Otrzymałam list od mojego kolegi z liceum, które ukończyliśmy wiele lat temu. Mirek był przewodniczącym od pierwszej klasy licealnej, do samego końca pobierania nauki. Po naszym spotkaniu, u mnie na tarasie dwa lata temu, uznaliśmy jednogłośnie, że w dalszym ciągu pełni tę zaszczytną funkcję i nikt mu nie ma zamiaru jej odbierać. A więc (jakbym słyszała głos p. Janiny Głowackiej-Starzyńskiej – dyrektorki Liceum Ogólnokształcącego nr 45 im. Romualda Traugutta w Warszawie przy ul. Smoczej 6, naszej polonistki: nie zaczyna się zdania, od więc, tyle razy mówiłam! Chyba, że w szczególnym przypadku, i taki ma właśnie miejsce), a więc, otrzymałam list po opublikowaniu wpisu w dniu 21.06. „Ogród zakwitł tęczowymi kolorami” oraz dyskusji, jaka się pod nim wywiązała. Oto list Mirka:
Jadziu,
Przeczytałem dyskusję o leniwych kluskach i pomyślałem: czy te kobiety nie mają większych zmartwień, a potem przypomniałem sobie, że i ja miałem w swoim czasie kulinarne zmartwienie. Miłe panie udzielają sobie porad, to może i ja się poradzę. Kiedyś spędziłem w Londynie kilka miesięcy na kursie językowym i jak to czasem bywa, zaprzyjaźniłem się z nauczycielką i jej mężem. Byli oni mniej więcej w moim wieku i byli dziećmi polskich Żydów, którym udało się wyjechać z Polski na początku wojny. Urodzili się w Anglii i pamiętali z dzieciństwa, że rodzice rozmawiali po polsku, kiedy nie chcieli, żeby inni wiedzieli, o czym mówią. Znajomość ta była dla mnie nie tylko sympatyczna, ale i owocna, gdyż Suzanne postawiła sobie za punkt honoru nauczyć mnie jak najwięcej, za co do dziś jestem jej wdzięczny. Jednak wszystko ma swój kres (nawet najpiękniejsze nogi gdzieś się kończą – jak mówi stare chińskie przysłowie). Na koniec mojego pobytu Suzanne postanowiła wydać pożegnalne przyjęcie i uprzedziła mnie, że będzie kuchnia żydowska i mam się nastawić na dużą ilość czosnku. Rzeczywiście, poza herbatą wszystko było tak naczosnkowane, że zionąłem czosnkiem jak Smok Wawelski ogniem, ale lubię czosnek i specjalnie mi to nie przeszkadzało. Wśród przysmaków były zapiekane bułeczki z kremem, jakżeby inaczej, czosnkowym. Ten krem, to nie żadem tam krem, to była poezja, to przysłowiowe niebo w gębie, kwintesencja wysublimowanego smaku. Po przyjeździe, a raczej przylocie do domu, poprosiłem żonę, żeby zrobiła taki krem, ale pomimo wertowania żydowskich przepisów i kilku prób nie całkiem to przypominało oryginał. Wreszcie żona powiedziała „znajdź sobie żydówkę i daj mi spokój”. Easier said than done. Skąd ja miałem wziąć Żydówkę? Odpuściłem sobie i krem, i Żydówkę. Przypomniałem sobie o tym czytając dyskusję o leniwych pierogach. Byłem pewien, że jest specyfiką naszych czasów, iż panie młode nic nie umieją, a paniom młodym dalej nic się nie chce. Chyba się myliłem. A więc rzucam hasło – krem czosnkowy. Może któraś z miłych pań zna jakiś ciekawy przepis.
Pozdrowienia
Mirek Markuszewski
I tak właśnie wyszło szydło z worka, najpierw nasz przewodniczący miał nam za złe nasze dyskusje na temat leniwych, zaś teraz prosi nas o pomoc.
Wychowywałam się razem z dziećmi polskich Żydów, z którymi byłam bardzo zaprzyjaźniona, zresztą moi rodzice też. Niestety rodzina Gołubowiczów musiała wyjechał w roku 1956 do Izraela z biletem w jedną stronę, bez prawa powrotu. Nie rozumiałam zupełnie, o co chodzi, bardzo długo płakaliśmy, ja, Tosiek (a właściwie Józef), mój serdeczny przyjaciel w poważnym wieku 11 lat, mój brat i jego serdeczna przyjaciółka Ewa – piękna dziewczynka lat 8 o zachwycającej urodzie, włosach, postawie. Po latach spotkałyśmy się w Warszawie, gdy ona przyjechała wraz z ojcem zobaczyć Polskę, Warszawę i miejsce gdzie się urodziła i gdzie mieszkała. Wspomnieniom nie było końca, a najważniejszym była nasza rozpacz i wielogodzinny płacz dzieci. Dlaczego oni nam to robią?
No właśnie, ad rem.
Mama Józefa i Ewy gotowała wspaniale, ale nie pamiętam, aby robiła ten wyśmienity sos czosnkowy, który opisał w swym liście Mirek. Stąd moja prośba do wszystkich pań, pomóżmy Mirkowi, a może my same również znajdziemy to, co najdoskonalsze w naszej kuchni – smak z dzieciństwa, okresu dojrzewania, czy naszych podróży. Zapraszam do poszukiwań.
Tymczasem nawiązując do tematu czosnku, chciałabym podać przepis na krewetki w sosie czosnkowo-imbirowo – pietruszkowo-kokosowym, które stały się hitem ostatnich czasów w naszym domu. Wykonawcą tego pysznego dania jest mój Mąż, który po raz pierwszy przyrządził je na moje bardzo okrągłe urodziny w lutym tego roku.
Składniki:
1 kg obranych krewetek (mogą być z ogonkami), 200 ml białego, wytrawnego wina, 2 pęczki natki pietruszki, zamiast natki możemy wziąć dwa pęczki kolendry świeżej, lub kolendrę w doniczkach, korzeń imbiru (tak z 8 cm), 2-3 papryczki chili, 1 cały czosnek (główka), olej z pestek winogron - 4 duże łyżki, 1 puszka mleka kokosowego, 50 g masła, 2 łyżki mąki.
Wykonanie:
Ja najpierw przygotowuję wszystkie składniki:
Obieram imbir obieraczką do warzyw i drobno kroję, papryczkę rozcinam i wyrzucam pestki, pietruszkę siekam drobno, (tak samo, jeżeli używam świeżej kolendry), obieram czosnek i drobno kroję, krewetki rozmrażam i myję, jeżeli mają na grzbiecie czarny przewód pokarmowy wyjmuję, teraz można dostać w dużych supermarketach krewetki wyczyszczone dokładnie, ja kupuję paczkowane 1 kg – duże „tiger” w sklepie Makro. Na dużej patelni rozgrzewam olej, wrzucam obrany czosnek, smażę uważając, aby nie przypalić, wrzucam papryczkę, podsmażam, do tego wkładam krewetki i smażę około 7 minut, cały czas mieszając drewnianą łyżką, aby krewetki dobrze się obsmażyły. Po tym czasie przekładam krewetki z patelni do miski, pozostawiam na patelni tylko 7 sztuk, przygotowuję sos (a te pozostawione krewetki nadadzą mu odpowiedni smak). Wrzucam imbir, dodaję mleko kokosowe, białe wino i redukuję ilość wody na patelni, inaczej mówiąc gotuję całość na patelni tak, aby sos trochę zgęstniał. Trwa to około 5 minut. Dodaję odłożone krewetki, mieszam wszystko razem. Sprawdzam konsystencję sosu. Nie może być zbyt gęsty, ale też nie może być za rzadki. Na samym końcu dodaję masło obtoczone w mące (tyle ile masło tej mąki zabierze). Ponownie mieszam, danie jest gotowe.
Krewetki podaję z ryżem „Basmati” (ryż uprawiany w Himalajach) ugotowanym na sypko wg przepisu podanego na opakowaniu.
Polecam, danie jest bardzo proste, można wykonać w 25 minut, jest pyszne!
Uwaga: jeżeli ktoś nie lubi krewetek przyprawionych za ostro, zmniejsza ilość papryczek i imbiru, natomiast ci, którzy lubią kuchnię pikantną mogą dodać tych składników więcej.
Prawns in garlic sauce
I kg of peeled prawns, 200 ml of white dry wine, 2 average-size bunches of parsley or corriander, approx. 8 cm long piece of ginger, 2-3 chilli peppers, one garlic head, grape seed oil, one coconut milk tin, 50g of butter, 2 spoons of flour.
Peel ginger and cut thinly. Cut peppers and remove seeds, chop parsley, peel garlic. Heat oil and fry garlic cloves, later on add peppers. Add prawns and fry for 7 minutes stirring all the time. Remove from the frying pan all prawns, but 7. Add ginger, coconut milk and wine and cook until the sauce becomes thicker (approximately 5 minutes). Add to the pan all prawns and butter covered in flour. Stir once; a meal is ready to serve.
SMACZNEGO!
Wasza Jadwiga


Alderney jest najmniejszą z zamieszkałych Wysp Normandzkich. Zajrzałam do Internetu i wyczytałam, że: Alderney jest dependencją baliwatu Guernsey posiadającą własny rząd i parlament. Ma 5 km długości i 3 km szerokości i jest trzecią, co do wielkości w grupie tych wysp. Znaczna część wyspy jest skalista. Leży kilkanaście kilometrów na zachód od francuskiej Normandii, 30 km na północny wschód od Guernsey i 100 km na południe od wybrzeża Anglii. Wyspę zamieszkuje 2400 osób, największa miejscowość na wyspie nosi nazwę St Anne. Ludność utrzymuje się głównie z turystyki, oferując przyjezdnym pola golfowe, łowienie ryb i sporty wodne. Suche, zimne fakty, wcale niezachęcające do odwiedzin a tymczasem jest to po prostu raj na ziemi. Stolicą jest niewielkie miasteczko St. Anne, z kafejkami, bankiem, trzema kościołami, jednym muzeum i kilkoma hotelami dla złaknionych spokoju turystów. Lądujemy na maleńkim lotnisku, gdzie jedynym znakiem XXI wieku jest telefon w poczekalni, z którego można zadzwonić i zamówić sobie taksówkę. Ale czy warto ją zamawiać? Jak się nie ma za dużo bagaży to spacerkiem przez kilka minut dochodzi się do stolicy. Jest to jedyne miasto na wyspie i na próżno
można szukać drogowskazów do St. Anne; tutaj po prostu się na St. Anne mówi, „La Ville”, czyli miasto. Urocza główna uliczka, Victoria Street zaczyna się kościołem i kościołem się kończy. Prosty biały kościół metodystów bardziej przypomina meksykańskie puebla niż europejską kulturę. Dalsza architektura miasta wyraźnie angielska, choć nazwy sugerują, że jednak jesteśmy chyba we Francji a nie Anglii! Kroczymy dalej spoglądając na solidne domy z epoki
królowej Victorii i pnące się po ich ścianach niesamowite, niebiesko-fioletowe wisterie. Nasze oczy zatrzymują się na budce telefonicznej. Angielskiej, a jakże, ale nie czerwonej a żółtej a do tego obok, jakby przykucnięta, jest skrzynka pocztowa w kolorze niebieskim. Karaiby czy Anglia, pytam się sama siebie w duchu?!!! Takich kontrastów, czy to kolorystycznych czy krajobrazowo-kulturowych jest pełno. Małe wymiary wyspy wskazywałyby, że można ją oblecieć w jeden dzień, ale to złudzenie. Nawet tydzień to za mało żeby odnaleźć wszystkie interesujące zakątki i zasmakować w tutejszych przyjemnościach. Zacznijmy od portu, mała wyspa, to mały port, nieprawda? Nie, mała wyspa a port ogromniasty! W roku 1840 wybudowano tutaj falochron dający schronienie całej angielskiej flotylli normandzkiej! Fortyfikacja tego falochronu jest nie do ogarnięcia, niech o skali świadczy fakt, że jeździł tam pociąg i w wyposażeniu pociągu
obowiązkowe były….Kapoki, bo jeden z pociągów się zapędził i wpadł do wody! Cała wyspa została uzbrojona, po te przysłowiowe zęby, w XIX wieku, bo Francuzom solą w oku były te malutkie wyspy i co i rusz jakaś militarna wyprawa była organizowana. Dodatkowo, w czasie Drugiej Wojny Światowej, wyspy Normandzkie zostały zaatakowane przez Hitlera i przerabiane systematycznie na obronne stanowiska. Wynikiem tego jest przeogromna ilość interesujących bunkrów, które ciągną do zwiedzania młodszych i starszych podróżników jak magnes. Jest to historia, którą można dotknąć. Dla tych, co mniej się wojną interesują a bardziej przyrodą – proszę bardzo – o rzut kamieniem skaliste wysepki Les Etacs z ogromną kolonią ptaków głuptaków lub też większa wysepka Burhou z kolorowymi maskonurami. Ornitologiczny raj! Obowiązkowo musze wspomnieć o uroczych i pustych zatoczkach z czystym białym piaskiem i dramatycznych skałach, które na wiosnę pokrywają się różnokolorowym kwieciem. A jakby przyrodnikom nie wystarczyły te przyjemności, to bardzo proszę, wyspa słynie z unikalnych jeży, nie tylko są one koloru blond, ale też nie mają pcheł! A na przekór, króliczki tutaj są czarne. Oczywiście nie wszystkie, ale dużo. Po wyspie przemieszczać się najlepiej na rowerze, ale samochód też można wynająć. Urocze są przejażdżki konne, ale polecam też jazdę….metrem! No może nie całkiem metrem, ale wagonikami metra londyńskiego, które doczepione do starej lokomotywy obsługiwane są przez entuzjastów kolejowych. Na zakończenie dodam, że samochodów nikt nie zamyka, kluczyki zostawiane są w stacyjce, nawet, gdy roztargniona dama zostawi torebkę na siedzeniu w kabriolecie, to jak wróci, to torebka będzie ciągle na siedzeniu i w nienaruszonym stanie
na nią czekała. Czy wspomniałam o skarbach? Nie? Jest ich tutaj całe mnóstwo, bo wyspy te charakteryzują się 12 metrowymi przypływami i odpływami. Były i są te skaliste tereny piekielnie trudne do nawigacji i od najstarszych czasów tonęły tam większe i mniejsze statki. Zdradliwe skały i nagle pojawiające się mgły były przyczyną wielu tragedii morskich. Ostatnio odkryty został wreszcie wrak słynnego statku „Victory”, który zatonął w 1744 roku z ładunkiem złota i kosztowności wycenianych obecnie na jakieś 990 milionów funtów. Niestety, nie udało mi się odkryć dokładnego jego położenia. Amerykańscy poszukiwacze skarbów strzegą pilnie tajemnicy i negocjują z królową angielska podział łupów.
Kilka ciepłych dni wystarczyło, aby ogród wypiękniał i pokazał się w całej swojej krasie. Pierwsze zakwitły bodziszki: bodziszek błotny – (Geranium palustra), o kwiatach drobnych, różowych i bodziszek leśny – (Geranium sylvaticum) o kwiatach purpurowo-fioletowych, ułożonych promieniście, zdecydowanie większy aniżeli bodziszki leśne. Bodziszki występują w całej Europie, a także na Kaukazie i w Turcji, w Polsce są bardzo pospolite, jednak są rejony, gdzie nie występują wcale. Obie
byliny wyglądają uroczo. W zasadzie powinny kwitnąć od czerwca do sierpnia, jednak ostatni grad nie był łaskawy dla wszystkich roślin i cieszy mnie, że choć trochę pozostało. Kwitną także pierwsze lilie, u nas w ogrodzie mają kolor czerwono-makowy. Ostatnie ulewy i burze
oraz
W moim ogrodzie begonia sprawdza się znakomicie. Po pierwsze nie jedzą jej ślimaki, po drugie rozrastając się tworzy piękne krzaczki kwiatowe, które nawet nie ucierpiały od padających deszczy, a one znacznie skróciły okres kwitnienia orlików – u nas mamy niebieskie i jasnoróżowe. Kwitnie też miodowo pachnący wiciokrzew – kapryfolium inaczej lonicera. Będąc kiedyś w Ciechocinku mieszkałam w hotelu, w którym ogrodnik ukochał
kapryfolium i nasadził przed wejściem kilka krzaków wieczorami miodowo pachnących. W owym czasie nie miałam jeszcze ogrodu, ale tak zakochałam się w ich zapachu, że postanowiłam w przyszłości posadzić kapryfolium również w moim ogrodzie. Był to pierwszy krzak posadzony przy tarasie. Dzisiaj mogliśmy upajać się zapachem właśnie lonicery, może dlatego, że był to jeden z nielicznych w tym roku ciepłych wieczorów. Żółte
lilie – ukochane kwiaty mojej mamy, posadzone za domem, pięknie komponują się z zielenią liści rudbekii, która jeszcze nie kwitnie. Niestety nie ma szans na kwiaty hortensji (hydrageny), gdyż surowa zima nie dała im szans. W związku z tym hortensje odbijają od korzeni, i chyba nie zdążą zakwitnąć.
Na tarasie wiszą fuksje inaczej mówiąc ułanki, które mogą być jedno, dwu lub trójbarwne. Moje są dwubarwne, pełne, kielich jest biały, a korona fioletowa, pręciki żółte. U Taty na tarasie stoją ułanki cyklamenowo-fioletowe i cyklamenowo-różowe. Najczęściej występującymi kolorami tych śliczności są wszelkie odcienie czerwieni, różu, fioletu, bieli. Nie widziałam natomiast kwiatów granatowych, żółtych czy pomarańczowych. Moje kwiaty kupuję w Gospodarstwie Ogrodniczym Jacka Wiśniewskiego w Góraszce koło Warszawy, stąd ich niespotykany kolor.
Właściciel kocha kwiaty, sprowadza je i sprawdza u siebie na polach, te z Holandii przechodzą próbę ogniową w naszym klimacie, i jeżeli zadowolą pana Jacka, wtedy wprowadzane są na rynek polski. Ponieważ w Gospodarstwie pracują ludzie zakochani w kwiatach, zawsze można liczyć na ich fachową pomoc. Fuksje nieodmiennie kojarzą mi się z tańczącymi baletnicami, a ich urodę podkreśla lekki wietrzyk, na którym moje baletnice
pięknie się kołyszą. Fuksje kochają wilgoć i w dni upalne muszą być podlewane rano i wieczorem. Ponadto fuksje i hortensje są bardzo żarłoczne i należy je zasilać, ja podlewam codziennie, używając nawozu w ilości 5 łyżeczek na 2 litrową butlę wody. Kwitną także powojniki, jeden na fioletowo, a drugi na ciemnoróżowo. Pozostałe moje powojniki nie przetrwały ekstremalnych warunków tegorocznej zimy. W dalszym ciągu czekam na róże, zarówno te pnące, jak i rabatowe, ale czy rozkwitną, nie
wiem, muszę dokonać ponownego oprysku, bo coś je postanowiło zeżreć. W tej sprawie muszę się skontaktować z moimi doradcami w kwestii oprysków.
Pamiętam, gdy byłam może ośmio lub dziesięciolatką pod oknem sypialni w domu u mojej ukochanej babci Katarzyny kwitły jaśminy. Przyjazd na wakacje w czerwcu zawsze wiązał się z kwitnącymi jaśminami i ich niepokojącym zapachem. Wiedziałam, że ten zapach będzie mi towarzyszył w ciągu całego mojego życia. I tak się właśnie stało, jaśminowce kwitną, jest cicho i spokojnie, a ich słodki zapach wlewa się do mojego pokoju. Ile to lat minęło od tamtych dziecinnych marzeń? Gdy prosiłam: babciu nie zamykaj okien, tak cudnie pachną twoje krzaki (wtedy jeszcze nie bardzo wiedziałam jak się te cuda nazywają). Lepiej nie liczyć! Cieszmy się dniem dzisiejszym, upojnym wieczorem, spokojem i kojącym wszystkie stresy zapachem przypominającym „…lata durne, lata chmurne…” jak napisał poeta.
Życzę wszystkim wytchnienia, spokoju oraz znalezienia swojego ukochanego kwiatu o niespotykanym zapachu, może kwiatu jednej nocy poszukiwanego przez młodych w noc Kupały, zwaną też nocą kupalną, kupal nocką, kupałą, sobótką lub sobótkami, słowiańskie święto związane z letnim przesileniem słońca, obchodzone w najkrótszą noc w roku, czyli najczęściej (nie uwzględniając roku przestępnego) z 21 na 22 czerwca (późniejsza wigilia św. Jana , zwana też nocą świętojańską). Słowo kupała, wbrew głoszonym opiniom, najprawdopodobniej nie ma nic
wspólnego z rosyjską formą słowa kąpiel. Tłumaczenie takie zostało wymyślone przez świat chrześcijański nie wcześniej niż w X-XI stuleciu – Kościół, nie mogąc wykorzenić z obyczajowości ludowej corocznych obchodów „pogańskiej” sobótki, podjął próbę zasymilowania święta z obrzędowością chrześcijańską. Nadano kupal nocce patrona Jana Chrzciciela i zaczęto nawet zwać go Kupałą, z racji tego, że stosował chrzest w formie rytualnej kąpieli (w obrządku wschodnim). Wyraz kupała pochodzi raczej z indoeuropejskiego pierwiastka kump, oznaczającego gromadę, zbiorowość, z którego wywodzą się słowa takie jak
kupa, skupić, w sensie gromadzić. Słowo sobótka, późniejsze określenie kupal nocki, najprawdopodobniej zostało wymyślone przez Kościół i znaczyło tyle, co mały sabat. Z nazwą tą wiąże się również pewna legenda, mówiąca o tym, jakoby sobótka była uroczystością ku czci pięknej dziewczyny o tym właśnie imieniu. Sobótka w nieokreślonym czasie zamieszkiwała ponoć bliżej nieokreśloną wioskę. Narzeczony jej, Sieciech, powróciwszy z wojny, miał swą wybrankę pojąć za żonę, jednak wioska ich została nagle zaatakowana przez hordy wroga. Podczas odpierania ataku Sobótka zginęła, trafiona w samo serce. Miało się to dziać w noc letniego przesilenia.
Współcześnie, na fali zainteresowania ludowością i ładunkiem kulturowym narodów, obchody związane z letnim przesileniem zyskują na popularności w Europie. Kupal nockę wszędzie, nie tylko wśród ludów słowiańskich, obchodzono podobnie. W Czechach, tak jak w Polsce, skakano przez ogniska, co miało oczyszczać oraz chronić przed wszelakim złem i nieszczęściem. Zasuszone wianki z bylicy zakładano na rogi bydłu, by ustrzec je przed chorobami i urokami czarownic. Serbowie od dogasających o świcie ognisk zapalali pochodnie i obchodzili z nimi zagrody i domostwa, co chronić miało przed złymi duchami. W Skandynawii palono ogniska na rozstajnych drogach albo nad brzegami jezior, bo wierzono, że woda, w której koniecznie trzeba się zanurzyć, miała wówczas właściwości lecznicze
magicznych ziół, wpinały w nie płonące łuczywo i w zbiorowej ceremonii ze śpiewem i tańcem spuszczały wianki na rzekę lub strumień. Poniżej rzeki, czekali już chłopcy, którzy – czy to w porozumieniu z dziewczętami, czy też licząc na łut szczęścia – próbowali wyłapywać wianki. Każdy, któremu się to udało, wracał do gromady, by odszukać właścicielkę wyłowionej zdobyczy. W ten sposób dobrani młodzi mogli kojarzyć się w pary bez obrazy obyczaju, nie narażając się na złośliwe komentarze czy drwiny. Owej nocy przyzwalano im nawet na wspólne oddalenie się od zbiorowiska i samotny spacer po lesie.
burzy, gdzieniegdzie przetrwały do dziś. W opowieściach tych słyszymy o wielu ludziach, którzy błądzili po lasach i mokradłach, próbując odnaleźć magiczny, obdarzający bogactwem, siłą i mądrością, widzialny tylko przez okamgnienie kwiat paproci. W legendach czeskich i niemieckich znalazca kwiatu paproci powinien szukać skarbów w ciemnym borze. We francuskich – na najwyższym w okolicy wzgórzu, do którego ma dobiec przyświecając sobie ognistym kwiatem jak pochodnią. W legendach rosyjskich natomiast po zerwaniu gorejącego kwiatu należy wyrzucić go jak najwyżej w powietrze i szukać skarbu tam,
gdzie spadnie. W noc Kupały odprawiano również rozmaite wróżby, bardzo często związane z miłością, które miały pomóc poznać przyszłość. Wróżono ze zrywanych w całkowitym milczeniu kwiatów polnych i z wody w studniach, wróżono z rumianku i kwiatów dzikiego bzu, z cząbru, ze szczypiorku, z siedmioletniego krzewu kocierpki, z bylicy i z innych roślin oraz znaków. Powszechnie wierzono też, iż osoby biorące czynny udział w sobótkowych uroczystościach, przez cały rok będą żyły w szczęściu, a i dostatek ich nie ominie
Tłum towarzyszy nam wszędzie i jest bardzo miły, tylko czasami nas dotyka i chce robić zdjęcia. Pomagają nam kupować, wybierać, sprzeczają się o cenę. Jestem jedyną tak dużą kobietą na ulicy i w sklepach. Mam granatowy płaszcz, kapelusz i długie, jasnoszare buty. Marzyłam o kimonie, ale tutaj są takie dla małych pań, szkoda. Idziemy na pocztę, no raczej brudno, a klej stoi na dużym stole w dużej misce i palcami się go wybiera, by przylepić znaczek. Higienicznie nie jest, ale znaczek się trzyma. Ceremoniał lepienia znaczków powtarzamy wiele razy, gdyż wszyscy wysyłamy po kilkanaście pocztówek. Z poczty idziemy na chwilę w miasto. Tłumy ludzi, robię kilka zdjęć i już musimy jechać po zawodników, aby zdążyć z nimi na kolację. Dzisiaj mamy ryż, ziemniaki smażone, „gąbkę” czyli chleb sojowy z grzybami mun. Niestety ja tego nie jem, nie smakuje mi, choć danie jest pełne witaminy B. Kotlet schabowy w sosie pomidorowym, golonka z puszki, zupa z makaronem sojowym i krewetkami, kalafior z suszonymi krewetkami, lemoniada, piwo dla kierownictwa (Cinq tao beer – jest naprawdę dobre) oraz mandarynki. Po kolacji pojawia się główny kucharz z zapytaniem czy nam smakowało. Pokazuje swoje zdjęcie razem z Zosią, prosi o autograf. Uciechy co niemiara.
Oklaski dla pana kucharza oraz zdjęcie, co sprawia mu dużą przyjemność. Po kolacji szybko do hotelu po sprzęt sportowy i na halę. Jutro gramy tutaj mecz, więc dziś musimy „ograć” halę z zapalonymi światłami. Po powrocie do hotelu „starszyzna” spotyka się u Andrzeja. W pokoju dyskusja o… o dziwo o badmintonie, przy szklaneczce czerwonego wina. Idziemy spać. Tym razem noc spokojna, bez bębnów, patelni i innych tego typu narzędzi. Ale nie śpię do 3.30, a gdy tylko zamykają mi się oczy, ktoś zaczyna walić w drzwi. Jest 7.11 – to Rysiek.
Wynik meczu Polska-Chiny 8 : 0
Wyjazd punktualnie o 6.00 rano. Jedziemy nasza Toyotą, do tego dwa busy Toyoty z zawodnikami i jedna Toyota dodatkowo z jedzeniem. Przez pierwsze pół godziny oglądam wszystko dookoła, jest jeszcze noc, mnóstwo Chińczyków biega rano lub ćwiczy qi gong. Jesteśmy na moment w jakimś maleńkim miasteczku na stadionie, starzy ludzie biegają na bieżni, wszyscy ćwiczą. Nie możemy skorzystać z wc, uprzedza nas chińska trenerka, dlaczego? Bo lepiej nie. Jedziemy już dalej, po drodze mijamy chłopów niosących swoje produkty na targ, dwa kosze zapakowane warzywami (rzodkiew biała, kapusta pekińska, kapusta), powieszone na bambusie. Poboczem drogi idą dzieci do szkoły, jest zimno, każde ma ponakładane kilka par podartych pończoch, na krótkim bambusie niosą przed sobą kociołek z ogniem. Do szkoły jest kilkanaście kilometrów. To nic, że daleko. Chęć nauki jest tak wielka, jak odległość szkoły od miejsca zamieszkania. Wszyscy wiedzą, że tylko w ten sposób mogą poprawić swój byt, a nauka otwiera drzwi. Motywacja ogromna, musisz się wybić spośród wielu milionów ludzi, walczysz o życie, o jedzenie, ubranie, wyjazdy, choćby i do innej prowincji. Po drodze usypiam, śpię aż do przyjazdu do jaskini smoka, gdzie otrzymujemy paczki z jedzeniem, słodkie bułki, ciasto biszkoptowe, mandarynki, lemoniadę i
piwo. Jest 8.00 rano (w Polsce 24.00), a my zgrabnie idziemy daleko w góry. O tym właśnie marzyłam. Grota smoka jest piękna, jeziorko, łódki, wpływamy do grot, których jest kilka. Podświetlono je kolorowymi światłami. W sumie pokonujemy 4,5 km. Potem znowu idziemy w góry. A jakże, aby popatrzeć z innej strony na te cuda, a jest rzeczywiście na co. W skałach wykute są poletka z uprawami ryżu i innych roślin, wyglądają pięknie, jak na kolorowych pocztówkach.
Każdy możliwy kawałek ziemi jest wykorzystany do granic możliwości. Jedziemy drogą, na której porozkładano dopiero co skoszony, dojrzały ryż. Ma brązowy kolor. Dopiero po wysuszeniu następuje młocka (młocka to nic innego, jak położenie ryżu na drodze, aby przejeżdżające samochody go wymłóciły!). Tak naprawdę dopiero biały ryż nadaje się do spożycia. W sumie średnio zabawne, ale prawdziwe. Pamiętajmy, że to rok 1986, inna epoka, zupełnie inne czasy w Chinach, zmiany są jeszcze daleko przed nami. Bieda ludzka jest okropna, pralki, telewizory, radia to rarytas, a o mieszkaniu typu M2 lub M3 w ogóle nie można mówić, bo tych lepianek, co widzimy, nie można w ogóle nazwać mieszkaniami. Do wc nie wchodzimy, a nasi chłopcy cały czas nie odstępują dziewczyn i mnie. Dlaczego? – pytam. – Jak to? Przy was można normalnie oddychać, wy pięknie pachniecie, wszędzie brud. Pogoda piękna 20-25 stopni ciepła, nieźle jak na styczeń. Kwitną kwiaty, palmy, zielono, góry ogromne, jaskinie pięknie eksponowane, tylko czystości brak. Miną kolejne 22 lata i to nie będą te same Chiny! Ale to wszystko przed nami. Jesteśmy w styczniu 1986 r i wszystko to, co dobrego nastąpi, zdarzy się w kolejnych latach, bardzo, ale to bardzo szybko. Robimy wiele fotografii, reprezentacja chińska cały czas z nami, śmiechy, próby nawiązania kontaktów, miło i przyjacielsko. Jedziemy dalej, jakieś 40 km, nad wodospad Aushun, drugi co do wielkości po Niagarze na świecie. Ale najpierw jemy obiad: puszki szynki, piwo, lemoniada i nasze paczki. Schodzimy na dół, wzdłuż ogromnej góry i z każdej strony podziwiamy wodospad, który z powodu ostrej zimy (+25) nie jest taki bogaty w wodę , ale i tak jest na co popatrzeć. Zdjęcia, zdjęcia, zdjęcia. Chińczycy robią nam tyle zdjęć. Jeżeli choć trochę dostaniemy, to i tak w życiu nie mieliśmy tylu kolorowych! Wchodzimy jeszcze po schodach we wnętrzu góry, po której spływa wodospad – huk ogromny, mokro, ślisko. No i ostatnia platforma. Znów przebiegamy dalej, aby jeszcze pod innym kątem i z innej strony popatrzeć na wodospad Huangguoshu. Słońce grzeje, więc pozbywamy się różnych ciepłych ubrań, które skrzętnie włożyliśmy. Schodzimy w dół. Dookoła drzewa, bambusy stare i młode oraz młodziutkie pędy, którymi się zajadamy. Przechodzimy przez mostek na rzece i znowu w
górę. Pan fotograf każe nam iść w dół pod sam wodospad, ale to jest ponad moje siły. Z dołu do góry, z góry na dół, zdjęcia, ujęcia, po pierwsze jam nie modelka, po drugie czy ja tu przyjechałam wspinaczkę górską uprawiać w górach wyższych od naszych Tatr? Wchodzę na górę, siadam i czekam na wszystkich spokojnie, dochodząc do siebie. I tak mam piękne widoki. Upał się zrobił sakramencki, a ja pod bananowcami i mandarynkami sobie leżę, ot bananowe życie! Wracają zawodnicy z szefostwem, a my, korzystając z magnetofonu zamontowanego w jednym z aut, wykorzystując nasze taśmy, dajemy pokaz tańca, który tutaj jest dozwolony już od dwóch lat. Uczymy go naszych chińskich kolegów, a o godzinie 16.30 odjeżdżamy. Jedziemy do Aushun, gdzie w restauracji dostajemy kolację: pawia pięknego, zrobionego z bambusa, pędów soi, grzybków, liści selera, jajek przepiórczych, przepiórki (podana cała, z głową), boczek a la guma, mątwę czyli ośmiornicę, kompot owocowy, jajka z pocukrzonymi żółtkami, kurczaki a la kurczak Aerofłot (nie do ugryzienia), rybę na słodko, groszek zielony z sosem, ryż, trepangi (ogórki morskie) z przeróżnymi różnościami. Jem je, bo są bardzo smaczne. Jest wódka małtaj i piwo. Do wódki mam stosunek pejoratywny, nie mogę wąchać nawet, nie mówiąc o piciu. Po przedstawieniu nam kierownika restauracji wydającej tę kolację i miłym powitaniu, Andrzej z Jurkiem wychylają obowiązkowo kieliszek małtaj za przyjaźń. My z Ryśkiem oczywiście piwo. Po kolacji, w oczekiwaniu na samochody i pozostałe osoby, prowadzimy kurs tańca. W hotelu jesteśmy o godz. 22.00. Jutro rano odlatujemy do następnego miasta, więc jeszcze szybkie pakowanie, uzupełnienie notatek i spać.
Z góry panorama miasta Quiyang jest zupełnie inna. Widać tylko ogromne bloki i nowoczesne miasto. Natomiast jadąc przez to miasto, widzisz tylko maleńkie klitki, domki ulepione z gliny, postawione z cegły, maleńkie, takie na jeden pokoik. Przed domem gotuje się w garach, saganach, a ryż w drewnianych stągwiach. Widać mnóstwo maleńkich stołówek pod gołym niebem, takich barów szybkiej obsługi na świeżym powietrzu. Shi Pin mówi, że od 3 lat, po zdefiniowaniu przez partię rewolucji kulturalnej, można prowadzić prywatny handel. Zresztą widać to dokładnie na ulicy. Ogromna ilość sklepików, gdzie handluje się wszystkim. Jeden przy drugim, wąskie i długie. Handel trwa od rana, od godz. 10.00, mniej więcej do dwunastej, pierwszej lub drugiej w nocy. Czynne są też zakłady usługowe: klientka siedzi bez buta, a szewc na poczekaniu go reperuje. W ogóle widoki są różne i czasami nas szokują. Bloki mieszkalne z rurami od tak zwanych „kóz” – rodzaju piecyków używanych tuż po wojnie w Polsce, z których leci dym. Nie ma w tych domach centralnego, więc w razie zimna pali się brykietami w kozach. W związku z takimi rozwiązaniami ciepłowniczymi nie ma mowy o firankach w oknach. Quiyang jest miastem czystym, mimo tych niedogodności. Niestety toalety stanowią wyjątek i dlatego nie będę o nich wspominała… Dziewczyny, widząc rozwiązania w nich panujące, krzyczały, że absolutnie, że nic z tego, a ja na to, że gdzieś indziej może być jeszcze gorzej, że musi być tu, a nie gdzie indziej, i niech patrzą mi w oczy, i damy radę. Dałyśmy!
Wieczorem zapraszają nas na bankiet (reasumujemy dzień: śniadanie, długi trening, obiad, wycieczka, hotel i bankiet). Bankiet w dwupiętrowej restauracji, na pierwszym piętrze ogromna hala ze stolikami i tu mamy śniadania, teraz zaś idziemy na drugie piętro, do sali gdzie ustawiono kilka okrągłych stołów. Wita nas przewodniczący komitetu kultury fizycznej. Siedzimy przy stole: Andrzej, ja, Rysiek, Shi Pin (Jola), Jurek, trenerka chińska, przewodniczący komitetu badmintona, przewodniczący komitetu kultury fizycznej i jeszcze dwie czy trzy osoby. Najpierw przemówienia, następnie toast wódką małtaj (to nie dla mnie, przełknąć nie mogę, zapach – lepiej nie wąchać). Idzie, ALE TO JEST ten jedyny raz, aby nie urazić gospodarzy. Podają wino, ale ja wiedząc, że mają pyszne piwo, proszę o nie i od tej pory jest ok. W tak zwanym międzyczasie nasz Prezes Andrzej wygłasza toast za przyjaźń, za badminton, za spotkanie i za możliwość nauki badmintona w kraju mistrzów. Do toastu dołączamy upominki, w tym ręcznie haftowany jedwabny proporzec Polskiego Związku Badmintona wykonany przez naszą znajomą p. Panasiuk. Zaczynają serwować potrawy, szybko, bardzo szybko, my zdychamy od tempa. Pierwszy kęs dostaje Andrzej, później ja, Rysiek, Jurek. Potrawy są nakładane przez przewodniczącego Urzędu Kultury Fizycznej Prowincji. Następnie mogą brać pozostali. Rysiek i ja nie pijemy. Do Andrzeja podchodzą goście i każdy chce z nim wypić. Serwowanie potraw trwa, a ja cały czas notuję. Notatnik z piórem mam na kolanach, co wzbudza ogólną radość. Podają potrawy w kolejności serwowania, ale nie jestem dzisiaj pewna czy zdążyłam zanotować wszystkie: ryba sosna, ryba krzyk dziecka (jest pod ochroną), mątwa, żółw pieczony, panda, smażone kartofelki nadziewane cebulką, schab w sosie, sałatka mięsna z bambusami, sałatka ze szpinaku, sałatka z rzodkiewki, kurczak nóżka, grzyby mun, mandarynki, kompot owocowy z ananasami, mandarynkami, li czi, i jakimś białym dobrym owocem, ciasto biszkoptowe – jemy pałeczkami, no i piwo dla „starszyzny”. Zawodnicy pili napoje typu domowa lemoniada. Atmosfera tego spotkania była przyjacielska, a nawet gorąca. Na zakończenie bankietu
poprosiłam, aby starszyzna opróżniła swoje kieliszki i polałam naszą żytnią, i dopiero wtedy lody zostały przełamane, humory znakomite, a my odjeżdżamy w miłej atmosferze. O godzinie 20.15 jesteśmy już w hotelu. Rozmowa z zawodnikami, którzy nie dali się wciągnąć w wir toastów. Wiedzą, po co przyjechali. Szybko idziemy spać.
też, wszyscy pomagają nam kupować, pomagają wybierać. Wybieram Buddę szczęścia. To taki Budda, który jest gruby, siedzi i sześcioro małych Chińczyków wokół niego, oraz Buddę zdrowia – La Shu Shin. Otwieram torebkę, aby zapłacić i w tym momencie głowy wszystkich pań będących w sklepie pochylają się nad jej zawartością, pewnie jest to bardzo ciekawe, co ja takiego mogę w niej mieć. Oprócz paszportów całej ekipy i pieniędzy
nie mam tam nic. Zapłaciłam i muszę stwierdzić, że obydwaj panowie: Budda szczęścia i Budda La Shu Shin, przetrwali wszystkie moje przeprowadzki, przelot z Chin do Polski i są ze mną do dzisiaj.
razu ruszamy do Pałacu Cesarskiego. Imperial Palace. Pałac ogromny, piękny, robi wrażenie, kilkaset budynków, ponad 9000 komnat. Wspaniały: czerwień i złoto, pagody. Wszyscy myślą o tym samym – czy rzeczywiście tu jesteśmy? Wracamy do cieplutkiego hotelu. Kupuję mapę Chin, Pekinu – Beijng, a o siódmej kolacja, wszyscy mają zabawę, bo jemy po raz pierwszy w życiu pałeczkami. Nikt z nas nie umie się nimi posługiwać, dlatego jest zabawnie. Wszyscy cieszą się jak dzieci jedząc bardzo dobre dania kuchni chińskiej. Po kolacji szybko spać, za oknem monsunowy wiatr, a raczej wietrzysko. Można powiedzieć, że wszyscy zasypiamy na stojąco, bo to już dwie doby na nogach, a zawodnicy przecież jechali do Warszawy z całej Polski. Pobudka o siódmej rano. Mieszkamy w hotelu średniej kategorii, tapczany, w pokojach ciepło, łazienka, a w niej karaluchy – trzeba będzie się przyzwyczaić. Na stoliku w pokoju stoi wielki termos z gorąca wodą, filiżanki z chińskiej porcelany i herbata jaśminowa. Zaparzam i od razu lepiej. Po śniadaniu wyjeżdżamy na lotnisko. Po drodze wstępujemy do sklepu, kupujemy zeszyty (wszyscy chcą prowadzić dzienniki podróży). Wiatr ogromny, sypie piaskiem. Ludzie chodzą w specjalnych maskach z szalami owiniętymi dookoła głowy. Jeszcze wczoraj wywoływało to uśmiech, dzisiaj rozumiemy dlaczego. Na ulicach ogromny ruch, wszędzie rowery, rowery, rowery i rzeka ludzi. Zresztą ludzi jest dużo i wszędzie. Na lotnisku, w restauracji, na ulicy. Ubrani bardzo skromnie, ale ciepło. Spódnicę noszę tylko ja. Wszyscy w spodniach i w kurtkach prawie jednakowych, najczęściej zielonych, pikowanych. Czekamy na odlot naszego samolotu, więc możemy się trochę porozglądać. Podczas obiadu Shi Pin przedstawia nam plan podróży: Z Pekinu (Beijing) lecimy do Guiyang – stolicy prowincji Guizhou, stąd do Chengdu, stolicy prowincji Sychuan, następnie do Wuhan, stolicy prowincji Hubei i do Czangsha – stolicy prowincji Hunan. Zapowiada się długa wyprawa, przygoda sportowa w sercu światowej szkoły badmintona. Obiad w restauracji jest bardzo smaczny. Składa się z przystawek: zimnego mięsa pokrojonego w cieniutkie plasterki, grzybków, słodkiej kiełbasy, ryżu, pędów czosnku z bambusem i mięsem, pysznej ryby na słodko, kalafiora z grzybkami i sosem, krewetek z pędami bambusa w sosie. Lot opóźniony o cztery godziny. Samolot Ił 18 – lot dobry i pierwsze 1600 km za nami. Na lotnisku witają nas osobistości lokalnych władz: szef badmintona, kilka osób z Miejskiego Komitetu Kultury Fizycznej,
i prasa. Nasz Prezes ma dużo roboty, wywiady, zdjęcia, herbata powitalna na lotnisku, pytania, i w końcu lądujemy w hotelu. Jest 40 minut po północy. Jemy kolację. O ósmej Rysiek budzi nas wszystkich (ja śpię, bo wzięłam coś na sen). Quiyang jest piękną prowincją z kopalnią węgla kamiennego. Występuje tu roślinność tropikalna. Jest dość ciepło, bo plus dwa stopnie. Podczas śniadania ustalamy plan na następne kilka dni: od 4.01 do 7.01 posiłki, godziny treningów, w czasie wolnym trochę zwiedzania. 6 stycznia o 19.00 pierwszy mecz Polski z reprezentacją Prowincji Quiyang. Jako szef organizacyjny uczę się kilku słów po chińsku: nihao – dzień dobry, sie, sie – dziękuję, tui buci – przepraszam, ho ho – dobrze, mei kłen szi – nie szkodzi, hłen fa czio –zmiana, mał czio – badminton, czung ło – Chiny, koi koi – można, taja – słońce, czange – śpiewać, łomen dzo – idziemy, la shu shin – dziadek zdrowia, czin cuo – proszę siadać. Pierwsze śniadanie w Quiynag nas rozczarowuje, ponieważ gospodarze chcąc nas ugościć, podają europejski
posiłek. Wiemy, że oni takiego śniadania nie jedzą – jak to powiedziała Shi Pin – takie śniadanie jedzą w Mongolii. No cóż, ok, więc dziękując serdecznie za ukłon w stronę Europy prosimy za pośrednictwem Shi Pin o serwowanie nam typowo chińskich posiłków. Wywołujemy ogólne zdziwienie, ale przyjęte z aplauzem. Tym razem jedziemy do hotelu zabrać nasz sprzęt sportowy i jazda na halę, ale tu niespodzianka. Czeka na nas herbata, i nie ma mowy o tym, aby jej nie wypić. Nie chcemy być niegrzeczni, wypijamy i szybko na halę. Kolejna niespodzianka. Na hali zimno, gorzej niż na dworze. Rysiek Borek prowadzi trening, notuje Jurek Szuliński, no i ja. Jest prasa i telewizja. Pod trybunami siedzą chińscy trenerzy, organizatorzy, dyrektor turnieju, zastępca i pracownik. Biorąc pod uwagę wcześniej spotkanych pięciu organizatorów i szefa, który nimi dowodzi, grupa liczy tyle osób, ile u nas pracuje przy organizacji międzynarodowych mistrzostw Polski, ogromnego turnieju z udziałem 31 państw z całego świata. No i refleksja… ich jest więcej niż nas w Polsce i to ile razy! Stolica Quiyang liczy 1,5 miliona ludzi, a cała prowincja około 110 milionów. W porównaniu do Polski liczącej wtedy 37 milionów i Warszawy 1,5 miliona ludzi. Program meczu na dwóch kortach ustala osiem osób: na korcie pierwszym gramy grę pojedynczą mężczyzn, kobiet, grę podwójną mężczyzn i mieszaną, a na korcie drugim: grę pojedynczą kobiet, mężczyzn, podwójną kobiet i podwójną mężczyzn.
Zanim podzielę się wspomnieniami dotyczącymi naszego pierwszego wyjazdu reprezentacji Polski w badmintonnie do Chin ( a właściwie Chińskiej Republiki Ludowej) w roku 1986 chcę pokazać obraz – jeden ze skarbów narodowych, który znajduje się w Szanghaju. Przed muzeum, w którym obraz jest on przechowywany tworzą się wielogodzinne kolejki.
Święto
Organizacja Narodów Zjednoczonych obchodzi „swój” Dzień Dziecka 20 listopada, w rocznicę uchwalenia Deklaracji Praw Dziecka z roku 1959, oraz Konwencji o prawach dziecka z 1989 roku. W 1954 roku Zgromadzenie Ogólne ONZ ustanowiło
zaś chłopcy obchodzą swoje święto w dniu 5 maja a dziewczynki w dniu 3 marca. Dzień 5 maja czyli Tango-no Sekku od 1948 r narodowe święto Dzień Dziecka Kodomo-no Hi, Japończycy przed swoimi domami wywieszają papierowe karpie tzw. Koi-nobori albo Satsuki-Nobori, dziewczynki w dniu 3 marca świętują Dzień Lalek czyli Hinamatsuri. W Turcji zaś Dzień Dziecka obchodzony jest w dniu święta niepodległości w
dniu 23 kwietnia.
się gratulacje zarówno młodzieży, nauczycielom jak i rodzicom za to, że dzieciaki – młodzież z tej szkoły tak świetnie połączyły 100 lecie Anina z Dniem Dziecka.
godzin spędzonych na rozważaniach o życiu i jego aspektach. Pamiętam każde kazanie prowadzone ze swadą, ze znajomością prawie wszystkich ludzi, zresztą Jego kazania zostały wydane w formie książki. Pamiętam jubileusz 30 lecia Księdza Wiesława Kalisiaka- proboszcza naszej Parafii w dniu 7.10.2006 r, niestety już wtedy był już bardzo, bardzo chory, jednak choć na moment, na chwilę na dłuższą chwilę był z nami uważnie
obserwując celebrantów mszy na Jego Cześć.24 października odszedł od nas na zawsze. Budowniczy Kościoła , człowiek, ksiądz który ukochał ponad wszystko ludzi, życzliwy wszystkim, a przede wszystkim młodzieży. Wszystkie osoby, o których tu napisałam można zobaczyć na zdjęciach, które wykonałam podczas tego Festynu. Wszystkim
Dzieciom Życzę Wspaniałego Dnia, Samych Piątek i Szóstek, pięknych upominków słodyczy, wielu godzin spędzonych wspólnie z Rodzicami, na pogaduchach o życiu o Waszych problemach, smutkach a także radościach.
Bądźcie Szczęśliwi, w ten Cudowny Dzień!