Subskrybuj kanał RSS bloga Okiem Jadwigi Subskrybuj kanał RSS z komentarzami do wszystkich wpisów bloga Okiem Jadwigi

Archiwum miesiąca Maj 2010

29.05 truskawki Był rok 1987. Wyjechałyśmy razem z córką na wakacje w trasę objazdową po Europie. Najpierw była Austria, następnie Niemcy, Belgia i Holandia aby znów przez Niemcy wrócić do Polski. Przejechałyśmy kilka tysięcy kilometrów podróżując samochodem. Ostatni etap podróży – Niemcy wtedy nazywane RFN.  Zatrzymałyśmy się u moich przyjaciół pod Kolonią. Piękne lato i sezon truskawkowy w pełni. Codziennie podczas śniadania Inga rozmawiając z nami robiła przetwory z truskawek,  ponieważ przepis był bardzo prosty zanotowałam go i teraz podaję, gdyż wszystkie niezbędne składniki można dostać i u nas w każdym super markecie (wtedy było to marzenie ściętej głowy).   

Składniki:  

Truskawki  1 kg (obranych i opłukanych), 1 kg cukru żelującego wg upodobania. 

Ja dodaje cukier żelujący 1: 1 Diamant, ale używamy to co każda pani domu uznaje za dobre dla niej i jej rodziny. (Sa jeszcze inne rodzaje tego samego cukru jak  2:1, 3:1, proszę sprawdzić w sklepie co paniom odpowiada najbardziej, ponieważ tylko od nas samych zależy jakiego cukru użyjemy do naszych przetworów). Podaję kilka informacji o cukrze używanym przeze mnie:  Cukier Diamant 1 : 1 jest produkowany z nie rafinowanego cukru trzcinowego, pochodzącego z wyspy Reunion i dlatego nadaje konfiturom owocowego, intensywnego aromatu, bogatej barwy i wyjątkowego smaku  Nie  zawiera barwników oraz środków konserwujących, więc konfitury uzyskują wyjątkowy, naturalny aromat, a owoce nabierają  głębokiego smaku. Cukier ten idealnie nadaje się do wszystkich owoców. Truskawki obsypuję cukrem żelującym, gotuję wodę, 1,5 – 3szklanek  , dodaję owoce zagotowuję, gotuję tylko  1 minutę lub odrobine dłużej (chodzi o to aby owoce w żadnym razie się nie rozgotowały i pozostały w całości). Zwracam szczególną uwagę na to aby truskawki były całe nie rozgotowane. Gorące truskawki wkładam do wyparzonych słoików i zakręcam ustawiając dnem do góry na ściereczce, do wystudzenia.  

Oto cała sztuka magika. 

Truskawki w żelującym cukru są tak samo dobre jak świeże, zachowują kolor, dla mnie najważniejsze jest aby nie były rozgotowane tylko w całości, wtedy w słoiku wyglądają pięknie,  co ważne tak zrobione owoce nie tracą koloru a smak – sama poezja. Polecam szczególnie dla dzieci w okresie zimowym, gdy na rynku sa tylko mrożonki, wtedy zrobienie budyniu, dodanie pysznej galaretki i nasz maluch ma deser lub szybkie drugie śniadanko.

 W ten sam sposób postępuję z morelami, brzoskwiniami, wiśniami i  czarną porzeczką.  Sposób jest łatwy i prosty, co teraz w dobie pośpiechu jest ważne dla młodych pań domu, a zreszta piękne słoiczki opisane własnoręcznie z kolorowymi czapeczkami przewiązanymi wstążeczką jakże pięknie będą wyglądały na półce w spiżarni.

Mam nadzieję, że w tym roku truskawki pomimo kataklizmów, powodzi i ulewnych deszczy jednak będą dostępne na rynku, a w każdym bądź razie będziemy je mogli kupić na naszym ulubionym targu. Ja od lat kupuję owoce i warzywa na targu Szembeka przy ul. Zamienieckiej w Warszawie  u Eli i Daniela. Towar mają pierwszorzędny, codziennie świeże dostawy i wiem jedno, że owoce pochodzą z dobrego znanego źródła, a to najważniejsze.  

Życzę wszystkim Paniom domu udanych przetworów!

 Serdecznie pozdrawiam

Wasza Jadwiga

26.05 rododendrony i niezapominajki na Dzień MatkiŚwięto jest obchodzone w Polsce, jako wyraz naszego szacunku dla matek. W tym dniu nasze dzieci obdarowują nas laurkami, życzeniami, landrynkami lub drobnymi czekoladkami oraz najsłodszymi życzeniami przekazywanymi w formie wierszyków takich jak ten, który dzisiaj rano usłyszałam od mojej córki:  „… rano wstałam usłyszałam głos ptaszyny, że dzisiaj Dzień Matki!…” Nic się nie zrymowało, ale intencje były słuszne i miłe dla ucha. Najważniejsze to okazanie nam matkom miłości i szacunku za trud włożony w wychowanie naszych pociech. Mogę powiedzieć, że już w starożytności u Greków i Rzymian szacunkiem otaczano matki – boginie, jako symbole płodności i urodzaju. Później w siedemnastowiecznej Anglii zwyczaj wrócił i był znany pod nazwa „niedziela u matki”, co na początku oznaczało wizytę w katedrze a dzień ten był wówczas dniem wolnym od pracy. Matki otrzymywały prezenty: kwiaty i słodycze. Zwyczaj ten przetrwał do wieku XIX, aby ponownie być kultywowanym po II wojnie światowej.

Historia Dnia Matki w USA przedstawiała się nieco inaczej, gdyż w roku 1855 jedna z amerykańskich nauczycielek ogłosiła „Dzień Matczynej Pracy” – była to Ann Maria Reeves Jarvis, później podobny „Dzień Matek dla Pokoju” promowała Julia Wars Howe. W roku 1905 udało się ustanowić Dzień Matki a w roku 1914 Kongres USA ustanowił drugą niedzielę maja Dniem Matki i uznał go za święto narodowe. Tyle historia Dnia Matki wyczytana przeze mnie w Wikipedii.

Z okazji Dnia Matki chcę zaproponować wszystkim i młodszym i starszym dzieciom przepis na pyszne ciasto w naszej rodzinie nazywane ciastem „Bzium”, gdyż wszystko wkłada się do pojemnika i mikserem robi bzium, tak to kiedyś nazwała moja córka i taka nazwa pozostała i wszyscy wiedzą, o co chodzi.

Ciasto „Bzium”

Składniki:

5 jaj, mąka, cukier, masło, 1 łyżeczka proszku do pieczenia.

Jajka pozbawione skorupek ważymy, dodajemy do nich tyle samo cukru ile ważą jajka, ubijamy na puszystą masę, dodajemy tyle samo mąki, razem z łyżeczką proszku do pieczenia, co ważyły jajka, i na koniec dodajemy tyle samo masła, co ważyły jajka. Masło rozpuszczamy w garnuszku i wlewamy do masy, ubijając wszystko mikserem. Bziuuuuuum!

I teraz zaczyna się nasze fantazjowanie. Na Dzień Matki zazwyczaj możemy już kupić truskawki, które po obraniu i opłukaniu oraz wysuszeniu papierowym ręcznikiem wrzucamy do przygotowanej masy.

Małą tortownicę smarujemy masłem, posypujemy tartą bułką, wlewamy masę i wsypujemy truskawki. Wstawiamy do nagrzanego piekarnika i pieczemy w temperaturze 180 stopni ca 25 min, sprawdzając, aby ciasto było rumiane – metodą patyczka sprawdzamy, aby było w środku dopieczone to znaczy patyczek musi być suchy po wyjęciu z ciasta. Ciasto „Bzium” jest ciastem bazą dla wszystkich owocowych ciast i sezonowych owoców, takich jak morele, brzoskwinie, śliwki, jabłka (muszą być ochędożone i pokrojone w paseczki), wiśnie, rabarbar, co kto lubi i znajdzie na targu lub we własnym ogrodzie. Można również ciasto podzielić na dwie części i do jednej z nich dodać 2 łyżki kakao, wtedy wyjdzie nam ciasto marmurkowe, gdy wylejemy najpierw jasną część ciasta do tortownicy a następnie część kakaową robiąc widelcem esy floresy. Można go podawać na ciepło z lodami i bitą śmietaną, można podać oprószone cukrem pudrem, można podać z polewą czekoladową przygotowaną przez siebie:

W rondelku rozpuszczamy czekoladę, jaką kto lubi, dodajemy trochę wody i masła, można dodać dwie krople olejku cytrynowego. Zagotować i polewa gotowa. (Dodanie masła powoduje, ze rozpuszczona czekolada ma konsystencję lejącą i nie zastyga natychmiastowo, jest aksamitna i pyszna).

Podałam przepis, który jest najprostszy i w naszej Rodzinie można powiedzieć funkcjonuje od zawsze. Wiele lat temu, gdy masło było towarem reglamentowanym ( były takie czasy, oj były) zamiast niego używałam margaryny, ale teraz zawsze używam masła, ponieważ ciasto wtedy ma smak maślany i jest pyszne.

Kochane Mamusie!

W tym słodkim Dniu Matki życzę Wam wszystkim samych radosnych chwil, zdrowia, gdyż ono jest nam najbardziej potrzebne do wychowywania naszych Milusińskich, nie zawsze najgrzeczniejszych, nie zawsze uczących się na samych piątkach, nie zawsze subordynowanych, a w wieku dojrzewania i późniejszym wiedzących: wszystko najlepiej i na wszystkie tematy ,że o komputerach nie wspomnę, lepiej od nas matek dinozaurów, kochanych jednak przez nas miłością jedyna, ślepą i bezkrytyczną!

Bądźcie zdrowe i  życzę Wam wszystkiego najlepszego, dużo uśmiechu i laurek

W tym pięknym Dniu Matki!

Wasza Jadwiga

22.05 rododendrony W roku stulecia Anina otwarto dla zwiedzających pierwsze anińskie ogrody. Jak wyczytałam w folderze wydanym przez Wydział Kultury Dzielnicy Wawer m.st. Warszawy nie wiadomo, czy w latach następnych zamknięte furtki staną otworem, aby można było podziwiać ogrody, ale też piękną architekturę Anina. W ramach inicjatywy społecznej, społeczności anińskiej organizatorami „Otwartych Ogrodów” byli Michał Nowacki, Zofia Górzyńska i Cecylia K. Zimna.   

Piękny folder wydany przez Gminę Wawer opracowała Teresa Szymczak, zaś projekt logo Jerzy Nowakowski. W folderze czytamy: „… Nie my wymyśliliśmy „Otwarte Ogrody”. Otwierali gościnnie swe ogrody mieszkańcy Podkowy Leśnej, Józefowa, Milanówka, Komorowa. W ogrodach można było obejrzeć nie tylko piękne krzewy, rabaty, kwiaty, lecz również a może przede wszystkim spotkać ludzi twórczych i interesujących – filozofów, malarzy zbieraczy osobliwości, rzeźbiarzy, producentów biżuterii lub lokalnych pocztówek, tkaczki, hafciarki… Próbujemy z okazji stulecia Anina iść śladami poprzedników, korzystając z ich doświadczeń.” W 2010 roku w maju swoje ogrody udostępniły następujące Rodziny: Wojciech Adamczyk – reżyser teatralny m.in. sztuk takich jak: „Kolacja dla głupca”, „Ludzie i anioły”, i telewizyjny –Tata, a Marcin powiedział, Miodowe Lata, Pensjonat pod Różą, nagradzany licznymi nagrodami m.in. za „Ranczo”- najdowcipniejszy serial komediowy, Małgorzata Gutowska Adamczyk – autorka powieści m.in.13 Poprzeczna, 110 ulic, 220 linii i innych, Barbara Haberzak- malarka, Judyta Halska le Mounnier – skrzypaczka, Aldona Kraus- okulistka, lekarz piszący wiersze, autorka wspomnień o ks. Janie Twardowskim i publikacji w mediach, Dariusz 22.05 historyczne dokumentyOsiński- rzeźbiarz, rodzina lekarek Nowackich. Andrzej Szalewicz –inżynier elektronik, działacz sportowy, były prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego, Jadwiga Ślawska Szalewicz- absolwentka Akademii Wychowania Fizycznego, autorka tego blogu, Honorowy Prezes Polskiego Związku Badmintona, Barbara Wołodźko Maziarska- plastyczka, Janina Zdanowicz – malarka o dużym dorobku artystycznym ( pani w wieku 90 lat- przepraszam Janinę za udzielenie tej informacji, ale promuję aktywność seniorów i dlatego chciałam pokazać, że każdy wiek jest dobry, aby tworzyć, malować czy też pisać). Ewa i Marek Samsonowie,Su Barbara  Sułkowska, Teresa i Antoni Wajnerowie, Piotr Chodorek weterynarz małych zwierząt, Bożena i Marek Janowscy – właściciele jednego z najstarszych, ponad stuletniego domu w Aninie, prezentujących wieloletnią historię rodziny i domu. Otwarte Ogrody w Aninie otwierały 22.05 drzewo genealogiczne Rodziny Szalewiczswoje bramy i furtki w dniach od 9 maja do 22 maja.I właśnie w takim świetnym towarzystwie, ludzi niebanalnych, przyszło nam zorganizować wystawę i otworzyć nasz ogród.Wystawa dotyczyła pasji Andrzeja – genealogii oraz zastosowania genetyki w genealogii, pokazania drzewa genealogicznego, którego początki sięgają roku 1530, jego drugiego hobby 22.05 kolekcja znaczków olimpijskich tzw"pinsów"kolekcjonerstwa znaczków olimpijskich do klap, wydanych przez Polski Komitet Olimpijski od roku 1924, zaprezentowania wydanych przez niego książek oraz skromną moją a raczej wspólną pasję zbierania obrazów o tematyce badmintonowej oraz la volante, czyli sportu rakietowego, w którym używa się rakiety większej od rakietek do tenisa stołowego natomiast mniejszej i lżejszej od rakiety tenisowej.

Dzisiaj prawie wszyscy, no może uczciwiej pisząc, większość z nas wie, co to jest badminton, dyscyplina olimpijska od 1988 r., kiedy to na Igrzyskach Olimpijskich w Seulu była pokazową, zaś pełnoprawna dyscypliną olimpijską została od Igrzysk Olimpijskich w Barcelonie w 1992r., poprzez IO w Atlancie w 1996 r., IO w Sydney 2000 r., IO w Atenach w 2004 r. i IO w Pekinie w roku 2008 r. Z naszej bogatej kolekcji pokazaliśmy kilka obrazów, 22.05 kolekcja obrazkówle volante, badmintonktóre przedstawiały badminton w innym zupełnie anturażu: długich sukien, kontusików jakże polskich, kapeluszy dam, wyrafinowanej elegancji panów. Le volante a później badminton, nazwa pochodzi od hrabstwa Badminton – Pałacu Badminton House w Anglii Gloucestershire.  W tym pałacu należącym do księcia Beaufort w salonie (o wymiarach dzisiejszego boiska do badmintona powieszono dokładnie w połowie długości boiska sznurek, do którego przywiązano kolorowe wstążki, aby sznurek był widoczny i tak grano rakietkami drewnianymi z naciągiem zrobionym z jelit zwierzęcych. Był rok 1870 a może wcześniej?   A później le volante, nazwano badminton i rozpowszechnił się w krajach pod panowaniem brytyjskim. Stąd Indie, a jak Indie to Azja i metodą śnieżnej kuli stał się znany w Chinach i całym Dalekim Wschodzie.  

22.05 książe August S€łkowski, kopia obrazu Adama Manyoki przez Sebastiana SłabyKopia najstarszego posiadanego przez nas obrazu księcia Augusta Sułkowskiego, zaledwie czteroletniego młodego chłopca w pięknym kontusiku, namalowanego przez Adama Manyokiego w roku 1733, ma swoja jakże piękną i interesującą historię. Będąc w Pałacu w Rydzynie koło Leszna, od tamtejszego kustosza dowiedzieliśmy się o istnieniu takiego obrazu. Nasze poszukiwania zajęły kilka ładnych lat, pisaliśmy do wielu Muzeów z prośbą o informację, jednak bezskutecznie. I nagle otrzymaliśmy pismo wraz ze zdjęciem z Muzeum w Budapeszcie, z informacją, że taki obraz rzeczywiście istniał, nie wiedzą, do kogo obecnie należy, że raz po wojnie pokazał się na aukcji, ale ślad po nim zaginął. Jedyne, co mają to tę załączoną czarno- białą fotografię, wiedzą, że obraz został namalowany przez Adama Manyokiego węgierskiego malarza. Tyle na ten temat, tyle i aż tyle. I tu zaczyna się nasza historia, ja w owych latach pracowałam w Polskim Związku Badmintona, Andrzej, prezes związku, postanawiamy dowiedzieć się znacznie więcej o malarzu, w jakich latach żył, co namalował, jakie malarstwo preferował, jaka była paleta barw używana przez niego w XVIII wieku. Międzynarodowe Mistrzostwa Polski w tym czasie organizowane są w Płocku. W wolnej chwili idziemy do Muzeum Mazowieckiego w Płocku, aby zobaczyć wystawę. Podczas zwiedzania jednej z sal ze zdumieniem zobaczyliśmy obraz 22.05 dom i ogródnamalowany przez Adama Manyoki’ego. Zakup książki o tym malarzu i jego obrazach nie sprawił nam większego kłopotu. Andrzej miał w Krakowie przyjaciela, którego syn Sebastian Słaby studiował w owym czasie w Krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych i tak doszło do powstania naszej kopii obrazu Adama Manioki – księcia Augusta Sułkowskiego. Po otrzymaniu obrazu, zamówiliśmy kilka kopii, które w kolejnych latach były wręczane różnym wielce zasłużonym ludziom w badmintonie, w kraju i za granicą. Pozostałe obrazki i miedzioryty nabywałam podczas moich podróży po Europie, jednak muszę stwierdzić, że najwięcej zakupów zrobiłam w Anglii na różnego rodzaju pchlich targach, gdzie wypatrywałam wszystkie obrazy z motywem rakietki. Tak powstała spora kolekcja, do 22.05 nasi gościektórej mamy wielki sentyment. Do naszego „Otwartego Ogrodu” zawitało kilkadziesiąt osób, reprezentujących między innymi Warszawskie Towarzystwo Genealogiczne, Stowarzyszenie Właścicieli Nieruchomości w Aninie, p. Igor Strojecki, który przygotował w Muzeum Mazowieckim oraz w Domu Polonii w Warszawie wystawy Pt.” XIX –wieczna Azja Środkowa okiem fotografa, badacza i podróżnika Leona Barszczewskiego” , „ pani Jolanta Karpińska Warzecha – organizator „Otwartych Ogrodów” w Józefowie, zaprzyjaźnione grono osób z lat szkolnych zdających razem z Andrzejem maturę, oraz grono naszych znajomych i przyjaciół w tym ludzi 22.05 historia rodziny sportu, ludzi kochających historię i tradycję. Motywem przewodnim była 90 letnia historia Rodziny Szalewiczów zamieszkałej w Aninie liczącym sto lat, ciągle przy tej samej ulicy.. Stare fotografie znakomicie uzupełniały opowiadane przez Andrzeja historię rodzinne.

Piękny dzień i wspaniałe popołudnie okraszone burzą z piorunami 22.05 nasi gościezgromadziło wszystkich na tarasie przy herbatce i kawie, pysznych ciasteczkach z najlepszej Piekarni i Cukierni „Grzybki” w Warszawie serwowanych przez Jolę i Ewę. Burza dodatkowo sprowokowała ożywioną dyskusję na tematy genealogiczno -historyczne. Ostatni goście pożegnali nas o godzinie 22.00. W przygotowaniach do wystawy plenerowej uczestniczyła cała Rodzina, która chciała podkreślić znaczenie tego interesującego wydarzenia towarzyskiego oraz dołożyć swoją maleńką cegiełkę.

Wielka szkoda, ze taka wspaniała społeczna inicjatywa zainicjowana przez mieszkańców Anina nie została w odpowiedni sposób rozpropagowana przez współorganizatora- Gminę Wawer, która wydając folder w bardzo limitowanym zakresie nie wydała wystarczającej ilości plakatów i zaproszeń, które można byłoby rozwiesić na słupach Anina oraz rozkolportować do skrzynek pocztowych mieszkańców.

I tak w „Otwartych Ogrodach” z okazji stulecia Anina najwięcej gości przyjechało z Warszawy zaś najmniej gości było mieszkańcami Anina!  

„Otwarte Ogrody okiemjadwigi”

opisała

Wasza Jadwiga

KornwaliaMoja Przyjaciółka Beata tym razem pojechała do Kornwalii, a że zawsze zabiera ze sobą aparat fotograficznym i tym razem nie mogło być inaczej. Otrzymałam od niej kilka zdjęć z takim oto listem, który umieszczam poniżej. Cieszę się, że mogę z wami  razem wędrować po świecie: a to popatrzeć na Islandię lub Chiny, pobyć w pięknym Albionie, czy też wyjechać na Sycylię. Przed nami:

Kornwalia

La donna e moblie – nie, nie „donna e mobile” tylko „pogoda e mobile” w moim pięknym Albionie! Kwiecień, miesiąc przepiękny i przeze mnie ulubiony, może być tak jak zima (wystarczy pojechać do Szkocji), jak Kornwaliawczesna wiosna (Cumbria), wiosna radosna (Surrey) i niemal lato (Kornwalia). Zgadnijcie gdzie pojechałam? Poniosło mnie na ten odległy półwysep w kształcie rogu (przynajmniej tak się rzymianom ten kawałek lądu kojarzył i dlatego nazwali go Cornu od łacińskiego słowa), mnie jednak on się bardziej kojarzy z kozaczkami z wysokim obcasem. Tak czy inaczej, piękne słońce, 18 stopni ciepła i widoki zapierające dech w piersiach sprawiły, że zaczęłam latać od Kornwaliajednej do drugiej zatoczki z obłędem w oczach i nieustannym klikaniem aparatu. Inni, mniej zwariowani na punkcie aparatu, siedzą godzinami na skałach i obserwują ptaki albo sobie po tych skałach łażą czy też z godnością spacerują po promenadach. Męska młodzież, jak to młodzież, nie zważając na temperaturę wody, ubrana w wetsuit wywija koziołki na deskach i pilnie obserwuje, czy  młode panny siedzące na plaży bacznie ich wyczyny oglądają. Oglądają, oglądają, choć Kornwaliaudają, że nic je to nie interesuje. Ach, młodym być! Wracam jednak do tych skał, których jest mnóstwo i w przeszłości trudno je było lokalnym władzom patrolować. Dlatego też Kornwalia była królową szmuglu! Tak zwani „free traders” żeglowali z dalekich krajów, przywozili herbatkę, gin i papierosy i jak ognia unikali podatków. Tak więc wspólnie z miejscowymi, po nocy rozładowywali ładunki i wywozili w dyskretne miejsca, takie jak Bodmin Moor ze słynnym zajazdem „Jamaica Inn” uwiecznionym w jednej z książek Daphne de Maurier. Jak nazwać tych zaradnych handlowców? Przestępcami? Lokalnymi bohaterami? Generalnie byli traktowani raczej jak bohaterzy; no cóż, nawet obecnie nikt nie lubi płacić podatków, a w przeszłości podatki na te towary były tak wysokie, że cena ich była sześć razy wyższa niż na kontynencie. Oczywiście ryzyko związane z takim procederem było wysokie, minimalna kara to wywózka do Australii, a maksymalna to szubienica. Długo się można rozpisywać o pięknie Kornwalii, o błękitnym morzu, urwistych skałach, zachodach słońca, ale urok tego miejsca leży również w starych, małych portowych miasteczkach jak Mousehole, Charlestown czy Looe. Mousehole jest uroczym miasteczkiem z żółtymi chatkami zbudowanymi z granitu otaczającymi piękny port chroniący nadbrzeże atakowane przez potężne fale z zatoki Mounts. Łódeczki rybaków kołyszą się połyskując wesołymi kolorami i przypominając raczej Maltę niż Anglię. Charlestown z kolei przetrwał wieki w niezmienionej postaci i do chwili obecnej jest portem pracującym. Mądre posunięcia lokalne zablokowały wszelkie szpecące ten port plany rozbudowy, więc zwiedzanie go jest jak cofnięcie się w czasie, stare żaglowce remontowane w doku tradycyjnymi metodami, rybacy naprawiające sieci, no i oczywiście obowiązkowa kanapka z krabami w kafejce.

Moja Matka

Dzisiaj w wieku 88 lat odeszła na zawsze moja Matka – pamięć o niej zawsze będzie z nami.

Niech Jej ziemia lekką będzie!

Jadwiga z Rodziną

Seniorada na AWFZgodnie z zapowiedzią, na warszawskiej Akademii Wychowania Fizycznego odbył się Piknik Rekreacyjny Seniorada. Ranek zapowiadał się piękny, słoneczko przyświecało i wydawało się, że pogoda będzie nam sprzyjała, jednak około godziny 10.30 zaczął wiać silny wiatr i już nie byliśmy tacy pewni frekwencji. Jednak po godzinie jedenastej niezawodni seniorzy dotarli na AWF i rozpoczął się piknik. To nic, że wiał wiatr, to nic, że było zimno, serca gorące i chęć rywalizacji dostarczały pozytywnych emocji. Seniorzy byli chętni zarówno do ćwiczeń prowadzonych przez instruktorów, jak i do udziału w konkursach. Można było zbadać ciśnienie i dowiedzieć się czy nie grozi nam cukrzyca wykonując odpowiednie badanie. 

Polska Federacja Nordic Walking uczyła jak prawidłowo chodzić z kijami, co nie było takie trudne, ponieważ instruktorzy zadbali o pomysłowe ćwiczenia poprawnego chodzenia.

rzut tedlefonem emporia na odleglość zawodnik Józef P.Dużym zainteresowaniem uczestników cieszył się rzut telefonem na odległość w kategorii pań i panów. Zwycięzca osiągnął wynik 27,5 m, a wśród pań wygrał rzut na 19 metrów. W obu kategoriach pierwsze miejsca nagradzano telefonami komórkowym marki emporia. Przyznano też nagrody pocieszenia za drugie i trzecie miejsca. Zainteresowani telefonami emporia seniorzy mogli je obejrzeć z bliska na stoisku firmowym. Szczególnie zaciekawił ich model emporiaLIFEplus z przyciskiem alarmowym w kształcie serca. W razie złego samopoczucia lub wypadku, zasłabnięcia czy też innej sytuacji kryzysowej, po naciśnięciu tego guzika łączymy się w pierwszej kolejności z telefonem emporiaLIFEplus V170alarmowym 112, a w następnej z zaprogramowanymi przez nas samych numerami osób, które są upoważnione do otrzymania informacji o stanie naszego zdrowia i mogą udzielić lekarzom koniecznych wskazówek na temat przyjmowanych leków czy przebytych chorób. Przecież nie zawsze idąc do sklepu czy na spacer zabieramy ze sobą dowód osobisty lub legitymację emeryta czy rencisty. W razie wypadku nikt więc nie poda potrzebnych podczas udzielania pierwszej pomocy informacji, ta opcja w telefonie może nam w takim przypadku bardzo pomóc.Wszystkich seniorów częstowano na pikniku pysznymi jabłkami. Zespół Pieśni i Tańca AWF wystąpił na przygotowanej scenie z piosenkami i tańcami kurpiowskimi, a studentki Uniwersytetu III Wieku wystąpiły prezentując taniec brzucha i latynoamerykańskie pląsy.

zespol Pieśni i Tańca "Warszawa" AWFImprezę zorganizowali: ESPAR 50+, studenci Akademii Wychowania Fizycznego III roku Turystyki i Rekreacji, a także Urząd Dzielnicy Bemowo oraz miasto stołeczne Warszawa. Organizatorzy już dziś zapraszają na następną edycję Seniorady, za rok impreza będzie obchodziła okrągłe, piąte urodziny.

Wszystkim uczestnikom – seniorom serdeczne podziękowania za udział i do zobaczenia za rok!

Wasza Jadwiga

To słowa piosenki Andrzeja Własta z muzyką Artura Golda.

ogród 8.05.10 kwitnące bzyTak właśnie było wczoraj, słoneczko nieśmiało wyglądało zza chmur dając nam nadzieję na Wiosnę w pełnej krasie. Temperatura dochodziła prawie do 20 stopni Celsjusza, ptaki w ogrodzie pięknie śpiewały, a wiewiórki przyszły do nas z wizytą, zapewne nie kurtuazyjną, lecz po orzeszki. Codziennie leżą w tym samym miejscu (orzeszki, nie wiewiórki) i czekają na nowych łakomczuchów.

Ogród zmienia kolory, tulipany kończą swoje płomienne kwitnienie, a deszcz, który padał, doprowadził do szybszego opadania płatków. W zakątkach ogrodu do swego kwitnienia szykują się rododendrony i różaneczniki, natomiast magnolie kwitną pokazując swą urodę: u jednej kwiaty białe z nalotem różowym i fioletowe kwiaty drugiej.

niezapominajki - forget me notNa klombie, wokół sosny zakwitły niezapominajki, spośród których wyrastają ciemnoróżowe tulipany. 15 maja to dzień niezapominajki, nie wiem czy w takiej  niesprzyjającej aurze moje niebieskookie panienki przetrwają.

Acer palmatum – klon palmowy miniaturka – komponuje się z niezapominajkami oraz z poidełkiem dla ptaszków, do którego przychodzą sójki, modraszki, gile, wróbelki, sroki, a także wiewiórki. Podczas upałów czynne jest ptasie kąpielisko.

No i moje ukochane bzy, a właściwie, lilaki, philadelphus, klon palmowy i poidełko dla ptakówrośliny pochodzące od oliwkowatych, wystepują w Azji i Europie południowo-wschodniej, zakwitły, cały podjazd to aleja bzowa, a w ogrodzie ogromne krzaki bzów wieczorem roztaczają najpiękniejszą woń. I tylko szkoda, że wieczory chłodne i nie można posiedzieć na tarasie, posłuchać głosów naszych współmieszkańców.

Bardzo dawno temu, gdzieś w latach 30., w Teatrzyku Morskie Oko Stanisława Nowicka i Tadeusz Olsza w rewii „Uśmiech Warszawy” śpiewali takie piosenki, jak „Gdy w ogrodzie botanicznym”, „Jesienne róże”, „Nie odchodź ode mnie”, „Jaśminy” i „Kwiaciarka z Barcelony” ta w wykonaniu Tadeusza Popławskiego, tango apaszowskie „Pragnę Twoją być” w wykonaniu Stanisławy Nowickiej. Piosenki piękne, melodyjne, nastrojowe, które wyszły spod pióra Andrzeja Własta i Artura Golda, który zginął rozstrzelany w obozie koncentracyjnym w Treblince 1943 r. Był skrzypkiem i kompozytorem, pochodził z bardzo muzycznej rodziny. Ojciec Michał Gold był muzykiem Opery Warszawskiej, brat Henryk również muzykiem i kompozytorem. Artur Gold przez wiele lat prowadził z Jerzym Pteresburskim orkiestrę w teatrzyku Qui pro quo (1922 r.) i w warszawskiej „Adrii” w latach 1931-1939.

Mnie najbardziej utkwiła w pamięci piosenka, która w latachkwitnące bzy przedwojennych i powojennych była hitem (jakbyśmy dzisiaj powiedzieli) i którą słyszało się bardzo często w radiu. To miła dla ucha melodia, która miała różnych wykonawców, ale pierwszy raz zaśpiewała ją Stanisława Nowicka. Dzisiaj chciałabym przypomnieć słowa piosenki, ponieważ jest maj, i kwitną bzy, i miłość rozkwita jak te czarodziejskie kwiaty w naszych ogrodach:

„Gdy w ogrodzie botanicznym”

Słonce pieszczotliwe i gorące
Promieniste zsyła gońceostatnie tulipany
Na drzemiącej ziemi głusz.
Życie budzi nas o bladym świcie
I zwierzamy się w zachwycie:
Oto wiosna przyszła już.
Warszawa w kwiatach pachnie jak czarowny park.
Na ust szkarłatach kładę czerwień moich warg.

Refren:
magnolia soulange'aGdy w ogrodzie botanicznym zakwitną bzy,
Śnię z chłopakiem moim ślicznym o szczęściu sny,
Na spacer idę z nim śród liliowych gron
I serce pełne złud nastrajam na wiosenny ton.

Gdy w ogrodzie botanicznym zakwitną bzy,
W tym nastroju idyllicznym me serce drży,
Znikają cienie trosk i zdrad,
Śmieje się do nas cały świat,
Gdy w ogrodzie botanicznym zakwitną wonne bzy.

2. tawuła van houttea, krzew o zwisajacych gałęziachOto słońca nas prześwietla złoto,
Wszystko zda się nam pieszczotą,
Wszystko płynie, wszystko gra.
Serce w kwiatów stroi się kobierce
I po długiej poniewierce
Wraca znowu miłość twa.
Warszawa w kwiatach nęci nas zapachem bzów,
W tych aromatach szczęście swe odnajdę znów.

Refren: Gdy w ogrodzie botanicznym…  

Oto wykonanie Tadeusza Faliszewskiego: http://www.youtube.com/watch?v=sSWT956fkhU&feature=PlayList&p=C8EB71139D0F7604&playnext_from=PL&playnext=1&index=75

Proszę mi powiedzieć, czyż nie miła dla serca i ucha piosenka, pisząc ten wpis cały czas słyszę muzykę w tle, a bzy za oknem i ich woń dopełniają obrazu. Wewnętrzny spokój zagościł w sercu mym, dlatego chciałabym życzyć wszystkim dobrego nowego tygodnia, spokojnego, bez brutalnego wkraczania polityki w nasze i tak stresujące życie.

Przecież już kwitną bzy…
Wasza Jadwiga

Jest rok 1985 Oxford 

Wyjeżdżam do Oxfordu, aby uczestniczyć w intensywnym kursie naukifog mgła nad Pałacem Blenheim języka angielskiego. Mieszkam w angielskiej rodzinie – Stan Mitchell i Jego Małżonka Jill zaproponowali mi pobyt u siebie w Abingdon. Do Oxfordu mam 40 minut jazdy autobusem. Zajęcia zaczynam o godz. 9.00, ale jestem już w szkole o godz. 8.20. Przesłuchuję taśmę z nagranymi wiadomościami radiowymi stacji BBC 1, jeszcze raz i jeszcze raz. Mark, nasz nauczyciel, zawsze zaczyna lekcję od wiadomości radiowych. Czego dotyczyły, kto prowadził, co zrozumiałeś. Przygotowuję się codziennie bardzo skrupulatnie. Nie mogę sobie pozwolić na brak przygotowania, właśnie ja. Moja grupa składa się z bardzo młodych ludzi. Ja jestem najstarsza, dlatego przykładam się do zajęć, ale oni to rozumieją. Razem śmiejemy się z nas samych, atmosfera bardzo fajna i wiem, że mnie akceptują. Pracujemy 5 dni w tygodniu, ja siedzę  ponadto w bibliotece, a także w laboratorium językowym. Ćwiczę wymowę, mając ponad 6 tysięcy taśm do dyspozycji. Wychodzę ostatnia, często jest już 19.00. Staram się wykorzystać do maksimum mój pobyt na tej uczelni. Tak jest w tygodniu.

Weekendy należą tylko do mnie. Bardzo często moi gospodarze proponują mi wspólny wypad. Zwiedzam w ten sposób razem z nimi Cotswold, Stratford upon Thames, Londyn, York, Warwick, Birmingham, Manchester, oraz wiele ogrodów, w których jestem zakochana. Jednym z miejsc, które zwiedzamy jest Pałac Blenheim. Niestety nie mam aparatu fotograficznego, nie mogę robić zdjęć. Miejsce jest urokliwe, przepiękny pałac i park. Nagrobek Winstona ChurchillaWchodzimy, wykupujemy bilety wstępu i dopiero wtedy orientuję się, że tutaj właśnie, w tym miejscu, urodził się Winston Churchill. Zaskoczenie i wielka radość. Wielki człowiek, mąż stanu, człowiek, który jest mitem w Wielkiej Brytanii tu urodzony! Kupuję książkę o Pałacu Blenheim i zaczynamy zwiedzać. Jestem pod wielkim wrażeniem miejsca i Winstona Churchilla.

Rozmawiając z Beatą, opowiedziałam Jej o tych chwilach spędzonych z moim przyjacielem Stanem Mitchellem właśnie w Blenheim. I oto otrzymuję list od Beaty, a w nim właśnie to opowiadanie. Ponieważ z tym miejscem łączę moje wspaniałe osobiste wspomnienia, przeżycia, które wywołał mój Wielki Przyjaciel Stan (niestety 6 lat temu odszedł od nas na zawsze), pozwalam sobie przedstawić Państwu jedno z najpiękniejszych miejsc w Anglii – Blenheim Palace widziany oczami Beaty.

Blenheim Palace

BlenheimJednym z piękniejszych pałaców w Anglii jest Blenheim Palace, położony w uroczej krainie Cotswolds, w pobliżu Oxfordu, słynącej z urody i wiekowej uczelni. Jako że jedna z moich książek była o Cotswolds, tak więc ten cudowny pałac musiał się znaleźć na jej stronach. W pałacu tym przyszedł na świat w roku 1874 Winston Churchill, którego ojciec był wnukiem 7-go księcia Marlborough. Posiadłość ta sięga wieku XII-go, kiedy to Henryk I zbudował sobie tutaj domek myśliwski i namiętnie polował na jelenie. Namiętnie zajmował się również słynną „Rair Rosamund”, córką Waltera de Clifford. Tutaj też za młodu więziona była przez królową Marię księżniczka Elżbieta. Umówmy się, że słowo „więziona” jest lekko naciągane, ale faktem jest, że jej głowa wisiała niemal na włosku.

Przeskoczmy jednak o parę wieków. Pierwszy książę Marlborough złoił mocno skórę Francuzom w słynnej bitwie pod Blenheim. Wierny naród w nagrodę ufundował mu pałacyk. Architekt John Vanbrugh buduje tę perełkę architektoniczną w latach 1705-1724, a park i ogrody stają się bajką dzięki legendarnemu ogrodnikowi-architektowi, Lancelotowi „Capability” Brownowi.  Tyle historii.

Teraz zaczyna się mój rozdział. Jako, że miejsce na pałac w mojej książce było w części zimowej, byłam leciutko zdenerwowana, bo parki i ogrody zdecydowanie wyglądają lepiej jesienią. Na zimę i śnieg w Anglii, jak wiecie, liczyć nie można, więc musiałam wymyślić coś innego. Żeby Was nie zanudzać fotograficznymi dylematami, krótko powiem, że najlepsze światło jest o poranku lub zachodzie. Ba, ale wtedy wszystko jest zamknięte! Jestem uczulona na prośby o udostępnianie znanych miejsc, po tym jak w mojej ojczyźnie, podczas robienia zdjęć Krakowa, wszędzie słyszałam NIE. Wszystkim wszystko przeszkadzało, musiałam pisać dziesiątki podań i w końcowym rezultacie i tak było NIE. Wystosowałam eleganckie pismo do księcia Marlborough, czy nie mógłby mnie wpuścić do ogrodu o poranku, tłumacząc namiętnie, że światło, że wiekopomne dzieło, że dusza artysty itd. O dziwo za dwa dni książę z uśmiechem na ustach (ten uśmiech to sobie wyobraziłam jedynie, bo odpowiedź była na piśmie) – ależ jak najbardziej, tylko czy mogłabym się wpasować w tydzień taki a taki, to ON MI nie będzie przeszkadzał spacerem, bo jedzie wtedy pograć w golfa w Monako. No, tego to już za wiele. Po pierwsze: on mi nie chce przeszkadzać, a po drugie: w wieku mocno starszym, powyżej osiemdziesiątki i gra w golfa? Szok, ale pozytywny. Wracamy do pałacu. Zawitałam tam jeszcze w porannychBlenheim ciemnościach i trzęsąc się z zimna, czekam na poranne światło, nie mając zresztą nadziei na słoneczko, bo styczeń nie słynie tutaj z dobrej pogody. Mróz jednak ostry, ot tak z minus 5, więc  jest nadzieja na kilka ciekawych ujęć. Weszłam na ogrody i dech mi zaparło. Znad jeziora unosiła się mgła, słoneczko zaczynało wyzierać, a przede mną pasły się dzikie jelenie. Spłoszone moją obecnością uciekły, a ja zabrałam się za robienie zdjęć. Wszystko jak w bajce, spowite mgłą i szronem, a ciepłe światło słoneczne co i rusz odkrywa nowe skarby tego magicznego ogrodu. Jezioro, rzeźby, wodospady, fontanny. Zapomniałam o zimnie, zapomniałam o głodzie. Po dwóch godzinach fotografowania odwróciłam się do mojego ukochanego małżonka, który jest chowu angielskiego (nawet zimą chodzi w koszulach z krótkim rękawkiem i nigdy nie narzeka  na zimno). On cały siny z zimna, natomiast ja, największy na tej wyspie zmarźluch, napompowana adrenaliną przez tak piękne i ulotne widoki, nawet nie zauważyłam, że ręce i nos mi niemal całkowicie odmarzły. Wiecie co moi mili? Kawusia ze sconem to była najpyszniejsza kawusia pod słońcem! No i oczywiście na jedzeniu musi się skończyć, więc dla wyjaśnienia podaje co to za „zwierz” ten scone. To są takie ciasteczka, które się smaruje masełkiem, potem śmietaną o konsystencji niemal masła, a na koniec dodaje truskawkowego dżemiku. Ot tak, ze 3 tysiące kalorii w jednym kęsie, ale co tam!

Przepis na scone’y:

225 g mąki tortowej (samorosnącej)
szczypta soli
55 g masła
25 g cukru
150 ml mleka

Nagrzać piekarnik do 220C/425F/Gas 7. Posmarować brytfankę. Wymieszać mąkę z solą i masłem. Dodać cukru i mleka dla utworzenia miękkiego ciasta. Wyrobić ciasto i ugnieść na grubość około 2 cm. Wyciąć okrągłe ciasteczka o średnicy 5 cm. Posmarować górę ciasteczek odrobiną mleka i piec 12-15 minut.

I tyle
Beata

Dziękujemy serdecznie Beacie za piękne zdjęcia Pałacu Blenheim, za zabranie nas na zwiedzanie parku i opowiadanie oraz za przepis na pyszne ciasteczka scone.

Pozdrawiam wszystkich Polaków w Anglii
Wasza Jadwiga

plakat Festyn SenioradaW dniu 9 maja Akademię Wychowania Fizycznego w Warszawie przy ul. Marymonckiej 34 opanują aktywni seniorzy.  Impreza – Piknik Rekreacyjny Seniorada odbędzie się w godzinach 11.00-14.00. Organizatorami są: ESPAR 50+, Uniwersytet III Wieku AWF oraz studenci III roku Turystyki i rekreacji AWF w Warszawie. Partnerami organizacyjnymi imprezy są miasto stołeczne Warszawa, Urząd Dzielnicy Bemowo, emporia i Forum 50+.

W tych właśnie godzinach będzie można uczestniczyć w różnych zajęciach ruchowych i konkursach, bawić się na pokazach tańca i koncercie, a także skorzystać z porad lekarzy różnych specjalizacji. Organizatorzy zapraszają także do udziału w Warszawskim Rajdzie Nordic Walking  w godz. 14.00-16.00. Wśród przygotowywanych na Senioradę zajęć ruchowych dla seniorów wymienić można wielobój rekreacyjny, zgadywankę terenową, gimnastykę dla zdrowia, taniec grecki w kręgu – Pera Stus oraz gimnastykę Tai Chi. Na uczestników pikniku czekają również turnieje i konkursy z cennymi nagrodami, między innymi turniej łuczniczy i konkurs „Rzuć telefonem” organizowany przez firmę emporia.

Zespół Uniwersytetu Trzeciego Wieku „Senior Show” zatańczy taniec brzucha i latino, z kolei Zespół Tańca Ludowego „Warszawa” AWF zaprezentuje tańce ludowe. Będzie można również wysłuchać koncertu w wykonaniu Kwartetu Smyczkowego SMA ART.

Bezpłatne konsultacje u dietetyka i diabetyka, u internisty będzie można skorzystać z pomiaru cholesterolu, glukozy i ciśnienia.  Porady z zakresu samoobrony udzieli Agnieszka Chlipała , Mistrzyni świata w Jujitsu, a członkowie Polskiej Federacji Nordic Walking podpowiedzą jak prawidłowo uprawiać tę dyscyplinę sportu.

Wszystkie te atrakcje, a nawet jeszcze więcej, czekają nas na terenie Akademii Wychowania Fizycznego w najbliższa niedzielę. Napisałam o pikniku ponieważ uważam, że my ludzie „wczesnej starości”,  zakręceni w trybach domowej pomocy naszym starym rodzicom, dzieciom i wnukom często zapominamy o sobie. O tym, że starość to nie choroba, każdego z nas czeka, jednak nikt nie chce w to uwierzyć, o tym, że nie poświęcając sobie minimum czasu starzejemy się szybciej, bo nie korzystamy z radości życia, jakie niesie nam wiek 50+. Radości, z których naprawdę możemy i powinniśmy korzystać, bo przecież „starzejemy się nie dlatego, że się nie bawimy, starzejemy się, bo przestaliśmy się bawić” jak powiedziała jedna bardzo uczona pani profesor podczas Kongresu Gerontologicznego, a ja to zdanie z jej wykładu szczególnie zapamiętałam.  

Zapraszam wszystkich bardzo serdecznie, Akademia Wychowania Fizycznego w Warszawie przy ul. Marymonckiej 34 otworzyła dla nas swoje podwoje. Skorzystajmy z tego! Zobaczmy jak pięknie jest położona ta uczelnia, gdzie wielu znakomitych trenerów pobierało nauki, że nie wspomnę o wielkich sportowcach i ludziach sportu. Do zobaczenia w niedzielę 9 maja! 

Zaprasza
Wasza Jadwiga