały dzień, zmieniają się tylko składy grup i prowadzący trenerzy. Hala nie ogrzewana. Dyscypliny sportowe: gimnastyka artystyczna, judo, zapasy styl wolny i klasyczny, badminton, motocross, piłka nożna kobiet, tenis i strzelanie (trap i skeet), go i krótkofalowcy. Szkoła położona jest na 700 ha, nowoczesna dwupiętrowa hala sportowa w budowie. Spotykamy Rektora i Kierownika Wychowania Fizycznego – otrzymują od nas pamiątkowo proporce ręcznie haftowane na jedwabiu. Zajęcia w szkole średniej odbywają się wg planu do południa nauka po południu trening trwający 3, 5 godziny. Wyższa Uczelnia – trening rano 3 godziny, nauka po południu i trening 28 0 30 godzin tygodniowo, po 5-6 godzin dziennie. Oprócz treningów zajęcia z psychologii, anatomii, fizjologii i inne.  Uczniowie przychodzą do szkoły w wieku 13-14 lat, w zasadzie po szkole podstawowej, tu kończą popularną (podstawową, jeżeli jej jeszcze nie ukończyli), szkołę średnią, która trwa 3 + 3 lata. Pierwsze trzy to ukończenie tak zwanej szkoły zawodowej, nauczenie dobrej techniki w danej dyscyplinie sportu oraz następnie przygotowanie do egzaminu do szkoły wyższej, która trwa 4 lata. Najlepsi zawodnicy są wyselekcjonowani i jada do Pekinu, kwalifikują się do kadry narodowej i reprezentacji Chin. Pozostali zostają nauczycielami wf lub trenerami. Takich szkół prowincjonalnych jest w Chinach 27 x 8 lub 9 szkół w danej prowincji, wszystkie pracują w ten sam sposób. W szkołach prowincjonalnych oprócz techniki rozwija się cechy motoryczne: szybkość, wytrzymałość, skoczność, prowadzone są badania naukowe z użyciem odpowiednich urządzeń. Z rozmowy z trenerem dowiadujemy się, że w badmintonie organizowane są ogólno chińskie turnieje, w których staruje 20 na 30 prowincji (27 prowincji i 3 miasta wydzielone). Każda prowincja ma prawo zgłosić do 12 zawodników i 12 zawodniczek w poszczególnych grach (pojedyncza kobiet i mężczyzn, podwójna kobiet i mężczyzn i mixty).  Zawodnicy podzieleni są na grupa A – 32 osoby, B – pozostali. Najlepsi wygrywający zawody kwalifikują się do kadry w Pekinie oraz maja prawo otrzymywać stypendium.

12.30 Obiad, beznadziejny, w zasadzie nie ma, co o nim wspominać, bo ryż i do tego 2-3 przyprawy, piwo i sok. Tyle.    Po obiedzie jedziemy na wycieczkę do fabryki haftu na jedwabiu. Fabryka to raczej manufaktura zatrudniająca 30-40 osób. Ludzie jak one to haftują! Haft na jedwabiu, figura starca zdrowia to od 2 do 4 tygodni codziennej 12 godzinnej pracy. Odhaftowywują duże wzory z książek, starodruków. PIĘKNE, ale ceny też są cholerne. W sumie ciekawe, nawet bardzo, ale drogo, o matko i córko. Wcale się nie dziwię, jeżeli jeden z obrazków na jedwabiu Pani haftowała 4 miesiące. Następnie jedziemy na trening i do hotelu. Około 17.45  Jesteśmy przygotowani do kolacji, ale okazuje się ona kolacją przywitalno-chyba pożegnalną. O godz.18.30 autobus zabiera nas do innego hotelu. No tak, kuchnia tu jest wyśmienita. Na powitanie częstują nas motylem ma talerzu, który wykonany jest z różnego rodzaju plastrów mięsa, nie mam aparatu, więc i zdjęć też nie ma, wielka szkoda. W kolacji uczestniczą Przewodniczący Komitetu Prowincji Hunan, Dyrektor Międzynarodowego Działu, trenerzy, Wice Przewodniczący. Siedzimy przy stole 8 osobowym razem z Ryśkiem Andrzejem, trenerami. Dwa inne stoły wg tych samych zasad zawodnicy polscy i chińscy. Potrawy serwują pyszne, Shi Pin czyli Jola tłumaczy mi w biegu. Orzeszki, żołądek krowy cieniutko pokrojony- pyszny, wołowina na ostro, naleśniki z kaczką cienko pokrojoną i z sosem, sojowym i pędami czosnku, ryba, zupa w wielkim naczyniu gotowana na stole (jakby fondue z warzywami, mięsem, makaronem sojowym, trepangi, piwo, wódka wyrabiana w tej prowincji. Jedzenie bardzo Pamiątkowy proporzec PZBadsmaczne. Po kolacji jest wymiana upominków. Pan Przewodniczący otrzymuje haftowany proporzec z emblematem Polskiego Związku Badmintona na biało czerwonym jedwabiu, ( ale się dobrze dopasowaliśmy), pan dyrektor polski upominek, ale już niestety nie pamiętam dokładnie, co, my zaś otrzymujemy talerze z chińskimi malunkami. Cały czas trwają toasty, ja piję wino, Andrzej wódkę, Rysiek piwo a Jurek i to i to.  Wódka tej Prowincji jest bardzo podobna do wódki mał-taj. Ja nie mogę jej przełknąć ani z powodu smaku ani z powodu zapachu, no wraca mi się szybciej niż odrzutowiec, niż się ją łyka, więc nie piję. Bankiet kończy się o godz.21.40 Jedziemy do Hotelu i zjeżdżamy do barku. Pijemy po drinku, zawodnicy colę. O 22.00 Zawodnicy wracają do pokojów my rozmawiamy z Duńczykiem, Niemcami oraz Chińczykiem z Hong Kongu. O 23.30 Idziemy spać. Aby nie było tak smutno i nudno tańczymy po kilka tańców, w tym rock and rolla ku zachwytowi tutejszych, którzy tańca nie znają, gdyż był zakazany jeszcze 3 lata temu. Teraz już nie, teraz wolno tańczyć! Teraz Partia zinterpretowała rewolucje Kulturalną i teraz właśnie można tańczyć, chodzić do restauracji, mieć prywatny business. To naprawdę zadziwiający Kraj. Restauracyjki mnożące się na kilku metrach. Gotują w beczkach po ropie, które używają zamiast kuchni. Garnki okopcone jak sagany, extra. Na ulicach tłumy, jedzenie jest smaczne, pożegnalna kolacjaklientów wielu. Tylko ja jakoś nie mam ochoty niczego próbować, może szkoda?

14.01.1986 r

8.00 śniadanie

9.00 Trening, a my z Andrzejem do miasta na szybkie zakupy. Kupuję sobie porcelanowe filiżanki, jedwab, i kilka drobiazgów na prezenty. W końcu po raz pierwszy spóźniam się na obiad, który jest bardzo kiepski, nawet nie zanotowałam, co podano. Po obiedzie znowu zakupy. Jestem tak zmęczona, że zdycham, a zdycham, bo mnie boli głowa. Zmarzłam jak grom, ponadto pada deszcz. Kolacja o 17, nie jest warta nawet odnotowania. W tym hotelu kuchnia jest kiepska, dlaczego bo dania są ciemne, co oznacza właśnie kiepską kuchnię bez żadnego wyrazu, patrzcie, jakim koneserem kuchni chińskiej się stałam po niespełna dwóch tygodniach pobytu.  O 18.00 Jedziemy na mecz, podczas którego robię te właśnie zapiski.

Mecz rozpoczynamy uroczystym wejściem trzymając się za ręce podniesione do góry. Prezentacja obu zespołów, wymiana proporczyków i drobnych prezentów. Mecz Jacka Hankiewicza bardzo się podoba, nieśmiałe wołanie z trybun Puola, Puola, (Polska, Polska) fragmenty meczu Jacka wyśmienite. Na Hali bardzo zimno, temperatura nie przekracza 9 stopni. Siedzę w palcie i jest mi zimno.Z ust leci para widać jak oddycham. Siedzimy na trybunie honorowej. Mecz jest transmitowany przez dwa kanały telewizyjne. Po mojej prawej stronie siedzi Andrzej, tłumaczka, Przewodniczący Komitetu Sportu, Dyrektor Międzynarodowego Działu, po lewej Przewodniczący Badmintona, trenerzy i Pan z Quijyang. Kochany chłop, przywiózł pozostałe zdjęcia z Quyijang oraz znad wodospadu. Mecz przegrany właściwie bez dłuższej historii. Daleko jeszcze do mistrzów, długa i żmudna droga. Praca, praca, praca. Wiele lat pracy! Pakowanie, mycie głowy i w końcu o pierwszej z minutami idę spać. 

15.01 
7.30 śniadanie jajka sadzone, kawałek szyneczki, kawa, herbata, mleko tosty.
8.00 Wyjazd na lotnisko.

No i żadna siła nam nie pomaga, niestety. Jest już 16.30, a my cały czas siedzimy na lotnisku. Co prawda mieliśmy wyjechać o 8.00 ale wyjechaliśmy o 11.00. Kilkadziesiąt ładnych godzin spędzamy na lotniskach przytupując, bo tu też jest chłodno. Chłopaki z Prezydentem grają w karty a my uczymy Chinki języka polskiego. Cała ekipa chińska jest z nami i cierpliwie czeka do godz. 16.00 na nasz samolot. Właśnie teraz odjechali. Podobno mamy wylecieć o 19.00, ale czy na pewno? Jutro, jeżeli dolecimy do Pekinu, wycieczka na Wielki Chiński Mur. Ale na razie trzeba dolecieć. Dla Taty kupiłam wódkę Małtaj w pięknej porcelanowej butelce, to chyba ze względu na tę butelkę dokonałam zakupu. Gdybym mogła kupić to, co widziałam i było piękne musiałabym chyba kupić samochód, aby to przepchnąć do Polski. Na lotnisku jemy obiad, zupełnie dobry: zupa w kociołku, trepangi, ryż, na ostro wołowina, bambus z mięsem, bułki na parze, piwo, lemoniada. Wszyscy mają już dosyć czekania i bardzo chcemy odlecieć do Pekinu. Chiński mur jednak nas ciągnie.

Wczoraj po meczu był wspólny poczęstunek: ciasto, lemoniada, kawa i wódka, małtaj ale ta z Hunan. Ja nie mogę tego nawet powąchać. Andrzej musiał pić toasty, Rysiek wypił jeden, a Jurek powiedział, że wszystkie rozkazy Andrzeja ma gdzieś, nie sprecyzował dokładnie gdzie, ale i tak się domyśliliśmy. On tego nie może nawet na odległość powąchać. Pewnie mu zaszkodził przedwczorajszy bankiet, kto to wie?

W dalszym ciągu czekamy…

Do 20.00 – Startujemy po kolacji składającej się z ryżu, jakiś grzebyków – nie jem, jajecznicy, marchewki z mięsem, makaronu sojowego na ostro, trepangów, ryby w całości, zupy z jajecznicą w środku, frytek mięsnych, wątróbki z pędami czosnku, piwa i mandarynkowego napoju, oraz kapusty pekińskiej.

 W Pekinie jesteśmy o 24.00

Bardzo zmęczeni. Mam pięknie spuchnięte nogi i ręce. Ledwie myślę.Szybko, załatwiam karty i pokoje.

Już w pokojach, szybkie pranie i spać.  

Cdn.

Wczasy

Wakacje, wakacje jeszcze są wakacje a jak wakacje to w czasach PRL-u czyli w czasach mojej młodości jeździło się na wczasy. Oto trzy urywki ( ” Wczasy, Zakopane, Niedziela nad Wisłą „_  z książki Zbigniewa Adrjańskiego „Pochody Donikąd” Warszawa 2009 cytuję:

„…Jesteśmy na wczasach

Słowa Wojciech Młynarski, muzyka Janusz Sent

Za oknami noc,
W górach śniegu moc okrywa wszystko,
Czort jedyny wie,
Co rzuciło mnie w to uzdrowisko.
Na parkiecie szum,
Wczasowiczów tłum, spleciony gęsto.
Siedzę tutaj sam,
A przed soba mam orkiestrę męską.
Typ co szarpie bas,
Wie, ze nadszedł czas, gdy w kimś na bańce,
Czuła struna drgnie
I rozpoczną się góralskie tańce.
Jest „górala” wart
Taniec gdy masz fart, gdy dziewczę kwili.
Z basem typ to wie,
Więc uśmiecha się,
I już po chwili:
Dla sympatycznej panny Krysi
Z turnusu trzeciego
Od przystojnego pana Waldka
-„Mucho-mucho” (…)

http://www.youtube.com/watch?v=RRfiddT5-aM

Najbardziej reprezentacyjna piosenka z tego gatunku: Jesteśmy na wczasach… Wojciecha Młynarskiego. Chodzi oczywiście o wczasy Wczasy w Karpaczu 1952 rpracownicze, organizowane przez FWP. Przez długie lata można było wyjechać wyłącznie na wczasy krajowe – do Krynicy, Bystrzycy, Ustki, Ciechocinka itd. Później zaczęto wyjeżdżać do Bułgarii, Rumunii, ZSRR (na Krym). Pojawiły się wtedy piosenki pod wymownymi tytułami: „Sasza i Alosza”, czy „Tania mnie kocha”, „Iwan ach Iwan”. A jeszcze później, po uchyleniu żelaznej kurtyny, zaczęto wyjeżdżać na Zachód za pośrednictwem „Orbisu”. Dotyczyło to jednak niewielu- wybrańców losu, przedstawicieli rzemiosła, prywatnej inicjatywy. Ale najpiękniejsze były wczasy krajowe, które organizował FWP, instytucja zasłużona dla piosenki i kultury polskiej. Ze wzruszeniem wspominać będziemy tzw. kaowców, czyli instruktorów kulturalno-oświatowych DWP, którzy ofiarnie umilali nam Międzywodzie droga do Dziwnowa 1954 r.życie, organizując wieczorki zapoznawcze, koncerty estradowe, wieczorki taneczne, wycieczki. Wczasy były miejscem zawierania różnych ciekawych znajomości, niewinnych flirtów i wielkich romansów, opisanych potem w piosenkach: „Letnia przygoda”, „Kasztany”, „Mazurskie wspomnienia”. Wielu młodych Polaków poczętych zostało na wczasach w PRL. Wczasy to również temat do poezji, literatury i filmu tego okresu. Latem wyjeżdżamy na wczasy nad morze. Zimą w góry. Modne letnie nadmorskie kurorty to Sopot- (zwany Perłą Bałtyku), Ustka, Darłowo, Kołobrzeg. W zimie Zakopane, Karpacz, Jelenia Góra. Starsze pokolenie preferuje przede wszystkim wczasy w kurortach przedwojennych: Krynicy, Szczawnicy, Ciechocinku, Iwoniczu, Inowrocławiu, Żegiestowie. Pija się tam wody mineralne, zażywa kąpieli leczniczych, chodzi na spacery i na podryw po zdrojowych deptakach. W muszlach koncertowych grają orkiestry zdrojowe. Młode pokolenie woli wczasy na Mazurach (żagle) oraz spływy kajakowe Krutynią i Czarną Hańczą. Reminiscencjami wczasów są popularne piosenki: „Letnia przygoda”, „Kasztany”, „Czy pamiętasz tę noc w Zakopanem”, „Mazurskie wspomnienia”, „Zachodni wiatr”, „Augustowskie noce”, „Wakacje z blondynką”, „Chałupy Welcome to”. W piosenkach tych przegląda się powojenna polska obyczajowość, można z nich ułożyć swego rodzaju „bedeker wczasowy po modnych miejscach i kurortach”, a także miłosnych Międzywodzie 1955 rzachowań Polek i Polaków. Romans wczasowy, przedstawiony w piosence, kończy się zazwyczaj rozstaniem i powrotem do codziennych obowiązków czytaj: (do męża lub żony). Miłości wczasowe są nietrwałe. Zostają po nich jakieś ”muszelki” darowane na szczęście i rysowane na piasku serduszka, które rozwiewa wiatr. Seks w tych piosenkach jest tematem tabu i można sadzić, że nie istnieje. Zupełnie nie wiadomo, skąd po każdych wczasach i urlopach zwiększenie przyrostu naturalnego?…”.

Takie wczasy dokładnie pamiętam, ponieważ wiele lat wraz z rodzicami jeździliśmy na wczasy do Międzywodzia, daleko na    Wybrzeżu Szczecińskim plaża w Międzywodziu, ojciec, brat i ja 1954 rz Wyspą Wolin w tle. Międzywodzie w latach 1952 – 1968 maleńka osada rybacka dzisiaj pretenduje do miana jednego z ładniejszych kurortów nadmorskich. W każdym bądź razie moje najmilsze młodzieńcze wspomnienia  związane są z pobytem najpierw na koloniach a później na wczasach w Międzywodziu. Nie były to wczasy FWP – te, były jednak dość drogie i wyjazd cztero osobowej rodziny był nie lada wydatkiem. Do Międzywodzia jeździliśmy do ośrodka wczasowego MZK jako, że tata pracował w tym Przedsiębiorstwie na które składało się wiele Międzywodzie kolonie 1953 rjednostek (tramwaje, autobusy kilka zajezdni Ostrobramska, Inflancka – dzisiaj na miejscu tej zajezdni autobusowej stoi osiedle apartamentowców, Młynarska, Chełmska, Obozowa). Wyjazdy autobusami, czasami w ilości 8 lub 10 sztuk,  na wczasy organizowane przez  MZK. Zbiórka plac Bankowy (dawny pl. Dzierżyńskiego), odjazd wieczorem, przyjazd do Międzywodzia następnego dnia około południa. No cóż, pewnie i dzisiaj w ten sam sposób organizuje się odpoczynek pracowników, jednak wtedy wyjazd na wczasy nad morze to było coś! Łza się w oku kręci, a mnie pozostają tylko wspomnienia…

Zakopane   

„…Zakopane to temat wielu piosenek np. „Czy pamiętasz tę noc w Zakopanem” – (w języku klezmerów tzw. Tango „Czipa”. Jest jeszcze tango „Zakopane, Zakopane” (na trzy, cztery dni). Jest też mnóstwo piosenek, które „dzieją się”, choć nie ma w nich słowa „Zakopane”. O Zakopanem można ułożyć oddzielny. A nawet stworzyć festiwal piosenek o zimowej stolicy Polski. Ciekawe, że takich piosenek nie maja inne kurorty: Krynica, Bystrzyca, Szczawnica. A jeśli nawet mają to nie tak znane są te utwory, jak te, które dzieją się w Zakopane.  Najgłośniejsze jednak jest tango „Czipa”. Tango „Czipa” – te nazwę wymyślił chyba  Antoś Buzuk – w języku klezmerów warszawskich oznacza tytuł „Czy pamiętasz tę noc w Zakopanem”. Utwór napisali Zygmunt Krasiński, Szymon Kataszek i Aleksander Julin, chyba jeszcze na krótko przed wojną. , „Neskim- mawiał pan Antoś do muzyków – Gramy tango „Czipa”. I wszyscy wiedzieli, o co chodzi. To był przebój nad przeboje. Może później z tangiem „Czipa” mogła się równać „Letnia przygoda”, „Kasztany”, albo „Pamiętasz była jesień”. Ale przez pewien czas był to absolutnie panujący na dancingach hit. No i nieoficjalny hymn Zakopanego…”.

http://www.youtube.com/watch?v=NvpCN9GN9GI&feature=related

W niedzielę nad Wisłą  

Międzywodzie Jadwiga 1964 r„…W niedziele nad Wisłą – uroki wypoczynku, pięknie reklamowała Barbara Rylska. Nie do wiary, ale nad Wisłą wypoczywały jeszcze w latach 1950-1980 tłumy warszawiaków. Czynne były miejsce plaże i warszawskie przystanie. Kursowały statki do Młocin i Nowego Dworu. Na wiślanej barce – odbywały się letnie przedstawienia teatru Ziemi Mazowieckiej. Otwarte były drewniane baseny do kąpieli przy Wale Miedzeszyńskim. Funkcjonowały nadbrzeżne knajpki, kawiarenki, dancingi na świeżym powietrzu. Specjalne „panoramy wiślane”, widowiska w czerwcu, na Święto Morza. Wisłą płynęły wtedy „pirackie korwety”, wystawiano na nich jakieś widowiska i pantomimy. W czasie jednego z takich świat nad Wisłą, na początku lat pięćdziesiątych wydarzyła się tragedia: tłum ciekawskich szturmował wejście na jedną z barek, na których wystawiano taka panoramę i trap prowadzący na barkę załamał się. Wybuchła panika- wiele potratowanych osób utonęło lub wpadło do wody. Prasa warszawska przemilczała tę tragedię. Tylko na Cmentarzu na Woli przybyło wtedy wiele nowych grobów.

Osobiście pamiętam też wiele miłych wydarzeń nad Wisłą. W 1953 roku, wspólnie ze wspomnianym już w tej książce Julkiem Głowackim braliśmy udział w tradycyjnym spływie o Słoneczny Puchar Wisły – z Warszawy do Płocka. Przez parę dni dziarsko wiosłowaliśmy środkiem Wisły, demonstracyjnie wywracaliśmy się na wiślanych łachach i radośnie taplaliśmy się w czystej i ciepłej wodzie. Oczywiście po drodze było jeszcze zwiedzanie nadwiślańskich miejscowości, wieczorne ogniska i śpiewy. Były to jedne z najwspanialszych wakacji w moim życiu. Ale Wisła była jeszcze czysta i nie zatruta socjalistycznym przemysłem…”. 

http://w349.wrzuta.pl/audio/6rDJgJauDwx/jarema_stepowski_-_statek_do_mlocin

Międzyzdroje, brat na molo 1959 r.I tak w prosty sposób przypominając sobie wakacje mojej młodości, przypomniałam państwu niektóre znane miejscowości, kurorty, do których najpierw nas wożono, potem sami chętnie jeździliśmy, słuchając największych przebojów naszych „tamtych” czasów.

Teksty wakacyjne dla Państwa z książki Zbigniewa Adrjańskiego „Pochody donikąd” wybrała

Wasza Jadwiga

moje liliowceJak wiecie lubię gotować i zbieram nie tylko przepisy ale też książki kucharskie. Moje zbieractwo jest jednak ograniczone do przepisów najprostszych, które nie zabierają nam cennego czasu a dom pozostaje we wspomnieniach bliskich na zawsze domem rodzinnym z jego cudownymi zapachami pieczonych ciast, bułek, chleba oraz rosołu gotowanego z okazji specjalnych świąt rodzinnych.  Dzisiaj szukając kolejnego ciekawego przepisu znalazłam właśnie ten, który dawno temu otrzymałam od Pani Hanny Idzikowskiej. Jest to bardzo smaczne ciasto, a jednocześnie proste w wykonaniu.

Składniki

4 budynie o jednakowym smaku (wg mnie najlepsze poziomkowe lub malinowe), 4 jajka, 4 czubate łyżki mąki,1/2 szklanki cukru ( o ile budyń jest słodzony, jeżeli nie, dajemy całą szklankę cukru), 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia, kostka masła.  

Wykonanie

Wszystkie składniki dokładnie mieszamy ( z wyjątkiem masła). Rozpuszczamy masło i wrzące wlewamy, ponownie mieszamy. Ciasto wlewamy na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, pieczemy w gorącym piekarniku około 40 minut.  

Czas przygotowania ciasta 10 minut plus 40 minut pieczenia, oto cały sekret tego pysznego smakołyku.  

Simple cake

4 bags of fruity puddings (budyń), 4 eggs, 4 soons of flour, ½ glass of sugar if pudding is with sugar, if not, full glass of sugar, 1 and a half tea spoon of baking powder, 250 g of butter. Mix all ingredients apart from butter, heat butter in the pan and add to the rest. Bake for 40 minutes.

Ptysie 

Pewnie wszystkie panie znają ten przepis ja jednak podaje go, ponieważ jest bardzo prosty a ptysie wychodzą można powiedzieć koncertowo.  

Zagotowujemy 1 szklankę wody i 100 g masła, dodajemy  1 szklankę mąki, mieszając drewniana łyżką (tylko i wyłącznie drewnianą) tak aby nie było krupek. Studzimy, po ostudzeniu dodajemy 5 całych jaj i całą masę miksujemy 5 minut.  

Blachę wykładamy papierem do pieczenia i wykładamy łyżką porcje ciasta. Pieczemy na złoty kolor w średnio nagrzanym piekarniku.

Ptysie kroimy na pół i nakładamy przygotowaną masę.   

Masa (krem budyniowy)

0,5 l mleka, 3 łyżki mąki ziemniaczanej, 3 łyżki mąki zwykłej (Szymanowskiej)

Zagotowujemy mleko z mąką mieszając, studzimy i do ostudzonego dodajemy masło ca 100g i 1 szklankę cukru pudru, ucieramy,  ja miksuję, dodając zapach. Ja dodaję kilka kropli zapachu  cytrynowego.

Na koniec gotowe ptysie posypujemy cukrem pudrem,deser gotowy.

Boil one glass of water and 100g of butter. Add 1 glass of flour mixing  the mixture with a wooden spoon. Wait till it cools down, add 5 eggs and mix for 5 minutes. Bake in the oven, portions the size of one spoon, until golden. When ready, cut Ptysie in half and fill in with the pudding cream. Pudding cream is made by boiling 0.5 litre of milk and 3 spoons of potato flour. When cooled, add 100g of butter, 1 glass of icing sugar and a few drops of lemon essence. Mix, fill ptysie with the cream and sprinkle with some icing sugar.

Polecam, robota żadna a efekt znakomity.

Życzę smacznego!

Wasza Jadwiga

Content Protected Using Blog Protector By: PcDrome.