Moje pochody pierwszomajowe cz. I
W latach mojej wczesnej młodości wydarzeniem na skalę roku był udział w pochodzie pierwszomajowym. Od połowy kwietnia w domu trwały przygotowania, a to sprawdzanie czy mamy odpowiednie buty, a to sprawdzano, czy odświętna sukieneczka jeszcze pasuje, a sandałki czy dobre, najczęściej okazywało się, że sukieneczka jest niestety przykrótka a z sandałek wystają nam paluchy, jako żywo, no i tak się absolutnie nie da iść. I ten sam problem pojawiał się w przypadku butów mojego młodszego brata, który w żaden sposób nie mógł wcisnąć dobrej jeszcze trzy miesiące temu pary. Teraz następowało to, co najgorsze. Przewodnia Siła w naszej rodzinie – mama – zabierała nas na upiorną wędrówkę po sklepach. Mierzyliśmy ileś par butów, buciorów, bucisków, zanim usłyszeliśmy stanowczy głos: tak, te właśnie weźmiemy. „ Te” nie zawsze najładniejsze, ale na pewno mocne ( tak „na oko” wyglądały) były pięknie pakowane w gazety. Tylko po przyjściu do domu czasami okazywało się, że już są za małe, a przecież w sklepie były dobre! Powrót do sklepu, krzyki, że nie te buty nam zapakowano, bo tamte były absolutnie dobre, i nareszcie spoceni, zmęczeni krzykami i mierzeniem okropnych buciorów wracaliśmy do domu. Ufffffffff!
Wyszykowani w nowe buty i skarpetki, ja, prawie siedmioletnia dama, dodatkowo w nową krótką sukienkę, a moi „panowie” lat 4: brat Zbyszek i jego najserdeczniejszy przyjaciel Stefanek, w krótkie spodenki i nowe sweterki wydziergane nocami przez mamę, z włosami wymytymi na tę okazję i spłukanymi octem (dla nadania im miękkości), z własnoręcznie zrobionymi w przedszkolu chorągiewkami, o 8 rano wychodziliśmy przy dźwiękach orkiestry dętej MZK z Woli na sławetny pochód. Oczywiście, nasze pochody można nazwać oglądaniem pochodu i zwracaniem uwagi na te piękne biało-czerwone flagi, które gdzieniegdzie sprzedawano na skrzyżowaniach ulic. Wszystkie inne szturmówki i flagi, które dźwigali pracownicy różnych fabryk, zakładów pracy czy ministerstw, były im dostarczane przez te zakłady, ale o tym dowiedziałam się już znacznie później.Nasz pochód zaczynał się na pl. Dzierżyńskiego, dzisiaj to pl. Bankowy, i kończył się po przejściu przed główna trybuną znajdująca się pod darem narodu ZSRR dla narodu polskiego – Pałacem Kultury im. Józefa Stalina. Ja wystrojona w nowa sukienkę, warkocze do pasa miałam przewiązane czerwonymi kokardami lub białą i czerwoną, a na czubku głowy była przypięta ogromna kokarda „motyl” widoczna chyba z kilku kilometrów. Sprawa najważniejsza polegała na tym, że ta kokarda stercząca na czubku głowy za żadne pieniądze nie mogła się przekrzywić, a tym bardziej przewrócić. Cały czas była kontrolowana przez ojca i wyśmiewających się ze mnie Zbyszka i Stefana. Moi mali przyjaciele, siedząc na barkach swych ojców przed główną trybuną krzyczeli to, co wszyscy, jednak im wychodziło to znacznie lepiej, ponieważ wszyscy krzyczeli: „Hurra Bierut”, tylko oni wtedy jeszcze nie mówili rrrrrrrr, i wychodziło to mniej więcej tak „Huuuuuuuja Biejuuuuut, Huuuuuuuujjjjjjja Biejuuuuut…”. Nie wiedziałam, dlaczego ojciec Stefanka i nasz ojciec tak szybko zmykali sprzed trybuny głównej, na której stali jacyś „mili” panowie i kiwali do nas rękami… A my, zafascynowani swoimi chorągiewkami i ewentualnością otrzymania waty cukrowej po tak pięknym przemarszu z solennymi okrzykami, od których bolało nas gardło, darliśmy się jak najęci, huuuuuurrrrrrrrra Bierrrrrrrrut! Tylko Franek i mój ojciec byli bardzo speszeni. Dlaczego? Wtedy tego naprawdę nie wiedziałam. Takie pochody pamiętam, bo były one dla nas wielką radością i zabawą, dopiero wiele lat później mój kochany tato wytłumaczył mi dokładnie, jak to naprawdę wtedy było, no i nie powiem, trochę to wyglądało inaczej niż nasze dziecięce wspomnienia. Po pochodzie wszyscy zaczynali nerwowo szukać miejsc, w których sprzedawano różne dobre produkty, takie jak pyszna kiełbasa, pachnąca już z wielkiej odległości oraz szynka! Jakieś pierniki, watę cukrową, piwo, a może nawet i alkohol? Tego nie wiem. Pamiętam bigos i grochówkę na MDM- ie., które chyba sprzedawali jacyś żołnierze z takich ogromnych (wtedy tak to widziałam) kotłów. I do tego dodawano czarny chleb, dla mnie ten właśnie chleb był najpyszniejszy. Po tak trudnym dniu wracaliśmy spacerkiem do domu, gdzie nasza Siła Przewodnia czekała z obiadem, ale kto by tam jadł jakiś rosół, skoro my jedliśmy takie pyszności, grochówkę, bigos i do tego taki najlepszy na świecie chleb, którego mama nigdy nam nie kupowała, zupełnie nie wiem, dlaczego.Takie wspomnienia z najdawniejszych pochodów pierwszomajowych pozostały mi w pamięci. Ale były to lata 50.-60. W liceum pochód był obowiązkowy i nie było żadnego wytłumaczenia, ani nie obowiązywało żadne zwolnienie. Obowiązek uczniowski i koniec kropka. Ostatni raz na pochodzie byłam w 1964 roku, w okresie zdawania matury. Nawet dostałam jakąś flagę i musiałam z nią maszerować. Po zdaniu matury nigdy więcej nie byłam na pochodzie pierwszomajowym. Studiowałam na AWF i w każda sobotę i niedzielę odbywały się gdzieś w Polsce jakieś zawody, a że byłam związana z judo jako sędzina, to właśnie judo było moim excuse.
Chciałabym też przedstawić wspomnienie dotyczące pochodów pierwszomajowych mego znacznie starszego kolegi Zbyszka Adrjańskiego., który tak oto wspomina tamte czasy w książce pt „Pochody do nikąd”:
Maszerujemy w pochodzie cz.II
(wspomnienie)
Pieśni pierwszomajowe nadawano długo przed pochodem, czasem w wigilię 1 Maja, w czasie której organizowano uroczystą akademię, i później, już przed samym pochodem, z rozwieszonych w mieście głośników, potężnych gigantofonów czy domowych skrzynek radiowych, podłączonych do radiowęzła. Te domowe skrzynki, nazywane „kołchoźnikami”, robiły tzw. pierwszomajową atmosferę. Wzywały „stań razem z nami, dotrzymaj kroku”. Zapewniały, że „ani góry wysokie, ani morza szerokie nie wstrzymają pochodu przyjaźni”. Krzyczały: „Tara-bam, tara-bam- wróg nie wydrze pieśni nam”. Przyjemnie było nawet posłuchać, jak taki mały domowy kołchoźnik pracuje! W zwykłe dni kołchoźniki nie szczędziły nam agitacji i propagandy (złośliwcy twierdzili, że jest w nich podsłuch!). Ale w majowe święto ta mała szara skrzynka była tak rewolucyjnie zapieniona, ze aż dygotała od okrzyków, pieśni i haseł – niczym gotujący się imbryk… W akademiku przy placu Narutowicza, gdzie „waletowałem” przez kilka tygodni, nadaremnie poszukujący mieszkania studenci zakładali się ze sobą: spadnie kołchoźnik ze ściany czy nie spadnie? Właśnie na placu Czerwonym w Moskwie ruszyła defilada, poprzedzająca pierwszomajowy pochód. Rozbrzmiewało głośne „urrrra”- i kołchoźnik spadł ze ściany rozbijając się w drzazgi! Jeszcze gorzej było na ulicach Warszawy. Straszliwie ryczały ogromnej mocy gigantofony. Pochód niby to maszerował z pieśnią na ustach, ale było to udawanie, bo śpiewać nie można było! Śpiewanie w ogóle nie miało sensu, ponieważ wszystko i wszystkich zagłuszały gigantofony! Co sprytniejsi lub gorliwsi poruszali zatem ustami jak wyłowione z wody karpie, udając, że śpiewają, dziś to nazywamy podkładaniem głosu, czyli tzw. playbackiem, wówczas nie znaliśmy tego określenia. Były to zaledwie początki telewizji. Przebieg pochodu transmitowany był głównie w Radiu Polskim i przez radiowęzły. Nawet, jeśli ktoś chciał przekrzyczeć wszystkich dookoła i śpiewać rewolucyjne pieśni – nie mógł, bo im bliżej trybuny honorowej podchodził pochód – tym głośniej wrzeszczał spiker. Albo nawet cały sztab pierwszomajowych spikerów, znanych aktorów, z którymi konkurować nie było sposobu. Siedzieli oni gdzieś wysoko, na specjalnie zbudowanym rusztowaniu (nosiło ono nazwę studia pierwszomajowego) i wznosili różne okrzyki, informując przy tym, kto idzie w pochodzie. Ile procent normy wykonał…, czym się zasłużył dla socjalistycznej ojczyzny. Czytano także rozmaite zobowiązania, meldunki i telegramy, recytowano wiersze rewolucyjnych poetów. Nad przebiegiem pochodu czuwały oczywiście różne sztaby, komitety, służby i organy bezpieczeństwa. Były specjalne kordony, strefy ochronne, straże i zabezpieczenia. Wszystko starannie planowano! Okrzyki, kwiaty i wiwaty. Hasła, transparenty i portrety przywódców. Kolory i odcienie majowego święta, czy bardzo czerwone, rewolucyjne czy biało-czerwone? A może lekko „zaczerwienione”? Ustalano nawet, komu dać na trybunie honorowej wielki bukiet, a komu skromne goździki. Komu podać dziecko do uścisków, całowania. Mój znajomy, który pracował w Biurze Ochrony Rządu, twierdził, że dzieci podawane do uścisków i ucałowania przez przywódców partii były wcześniej starannie myte i dezynfekowane. Wszelka improwizacja mogła się źle skończyć. Kiedyś mój kolega z roku, gorliwy zetempowiec, wyczekał na jakąś sekundę ciszy i na widok kukły amerykańskiego prezydenta, którą niesiono w pochodzie, wrzasnął: „Precz z Trumanem!”. Szef klakierów miał w tym samym czasie i w tej samej sekundzie zapisany okrzyk „Niech żyje” – na cześć jakiegoś przywódcy. Wrzasnął, więc swoja kwestię i wyszło „Niech żyje Truman!”. Ale na tym nie koniec, bo ktoś poinformował stojącego obok Bieruta ministra Bermana, że krzyknięto „Precz z Bermanem”. Rzeczywiście mój kolega trochę seplenił i można było pomyśleć, ze chodzi o Bermana, a nie o Trumana. Za rogiem trybuny honorowej czekał na nas kordon smutnych panów w jednakowych płaszczach z gabardyny, które fasowali tajniacy. Inni studenci tańczyli na Mariensztacie ze swoimi dziewczynami murarskie poleczki i walczyki, kupowali w ciężarówkach „Społem” specjalnie przygotowane na ten dzień parówki i cytryny, a my musieliśmy się tłumaczyć na Cyryla i Metodego, czy nasz kolega krzyknął „Precz z Bermanem”, czy „Precz z Trumanem”? I dlaczego w ogóle krzyczał nieproszony?. Nawet, jeżeli to robił z rewolucyjnych pobudek…
Takie to były te nasze „Pochody donikąd”, pochody pierwszomajowe moje i brata oraz jego przyjaciela, a także pana Zbyszka Adrjańskiego i jego kolegów studentów.
Pozdrawiam serdecznie z okazji 1 Maja
Wasza Jadwiga


Islandia to państwo położone w Europie Północnej, na wyspie Islandia i kilku mniejszych wyspach, m.in. na archipelagu Vestmannaeyjr w północnej części Oceanu Atlantyckiego. Nie należy do Unii Europejskiej. Islandia jest jednym z krajów nordyckich. Podzielona jest na 23 regiony administracyjne oraz 14 niezależnych miast, posiada 104 gminy, które zajmują się oświatą, transportem i zagospodarowaniem przestrzeni.
Zdarza się, że wybucha wulkan pod lodowcem, tak jak zdarzyło się to w kwietniu 2010 z wulkanem Eyjafjallajokull, który to wybuch, a jednocześnie erupcja pyłów, zatrzymał w Europie i nie tylko prawie 68 tysięcy lotów. Nastąpił największy paraliż wszystkich linii lotniczych. Podczas wybuchu wulkanu pod lodowcem powstają ogromne powodzie. Taki wybuch miał też miejsce w 1996 r. pod lodowcem Vatnajökull. Za najbardziej dramatyczną erupcję uznaje się wybuch wulkanu Eldfell na wyspie Heimey w 1973 r. Cudem nikt nie zginął, ale trzeba było ewakuować z wyspy wszystkich ludzi (5300 osób). Zniszczenia były ogromne. Wszyscy na Heymey powrócili, chociaż większość rodzin musiała na nowo zbudować swoje domy.
kontynuować moją wyprawę. Po drodze mijaliśmy wiele farm, na których hoduje się bardzo dużo koni. Są one wykorzystywane w celach rekreacyjnych, przy spędzaniu owiec w okresie jesiennym, a część koni, niestety, przeznaczona jest też na ubój. Konie islandzkie są silne i mają łagodne usposobienie. Słyną z umiejętności poruszania się dodatkowym rodzajem końskiego chodu, a
mianowicie chodem ślizgowym, co wydaje się nadzwyczaj potrzebne w ciężkim terenie, kamienistym i na polach zastygłej lawy.
przez zamyślenie lub zafascynowanie miejscem zostawiłam w szatni mój kostium kąpielowy. Jadąc tam ponownie zabrałam nowy, ale będąc na basenie, ot tak dla hecy, zapytałam, czy może znaleziono taki czarny kostium z wstawką siatkową oblamowany złotą nitką. Jakie było moje zdziwienie, gdy pani z recepcji po chwili przyniosła jak najbardziej mój kostium, który spokojnie wisiał przez sześć miesięcy czekając na właścicielkę!
Po trudnej i ciężkiej zimie oczekiwana Wiosna jednak przyszła. Trochę marudzi, cofa się obsypując nas płatkami śniegu – tak było trzy dni temu na Kaszubach. Gradem sypnęła i jak prawdziwa dama nie wie, czy już przyjść i zadomowić się na dłużej, czy też może jeszcze gdzieś się zawieruszyć. Na dworze 13 lub 14 stopni nie należy uznawać za ciężki upał, więc chodzimy po swoim ogrodzie radując się z tego co nam już zdążyło
zakwitnąć, a u nas w tym roku panują tulipany.
wtedy czteroletni brzdąc, biegała pośród rozkwitłych najwyższych tulipanów i krzyczała „… mamuniczku, te tulipany są wyżsie ode mnie, taki carny las…”. I rzeczywiście, to był taki czarny las, chociaż hodowcy twierdzą, że czarnych tulipanów nie wyhodowano, a te wystawowe były bardzo ciemno granatowo-fioletowe, a nam się wydawało, że jednak były czarne. Po wizycie w parku Keukenhof, który otwiera podwoje w kwietniu i przez prawie dwa miesiące prezentuje najpiękniejsze
wiosenne kwiaty, wydawało mi się, że takich kwiatów to ja nie będę miała. Pewnie takich jak widziałam tam nie mam, ale moje też są piękne, przede wszystkim dlatego, że sadziłam je z panem Zbyszkiem (po operacji kolan nie bardzo mogę kucać, co jest konieczne przy sadzeniu kwiatów), a teraz sama o nie dbam.
26 marca 2010 r. po raz kolejny spotkaliśmy się w Narodowej Galerii Sztuki „Zachęta”, aby w gronie seniorów obejrzeć wystawę , której tytuł brzmi „Gender check – Sprawdzam płeć”. Ponad pięćdziesięcioosobowa grupa miała możliwość zapoznania się z pracami prezentującymi kobiecość i męskość w sztuce socjalizmu Europy Wschodniej. W informacji dotyczącej wystawy czytamy: Wystawa Gender check/ Sprawdzam płeć! Kobiecość i męskość w sztuce Europy Wschodniej to pierwszy reprezentatywny przegląd sztuki wschodnioeuropejskiej poświęconej problematyce ról płciowych od lat 60. ubiegłego wieku. Dwie dekady po upadku muru berlińskiego kuratorka Bojana Pejić wraz z zespołem ekspertów z 24 krajów zestawiła obszerną ekspozycję, obejmującą ponad 400 prac – malarstwo, rzeźbę, instalacje, fotografie, plakaty, filmy i wideo. Z dzieł ponad 200 artystów wyłania się złożony, wielowymiarowy obraz tego mało znanego rozdziału najnowszej historii sztuki.
Prezentacja zainicjowana i wspierana przez fundację ERSTE Stiftung, prezentowana w Museum Moderner Kunst w Wiedniu śledzi przemiany, jakim ulegały w sztuce stereotypowe wyobrażenia na temat ról kobiet i mężczyzn w konkretnych warunkach społeczno – politycznych. Odtwarza te relacje w ujęciu chronologicznym i tematycznym. Do lat 60. propagandowe hasła socjalistycznego społeczeństwa o równouprawnieniu płci nie znajdowały potwierdzenia w sztuce, gdzie kobiety artystki były często spychane na margines. Po okresie zbiorowych utopii sterowanych polityką państwa aż do upadku komunizmu rozwijają się tendencje do indywidualizacji i liberalizacji. Od lat 70. oglądamy kobiecość i męskość w nowych formułach – wystawa wydobywa m.in. nurt sztuki performatywnej kobiet, bazującej na refleksji nad własnym ciałem, tożsamością i kliszach związanych z tzw. kobiecością. Ukazuje jak konserwatyzm lat 80. i odradzające się tendencje nacjonalistyczne, patriarchalne a jednocześni upadek komunizmu, wpływały na powrót do konserwatywnego sposobu pojmowania płci i jak z tym wyzwaniem radziła sobie sztuka współczesna. Wystawę przygotowano we współpracy z Museum Moderner Kunst w
Wiedniu. Jej kuratorem jest Bojana Pejić.Po obejrzeniu wystawy przy kawie i ciasteczkach odbyła się miła dyskusja na tematy płci oraz spojrzenia na nią oczami zwiedzających seniorów. Następne spotkania w Zachęcie, pozwalające seniorom na bezpłatne obejrzenie wystawy „Gender Check”, odbędą się o godz. 12.00 w następujących terminach: 23.04.2010, 21.05.2010 i 2.07.2010. Partnerem cyklu spotkań edukacyjnych „Patrzeć/zobaczyć. Sztuka współczesna i seniorzy”, w ramach którego organizowane są spotkania w Zachęcie jest Emporia Telecom.
20 kwietnia - to dwie rocznice, imieniny mojej córki Agnieszki oraz urodziny mojej Mamy – nie są co prawda okrągłe, ale w tym wieku każdy nowy rok to dar bycia z rodziną, z dziećmi, wnukami i prawnukami, jak również z żyjącymi przyjaciółkami – tak, tak, Pani Janina, najserdeczniejsza przyjaciółka dumnie obchodzi 95 lat. Zacny wiek, aby w zdrowiu. Jutro Moi Rodzice obchodzą 65-lecie Pożycia Małżeńskiego. Niewiele małżeństw dożywa tak szlachetnego wieku razem. Cieszę się, że właśnie nasi Rodzice są z nami i jakoś się trzymają.
Pan Zbigniew Adrjanski koresponduje ze mną od dłuższego czasu. Efektem naszej wymiany listów i myśli są teksty, które otrzymuję od Autora. Uważam, że ze względu na ich zawartość warto je publikować, dla Was drodzy moi, aby pamięć o czasach PRL – nie zawsze łatwych – przetrwała. Tamte czasy miały jedną wielką zaletę: my – nasze pokolenie – byliśmy młodzi i pełni zapału do życia, a że niosło ono w swoim zanadrzu trudności, tego nie braliśmy wtedy pod uwagę.
Obiecałam kilka dni temu, że napiszę słowo na bardzo drażliwy ostatnio dla Polaków temat. Chodzi o pochówek Pary Prezydenckiej w krypcie katyńskiej na Wawelu. 15 kwietnia oglądałam program Moniki Olejnik „Kropka nad i”, gdzie gościem był Adam Bielan – bardzo trudny wywiad, biorąc pod uwagę fakt, że p. Bielan był prawą ręką Pana Prezydenta. Temat – pochówek Pary Prezydenckiej na Wawelu i związane z tym protesty ludzi w Krakowie oraz gorąca dyskusja internautów
na wielu forach. Wywiad był prowadzony przez p. redaktor w sposób niezwykle wyważony. Odpowiadając na pytania prowadzącej, A. Bielan stwierdził, że córka Prezydenta Marta wie o trwającej dyskusji, protestach i jest nimi bardzo przygnębiona. Pozwólcie mi zatem przedstawić w tym momencie mój punkt widzenia: Początkowo upór Prezydenta w sprawie Katynia drażnił mnie, gdyż uważałam, że P. Prezydent powinien być w sprawach Rosji dostępniejszy, aby osiągnąć z nimi wspólny język i porozumienie. Upór był dla mnie niezrozumiały. Dzisiaj po tragedii popatrzyłam na sprawę nieco inaczej. Wszystkie stacje telewizyjne, rozgłośnie radiowe z całego świata powtarzają w komentarzach jedno słowo: Katyń, Katyń, Katyń. Do momentu katastrofy samolotu prezydenckiego pod Smoleńskiem żadna z telewizji, żadna stacja radiowa na dobrą sprawę nikt, dosłownie nikt nie wiedział, o co tym Polakom chodzi w sprawie Katynia, z tym Katyniem, z tym lasem, co za fobię mają Polacy związaną z Katyniem. Nikt na świecie nie zadał sobie bowiem trudu wytłumaczenia tej zbrodni, popełnionej 70 lat temu przez stalinowskich oprawców na polskiej inteligencji w lesie pod Smoleńskiem, w miejscowości Katyń. Nagle okazuje się, że właśnie do Smoleńska leci samolot Prezydenta RP z Parą Prezydencką na czele, w którym znajduje się również gość specjalny, ostatni Prezydent na uchodźstwie, a także elita polskiej inteligencji reprezentująca różne ugrupowania polityczne, parlamentarzyści, przedstawiciele rodzin katyńskich jak również organizacji społecznych. Dowiadujemy się o tragicznej katastrofie, w której giną wszyscy i nagle cały świat przekazując tę straszną informację, zaczyna zadawać pytanie, po co oni tam właściwie lecieli, do Katynia, do lasu pod Smoleńskiem? I oto wszyscy zaczynają nagle mówić o Katyniu, o polskich oficerach z roku 1940, o samolocie prezydenckim, ludziach znajdujących się na jego pokładzie, którzy giną podczas pełnienia służby Polsce, którzy chcieli godnie uczcić 70. rocznicę rozstrzelania polskiej inteligencji i oficerów właśnie tam, w Katyniu. Sprawa nabiera szalonego tempa i rozgłosu, wydarzenie straszne, 96 osób, elita intelektualna, najważniejsze osoby w państwie nie żyją. Przylatują premier Tusk i premier Rosji Putin. Oddają hołd na miejscu tragedii, Putin obejmuje Tuska, składają wspólnie kwiaty, rozmawiają między sobą na oczach świata, przed kamerami wszystkich telewizji, Putin stwierdza, że należy powiedzieć o Katyniu prawdę, że władza radziecka pod dowództwem Stalina popełniła straszną zbrodnię na Polakach, na inteligencji polskiej. Słucham i własnym uszom nie wierzę. Mówi to premier Rosji, ten sam Putin, który jeszcze nie tak dawno nie chciał o sprawie słyszeć! Następnego dnia słucham wywiadu z Prezydentem Rosji Dymitryjem Miedwiediewem i on również mówi o zbrodni katyńskiej, stwierdza, że Stalin podpisał decyzję o rozstrzelaniu, pokazywane są odpowiednie dokumenty. Prezydent Rosji stwierdza, że historia była przez lata zakłamywana! Słucham i nie wierzę, jestem w szoku, gdybym tego sama nie oglądała i nie słyszała, nie uwierzyłabym osobie relacjonującej. Pierwsze informacje oficjalnych osób w Rosji dochodzą do ludzi całego świata, ludzie dowiadują się, że Polacy nie mieli fobii, że Prezydent nie był nawiedzony, jak chcieli tego inni, tylko walczył o odkłamanie prawdy historycznej, czyli że Polska poniosła ofiarę, wielka ofiarę w roku 1940 i teraz znowu. Zaczyna do mnie dochodzić bardzo smutna prawda, że być może musiała być poniesiona taka Ofiara, jaką złożyli Polacy w katastrofie i dopiero ten wstrząs przeżywany na naszych oczach wyzwala w przedstawicielach najwyższej władzy Rosji, Putinie i Miedwiediewie, chęć powiedzenia prawdy. Rozmowa w naprędce zorganizowanym spotkaniu z dziennikarzami na miejscu tragedii Tusk- Putin. Putin stwierdza, że należy oczyścić sprawę Katynia, a Tusk, że należy ją rozświetlić, aby ludzie zrozumieli sens katastrofy. I za kilka godzin poszła w świat informacja… Jeżeli katastrofa doprowadziła do powiedzenia prawdy przez Rosjan, jeżeli dzień po katastrofie w telewizji Rosija w programie I, który emitowany jest od Władywostoku do Smoleńska i ma oglądalność ponad 100 milionów ludzi, jest wyświetlany w „prime time” film Andrzeja Wajdy „Katyń”, który wstrząsa Rosją, to muszę na te fakty popatrzeć w sposób racjonalny.Jeden z bardziej znanych dyplomatów, p. Adam Rotfeld, przebywający w tym czasie w Moskwie, w dniu 14.04 był gościem programu „Fakty po faktach”, prowadzonego przez Kamila Durczoka stwierdził, że Rosjanie zostali wstrząśnięci pokazaną prawdą historyczną, nie mieli o tym pojęcia, ani wyobrażenia. Dodał, że rzadko się zdarza, aby nasz kraj miał poczucie, że jest w centrum zainteresowania i to tak życzliwego. Wszyscy są przekonani, że stało się coś strasznego i irracjonalnego. Rosja chce zmian w kontakcie z Polską. Na tej fali sympatii wyrażanej wobec Polaków można rozwiązać wiele spraw. Poza tym, podkreślam to szczególnie, zostało powiedziane zarówno przez Miedwiediewa, jak i Putina, że to Stalin podpisał wyroki śmierci na wiele milionów Rosjan i należy też zacząć mówić o tych i innych zbrodniach systemu stalinowskiego. Wiele osób w Rosji uważało Stalina za wspaniałego, dobrego, porządnego przywódcę narodu radzieckiego, a nie jest to prawda – to wypowiedź Prezydenta D. Miedwiediewa, podczas wywiadu dla TV Rosija Pr I.
To właśnie przedstawione powyżej fakty powinny być brane pod uwagę przy ustalaniu miejsca pochówku Pary Prezydenckiej na Wawelu. Oni byli przedstawicielami całego narodu, ponieśli ofiarę najwyższą, a więc dla mnie jest jasne, gdzie mogą być pochowani. To jest moje i wyłącznie moje spojrzenie na sprawę w sprawie pochówku Pary Prezydenckiej na Wawelu.
W 1967 ukończył studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu Warszawskiego. Przez krótki czas był sprawozdawcą sportowym w Polskim Radiu. W czasie studiów rozpoczął działalność w Związku Młodzieży Socjalistycznej, na początku jako szef koła ZMS na Wydziale Prawa UW, szef organizacji dzielnicowej na warszawskim Żoliborzu, a następnie kierownik wydziału propagandy i prasy Zarządu Głównego.
W 2009 roku powierzono mu pełnienie tej funkcji na kolejną czteroletnią kadencję. 17 kwietnia, w roku zdobycia przez polskich sportowców rekordowej liczby sześciu medali na zimowych igrzyskach olimpijskich w Vancouver, miał złożyć sprawozdanie na dorocznym zjeździe Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Nie zdążył. Prezes PKOl miał w czasie rocznicowych uroczystości złożyć wieniec od Polskiej Rodziny Olimpijskiej na grobach naszych olimpijczyków zabitych w katyńskim lesie.Pogrzeb Piotra Nurowskiego w poniedziałek
Idea spotkania zrodziła się nagle i spontanicznie wśród grona Przyjaciół i najbliższych współpracowników Prezesa Piotra Nurowskiego. Do Centrum przybyli członkowie Zarządu PKOl: Irena Szewińska – członek MKOl i wiceprezes PKOl, Andrzej Kraśnicki – wiceprezes PKOl, Zbigniew Waśkiewicz – wiceprezes PKOl, Adam Krzesiński – sekretarz generalny PKOl, a także były Prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego w latach 1991 – 1997 Andrzej Szalewicz. Było wielu polskich olimpijczyków, między innymi: Otylia Jędrzejczak, Dorota Idzi, Anna Jesień, Zygmunt Smalcerz, Ryszard Szurkowski, Paweł Nastula, Paweł Korzeniowski, Paweł i Grzegorz Skrzeczowie, Antoni Zajkowski. Przybyli trenerzy, przedstawiciele polskich związków sportowych, rodzice Kamili Skolimowskiej, przedstawiciele telewizji
POLSAT i firmy Elektrim, pracownicy PKOl.
Przybyli wpisywali się do Księgi Kondolencyjnej, składali kwiaty, zapalali znicze.