Subskrybuj kanał RSS bloga Okiem Jadwigi Subskrybuj kanał RSS z komentarzami do wszystkich wpisów bloga Okiem Jadwigi

Archiwum miesiąca Luty 2010

Dziewczęta z zespołu Akademii Wychowania Fizycznego oczekują na ceremonię dekoracjiHorst Kullnigg, prezydent Austriackiego Związku Badmintona, późniejszy dyrektor finansowy Europejskiej Unii Badmintona, nasz wielki przyjaciel, który wiele razy ratował mnie z opresji, gdy brakowało nam drobiazgów a on przesyłał je poprzez swoich zawodników, do którego mogłam wysłać telex – telex to było urządzenie techniczne, przez które kontaktowaliśmy się ze światem. Łącze sztywne, wydzwanialiśmy do centrali połączeń międzynarodowych, łączono nas z wybranym numerem w świecie i nadawaliśmy to, co zostało zaperforowane (zakodowane na taśmie). Specjalistką pracującą na tej maszynie była Regina Jarnutowska, która obsługiwała wszystkie związki sportowe mające swoją siedzibą na stadionie X-lecia. O ile dobrze pamiętam były to: Polski Związek Akrobatyki Sportowej, Polski Związek Rugby, Polski Związek Podnoszenia Ciężarów, Polski Związek Hokeja na Lodzie, Polski Związek Łyżwiarstwa Figurowego, Polski Związek Łyżwiarstwa Szybkiego, Polski Związek Tenisa Stołowego, Sportfilm i my.

Ceremonia dekoracji- prezes PZBad Andrzej Szalewicz w towarzystwie dziewcząt z zespołu tanecznego AWFW ten sposób załatwialiśmy różne sprawy w kraju i za granicą oraz udział naszych zawodników kadry narodowej i reprezentacji Polski w zawodach międzynarodowych i mistrzowskich.

Na czas mistrzostw biuro związku przenoszono do hotelu Vera i tam przez kilka dni przeżywaliśmy chwile grozy i szczęścia. Pomagała nam grupa ludzi, i młodych i starszych. Młode dziewczyny z Uniwersytetu Warszawskiego ubrane w czerwone sweterki z napisem „badminton” oraz obowiązkowo w jeansy, pełniły funkcję hostess pod wodzą Beaty oraz Zygmunta Smardzewskiego, tłumacza w Centralnym Ośrodku Sportu w Warszawie (niestety już nie żyje). Zygmunt był moją podporą, prawą ręką, człowiekiem duszą – spokojnym, zrównoważonym, starszym panem. To dzięki niemu nauczyłam się patrzeć na wiele spraw z dystansem i uśmiechem na ustach. W trudnych sytuacjach, gdy widać było, że wulkan ma za chwilę eksplodować, czułam uścisk jego ręki na moim łokciu i łagodne spojrzenie mówiące: „daj spokój, za to nie warto umierać, odpuść”, i tak właśnie eksplozja mijała.

Niedziela – ostatni dzień zawodów – nagrody, w 1985 r. piękne ręcznie malowane puchary z Włocławka (kolejny sponsor) i kwiaty, a wieczorem bankiet, to duże słowo, uroczysta kolacja lepiej pasuje, dla wszystkich uczestników, zawodników, trenerów, sędziów (ubranych jednakowo w szare spodnie i granatowe marynarki z haftem na piersiach i napisem, w białych koszulach i krawatach PZBad – garnitury uszyte na miarę dzięki naszemu działaczowi Z. Zawadzkiemu, którego żona pracowała w Spółdzielni „Wspólna Sprawa” i dlatego udała nam się ta wspólna sprawa dla polskich sędziów), organizatorów, sponsorów i VIP-ów. Tylko w ten sposób mogliśmy wszystkim podziękować za wspólnie spędzone dni, za bezsenne noce, za wszystko, co wspólnie osiągnęliśmy. Pewnie, dlatego do dziś wiele osób z rozrzewnieniem wspomina tamte czasy, trudnej konsolidacji i nadzwyczajnej atmosfery grupy 30-40 osobowej, jaką tworzyliśmy wspólnie przez tamte pięć lat (od roku 1980 do 1985), ekipy organizatorów dla tych i innych mistrzowskich zawodów organizowanych przez związek w Warszawie, a później w COS OPO Spała, (ale to było znacznie później i o tym też napiszę). To były wspaniałe lata polskiego badmintona, tworzenia najlepszej imprezy badmintona w Polsce, międzynarodowych mistrzostw Polski, Mistrzostw Europy w latach 1999 i 2001 oraz szkolenia zawodników już utytułowanych: Jerzy Dołhan, Bożena Wojtkowska –Haracz, Bożena Siemieniec-Bąk, Zosia Żółtańska, Jacek Hankiewicz, Grzegorz Olchowik, Stanisław Rosko, Janusz Czerwieniec, Beata Syta, Elżbieta Grzybek. Atmosfera, jaką tworzyliśmy w latach osiemdziesiątych w sporcie, troska o wszystko, o najdrobniejsze detale, brak kłótni, współpraca, wysiłek organizacyjny wielu ludzi, są dziś nie do odtworzenia. We wspomnieniach tych nie może zabraknąć też przywołania dwóch panów: Janusza Łojka i Andrzeja, którzy zajmowali się filatelistyką, kartkami pocztowymi- pierwsza wydana była z okazji Helvetia Cup’85.Inicjatorem był Janusz Łojek, który na szczęście zajmuje się tymi sprawami do dziś. W tej tradycji lepsi od nas są jedynie Japończycy, Indonezyjczycy a w Europie Austriacy. Janusz projektował, wykonywał, drukował i wydawał wraz z Pocztą Polską setki kartek, stempli okolicznościowych, kopert FDC, ale o tym napiszę już w innym wspomnieniu. Na zakończenie tych historycznych wspomnień chciałabym przytoczyć wypowiedź z roku 1985  Sekretarza Generalnego Emila ter Metz, który powiedział:

„… Nienawidzę działaczy, którzy mówią: poświęcam się dla sportu – tacy niech odejdą. Naszej grze potrzeba ludzi, którzy użyczają jej swojego serca. Będą nagrodzeni, widząc młodzież, Prezydent Europejskiej Unii Badmintona wręcza medal za organizację ME Sekr.Gen.PZBad 1985 r.która jest przyszłością narodów albo nawet przyszłością Zjednoczonej Europy, fizycznie i umysłowo dojrzałą do swoich zadań życiowych. Będziecie nagrodzeni widząc przyjaźń i lepsze zrozumienie między ludźmi z różnych części świata. Może kiedyś będzie taki świat, w którym jedyną walką będzie ta rozgrywana na korcie badmintonowym. W imieniu EBU ogromnie dziękuję za wasze przyczynianie się do tego…”

Na zakończenie na bankiecie, który zorganizowaliśmy dla wszystkich uczestników w Restauracji „Bazyliszek” na Rynku Starego Miasta Polski Związek Badmintona został odznaczony medalem za wspaniałą organizację i ja ten medal osobiście odbierałam.

W dniach 16-21.02.2010 roku w Warszawie na Hali Ursynów odbędą się Drużynowe Mistrzostwa Europy kobiet i mężczyzn w badmintonie. Reprezentacja Polski to 8 zawodniczek i 12 zawodników. Naszej reprezentacji życzymy sukcesów i trzymamy kciuki.

Powodzenia!
Wasza Jadwiga

Vancouver Whisler widok na okolicęDzisiaj 13 lutego a w Vancouver  na skoczni w Whistler Adam Małysz zdobył srebrny medal olimpijski (drugi srebrny medal w jego karierze) – pierwszy medal dla polskiej reprezentacji na tych Igrzyskach Olimpijskich. Serdeczne gratulacje panie Adamie, gratulacje dla trenera Hanu Lepisto, dla trenera Roberta Matei, dla prezesa Polskiego Związku Narciarskiego Apoloniusza Tajnera.

Hanu lepisto odbiera gratulacjeHanu Lepisto twierdził, że na tych Igrzyskach wynik będzie, dobry wynik – Adam przeszedł cały program szkoleniowy, cały program psychologiczny i ma taką odporność psychiczną, że będzie dobry
rezultat. Uczestniczyłam w Jego ślubowaniu, zaprosiłam wszystkich na to ślubowanie, otrzymaliśmy aAdam Małysz srebrny medal IO Vancouver 2010utograf i teraz ten wspaniały skok, wspaniały wynik, dający wiarę wszystkim sportowcom w Vancouver na ich dobre starty – wszyscy powtarzają:  Adam sportowiec – geniusz, 32 letni zawodnik. To wielka odpowiedzialność, ponieważ my wszyscy oczekiwaliśmy, liczyliśmy, byliśmy całym sercem z nim, kibicowaliśmy, zatrzymaliśmy oddech, gdy oddawał swój drugi skok.

Wojtek Fortuna, mistrz olimpijski z Sapporo 1972, powiedział o Adamie – to ikona polskiego narciarstwa, ja myślę, że to ikona polskiego sportu.

stoją od lewej Adam Małysz, Simon Amman, Gregor Schlierenzauer,Przecież utrzymywanie wysokiej formy sportowej, tyle lat na szczycie sportu światowego, naturalny, uśmiechnięty, dający nam tyle frajdy – zawsze to powtarzam, my Polacy tak bardzo potrzebujemy sukcesów.

Cieszmy się, że mamy Adama, mistrza nie tylko sportowego, ale też człowieka skromnego, umiejącego pociągnąć za sobą kibiców, których w Vancouver nie brakowało. Widzieliśmy flagi biało-czerwone z napisami miast: Tychy, Wałcz, Wrocław, Poznań, Ostrołęka (tyle zdążyłam zanotować oglądając transmisję w TV).

Adam Małysz wywiad z Bartoszem HelleremW roku 1983 Adam w wieku 6 lat oddał swój pierwszy skok na skoczni w Wiśle Malince, a wtedy trenerem był jego wujek Jan Szturc. Dzisiaj mówimy, że na naszych oczach dzieje się historia, dobra, pozytywna dla naszego kraju, dlatego możemy myśleć, że te Igrzyska mogą być dla nas bardzo dobre, ale nie zapeszajmy, odpukajmy trzy razy, plujmy przez lewe ramię i po prostu trzymajmy kciuki.

Pisząc słucham wypowiedzi pana prezesa, który twierdzi, że na tym nie skończy się kariera Adama. Przecież przed IO wiele osób twierdziło, że Adam się skończył, że nie wróci już na szczyty swoich umiejętności. A ja twierdzę, że dla sportowców nie ma rzeczy niemożliwych, jesteśmy silni fizycznie, jesteśmy mocni psychicznie, i zawsze w chwilach najtrudniejszych potrafimy się skonsolidować, „zebrać w sobie”, i osiągnąć super wynik na złość niedowiarkom. Polskim kibicom Małysz dawał radość wielokrotnie, a on potrafił podnieść się po chudych latach, bo jest stworzony do wielkich rzeczy. W wywiadzie Bartosza Hellera Adam powiedział, jestem szczęśliwy, ale popatrzcie sami: jak miałem tego nie zrobić, skoro mam takich kibiców za sobą. Adam powiedział, że to dopiero początek Igrzysk, i Polska może zdobyć kilka medali, a w wywiadzie stwierdził: kiedy zobaczyłem na tablicy, że jestem pierwszy, to wtedy „tak się skuliłem w sobie” i łzy popłynęły mi po policzkach. Wielka radość w wiosce olimpijskiej i wielka radość w całej Polsce, a największa w jego ukochanej Wiśle.

Adam Małysz po ceremonii kwiatowejCiszę się bardzo, że mieliśmy szczęście i właśnie Adamowi towarzyszyliśmy podczas ślubowania i pożegnania przed wyjazdem na jego czwarte Igrzyska Olimpijskie.

Panie Adamie, jeszcze raz gratulujemy, trzymamy kciuki.

Niech Panu sprzyjają wiatry w następnych konkursach!

Sprawozdawca sprzed telewizora
Wasza Jadwiga

Nareszcie wystękał: – Wszystkie gazety piszą, że sprzedałaś imprezę Anglikom, na sali reklamy na niebieskim tle, Carlton w nazwie zawodów, Carlton w programie, Carlton w reklamie, Carlton w gazetach, Carlton zawojował, Carlton kupił polskie zawody! Ktoś musiał na tym zarobić, w domysłach- ty, zamkną cię, a zawody za dwa dni! Cholera!

Ewa Rusznica -Bozena Wojtkowska debel zenskiUffff… Odetchnęłam z ulgą. O to chodzi, zaczęłam się histerycznie śmiać, po prostu wspaniale, fantastycznie, super, huurrrrrra! Oto reklama, to jest marketing!  Szalewicz pomyślał, że zwariowałam, ponieważ śmiałam się kilka minut, łzy płynęły mi po twarzy, a z nimi mój piękny make up. Na taką chwilę czekałam całe 8 lat. Przeglądam gazety i widzę wszędzie prawie te same tytuły! A we mnie radość! Reklama imprezy, o jakiej można tylko marzyć – we wszystkich gazetach ZA DARMO! Ile osób przyjdzie zobaczyć mistrzostwa? Ile osób będzie chciało spotkać tych, co sprzedali imprezę Anglikom!  Przyszło ponad trzy tysiące ludzi. Stali wszędzie, na dwóch balkonach, siedzieli na miejscach, siedzieli na krzesłach, które Julian zorganizował, przywożąc na halę z technikum kolejowego, ale miejsc i tak nie starczyło! Dziennikarzy wyłapywaliśmy tuż przy wejściu, Ryszard Lachman (rzecznik prasowy PZBad) i Grzegorz Gajewski mój asystent, miał oko na wszystkich. Prowadził ich do Andrzeja. A ten, korzystając z pomocy Zbyszka Mazanek (niestety w 1992 r. odszedł od nas na zawsze), mojego brata judoki, a wtedy porządkowego, sadzał ich na wydzielonych miejscach VIP, gdzie siedzieli już Minister Sportu  Marian Renke, jego zastępca dr Stanisław Stefan Paszczyk (zmarł w roku 2009), Stan Mitchell Prezydent Europejskiej Unii Badmintona, Emile ter Metz-  honorowy Sekretarz Generalny EBU,  Audrey Kinkead, Prezydent Irlandzkiego Związku Badmintona, członek Komisji Rozwoju EBU, Torsten Berg z Danii, przewodniczący tej komisji.  Po wielu latach dowiedziałam się od Wojtka Cicharskiego, w owych latach wicedyrektora Departamentu Sportu, późniejszego sekretarza generalnego PZBad, że Stanisław Stefan Paszczyk, zastępca ministra ds. sportowych nakazał obligatoryjnie pracownikom departamentu sportu wizytację naszych zawodów, aby popatrzyli jak należy organizować imprezy sportowe o zasięgu międzynarodowym. Pewnie wtedy Stefan nie wiedział, że krótko przed ich rozpoczęciem widmo krat więzienia miałam przed oczami.

Kolejnym naszym zacnym sponsorem był Hortex Góra Kalwaria – nawet nie wiem czy dziś firma istnieje – pewnie nie. Nazwisko dyrektora pamiętam do dziś: Zbigniew Galas. Jego zastępcą była Hania B. (spotkałam ją po wielu latach, jest uśmiechnięta jak zwykle, piękna w swoim wieku, choć życie i polska rzeczywistość nie obeszły się z nią łaskawie). Hortex nie tylko ufundował specjalne nagrody w postaci wielkich tortów dla trzech pierwszych drużyn, ale także ogromny tort o wadze ponad dwudziestu kilogramów na bankiet (wyposażył nas też w maszyny z napojami dla zawodników, które rozstawione były na hali). Bankiet odbywał się w Restauracji „Bazyliszek” na Rynku Starego Miasta.

Szefowa hotelu „Vera”, moja imienniczka Jadzia, dziś na emeryturze, życzliwa, drobna kobieta z wielkim charakterem, stanowcza. Krysia, szefowa restauracji, pokonywały góry, aby zabezpieczyć posiłki tak, by nikomu do głowy nie przyszło, że w Warszawie w sklepach oprócz octu i musztardy niczego nie można kupić. Pomagał nam też przewodniczący komitetu honorowego zawodów Zbyszek Lippe, wtedy wiceprezydent m.st. Warszawy, przyznając hotelowi dodatkowy przydział mięsa. W hotelu funkcjonował maleńki sklep Pewex, który przeżywał oblężenie, bo co to były za ceny na alkohole od 0,80 $ do 2,50 $ za butelkę. Nie wiem jak, ale tego towaru w tym sklepie było zawsze w sam raz. Hotele zawsze stanowiły enklawę na tle codzienności tym bardziej, że cztery z nich pracowały jakby razem w sieci – Vera, Nowotel, Solec i Grand Hotel, poczciwy stary Grand, szczyt elegancji lat osiemdziesiątych. Na pierwszym piętrze przyjmował nas Tadeusz Sąsara, dyrektor tych czterech hoteli, przyjaciel sportowych dusz, wieloletni prezes Polskiego Związku Piłki Siatkowej. Być może jego „oko” wielokrotnie pomagało nam w rozwiązywaniu trudnych spraw zakwaterowania, wystarczającej ilości kawy podczas śniadania (!), czy też napojów w barkach? Bardzo chcieliśmy dopilnować każdego drobiazgu, bo przecież nie mogliśmy pokazać, że czegoś u nas brakuje. My w Polsce mamy wszystko – nie widać tego w sklepach? To nic, to chwilowe, to przejdzie, przecież będzie inaczej, jak nie za kilka dni, to może za kilka lat, przecież my w to wierzyliśmy, że będzie lepiej, że nie będę musiała pisać setek pism do GKKFiT do Komisji Zagranicznej o zgodę na zorganizowanie imprezy – bez takiej zgody ekipy zagraniczne nie mogły otrzymać wiz wjazdowych do Polski, do komendy MO na Ochocie o zgodę na organizacje zawodów na ich terenie, do komendanta na lotnisku z prośbą o szybką odprawę naszych zawodników, do urzędu miasta o specjalne przydziały żywności dla hoteli, z których korzystaliśmy, o dodatkowe przydziały kawy, papieru toaletowego itp. itd. Zbyszek L. był zaprzyjaźniony od lat z Januszem, prezesem Polskiego Związku Podnoszenia Ciężarów, a my przyjaźniliśmy się z Januszem. I tak to szło. My pomagaliśmy jemu, on nam, ale najważniejsza sprawa to dobra organizacja zawodów, obojętne czy dotyczyło to podnoszenia ciężarów, badmintona, judo, szermierki, czy innej dyscypliny sportu. Sport był naszym życiem, naszą pasją, a my chcieliśmy pokazać światu, że to Polska organizuje, że my dajemy radę, mimo wielkiego trudu, mimo tylu braków, mimo szaro – burej rzeczywistości, ale o tym już nasi goście nie wiedzieli, o tym trudzie znaczy. Przecież żadne z nas z wyjątkiem Andrzeja (miał malucha, który był szczytem luksusu) nie jeździło samochodem. Wszystko załatwiało się jeżdżąc komunikacją miejską, nawet pieniądze z banku Renia woziła tramwajem. Jedną z ciekawostek, o której powinnam była napisać jest fakt, że aby tę imprezę zorganizować musiałam się wielu rzeczy nauczyć. Badmintona europejskiego ani światowego nie znałam, jak również języka angielskiego w nim obowiązującego, kiedy zdecydowałam się przejść do pracy z Polskiego Związku Szermierczego (tu obowiązkowym był j. francuski) do badmintona – wtedy do nieistniejącego związku, a moją powinnością było go założyć w roku 1977, wspólnie z  kolegami B. Zdebem, J. Szulinskim, A. Szalewiczem, J. Wrzodakiem, J. Krzewińskim, E. Jarominem, T. Sudczakiem, W. Derychem, J. Musiołem, i jeszcze kilkoma innymi. Tak więc skorzystałam z możliwości, że w Groningen – Holandia w roku 1980, zostały zorganizowane mistrzostwa Europy seniorów w badmintonie. Pojechałam, okazja była wyjątkowa – już wtedy po dwóch latach swobodnie mówiłam po angielsku i załatwiałam wszystkie sprawy w tym przyjazd zawodników na nasze międzynarodowe mistrzostwa Polski. Związek otrzymał zgodę na wyjazd 6 zawodników i 1 trenera na koszt państwa, Andrzej jako prezes na kongres, natomiast ja pojechałam za własne pieniądze. Przez cały czas trwania zawodów siedziałam na widowni i notowałam wszystko, co się tyczyło organizacji mistrzostw: otwarcie zawodów,  prowadzący otwarcie, scenariusz, nagłośnienie, piosenka o Perry Sport – sponsorze, puszczana w przerwach zawodów, rysowałam, ułożenie kortów, kwiaty, to była przecież Holandia, woda dla zawodników, wystrój hali, hostessy – jak ubrane?, sędziowskie ubiory, miejsca sędziowskie, ilość sędziów, sędziowie liniowi ubrania dla nich, firmy sponsorskie, stoiska, zaplecze, szatnie, kawiarenka, transport, hotele, ceny, odbiór ekip z lotniska, dworca kolejowego, bankiet. Powstał z tego cały zeszyt uwag, szkiców, notatek, taki jakby mój własny manual: jak dobrze zrobić imprezę międzynarodową w badmintonie, aby się nie wstydzić, gdy przyjedzie cały świat. Ten właśnie zeszyt był w roku 1985 moim przewodnikiem. Niestety nie mam  swoich własnych zdjęć, dlatego poprosiłam Jana Jerzy Dolhan - Grzegorz Olchowik gra deblowaRozmarynowskiego, naszego przyjaciela fotografa, o udostępnienie kilku z tych najładniejszych zawodów w badmintonie, jakie oglądałam w latach osiemdziesiątych, po prostu nie miałam wtedy jeszcze aparatu fotograficznego i dlatego nie mogłam ich zrobić! Nota bene dopiero w 1987 r. nabyłam ten sprzęt wykorzystując wyjazd zaprzyjaźnionego trenera do Singapuru. Aparat był rzeczywiście tani i służył mi przez prawie 14 lat.

Uroczyste otwarcie zawodów na Hali Mery; stawiły się wszystkie ekipy, sędziowie polscy i zagraniczni, trenerzy, VIP-y, zaproszeni goście, sponsorzy, hostessy ubrane w swoje służbowe sweterki czerwone-białe. Powitanie prezesa PZBad – Andrzeja Szalewicza i oficjalne otwarcie Prezydenta EBU. Stan Mitchell skierował do nas wiele ciepłych słów dotyczących perfekcyjnej organizacji zawodów. Na zakończenie otwarcia wszystkie ekipy otrzymały upominki – każdy zawodnik, trener, kierownik ekipy, sędzia, VIP czy osoba pracująca przy organizacji zawodów otrzymali biało-czerwone czapeczki i szaliki z napisem Helvetia Cup. Następnego dnia, w południe, wszyscy oficjele zostali zaproszeni do Sali Koncertowej w Towarzystwie im. Fryderyka Chopina w Warszawie przy ul. Okólnik na uroczysty koncert chopinowski – gwiazdą koncertu był Janusz Olejniczak. Nasi goście otrzymali na pamiątkę kasety z nagraniami pianisty wraz z jego autografem. Polski Związek Badmintona w podziękowaniu za 1, 5 godzinny koncert obdarzył artystę pięknym bukietem kwiatów. I to był jedyny koszt, jaki ponieśliśmy. Z Towarzystwem im. Fryderyka Chopina byłam związana osobiście. Mój wychowawca szkolny z Liceum im R. Traugutta pan Bogumił Pałasz był tam Dyrektorem, stąd możliwość załatwienia przepięknego spektaklu – koncertu w Towarzystwie im. Fr. Chopina za darmo. Ponadto, dyrektor B. Pałasz otworzył dla nas Pałac w Żelazowej Woli, który o tej porze roku był zamknięty dla zwiedzających, a my nie dość, że pokazaliśmy naszym gościom miejsce urodzenia Chopina, ale też zaprosiliśmy ich do jedynej w Żelazowej Woli Restauracyjki „Pod Wierzbą” na pyszne polskie pierogi oraz czerwony szampan nieznany w Europie z komentarzem, że skoro przyjechali do komunistycznego państwa, to kolor czerwony jest obowiązkowy. A uczciwie mówiąc restauracja ta niczym innym nie dysponowała. Zawsze twierdziłam, że w pracy potrzeba jest trochę szczęścia. Nam w badmintonie lat osiemdziesiątych to szczęście sprzyjało.

Dzisiaj w roku 2010, roku Fryderyka Chopina, taki koncert podkreśliłby znaczenie tej rocznicy i nasze przywiązanie do fenomenalnego kompozytora i wirtuoza.

Zbyszek L. był przez wiele lat naczelnikiem dzielnicy na Ochocie, i była ona jego oczkiem w głowie. Potrafił nocami jeździć samochodem po tej swojej Ochocie patrząc okiem gospodarza, co by tu jeszcze poprawić, aby choć trochę lepiej żyło się tutaj ludziom. A hala Mera znajdowała się właśnie na terenie Ochoty. Zbyszek przeszedł do Ratusza na plac Bankowy (wtedy pl. Dzierżyńskiego) chyba na początku lat osiemdziesiątych. No i dobrze! Cieszyliśmy się wszyscy – my ludzie sportu. Zyskaliśmy Patrona imprez, który pomagał nam załatwiać rzeczy nie do załatwienia, a tak naprawdę rzeczy małe, oczywiste, które wtedy urastały do rangi wielkich problemów. W archiwum związku znajdują się tomy dokumentów, które produkowaliśmy, bo były konieczne, pozwolenia, zgody, odmowy, odwołania, zgody cenzury, o przepraszam, Głównego Urzędu Kontroli, Prasy Publikacji i Widowisk, mieszczącego się na ul. Mysiej. Zgody na treść zawartą w programach, plakatach, zaproszeniach, na druk tych programów, plakatów, zaproszeń, na ich rozpowszechnianie, czyli rozsyłanie różnym osobom i firmom, również na rozklejanie plakatów w Warszawie. Pamiętacie takie specjalne do tego celu wybudowane owalne słupy? Firma, która zajmowała się rozlepianiem plakatów miała swoja siedzibę na ul. Hożej, a więc jeszcze jedna wizyta, pismo z prośbą o wykonanie usługi, oczywiście z pieczątką z ul. Mysiej. Na rozsyłanie zaproszeń do różnych firm, instytucji, VIP-ów, jak to się robi z zaproszeniami. Inny świat… zupełnie inny, dzisiaj nieznany.

Stałym sponsorem zawodów międzynarodowych, w tym i Helvetii, była firma Xerox z siedzibą przy ul. Szpitalnej, której szefował Zygmunt Lucek. My kupowaliśmy papier do kserografu, oni dostarczali nam jedną lub dwie kopiarki. I biuro zawodów oraz biuro prasowe pod wodzą Ryszarda Lachmana, Wojtka Perka, jego żony Halinki i Basi szły pełną parą. Komunikaty w ilościach dowolnych były wydawane na czas w kolorowych okładkach przygotowywanych przez firmę introligatorską Hanki i jej matki. Córka Hanki, trzyletnia dama, była w pewnym momencie naszą modelką – ubrana w koszulkę z napisem sponsora, a w małej rączce trzymająca wielką rakietkę. Organizacja tak dużych zawodów była możliwa tylko, i tylko, dlatego, że wszyscy pracowali rodzinnie, przyjacielsko; moja bratowa Jola pracowała, jako kasjerka, nasi rodzice na przykład zajmowali się wpuszczaniem na halę widzów, a później dopilnowaniem, aby z szatni wychodziły osoby we właściwych ubraniach, a niepożyczonych (zdarzyło się i tak), również dystrybuowali (wydzielali) papier toaletowy, który był „załatwiany”, bo powieszony w toalecie zbyt szybko znikał całymi rolkami a Warszawa przecież, jako stolica nie mogła sobie pozwolić na toalety bez papieru!  (matka była dodatkowo osobą, która parzyła kawę dla VIP-ów i sędziów).

Przed Drużynowymi Mistrzostwami Europy, gr. B w Warszawie rozgrywane były w styczniu międzynarodowe mistrzostwa Austrii, na które pojechałam z zawodnikami, aby zobaczyć jak takie zawody wyglądają i co nam jeszcze Horst Kullnigg - in 1985 Prezes Austriackiego Związku Badmintonapotrzeba a potrzeba było wielu rzeczy. Nie pamiętam jak mi to wpadło do głowy, aby iść do Horsta (ówczesnego prezesa Austriackiego Związku Badmintona) z pytaniem, co zrobią z pudełkami, w których trzymają komunikaty i informacje dla ekip. Zapytałam. Odpowiedź była prosta – wyrzucimy. A ja na to: – Takie dobre pudełka, przecież przydadzą się nam w Warszawie! Zabrałam 23 pudełka, pięknie rozłożyłam, spakowałam do mojej wielkiej torby sportowej i przywiozłam do Warszawy razem z karteczkami samoprzylepnymi w różnych kolorach, setką długopisów, podkładkami dla sędziów, i przez następne kilka lat używaliśmy ich ot tak, jakby od zawsze były dostępne u nas w dowolnych ilościach, pamiętam nawet kolor brązowej tektury z napisami państw po angielsku. Horst znawca tematu organizacji wielkich imprez, do tych pudełek brązowych dodał też kilka kilogramów kawy wiedeńskiej, którą wykorzystaliśmy serwując VIP-om , gościom oraz sędziom na hali Mera.

Wasza Jadwiga

cdn 14.02.2010

Tekst ten napisałam w Oslo, 18 listopada 2006 r.

Jestem jeszcze w Oslo. Jako wice Prezydent Europejskiej Unii Badmintona – Badminton Europe, zaproszona przez Norweski Związek Badmintona na międzynarodowe mistrzostwa. Siedzę na sali i oglądam ćwierćfinały. Mecze rozgrywane są na pięciu kortach. Organizacja dobra, ale bez brawury. Wszyscy są mili i dobrze wykonują swoją robotę. Brak ułańskiej fantazji, jak to na naszych zawodach bywało. Ale może tak właśnie trzeba?

Z rozrzewnieniem wspominam nasze zawody organizowane w Warszawie w hali Mera, która była halą do tenisa z widownią na około 300 osób przy ul. Wery Kostrzewy, dziś Bitwy Warszawskiej.

Był rok 1985…

Trener Ryszard Borek, Bożena Wojtkowska -Haracz, Bożena Siemieniec-Bąk fot.Jan RozmarynowskiOrganizowaliśmy zawody, które Europejska Unia Badmintona przyznała nam po raz pierwszy od pamiętnego założenia Polskiego Związku Badmintona w roku 1977. Drużynowe Mistrzostwa Europy grupy B –„ Helvetia Cup” (pierwszych sześć drużyn sklasyfikowanych w Mistrzostwach Europy na miejscach 1-6 nie brało udziału). „Helvetia Cup” gdyż puchar na te zawody ufundował kiedyś Szwajcarski Związek Badmintona.  Polska w tym czasie była siermiężna, nijaka, brudna i bura. Ale nam się chciało chcieć! Janusz Rybka, pan doktor ze specjalizacją wod-kan na Politechnice Wrocławskiej przyjechał z całą swoją paczką. Szorowali wykładzinę Mery, zafajdaną przez wróble, które nie wiedzieć skąd przylatywały do hali robiąc oczywiście to i owo na perłowo! Czyściliśmy, wkręcaliśmy powyrywane krany, kurki od wody, jak również sprzątaliśmy wszelkiego rodzaju brudy w hali i przed halą. Hala Mera musiała błyszczeć. Zasłony na trójkątnym, wielkim oknie wieszała zaprzyjaźniona (od 1980 r.) grupa alpinistów, zaangażowana przez nas do tego celu. Zresztą chłopaki miały i trudniejsze zadania, czyli wymianę żarówek typu LH 256.

Polski Związek Badmintona, a sprawa żarówek LH 256. Tak, tak właśnie było. Rokrocznie zamawialiśmy ten typ żarówek w Zakładach im. Róży Luksemburg, dziś po zakładach zostały tylko wspomnienia. Budynek został sprzedany, ale wtedy… 250 sztuk cennych żarówek (cennych tylko dla nas, bo cena nie była znowu taka wielka), trafiało w nasze ręce, do naszego związkowego magazynu i to był element przetargowy w negocjacjach z zarządzającymi halą Mera p. Hanią i p. Ryszardem Zielińskim (bardzo niedawno odszedł od nas na stałe). Im te żarówki były niezbędne do oświetlenia hali podczas treningów i tenisowych zawodów. My je mieliśmy, więc targ musiał być ubity! W opłatę za halę wliczano więc koszty wymiany żarówek plus robociznę alpinistów i w ten sposób koszty wynajmu redukowaliśmy do niezbędnego minimum i wszyscy byli zadowoleni, bo na kolejny rok mieli halę wyczyszczoną, z oświetleniem, my zaś znowu mogliśmy zorganizować zawody najwyższej rangi, o których głośno było nie tylko w całej Warszawie, ale też i w Polsce i w Europie. Janusz pracował nocą, pomagali mu Wiesiek, młody człowiek z Płocka, Julian Krzewiński – wspaniały skromny człowiek, pracownik działu sportu Federacji „Kolejarz”, Janusz Musioł, wielki fan badmintona, Dyrektor Sportowy z AWF Wrocław, Jurek Wrzodak, Jerzy Śliwa, Eugeniusz Jaromin trener, Jurek Szuliński trener, Wiesiek Derych, Rysiek Borek, późniejszy wieloletni trener kadry narodowej, no i oczywiście Andrzej Szalewicz, który wszystkim zarządzał. Był wszędzie, o wszystkim decydował, w sprawach organizacyjnych na hali tylko on mógł podjąć decyzję. W ten sposób unikaliśmy kolizji, błędnych decyzji i podwójnej roboty. Był omnibusem w sprawach wyklejania linii na wykładzinie Mery (kortów nie mieliśmy i mogliśmy tylko o nich pomarzyć, bo skąd wziąć pieniądze – twardą walutę na ich zakup?).

3 M to amerykańska firma, która w latach osiemdziesiątych miała swoją siedzibę przy ul. Lektykarskiej w Warszawie. Za sprawa Andrzeja i jego znajomości firma ta pomagała nam dostarczając białe taśmy samoprzylepne o szerokości 45 mm. Na jeden wyklejany kort zużywaliśmy około 100 metrów, więc minimum 600 metrów, plus ewentualne uzupełnienia, plus ewentualne popełniane przez nas błędy w klejeniu kortów – w sumie było potrzebnych około 1000 metrów. Ale w sklepach próżno szukać takiego rarytasu!  Błąd w wyklejaniu boisk zdarzył nam się raz, lepiliśmy boiska przez całą noc – 6 kortów, kto nie wyklejał, ten nie wie, co to za mordercza praca. Wykleiliśmy już wszystkie i wtedy okazało się, że wszystkie korty są za krótkie o dwadzieścia centymetrów. Sędzia Główny był bezlitosny i na 2 godziny przed rozpoczęciem gier wszystko musiało być poprawione i było. Nie powiem, że ciemno w oczach mieliśmy i serce w gardle, ale oprócz nas nikt się nie zorientował. Zawsze w napięciu czekaliśmy na przyjazd Zbigniewa Góral z LOK (Liga Obrony Kraju posiadająca sprzęt nagłaśniający) ze swoim samochodem marki Nysa, w którym przywoził nagłośnienie hali.

Flagi uczestniczących państw pięknie wyeksponowane, napisy jak trzeba, sponsorzy hm.. Też mieli swoje a-boardy (takie niskie płotki, które były porozstawiane wokół kortów)! Ze sponsorami było związane bardzo zabawne zdarzenie. Ale o tym za chwilę. W roku 1985 sponsorami Helvetii Cup były firmy PLL LOT (zaproponowała ekipom uczestniczącym w mistrzostwach korzystną taryfę na przelot z zagranicy do Polski) i Fabryka Samochodów Osobowych FSO Warszawa, która wypożyczyła nam 6 samochodów marki FIAT wraz z kierowcami i co najważniejsze z talonami na benzynę! Krzysztof Panufnik, Dyrektor Działu Marketingu FSO był dla nas zawsze niezwykle życzliwy, doskonale rozumiał, że transport podczas zawodów to zawsze trudny, a czasami słaby punkt w organizacji przedsięwzięcia. A więc mieliśmy też dwa autokary marki Super San, 6 Fiatów, a na dodatek samochód do przewożenia ludzi zbudowany na bazie Stara. Ten wypożyczyły nam Głubczyce – sławetny LKS Technik, który dopiero co dokonał zakupu tego pojazdu przy pomocy Andrzeja i Polskiego Związku Badmintona oraz Urzędu Kultury Fizycznej i Sportu, gdzie mieliśmy wielu życzliwych ludzi, którzy starali się nam pomagać. Do nich należał Staszek Krasowski – Dyrektor Departamentu Inwestycji.

Ale wracamy na halę. Kolejnym sponsorem była firma PGR „Mysiadło”, gdzie kupowaliśmy całe stosy świeżych pięknych kwiatów w gatunku I przecenionych do gatunku III. Kwiaty na halę oczywiście, nie dla nas. Codzienna zmiana wody w 12 ogromnych wazonach i usuwanie zwiędłych kwiatów należały do Renii Jarnutowskiej, a 12 waz ze świeżymi kwiatami na hali wyglądało pięknie, i tak było przez kolejne 10 dni. Nic dziwnego, że wystrój hali budził zachwyt – wazy przyjechały przecież z Bolesławca, gdzie mieliśmy sekcję TKKF w badmintonie. Nasz instruktor Józef Popek pomógł mi w kontakcie z fabryką w Bolesławcu, w zakupie waz i innej pięknej i poszukiwanej w kraju galanterii z tych zakładów.  Jak więc napisałam, wystrój budził zachwyt; Zielona wykładzina hali, wyklejone na biało korty, kolorowe kwiaty w wazach, biało- niebieskie reklamy wokół kortów oraz powieszone flagi państw uczestniczących w zawodach i po raz pierwszy zakupione- ale gdzie nie pamiętam – plastikowe kosze(stojące przy kortach) na ubrania zawodników. Było pięknie, kolorowo, wszędzie reklamy, a najwięcej reklam angielskiej firmy Carlton reprezentowanej na zawodach przez Pepa Pearsona. Niedużego wzrostu, krągły blondyn, zawsze uśmiechnięty, zawsze skory do żartów, podpisał z nami dwuletni kontrakt na obsługę sprzętową zawodów i dostarczył nam 350 tuzinów lotek piórkowych marki Carlton wykonanych według nowoczesnej, jak na owe czasy, techniki: główka plastikowa zamiast korkowej (nowość w 1985 r.). Z tej partii trochę lotek dostał Ryszard Borek na zgrupowanie kadry narodowej przed mistrzostwami, które odbywało się w Głubczycach, bo na żaden inny ośrodek nie było nas stać, a w Głubczycach mieliśmy halę za niewielkie pieniądze wynajmowaną od OSiRu. Dyrektorem OSiRu był wielbiciel badmintona Marian Masiuk – jego córka Marzena też grała w badmintona – była nawet w kadrze Polski juniorów. Lotki odebrane przez Ryśka służyły do przygotowania zawodników do mistrzostw. Pozostałe 320 tuzinów czekało na rozpoczęcie zawodów. Carlton przekazał nam również sprzęt osobistego wyposażenia dla zawodników i trenera: rakietki, dresy, koszulki, spodenki, skarpetki dla naszej polskiej reprezentacji! Wyglądaliśmy po prostu pięknie. Nasza drużyna błyszczała. Byłam tak bardzo szczęśliwa, że udało się nam wszystko załatwić na czas. Ale szczęście nie trwało zbyt długo, bo do Biura Polskiego Związku Badmintona (na stadionie X-lecia, były tam również biura Sport-filmu i innych związków sportowych) wpadł Andrzej Sz., Prezes Związku, z miną z lekka niepewną, z plikiem gazet w ręce. Od progu wydusił: – Zamkną cię, będziemy siedzieć. Wszyscy! Cholera! Nie rozumiejąc o co chodzi, posadziłam prezesa z kawą w ręku przy biurku i z pytającym wzrokiem czekam na wyrok. O co tu chodzi? Jakie więzienie? na dwa dni przed uroczystym otwarciem? Oszalał? Kto go postraszył? Ale przecież on nie należy do strachliwych! Tyle myśli przeleciało mi przez głowę w ciągu 30 sekund (dla mnie to była wieczność).

cdn w dniu 12.02.2010 r.

7.02.2010 Centrum Olimpijskie Muzeum Sportu miejsce ślubowaniaXXI Zimowe Igrzyska Olimpijskie
Warszawa, 7.02.2010, Centrum Olimpijskie

Niewiele osób uczestniczyło w ślubowaniu olimpijskim, które odbywa się zawsze przed wyjazdem na Igrzyska Olimpijskie. W ślubowaniu biorą udział wszyscy nominowani na wyjazd: zawodniczki, zawodnicy, trenerzy, lekarze, fizykoterapeuci.

Ja miałam szczęście brać udział w ślubowaniu  przed naszym wyjazdem z zawodnikami na Igrzyska Olimpijskie w Barcelonie -1992 r., Lillehammer -1994 r., Atlancie -1996 r., Sidney-2000 r., Atenach – 2004 r.  Stąd też zaproszono mnie jako gościa na ślubowanie naszych zawodników wyjeżdżających do Vancouver. Z przyjemnością wzięłam udział w tym wydarzeniu, które od lat się nie zmieniło i ceremonia jest wydarzeniem dla sportowca oraz dla każdej osoby biorącej w niej udział.

reprezentanci Polski od lewej :Agnieszka Gąsienica Daniel i Adam MałyszPonieważ niewiele osób wie, jak ta ceremonia wygląda, zapraszam do Centrum Olimpijskiego w Warszawie. W dniu 7.02.2010 r., przed odlotem do Vancouver, ślubowanie składali tu zawodnicy: narciarstwa alpejskiego – Agnieszka Gąsienica-Daniel i skoków 7.02.2010 ślubowanie Adam Małysz i Agnieszka Gąsienica -Danielnarciarskich – Adam  Małysz - czterokrotny uczestnik Igrzysk Olimpijskich, zdobywca srebrnego i brązowego medalu olimpijskiego w Salt Lake City 2002, czterokrotny Mistrz Świata, czterokrotny zdobywca Kryształowej Kuli. Osoby towarzyszące: Magoni Livio – trener narciarstwa alpejskiego, Maciusiak Maciej – trener, technik, Mateja Robert – trener, Szymanik Stanisław – lekarz, Tajner Apoloniusz – trener, prezes Polskiego Związku Narciarskiego. Ceremonię prowadził prezenter sportowy, sprawozdawca Marek Rudziński.

nominacja olimpijska Adama MałyszaOdegrano hymn Polski. Wiceprezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego pan Andrzej Kraśnicki wręczył V kółka olimpijskie – znaczki wykonane ze złota oraz nominacje olimpijskie.

Następnie poproszono Adama Małysza, aby złożył przyrzeczenie olimpijskie w imieniu zawodników. Poproszono nas o powstanie i odsłuchaliśmy Hymn Olimpijski oraz słowa przysięgi, którą złożył Adam Małysz. Poniżej przedstawiam tekst ślubowania zawodników:

„ Ja, reprezentant Polski na 21 Zimowe Igrzyska Olimpijskie Vancouver, w imieniu wszystkich zawodników – uroczyście przyrzekam respektować obowiązujące nas przepisy i regulaminy sportowe. Zobowiązujemy się przestrzegać zasad fair play, godnie i z pełnym zaangażowaniem walczyć na rzecz chwały naszej Ojczyzny – pomnażać dorobek polskiego sportu”.

ślubowanie składa trener Robert MatejaW imieniu osób towarzyszących ślubowanie złożył trener Robert Mateja:

„W imieniu osób wspierających zawodników uczestniczących w 21-szych Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Vancouver – uroczyście przyrzekam sumiennie i godnie wykonywać powierzone nam obowiązki. Zapewniamy, że we wszystkich działaniach będzie kierować nami troska o zawodników i dobro polskiego sportu”.

Po złożeniu ślubowania przedstawiciele PKOL wręczyli Olimpijczykom drobne upominki od poczty Polskiej, a sponsor firmy Tyskie wręczył upominki dla zawodników – przedstawicielem firmy Tyskie była wnuczka Tadeusza Trojanowskiego – brązowego medalisty Igrzysk Olimpijskich w zapasach – Rzym 1960.

podpisanie flagi olimpijskiej Polskiego Komitetu OlimpijskiegoNa zakończenie uroczystości poproszono całą ekipę o podpisanie flagi olimpijskiej.

Następnie głos zabrali goście życząc zawodnikom udanego lotu do Vancouver, sukcesów i spełnienia najskrytszych sportowych marzeń podczas 21-ych Zimowych Igrzysk Olimpijskich, a nam kibicom popierania polskich sportowców również przez internet i kontakt z nimi przez You Tube – specjalnie otwarty dla kibiców, którzy chcą wspierać Polską Reprezentację autograf Mistrza MałyszaOlimpijską.

A ja mili Państwo, ustawiłam się w kolejce i specjalnie dla Was zdobyłam autograf Adama Małysza, który niniejszym prezentuję.

Wszystkim Olimpijczykom życzymy udanego startu w Vancouver na Igrzyskach  Olimpijskich, które są marzeniem każdego sportowca.

Sprawozdawcą  z tego Wydarzenia była
Wasza Jadwiga

Po opublikowaniu wpisu o Tani i jej zamiłowaniu do języka japońskiego, który wywodzi się z języka chińskiego otrzymałam od Beaty poniższy tekst na temat tajemniczego języka Nushu, zapraszam do lektury.

Jadwiga

Nowoczesna baba Jaga na miotle rys.TaniaTajemniczy język Nushu…

Po przeczytaniu opowiadania o języku japońskim, od razu nasunął mi się na myśl temat dotyczący kraju sąsiedzkiego, Chin. Szalenie ciekawa kultura, nauka, sztuka a jednocześnie ucisk kobiet przez wieki. Może zaciekawi kogoś ten temat?  Nushu, chińskie pismo kobiece, jest szalenie interesującym i bardzo mało znanym pismem. Stworzone zostało przez kobiety w tajemnicy przed mężczyznami (chińska kultura scentralizowana na mężczyznach, zabraniała kobietom przez wieki dostępu do edukacji). Nushu, używany wyłącznie przez kobiety został stworzony w prowincji Hunan. Ten tajemniczy język, ponownie „odkryty” w 1982 roku, był przekazywany z pokolenia na pokolenie przez przeszło czterysta lat.  Ostatnio używany był w latach czterdziestych dwudziestego wieku. Niektóre znaki pisma kobiecego są zapożyczone z języka chińskiego, inne zostały specjalnie wymyślone lub też oparte są na wzorach hafciarskich. Stosowany był otwarty sylabariusz, a pula najczęściej stosowanych znaków to 600-700 logogramów;  dodatkowe warianty sięgały półtora tysiąca. Słowa zapisywano jednym znakiem, w kolumnach, z góry na dół i z prawej do lewej.  Częstym motywem pism było zniewolenie kobiet i problem feudalizmu. Manuskrypty zapisywane przez kobiety były palone po śmierci kobiety, wierzono bowiem, że zabiera je ona do przyszłego życia, a dym przesłany w zaświaty sprawi jej radość. Po okresie rewolucji pismo traktowane było przez chińskie władze  jako „przeżytek feudalizmu”, więc było nie tylko ignorowane, ale wręcz systematycznie niszczone. Obecnie władze chińskie starają się odtworzyć pismo i nauczać go ponownie. Podobne pismo zostało utworzone w Japonii i nazwane Onnade, czyli „kobiecą ręką”.

Drugi,  straszniejszy przykład zniewolenia kobiet w Chinach: przez ponad tysiąc lat, do początków dwudziestego wieku, dziewczęta w Chinach miały łamane palce i kości śródstopia, wyginano je w odwrotny sposób (palce miały być jak najbliżej pięty) i bandażowano dla dalszej deformacji tylko po to, by stopy te wyglądały jak kwiat lotosu, bo tak się mężczyznom podobało i status męża w ten sposób rósł. Wszyscy wiedzieli, że mógł sobie pozwolić na żonę, która poza obsługiwaniem go nic nie mogła robić, ani nigdzie pójść czy uciec. Szczęśliwe te, które uzyskały ten kwiat lotosu, bo były ozdobą męża, więc o nie dbał, gorzej z tymi milionami młodych dziewcząt, które dostawały gangreny, cierpiały, traciły kończyny czy też umierały…..

Ot, taki przykład, na dobry początek roku, jak nam kobietom teraz jest dobrze!

Wojująca Feministka ;) ))

Beata

A ja życzę wszystkim Kobietom dużo zdrowia

Wasza Jadwiga

3.02.2010 bukiet od dzieciTo było w 1945 roku, w Bleckenstedt w Niemczech, niedaleko, bo 6 km od wielkich zakładów Herman Goering Werke produkujących broń i amunicję dla Niemiec podczas II wojny światowej. Dziś ta sama fabryka nazywa się Zakłady Hutte Werke w Salzgitter, a Bleckenstedt jest częścią Salzgitter. Ówczesna  miejscowość Bleckenstedt  leżała nad kanałem Osnabruck-Hannover łączącym rzekę Elbę, Hamburg z morzem Północnym ale także przez Postdam z Berlinem. Kanał  i zakłady w dniu moich narodzin były piekielnie ostrzeliwane przez wojska alianckie, gdyż właśnie przetaczał się front. Wszyscy znajdowali się w betonowym schronie z wyjątkiem matki, ojca i niemieckiej akuszerki (pomagającej przy porodzie), którzy byli w domu. Bombardowanie trwało nieprzerwanie ponad dwadzieścia godzin, także można powiedzieć, że bombowo i bez komplikacji przyszłam na świat w ciągu niespełna kilku godzin.

Biorąc pod uwagę okoliczności moje życie od urodzenia zapowiadało się ciekawie. Ojciec, warszawianin z krwi i kości, w wieku ukończonych 14 lat a matka, z wsi kieleckiej, w wieku niespełna 16 lat byli wywiezieni do Niemiec na przymusowe roboty – w sumie spędzili w Niemczech każde po 65 miesięcy. Po wojnie nasza rodzina miała papiery wyrobione do Kanady (po zakończeniu wojny ojciec był zatrudniony w Niemczech w UNNRA jako kierowca). Jednak koniec końców postanowili wrócić do Polski, co nastąpiło w roku 1947. Tato pracował jako kierowca w firmie transportowej, matka zajmowała się mną, a następnie bratem Zbyszkiem ur. w  1948 roku. Mieszkaliśmy na Woli na ul. Wolskiej 42 – dziś dom nie istnieje – naprzeciwko zakładów Fotonu, stąd  moje dwie szkoły podstawowe – jedna TPD na Żytniej 40 i druga SP nr 220 przy ulicy Elektoralnej (dziś mieści się tam szkoła dla dzieci specjalnych) po przeprowadzeniu na ul. Świerczewskiego przy obecnym kinie Femina.

I tak mogłaby się ta opowieść snuć poprzez szkoły, które ukończyłam i które chciałam ukończyć, a nie ukończyłam i opowiadałabym tak te moje sześćdziesiąt pięć lat, tylko po co?

Przecież pisanie tego bloga to jest nic innego, jak powracanie do przeszłości, do wspomnień szkolnych, a także do studiów, pracy, to pisanie historii życia oraz opisywanie czasów, w których przyszło nam żyć.

Nasza klasa na wycieczce w Krakowie ja w kurtce zarzuconej na ramionaDlatego to opowiadanie doprowadzę do etapu zakończenia nauki w Liceum im Romualda Traugutta przy ul. Smoczej 6, gdzie zdawałam egzamin maturalny. Wychowawcą naszej klasy był rewelacyjny pedagog Bogumił Pałasz, z wykształcenia historyk, dzięki któremu nasza gromada 32 osób, czyli cała klasa, zdała maturę i wszyscy dostaliśmy się na studia, jak jeden mąż! Mało tego, wszyscy te studia ukończyli. Najwięcej, bo siedem osób ukończyło  Politechnikę Warszawską, trzy Akademie Medyczną, Akademię Sztuk pięknych, pozostali Uniwersytet Warszawski, Wydział Weterynarii SGGW, no i ja jako jedyna Akademię Wychowania Fizycznego jako trener II klasy w judo (czarny pas 3 Dan – Sandan). Mamy kontakt z koleżankami i kolegami z liceum, nawiązaliśmy go dwa lata temu dzięki portalowi Nasza-klasa.pl, a ja byłam moderatorem mojej klasy – mojego rocznika.

Podczas wymiany korespondencji Mirek Markuszewski przesłał nam wycinek z tygodnika Polityka z dnia 1.10.1977 r. z artykułem, który napisał w sprawie idiotycznych przenosin  naszej szkoły ze Smoczej na Miłą. „…Kto tę szkołę przenosił i po jaką cholerę niestety nie pamiętam, ale z daty opublikowania mojego listu wynika, że było to ponad trzydzieści lat  temu i pewnie całe pokolenia, które kończyły szkołę na Miłej nie miały pojęcia, że był kiedyś porządny Traugutt na Smoczej.

A oto treść listu Mirka:

EKSPERYMENTY I EMOCJE

„O roli eksperymentu w szkolnictwie nie trzeba nikogo przekonywać, jednakże stwierdzam z ubolewaniem, że przeszedł bez echa przeprowadzony niedawno eksperyment polegający na zamianie lokali kilku warszawskich szkół. I tak Liceum Plastyczne zostało przeniesione do lokalu liceum Traugutta na Smoczej, a „Traugutt” zajął lokal szkoły na Miłej. Dokąd przeniosła się szkoła z Miłej chwilowo nie wiem, ale wierzę że to nie koniec eksperymentu. Można przecież „Żmichowską” przenieść do „Reytana”, który z powodzeniem może zająć lokal „Batorego”, gdy ten znajdzie miejsce u „Czackiego”. Poza tym, gdyby eksperyment powiódł się w szkolnictwie można spróbować przenieść FSO do huty „Warszawa”, a tę ostatnią wyprowadzić, kto wie, może nawet poza granice Warszawy. Do „Traugutta” na Smoczą lubiłem wpadać, była to moja „kochana stara buda”, w której spędziłem ważny fragment mojego życia i gdzie znałem każdy kąt od piwnicy po strych. Koło szkoły na Miłej przejeżdżałem kilkakrotnie tramwajem, nie jest to jednak moja szkoła i nie ciągnie mnie tam.
Mirosław Markuszewski”.

I jeszcze jedno wspomnienie tego samego autora , pod którym podpisuję się obydwiema rękami:

„…W miarę jak zbliża się termin naszego klasowego spotkania coraz więcej myślę o szkole, o klasie, o nauczycielach. Z perspektywy czasu widzi się wszystko w jaśniejszych barwach, ale zawsze miałem wrażenie, że chodziłem do dobrej szkoły. Dużo zawdzięczam nauczycielom, szczególnie tym, którzy uczyli interesujących mnie przedmiotów, a także naszemu wychowawcy, który w jakimś stopniu ukształtował moje życie. Jednakże najważniejszą rzeczą, z której zdałem sobie sprawę jest to, że po czterdziestu pięciu latach od matury czuję taką samą więź z koleżankami i kolegami z klasy, jak w dniu matury. Musieliśmy być bardzo zgraną i zintegrowaną klasą, jeśli po tylu latach odnosimy się do siebie z taką życzliwością, ciekawością indywidualnych losów i brakiem konfliktów. Zastanawiam się, ile pamiętam i jak postrzegam klasę po tylu latach. Mam pewne wrażenia i spostrzeżenia, którymi chciałbym się podzielić. Ciekaw jestem jak dalece są zgodne lub niezgodne z ówczesną rzeczywistością.

Kiedy przesuwają mi się przed oczami różne obrazy z naszego życia klasowego, to mam wrażenie, że środowisko męskie i żeńskie w klasie było jakby od siebie trochę oddzielone. Dziewczyny były miłe i sympatyczne, ale miały swoje sprawy, trzymały się razem i było mało punktów stycznych między tymi środowiskami, chociaż był wyjątek. Kiedy Jadzia (czyli ja) była z nami w klasie, to miałem wrażenie, jakby wszędzie jej było pełno, jakby zawsze się koło niej coś działo. Zawsze była w centrum, było ją widać i słychać nawet kiedy nie grała na trąbie (grałam na trąbce w zespole jazzowym, dużo i chętnie, szczególnie na różnego rodzaju akademiach, rocznicach z okazji, ku czci, że i ponieważ, a utworem popisowym był Mały Kwiat „Petit fleur”). Na drugim biegunie Iwona – poważna, tajemnicza, nieprzystępna. Z mojego rzędu, pod oknem, Małgosia Bodnar – zawsze z czarującym, ba, zniewalającym uśmiechem, ale rzadko się odzywająca. Podobnie Marysia Tomaszewicz. Druga Małgosia – Kuźniarska – przeciwnie, zawsze ruchliwa, żelazna dyskutantka na wszystkich lekcjach. Basia Zawadzka, cicha, spokojna. Kiedy była pytana przez nauczyciela, robiła zdziwioną minę, jakby mówiła „przecież to wszystko oczywiste”. Ela Janiszewska – nasza klasowa plastyczka i dekoratorka. Żyła we własnym świecie plastyki, w aurze osoby uzdolnionej, szczególnie kiedy wygrała konkurs na plakat związany z rocznicą Powstania Styczniowego. Krysia Brzezińska – zatroskana, zaangażowana, pomocna, zawsze na miejscu, kiedy trzeba było kogoś wspomóc czy pocieszyć. Ewa Siekierska – bardzo rzeczowa i konkretna. Basia Downarowicz – robiła swoje, szkoła była jakby obok niej. Ania Skibniewska – albo się czemuś dziwiła albo coś krytykowała, coś jej w tym szkolnym życiu nie pasowało. Wreszcie klasowe „kumy” – Ala, Wanda, Zocha, Jola, Krysia – zawsze razem, zawsze w swoim towarzystwie, zawsze rozmawiające o swoich sprawach.

Kiedy wspominam kolegów, to jakoś dziwnie układają mi się w głowie trójkami. Pierwsza trójka to klasowi intelektualiści – Andrzej, Krzysztof i Marian. Andrzej, zwany przeze mnie pieszczotliwie Jędrusiem, to wyjątkowa postać. Tęga głowa, ale niespecjalnie tęga postura, stąd te żarty z omijaniem Zielińskiego, żeby czegoś nie połamał. Z drugiej strony zawsze miał swoje odrębne zdanie. Jak wszyscy mówili A, to Jędruś mówił B, ale robił to z takim wdziękiem, że nikomu to nie przeszkadzało. Krzysztof to był taki klasowy sceptyk i racjonalista, u niego wszystko musiało być oparte na rozumie i logice. Dużo nie mówił, ale jak coś powiedział, to od razu sprowadzał dyskusję na ziemię. Pałasz zawsze mówił, że Krzysztof to kandydat na naukowca i sprawdziło się (w roku 2009 został profesorem). Marian to był człowiek renesansowy, znał się chyba na wszystkim. Pasjonat historii, ale równie łatwo mógł też rozprawiać na przykład o fotografii. Zdaje się, że większość zdjęć ze szkoły, które mamy, zawdzięczamy Marianowi. Druga trójka to klasowe „zgrywusy”: Marek Łosakiewicz, Paweł Pałys i Zbyszek Wiśniewski. Mieli poczucie humoru i dużo energii, dzięki czemu w klasie było wesoło i nie można się było nudzić. Z drugiej strony można było odnieść wrażenie, że szkoła im specjalnie nie „leży” i najchętniej chodziliby do niej rzadziej. Spokojni, dobrzy koledzy ze środkowego rzędu to Jurek, Waldek i Kazio, a  przy ścianie Marek Gieruś, Wojtek Jóźwik i Mirek Kucharczyk. Mirek zadziwił wszystkich w maturalnej klasie, kiedy okazało się, że nikt tak nie potrafi tańczyć twista jak on. Trzech kolegów, którzy byli dla mnie trochę tajemniczy to Jarek, Józek i Heniek, jakoś najmniej ich w szkole poznałem. Wreszcie Staś Działa, Zbyszek Kaczmarczyk i Edzio Lilien. Staszek przez trzy lata to był taki Sfinks, robił wrażenie, że musi chodzić do szkoły, więc chodził, ale bez entuzjazmu, dopiero w maturalnej klasie włączył się do dyskusji klasowych i okazało się, że bardzo mądrze mówi. Zbyszek podobnie, z tym, że w maturalnej klasie zainteresował się na poważnie muzyką, co potem zaowocowało graniem w zespole, a dzięki muzyce lepiej się poznaliśmy. Edzio Lilien był jakby trochę zagubiony, wyjątkowo inteligentny, marnował się w szkole, był jakby „oczko wyżej” trochę z innego świata, miał olbrzymią wiedzę, większą niż potrzebna w szkole i ta szkoła go trochę uwierała, jak przyciasny gorset. Miał specyficzne, trochę sarkastyczne poczucie humoru. No i wreszcie ja. Jak siebie widzę? Chyba też byłem spokojny, specjalnie się nie wyróżniałem, poza tym, że grałem na akademiach „ku czci” i  przez to miałem wkład „w budowę”. Działałem w samorządzie, chciałem dobrze, chociaż nie zawsze jest tak, jak się chce. Mam nadzieję, że też jestem postrzegany po latach jako dobry kolega….”.

Takie wspomnienie otrzymałam od Mirka Markuszewskiego – przewodniczącego naszej klasy, którą to funkcję do dziś piastuje. Nawet wtedy, gdy organizujemy swoje półroczne spotkania. Mirek decyduje o wszystkim, po rozpatrzeniu stosownych za i przeciw, my go szanujemy i zawsze podkreślamy, że nikt go z funkcji przewodniczącego dotychczas nie odwołał. W spotkaniach uczestniczy nasz wychowawca Bogumił Pałasz. W tym roku, gdzieś w maju, organizujemy kolejne spotkanie z okazji wiosny. Bo przecież wszyscy maja nadzieję, że wiosna w końcu nadejdzie, no może również nadjechać, ale bez śniegu i mrozu.

I tym optymistycznym akcentem kończę jedno ze wspomnień.

Serdeczności
Wasza Jadwiga

Pewnego dnia zachodzę jak zwykle do mego znajomka przez okienko popatrzeć, a ten wzburzony jakiś i nieswój.  – Mikołaju – powiada – w głowie mi się mąci od tego myślenia. Łeb mam jakby napuchnięty! Przypatrz mi się i oceń. Napuchnięty czy nie? – Chyba napuchnięty – powiedziałem, po uważnym obejrzeniu – rzeczywiście napuchnięty!  – Za dużo teorii w nim się kłębi – poskarżył się Grzegorz – szewstwo, bracie, to nie dla mnie. Do wyższych celów jestem stworzony. Muszę ja gdzieś stąd wyjechać. Muszę innych ludzi poznać. Może nie wszędzie ludzie są do małp podobni…  – Nie rób głupstw, Grzegorzu – powiedziałem. –Ludzie wszędzie są jednakowi, choć pozornie wydają się różni. Tylko biedy sobie napędzisz i rodzinę swoją zrujnujesz. Za daleko cię twoje myśli prowadzą. Już lepiej trzymaj się szewstwa. Ale gdzie tam! Grzegorz warsztat w trzy dni zwinął, z rodziną się pożegnał i już nie wrócił. Później już nikt nie wiedział o jego losach, aż do chwili, gdy przyszło oficjalne zawiadomienie od władz, że taki to a taki urodzony w naszym miasteczku szewc zmarł z głodu i wycieńczenia daleko stąd. Do pisemka załączona była fotografia zmarłego. Wierzcie mi – wstrząsający to był obraz. Zobaczyłem ludzkie ciało suche i cienkie jak patyk, na którym tkwiła osadzona głowa, wzdęta jak balon lub dynia. I po tej głowie tylko go poznałem.

- Historyjki twojej wysłuchaliśmy z zainteresowaniem – powiedział Małynicz.- Do czego jednak zmierzasz? Wszystko musi mieć swój początek i koniec. A w twojej opowiastce początek może i jest, ale koniec wydaje mi się, wybacz, zbyt tragiczny. Chyba, że tak chciałeś, wobec tego lepiej wypijmy po kieliszeczku i nie zastanawiajmy się dłużej nad tym!    – Wypić zawsze można, czemu nie? – wypiliśmy, ale czuję, że Małynicz pod stołem leciutko butem mnie trąca i na Igora Iwanowicza kątem zezuje. Domyśliłem się też zaraz, że specjalnie tak mnie podsumował, żeby batiuszkę naszego do dyskusji wciągnąć. Ale gdzie tam! Próżne starania. Igor Iwanowicz niby siedzi z nami, niby pije, lecz myślami jest nieobecny. I o czym ty tak myślisz, batiuszka nasz?… Myślisz i myślisz, niczym mój szewc. Umiaru w tym żadnego nie macie! A umiar w myśleniu, rzecz najważniejsza. Powiadam ci, Igorze Iwanowiczu, umiar to najważniejsza sztuka. Uwierz mnie, staremu. Zastanów się i powiedz sam, czy nie mam racji. Może jestem, twoim zdaniem, głupi i nieuczony, – ale to i owo wiem i niejedno przeżyłem. Rozumiem ciebie trochę nawet, ale tak w ogóle nie można!  Ot siedzisz ty, batiuszka nasz Igor Iwanowicz, od pewnego czasu kwaśny i zadumany. Nic cię nie cieszy! Niczego ci się nie chce! Myślisz… Mózg swój nadwerężasz. No i po co ci to?… Albo to ci czego brak? Przyznaj z ręka na sercu. W zasadzie nie brak ci niczego! Parafię masz nienajgorszą, pewnie, że lepsze bywają, ale zdarzają się również gorsze niż nasza. Ludzie cię tu szanują, Igorze Iwanowiczu i lubią. Mimo wszystko żyjesz dostatnio i kulturalnie z żonka swoją Jewdokią Iwanowną, której niejeden ci zazdrości. A ty, nawet dla niej jesteś grubianin. O nas już zresztą nie chodzi, ale dla niej jesteś grubianin! No, popatrz… jak przymila się do ciebie, ta twoja Jewdokia Iwanowa, jak grucha, niczym synogarlica, jaka szczęśliwa, że ma cię przy sobie… Stanowczo babom niewiele do szczęścia potrzeba! I zastanów się jeszcze, że nie najgorzej wyszedłeś na tym swoim ożenku… Jewdokia Iwanowa powabnie wygląda, smacznie gotuje… A ty nawet nie pochwalisz. Pochwal ją, Igorze Iwanowiczu! Skosztuj, jaki żur przygotowała, jaki kołacz upiekła i jak czeka na twoje pochlebstwo. Wiesz, co? Powiem ci szczerze! Może jesteś młody, uczony i idealista, – ale na gotowaniu zupełnie się nie znasz. Oświadczam ci, źle robisz, że jej nie chwalisz…

Albo, co się tyczy przyjaciół. Przyszliśmy do ciebie, żeby, choć trochę ciebie od tych twoich myśli odciągnąć. Rozerwać! Pośmiać się z tobą! A ty gitarę weźmiesz, parę akordów zabrzdąkasz i jakiś nieswój zaraz ją odkładasz. Pośpiewaj z nami, Igorze Iwanowiczu. Małynicz falset swój już nastroił. Ja też basem chętnie zawtóruję. Przyjemnie jest tak w zimowy wieczór pośpiewać. I serdecznie! Nie wiem, jak, dla kogo, ale… muzyka to dla mnie najmądrzejszy wynalazek! A już szczególnie pieśń chóralna. Mądry to był człowiek, który pierwszy wpadł na to, że razem pośpiewać można… I popatrzcie! Nie ma żadnego nawet pomnika. Różne pomniki bywają, lepsze i gorsze, różnych – ludzi na piedestale postawiono, a człowiek, który pierwszy śpiew wynalazł, pomnika nie ma. Niedopatrzenie jakieś, czy co? No to może jednak zaśpiewamy coś, Igorze Iwanowiczu – chciałem powiedzieć głośno. Ale nic nie powiedziałem – w ogóle nic nie powiedziałem…, choć dużo lubię gadać. Siedziałem tylko w kącie, piłem nalewkę domowej roboty Jewdokii Iwanownej i patrzyłem na naszego batiuszkę.    A batiuszka nasz prawosławny, Igor Iwanowicz, niby był z nami razem, niby siedział przy stole, pił tę samą nalewkę domowej roboty, ale myślami był nieobecny. Batiuszka nasz prawosławny, Igor Iwanowicz Bułyciński, wielki miłośnik i znawca safianowych butów, tudzież pięknych kobiet, nadal – jestem tego pewny – latał… ptakiem.

Koniec

Panu Zbigniewowi Adrjańskiemu w dniu Jego 78 urodzin serdeczne życzenia w imieniu wszystkich czytelników składa

Jadwiga

Otrzymałam dziś taki e-mail:

Pani Jadwigo, wygrał nasz polski plakat!http://wiadomosci.onet.pl/2121426,12,polski_plakat_podbil_europe,item.html
Zagłosowałam dzięki informacji na Pani stronie i się udało :-)

Miłego tygodnia
Agnieszka

 

– Jak to rozumie „po naszemu”? – dziwi się przewodniczący. – Ano zwyczajnie. Rozumie i koniec. Widocznie taki już jest sprytny i wyszczekany w różnych językach. – Tak powiedział o sobie, że jest sprytny i wyszczekany? – pyta mnie przewodniczący. – No, tego nie powiedział. To ja mówię… Wystarczy zresztą popatrzeć. – Ty tutaj nie komentuj – surowo powiada przewodniczący. – Ty lepiej tłumacz dokładnie. Widzicie go, znalazł się komentator… – Mogę nic nie mówić – odpowiadam zirytowany.  – Ostatecznie sam się nie prosiłem. – Dobra, dobra – łagodnieje przewodniczący – coś się taki raptem honorowy zrobił? Wybadaj go lepiej, czego chce. Na szczęście Amerykaniec nie słyszy naszej sprzeczki i cały czas wśród ludzi nurkuje. Tego poklepie po plecach, tamtemu jakieś do żucia paskudztwo w gębę wciśnie. Słowem, zadomowił się, skubaniec. – Wybadać go mogę – odpowiadam niechętnie. – Ale serca do tej całej transakcji nie mam. – Sercem tu się kierować nie można – mówi przewodniczący. – Interes jest interesem. – Brawo! – wrzeszczy Amerykaniec, który zjawił się obok nas. – Biznes is biznes! – Co on mówi? Nagli mnie przewodniczący. – Mówi, że interes jest interesem, obywatelu przewodniczący. Słowem, poglądy ma z wami jednakowe. – Ty znowu komentujesz – obraża się przewodniczący – a to są za skomplikowane sprawy na twój rozum. Ty lepiej tłumacz, czego on chce. – Ja chcę wiedzieć – powiada Amerykaniec – czy ten was mister Bułyciński. Pastor…nie, jeszcze fru!…fru!… – i szczerzy te swoje zębiska w uśmiechu! – Mister Bułyciński, obywatelu kapitalisto – odpowiadam poważnie – nie jest żadnym tam pastorem, tylko naszym batiuszką. Batiuszka, protojerej. Pop prawosławny… – O! Wery łel! Rozumiem – odpowiada Amerykaniec. – Batiuszka, ksiądz, pop – to dla mnie wszystko jedno! Ale czy on jeszcze fru… fru… to nie jest wszystko jedno! – Widzisz go, jaki tolerancyjny się znalazł! – pomyślałem w duchu, ale głośno odpowiadam: – Jeśli wam o to chodzi, to batiuszka nasz prawosławny, Igor Iwanowicz Bułyciński, już piąty dzień fru…fru…Tfu!… nad miasteczkiem. – Łonderfol – rży ze szczęścia Amerykaniec. – Wery interesting. A gdzie on sobie? Fru… fru? Ja koniecznie zobaczyć pastor Bułyciński. – Pop! – Może być pop – zgadza się Amerykaniec. – Gdzie jest on? – Tam – pokazał przewodniczący, szczęśliwy, że wreszcie coś rozumie. – Tam – powtórzył Małynicz. – Tam – ponuro przyświadczyłem, czując się, jakbyśmy naszego Igora Iwanowicza już sprzedali, za judaszowskie srebrniki. – Łonderfol! – zarżał po raz drugi Amerykaniec i pędem puścił się w stronę wzgórza. A my za nim! Amerykaniec sapie i dyszy, wspinając się jarem. Wielką chustą pot z czoła ociera. A nam też nielekko, bo raz, że upał wszystko oblepia od rana, a dwa, że na sercu jakoś ciężko. Wreszcie dobiegamy prawie szczytu, gdy nagle krzyk się z tyłu wielki uczynił! To Jemiołuszka telepie się za nami pokracznie i wrzeszczy: – Wracajcie, bracia! Wracajcie! – Czego się drzesz, Jemiołuszka? – pyta go przewodniczący. – Gościa nam wystraszysz! – Wracajcie – powiada cicho Jemiołuszka. – Igor Iwanowicz na plebanii przy boku Jewdokii Iwanownej smacznie chrapie. – Nie może być! – wścieka się przewodniczący. – Łżesz jak pies, Jemiołuszka. – A co mi na tym zależy? – hardo odpowiada pomocnik diaka. – Sam na własne oczy widziałem. – Nikomu z was na niczym nie zależy! – denerwuje się przewodniczący. – Taki biznes nam koło ucha przeleciał! Hotele, autostrady, lotnisko! I co teraz robić? – zwrócił się do mnie.  A mnie tymczasem w sercu wszystkie chóry cerkiewne się z radości rozśpiewały i tylko jedno jedyne słowo przyszło mi w tym momencie na myśl, które w skrytości ducha do Boga wypowiedziałem, w dziękczynieniu największym: – Łonderfol!

Było, minęło. Rozpamiętywać nie ma, co! Czas i tak wszystko zatrze. A od myślenia głowa puchnie. Słowo, honoru, że puchnie! Znałem ja – na przykład – kiedyś szewca… Znakomity to był fachowiec, ale co z tego! Myśliciel i wyznawca teorii Darwina. Jak chciał, to zrobił takie buty, ze dziś ze świecą szukać. Mięciutkie, wygodne, kurdybanki… Powiadam wam, cudo nie buty! W takich butach całe życie przejdziesz i nie zedrą się. I wygląd mają! I połysk! Słowem: artysta! Zazdrościli mu wszyscy tego fachu, a już najwięcej to ja sam zazdrościłem, bo żadnego wykształcenia w młodości swojej nie zdobyłem, a teraz to i tak za późno. Ale, bywało, zajdę na robotę mojego ziomka popatrzeć, a ten siedzi nad kopytem zgięty w pałąk; tyle, że w kopytko nie stuka, ale gapi się w okno i myśli. – Dzień dobry! – mówię. – Jak się żyje? Co słychać? A ten mi nie odpowiada, tylko myśli. Przyzwyczaiłem się do tego i nie obrażam. Myśli niech… myśli! Siadam w kącie, do piecyka suchych szczap podrzucę i czekam! A ten myśli… Wreszcie i moja cierpliwość ma granice! Więc mówię: – I o czym ty tak myślisz, Grzegorzu? A ten mi na to: – Wiesz co, Mikołaju? Porządny z ciebie człowiek, a też ród swój od małpy wywodzisz. – Jak to od małpy? – pytam zaciekawiony. – Jak do tego doszedłeś, bracie? Wytłumacz! – Ano, zwyczajnie! Sam do tego doszedłem – powiada – ludzi obserwując. Jak widzisz, okienko mam nieduże, ale sporo przez nie zobaczyć można. Trzeba tylko umieć popatrzeć. Przysuń się do mnie, bracie małpoludzie i patrz! – To ty również, Grzegorzu – od małpy pochodzisz? – A cóżeś myślał – powiada z niezadowoleniem Grzegorz. – Wszyscyśmy z jednego drzewa, bracie, i nie ma, co udawać, że ktoś lepszy lub gorszy. Proszę cię jednak, nie przeszkadzaj mi pytaniami, tylko patrz! Oto widzisz, sąsiad mój z naprzeciwka, rzeźnik, na spacer z żonką idzie. Małpa to czy nie małpa? Pomyśl intensywnie! No, i co wymyśliłeś? – pyta mnie Grzegorz. – Chyba małpa o odpowiadam niepewnie. – Ale dlaczego? Nalega Grzegorz. – Widzisz – nie wiesz! Bo nie myślisz! Brak ci wyobraźni. A teraz popatrz! Jak stąpa ten mój sąsiad, jak się giba w tych swoich butach, które mu na obstalunek zrobiłem. Szkoda mojej pracy, bracie! Takiemu i buty pazurów nie zakryją. Koślawiec! Niedawno z drzewa zlazł. Albo jego żonka?! Czyż to nie małpiszon  z wydętym zadkiem? Małpiszon wyjątkowy. A tu masz jeszcze lepszy przykładzik! Nasz posterunkowy z mandacikami na jarmark sunie. Popatrz na ten kadłubek małpoluda, na te rączki – do iskania przyzwyczajone! Sam go w łaźni obserwowałem. Obrzydzenie, powiadam ci, bierze. – Żadnego ty szacunku dla władzy nie masz – westchnąłem, choć to patrzenie z okienka szewskiej sutereny coraz bardziej mi się podobało. – A władza, bracie, od kogo pochodzi? Czyżby również od małpy? – Ty nie prowokuj! – surowo powiedział Grzegorz – ty patrz lepiej i sam wnioski wyciągaj! Oto, widzisz, następny przykład. Osobnik znany ci zapewnie i powszechnie szanowany. Ale dzisiaj spił się… I wyszła jego prawdziwa natura. Nie trzeba wiele myśleć nad postawieniem diagnozy. Małpolud i basta! - Wiesz co Grzegorzu – powiedziałem zirytowany – w twojej teorii są jednak luki. Każdemu może się zdarzyć chwila słabości. Tobie i mnie, nie przymierzając. A ty zaraz – małpa! Małpolud! Spił się! Znam go nie od dziś i ty znasz go dobrze. Człowiek jest godny, szlachetny, na stanowisku! Jakoś mi on do twojej teorii nie pasuje! – Oponować możesz, ale racji nie masz – powiada myśliciel – zresztą małpa małpie nierówna, choć to się może komuś nie podobać. Byłeś ty na przykład, w zwierzyńcu? – Nie byłem – odpowiadam, zgodnie z prawda. – A widzisz! – triumfuje Grzegorz – no, a ja byłem! I stwierdzam, że małpa małpie nierówna. Nie ma tu, bracie, żadnej demokracji! Co innego, bowiem goryl, co innego szympans czy pawian. Są to, bracie, różne gatunki małp. A jednym z tych gatunków jest człowiek…

No i gadaj z takim!

cdn (ostatnia część)

Content Protected Using Blog Protector By: PcDrome.